Blask księżyca (I)

Fetyszysta Fetyszysta

20 lipca 2017

hourglass 42 min

„Krwawe znaki wypisywali na drodze, którą szli, a ich głupota uczyła, że prawdy dowodzi się krwią. Lecz krew jest najgorszym świadkiem prawdy, krew zatruwa nawet najczystszą naukę, czyniąc z niej szaleństwo i nienawiść serca”
Friedrich Nietzsche



James przeciągnął się leniwie i ziewając, pociągnął ciężki wózek wzdłuż peronu. Poranny wietrzyk łagodnie łaskotał po twarzy. Wciąż czując uciążliwy piasek pod powiekami, zerknął na tablicę odjazdów, w nadziei odnalezienia właściwej godziny spośród dziesiątek ciasno zapisanych linijek spisu. Chudym, długim palcem przejechał niespiesznie po powierzchni szklanej tafli, odnajdując odpowiednią rubrykę.
- Anacortes - mruknął ospale, wciąż ziewając - Przez coś tam, coś tam i coś tam, mniejsza z tym. Odjeżdża o wpół do ósmej... to za piętnaście minut.
Spojrzał z niechęcią na wciąż puste tory kolejowe. Poprawił torbę na ramieniu i powolnym krokiem ruszył ku ławkom położonym w głębi peronu. Opadł na jedną z nich i westchnął głęboko. Rosnącego rozdrażnienia nie poprawiła pogoda. Już od kilku dni było pochmurno. Nie padało co prawda, ale nic tak nie irytowało Jamesa jak brak promieni słonecznych kilka dni z rzędu. Na dodatek się nie wyspał, a na pośpieszne śniadanie miał do wyboru jedynie owsiankę i twardą jak kamień bagietkę z zeszłego tygodnia. Jakby tego było mało, przez bite dwa miesiące nie będzie widywał się z Jennifer, kobietą jego życia. Ich związek przetrzymał naprawdę wiele ciężkich prób i mężczyzna nie obawiał się zdrady, ale zwyczajnie nie mógł pogodzić się z myślą, że Jen przez całe wakacje będzie tak daleko od niego. Albo on od niej. Jako biedny student prawa na czwartym roku miał niespotykane szczęście bycia w związku z jedną z najładniejszych dziewczyn w całym rodzinnym miasteczku. Jennifer wielokrotnie powtarzała mu, że kocha w nim jego osobowość, której nikt inny nie ma, natomiast on nie potrafił sprecyzować, co w niej kocha. A to z powodu tego, że uwielbiał w niej absolutnie wszystko i nie potrafił bez niej żyć, jak bez tlenu. Była jego alfą i omegą, pasowali do siebie idealnie, a każde rozstanie, choćby na kilka dni, dla obojga okazywało się udręką. Znali się już od dobrych kilkunastu lat i przyjaźń stopniowo przemieniła się w nienaruszalne uczucie miłości. A teraz mieli się rozstać na okres calutkich wakacji. Już zaczynał odczuwać tęsknotę za ukochaną, ale perspektywa spędzenia najbliższego roku studiów na bułkach i zupkach chińskich nie była zachęcająca. Wyjeżdżał do północnej części stanu Waszyngton, do okolic Anacortes. Na to zadupie ciągnęła go myśl o zarobieniu wcale nie najmniejszego szmalu. Kilka tygodni temu, przeglądając oferty pracy natknął się na ogłoszenie niejakiego państwa Brown, którzy poszukują odpowiedzialnej osoby do opieki nad ich dziećmi. Oferowana przez nich suma była wręcz podejrzanie wysoka, ale James nie wahał się długo i zadzwonił. Sam nie wierząc w swoje słowa, zapewniał osobę po drugiej stronie słuchawki, że mimo młodego wieku ma niebywałą rękę do dzieci i jest obdarzony umiejętnością szybkiego dogadywania się z nimi. Opisując swoją osobowość, używał wszystkich pozytywnych określeń, jakie przychodziły mu do głowy. Jennifer w tym czasie, uniósłszy jedną brew przyglądała mu się z lekko ironicznym uśmiechem. Kiedy jednak James z radością oznajmił, że ma tę pracę, dziewczyna rzuciła mu się na szyję, obsypując pocałunkami. Jedną z jej niezwykłych cech było to, że potrafiła cieszyć się cudzym szczęściem. Po kilku dniach nadszedł jednak czas wyjazdu i pożegnań, nikt nie wydawał się być szczęśliwy.
I tak oto, w przedostatnim, pochmurnym poranku czerwca mężczyzna siedział na ławce peronu, smętnym wzrokiem odprowadzając przejeżdżające pociągi. Znużony czekaniem, przeszedł się do krawędzi peronu. Wyciągnął telefon z kieszeni i otworzył nową wiadomość. Jennifer przesłała mu dwie maleńkie piąstki zaciskające kciuki. Uśmiechnął się do siebie i odesłał jej trzy serduszka. Poczuł się jak w czasach liceum, kiedy to będąc nastolatkiem esemesował z koleżankami, wysyłając tony idiotycznych emotikonek. Co jak co, ale zawsze cieszył się powodzeniem u płci pięknej. Czując lekkie zażenowanie na wspomnienie dawnych czasów, zebrał z ławki swoje rzeczy i przygotował się do podróży.
Pociąg nadjechał niemal punktualnie. James pomógł wsiąść jakiejś trzęsącej się starszej pani z nogami chudymi jak patyki. Czym prędzej uwolnił się od towarzystwa kobiety i zabrał własne torby. We wnętrzu pojazdu było duszno. Pasażerowie siadali głównie bliżej przodu pociągu, więc mężczyzna ruszył w przeciwną stronę, taszcząc bagaże. Odnalazł wolny przedział i zajął miejsce przy oknie. Torby umieścił na półce i klapnął na fotel. Westchnął ciężko. Za oknem mężczyzna ze szczotką sumiennie zamiatał beton, nie bacząc na wiatr niszczący efekty jego pracy. Miotła wydawała denerwujące dźwięki. „Szur, szur, szur, szur”. James zatrzasnął ze złością okno, czując się coraz bardziej rozeźlony. Przez chwilę rozważał nawet myśl, aby opuścić pociąg i wrócić do domu. Zawsze mógł pracować w lodziarni pana Stanleya za 15 dolarów dziennie. Przynajmniej codziennie widziałby Jen. No i nie musiałby opuszczać znajomych okolic. Niespodziewanie zerwał się z miejsca i schylił po torby, ale w tym momencie za oknem rozległ się przeciągły gwizd i pociąg szarpnął, ruszając w podróż. James usiadł, zagryzając ze złością wargi. Na peronie mężczyzna wciąż męczył się z miotłą.
Pociąg wyjechał ze stacji, a James obejrzał się, zerkając ostatni raz na wszystko, co zostawiał za sobą. Swoją miłość, przyjaciół i spokój. W najbliższych tygodniach miał opiekować się cudzymi bachorami i otrzymać za to grubą forsę. Pierwszy raz poczuł do siebie obrzydzenie. Pochylił się i wyciągnął z plecaka książkę. Ian Fleming, „Pozdrowienia z Rosji”. Starając się odgonić ponure myśli, zagłębił się w lekturze. Przeczytał zaledwie kilkanaście stron, kiedy miarowy stukot pociągu z wolna go uśpił. Zmęczenie wzięło górę. Całą poprzednią noc żegnał się z Jennifer. Na wiele różnych sposobów. Zapadł w niespokojny sen pełen cudzych dzieci biegających z wrzaskiem i rozrzucających wokół dolary. Pieniądze próbował pozamiatać mężczyzna z miotłą, a jego narzędzie wydawało dźwięki podobne do stukotu pociągu. Potem zjawiła się sama Jennifer i zaczęła szturchać go w ramię, próbując coś powiedzieć. James nie mógł zrozumieć. Powiedział jej to, a ona nachyliła się do jego ucha i głośno warknęła: „Bilet”.
James gwałtownie się obudził. W przedziale stał, wysoki wąsaty mężczyzna z okularami grubymi jak denka od słoików. Uśmiechnął się kwaśno.
- Nie spaliśmy w nocy, co? Imprezowało się, co? Bilet poproszę! - Głos miał skrzekliwy, nie pasujący do aparycji.
Pomachał mu przed nosem niewielkim urządzeniem do kasowania biletów.
- A... tak... oczywiście, bilet - wyjąkał James, trzęsącymi się po śnie rękami sięgając do plecaka.
Wręczył mężczyźnie papierek. Ten skasował go i kiwnął głową. Opuścił przedział, mruknąwszy słowa pożegnania. James oparł się wygodniej i spojrzał niemrawo w okno, wciąż roztrzęsiony snem. Przez ponad sześć godzin jazdy nie robił nic poza gapieniem się w przemijające za oknem krajobrazy i rozmyślaniem o Jennifer i zbliżającej się pracy. W żołądku czuł znajome ssanie, nieprzyjemne uczucie towarzyszące mu podczas egzaminu w szkole czy sesji na studiach. Denerwował się. Jak właściwie będzie wyglądać ta praca. Czy państwo Brown dobrze go odbiorą? Co jeśli zawali i będzie musiał wracać do domu? Cóż, wtedy przynajmniej byłbym z Jen.
- Ale to nie znaczy, że nie dam z siebie wszystkiego i nie będę się starać.- Powiedział na głos, jakby przekonując samego siebie.
Takie myśli towarzyszyły mu aż do końca podróży. W końcu, po kilku godzinach, które wydawały by się wiecznością, pociąg zatrzymał się na stacji poprzedzającej Anacortes. Tylko jedna osoba wysiadła na tym postoju. James przystanął, rozglądając się z niedowierzaniem. Pociąg ociężale ruszył i nabrał prędkości, po chwili znikając za zakrętem. Nastała absolutna cisza oprócz szumu drzew. A było ich wiele. Terenem wokół peronu był wyłącznie las. Wysokie świerki poruszały się na wietrze.
- Jestem w Hogsmeade, czy jak? - zażartował. Odpowiedziała mu cisza. Nigdzie nie było żywej duszy.
Podszedł do podniszczonej, pękniętej tablicy informacyjnej. Położył torbę na pękniętym betonie i przejrzał się w resztkach szkła. Zobaczył młodego mężczyznę o niebieskich, nieco zdziwionych oczach. Poprawił krótkie, ciemne włosy. Z torby wyjął czarną koszulę i założył ją, zapinając do przedostatniego guzika. Powlókł się do krawędzi peronu, zachwiał się i zeskoczył na kamienistą drogę. Z gęstwiny drzew wybiegł obszarpany pies. Załatwił się pod pniem sosny, obserwując mężczyznę.
- Niezły komitet powitalny - mruknął James, rozglądając się po drodze. Obie strony wyglądały identycznie. Tylko kamienie i wielkie, iglaste drzewa - No, raz się żyje.
Ruszył w prawo, potykając się co chwila na kamieniach, którymi wyłożona była droga. Po kilku kilometrach wędrówki na niewygodnej ścieżce był już porządnie zdenerwowany. Wiał cholernie zimny wiatr, kamienie na ścieżce boleśnie kłuły go w stopy, zaczynało się ściemniać a krajobraz dalej wyglądał jednakowo. Pluł sobie w brodę, że nie sprawdził drogi w Google Maps. Zerknął na ekran telefonu.
- Rzecz jasna zasięg poszedł się... - nie dokończył, gdy między drzewami ujrzał ogrodzenie. Pełen nadziei przeszedł wzdłuż wysokiej, metalowej bariery. Górująca nad wszystkim brama wyglądała jak wejście do samego Hogwartu. Mężczyzna stanął przed wejściem, usiłując odczytać napisy na zaśniedziałej tabliczce przytwierdzonej do prętów ogrodzenia. Serce mu podskoczyło. Jeżeli dobrze widział w tym świetle, tablica informowała o własności rodziny Brownów. To właśnie to nazwisko figurowało w internetowym ogłoszeniu. Nie wierząc we własne szczęście, energicznie zastukał mosiężną kołatką. Wydała dźwięk przypominający dzwon kościelny. James obserwował budynek przypominający dwór znajdujący się za ogrodzeniem. Nie wiedzieć czemu wzdrygnął się. Budowla była ponura i ciemna. Natychmiast przypomniały mu się wszystkie horrory z nawiedzonymi domami. Odetchnął kilkukrotnie by się uspokoić. Pasek torby niemiłosiernie wpijał mu się w ramię. Już miał zadzwonić ponownie, kiedy drzwi budynku otworzyły się i po kamiennej ścieżce ruszyła ku niemu niska, utykająca postać. Przeszła pospiesznie po brukowanej ścieżce i podeszła do ogrodzenia. Nieznajomy okazał się mężczyzną o urodzie ogra. Mężczyzna przyjrzał się nieufnie Jamesowi.
- Czego? - zapytał niekulturalnie.
- Eee... Dzień dobry, moje nazwisko Howley - odpowiedział James, ignorując natarczywy ton mężczyzny.
- Gratuluję, musi pan być dumny - odwarknął ten.
- Ja... przyjechałem tu do pracy... do opieki nad dziećmi państwa Brown - odrzekł James, nie dając się zbić z tropu.
- Tak? No, no skoro tak, to właź pan – Mężczyzna szarpnął zasuwę i uchylił bramę.
James, zaskoczony i nieco oszołomiony, przecisnął się między skrzydłami wejścia i powstrzymał od skrzywienia się, gdy mężczyzna zionął mu w twarz cebulą.
Ogr zatrzasnął skrzydła bramy i kaczkowatym krokiem ruszył ku frontowym drzwiom dworku. Młodzieniec niepewnie ruszył za nim, odczuwając coraz większy stres. Wskoczył na niskie schodki i wreszcie wkroczył do ciemnego holu. W środku panował przerażający chłód. Na dodatek było ciemno jak w samym piekle. Ogr przeszedł obok, potrącając brutalnie chłopaka. Dało się usłyszeć pstryknięcie kontaktu i pomieszczenie zalało jaskrawe światło. James, mrużąc oczy, dostrzegł liczne zdobione meble, wysokie, rzeźbione schody wiodące na pierwsze piętro i olbrzymi żyrandol zawieszony wysoko pod sufitem. Ogr obrzucił młodzieńca pogardliwym spojrzeniem i zaczął niedbale układać kawały drewna w kominku pod ścianą. James otrząsnął się i nieśmiało ruszył dalej. Po lewej stronie ujrzał wiszący na ścianie wielki portret siedzącego w fotelu mężczyzny. Osobnik był przeraźliwie wysoki i chudy. Ciemne włosy zaczesał do tyłu, eksponując bladą, pociągłą twarz o wydatnych kościach policzkowych. Zimne, czarne oczy zdawały się świdrować trzęsącego się Jamesa, który nagle, mając do czynienia z tak wielkim przepychem poczuł się maleńki i nic nie znaczący.
- Pan Howley, jak mniemam? - Spokojny, bez wątpienia należący do kobiety głos rozdarł panującą w domu ciszę.
U szczytu schodów stała piękna, wysoka kobieta. Była ubrana w szykowną, przylegającą do ciała spódnicę do kolan i pasującą do kompletu marynarkę w kolorze tak ciemnym, że zdawał się on zasysać wszystkie otaczające go barwy. Z gracją zeszła ze schodów, wchodząc w krąg światła rzucanego przez ozdobny żyrandol wiszący centralnie nad ich głowami. James stwierdził, że kobieta śmiało mogłaby być jego matką, a wygląda niesamowicie, jak na swój wiek. Regularne rysy twarzy i subtelny makijaż czyniły z niej piękność. Dodatkowo było w niej coś nieuchwytnego. Coś trudnego do opisania. Pewien rodzaj wyniosłego spojrzenia, onieśmielającego mężczyzn. James złożył delikatny pocałunek na podanej mu w szlacheckim geście dłoni.
- Tak, to ja telefonowałem do państwa kilka tygodni temu. Chcę podjąć się opieki nad państwa dziećmi.
Pani Brown zdawała się go nie słuchać. Uniosła dłoń i smukłymi palcami powoli zakreśliła linię na jego tętnicy szyjnej. Ten dziwny gest w połączeniu z dotykiem jej zimnych palców sprawił, że James mimowolnie się wzdrygnął. Uśmiechnęła się, patrząc w jego oczy. Łagodny błękit spotkał się z bezlitosną czernią. Młodzieniec wytrzymał spojrzenie. Kobieta uśmiechnęła się szerzej, ukazując dwa rzędy białych, równych zębów.
- Zapraszam więc. Oprowadzę pana po domu. Proszę zostawić bagaże w holu. Lewis się nimi zajmie.
Mężczyzna o wyglądzie ogra, który najwidoczniej miał na imię Lewis, burknął coś w odpowiedzi i szurając butami ruszył niechętnie ku pozostawionym torbom.
James ruszył niepewnie za panią domu, starając się nie patrzeć na pośladki kobiety ciasno opinane przez ciemną tkaninę.
- Śmiało, śmiało - dobiegł go jej głos – Moje dzieciątka nie gryzą - Zaśmiała się z własnego żartu. Zimny, pozbawiony wesołości śmiech wypełnił uszy młodzieńca. Wdarł się do jego klatki piersiowej i oblał serce lodowatą wodą.
Ta charyzmatyczna kobieta napawała go przedziwną paletą emocji. Z jednej strony rozpalała pożądaniem, chwilami zdawał się jej pragnąć, a z drugiej przeraźliwie bał się jej. Budziła w nim nieznajomy lęk, przypominający senny koszmar, z którego nie można się obudzić. Nagle poczuł rozpaczliwą potrzebę powrotu do domu. Do jego rodzinnego miasteczka wypełnionego słońcem i życzliwymi ludźmi. Chciał przytulić się do Jennifer, poczuć ciepło jej ciała.
- Nie. Jestem już za daleko, by się cofać - powiedział sobie w myślach - Za daleko!
Pani Brown odwróciła się do niego i z uśmiechem wskazała dłońmi obie strony długiego, ciemnego korytarza, na którym się właśnie znaleźli. Przypominała hostessę zachwalającą towar. Ciekawe ile osób podeszło by bez cienia strachu.
- Na lewo - powiedziała - pokoje moje i mojego męża. Nasza łazienka, sypialnia, gabinet, biblioteka. Obowiązuje tam absolutny zakaz wstępu. Nie tylko dla dzieci – zrobiła krótką przerwę - Po prawej pokoje dzieci, pański pokój, kolejna łazienka, bawialnia oraz kilka nieistotnych w tym momencie pomieszczeń. Na dole, za schodami drzwi do jadalni, dalej salon i taras.
James wysłuchiwał wyliczanki, kiwając raz po raz głową. Pani Brown poprowadziła go korytarzem.
- Chciałabym, aby od razu poznał pan dzieci. Musi pan być świadomy, że zarówno córka, jak i syn nie są łatwymi wychowankami. Potrafią przysporzyć problemów. Ale... podobno ma pan talent do opieki nad dziećmi? - zapytała.
- Oczywiście, inaczej by mnie tu nie było, prawda? - odparł.
- Naturalnie - odrzekła, otwierając bez pukania drzwi jednego z pokojów. - Robercie, to twój nowy opiekun. Przywitaj się.
Na dywanie, otoczony górą zabawek siedział w pidżamie góra dziesięcioletni chłopiec bardzo podobny do mężczyzny z portretu na dole. Był nawet równie szczupły. Niechętnie obrzucił Jamesa pogardliwym wzrokiem i wrócił bez słowa do zabawy.
- Gnojek - pomyślał James.
Pani Brown zerknęła na niego z ukosa.
- Robert niewiele mówi, proszę nie czuć się urażonym.
Przeszli dalej korytarzem. Minęli salę otwartą na oścież. Wyglądała jak sala lekcyjna. W środku ustawione były dwa rzędy ławek zwrócone ku zawieszonej na ścianie butelkowo zielonej tablicy.
- Dzieci uczą się w domu. W okresie poza wakacyjnym przyjeżdża tu regularnie kilku nauczycieli - wyjaśniła pokrótce pani Brown.
Mężczyzna nie wiedział co odpowiedzieć. Na szczęście nie musiał. Doszli właśnie do ostatnich drzwi w korytarzu. Przybita doń tabliczka przedstawiała niecenzuralne słowo. Pani Brown położyła rękę na klamce i spojrzała na Jamesa.
- Anne przechodzi... dość trudny okres w życiu - Nacisnęła na klamkę i szarpnęła, otwierając drzwi na całą szerokość. Ich uszu dobiegła dotąd przyciszona muzyka heavy metalowa. Sama Anne leżała na łóżku ubrana jedynie w skromne figi i koszulkę nie zakrywającą jej nawet pępka. Dziewczyna miała około siedemnastu lat. Co ciekawe, była zupełnie niepodobna do reszty rodziny. Miała długie za ramiona, zawijające się kręcone włosy, piegowatą twarz i duże oczy w kolorze kasztanów. Nawet jej cera była nieco innej barwy od reszty domowników. Mimo młodego wieku nie można odmówić jej było atrakcyjności.
- Anne, to jest pan James Howley, będzie... - zaczęła pani Brown.
Jej córka obrzuciła Jamesa zaciekawionym spojrzeniem i ze zwinnością kota zeskoczyła z łóżka, po czym zatrzasnęła im z hukiem drzwi przed nosami. Młodzieńcowi mignął przez oczyma bardzo przyjemny widok długich, smukłych nóg dziewczyny.
Pani Brown nie zdawała się być poruszona zachowaniem córki. Z lekko zażenowanym uśmiechem zwróciła się do młodego mężczyzny.
- Z formalności to chyba tyle. Wszelkie kwestie finansowe bardzo proszę omawiać z mężem. Kolację spożywamy całą rodziną, w jadalni, zawsze o siódmej – powiedziała – czy ma pan może jakieś pytania?
- Chyba nie, dziękuję – odparł James, lekko kłaniając się pani domu.
- Doskonale. W takim razie widzimy się na kolacji – skinęła delikatnie głową i ruszyła korytarzem. Po chwili przystanęła, jakby nagle coś sobie przypomniała – W domu panuje jeszcze jedna niezwykle ważna zasada. Proszę postarać się nie odsłaniać kotar zasłaniających okna. Mąż cierpi na rzadką chorobę i nie znosi jaskrawego światła.
- Oczywiście, będę o tym pamiętał – zapewnił młodzieniec.
Pani Brown po raz ostatni uśmiechnęła się do niego i odeszła. James mimowolnie odetchnął z ulgą. Zza drzwi Anne wciąż dobiegała muzyka. Poza tym w domu zdawała się panować niezmącona cisza. Odwrócił się na pięcie i starając się iść bezszelestnie, udał się do przydzielonego mu pokoju.
Pomieszczenie okazało się całkiem sporych rozmiarów. Jego rzeczy spoczywały obok łóżka. Rozejrzał się. Całość przypominała mu muzealną wystawę. Z zachwytem obejrzał zdobione świeczniki stojące na kandelabrze w rogu pokoju. Brał do ręki i podziwiał maleńkie mosiężne figurki żołnierzy stojące na komodzie.
Jak wszędzie w tym domostwie, okno zasłonięte było grubą, ciemną kotarą przypominającą kurtynę. Rozwiązał zabezpieczający ją sznur i rozsunął zasłony. Ciemny pokój zalało wieczorne światło dnia. Mężczyzna z ciekawością wyjrzał na zewnątrz. Zerwał się mocny wiatr szarpiący czubkami wysokich sosen za ogrodzeniem. Na dole Lewis grabił przystrzyżony trawnik. Pod grubą czapą zdawał się mówić coś do siebie. W oddalonym prześwicie między drzewami James ujrzał dachy wyższych budynków, zapewne najbliższego miasteczka. Znajdowało nie bliżej niż dziesięć kilometrów stąd. Młodzieniec zerknął na ścienny zegar. Jeżeli działał prawidłowo, była za dziesięć siódma. James zawsze miał bzika na punkcie punktualności. Przebrał się po podróży, nieco ogarnął krótkie włosy i równo o siódmej zszedł na dół, do jadalni. Nieśmiało uchylił drzwi pomieszczenia. Wszystkie miejsca przy długim stole były puste. Panował nieprzyjemny półmrok. Tylko w końcu sali rozpalony był wesoło trzaskający ogień. W ciemności coś się poruszyło. Zjawił się Lewis, prowadząc wózek z talerzami. Wskazał młodzieńcowi pierwsze miejsce na prawo od szczytu stołu, z dala od światła.
- Pan Brown życzy sobie, co by z nim pan zjadł kolację – wycharczał mężczyzna, siląc się na grzeczność – Dodał także, że może się nieco spóźnić.
James nie odpowiedział, tylko usiadł na wskazanym mu krześle. Lewis rozłożył dwa talerze z porcjami parującego mięsa wyglądającego jak kurczak. Potem wykonał gest wyglądający jak niezdarny ukłon i wyszedł tak szybko, jak pozwalały mu na to krzywe, krótkie nogi. Samotny młodzieniec poczuł się bardzo głupio. Nalał sobie nieco wody z naczynia stojącego nieopodal i zwilżył wyschnięte gardło. Uśmiechnął się kwaśno. Czyżby matula Brown zapomniała o rodzinnej kolacyjce? Chyba coś z jej ułożonego planu dnia nie poszło jak należy. Zerknął na swój talerz. Mięso pachniało aromatycznie, ale nie śmiał zacząć posiłku przed przybyciem gospodarza. Mijały kolejne długie minuty. Niespodziewane drzwi jadalni rozwarły się szeroko i raźnym krokiem wszedł wysoki mężczyzna, niewątpliwie pan Brown. Czarne włosy elegancko zaczesane, blada jak papier cera, czarne, przenikliwe oczy. Wyglądał jakby uciekł z muzeum. Wyniosłe gesty i sposób poruszania się przywodziły na myśl szlachetnego władcę jakiejś odległej krainy. James zerwał się z krzesła. Wyciągnął rękę na powitanie. Mężczyzna podał mu dwa długie jak patyki palce. Młodzieniec uścisnął je lekko, czując się niezręcznie.
- James Howley – zaczął powoli. Jego głos był głęboki i lodowaty, ale mimo to przyjemny dla ucha.
- Panie Brown – odrzekł James mający już powoli dość tych powitań.
- Proszę, niech pan siada – mężczyzna królewskim gestem wskazał mu miejsce – Czuję się zobowiązany do kilku słów przeprosin. Moje karygodne spóźnienie spowodowane było niecierpiącym zwłoki zadaniem związanym z moją pracą – pozwolił sobie na lekki uśmiech - cieszę się, że nie zrezygnował pan ze spotkania ze mną.
Zajął swoje miejsce i splótłszy dłonie nad swoim talerzem utkwił spojrzenie w młodzieńcu.
- Wie pan, z niezwykłą niecierpliwością czekałem, aby wreszcie pana poznać. Może pan sobie tylko wyobrażać jak ciężko jest żyć człowiekowi pracującego w domu, z chorobą uniemożliwiającą kontakt z promieniami słonecznymi, w otoczeniu rozkapryszonych dzieci i kobiety. Od długiego czasu trapiła mnie potrzeba porozmawiania z innym mężczyzną, zamienienia choć kilku słów z osobnikiem myślącym na ten szczególny, typowy dla przedstawicieli męskiej płci sposób.
- Mi również jest niezwykle miło pana poznać – wyszeptał niemrawo James. Przyłapał się na tym, że przez od kilku momentów zdawał się tonąć w tych przenikliwych, czarnych jak smoła oczach. Było w nich coś hipnotyzującego. Coś, co nadawało słowom tajemniczego jegomościa przedziwnej wagi. Coś, co sprawiało, że młodzieniec zapomniał o głodzie i wsłuchiwał się w słowa pana Browna, jakby to, co ten mówi, było ostatnim, co James kiedykolwiek ma usłyszeć.
- Tak więc przez lata było mi dane przebywać w towarzystwie rozpieszczonych bachorów bez poczucia wartości, skretyniałego, stale mówiącego do siebie służącego i żony, która od zawsze preferowała oczarowywać mężczyzn... walorami estetycznymi. Krótko mówiąc nie jest satysfakcjonującą mnie towarzyszką rozmów na tematy poważniejsze niż wystrój salonu – odczekał chwilę, przyglądając się wciąż Jamesowi – Mówię to panu w dość prostym celu. Zwyczajnie chcę poinformować pana o moim zadowoleniu w związku z pojawieniem się pańskiej osoby w progach mego domu. Oczywiście, wiem, że pańskim zadaniem jest opieka nad Robertem i Anne, ale musi pan być świadomy, że nic nie sprawiłoby mi takiej satysfakcji, jak rozmowa z panem na wszelkie tematy. Na przykład – wskazał długim palcem talerze – przy kolacji – Zakończył monolog, splatając palce i kręcąc młynki kciukami.
- Jest mi niezmiernie miło... dziękuję za te słowa, jednakże nie jestem przekonany, czy przy moim skromnym doświadczeniu i młodym wieku jestem odpowiednią osobą do rozmowy z człowiekiem tak światłym, jak pan – odrzekł James, ostrożnie dobierając słowa.
Pan Brown przypatrywał mu się przez chwilę, obdarzając lekkim uśmiechem.
- Czym się pan zajmuje?
- Studiuję prawo na uniwersytecie w...
- Och! Doskonale! – wykrzyknął pan Brown, przerywając Jamesowi – Niechże się pan niczym nie martwi. Kiedy spotyka się dwóch gentlemanów z umysłami otwartymi na świat, nigdy nie zabraknie im tematów do ciekawej, rozwijającej rozmowy. I nigdy nie przegapią okazji do wymienienia twierdzeń i własnych przekonań na interesujące ich tematy. W żadnym wypadku nie powinien się pan przejmować moim wiekiem i jak pan to ujął, doświadczeniem. Nie jestem człowiekiem gardzącym młodszych od siebie. Jestem otwarty na... młodą krew – roześmiał się cicho.
James dostał gęsiej skórki.
- To jakiś cholerny psychol, oszalał od siedzenia w zamknięciu – rozmyślał gorączkowo młodzieniec. Zastanawiał się nad możliwymi sposobami ucieczki z tej cholernej jadalni. Oddalenia się od tego podstarzałego wariata.
Kłopotliwą ciszę przerwał pan Brown,
- A jak się pan czuje w moim domostwie? Czy pokój panu odpowiada? – zagadnął.
- Jest jak najbardziej wystarczający. Dziękuję.
- A pierwsze wrażenia? – mężczyzna nie odrywał wzroku od młodzieńca.
James nerwowo spojrzał w te czarne, straszne oczy. Odbijał się w nich migoczący po drugiej stronie jadalni ogień.
- To jakiś cholerny nawiedzony dom wariatów, twoja żona nie potrafi zajmować się własnymi dziećmi, twoje bachory są niewychowane i zamknięte w sobie, a ty przypominasz mi Draculę, który stanowczo za długo siedział zamknięty w piwnicy – młodzieniec wypowiedział to w myślach i natychmiast po tym rzekł – Ma pan wspaniałą żonę i dzieci, a dom jest piękny – uśmiechnął się, pragnąc dodać słowom nieco ciepła.
Pan Brown milczał bardzo długo, przypatrując się mu. Tym razem bez cienia uśmiechu. W końcu westchnął.
- Na pewno jest pan zmęczony po podróży. Powinien się pan położyć.
James, rad, że udało mu się zakończyć rozmowę, wstał i powiedziawszy słowa pożegnania ruszył energicznie ku drzwiom jadalni. Położył rękę na klamce, kiedy usłyszał ponownie zimny głos pana Browna.
- Mam nadzieję, że dziećmi opiekuje się pan lepiej niż kłamie – młodzieniec poczuł nieprzyjemne gorąco w środku – do widzenia – dodał pan Brown.
Do końca nie wiedząc co robi, James wbiegł po wysokich schodach i po chwili był już w swoim pokoju. Przekręcił klucz w drzwiach i usiadł na łóżku. Za oknem było już zupełnie ciemno. A przecież nie rozmawiali tak długo! Młodzieniec czuł się potwornie. Jakby dopiero co był naocznym świadkiem jakiegoś straszliwego wypadku samochodowego. Wciąż mając w głowie widok ciemnych, świdrujących oczu pana Browna opadł powoli na poduszki i zapadł w płytki, niespokojny sen pełen mówiących coś do niego domowników tego wielkiego, strasznego domu.

Wczesnym rankiem obudził się leżąc wciąż w tej samej pozycji, w ubraniu, tak jak zasnął. Przez okno wpadały do pokoju promienie słońca. Drobinki kurzu wznosiły się w powietrzu jak maleńkie owady. James zabrał z torby podróżnej swoje przybory toaletowe i wyszedł na korytarz, nasłuchując. W domu, jak zawsze, zdawała się panować absolutna cisza. Skradając się przez półmrok dotarł do łazienki. Odświeżywszy się, zmienił koszulę i zszedł na dół. Wielki zegar ścienny wskazywał w pół do dziewiątej. Nigdzie nie było żywej duszy, ale na stole stały już półmiski ze śniadaniem. James uświadomił sobie, że już od ponad doby nie miał niczego w ustach. Niemal rzucił się na jedzenie, które okazało się bardzo smaczne. Zaspokoiwszy głód, nalał sobie herbaty z wielkiego dzbanka i zaczął powoli popijać z filiżanki, rozmyślając. Kwadrans później na schodach wreszcie rozległy się czyjeś kroki i po chwili zjawił się nie kto inny jak Robert. Chłopiec miał na sobie koszulę zapiętą pod szyję i ciemne kanciaste spodnie. Wyglądał co najmniej komicznie.
- Dzień dobry – przywitał się przyjaźnie James.
Dzieciak rzecz jasna zignorował powitanie i utkwiwszy spojrzenie w talerzu, zaczął rzuć skórkę od chleba.
Nie minęło wiele czasu, gdy zjawiła się też księżniczka. Anne weszła powolnym, powłóczystym krokiem. Była bosa, ubrana jedynie w lekką koszulę nocną. Burza gęstych włosów wokół jej głowy sprawiała wrażenie, jakby żyła własnym życiem.
- Dzień dobry – ponowił próbę James.
Anne usiadła ciężko i zaczęła bezmyślnie skubać skórkę awokado, patrząc na Jamesa bez większego zainteresowania. Milczała. James odczekał chwilę i westchnął.
- Słuchajcie, nie musimy się lubić, ale powinniśmy się szanować. Naprawdę nie chcę wam prawić morałów i rzucać oklepanymi sloganami, ale możemy chociaż udawać pewny szacunek. Będę tu z wami przez najbliższe dwa miesiące i wydaje mi się, że powinniśmy choć w tej kwestii dojść do consensusu. Czy nie mam racji?
Robert zwrócił się powoli ku Jamesowi.
- Dzień dobry, panie Howley.
James kiwnął głową.
- Może trochę zbyt oficjalnie, ale jak na początek nieźle. Anne?
Anne zdmuchnęła kosmyk włosów z twarzy i uniosła lekko brew, dając Jamesowi znak absolutnej ignorancji. Mężczyzna westchnął ponownie.
- Nic na siłę – rzekł z uśmiechem.
Żadne z państwa Brown nie zjawiło się tego dnia. Jedynie Lewis przyniósł Jamesowi niewielką kopertę z informacją od pani Brown, że wyjechała na kilka dni z mężem w niecierpiącej zwłoki sprawie. James wpatrywał się w pochyłe, pełne zawijasów pismo kobiety z niedowierzaniem. Ta kobieta zostawia dzieci pod opieką obcego mężczyzny i zostawia dom na jego pastwę. Gdyby był nieuczciwy, wyniósł by co cenniejsze rzeczy i tyle by go widzieli. Po raz kolejny ci dziwni ludzie napawali go zdumieniem.

Dochodziło południe. James zajął swoje ulubione miejsce w fotelu przy kominku i zagłębił się w lekturze powieści, czując na twarzy miłe ciepło bijące od ognia. Robert, który okazał się bardzo miłym, choć dość zamkniętym w sobie chłopcem siedział na dywanie obok, bawiąc się kolejką elektryczną. Mijał już czwarty dzień, odkąd James przyjechał do tego dziwnego miejsca. Młodzieniec zdążył już przyzwyczaić się do domostwa, a nawet polubić jego mroczny klimat. Prawdę mówiąc, bez towarzystwa państwa Brown czuł się niemal tak komfortowo jak w towarzystwie Jennifer, w domu. Co dzień rano zjadali we trójkę śniadanie, później rozmawiali, wychodzili na spacer, wracali na obiad, spędzali czas w salonie, jedli kolację i szli spać. Tak wyglądał najczęściej rozkład dnia. Robert zdawał się lubić Jamesa, zresztą ze wzajemnością, natomiast Anne wciąż preferowała samotność i odosobnienie. Jakie więc było zdziwienie Jamesa, gdy tego przedpołudnia dziewczyna podeszła niepewnie do Jamesa.
- Możemy pogadać? – zapytała niepewnie, obejmując się ramionami.
- Jasne! – odparł zaskoczony James – O czym?
- Nie... w cztery oczy... - odparła.
- No dobra... - powiedział James i ruszył za dziewczyną.
Tego dnia Anne miała na sobie szarą, cienką koszulkę i jeansowe szorty tak krótkie, że niewielka część jej pośladków była dobrze widoczna, co było dla wielu mężczyzn bardzo przyjemnym widokiem. W tym także dla Jamesa. Młodzieniec starał się jednak nie patrzeć na te części ciała dziewczyny. W domostwie było chłodnawo, a dziewczyna eksponowała swe ciało jakby znajdowała się na plaży.
- Czemu wszędzie chodzisz boso? – zagadnął James.
Dotarli do pokoju Anne.
- Tak jest mi najlepiej, nie lubię butów – odparła wymijająco dziewczyna, otwierając drzwi.
James miał teraz szansę na rozejrzenie się po pomieszczeniu. Tu także okno było odsłonięte i promienie słońca miło ogrzewały ich twarze. Na ścianie pełno było plakatów filmowych. Na samym środku, najwięcej miejsca zajmowały wielkie reklamy Harrego Pottera i Zmierzchu. Wokół, na licznych szafach i regałach porozkładane były przedmioty związane z tymi filmami.
- Fajna kolekcja – wypowiedział się młodzieniec.
- Dzięki – odrzekła dziewczyna, uśmiechając się lekko.
Wskoczyła jak kot na parapet i usiadła, prostując imponującej długości nogi. W pewnym świetle nabrały ciekawego wyglądu. James starał się na nie patrzeć. Usiadł ostrożnie na krześle stojącym w rogu.
- No więc, o czym chcesz porozmawiać – zapytał?
Anne odetchnęła głęboko.
- Czy... czy podobam ci się? – wypaliła, rumieniąc się lekko.
James ukrył twarz w dłoniach, wzdychając. Ta nastolatka naprawdę próbowała go uwieźć. Tak podejrzewał. Czy naprawdę myślała, że jeśli pokaże mu swoje ładne nóżki to on się podnieci i pójdzie z nią do łóżka? Najwidoczniej miała go za jednego z jej rówieśników.
- Anne... - zaczął powoli
- Nie! Nie o to mi chodzi! – przerwała mu szybko – Ja... po prostu chcę poznać... obiektywną opinię na mój temat...
- Niech zgadnę, koleżanki powiedziały ci, że jesteś gruba?
- Nie mam koleżanek, uczę się w domu.
- No tak... - James spojrzał na dziewczynę z niecierpliwością – No więc, w mojej opinii jesteś ładną dziewczyną, ale jesteś jeszcze bardzo młoda. Jeżeli zazdrościsz swojej matce ciała, musisz poczekać aż dojrzejesz.
Czuł się bardzo niezręcznie tłumacząc dziewczynie takie rzeczy.
- Ja... nie, to nie jest moja matka – odrzekła.
- Co?
- Chyba da się to zauważyć – zakpiła – Państwo Brown nie są moimi rodzicami. Wychowywałam się w domu dziecka... Kiedy miałam siedem lat, zabrali mnie tu. Już wtedy to miejsce tak wyglądało – wskazała podbródkiem drzwi pokoju – Ale wtedy przynajmniej udawali, że obdarzają mnie jakimś uczuciem. A potem zaszła w ciążę, urodził się Robert i bajka się skończyła. Przestali zwracać na mnie jakąkolwiek uwagę... chociaż w sumie podoba mi się to.
James nie miał dużej ochoty wysłuchiwać wyznań dziewczyny, ale siedział nieruchomo, nie mogąc oderwać wzroku od brązowych oczu nastolatki. W przedziwny sposób ich barwa uspokajała go, przywodząc na myśl ciepło domowego ogniska. Po pewnym czasie uświadomił sobie, że nie docierają ku niemu słowa Anne. Wyprostował się na krześle, mając nadzieję, że nie wyglądał bardzo głupio. Dziewczyna przestała mówić. Wyglądała przez okno, obejmując kolana. Zastanawiał się, co ma jej powiedzieć. Powinien ją pocieszyć? Przytulić? A może pójść z nią do łóżka żeby udowodnić jej, że jest świetną laską? Na szczęście ułatwiła mu zadanie.
- Właściwie możesz już iść. Chcę pobyć sama – powiedziała z nutą złości w głosie.
James wstał i powoli udał się do drzwi. Miał już wychodzić, kiedy coś przyszło mu do głowy. Odwrócił się na pięcie.
- Anne? – zagadnął.
- O co chodzi?
- Czemu... w tym domu wszystko jest takie... dziwne? – zapytał niepewnie, ostrożnie dobierając słowa.
Ku jego zdziwieniu uśmiechnęła się ciepło. Miała naprawdę śliczny uśmiech. Na policzkach powstały jej maleńkie dołeczki. Spojrzała na niego.
- To wszystko przez blask księżyca – odrzekła tajemniczo – I nic więcej.


James opuścił łazienkę, trzęsąc się z panującego w korytarzu zimna. Opatulony w gruby ręcznik wszedł cicho do swojego pokoju i usiadł na łóżku. Przez rozchylone kotary wpadało światło księżyca, oświetlając wszystko w bladym kolorze. Nie zapalając światła, James założył bokserki i wskoczył do łóżka. Wciąż drżąc po kąpieli, sięgnął do torby podróżnej i wyjął niewielki laptop. Wsłuchiwał się przez chwilę w ciszę panującą w domostwie, po czym włączył urządzenie.
- Oczywiście ledwo jedna kreska zasięgu – pomyślał z niechęcią – no, ale spróbujmy.
Po kilku próbach udało się nawiązać w miarę stabilne połączenie. Kilkaset kilometrów dalej Jennifer zaakceptowała prośbę o kontakt. Wreszcie się zobaczyli.
- Już myślałam, że o mnie zapomniałeś – rzekła, uśmiechając się z czułością.
- Przecież dzwonię codziennie, kotku – odpowiedział James.
Opowiadała mu co się dzieje w rodzinnej miejscowości. Paplała w najlepsze a on słuchał, wpatrując się w pełne ogników, wesołe oczy miłości jego życia, zniekształcone nieco przez słaby sygnał urządzenia. Jennifer również leżała w łóżku. Włosy owinięte miała ręcznikiem. Jej nagie, smukłe ramiona błyszczały w świetle monitora.
- Strasznie za tobą tęsknię, wiesz? – zagadnęła smutno.
- Ja za tobą też – odparł James.
W jego głosie zamigotała delikatna nuta chłodu. Jennifer ją wyczuła.
- Coś się stało? – zapytała niepewnie.
- Ja... po prostu jestem zmęczony – nagle poczuł niewyobrażalną złość – muszę kończyć. Zadzwonię jutro.
Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zakończył połączenie. Na ekranie jeszcze przez chwilę widać było zaskoczoną, łagodną twarz Jen. Czując obrzydzenie do samego siebie, zatrzasnął laptop. Wstał i podszedł do okna, nie przejmując się zimnem. Złość szybko mijała. Poczuł teraz wstyd i strach. Co mu odbiło. Potraktował ją jak ostatnia świnia. Czuł się jakby coś w jego głowie zmusiło go do postąpienia w ten sposób. Wyjrzał przez okno. Spomiędzy wysokich sosen wyglądał na niego księżyc, jasny, przypominający szklaną kulkę. Napił się wody z dzbanka stojącego na parapecie. Odetchnął głęboko.
- Zadzwonię do niej jutro i przeproszę – postanowił w duchu.
Odwrócił się od okna i omal nie wrzasnął ze strachu.
W otwartych drzwiach pokoju stała, opierając się o framugę, Anne. Dziewczyna miała na sobie koszulę nocną. W panującym mroku James dostrzegł długie, rozpuszczone włosy dziewczyny. Wpatrywała się w młodzieńca.
- C-co ty tu robisz? – zapytał z przerażeniem – jest pierwsza w nocy. Długo tu sterczysz?
- Jest kwadrans po północy – odrzekła – To tobie coś sterczy.
Przestraszył się jej głosu, brzmiącego dziwnie. Był chłodny, przenikliwy. Nagle uświadomił sobie, że stoi przed nią tylko w bokserkach, a na dodatek niespodziewanie podniecił się jak nastolatek. Wskoczył pospiesznie do łóżka i przykrył się kocem. Zerknął za siebie. Nawet nie ujrzał zegara ściennego wiszącego w ciemnym kącie. Jak ta gówniara ujrzała zegar?
- Proszę cię, wyjdź – roztrzęsionym głosem zwrócił się do Anne.
Dziewczyna odwróciła się, ale zamiast opuścić pomieszczenie, zamknęła drzwi. Rozległ się szczęk klucza w zamku.
- To blask księżyca tak działa. Podpowiada nam, co mamy robić, choć często jest to sprzeczne z naszą naturą – zaczęła, przechadzając się wolno po pokoju – Zmusza nas do podjęcia niechcianych decyzji. Decyzji, które krzywdzą naszych bliskich. Czasami, przy odpowiednich okolicznościach potrafi dać nam nowe zdolności, nierzadko straszne. Odkrywa nasze niedoskonałości i je nam ukazuje w pełnej krasie. Rozświetla to, czego nie chcą pokazać promienie słońca...
Weszła w plamę światła. Promienie księżyca oświetliły jej postać. Po cienką koszulą nocną dziewczyna była zupełnie naga. James ujrzał w całej okazałości jej wspaniałe ciało. Z przerażeniem odkrył rosnącą chęć rzucenia się na dziewczynę. Pożądanie w jego ciele rosło. Bolesna erekcja dawała o sobie znać. Tajemnicza siła zaczęła zmuszać go do zwierzęcych instynktów. Do wykorzystania jej tu i teraz, na tej podłodze. Mimo to przemógł się i cofnął z przerażeniem, zatrzymując dopiero na ramie łóżka.
Anne ściągnęła przez głowę koszulę. Całkiem naga, podeszła i uklękła na pościeli. Dołożyła drugą nogę i powoli przysunęła się do Jamesa.
- Nie, nie, nie... b-błagam... - mamrotał młodzieniec, kręcąc głową – co ty... co ty kurwa robisz?
Z niebywałą jak na tak smukłe ciało siłą chwyciła go za kostki u nóg i pociągnęła do siebie. Mężczyzna uderzył potylicą o drewniany element łoża. Na moment go zamroczyło. Pociemniało mu przed oczami, tak, że nie był w stanie podnieść głowy. W straszliwym tempie zaczął słabnąć.
- Proszę... j-ja mam dziewczynę – jęknął rozpaczliwie, opierając się resztkami sił.
Anne uśmiechnęła się.
- Miałeś!
Jej smukłe dłonie zakreśliły linie po jego udach, biodrach i brzuchu. Pochyliła głowę. Młodzieniec poczuł jej włosy na wewnętrznej części ud. Gorący oddech dziewczyny mimowolnie jeszcze bardziej go podniecał. Jej język przejechał wzdłuż jego męskości, rozpalając go. Jęknął, tym razem z przyjemności. Zacisnął dłonie na prześcieradle. Wsunęła język pod skórkę, drażniąc wędzidełko. Zeszła stopniowo niżej. Pieściła nasadę członka, później jądra. Niespodziewanie chwyciła jego uda i poderwała je nieco wyżej, a sama rozciągnęła się w pościeli. Jej język wkradł się w jego najciemniejsze zakamarki. James z zaskoczeniem odkrył płynącą z tego gestu rozkosz. Dziewczyna po chwili podniosła się, dysząc z podniecenia. Jej lewa dłoń znajdowała się na jego penisie, wykonując powtarzające się ruchy. Powoli usiadła na nim, wsuwając główkę między błyszczące uda. James poczuł, jak najpierw jego główka, a potem cały członek zagłębia się w niewyobrażalnie gorące ciało dziewczyny. Anne robiła z nim co chciała. Był jej zabawką, jej lalką. Ona rządziła. Decydowała, kiedy ma odczuć ból, a kiedy rozkosz. Była jego władczynią.
Powoli opadła na jego spoconą klatkę piersiową.
- Chodź do mnie – wyszeptała mu do ucha tak cicho, jak motyl trzepocze skrzydłami.
Jej smukłe dłonie oplotły jego głowę. Przytuliła się do niego całym ciałem. Czuł zapach jej włosów na twarzy. Leżał jak sparaliżowany, nie miał siły ruszyć nawet palcem. Ona dyrygowała nim lepiej, niż ktokolwiek inny. Jej usta powoli odnalazły szyję kochanka. Koniec języka wykrył pulsującą żyłę. W tym samym momencie dziewczyna zaczęła rytmicznie poruszać biodrami. Czuł, jak jej smukłe uda drgają przy każdym ruchu. Jego ciało wypełniła rozkosz. Nie liczyło się już nic. Był tylko on i Anne. Ten cudowny sen, z którego już nigdy nie mieli się obudzić. Ten nieziemski taniec rozkoszy, którego nigdy nie mieli zakończyć.
Poczuł lekkie ukłucie, gdy zaczęła pić jego krew. Teraz naprawdę byli połączeni. Stali się jednością. James zatracił się, czując, jakby trwał poza własnym ciałem. Był Jamesem, leżącym bez ruchu jak kłoda, był Anne, wykonującą coraz szybsze i intensywniejsze ruchy biodrami i był każdym promieniem księżyca oświetlającym ich drgające w uniesieniu ciała.
Podniosła głowę, uśmiechając się. Jej piersi i brzuch wciąć ślizgały się po jego klatce piersiowej. Spojrzała na twarz Jamesa. Biedak prawie umarł. Jeszcze chwila i by przesadziła, ale jego krew smakowała niesamowicie. Ledwo się powstrzymała.
Czuła, że ten moment nadchodzi. Podniosła się i usiadła, oparta jedynie na kolanach. James otrząsnął się gwałtownie. Przerażone spojrzenie utkwił w ciele dziewczyny. Księżyc wreszcie w pełni zajrzał do pokoju. Jego świetliste promienie padły na Anne. Dziewczyna jęknęła przeciągle. Uniosła dłonie nad głowę, zatapiając je w swych długich włosach. Światło padało na jej ciało, ukazując każdą kropelkę potu. Dwie niewielkie półkule ze sterczącymi sutkami podrygiwały w rytm ruchów. Płaski brzuch ulegał skurczom nadchodzącego szczytowania. Napięte do granic możliwości mięśnie ud zdawały się wrzeszczeć z bólu od ogromnego wysiłku.
Wreszcie nadszedł ten moment. Anne jęknęła przeciągle, wyginając się w łuk. W rozwartych szeroko z rozkoszy ust zabłysły dwa rzędy lśniących zębów, a pośród nich para długich, spiczastych kłów wampirzycy. Spomiędzy rozchylonych warg wydobył się przeciągły jęk niewyobrażalnej przyjemności. James szarpnął się mimowolnie. Wytrysk był tak silny, że młodzieniec poczuł zawroty głowy. Wytrzeszczył oczy wpatrując się wciąż w ciało kochanki. Młodzi ludzie jeszcze przez kilka chwil trwali w tej pozycji, ciesząc się wyżynami rozkoszy. W końcu dziewczyna opadła na niego, czując się wyczerpana. James zasnął albo stracił przytomność. W powietrzu czuć było mieszaninę potu, krwi i spermy. Anne położyła się obok młodzieńca, drżąc z wyczerpania. Delikatnie pogładziła mężczyznę po policzku. Zbliżyła się i nawet nie mając pewności czy ją usłyszy wyszeptała:
- Śpij, James. Kiedy się obudzisz, nie będziesz już człowiekiem. Ale będziemy razem. Razem na zawsze.
Uśmiechnęła się i pocałowała go czule. Miała nadzieję, że wybrała prawidłowo.
Ułożyła się wygodniej na poduszkach i spojrzała z zadowoleniem w okno. Spomiędzy rozchylonych kotar na ciała dwojga nagich kochanków padał blask księżyca.
Dodaj do ulubionych
14,833
Podziel się ze znajomymi
8.69/10

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.69/10 (42 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (6)

Yko

Yko · 21 lipca 2017+1

Świeży, klimatyczny tekst. Przyjemnie się go czyta, ciekaw jestem jak dołożysz do niego dalszy ciąg wydarzeń.

Aby poprawić sens i czytelność przejrzyj tekst jeszcze raz - wydaje mi się, że były miejsca ze źle postawionymi myślnikami.

Poza tym - może to już nadmierna pedantyczność, ale wydaje mi się potrzebna - opisujesz jak rozbiera się Anne, ale w jaki sposób zniknęły bokserki głównego bohatera już się nie dowiemy.

"Dziewczyna po chwili podniosła się. Dysząc z podniecenia." - ten fragment też wymaga uwagi smile

Ocenilem wysoko, pisz dalej, czekamy na kolejną część

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Irys

Irys · 21 lipca 2017+0

"Młodzieniec zerknął na ścienny obraz. Jeżeli działał prawidłowo, była za dziesięć siódma. "

Ot taka uwaga...

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Fetyszysta

Fetyszysta · 21 lipca 2017+0

Dziękuię za wszelkie sugestie, porady, opinie, a nawet ot takie uwagi. W wolnej chwili poprawię odkryte przez Was błędy. Pozdrawiam

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
ann

ann · 22 lipca 2017+0

Szału jakoś nie ma... Zasłużone 4.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Fetyszysta

Fetyszysta · 23 lipca 2017+0

Ann
Dziękuję, podstawa to konstruktywna krytyka...

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
ann

ann · 24 lipca 2017+0

Nie wciągnęło mnie. Przewidywalny koniec... Może następna część mnie zaskoczy... Kto wie?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

lub

Inne popularne opowiadania Fetyszysta: