pokatne.pl na facebookupokatne.pl na twitterzepokatne.pl na google+
Masz konto?

Zapomniałeś hasła?

Nie masz konta? Zarejestruj się!

31 sierpnia 2014
Czat

"Czerwony Kapturek"


Autor: starski · 30 czerwca 2013  
Uwaga!
Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo ostre lub kontrowersyjne sceny erotyczne. Tekst ten jest jedynie wizją literacką autora i przedstawia wyłącznie jego punkt widzenia.
Od autora:
Opowieść to straszna i nie dla każdego. Straszna bo o ludzkich opowiada sprawach, albo i nie ludzkich, ale tak skleconych, iż nie dla każdych człowieczych oczu przeznaczonych.

Dzieci tedy i słabsze kobiety niech nie zaglądają, a i ci, których głowy małe, by opowieść pomieścić, niechaj lepiej od niej z dala się trzymają!

Czerwony KapturekMoja babcia miała wilka.
Wielki basior, na wpół dzikie zwierze.
Jak byłam mała, bałam się go strasznie.
Gdy z mamą przychodziłyśmy do leśniczówki, wypędzano go do lasu, żeby mnie nie straszył. Babcia nazywała wilka Wilkiem, tak po prostu.

Tego wilka przyniósł dziadek. Znalazł go biedaczynę, przymarzniętego do lodu. Podobno, szczeniak wpadł do przerębli i ledwie się z niej wydostał, ale nie miał już sił by uciec i tak się ostał.
Dziadek znalazł go gdy był już prawie martwy, przytargał do domu i wykurował.
Wilk był młody, ale nawet gdy wyrósł, nigdy nie oswoił się z ludźmi do końca. Ufał tylko mojemu dziadkowi i babci. Chadzał swoimi ścieżkami i ponoć przynosił do domu zające, króliki, a nawet i sarny.

Ja nie bałam się zwierząt. Wychowana na wsi pod lasem, brałam do ręki i pająki i węże, ale Wilka się bałam. Winna temu była ta sprawa z owieczką.
Gdy wiosną, przyszłyśmy z mamą zobaczyć wilka pierwszy raz, zastałyśmy go na podwórzu, jak jadł łapczywie duży ochłap mięsa. Zamurował mnie ten widok.
Rozbebeszony korpus i zanurzony w nim, umazany krwią, wilczy pysk. Groźne oczy i złe warknięcie ku nam, sprawiły, że bardzo długo miewałam koszmary. Chociaż wtedy nawet się nie rozpłakałam. Dopiero potem, w domu, jak dotarło do mnie, że to co widziałam na podwórku, pożerane przez wilka, to była ta młoda owieczka, którą dziadek kupił na rynku, a którą ja nazwałam Bialutką.
Nie nienawidziłam Wilka za to, że ją zjadł. Miałam za złe dziadkowi, że mu ją przeznaczył.

Jak by nie było, moja znajomość z Wilkiem zaczęła się źle i nie było już na to sposobu.

Gdy dziadek umarł, chciałyśmy z mamą, żeby babcia przeniosła się do nas z leśniczówki, ale uparła się, że nie zostawi, ani swojego domu, ani zwierząt, ani lasu.
Dużo winy w tym miał też sam Wilk, według mojej mamy przynajmniej.
Babcia się uparła i tak już zostało.


Ja dorosłam. Od jakiegoś czasu chadzałam do babci sama. Las nie był niebezpieczny.
Nie było w nim groźnych zwierząt. Rysie i dziki zazwyczaj trzymają się z dala od ludzi, więc mama puszczała mnie bez troski.
Pewnie najgroźniejszy w okolicy był właśnie Wilk.

Pamiętam jak dziś, tę słoneczną niedzielę. Po kościele, mama upchała mi koszyk jedzeniem, włóczką, malinami w słoikach i wyprawiła do babci.
W oko wpadło mi samo, że spieszyła się przy tym jakaś rozgoniona, bo dwa razy zapomniała o placku z duchówki. Gdy wreszcie zapakowała wszystko, zarzuciła mi na grzbiet pelerynkę, niemal wypchnęła za drzwi i ponagliła, bym szła już bez zwłoki.

Babcia czeka, jak co niedziela, gdzie ten pośpiech? – pomyślałam, ale mamie nic nie rzekłam. Ruszyłam do lasu, ku znanej mi dróżce. Lubiłam chodzić do babci i choć kosz nie lekki, a i drogi do przejścia nie mało, nigdy nie grymasiłam.
Kiedyś do babuni chadzałam z matulą, od jakiegoś czasu posyłała mnie samą. Cieszyłam się z dorosłego uważania, ale coś zaprószyło we mnie podejrzenie, gdy szykując kosz, mama, patrzyła co rusz na zegar, jak kopciuszek na balu. Zwróciłam na to uwagę, a jak już mi coś podpadnie, to zaczynam dociekać i dociekać, aż nie dojdę sedna.

Tamtego dnia jednak, poszłam i dałam spokój.
Pytanie dopiero tworzyło się w mojej głowie i myśl nie zaczęła jeszcze wiercić mi dziury w mózgu, jak ten kornik w belce.

Chadzałam zazwyczaj dróżką wzdłuż strumyka, moją ulubioną, a nie tą przez jeżyny, która chociaż krótsza, wiodła przez zacienioną część lasu, wśród starych buków i zmurszałych dębin.
Tak mnie coś jednak podkusiło, żeby tym razem pójść przez buki i poszłam. Pewnie już kornik zabierał się do gryzienia i tak powodował, że zaczynałam dociekać, nim się sama spostrzegłam.

Zaraz gdy weszłam w buczynę, napotkałam leśniczego Boguszę. Szedł ze strzelbą przewieszoną przez ramię, właśnie w moim kierunku. Trochę jakby zaskoczony, przywitał mnie serdecznie i stanął na słówko.
- Do babuni?
- Do babuni – Skinęłam głową. Bogusza był kolegą mego tatki. Razem pracowali przy wyrębie w lesie. To on pierwszy udzielił tatce pomocy, gdy nieszczęście się stało.
Nie dał rady niestety wydobyć spod kłonicy, ale był z nim do końca. Ot i cała pomoc.
Nie raz bił się w piersi przy mojej matuli, że nie dał rady wyciągnąć i uratować, ale opowiadał, jak przyobiecał tatce, że będzie miał nad nami pieczę i tę honorową obietnicę będzie nosił w sercu aż do końca życia.
- A co masz w koszyczku?
- Mama dała konfitur i kłębki kupione na rynku.
- Byłem u twojej babuni dopiero co. Od niej właśnie idę. Czeka na ciebie. Upiekła maślane bułeczki z jagodami. – Bogusza cieszył się, jakby babunia, prócz bułeczek, dała mu posmakować sera. Uśmiechnęłam się więc i ja.
- Zajdę może i do mamusi w takim razie, skoro mi po drodze – dodał. - Cóż tam u niej?
- Wszystko dobrze.
- Zdrowa aby?
- Zdrowa.
- No to dobrze – Bogusza uszczypnął mój policzek. Nie cierpię tego i każdy kto mnie zna, dobrze wie o tym.
- A ty zdrowa?
- Zdrowa, a jaka mam być? – odpowiedziałam.
- To i widać, że zdrowa – nie przestawał się uśmiechać leśniczy. Poklepał mnie przy tym po ramieniu, a i ścisnął dłonią, jak by chciał sprawdzić, czy się nie rozlecę. – Wyrosłaś już na pannę. Całkiem podobna do babuni i mamusi, a nawet ładniejsza.
I piegi te same i rdzawy warkoczyk.
Uśmiechnęłam się i dygnęłam.
- A nogi masz silne? – zapytał poważnie, marszcząc czoło.
- Silne – zapewniłam go bez wahania.
- Uda mocne? Bo tu, żeby po lesie chodzić, trzeba krzepy!
Kiwnęłam głową, podciągając nad kolana spódnicę.
- No pokaż, pokaż!
Pokazałam.
- Wyżej! czy uda mocne!
Oto i uda. Mocne. Wyćwiczone po polu i lesie.

- No. Duże już dziewcze z ciebie. Ani chybi jurne. Dasz sobie w lesie radę – Osądził Bogusza poważnie. – A majteczek nie masz! – Wystrzelił niespodziewanie ze śmiechem. - Zapomniałaś włożyć! - Aż mnie zamurowało.
- Mam! – odpowiedziałam czym prędzej, podnosząc spódnice po pachy.
- Aaa, masz! Żartowałem! – Rozbawił się leśniczy, a mi zrobiło się głupio, że tak mnie nabrał łatwo.
- No to biegnij, do babuni. Pozdrów mi ją i podziękuj raz jeszcze za pyszną bułeczkę, którą mnie uraczyła.
Skinęłam tylko głową i rozeszliśmy się wreszcie.
- A ja zajdę do mamy i powiem, że ciebie spotkałem! – krzyknął za mną jeszcze Bogusza.


Mijałam właśnie powalony jesion, gdy wreszcie kornik w mojej głowie dokopał się do rozumu.
Ukryłam koszyk w wykrocie. Przysypałam pospiesznie liśćmi, mchem i patykami, żeby jaki borsuk nie miał ucztowania i czem prędzej wróciłam się do domu.

Skrajem lasu, nie wychodząc z niego, podeszłam pod samą stodołę. Tam, obok kurnika, podreptałam pod ścianę naszej chaty. Pies Kruczek podniósł tylko łeb, starowinka i zamerdał przyjaźnie gdy wspinałam się na jego budę.
Przez kuchenne okno dostrzegłam o piec opartą Boguszową strzelbę. W środku nie było ani jego, ani mamy. Usłyszałam za to, głośny śmiech matuli, dobiegający raczej z pokoiku na górze. Z budy więc, po parapecie, przeszłam na dach stajenki. Kucnęłam i cichutko jak trusia, zakradłam się pod okno.

Z początku nie zrozumiałam co tak naprawdę się dzieje. Wyglądało to jakby Bogusza próbował zacisnąć gorset mamie, bo stał z tyłu i tak nią targał, jakby chciał z niej ducha wytrzepać. Mama gorsetu na sobie nie miała. Co więcej, z rozchełstanej koszuli, wyskoczyły cycki oba i tak pomyślałam, że dobrze, że Bogusza z tyłu stoi, bo jak nic widziałby ją nagą. Potem dopiero spostrzegłam, że spódnica mamy zadarta, aż na plecy, odsłania pewnikiem cały goły tyłek.
- A to co za taniec? - Bogusza, w szamotaninie złapał matulę za cycka, potem za drugiego i jął tarmosić jak swoim.
Mama piała roześmiana, jakby fermentem się spiła. Buzię miała czerwoną i spoconą jakby od ciężkiej roboty. Płowy warkocz majtał się w tan Boguszowego popychania i zdało mi się, że obojgu podobało się to zajęcie. Nagle Bogusza obrócił mamę piruetem, a gdy stanęła przed nim, z gołymi cyckami przecież, przygiął ją by klęknęła.
Wtedy zobaczyłam Boguszową kuśkę. Aż zakryłam dłonią usta, żeby w głos nie pisnąć. Sztywny kutas sterczał spod koszuli i dopiero dotarło do mnie, że on przecież był bez galotów.
Ledwie się opamiętałam, gdy nagle, mama chwyciła Boguszowego gałgana i chciwie schowała go w buzi. Gęba leśniczego, czerwona jeszcze bardziej niż poliki mamy, roześmiała się na to od ucha do ucha. Matula starała się połknąć kutasa, jak pisklaczek połyka grubą gąsienicę.
Ruszała głową to w przód to do tyłu i takie mi się to zdało nierozumne, że aż spochmurniałam. Bogusza trzymał ją przy tym za głowę, jakby bał się, że mu go oderwie. Trwała ta zabawa czas jakiś i nie miałam pomysłu po cóż tak poczynają. Myślałam, że może chce go porządnie naślinić i aż wstyd mi było, jak pomyślałam po co mu go ślini.
Wreszcie, leśniczy, poderwał mamę za pachy i cisnął na świeżo zaścielone łóżko. Ta pisnęła uradowana, zupełnie nie dbając o to, że będzie miała przecież dodatkową robotę. Skoczył za nią i złapał za nogi. Rozszerzył i ujrzałam matczyną pitulę, zupełnie bezwstydnie odsłonioną. Włosów miała na niej znacznie więcej niż u mnie i poskręcane w kędzierzawą kępę, a nie proste jak na mojej picy.
Bogusza skoczył gębą między jej uda i przywarł do cipki, potrząsając łbem jak pies co targa szmatę. Mama piała ze śmiechu, widać tak ją to łaskotało. Po chwili przestała śmiać się, ale i Bogusza uspokoił łaskotki. Lizał za to, jak smakowitą kość, a ona, uśmiechnięta, głaskała go po ryżawej czuprynie. Nagle poderwał się i skoczył na nią, aż się zapadli w pierzynie. Widziałam jak rozchyla dłonią jej cipkę i jak wpycha w środek sztywnego pałąka.
Tak zaczął na niej podskakiwać, jakby nie mógł się zdecydować, czy chce go trzymać w środku, czy pilnie go wyjąć.
Nie raz widziałam jak się psy, świnie czy krowy parzyły, ale pierwsze to było dla mnie ludzkie doświadczenie. Patrzyłam zawstydzona ale i ciekawa, jak Bogusza ruchał matulę.
Na jej twarzy malował się przyjemny wyraz i tak go ściskała i przyciągała do siebie, jakby nie mogła się nim nasycić. Tedy leśniczy zaburczał głośno, a wszystko to mogłam przez szybkę dosłyszeć. Złapał ją pod pośladki i bił kuśką w cipkę, jakby za wszelką cenę chciał dosięgnąć jej końca.
Nagle wyjął spuchniętego drągala, a matula pochwyciła go w locie i tak nim targać jęła, jakby piany chciała ubić i zdziwienie moje było wielkie, gdy z kutasa trysnęła właśnie piana, prosto na gołe cycki, na jej buzię, na włosy, na pościel!

Przestała nim szarpać i padli oboje, uradowani, jedno na drugim. To znaczy, Bogusza na niej, a ona, z szerokimi nogami, poklepywała go po włochatej dupie, jak dzielnego ogara.

Było mi niezwyczajnie. Usiadłam pod okienkiem, oparta o ścianę. Jakoś sama, ręka trafiła mi na majtki i pitkę. Aż podskoczyłam ze zgrozy, bo majteczki, przemoczone były, jakbym niepostrzeżenie się w nie posikała. Nie było jednak, ani plamy, ani kałuży. Powąchałam śliskie palce i mrówki przeszły mi po całym ciele, tak dziwny to był zapach.
Odchyliłam majteczki, żeby na własne oczy sprawdzić, co tam się pod nimi dzieje. Pitka, zarośnięta jak ten młody jeżyk, wyglądała jak zwykle. Nic się w nią nie stało. Widać tak mnie ten widok skołowaciał, że aż jej się biedaczce pośliniło, nie wiedzieć dlaczego.
Więcej pytań sobie nie zadałam. Zlazłam ze stajenki na budę i pobiegłam do lasu.
Koszyk odnalazłam nie tknięty, żaden zwierzak jeszcze tutaj go nie zwęszył.


Gdy zbliżałam się już do leśniczówki babuni. Przywitała mnie swoim skrzeczeniem Pleciuga. Babcia nauczyła mnie, że sroki to bardzo wścibskie stworzenia. Lubią znać sprawy innych, wszędzie wciskają swe dzioby i paplają o tym po lesie.
Całe szczęście nikt nie pojmuje co gadają sroki, bo inaczej, ładny byłby to bałagan.
Im bardziej się zbliżałam, tym terkot Pleciugi wzrastał, a gdy już doszłam do niej całkiem blisko, zamilkła patrząc się z gałęzi.
- Czego chcesz Pleciugo? – zapytałam. Odpowiedziała mi tylko swoim szczebiotaniem i przefrunęła nad dróżką, na osikę.
- Oj Pleciugo, gdybyś ty widziała to co ja, już by cały las o tym dzwonił, ale ze mną nie poplotkujesz. Nic ci nie opowiem. Pilnuj lepiej swoich spraw i piór.
Zarechotała krótko odlatując w knieje.

U babuni drzwi były otwarte jak zwykle. Weszłam po cichutku, żeby jej nie wystraszyć, w razie gdyby spała.
Nie spała. Skulona nad rozłożonym na plecach Wilkiem, gmerała mu w sierści na brzuchu.
Gdy się zbliżyłam, wilk ruszył łbem i widziałam jak węszy w moją stronę. Babcia spojrzała na mnie nad okularami. W ręku trzymała kuśkę Wilka, wielkością i kolorem przypominającą niezwykle dorodną marchew.
- A, jesteś – Babcia wciąż trzymając wilka za frędzel, nie dała mu się podnieść. – Już sobie myślałam, że nie przyjdziesz.
- Zmitrężyłam w lesie – odpowiedziałam szybko. Wilk mierzył mnie ciemnymi ślepiami.
- A co w lesie jest takiego, czegoś jeszcze nie widziała? – uśmiechnęła się babunia. – Bułeczki były gorące, teraz już wystygły.
- To nic – Postawiłam koszyk na stole wyciągając pakunki - i tak są przepyszne na pewno.
- Wyjmuję Wilkowi źdźbło słomy, bo tak mu się szpetnie wbiło, prosto w... popatrz może, ty masz lepsze oczy.
Trochę się zawahałam. Rzadko podchodziłam do Wilka, głaskałam go może ze dwa razy w życiu, jeszcze jak żył dziadek.
- Popatrz, czy wyjęłam całe.

Zbliżyłam się ostrożnie, mijając wielki łeb basiora. Cały czas śledził mnie okiem, ale nie ruszył się ani odrobinę. Musiałam przejść nad jego pyskiem, żeby kucnąć obok babci i spojrzeć. Wielka, czerwona kuśka, usiana fioletowymi żyłami i żyłkami, lśniła w zaciśniętej garści babci. Coś na kształt jabłka było u jej nasady.
Wilk oddychał spokojnie. Poczułam jego zapach, a zaraz, gdy zbliżyłam twarz, również i zapach kuśki.
Przypomniały mi się dreszcze z daszku stajenki i chyba spąsowiałam.
- Nie bój się, nic ci on nie zrobi – uśmiechnęła się babcia. – Popatrz tutaj, właśnie gdzie ta kula. Tutaj było wbite, mniej więcej w tym miejscu.
Przyjrzałam się z bliska.
- Ja nic tu nie widzę. Chyba całą wyjęłaś.
- No to dobrze. – Babcia roztworzyła uścisk i poklepała Wilka po lśniącym gałganie. – Będziesz zdrów szelmo, kutas ci nie odpadnie. – roześmiała się, rzucając mi wesołe spojrzenie. Trochę zawstydzona, odpowiedziałam uśmiechem. Po tym co widziałam dziś w dzień, nie spodziewałam się, że mnie coś jeszcze zadziwi.
Pomogłam jej wstać z podłogi, chociaż i sama radę sobie dała.
Rozpakowałyśmy razem koszyczek do końca. Wilk usiadł i lizał się jeszcze dłuższą chwilę. Wielki instrument schował się na powrót w futrzastym pokrowcu.

Babcia ucieszyła się z włóczki. Z placka i malin oczywiście też, ale z kłębków najbardziej.
- Już miała mi je twoja mama kupić dwa miesiące temu, ale ciągle zapominała i zapominała i teraz, jak już lato, to wreszcie kupiła. No nic, na jesień będą jak znalazł. Pewnie ma tyle na głowie...
Już chciałam coś powiedzieć, gdy nagle aż podskoczyłam ze strachu. Mokry nos wilka, pod moją spódniczką, prychnął mi prosto w majtki. Zamarłam, oparta o stół. Babcia wybuchła śmiechem, ja stałam nieruchomo, a Wilk, węszył mi między nogami i jestem pewna, że i mlasnął ozorem.
- Sio mi stamtąd! – przepędziła go wreszcie Babcia, wymachując ścierką. Nie przestawała się jednak śmiać. – Sio!
Odszedł bez pośpiechu. Zakręcił się po kuchni i przez otwarte drzwi czmychnął.
- Pewnie masz okres dziecko.
- Nie - wyszeptałam, jeszcze osłupiała.


Po powrocie do domu przyglądałam się mamie. Była wyraźnie weselsza, aż jaśniała.
Pytała oczywiście co u babci i ogólnie, gawędziłyśmy na różne tematy. Napomknęłam, że po drodze spotkałam Boguszę i że mówił, że zajdzie do niej.
- Tak mówił? –zapytała.- No to dlatego i zaszedł.
- Wracał od babci.
- To dobry człek i spolegliwy.
- Ciekawe jak się miewa ta kobieta, z którą mieszka we wsi- rzuciłam mimochodem.
- On już z nią chyba nie mieszka, moja droga. Ta baba nie wiele była warta z tego co ludziska mówią.
- To pewnie znajdzie sobie jaką nową babę.
- Oj nie wiem córuś. A czy mu źle z... samemu?
- Kto wie, babcia mówi, że chłop musi mieć dom, jak pies budę.
- Może i musi. Babcia wie to lepiej. Choć sama mieszka z wilkiem. – ucięła mama, jakby nieco podenerwowana.
- No ale my ją odwiedzamy, no i Bogusza też.
- Ano odwiedzamy.
- Może mu się babcia jeszcze i spodoba?
- Komu, Boguszy?
- No pewnie, babcia jeszcze młoda. Dziadek był starszy o wiele lat od niej.
- Cóż ty mi pleciesz córeńko – Mama starała się ukryć podrażnienie, głaszcząc mnie litościwie po głowie. – Chyba to zmęczenie przez cię córuś gada. Spać byś lepiej już poszła.
No i poszłam, ale kornik w mózgu już mi nie przestawał świdrować i wykoncypowałam sobie co zrobię w następną niedzielę.


Z kościoła powracałam biegiem. Nie zatrzymywałam się ani na odpuście, ani na pogawędki. Mama jeszcze nie skończyła pakować koszyka, poganiałam ją więc, a uwijała się przy tym nawet chętnie. Jak już mi go wręczyła, pobiegłam do lasu. Od razu ukryłam kosz w tym co poprzednio miejscu by mnie nie spowalniał i pędem, najkrótszą drogą, pognałam do leśniczówki i już byłam blisko, jak drogę przebiegł mi Wilk.
Zatrzymałam się, bo i on się zatrzymał. Patrzył na mnie z pochylonym łbem, po czym potruchtał w bok.
Mimo wszystko, ciągle się go bałam.
Do leśniczówki brakowało nie wiele. Już znad drzew widziałam nawet dym z komina, gdy wpadłam wprost na Boguszę.
- Oj! – zdziwił się moim widokiem. – Znów na siebie wpadamy w lesie!
- Ano wpadamy – przyznałam. Bogusza uśmiechał się, a twarz miał czerwoną, jakby dopiero co drew narąbał.
- Do babuni? – zapytał nie za bardzo sprytnie, skoro jedynie rzut kamieniem dzielił nas od drzwi leśniczówki.
- Ma się rozumieć – rzekłam.
- A co tak się spieszysz, jakby cię wilcy gonili?
- Może i gonią – powiedziałam, ale zaraz spostrzegłam się, że nieco niegrzecznie.
- Coś się stało?
- Niee, nic się nie stało. Wszystko jest w porządku – łagodziłam.
- A koszyk gdzie masz?
- Wpadł mi do potoku – skłamałam pospiesznie i dopiero wtedy doszło do mnie, że nie wymyśliłam wprzód żadnej wiarygodnej historii.
- Do potoku? – Bogusza zdawał się martwić nie na żarty.
- Tak, jak przeskakiwałam, pośliznęłam się, skręciłam kostkę i upuściłam. Do wody.
- Ojej, to ci wypadek. Pokaż no tę kostkę.
- Nic jej nie jest – Wysunęłam całkiem zdrową nogę do przodu.
- Niech no rzucę okiem – Bogusza wziął sobie widocznie moje kłamstwo do serca. Odstawił strzelbę. Zbadał delikatnie i kostkę i łydkę. – Usiądźże tu na pniu. Trzeba by zdjąć buta – Posłuchałam, skoro już tak nakłamałam, musiałam udawać do końca.
- Boli? – Zaprzeczyłam głową. – A tu? – Macał stopę, a potem kostkę i łydkę i nawet kolano.
- Tu boli?
- Nie.
- A wyżej? – Posunął ręką ostrożnie, aż na udo.
- Też nie. – Patrzyłam na niego, jak zakasał spódniczkę. – Nie boli już wcale – szepnęłam.
- To może od tego, że masuję ci przeszło – uśmiechnął się nieśmiało. Jego dłoń ugniatała moje udo, a palec sięgnął nawet wyżej. Nie wiedziałam co powiedzieć, bo tak mnie nagle zatkało, że języka mi z gęby zupełnie odjęło.
- To może jeszcze pomasuje. Skoro tak pomaga...
Dałam się masować. Jedną nogę, potem obie. Coraz wyżej i wyżej, aż jego ręce dotarły do majtek.
- Dobrze tak? – zapytał i nie wiedząc co powiedzieć, kiwnęłam głową na zgodę. Czułam jak w dołku zbierał mi się taki łopot, jakby na huśtawce. Dreszcze przechodziły mi po gołych udach, na plecy, brzuch i aż do polików.
Popatrzył na mnie z rozdziawioną buzią, a jego palce śmielej otarły się o moje majtki i z każdą chwilą śmiałości przybywało w tym masowaniu i pocieraniu.
- Gorąc masz w tych majteczkach, aż żar bije – wysapał. – Może trzeba by trochę przewietrzyć... – Odchylił je delikatnie, a ja gapiłam się jak zaczarowana na swoją pitkę, wystawioną na słońce. Oparta o pieniek, nie rzekłam ni słowa, gdy dotknął mnie tam paluchem. Serce tak mi kołatało, że aż pomyślałam co zrobić, żeby tu nie zemdleć. Dotyk Boguszy mnie obudził.
Masował czubkiem palca moją cipkę, dokładnie przez sam środek rowka. Zaciskałam pośladki, bo tak mi się przy tym robiło przyjemnie i dziwnie, że ani się spostrzegłam, jak sama zaczęłam poruszać tyłkiem w górę i w dół.
- Szkoda, żeby się zmoczyły doszczętnie – powiedział leśniczy, łapiąc za majteczki i ściągnął mi je z tyłka, gdy go znów unosiłam. Czułam wyraźnie zapach mojej cipki, tak słodki i mocny, że już i od tego robiło się przyjemnie.

Szczypał delikatnie, dotykał i pocierał. Potem rozchylał i znów pocierał i już pomyślałam, że może krępuje się na więcej, gdy nagle poczułam, jak ciepły palec wsunął się we mnie. Do środka.

Zabrało mi to oddech zupełnie. Leśniczy Bogusza znów popatrzył mi w oczy z rozdziawioną buzią, jakby miał kłopot oddychać. Pewnie i ja sama usta miałam otwarte. Nic nie powiedziałam, ale moje spojrzenie chyba go ośmieliło, bo wsunął palec nieco dalej i jął nim gmerać, delikatnie, zaginając go i prostując, aż nie wszedł chyba cały. Złapałam go za rękę, bo tak mnie nagle zakłuło, aż mi pociemniało w oczach.
Zaraz jednak przeszło i wróciło poprzednie uczucie. Wtem doszło nas warknięcie. Bogusza, jak oparzony wyciągnął ze mnie palec i skoczył na równe nogi. Ja też się ocknęłam, opuściłam spódniczkę.
Wstaliśmy oboje. Warknięcie nie powtórzyło się już, ale czar prysł i przyszedł wstyd i wina.
Zebrałam z ziemi buta i majteczki. Bez słowa minęłam Boguszę i czmychnęłam do leśniczówki.


Pchnęłam otwarte już drzwi i wbiegłam do sieni.
Uda ciągle trzęsły mi się jeszcze i oparłam się o ścianę, żeby trochę ochłonąć.
Wtedy, gdy spojrzałam przez kuchnię, do izby babuni, moim oczom ukazał się widok, którego nigdy bym nie wymyśliła.
Przetarłam oczy, ale były tam nadal.
Wypięte bezwstydnie, białe pośladki babuni, przecięte czarną, grubą kreską pomierzwionych włosów, świeciły wystawione na pokaz.
Dlaczego babcia tkwiła w tak frywolnej pozie, na środku łóżka, było dla mnie sekretem, a tak mnie to zawstydziło że już nie wiedziałam, czy mam przeprosić i wejść, czy się odwrócić i uciec.
- Wróciłeś jednak, ty łobuzie! – Głos babci, niby ten sam co zwykle, brzmiał mi jakoś nieznanie. – Teraz to się wypchaj, Wilk jest w domu i lepiej żebyś na niego się nie napatoczył, bo jest zazdrosny o swoją kobietę – zaśmiała się babcia, a ja zbaraniałam jeszcze bardziej. Postanowiłam wycofać się na palcach, dopóki babcia nie odkryła jeszcze, że to ja właśnie, gdy poczułam, jak mokry nos wilka trąca mnie za kolanem. Pisnęłam przestraszona i w ten sposób spłoszyłam i babcię. Szybko zawinęła się w narzutę i legła na łóżku jakby nigdy nic.
- To ty wnusiu?
- Tak babuniu! – krzyknęłam z kuchni, udając zupełną beztroskę. Zaraz przyjdę, tylko trzewiki wyczyszczę, bo wlazłam... w...
- A czemu tak wcześnie?! – zapytała babcia, nieco rozeźlona. – W kościele nie byłaś, czy stało się co?
- Byłam babciu – Zdjęłam buty i wyrzuciłam za drzwi. Weszłam do izby. Nie potrafiłam jednak zupełnie udawać, że nic się nie stało. Trzęsło mi się wszystko i na mojej twarzy łatwo można było wyczytać wstyd lub co jeszcze innego.
- A cóż ty taka, wystraszona? – Babcia mierzyła mnie, sama wyrazem twarzy zdradzając niepewność.
- Kosz utopiłam w potoku, babciu – powiedziałam prędko. – Tak szybko do ciebie chciałam przybiec, że się pośliznęłam i o mały włosik sama nie wpadłam do wody.
- No to na cóż tak ci było gnać! – Babcia poirytowana była nie na żarty.
- Do ciebie mi spieszno było.
- Spieszno, spieszno...Ja nie zając, nie ucieknę przecież. Siedzę tu cały tydzień sama, to i w niedzielę mnie tutaj zastaniesz.
- Stęskniło mi się babuniu.
- No i z tej tęsknoty, teraz śliwki będę jadła, zamiast chleba. – Babcia uśmiechnęła się wreszcie poprawiając okrywającą ją kapę.
- A cóż ci babciu, choraś?
- A tak mnie w nocy pokręciło, że za nic krzyża nie mogę wyprostować – Wyjęczała cierpiącym głosem. – Leżę w ciepłym, to może i przejdzie.
- Dyć na dworze taki upał, może na słonku lepiej żebyś się wygrzała!
- A jeszcze przewieje i mi się pogorszy, a tyle roboty...
Wilk wskoczył nagle na łóżko babci i nosem się starał odgrzebać ją z narzuty.
- No czego ty tu, huncwocie! – Odganiała go babcia, gdy wpychał pysk pod kapę. – Poszedł mi stąd! Ale już!
Wilczysko, niechętnie, zeskoczyło z siennika i smętnie zakręciło się po izbie. Ja oparta o klęcznik, u stóp babcinego łóżka, śledziłam go niepewnym wzrokiem. Wreszcie burknął i wybiegł do kuchni.
- Toż ja ci mogę pomóc, co tylko masz zrobić. Ty będziesz mi mówić, a ja się uwinę – rzekłam. Babcia skrzywiła się nieco i znów poprawiła pod przykryciem, jakby nie do końca jej było wygodnie.
- Bułeczek chciałam napiec i wino przecedzić – Zaczęła wymieniać, ni to do mnie, ni do samej siebie. Wilk wrócił. Poczułam jak mokry nos znów trącił mnie pod kolanem. Aż podskoczyłam, gdy nagle wilczysko mlasnęło mnie po udzie. O mały włos nie wywróciłam się z całym klęcznikiem. Babcia, zajęta poprawianiem poduch, nie zwróciła uwagi, a ja znowu niemal podskoczyłam pod sufit, gdy wielki łeb wepchał się pod spódniczkę i wilczy język mlasnął mnie prosto w pitulę.
Zacisnęłam garści na krawędzi stóp łóżka i tylko wytrzeszczyłam oczy. Raz ze strachu, a dwa z zaskoczenia. Przypomniało mi się, że przecież nie miałam majteczek, zmiędlone, przy wejściu schowałam w kieszeni.
Wiadomo wszystkim, że psy niuchają między nogami, taka ich psia natura, a jeśli jest do tego co wąchać, czasem trudno się od takiego zwierza opędzić.
Z Wilkiem widać było tak samo. Gdyby to był Kruczek, czy Azor, już bym świstnęła po pysku, ale Wilka się bałam. Jak wilka.
- Poleżę jeszcze chwileczkę i zaraz się podniosę – wystękała babunia gdy wreszcie umościła się wygodnie na łóżku. Wilk tym czasem, parsknął mi prosto w cipkę i zaraz wciągnął nochalem, aż poczułam jakby przeciąg w kroku.
Myślę, że cała się zrobiłam czerwona na licu. Jedną ręką odważyłam się obciągnąć zadartą na tyłku spódnicę, ale zakryłam tylko tkwiący pod nią włochaty łeb. Wilk tym czasem mlasnął mnie porządnie, aż poczułam jego jęzor z przodu pitki, pod brzuchem. Podrzucił na nosie, jakby chciał co ze mnie wytrzepać. Znów chlasnął jęzorem po cipce i znów zaraz i jeszcze raz za chwilę i już nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zajęczeć, bo takie mi dreszcze przeszły po tyłku i plecach, że aż je na jagodach poczułam.
- Co ci tam? – Babcia zmierzyła mnie znad okularów – Co masz takie duże oczy?
- Bo ciemno tu babciu i tak ślepię, żeby ciebie lepiej widzieć – wystękałam, a Wilk lizał mnie tak zachłannie, że poczułam niby żywy ogień pomiędzy nogami.
- A co się tak, prężysz? Czepiłaś się tego łóżka, aż ci kłykcie zbladły.
- Bo chyba muszę do łazienki, babuniu – Wygięłam się i wyjęczałam z trudem, bo Wilk z coraz większym zapałem chlipał mi po cipce i wokół.
- No co tak te zębiska szczerzysz wnusiu? – Babcia patrzyła na mnie coraz podejrzliwiej.
- Bo mnie Wilk tak po cipce liże, babuniu kochana, że chyba zaraz się tu poszczam na miejscu! – Wyjęczałam wygięta w pałąk, a takie mnie przy tym zalało uczucie, jakbym się na raz przeciągnęła, roześmiała i zgasiła pragnienie, taka niewysłowiona ulga, tylko sto razy mocniejsza. Tyle było w tym przyjemności, że aż w głos krzyknęłam przy tym. Po karku, policzkach i całym zresztą ciele, dreszcze mnie przemierzyły, jakby kto zagrzaną na letni wiatr wystawił.
- To dajże mu po pysku! – krzyknęła babcia w śmiechu. – Nie bój się nicponia, bo ci nie popuści.
- Kiedy ja... nie mogę – wystękałam. Wilk wciąż buchtował mi swą mordą w kroku, jakby miał tam do zlizania jaką wielką słodycz.
- No dajże mu po pysku! – zachęcała babcia. - Bo cię nie odstąpi! Wilku, idziesz ty stamtąd!
Ja za to, znów poczułam, jak powraca mrowienie i jak jęzor wilka wślizguje mi się w pitkę, a wścibski nos, węsząc, rozpycha pośladki. Zaparłam się jak tylko mogłam najmocniej o drewniany przód babcinego łóżka i schowałam twarz między ramionami. Dzikie uczucie wróciło i znów, jak poprzednio, zalało mnie tak silnie i dogłębnie, że nie powstrzymałam się od głośnego krzyku.
Wtedy babcia odrzuciła z siebie nakrycie i mimo, że od pasa w dół golusieńka, skoczyła jednym susem do wilka i tak go trzepnęła po zadzie, aż i ja to w pitce poczułam.
Wilk przestał mlaskać, szturchnął mnie jeszcze raz nosem i odstąpił.
- Raz mi stąd! – krzyczała groźnie babcia, goniąc za nim do kuchni, a potem do sieni, aż nie czmychnął do lasu.
Stałam oparta o klęcznik babuni, ciągle chwycona stóp łóżka, by się nie obalić.
Uda teraz trzęsły mi się tak mocno, że aż się przelękłam, czy aby w pitulę nie stała mi się jaka krzywda.
Wsunęłam drżącą dłoń między nogi, aby zbadać, czy wszystko na miejscu. Cipkę miałam mokrą, jakby po kąpieli.
Po sam pępek ośliniona byłam wilkowym jęzorem. Po udach ciekło mi jakby przy największym upale i aż bałam się na własne oczy sprawdzić, czy niczego mi aby w pitce nie brakuje. Zadarłam spódniczkę i odważyłam się spojrzeć.
Cipka, wystawiała mi czerwony język, jakby drwiąc sobie z mojej cykorii.
Dobrze jej było jak nigdy jeszcze w życiu i myśl mnie naszła, że sobie z tym poradzi.
- A gdzie masz majtki, moje dziecko – zapytała babunia, wracając.
- Zdjęłam, bo zmoczyłam przy upadku – skłamałam. – A ty? – Wskazałam wielki kosmaty trójkąt pod babcinym brzuchem.
- Cisnęły mnie w pasie i zdjęłam – odpowiedziała równie bystro co i ja i obie zaśmiałyśmy się wesoło.
- To ci Wilk dogodził – Klepnęła mnie w goły pośladek babunia.
- Bałam się ruszyć, tak mi tam niuchał i węszył, jak we swojem.
- Taki ma już wścibski ten nochal, poczciwe wilczysko.
Skinęłam tylko głową, przygładzając spódnicę.
- No, dosyć świecenia przy niedzieli dupą. Bułeczek trzeba by upiec! – Podjęła z animuszem babcia. - Już mi znacznie lepiej.
- I tego wina przecedzić – dodałam, jeszcze drżącym głosem.


- Na wilka trza ci uważać – pokiwała babcia palcem, gdy wreszcie przywdziała bieliznę i spódnicę, - ale przede wszystkiem, na tego nicponia Boguszę miej oko. Bo gdy na Wilka starczy ci obcasem stuknąć, żeby poszedł, tak Bogusza bardziej może być uparty niż ten komar nocą.
Przytaknęłam, na znak, że zrozumiałam.
- I tak będzie ci brzęczał i latał koło... ucha, że aż wreszcie powiesz: - A niech sobie bierze, co chce, byle w spokoju nareszcie zostawił. A temu tylko o to właśnie chodzi. – Babcia nasypała na stolnicę mąki, wbiła jajko i dolała wody. – Tylko na to czeka, żeby mu pozwolić – Wprawnymi dłońmi jęła urabiać ciasto, co rusz zbierając mąkę do kupy. – I ani się kobieta spostrzeże, a już ją ukąsi raz i drugi.
Słuchałam uważnie, przyglądając się robocie. Uwielbiałam pracować z nią w kuchni i słuchać do tego mądrych rad czy opowieści.
- A potem, to na obiad się zostanie, a to na kolację. To ciuch do uprania przyniesie, to skarpetę do cerowania i ani się spostrzeżesz, jak z niewinnego... tańcowania, chłop ci się do domu zwali.

Zastanawiałam się, jak to jest z moją mamą i Boguszą, czy już jej skarpety znosi i czy matula pierze mu galoty? Nic w domu nie widziałam, żadnych obcych łachów, może więc jeszcze się tak nie wysprycił.
- A potem to zupa za słona, to racuchy twarde, kapusta za kwaśna w pierogach, a jak co do czego to i do tańcowania ochota nie zawsze, a żeby drew narąbać? Nigdy nie ma pod ręką. Ot, taki niebezpieczny, samotnej kobiety los z nicponiami, więc strzeż się córuś i lepiej nie zaczynaj. Odganiaj komara, aż nie zdechnie, albo do innej poleci. Zaciskaj nogi, jakby spomiędzy miał ci bies wyskoczyć.
- To już lepiej wilk – palnęłam bez zastanowienia.
- Święta racja córuś – Babcia zatrzymała ugniatanie ciasta, spoglądając na mnie znad swych okularów. – To już lepiej wilk.


Gdy wracałam do domu, słońce czerwieniło już korony drzew. Szło mi się tak lekko i tak mi było raźno na duchu, mimo strachu, jakiego najadłam się przez durnego wilka, że podskakiwałam niemal co krok.
Nad głową usłyszałam nagle rechot sroki Pleciugi. Zadarłam głowę, ale nie dojrzałam jej pośród gałęzi.
- Czego tam, peplo? – zagadnęłam, ale odpowiedziała mi tylko po swojemu po czym odleciała.


Weszłam już porządnie w głąb lasu, gdy jakieś przeczucie mną tknęło. Dopiero wtedy, a może właśnie dlatego, zorientowałam się, że las milczy. Nie odzywało się ani jedno zwierze, ptak czy choćby robak. Nawet gałęzie jakby starały się szumieć ostrożniej.
Stare graby i buki zasłaniały tutaj skutecznie niebiosa i szarówka stała się bardziej mroczna i gęsta. Wiatr dmuchnął nagle jak przed samą burzą. Leciwe dęby zaskrzypiały, zupełnie jak starcy, co na reumatyzmy utyskują ciągle.
Zwolniłam, żeby wychwycić co szepce las, czy rzeczywiście nadchodziła burza, czy stare kołki chciały mnie tylko nastraszyć troszeczkę.
Na ścieżce zobaczyłam Wilka.
Zatrzymałam się, bo raz, że stracha zawsze miałam, gdy spotykałam go samego w lesie, a dwa, nigdy pewności nie było, czy to aby nasz wilk, czy może jakiś inny.
Ten był nasz. Podszedł z pochylonym łbem, a nie spuszczał mnie z oka. Otarł mi się o nogi, tak mocno, że aż postąpiłam z miejsca. Patrzyłam, jak okrąża mnie i szturcha.
Zadarł łeb i jak się spodziewałam, niuchnął znów pod spódniczką.
- Co Wilku? – szepnęłam, ale nie znalazłam odwagi, żeby go pogłaskać, ani by przegonić. Znów trącił mnie łbem i bokiem, jakby chciał, żebym za nim gdzieś poszła. Ustąpiłam ze ścieżki, aż stanęłam nad szerokim pniem wyciętej brzozy.
Wstyd mi było przyznać, ale miałam nadzieję, że wilkowi znów zachce się lizać mnie tam, jak dziś, poprzednio.
Wspomnienie przyjemnego uczucia, jakie ogarniało mnie, przy babcinym łóżku rozgorzało na nowo.
Patrzyłam jak węszy, jak staje za mną, aż bezwstydnie zadarłam spódniczki. Gdy poczułam lekki powiew wiatru na gołej pituli, wypięłam się, patrząc, czy podejmie zabawę.
Mlasnął mnie w udo. Zadrżałam.
Czułam, jak palą rumieńce, a cycuszki napierają na niedzielną bluzkę. Mlasnął raz jeszcze, po pitce, jakby dobrze pamiętał gdzie było najlepsze. Oparłam się o pień i westchnęłam, bo takie mrówki przeszły mi po plecach i karku, aż mi zesztywniały kolana.
Lizał raz za razem.
Nie było tu babci, przed którą miałabym się krępować, a przyjemność ogarniała mnie taka, że wypięłam się jak najbardziej do tyłu, dając mu dostępu.
Znów poczułam wilczy jęzor w sobie i prędko nadchodzący smak potężnej chuci. Wtedy wilk przestał, ale zanim się na niego dobrze obejrzałam, skoczył nagle na dwie łapy i poczułam na karku gorące dyszenie. Skurczyłam szyję zlękniona. Długie łapy ustawił obok moich dłoni na pieńku i naparł swym ciężarem. Przygięłam się i uklękłam. Schowałam twarz w strachu i nagle poczułam, jak coś mokrego smaga moje uda.
Przelękłam się, bo pojęłam, co wilkowi zaświtało we łbie.
Przytłoczona do pnia nie mogłam się wywinąć.
Mlasnął mnie po szyi wywołując dreszcze. Dotknęłam dłonią mokrego miejsca i wtem niespodzianie Wilk wszedł we mnie. Zakłuło boleśnie, ale była w tym bólu tak silna podnieta i przyjemność nagła, że jęknęłam. Wyszedł zaraz, lecz znów dygnął do przodu i trafił. Aż mną potrząsnęło. Wpasował się i sapnął mi przy samym uchu.
Pitka, jakby zadrżała. Poczułam gorącą falę wlewającą się we mnie, niby ciepłą strugą, wprost do środka. Pchał się przy tym tak mocno i prędko, że kolebał mną całą.
Wpół klęcząc, wpół stojąc, oparta o pień brzozy, dawałam się ruchać i nie obchodziło mnie wcale, czy kto mógłby nadejść lasem, czy, że grzech to jakiś. Tak było mi rozkosznie i dziko, że wczuwałam się tylko w tknięcia przyjemności.
Nie trwało to długo, ale takiej było w tym mocy pełno i silnego porywu, że aż zawyłam w ferworze.
Warczałam jak suka, a i głośno chyba, bo gdy wreszcie Wilk skończył, spostrzegłam, że w otwartych ustach, zaschło mi zupełnie, a gardło całe piekło jak od pędu po mrozie.

Zlazł ze mnie i stanął bokiem, jak to w wilczym zwyczaju. Z pitki ciekło mi wąską stróżką wprost pomiędzy buty. Podciągnęłam spódniczkę jak oczarowana, wpatrzona w broczącą cipkę. Czułam do tego w środku leciutkie pieczenie, ale i to rozkoszne.
Czerwony języczek sterczał ze swej szparki zaśliniony. Potarłam go i pociągnęłam. Wciąż jeszcze paliło się we mnie przyjemne zaznanie, gdy na ścieżce zobaczyłam buta.
Rozpoznałam od razu. Widziałam go nie dalej, jak dziś przed południem. Widziałam go wiele razy. Tatko też nosił takie. Podeszłam ostrożnie i aż zakryłam usta.
Nie krzyknęłam, ani nie zemdlałam, chociaż widok był całkiem jak z opowieści ponurej. Krwi było pełno nawet w samym bucie. Na ścieżce, na liściach, na trawie, na suchym badylu i na gładkiej korze buka. Potem ujrzałam bosą stopę, sterczącą z wykrotu. Bałam się, ale mimo to brnęłam dalej. Musiałam zobaczyć, chociaż strach rósł na myśl, co mi się pokaże.
- Nie ciekawy widok. – Usłyszałam za sobą. Podskoczyłam odwracając się na obcasie.
Za mną stał Wilk. – Nie ma na co patrzeć – powtórzył, tym samym co przed chwilą głosem. Szukałam wzrokiem, nie dowierzając własnym uszom i oczom. Zrozumiałam, że albo oszalałam, albo jestem we śnie.
- Nie dziw się zanadto, Czerwony Kapturku. Są na świecie rzeczy i jeszcze dziwniejsze, zapewniam cię – zagadał znów ochryple.
- Co się stało Boguszy? – Zdołałam otworzyć zaciśnięte usta.
- Przegryzłem mu gardło – szepnął Wilk. - Walczyliśmy i on przegrał – dodał po chwili, gdy wciąż stałam wpatrzona w niego, przerażona i drżąca. – Groził mi strzelbą i nie chciał słyszeć żadnych argumentów. – Wilk przeszedł, ciągle trzymając się do mnie bokiem i stanął tak, że znów mogłam widzieć bosą stopę Boguszy. – Nie tam, żeby mi zależało na ugodzie z tym ćwokiem – jego głos był jak najbardziej człowieczy, nawet pysk otwierał się tak jak trzeba, – ale nie miałem zamiaru go zabijać. Najpierw. Potem to już się stało... samo.
Pomyślałam, że jeśli nie usiądę to zaraz się przewrócę. Podeszłam do omszałego pnia i klapnęłam.
- Ale dlaczego?
Wilk milczał. Patrzył tylko na mnie swymi oczyma i jeśli za chwilę by się nie odezwał, byłabym już pewna, że albo zasnęłam, albo najnormalniej w świecie mi się zwariowało.
- Bo był zachłanny - mruknął.
Nic nie rozumiałam, albo nie potrafiłam się po prostu skupić. Może, gdybym się zastanowiła, znalazłabym odpowiedź i we własnej głowie, ale za dużo się działo jak na mój rozum, rzeczy zbyt dziwacznych. Gapiłam się więc tylko w wilcze oczy, czekając wyjaśnień.
- Bywał często u twojej babci, potem szedł do mamy, a dziś, już nawet w tobie wyczułem jego palce. – Wypieki naszły mi na jagody. - Żeby nie wspominać o babie ze wsi pod lasem – dokończył.
- On już ponoć z nią nie jest – wydukałam.
- Teraz już nie – burknął wilk i przysiąc bym mogła, że drwina brzmiała mu w głosie.
- Ale przecież to dobry chłop był...

Wilk popatrzył na mnie uważnie. Siedząc na pniu, miałam jego ślepia na równi z moimi.
- Twój dziadek zmarł sam. Ze starości. To był dobry człowiek. Gdy leśniczy Bogusza postanowił zastąpić go w łożu twojej babci, nie miałem mu za złe. Chociaż gdy starałem się przestrzec go, że nie jest mile widziany, czy niezastąpiony, udał, że mnie nie rozumie. Potem jednak, nie starczała mu jedna kobieta w lesie.
Twoja matka odrzucała jego zaloty jak mogła, ale gdy i twój ojciec ducha swego wyzionął, i ją zagarnął do stadka.
Patrzyłam na Wilka błędnymi oczyma. Nie wiedziałam sama co mnie przerażało bardziej; to, że z nim gadałam, czy co mi powiadał.
- Sroka Pleciuga to najbardziej wścibskie zwierze w lesie i jak czegoś nie wie do końca, to chętnie wymyśli, ale trzeba jej przyznać, że nawet jak wymyśla, rzadko się w tym myli. Gdy powiedziała mi o śmierci twego ojca, nie od razu byłem skłonny w to uwierzyć. Dzisiaj, ten tchórz, sam przyznał się do wszystkiego. Nie wiedział jeszcze, że to nie on zabije mnie, ale ja jego, więc, chętnie potwierdził mi srocze podanie. O tym, jak docisnął jeszcze kłonicę i jak czekał, aż duch umknie zupełnie z ciała twego tatki. Gdy to mi rzekł, nie straciłem już dla niego ani słowa więcej. Głupiec, nawet jego krew... smakowała jak ta zajęcza.

- Co teraz – zapytałam przez łzy, po niejakim czasie.
- Nic. Pomóż mi napchać weń kamieni. Wrzucimy go do potoku. Tam zajmie się nim sum Bahagon i jego sługi raki. Do jesieni zostaną się jedynie kości, a jeśli którą woda ze siebie wyrzuci, chętnie ją odnajdę.
- Nie martw się. Zajmę się i wami – Trącił mnie mokrym nosem, zostawiając mi na kolanie z krwi świeżej pieczątkę.


Jak się rzekło, tak zrobiliśmy. Odtąd żyjemy w zgodzie i szczęśliwie. Nikt nam się do spraw nie miesza, a Wilk dba o swe kobiety, tak jak przyobiecał. Nie jest już on babci, ale jest nasz, wspólny.
Po leśniczym Boguszy słuch całkiem zaginął, a po niedługim czasie zginęło wspomnienie.
Nie był to aż tak dobry człowiek, za jakiego wygodne było mu uchodzić. Bo czasem kto zdaje się dobrym, zły jest, a wilk nie raz w owczej skórze chadza.


Koniec



Podziękowania Pogance

Pobierz e-booka z tym opowiadaniem:   ePub   mobi

Twoja ocena:

  • 9/10

Średnia: 9.46/10 (94 głosy oddane)

starski napisał/a także:



Komentarze



Trzy Kafki
1 lipiec 2013
"takie mnie przy tym zalało uczucie, jakbym się na raz przeciągnęła, roześmiała i zgasiła pragnienie"

Perełka.

Derlis
1 lipiec 2013
Super opowiadanie.bardzo ciekawe,wciągające i podniecające Smile czekam na podobne. np. z jakimś koniem czy coś

blackjack
1 lipiec 2013
Hi hi Smile))
Obecnie, ta wersja Czerwonego Kapturka bardziej mi odpowiada Wink

mika_kamaka
1 lipiec 2013
Powiem Ci Starku, że to najmądrzejsze ze wszystkich Twoich. Takie kurna, jak bajka z morałem. Po prostu dojmująco mądre! No i wreszcie kobiety stały się kobietami. Dziękuję Ci Słońce, odbieram to jako uśmiech w moją stronę. Taki słonecznie toskański :-)

starski
1 lipiec 2013
e tam mika. Jestes już tutaj? Bo jak się dowiem, że byłas i się nie odezwałas to następne opowiadanie napiszę o tobie i wyżej wspomnianym koniu.

Dzięki wszystkim za uwagę.
Jesli się podobało, to cieszy mnie to bardzo, a jesli się nie podobało to prawie bardziej.

pozdrawiam

AS

karelgodla
2 lipiec 2013
Świetne, kolego autorze.
Podoba mi się wieczne twoje poszukiwanie słów i to nie jest pierwsze opowiadanie, gdzie to poszukiwanie dostrzegam. Często udane są te łowy, a język przez to się bogaci.
Podobają mi się zapomniane związki frazeologiczne, które odkurzasz z zapomnienia np. " mama puszczała mnie bez troski". Fabuła też udana. Twórcze udoskonalenie bajki o CzK. No i morał jak MK słusznie zauważa występuje, choć może jeszcze ciutkę możnaby udoskonalić...

Opowiadanie o MK i koniu koniecznie napisz. MK jest tego warta Smile

NeverShoutNever
5 lipiec 2013
10 Smile

Candince
12 lipiec 2013
Świetne, jak zresztą każde z twoich opowiadań.

Mahler
14 lipiec 2013
Po pierwsze głębokie ukłon w kierunku autora. To pierwsze opowiadanie, które wwywołało u mnie takie emocje podczas czytania. Chciałbym aby pojawiło się kolejne o zbliżonej tematyce(lub kontynuacja), gdzie będzie ukazana taka niewinność i pierwsze kroki w tym "sporcie".

Azazel
18 lipiec 2013
Nie jestem krytykiem literackim, więc krótko:
Pomysłowo, szelmowsko i perwersyjnie. 10/10

Azazel
18 lipiec 2013
I byłbym zapomniał.....
Pisz, a chętnie przeczytam!

GreatLover
26 styczeń 2014
Zoo

samanthaJONES
29 styczeń 2014
Hmm całkiem niezła ta bajeczka. 10 Wink

Dodaj komentarz


* Wypełnienie tego pola jest wymagane.

Wpisz kod potwierdzający:

pokatne.pl logo

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pokatne.pl korzysta z plików cookies

Używamy cookies w celu gromadzenia danych statystycznych, emisji reklam oraz prawidłowego funkcjonowania niektórych elementów serwisu. Pliki te mogą być także umieszczane na Państwa urządzeniach przez współpracujące z nami firmy zewnętrzne. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji w Polityce prywatności.