Oaza

Pavo Pavo

11 października 2013

hourglass 24 min

Głośny, jednostajny dźwięk stawał się coraz bardziej uporczywy. Paweł starał się zlokalizować jego źródło ale nie był w stanie, mógł tylko kręcić się dookoła i wymachiwać rozpaczliwie rękoma, podczas gdy świat wokół niego wirował a on sam zapadał się w przerażającej dziurze która wydawała się nie mieć dna... Nie mógł tego wytrzymać, czuł że zaraz pęknie mu głowa...

- Wyłącz ten pieprzony budzik!

Otworzył oczy. Przerażające obrazy zniknęły, zastąpione bielą sufitu, w który teraz tępo się wpatrywał. Jednak fonia nie zmieniła się – wciąż słyszał dźwięk alarmu, do którego doszły jeszcze kierowane w jego stronę pretensje.

Błyskawicznie zerwał się z łóżka, przemierzając dwa kroki ku szafce na której zostawił na noc telefon. Zagłuszył go, jednak wskutek pośpiechu nieopatrznie uderzył się w piszczel. Odruchowo syknął z bólu.

- Uważaj trochę! Do cholery, nie możesz choć trochę uważać?! – słowa te wykrzyczane zostały już w całkowitej ciszy, co spotęgowało ich siłę.
- Nie zrobiłem tego specjalnie! – zaprotestował, zanim zdążył ugryźć się w język. Błąd, duży błąd. Nigdy nie odpowiadaj. Nie reaguj na zaczepki. Nie daj się sprowokować!
- Zamknij się! Zamknij się, kurwa, i daj mi spać!

Na to już nic nie odpowiedział. Pospiesznie zebrał z pokoju wszystkie potrzebne o poranku rzeczy, które profilaktycznie przygotował sobie wczorajszego wieczora, od ubrań po torbę z komputerem, i ewakuował się z pokoju zamykając drzwi najciszej jak tylko potrafił.

Zrzuciwszy rzeczy na krzesło w kuchni, roztrzęsiony, przystąpił do szybkiej porannej toalety, a następnie – do jeszcze szybszego śniadania. Marzył tylko o jednym: o jak najszybszym wyjściu z tego domu. O ile można nazwać domem miejsce do którego najchętniej by się nie wracało, a każda myśl o powrocie powoduje mdłości i bóle brzucha.

Popijając herbatę nie rozmyślał o poranku. Tak naprawdę, nie różnił się on wiele od innych. Typowe koszmary senne i standardowy atak na niego za niewyłączony w porę budzik. Jak pamiętał, od wielu miesięcy nie udało mu się zagłuszyć telefonu w taki sposób by nie zostać okrzyczanym. Dzisiaj i tak było nieźle. Naprawdę, bywało gorzej, powtarzał sobie w myślach, nie wiedząc jednak czy ma z tego powodu śmiać się czy płakać. Wyjrzał przez okno; pogoda bardzo dobrze odzwierciedlała stan jego samopoczucia. Poranna mgła z trudem ustępowała miejsca zimnemu grudniowemu dniu. Pozbawione liści drzewa stały niewzruszone, nieniepokojone przez najmniejszy powiew wiatru. Ludzie – czy raczej ich kontury, wciąż ledwie widoczne we mgle – zdawali się snuć bez celu, bez przyczyny, bez sensu.

Szare miasto szarych ludzi wyglądało na umarłe, tak jak on czuł się umarły od jakiegoś czasu. Zastanawiał się, co trzymało go w tym czymś co kiedyś było związkiem, a z czasem zamieniło się w otwartą wojnę? Chociaż może „otwartą” było złym słowem. On był atakowany, owszem. Ale nie starał się bronić ani kontratakować, wydawało mu się bowiem że jedyną nadzieją na przetrwanie jest bierność. Czuł się jak bokser w ringu napastowany ciosami rywala, sam skrywający się za gardą, która jednak traciła swoją wytrzymałość, stając się coraz bardziej wątła.

Rozmyślania przerwał mu dźwięk otwieranych drzwi. Gwałtownie obrócił się w stronę pokoju. Postać właśnie z niego wychodząca zdawała się być uosobieniem jego sennych koszmarów.

- Przez ciebie nie mogę spać! – warknęła w jego stronę, kierując się do toalety. Kontrast między bijącą z niej agresją a ubiorem – przymałą niebieską piżamą w różowe wzorki – w innych okolicznościach mógłby wydać się zabawny, ale Paweł nie mógł sobie pozwolić teraz na cień uśmiechu. Załagodzić ją, załagodzić, powtarzał w myślach, starannie budując następne zdanie, by nie powtórzyć błędu sprzed kilku minut.
- Mimo wszystko, dzień dobry – powiedział na tyle uprzejmie i neutralnie, na ile pozwalały mu skołatane nerwy.
- Zajebiście dobry, naprawdę! – usłyszał w odpowiedzi, którą uznał za stosunkowo łagodną. Po chwili drzwi do łazienki trzasnęły z hukiem, na co on mógł odetchnąć z lekką ulgą. Rozmowa nie skończyła się wielką kłótnią. Wspaniale. Wtem jemu – dobrze zbudowanemu, silnemu mężczyźnie, łzy mimowolnie napłynęły do oczu.

Moja Aneta. Moja ukochana, najdroższa Anetka. Jakim cudem tak się zmieniła? Co się z nią stało? Z czyjej winy?!

A przecież miało być tak pięknie. Po zdanej maturze podjęli decyzję o wspólnym zamieszkaniu w innym mieście. Znaleźli przytulną kawalerkę i wyprowadzili się, pełni energii do życia i nadziei na piękne, wspólne jutro. Mieli być tylko dla siebie, marzyli o domu pełnym szczęścia, ciepła i miłości, w którym wszystkie problemy będą rozwiązywać wspólnie, będąc dla siebie największym oparciem...

Teraz, nieco ponad dwa lata od tamtych chwil, wrak ich związku dryfował bez celu i pomysłu na kierunek, który mógłby obrać. Nie miał pojęcia, dlaczego marzenia o wspólnym życiu zaczęły walić się jak domek z kart od chwili, gdy ich spełnienie zaczynało być możliwe. Ale tak właśnie było: od momentu wspólnego zamieszkania ich związek staczał się po równi pochyłej, zmierzając... do czego?

Za dużo tych myśli od rana, otrząsnął się lekko. Ma dwadzieścia jeden lat a czuje się, jakby wszystko co w życiu najlepsze było już za nim i nie wie, kogo za to winić. Siebie? Anetę? Cały świat? Przy życiu tak naprawdę podtrzymywało go tylko jedno. Dwa razy w tygodniu, na cudowne kilka godzin, mógł oderwać się od szarej rzeczywistości, do świata w którym panował spokój i ciepło, ale jednocześnie tak bardzo niebezpiecznego...

Aneta wyszła z łazienki (Paweł wstrzymał oddech) i bez słowa udała się z powrotem do pokoju (wypuścił powietrze z ulgą). Korzystając z okazji, pospiesznie jeszcze raz skorzystał z toalety, a następnie począł przygotowywać się do wyjścia. Gdy był już ubrany i gotowy do opuszczenia domu, sprawdził telefon. Okazało się, że dostał wiadomość wysłaną z nieznanego numeru. Brzmiała ona: „Tak”. Poczuł przypływ radości jakiego nie doświadczył od kilku dni, po czym skasował wiadomość i sam numer z listy ostatnich kontaktów.

Rzucił w stronę znajdującej się w pokoju Anety „wychodzę, do widzenia, kocham cię”, jednak nie uzyskał odpowiedzi. Przytłoczyła go myśl, że on swoje uczucia wyraża kilkanaście razy dziennie, podczas gdy nie był w stanie powiedzieć kiedy ostatni raz usłyszał podobne stwierdzenie od niej. Wyszedł z domu i niemal zbiegł po schodach klatki, by jak najszybciej oddalić się od tego miejsca.

Powietrze, tak jak przypuszczał, było zimne i suche, jednak mimo to zaczerpnął jego ożywczy haust. Przez chwilę po prostu stał przed wejściem do bloku, oddychając głęboko, jakby właśnie wynurzył się z dłuższego pobytu pod wodą, gdzie zmuszony był do wstrzymania oddechu. W nieco lepszym nastroju udał się na przystanek. Nie minęły trzy minuty, a autobus którym mógłby dojechać na uczelnię podjechał i otworzył przed nim drzwi.

Nie wsiadł jednak do niego.

Kilka chwil później siedział już w innym autobusie, z którego wysiadł po kolejnym kwadransie. Znalazł się na osiedlu domów jednorodzinnych, na obrzeżach miasta. Było tu bardzo cicho i spokojnie. Większość mieszkańców z pewnością była w pracy, a pozostałej mniejszości – jeżeli takowa w pobliżu się znajdowała – nawet nie było widać we wciąż gęstych oparach mgły. Stał przez chwilę na chodniku, chłonąc atmosferę otoczenia. Wreszcie ruszył ku celu. Dziarsko maszerował przez kilka minut, by nie odczuwać wszechogarniającego okolicę jesiennego chłodu, aż znalazł się na miejscu.

Ustał przed domem, nie wyróżniającym się niczym szczególnym spośród wszystkich innych go otaczających. Położony kilka przecznic od głównej ulicy którą tu przybył, dwupiętrowy, nie za duży, nie za mały. Stanął przed furtką, jeszcze raz rozglądając się wokół, nie odnotowując jednak obecności sąsiadów czy przypadkowych przechodniów. Wcisnął guzik domofonu i z niecierpliwością wyczekiwał głosu po drugiej stronie. Ostatecznie, coś mogło pójść nie tak. Jednakże gdy po chwili usłyszał wypowiedziane kobiecym głosem „kto tam?”, z westchnieniem ulgi odparł „to ja”, po czym pewnym krokiem ruszył ku drzwiom wejściowym.

Znalazłszy się wewnątrz domu, starannie zamknął drzwi na wszystkie zamki, pozostawiając w dolnym klucz – zabezpieczenie, by nikt nie miał fizycznej możliwości otworzyć ich z zewnątrz – a następnie zdjął z siebie grubą kurtkę i ciężkie buty. Odgłosy jego oporządzania się dotarły na piętro, gdyż dotarło go stamtąd wołanie:
- Za chwilę zejdę, rozgość się.
- Nie mogę się doczekać – odpowiedział zgodnie z prawdą. Spojrzał jeszcze w wiszące w przedpokoju lustro. Odbicie, chociaż to samo co w domu, nie było już takie samo. Usta same składały się do uśmiechu, zaś seledynowe oczy nie szkliły się już, a błyskały z zadowolenia. Z przyzwyczajenia przejechał ręką po krótkich, jasnobrązowych włosach. Pewne rzeczy jednak nie mogły się zmienić, a zaliczał się do nich nos z wyraźnym śladem niedawnego złamania oraz zmarszczki pod oczami, których niechybnie nabawił się wskutek ustawicznego stresu i niewysypiania.

Przeszedł do kuchni, gdzie usiadł na jednym z krzeseł i przeciągnął się, rozprężając wszystkie członki ciała. Zauważył postawione na stole dwa kubki – jeden z kawą, drugi z kakao, i sięgnął po ten drugi. Napój był bardzo ciepły i dodawał mu życiodajnej energii. Zamknął oczy, co sprawiło mu jeszcze większą przyjemność. W pomieszczeniu unosił się zapach świeżo pieczonego ciasta. Wiszący na ścianie zegar odmierzał czas w rytm leniwego tik-tak, tik-tak...

Czuł, że miejsce w którym się teraz znajduje, to prawdziwy dom...

Do rzeczywistości przywrócił go odgłos kroków zmierzających w dół po schodach. Otworzył oczy, kierując wzrok na wejście do kuchni, nie mogąc doczekać się widoku który za chwilę się w nim pojawi.

W progu stanęła kobieta. Miała średniej długości, proste blond włosy z brązowymi pasemkami i piwne oczy. Była trochę niższa od niego – a on sam zaliczał się do górnej strefy stanów średnich – i o rok starsza. Nie była chuda, raczej dobrze zbudowana, ale pasowało to do niej. Paweł nigdy nie wyobrażał sobie, by mogła wyglądać inaczej. Nigdy nie zamieniłby tych trochę szerokich bioder, pupy za którą można było dobrze złapać czy wydatnych nóg na sylwetkę wieszaka. Jeżeli kiedykolwiek miałby jednak wątpliwości, z pewnością zostałyby one rozwiane przez sporych rozmiarów piersi. Ubrana była w dżinsy i czarny sweter, z zawieszonym na szyi srebrnym serduszkiem.

Na imię miała Klaudia.

Na jej widok, Pawłowi usta same złożyły się do uśmiechu, który odwzajemniła, co oboje potraktowali jako przywitanie. Przestąpiła próg i także usiadła przy stole.
- Mam nadzieję, że kakao smakuje? – zapytała. Paweł potwierdził skinieniem głowy, wciąż się uśmiechając. Wiedział, że zawsze potrzebowała wsparcia, słów aprobaty, nawet w najbardziej błahych czynnościach.
- Najbardziej na świecie – odrzekł, nie rozmijając się z prawdą. Klaudia jednak nie do końca potrafiła przyjąć komplement.
- Dlaczego tak się uśmiechasz? – spytała, przekonana że z niej żartuje.
- Cieszę się na twój widok – odpowiedział, wspierając głowę na dłoniach. W to wreszcie uwierzyła; uśmiechnęła się promiennie.
- Ja na twój też...

Kilkanaście minut później wciąż siedzieli przy stole. Kakao i kawa już się skończyły, ale nie zwracali na to uwagi; Klaudia opowiadała właśnie przygodę sprzed kilku dni, co sprawiło że obydwoje zanosili się śmiechem.
- I wyobraź sobie – kontynuowała – podszedł jeszcze do jakiejś kobiety i o coś ją pytał, pewnie o to samo co mnie! Ciekawe, jak zareagowała, słysząc pytanie pijaka: „Przepraszam, gdzie ja jestem? Ale nie bawmy się w nazwę ulicy, ja bym chciał wiedzieć, co to za miasto”!

Paweł znowu wybuchnął śmiechem. Śmiał się przez dobrą minutę, co sprawiło że aż go rozbolał brzuch. Klaudia patrzyła na niego, także szczerząc zęby z rozbawienia. W końcu udało mu się przemówić.
- O rety... to najśmieszniejsza historia jaką słyszałem od kilku dni. – przerwał, a po chwili podjął już całkiem poważnym, spokojnym głosem – Nie żebym przez ostatnie dni miał wiele okazji do śmiania się.

Atmosfera nie zgęstniała, ale zdecydowanie zmieniła się. Paweł przeniósł spojrzenie z Klaudii w jakiś nieokreślony punkt na podłodze. Ona sama doceniła znaczenie tego co przed chwilą powiedział i zamilkła na chwilę, również wpatrując się w przestrzeń. Przez chwilę trwali w ciszy.

W końcu zdecydowała się ją przerwać.
- To jak tam ostatnie dni? – pytanie, niby zdawkowe, niby zadane od niechcenia, było sygnałem że skończyli beztroskie pogawędki i zamierzali przejść do poważniejszych tematów.
- Jak zwykle – odpowiedział, nie zmieniając wyrazu twarzy. Kłótnie, przekleństwa, wyzwiska, złorzeczenie. Nic nowego. Nie mówmy o tym. A u ciebie?
- Też nic. Wszystko jak u ciebie. Nawet siniaków nie przybyło. Już trzeci tydzień z rzędu.

Ponowne milczenie.

- Uważam, że powinnaś pójść z tym na policję – wybąkał w końcu. Klaudia potrząsnęła piękną głową.
- To nie jest sprawa na żadną policję, tylko rzecz między nim a mną. Sama dam sobie z tym radę. Albo i nie.
Ostatnie zdanie sprowokowało go.
- „Albo i nie”? A co to ma znaczyć?! A jeśli znowu cię pobije tak jak kiedyś, tylko mocniej? Co jeśli się kiedyś nie obudzisz?!
Wpatrywał się w nią rozeźlony. Odwzajemniła spojrzenie, przekonana do swych racji.
- A ty pójdziesz z nosem?
- To co innego! – zaprotestował – Ja jestem mężczyzną, nie mogę przyznać się do tego, że bije mnie... zresztą, nikt mnie nie bije, zdarzyło się to tylko raz. A ja zachowałem się wtedy karygodnie. Nawet przeprosiła!
- Policzkuje cię.
- Niektóre kobiety tak mają. I nie jest to atak, tylko forma obrony.
- Obrony przed czym?! – teraz to ona się zdenerwowała – Sam nie wierzysz w to co mówisz!
- Tak? A ty wierzysz?

Zapanowała cisza. Wpatrywali się w siebie przez chwilę, po czym oboje spuścili wzrok.
- Przepraszam. Nie chciałem podnosić głosu.
- Ja też przepraszam. Też nie powinnam. Ale krzyczeliśmy, bo martwimy się o siebie nawzajem.
- Tak. Ale nie mówmy już o tym.
- Masz rację. Dajmy temu spokój.

To powiedziawszy, wyciągnęła ręce przed siebie. Paweł czekał chwilę, aż w końcu je uścisnął. Dłonie miała bardzo delikatne; zadziałały jak katalizator, rozlewając rozkoszne ciepło po całym jego ciele. Trzymał je przez chwilę, po czym przybliżył do ust i zaczął całować. Klaudia pochyliła głowę, zamykając oczy. Podobnie jak on, ostatnie kilka dni wyczekiwania odczuwała jako niekończącą się mordęgę.

Wstała z krzesła, na co on odpowiedział tym samym. Zbliżyli się do siebie i utonęli nawzajem w objęciach, pozwalając ustom stopić się w gorącym, wyrażającym tęsknotę pocałunku.

Na szczęście, teraz na cudowne kilka godzin mieli siebie na wyłączność. Nie zamierzali tracić ani chwili, całowali się długo i namiętnie, jednocześnie tuląc się tak mocno, jakby każde rozluźnienie uścisku mogło oddalić ich od siebie na zawsze. Wreszcie ręce Pawła powędrowały ku jej swetrowi; pomogła mu go ściągnąć, przytrzymując wisiorek w kształcie serca. Pod swetrem miała tylko stanik, który ściągnęła już sama. Po chwili wspólnie zdjęli też jego koszulę i wtulili się w siebie, dotykając się nagimi torsami. Jej duże, pełne piersi o współmiernych rozmiarów brązowych sutkach tonęły w gąszczu włosów którym porośnięta była jego klatka piersiowa.

Paweł począł całować szyję Klaudii, schodząc jednak stopniowo coraz niżej, docierając do piersi właśnie. Przyssał się do jednej, drugą masując wolną dłonią. Klaudia patrzyła na to, delektując się widokiem mężczyzny który był tak absolutnie nią zafascynowany. Powstrzymała jednak ręce wędrujące ku guzikowi jej spodni.
- Chodźmy do mojego pokoju – wyszeptała, gdy spojrzał na nią pytającym wzrokiem, na co roześmiał się. Właściwie zapomniał nawet że stoją w kuchni, mógłby ją wziąć w tym momencie i w tym miejscu. Ale jako że wizja łóżkowych pieszczot przekonała go, dał zaciągnąć się na piętro.

Weszli po schodach trzymając się za ręce, a znalazłszy się przed pokojem Klaudii, ponownie przywarli do siebie ustami. Całując się wkroczyli do pokoju i nie zwlekając padli na łóżko, które Klaudia pozostawiła niepościelone. Od razu ściągnął z niej spodnie i zaczął łapczywie całować ją po udach, czując raz po raz intensywnie zapach jej kobiecości. Nie chciał jednak jeszcze pozbawiać jej majtek, tej ostatniej części ubioru, która na niej pozostała, zostawiając sobie tę przyjemność na chwilę tuż przed tym najbliższym z możliwych zbliżeń. Zbliżał się jednak ustami do jej owocu tak blisko jak tylko mógł, rozpalając ją do czerwoności. Nie zauważył nawet, jak sama poczęła pieścić piersi rękoma, powodując twardnienie sutków. Masowała je i dawała się całować z zamkniętymi oczyma, delektując się przystawką przed daniem głównym.

Nie chciała dłużej czekać. Oderwała dłonie od piersi i ściągnęła majtki; wszystko to robiła wciąż z zamkniętymi powiekami. Domyślała się co się za chwilę stanie i nie pomyliła się. Poczuła wbijający się w szparkę język, miękki i giętki, który zaczął jeździć wzdłuż niej. Dostarczał jej przyjemności, w zamian za co ona dostarczała mu smaku. Klaudia zawsze lubiła, gdy mężczyzna ją kosztował, czuła wtedy jak skupia na sobie całą jego uwagę, jak cały jego świat zaczyna się i kończy między jej nogami. To ją nakręcało jeszcze bardziej. Teraz też czuła się jeszcze bardziej podniecona, mocno ściskając rękoma kołdrę.

Po chwili Paweł także zdjął z siebie resztę ubioru i oboje byli nadzy. Patrzyli na siebie nawzajem wzrokiem pełnym pożądania, nie wypowiadając ani słowa, aż wreszcie delikatnie położył się na nią i wszedł w nią, bowiem jego przyrodzenie było już w pełnej gotowości. Klaudia jęknęła z rozkoszy, czując w sobie nabrzmiałą męskość kochanka. Kochali się bardzo intensywnie, podczas gdy ona raz po raz obejmowała jego plecy, niemalże rozdrapując skórę paznokciami.

To ona doszła pierwsza, ale jemu nie zabrało to więcej czasu. Patrząc w jej owładniętą spazmem twarz i czując napięte ciało wiedział że sam także skończy niedługo i nie pomylił się. Strumień nasienia, którym strzelił był obfity, co nie było dziwne, gdyż podobnie jak Klaudia pościł kilka ostatnich dni. Wyjąwszy jeszcze lekko twardego penisa począł rozglądać się za chusteczką, którą mógłby go osuszyć. Sięgnął po jedną z leżących obok łóżka (mógłby się założyć, że pozostawione tam specjalnie) i uczynił to. Klaudia wpatrywała się w niego z uśmiechem, co zauważył i pocałował ją w usta. Ponownie zastygli w pocałunku na kilka dobrych chwil, aż w końcu padli obok siebie. Leżeli nago, trzymając się za ręce.

Zasnęli.

Po drzemce naszła ich ochota na dalsze pieszczoty, więc udali się pod prysznic, gdzie ponownie doprowadzili się do szczytowania. Następnie wrócili do łóżka, gdzie przeleżeli prawie godzinę, wtuleni w siebie, nie odzywając się ani słowem. Paweł bawił się włosami kochanki, wkładając weń rękę i gładząc je, Klaudia z kolei przejeżdżała dłonią po jego zarośniętej klatce piersiowej.

Nadszedł jednak czas rozstania. Zbliżało się popołudnie, gdy ponownie siedzieli w kuchni, a Paweł wkładał na siebie kolejne części garderoby. Klaudia siedziała przy stole, ubrana w szlafrok, oparta na jednej ręce.
- I tak jest zawsze – wypowiedziała ledwie słyszalnym, słabym głosem.
- Jak jest zawsze? – spytał Paweł, przeglądając się w lustrze, sprawdzając czy w jakiś sposób na jego ciele nie zostały ślady zdradzające jak naprawdę spędził ostatnie godziny. Niczego się jednak nie dopatrzył.
- Cieszymy się z tego że przyjechałeś, kochamy się, pieścimy, a godziny uciekają i ani się obejrzymy a już musisz jechać – odpowiedziała. Była bardzo smutna, wręcz na granicy płaczu.
- Niestety, nic na to nie poradzimy – odrzekł. – Za dziesięć minut kończę zajęcia, więc najdalej za pół godziny muszę być w domu, jeśli do końca dnia nie chcę wysłuchiwać tyraliery pod tytułem „gdzie byłeś i co robiłeś”, bo przyjechałem o pięć minut za późno.

Klaudia wiedziała to wszystko, ale nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Spytała za to znienacka:
- Czy uważasz że to co robimy, jest złe?
Paweł przeniósł na nią wzrok. Był poważny i skupiony, i chociaż nigdy nie przygotowywał się do odpowiedzi na takie pytanie udzielił jej od razu, jakby słowa które chciał właśnie wypowiedzieć tkwiły w nim od zawsze, tylko czekając na odpowiednią chwilę by ujrzeć światło dzienne.
- Pytasz czy uważam że dwoje ranionych każdego dnia ludzi nie ma prawa do szczęścia? Nie, patrząc pod tym kątem uważam że nie robimy nic, ale to nic złego. Oczywiście, w takim razie można zapytać, dlaczego robimy to w tajemnicy. A robimy to w tajemnicy, bo jednak jakkolwiek tego nie nazwać, zdradzamy naszych partnerów, więc patrząc pod tym kątem, robimy najgorszą rzecz na świecie. Skoro nie potrafimy znieść życia w naszych obecnych związkach to powinniśmy je zakończyć, ale ponieważ jesteśmy słabi i nie mamy na to siły, spotykamy się potajemnie i wspieramy psychicznie i fizycznie. Ech, zobacz jak ładnie to nazwałem, ale naprawdę nie mam pojęcia czy za to wszystko będziemy smażyć się w piekle czy nie – zakończył, przez chwilę naprawdę zastanawiając się nad moralną oceną swojego postępowania, nie potrafiąc jednak jednoznacznie go sklasyfikować.

Klaudia wpatrywała się w niego. Czuła, że odpowie właśnie w ten sposób.
- Kochasz Anetę. A ja kocham Marcina. Ale kochamy ich, bo kiedyś zaczęliśmy i nie potrafimy przestać, pomimo tych wszystkich okropnych rzeczy jakie nam robią. Chcielibyśmy, ale nie potrafimy. Wiesz jak to się nazywa? Toksyczna miłość.

Paweł skrzywił się słysząc to nielubiane przez siebie określenie.
- Tak... Być może. Ale potrafimy za to co innego – uśmiechnął się, gdyż ta myśl naprawdę sprawiała mu radość. – Potrafimy spotykać się ze sobą niepostrzeżenie, nie zwracając niczyjej uwagi i nie wzbudzając niczyich, ale to niczyich podejrzeń. Nasz system mógłby być wzorem dla wszystkich frajerów, którzy dają się przyłapać – uśmiechnął się jeszcze szerzej, widząc zdziwienie tymi słowami na twarzy Klaudii. – Poważnie! Przychodzę do ciebie, gdy mam zajęcia, które mogę opuścić. Aneta nie kontaktuje się z moimi znajomymi więc nigdy się nie dowie, że we wtorki i piątki nie ma mnie na uczelni, nie zachodzi też by odebrać mnie z zajęć. W dzień spotkania piszesz mi lakoniczny sms o treści „tak”, co oznacza, że dom jest wolny i bez przeszkód mogę przychodzić. Nawet gdyby Aneta podejrzała telefon zanim wykasuję wiadomość i numer z listy ostatnich kontaktów, mogę stwierdzić, że to pomyłka, jakaś nic nieznacząca wiadomość wysłana z obcego numeru. A poza tym okna mieszkania nie wychodzą na przystanek, więc mogę wsiadać w taki autobus jaki mi się podoba – zakończył, wyraźnie zadowolony z siebie.

Klaudia uśmiechnęła się lekko.
- Tak... A Marcin i tak jest w pracy dwanaście godzin dziennie i nigdy nie przyszłoby mu do głowy zadzwonić do mnie w trakcie dnia, a co dopiero tu przyjechać. Podobnie moja mama. A tata raczej nie wróci w parę godzin zza granicy. No i ja też nie mam w tym czasie zajęć na uczelni – zakończyli dyskusję w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, że nikt nigdy nie zdemaskuje ich małego świata.

Parę chwil później Paweł już ubrany stał w korytarzu, z torbą na ramieniu, gotowy do wyjścia. Całowali się na pożegnanie; Klaudia nie mogła powstrzymać łez.
- Nie płacz – pocieszał ją, stwierdzając, że skoro ona okazuje słabość, to on nie może sobie na to pozwolić, choćby nawet bardzo chciał. – Za kilka dni znowu tu wrócę.
- Kilka dni – szlochała. – Jak nieskończoność. Tak bym chciała cię nigdy stąd nie wypuszczać...

W końcu jednak była do tego zmuszona. Jak zwykle szybko wypuściła go z domu, a on jak zwykle szybko wyszedł przed furtkę. Nie machali sobie na pożegnanie, nie żegnali się w progu – był to drobny, ale znaczący środek ostrożności. Jedyne na co sobie pozwalali to ostatnie spojrzenie, gdy Paweł szedł już na przystanek. Po ujściu kilku kroków patrzył na jedno z okien, gdzie wystawała Klaudia. Patrzyli na siebie aż nie znikał za rogiem kilka domów dalej. I zawsze towarzyszyła mu jedna myśl, i chociaż nigdy nie powiedział o niej Klaudii był przekonany, że ona czuje to samo – o ile bardziej wartościowe jest ich życie odkąd się spotkali, ale o ile lepsze by było, gdyby nigdy nie musieli się ze sobą spotykać.
Dodaj do ulubionych
12,182
Podziel się ze znajomymi
7.6/10

Jak Ci się podobało?

Średnia: 7.6/10 (20 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (3)

Pavo

Pavo · 12 października 2013+0

Właściwie to zapomniałem dodać że jest to moje pierwsze opowiadanie tutaj więc tym bardziej będę wdzięczny za wszystkie oceny, komentarze a przede wszystkim wskazówki smile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
beti

beti · 12 października 2013+0

Chyba niefortunnie dobrałeś słowo "zagłuszyć " telefon, może lepiej wyciszyć , lub wyłączyć. Nie "tyraliery" (to szyk bojowy) tylko tyrady, chyba że to celowy zabieg. Jak na debiut całkiem nieźle, moje początki były znacznie gorsze, a i dziś wiele mi brakuje ;-) Powodzenia w pisaniu

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Pavo

Pavo · 13 października 2013+0

Faktycznie, masz rację z tą tyralierą... A szkoda, bo to takie ładne słowo wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

lub

Inne popularne opowiadania Pavo: