Sigil (V). Póki śmierć nas nie rozłączy

XXX_Lord XXX_Lord

15 czerwca 2017

hourglass 2 godz 44 min

Opowiadanie jest kontynuacją historii ukazanej w Sigil i jednocześnie ostatecznym wyjaśnieniem losów bohaterów tamże przedstawionych.
Historia zawiera mało scen seksu oraz szeroko pojętej erotyki.
Wszystkich, którzy przebrną przez treść gorąco proszę o pozostawienie komentarza. Zależy mi na opiniach (nie wazelinie).
Dziękuję.

Ciężka, potężna, zbudowana z ogromnych, ciosanych przez elfie topory bel drewna brama opada z płaczliwym, brzmiącym niczym pogrzebowe lamenty jękiem pod wpływem obracanego przez dwóch rosłych, mocno umięśnionych strażników wielkiego kołowrotu. Złociste promienie słońca, przebijające się przez ścianę liści, okalających okolicę zieloną powierzchnią, oświetlają swoimi przebłyskami skórę mężczyzny, oczekującego na otwarcie przejścia. Jego twarz, lekko przybrązowiona od nieustannego działania na nią słonecznego światła wydaje się być rzeźbiona przez wiatr. Ostre rysy, głęboko osadzone, szare oczy, obserwujące czujnie okolicę, wydatne policzki, wąskie usta i szpiczasty podbródek dla postronnej osoby wskazują na mocny, twardy charakter ich właściciela.
- Poruczniku – Za jego plecami rozlega się cichy głos – czas na nas.
Mężczyzna nie odpowiada, wpatrując się w prześwit, powoli zmieniający się w przejście na zewnątrz.
- Poruczniku?
- Patrol Haerdalisa dał znak życia? – Odwraca się do podwładnego nie zmieniając wyrazu twarzy.
- Nie, od kilku dni cisza.
- A drowy? Pokazywały się?
- Od ostatniej bitwy około miesiąc temu? Nie było sygnałów świadczących o ich aktywności. Chyba dostały nauczkę.
- Nie byłbym tego pewien – Srebrnowłosy dowódca przechodzi przez bramę – równie dobrze mogą szykować się do ofensywy. Nie odważą się na frontalny atak na miasto, bo ich wiedza odnośnie oblężenia jest dużo mniejsza, niż u krasnoludów i ponieśliby klęskę – Wyjmuje lśniący złotą poświatą długi, pokryty runami miecz i przesuwa dłonią po jego ostrzu – ale mogą polować na patrole. Ilu mamy ludzi gotowych do walki?
- Trzy oddziały po kilkuset wojowników, w pełni wyekwipowanych i zaprawionych w boju. – Jego zastępca, wysoki i barczysty, ciemnowłosy elf staje naprzeciw swojego dowódcy – Oprócz tego mamy wsparcie kilkudziesięciu magów, tyle samo kapłanów...
- A wojska szeregowe?
- Rekruci? – Zastępca krzywi się, jakby połknął kwaśne jabłko – Nie liczyłbym na ich przydatność w walce, przynajmniej przez kilka najbliższych miesięcy muszą podnosić swoje umiejętności.

Mało nas, na Silvanusa – Zafrasowany dowódca przeczesuje dłonią srebrzyste włosy – mało! Brakuje kilku porządnych, szalonych elfów. Takich jak ojciec. Albo przyjaciół. Przydałby się Bert.

Na wspomnienie potężnego, umięśnionego mężczyzny elf czuje żal i smutek. Ojca pochował głęboko w pamięci, mając świadomość, że i tak czeka go rychła śmierć z powodu choroby. Lecz mimo krótkiej znajomości żywił do "nieczystego" dużo przyjacielskich uczuć, którego traktował jak rodzinę.
Demon obiecał, że jeszcze kiedyś się spotkają, ale jak widać obietnicy spełnić nie zamierza.
A może nie żyje?
A co stało się z nią? Tą piękną i ciemnowłosą kobieta, która nauczyła go być prawdziwym mężczyzną?


- Ruszajmy – Odgania gestem ręką myśli z głowy spoglądając na zastępcę – obejdziemy teren dookoła miasta nie oddalając się zbytnio. Jesteśmy potrzebni wewnątrz. Czasy są niebezpieczne i nie możemy zostawić brzemiennej królowej, bez dowódców armii u jej boku.

- Wyczuwasz ich? – Dzień później, w godzinach porannych patrol pod dowództwem porucznika przemieszcza się bezszelestnie przez gęstwinę.
- Tak – Zastępca zatrzymuje się i wskazuje głową kierunek południowy – Są tam, dość niedaleko, myślę, że do trzech strzał z łuku – W jego oczach czai się ogień walki – Obejdziemy ich?
- Jest nas za mało. – Srebrnowłosy dowódca spogląda w stronę wskazaną przez podwładnego – Podkradniemy się bezszelestnie i zaatakujemy błyskawicznie, po czym ulotnimy się bez frontalnej walki. Nie mamy wsparcia, a oni mogą być z kapłankami Lloth. Zneutralizujemy ich przy pomocy łuków, a później wbijamy się klinem w środek, zabijamy pozostałych żyjących i znikamy.

Zastępca odchodzi instruując żołnierzy i łuczników. Około dwudziestu elfów rozstawia się zgodnie z poleceniami wtapiając się w tło i stając niezauważalnymi na tle zielonej ściany liści i runa leśnego. Wśród szpiczastouchych zalega całkowita cisza, nie zmącona najmniejszym szmerem czy niepotrzebnym odgłosem.
Porucznik unosi dłoń i sygnalizuje tym samym rozkaz do powolnego przemieszczania się w kierunku obozu drowów. Śpiew ptaków i szum niedalekiego strumienia skutecznie tłumią odgłosy kroków, niesłyszalne dla zwykłego ucha, odgłosy, które z ledwością mogłoby uchwycić wprawne ucho leśnego tropiciela. Cięciwy elfich łuków napinają się, a wojownicy gotują miecze i tarcze do ataku.

Stop – Gest uniesionej ręki zatrzymuje niewielki oddział. Z ust porucznika wydobywa się dziwny odgłos, udający ptaka. Dźwięk będący sygnałem dla pozostałych członków oddziału o stanie pełnej gotowości przed ofensywą. I kiedy dowódca zamierza hukanie puszczyka, będące sygnałem na "start" do ofensywy niespodziewanie z obozu drowów rozlega się identyczny dźwięk.
Jego oczy rozszerzają się szeroko ze zdziwienia, gestem dłoni nakazuje przejście do stanu gotowości i zmieniając nieco ustawienie ust wydaje z siebie krótki gwizd, który sekundę później wraca w tej samej formie z drugiej strony polany.
- Haerdalis? – Cichym głosem wywołuje podwładnego – To ty?
- Porucznik Kadril – Za niskim basem pojawia się potężna, krótkowłosa sylwetka, przypominająca raczej barbarzyńskiego gladiatora, pojedynkującego się w arenie, a nie jednego z najbardziej utalentowanych wojowników z Suldanesselar – dobrze cię widzieć, dowódco. Wiedzieliśmy, że ktoś się zbliża, ale z różnych przyczyn nie mogliśmy się oddalić.
- Przyczyn? – Kadril podchodzi do olbrzyma i potrząsa jego potężną dłonią – Walczyliście z drowami?
- Napotkaliśmy kilkunastoosobowy patrol, który zapuścił się dość daleko, więc śledziliśmy go od samego początku – Haerdalis wita się po kolei z większością elfów z nadciągającego oddziału – Wydawało nam się dość dziwne, że poruszają się w tak szybkim tempie, nie zważając na odgłosy i nie wypuszczając czujki. – Bierze manierkę od jednego z przybyłych i potężnym łykiem wypija niemal połowę zawartości – Szybko zorientowaliśmy się – zatrzymuje się na chwilę, aby dodać opowieści dramaturgii – że kogoś ścigają.

Twarz dowódcy pozostaje niewzruszona, ale blask bijący z szarych oczu zdradza zaciekawienie opowieścią podwładnego.

- Przybyliśmy w ostatniej chwili – Głos Heardalisa lekko drży z podniecenia – Czarnoskórzy dopadli ściganą i niechybnie doprowadziliby do jej śmierci lub pojęli w niewolę. Zgładziliśmy cały oddział, a ją uratowaliśmy.
- Ściganą? – Kadril wpatruje się uważnie w jego twarz – To kobieta?
- Tak, ludzka. Bardzo piękna. Nie widziałem jeszcze tak pięknej niewiasty, może śmiało rywalizować z naszymi. Pozostaje jeszcze jedna, ważna kwestia – milczy przez kilka sekund, po czym wskazuje prowizoryczny namiot za sobą zapraszając dowódcę do środka – a w zasadzie dwie. Kobieta jest brzemienna – uchyla wejście do namiotu przepuszczając Kadrila – i postradała zmysły.




Uciekaj, gonią cię! Uciekaj! Oni chcą zabrać ci dziecko, zgwałcić, pozbawić wszystkiego, co dla ciebie cenne, doprowadzić do szaleństwa, torturować psychicznie i fizycznie, znęcać się nad tobą, czerpać przyjemność z okazywanego przez ciebie bólu.

Młoda kobieta, ubrana w skórzaną zbroję, skórzane trzewiki i przylegający do ciała czarny płaszcz z kapturem biegnie przez gęstwinę, rozglądając się nerwowo dookoła. Jej ruchy wskazują na pewne obeznanie ze sposobem poruszania się w leśnej głuszy. Stawia stopy na zewnętrznych kantach, stara się omijać miejsca, które mogłyby okazać się dźwiękową pułapką - sterty suchych liści, połamane gałęzie czy doły, kryjące w sobie kości martwych zwierząt. W dłoni dzierży maczetę, służącą jej do torowania sobie drogi w gęstwinie, a po bokach ma przytroczone dwa zaostrzone noże i pejcz.
Poruszanie się utrudnia jej nieco wydatny brzuch, świadczący o tym, że nie jest sama i w niedalekim czasie jej rodzina się powiększy.

Za jej plecami rozlega się zbliżający tupot. Na brudnej, opalonej twarzy kobiety pojawia się przerażenie zmieszane z determinacją i szaleństwem w oczach. Wygląda jak pacjent z przytułku dla obłąkanych. Rzuca się do szaleńczej ucieczki, nie zważając na zostawianie za sobą wyraźnych śladów i odgłosy, wabiące ścigających ją prześladowców. Kiedy niedaleko rozlega się dziki wrzask kuli głowę miedzy ramionami, ale nie zwalnia, a wręcz przyspiesza kroku. Pędząc przez gęstwinę potyka się i ląduje twarzą w stercie liści, po czym zrywa się do biegu i czuje zaciskającą się wokół szyi pętlę.
Charcząc i dławiąc się próbuje zdjąć z siebie duszącą ją linę, ale jedyne, co jest w stanie zrobić to klęknąć i czekać na śmierć.
- Spierrdd... – głos grzęźnie jej w gardle, a twarz zaczyna zmieniać kolor na czerwony z powodu braku tlenu. Oprawca trzymający drugi koniec liny przyciąga ją do siebie po ziemi, po czym staje nad nią i z triumfalnym spojrzeniem fioletowych oczu unosi cep bojowy trzymając go w połowie trzonkiem do dołu w celu ogłuszenia kobiety. Ta kuli się oczekując ciosu, gdy nagle zamiast uderzenia czuje mokrą ciecz, która pokrywa potężnym chluśnięciem jej twarz oraz biust. Podnosi powieki i ze zdziwieniem spostrzega młodego, wysokiego elfa, dzierżącego w ręku długi miecz, a przed nim stoi chwiejący się, pozbawiony toczącej się obok po ziemi głowy tułów, który moment później z głuchym plaskiem ląduje tuż obok zszokowanej i czerwonej od krwi dziewczyny. Ta nie rozumie słów elfa, jedyne, co dźwięczy w jej głowie to słowo "uratowana", po czym oczy zachodzą jej mgłą i próbując podziękować mu za ratunek traci przytomność.




Kadril nie komentując słów olbrzyma wchodzi schylony do namiotu i natychmiast kieruje się w stronę nieprzytomnej postaci, spoczywającej na przygotowanym naprędce posłaniu. Kiedy spostrzega, kogo ma przed sobą blednie, jego usta zaczynają drżeć, a oczy zachodzą mglą.

- Wszyscy na zewnątrz! – Rozkaz wydany donośnym głosem wybrzmiewa pośród drzew prowokując ptactwo do wzbicia się w powietrze – macie czekać na mnie przed namiotem, zrozumiano?!

Haerdalis i Thalanil w pośpiechu wycofują się z namiotu pozostawiając go samego z nieprzytomną kobietą.
- A jednak żyjesz – szepcze głaszcząc jej twarz i ocierając pięścią spływającą po policzku łzę – czułem, że to jeszcze nie koniec, że spotkam cię na swojej drodze. Śniłaś mi się ostatnio – uśmiecha się na myśl o majakach nocnych z udziałem rannej – Wiedziałem, że los zetknie nas i skieruje ku sobie ponownie. Wyleczymy cię – spogląda na wydatny brzuch dziewczyny – Wyleczymy, odratujemy twoje dziecko, a tobie pomożemy. Zabierzemy cię do Suldanesselar. Wytrzymaj, Anno!
Wstaje z posłania i wychodzi przed namiot.
- Natychmiast wyruszamy w kierunku miasta – wydaje rozkaz – Thalanil, przejmujesz dowództwo na czas powrotu. – Czarnowłosy zastępca z powagą, ale widocznym również zadowoleniem w oczach dziękuję dowódcy skinieniem głowy – Haerdalis, weź kilku najbardziej wypoczętych ludzi i sprawdzaj teren przed nami. Musimy poruszać się powoli. Normalnym krokiem jutro bylibyśmy w Suldanesselar, ale ze względu na stan zdrowia rannej musimy poruszać się wolniej niż zazwyczaj. Poza tym – Ucisza dłonią chcącego zaprotestować Thalanila – drowy mogą wysłać kolejny patrol, poszukujący wyciętego przez oddział Haerdalisa. Musimy być uważni, przemieszczać się w ciszy i zacierać za sobą ślady. Pytania? – Spogląda na obu podwładnych, którzy najwyraźniej, widząc stan wzburzenia dowódcy rezygnują z walki na argumenty – Zanim słońce pojawi się na szczycie nieba – Wskazuje palcem w górę - mamy być gotowi do drogi.

Droga powrotna dłuży mu się okrutnie, jedynie wytrenowana przez lata przebywania z ojcem-raptusem cierpliwość oraz spokój, którego nauczył się od królowej Ellesime pozwalają mu na bycie opanowanym w obliczu zagrożenia dla życia przyjaciółki. Na usta cisną mu się pytania, na które nikt, włącznie z zainteresowaną nie jest w stanie udzielić mu odpowiedzi.

Co ona robiła w lesie pod Suldanesselar?
Gdzie jest Bert? Czy żyje?
Dlaczego nie wróciła do swojego świata, tylko błąkała się po Zapomnianych Krainach?
Kto jest ojcem dziecka? Chyba nie ja, użyliśmy kondoma.
Mieli trafić z Bertem do Sigil. Coś poszło nie tak na miejscu?
Czy brama jednak nie prowadziła do stolicy Wieloświata i Ellesime pomyliła się?


Jeszcze około pół dnia drogi i będziemy w domu – ocenia w myślach odległość do miasta.
Do domu.
Niecały rok temu jego domem była Athkatla, stolica Amn, gdzie mieszkał wspólnie z ojcem, Kalvarem Czarnym Sejmitarem. Niepodziewana wizyta dawno nie widzianego, starego przyjaciela ojca, demona Ber Zerika z przyjaciółką Anną zapoczątkowała ciąg zdarzeń, zakończonych śmiercią Kalvara w walce i ucieczką trójki bohaterów do elfiego miasta Suldanesselar. Tutaj osierocony Kadril przeszedł szybki kurs dojrzewania i w krótkim czasie z młodego chłopaka, znajdującego się pod opiekuńczym ramieniem ojca zmienił się w mężnego i twardego wojownika, dowódcę wojsk w mieście i prawą rękę królowej Ellesime. Tutaj poznał przyjaciół, nieco szalonego i zwariowanego Haerdalisa, twardego i cichego Thalanila, szarą eminencję elfiej armii. Królowa Ellesime traktowała go od początku niemal jak syna, którego nigdy nie miała.
A teraz będzie miała własne dziecko. Przyszłego elfiego władcę. Lub władczynię.
Tutaj znalazł miłość, nieśmiałą, ciemnowłosą Elorę, którą pokochał od pierwszego wejrzenia. Cichą, mądrą elfkę, która potrafiła zaskoczyć go i wyzwoliła w nim iskrę uczuć, których nigdy by się nie spodziewał.
- Brak śladów intruzów – Trzy godziny później zmęczony Haerdalis melduje się u dowódcy – jesteśmy godzinę drogi do domu, nie przypuszczam, żeby drowy ośmieliły się zapuścić tak głęboko na nasz teren małym oddziałem, a duży nie sposób przeoczyć, zostawiliby zbyt wiele śladów. Kadril – na osobności, poza możliwością usłyszenia ich przez szeregowych żołnierzy olbrzym zwraca się do dowódcy po imieniu – kim jest ta kobieta? Odniosłem wrażenie, że nie jest ci obca. Znasz ją?
- Tak.
- To ktoś sprzed twoich czasów w Suldanesselar?
- I tak i nie.
- I tak i nie?
- Poznałem ją w Athkatli, a potem spotkałem ponownie w Suldanesselar.
Zastępca spogląda badawczo na Kadrila.
- Nie masz ochoty o tym rozmawiać, co?
- Nie, nie mam. Zostawmy ją na razie w spokoju, we właściwym czasie dowiesz się wszystkiego.

Czyli tego, co powinieneś wiedzieć, Haer.

Brama miasta jest otwarta, najprawdopodobniej królowa wyczuła, że się zbliżają.

Jej moce, od kiedy nosi w sobie dziecko, stały się jeszcze silniejsze niż przed ciążą – Kadril uśmiecha się na widok znajomych budowli – Czasem odczuwam lekki strach przebywając z nią w jednym pomieszczeniu. Jest jak łagodna lwica, którą można podrapać za uchem, poskakać po jej grzbiecie i zajrzeć w zęby, bo masz świadomość, że nie ugryzie. Ale lepiej jej nie drażnić, bo kiedy podniesie łapę i uderzy cię w głowę niewiele z ciebie zostanie. Bo to mimo wszystko lwica, a nie domowy kot.

Zsiada z konia tuż przed bramą pałacu królewskiego, skinieniem pozdrawia znajomego strażnika i wkracza do wewnątrz.

- Witaj, mój dowódco – Minutę później niski, dźwięczny głos królowej wibruje w jego uszach – Czekałam na was, cieszę się niezmiernie, że powróciliście cali i zdrowi.
- Witaj, Pani – Młody elf klęka na jedno kolano i przykłada pięść do czoła – Wyprawa była bardzo owocna, oddział Haerdalisa rozgromił patrol drowów bez strat w ludziach, a my nie napotkaliśmy żadnych śladów obecności ciemnoskórych.

Królowa z uśmiechem gładzi go po głowie, po czym nakazuje gestem powstanie i wskazuje dłonią fotel.
- Wiem, że jesteś znużony podróżą i najchętniej udałbyś się do swoich komnat, w objęcia Elory, ale wyczułam, że nie wróciliście sami, prawda? Kobieta?
Kadril spogląda na nią przez chwilę w milczeniu dziwiąc się, że głaszcząca się z zadowoleniem po wydatnym brzuchu królowa nie rozpoznała personaliów gościa.
- Tak, to kobieta – odpowiada z wahaniem – i... – urywa na chwilę wypowiedź – znasz ją, pani.
- Czułam, że to nie jest ktoś obcy – Ellesime uśmiecha się przyjaźnie – Kto to? Ktoś z karawan, które ruszyły w kierunku Athkatli? Czy może ktoś z Targowa? Drowy porywają nie zważając na rasę ofiar. A biednych nieszczęśników czeka powolna agonia w niewoli – wzdycha ciężko – No więc, Kadrilu? Kto to?
- To Anna – Słowa młodego elfa wiszą w powietrzu niczym burza gradowa. Wyraz twarzy królowej pozostaje całkowicie neutralny, jakby dowódca jej wojsk poinformował ją przed chwilą o błahej, mało istotnej sprawie. Jedynie oczy błyszczą, czujne i świdrujące umysł.
- Nie śmiałbyś mnie oszukać, zresztą czuję, że nie kłamiesz – Z trudem wstaje z drewnianego fotela, oplecionego lianami – Gdzie ona jest? Chcę ją zobaczyć.
- Leży w pokoju gościnnym – Kadril otwiera drzwi wejściowe przed królową. Strażnik, pełniący wartę przed komnatą stoi naprężony jak struna – była nieprzytomna całą drogę. Według słów Haerdalisa oszalała. Mówiła od rzeczy w niezrozumiałym języku, po czym przeklinała Berta i swój los. Majaczyła o bramach, kobiecie zwanej Nie-Sława i miejscu zwanym Labirynt Modronów. W mojej obecności już tego nie robiła, zapadła w głęboki sen.
- Muszę ją jak najszybciej zobaczyć – W głosie idącej szybko Ellesime pobrzmiewa głęboki niepokój – to wygląda na poważną chorobę.

Kilka minut później władczyni elfiego miasta wkracza do pokoju gościnnego, w którym na wielkim łożu spoczywa blada i spocona Ania. Dziewczyna jest wychudzona, a jej dłonie są poranione od ostrych gałęzi drzew z lasów pod Suldanesselar. Królowa podchodzi do nieprzytomnej, omiata jej figurę wzrokiem i zatroskana przykłada dłoń do czoła.

Anno, co się z tobą stało? Miałaś wrócić do swojego świata, a tymczasem błąkasz się samotnie po moim. W dodatku będąc brzemienną, blisko rozwiązania.
Gdzie jest Bert?
Zgodnie ze słowami Kadrila weszliście w bramę do Sigil, co stało się później? Jak znalazłaś się z powrotem tutaj?


- Kadril, posłuchaj mnie uważnie – Po krótkich oględzinach chorej królowa odwraca się do młodego dowódcy – Próbowałam dotrzeć do jej umysłu, ale on odszedł. Poza mój zasięg. Wygląda na to, że ktoś prowadził na niej eksperymenty i przez to niemal oszalała albo chcąc uciec od tortur zamknęła swoje myśli gdzieś daleko. Zbyt daleko. Najprawdopodobniej zapadła na chorobę, zwaną w innych światach katatonią. – Pełne niepokoju, zielone oczy wpatrują się w niego – Jeśli mamy ją uratować będę potrzebowała twojej pomocy. Musimy uwolnić jej myśli.
- Co mam zrobić? – Bez wahania zgadza się na prośbę Królowej.
- Jesteś jedyną osobą, którą tutaj zna. Oprócz mnie, ale ja jej nie pomogę, bo to byłoby groźne dla dziecka – Bezwiednie gładzi wydatny brzuch – Poza tym, nie mogę jednocześnie wprowadzić siebie do jej snu, uwolnić ją i wybudzić nas obie z niego.
- Mam trafić do jej snu? – Kadril spogląda na nią bez wyrazu – Czy to jest niebezpieczne?
- Nie wiem, młodzieńcze, to zależy, gdzie ukryła siebie, swoją jaźń. Jeśli to miejsce przyjazne nic nie będzie wam obojgu grozić.
- Ale jeśli to na przykład Podmrok... – nie kończy myśli zdając sobie sprawę, jak zakończyłaby się wyprawa srebrnowłosego elfa do krainy drowów.
Oboje milczą przez chwilę wpatrując się w Anię.
- Jakie jest ryzyko, że oboje się nie wybudzimy?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem – Ellesime wydaje się być zafrasowana potencjalnym ryzykiem straty najlepszego żołnierza, którego traktuje jak przybranego syna – We śnie będziesz miał ze sobą to, co przywdziejesz przed zaśnięciem, więc dobrze byłoby, żebyś ruszył tam w pełni wyekwipowany.
- A jeśli trafię do jej świata? Bert mówił mi, że z trudem poradziłby sobie w nim na własną rękę. Podobno jeżdżą tam rydwany bez koni, a okna świecą magicznym, różnokolorowym blaskiem.
- To jest ryzyko, które podejmiesz, jeśli spróbujesz ją uratować. Może zrobić to tylko osoba, którą ją zna. To jedyny sposób – Ellesime staje przed nim. Jej duże i pełne piersi powiększyły się jeszcze w trakcie ciąży, a szafirowe oczy błyszczą wpatrując się w niego – Traktuję cię jak syna, zależy mi na twoim szczęściu i zdrowiu. Ale chyba jesteśmy winni coś tej dziewczynie – Wskazuje głową śpiącą nieopodal Anię – mnie wybaczyła w imieniu Julii – Kadril robi minę, która świadczy, że nie rozumie, o czym mówi królowa – a tobie również co nieco pomogła, prawda, mój chłopcze? – Puszcza do niego oko, a młody elf po raz pierwszy od dawna czerwieni się niczym dorodny burak.
- Myślę, że powinieneś porozmawiać z Elorą, jeśli zamierzasz podjąć się tej próby. Idź do niej – Popycha to lekko w stronę wyjścia – Czuję, że nie mamy zbyt wiele czasu, jeśli mamy ją uratować musimy zrobić to szybko.
Kaldir bez słowa opuszcza pokój. Królowa zostaje sam na sam z Anią.

Biedne dziecko – Spogląda na wychudzoną, podrapaną twarz dziewczyny, poranione ręce i pokrytą potem skórę – Oby udało nam się wybudzić cię ze śpiączki.

Za kwadrans Kadril wraca do pokoju w towarzystwie ciemnowłosej, bladej elfki. Ma nietęgą minę.
- Królowo – Spogląda niepewnie na zmianę na władczynię i swoją wybrankę – Zdecydowałem podjąć się zadania mimo sprzeciwu Elory.
- Pani! – Wysoki głos młodej elfki drży ze zdenerwowania, a w oczach błyszczą łzy – Proszę, odwiedź go od tego szalonego pomysłu. Jeśli dobrze zrozumiałam chce uratować tę ludzką kobietę, kochanicę demona – Na te słowa przez twarz Ellesime przebiega lekki grymas, który natychmiast znika – którą poznał jakiś czas temu. To twoja była kochanka? – Chłopak nie odpowiada – A może robiła to razem z tobą i tym nieczystym, co? – Łzy zaczynają płynąć po jej policzkach – Chcesz zaryzykować życie ze mną dla jakiejś ludzkiej ladacznicy, którą poznałeś przygodnie i która odeszła stąd bez zamiaru powrotu? Dlaczego?!
- Eloro – Głos królowej jest cichy, a szmaragdowe oczy Ellesime wpatrują się z ogniem w ciemnowłosą – to nasza przyjaciółka, moja i twojego wybranka. Jej życie jest zagrożone, a w dodatku nosi w sobie dziecko, które umrze, jeśli jej nie pomożemy. – Wstaje i bierze ją za dłoń – Rozumiem twoją desperację, gdybym mogła zrobiłabym to sama i nie prosiła Kadril o pomoc. Albo zastąpiła go innym mężczyzną – milknie na chwilę – ale nie mogę. Przykro mi, nie mogę.
- Jesteście szaleni, oboje! – Dziewczyna pochlipując wyrzuca z siebie oskarżenie – to szaleństwo!
- Tak, to szaleństwo, ale nie mogę jej tak zostawić – Kadril z bólem w oczach bierze ją za dłoń – wrócę do ciebie, obiecuję.
Elora wyrywa dłoń i trzaskając drzwiami wybiega z pokoju.
Kadril walcząc z chęcią pójścia za nią i pozostania spogląda z mieszanką strachu, determinacji i miłości na Ellesime.
- To twoja decyzja, mój chłopcze – Królowa czytając jego myśli odpowiada na jego nieme pytanie – Jesteś gotowy?
- Tak, pani. Muszę to zrobić, odczuwam strach, ale chcę ją uratować.
- Dobrze, zawołaj strażnika. Przeniesiemy ją do mojej komnaty. Idź przebrać się w rynsztunek bojowy. Załóż to, co masz najlepszego, ale pamiętaj, żeby zbytnio się nie wyróżniać z tłumu. Nie wiesz, dokąd trafisz.

Boję się, ale Anna to przyjaciel. A przyjaciołom się pomaga, prawda?

- Jestem gotowy. – Kwadrans później młody dowódca wkracza do komnaty królowej. Ania spoczywa na ogromnym łożu, przykryta cienką kołdrą, powleczoną jedwabną, białą poszwą.
- Dobrze – Królowa ocenia jego wygląd spoglądając na niego z uwagą – Kolczuga Pieśniarza Klingi jest bardzo wytrzymała i lekka, a pod płaszczem niemal jej nie widać. Masz na sobie Buty Szybkości. Jaką broń zabrałeś?
- Furię Niebios i Dzienną Gwiazdę. Uznałem, że skoro będę walczył w pojedynkę potrzebuję dużej siły ofensywnej, a tą zapewni mi Furia Niebios. A Dzienna Gwiazda jest przydatna przeciwko wszelkiemu złu, mój ojciec podarował mi ją, kiedy stałem się dorosły.
- Bardzo dobrze, podejdź do mnie – Kadril zbliża się do Ellesime – coś ci pokażę. Widzisz to znamię? – Młody elf kiwa głową na znak zgody – To znak Zakapturzonych Czarodziejów – Na słowa Ellesime otwiera szeroko oczy, w których zaczyna rosnąć wściekłość – Była w Brynnlaw, w Czarowięzach, przytułku dla osób władających w sposób niedozwolony w Athkatli magią. Najprawdopodobniej użyła jej w mieście, może telepatii, albo telekinezy, czarodzieje złapali ją i przenieśli do przytułku.
- Zakapturzeni Czarodzieje razem z wojskowymi zabili ojca – Kadril ze wściekłości zgrzyta głośno zębami – zrobię wszystko, żeby jej pomóc.
- Klęknij – Królowa kładzie dłonie na jego głowie – wracajcie oboje szczęśliwie. Czekamy na was.

Kadril kładzie się w łożu obok nieprzytomnej dziewczyny. Jej twarz wskazuje na potężne osłabienie organizmu, a rany na dłoniach i ciele – na walkę, jaką musiała stoczyć w obronie życia swojego i dziecka. Elf zamyka oczy i zaczyna myśleć o niej, tak jak nakazała mu królowa, skupić się na osobie tej młodej, ludzkiej kobiety, z którą stracił ostatek chłopięcości w rodzinnym domu i która, mimo krótkiej znajomości stała się jego przyjaciółką.
Teraz jest kimś zupełnie innym, niż kilka miesięcy temu. Z dobrze przeszkolonego, karnego chłopaka, wyćwiczonego w walce i podchodach stał się pełnoprawnym wojownikiem, świetnym tropicielem i bezlitosnym zabójcą, nie wahającym się wbić miecza w pierś przeciwnika, o ile sytuacja tego wymaga.
Spogląda po raz ostatni zasłanianymi przez opadające powieki oczami na sylwetkę Anny, po czym zapada w sen.

***



- Kadril, młodzieńcze, a co ty tu robisz? Ojcu skończył się miód? – Rubaszny rechot z Hendaka, karczmarza z gospody "Pod Miedzianym Diademem" wybudza go z otępienia – Ile beczułek potrzebujesz, hę?

Na Silvanusa, jestem w Athkatli! Co ja tu robię?

- Kadril, a co ty taki wystrojony jesteś? Na dziwki przyszedłeś, chłopcze? – Ubawiony karczmarz rechocze z własnego dowcipu – Języka w gębie zapomniałeś? Nieużyta ta dzisiejsza młodzież. – Odchodzi do innego klienta.

Dlaczego zostałem sprowadzony tutaj? Jej umysł uciekł do miejsca, gdzie została pojmana? To bez sensu!
- Jaki jest dzisiaj dzień? – Wiedziony nagłym olśnieniem zadaje pytanie szaremu krasnoludowi, siedzącemu przy pobliskim stole. Od duergara cuchnie piwskiem i miodem, a Kadril dochodzi do wniosku, że zwrócenie się do zapijaczonego brodacza było błędem. Zwłaszcza po tym, jak oczy karypla zaczynają świdrować jego twarz szukając zaczepki.
- Nie jestem chodzącym kalendarzem, elfi pedałku – cedzi przez zęby gładząc się po brodzie – spierdalaj stąd, albo w twojej chudej dupci znajdzie się ostrze mojego topora.

Tylko spokojnie, na Silvanusa. Szukasz Anny, a nie zwady.

- Przepraszam, szanowny panie – Uprzejmym głosem zwraca się do duergara – zapytam kogoś innego.
- Kogoś innego – Krasnolud podnosi się z ławy roztaczając wokół siebie fetor brudnego ciała i nie przegryzionego alkoholu – wątpisz w moją wiedzę, długonoga cioto?
- Przenigdy, panie – Dłonie Kadrila spoczywają na Furii Niebios i Dziennej Gwiazdę, a nogi przyjmują odruchowo pozycję do ataku – nie śmiałbym obrażać ciebie i twoich przyjaciół – ogarnia wzrokiem łypiącego bykiem długowłosego, krępego, niskiego człowieka i szalonego oraz wysokiego maga z rozbieganym spojrzeniem – poszukam innego źródła informacji, dziękuję, do widzenia – odwraca się chcąc uniknąć dalszej dyskusji.
- Zaczekaj!!! – Krasnolud błyskawicznie podrywa się z miejsca stając między elfem a wyjściem – chyba nie sądzisz, że ta bezczelna zaczepka twojego autorstwa ujdzie ci na sucho, pierdoło?
- Zaczepka? – Kadril zaczyna tracić cierpliwość – Jak do tej pory jestem regularnie obrażany, bez określonego powodu, więc pozwolisz duergarze, że oddalę się w pokoju, zanim dojdzie między nami do zwady.
- Mooontyy! – Na komendę szarego krasnoluda krępy i długowłosy bandzior podrywa się z ławy wyciągając noże – Frajerek się stawia, obetniemy mu jaja czy najpierw ten głupi łeb?
- Korgan, zostaw go! – Hendak wyskakuje zza baru – To miejscowy chłopak, syn Kalvara Czarnego Sejmitara, odbiło ci, głupcze? – Na dźwięk imienia ojca Kadrila twarz duergara oblega purpurą – Chcesz mieć na tym pustym łbie połowę miasta? Zjeżdżaj stąd, zanim wezwę straż.

Sapiący ze złości Korgan potrącając barkiem elfa opuszcza karczmę w towarzystwie swojej świty.
- Uważaj na plecy, chłopcze – Hendak z uwagą spogląda na młodego elfa – to stary zabijaka z Wrót Baldura, podobno zamordował dziesiątki osób, ale nie ma na to żadnych dowodów, bo te...zaginęły. Razem ze świadkami. Jego towarzystwo jest równie szemrane, a ten władający czarami zbój podobno ma coś wspólnego z Czerwonymi Magami z Thay.
- Dzięki Hendak – Kadril ma problem z zebraniem myśli – będę na siebie uważał.
- Zrób to, zaklinam cię, chłopcze. A co tam u ojca? Dawno się nie pokazywał?

Muszę się stąd wynosić. Sen jest abstrakcyjny i dziwny. Znajdę Annę i uciekamy stąd.
Zaraz.
A w zasadzie to jak ja mam z nią stąd uciec, kiedy już ją znajdę???
Ellesime nie wyjaśniła mi, jak mam to zrobić!
Gdzie ją znaleźć?
Gdybym chciał się ukryć jednocześnie dając szansę osobom, które mnie znają na odnalezienie mnie to gdzie bym się schował?
Hmm.
W miejscu, które te osoby znają. I znam je również ja.
Jedyne miejsce, w którym Anna przebywała podczas jej obecności tutaj wspólnie z Bertem jest...
Nasz rodzinny dom!


- Bardzo dobrze, dzięki, ale muszę już lecieć, trzymaj się, Hendak – Podniecony i zaaferowany odkryciem opuszcza biegiem Miedziany Diadem i rusza przez Dzielnicę Slumsów w kierunku Dzielnicy Rządowej.

Ciekawe, czy dom stoi? W końcu ojciec wysadził się w nim razem z siepaczami Zakapturzonych Czarodziejów.
Zaraz, przecież to sen. I to sen Anny. Więc dom pewnie stoi.
Ale ona nigdy nie była w Miedzianym Diademie. Więc to nie może być jej sen!
Chyba, że... tak, istnieje inna możliwość.
Mogła być niedawno, nie wiem, co robiła po przejściu przez bramę do Sigil. Może wróciła tutaj? Sama lub z Bertem?


Nie spostrzega się, gdy wyrasta przed nim rodzinny dom, w którym spędził niemal całe życie. Okna na górze są zaciemnione, a na dole pali się światło.
Ktoś jest w środku, może to ona – Chwyta za bramę i czuje za sobą ruch. Instynktownie uchyla się przed ciosem, co ratuje mu życie, topór spada na żelazne okratowanie, a z ust krasnoluda wydobywa się wściekły warkot.
- Szlag, kurwa, na brudną cipę gnomki – Kadril czuje za sobą smród alkoholu i nie przetrawionego jedzenia, wydobywający się z ust atakującego Korgana. Działając jak dobrze naoliwiona maszyna wyciąga prawą dłonią z pochwy Dzienną Gwiazdę i obracając całe ciało w stronę atakującego lewą ręką wykonuje zamach na ścięgna w nogach krasnoluda iskrzącą elektrycznością Furią Niebios. Napastnik unika sprytnego ciosu i odskakuje na bezpieczną odległość, poza zasięg broni elfa.
- Montyyy!!! – Ryk duergara wybrzmiewa pośród dźwięków ptactwa z okolicznych drzew – Noże!!! Xzar!!! Ciemność!!!
Kadril zdaje sobie sprawę, że walka z trzema przeciwnikami, wśród których dodatkowo znajduje się mag na otwartym terenie może zakończyć się klęską, zwłaszcza, że słyszy inkantację wypowiadaną przez szalonego towarzysza Korgana. Zwinnymi ruchami wspina się po bramie, przeskakuje nad kolcami i po kilku długich susach dopada do drzwi wejściowych.
Uff, otwarte. – Zamyka je za sobą obserwując przez wizjer, jak trójka napastników forsuje bramę. Żelazna konstrukcja w końcu przegrywa i upada, a intruzi biegiem zmierzają w stronę domostwa.
- W dwójkę będzie łatwiej się bronić, nieprawdaż Kadrilu? – Wysoki, damski głos, mimo, że dawno nie słyszany, jest mu doskonale znany – Ojciec zostawił ci w spadku nie tylko dom, ale też adwersarzy?
- Ojciec nie ma z tym nic wspólnego – Odwraca się błyskawicznie mierząc wzrokiem ciężarną Annę. Jej brzuch jest nieco mniejszy, niż w rzeczywistości, ale doskonale widać, że nosi w sobie potomka – przyszedłem po ciebie.
- Wiem – Dziewczyna uśmiecha się do niego – Zanim pojawiłeś się tutaj z tym przemiłym towarzystwem rozejrzałam się trochę. Wydaje mi się, że widziałam w piwnicy małą armatkę. Przytoczmy ją tutaj i strzelmy skurwysynom prosto w gęby przez drzwi – Jej uśmiech poszerza się z każdą sekundą. Kadril dochodzi do wniosku, że alter ego Anny we śnie obrazuje początki szaleństwa, w jakie zaczęła popadać w trakcie ucieczki przez lasy Thethyru. Albo popadła w nie wcześniej pogłębiając jedynie stan choroby umysłu w trakcie wędrówki.
- Pójdę po tą armatkę – Spogląda na nią badawczo – Pilnuj drzwi. Powinny wytrzymać przez kilka minut. Gdyby przebili się do wewnątrz uciekaj do piwnicy.
- Tak jest, szeryfie – słyszy za sobą żartobliwy komentarz – Będę jak wierny Sancho Pancha przy swoim Don Kichocie.

Na Silvanusa, Haerdalis mówił prawdę. Ona oszalała.

Chwilę później stękając wtacza armatkę naprzeciw drzwi, jęczących pod naporem toporów Korgana i czarów Xzara.
- Pomóż mi – Sapiąc głośno ociera pot z czoła – Przytkniesz pochodnię w odpowiednie miejsce w armacie, a ja wcześniej włożę pocisk w lufę – Unosi ciężko kulę gabarytów głowy niemowlaka – na trzy podpalaj.
- Raz.
- Dwa – Kula wtacza się powoli w lufę armatki.
- Trzy – Elf uskakuje na bok, a Ania przykłada pochodnię do armaty. W tej samej chwili drzwi pękają i do środka wpada czerwony i wściekły Korgan, a za nim gęsiego jego wierni towarzysze.
- Zdychaj, kurwi synu - Ania oznajmia wystrzał triumfującym głosem, po czym w pomieszczeniu rozlega się ogłuszający huk. Kula trafia idealnie w klatkę piersiową krasnoluda roznosząc go na strzępy, przebija jego ciało i zgarnia w swojej trajektorii pozostałych dwóch bandziorów.
- Haaa, świetny strzał, nieprawdaż Don Kichocie? – uśmiecha się do elfa puszczając oko – a teraz podejdź do mnie, chłopcze i pocałuj mnie.
- Słucham?
- Nie chcesz podejść, to sama sobie wezmę – przyciąga go do siebie i całuje głęboko. Kadril czuje, jakby od ciała kobiety oddzielała się cząstka jej esencji, po czym nieznana siła odrywa go od jej ust i wciąga do gwiezdnego tunelu.
- To jeszcze nie konieeeec! – Słyszy jej pożegnalny krzyk i zostaje wciągnięty do gwiezdnego tunelu.


-... i mówię ci, kurwa, pierdoliła się jak oszalała. Jak suka w rui, było ich kilkunastu, a ta dziwka nadstawiła wszystkim po kolei, a na koniec zrobiła sobie jeszcze dobrze ręką.

Kolejny sen? Gdzie ja jestem?
Otwiera oczy rozglądając się ostrożnie dookoła. Znajduje się w ogromnej sali barowej, w trzech czwartych zajętej przez klientów, w większości pijanych lub mocno wstawionych, na wprost niego widnieje ogromne lustro, na tle którego ustawiona jest ściana alkoholi różnego rodzaju. Okrągłe, obdrapane, drewniane stoliki i krzesła wraz z szemraną klientelą symbolizują powolną degrengoladę tego niegdyś eleganckiego miejsca.
Za barem potężnie zbudowany ogr z podkrążonymi oczami rozlewa drinki, a niedaleko niego, na fotelach barowych siedzi rząd plotkujących kobiet, ubranych w dość wyuzdany sposób.
To prostytutki – Umysł Kadrila, nie do końca sprawny po przebytej podróży odzyskuje powoli równowagę, ale ten widok, jakże znajomy z czasów Athkatli rozpoznaje bez pudła – Gdzie ja trafiłem?
Dopiero po chwili dość uważnych oględzin pomieszczenia zauważa ogromny drewniany, okuty metalowym obramowaniem szyld, na środku którego są wydrapane dwa, niewiele mówiące mu słowa.

"Gmach Rozrywki"

- Szanowny młodzieniec szuka towarzystwa na noc, butelczyny czy towarzystwa i butelczyny? – Wysoki, damski głos, brzmiący podejrzanie fałszywie rozlega się obok jego prawego ucha – A może nieco specjalnych atrakcji? – Odwracając się spostrzega starzejącą się burdel-mamę, niegdyś piękną kobietę, zrujnowaną przez tryb życia i wypity alkohol.
- Szanowny młodzieniec szuka towarzystwa – wypala bez zastanowienia, wiedziony siłą, której źródła nie jest w stanie zidentyfikować – Ale specjalnego, wybranego towarzystwa.
- Oczywiście, panie. Zapraszam do przeglądu naszych dam.

Przeglądu dam? Jak na licytacji wierzchowców! Co to za miejsce?

Kadril przechodzi obok kolejnych prostytutek zerkając obojętnie w ich zmęczone, smutne oblicza. Kiedy zrezygnowany ma zamiar opuścić burdel jego wzrok przykuwa młoda dziewczyna, której twarzy nie jest w stanie dostrzec z powodu długich, prostych, brązowych włosów, opadających na jej twarz, dyskutująca zawzięcie z barmanem. Zaintrygowany zbliża się do niej i powoli odgarnia kosmyk, ukrywający jej tożsamość.
- Szukasz czegoś, chłopcze? – Wulgarnie umalowane alter ego Anny spogląda na niego wyuzdanym wzrokiem – Masz ochotę na mocne rżnięcie? Z połykiem cena jest podwójna, ale wrażenia niezapomniane. Moja cipka jest gładka jak lustro – Uśmiecha się pod nosem i przesuwa językiem po górnej wardze – a obciągam tak, że twój kutas będzie błagał cię o jak najszybszą wizytę tutaj.

Zszokowany zachowaniem dziewczyny na kilka sekund zapomina języka w gębie, po czym dociera do niego, że to sen. Tylko sen, mogący zamienić się w koszmar, z którego może się nie obudzić, ale ta osoba przed nim to nie jego przyjaciółka, dla której ryzykuje życie, a jej mroczne i lubieżne alter ego, które stworzyła sama lub powstało w wyniku szaleństwa.
- Chcę ją – Odwraca się do zadowolonej z przedstawienia dziewczyny burdelmamy – reszta może sobie iść.
- Cóż za elfi dżentelmen. – Stara dziwka najwyraźniej jest zachwycona ogładą Kadril – Anno, trafiłaś na prawdziwego mężczyznę. Traktuj go jak lorda, młoda damo.
- Masz to zagwarantowane jak w banku, Sylwano – Pożera elfa wzrokiem – Chodź już, mój ogierze. Pokażę ci, co potrafi prawdziwa kobieta, a nie te wasze elfie pindy – Bierze go za dłoń i ciągnie za sobą na górę.

- Anno? Nie poznajesz mnie? – Zdziwiony jej postępowaniem opiera się plecami o wnętrze zamkniętych drzwi.
- Oczywiście, że poznaję, Kadrilu – Dziewczyna uśmiecha się do niego zdejmując z siebie powoli wszystkie części garderoby i chwilę później staje przed nim naga, z meszkiem między udami, małym brzuchem z widoczną tendencją do powiększenia się i nabrzmiałymi piersiami.

Na Silvanusa. Mam to zrobić z brzemienną przyjaciółką?

- Wiem o czym myślisz – Uśmiech nie schodzi z ust dziewczyny, pozbawiającej go kolejnych ubrań - Zrobię to z nią. Ona jest w ciąży, w dodatku nie wiem z kim, a smaczku dodaje fakt, że – Jednym, gwałtownym ruchem ściąga z niego bokserki, które uwalniają penisa w pełnej erekcji, obijającego podbrzusze – jest dziwką. Prawda, mój praworządny Kadrilu? Pełen sprawiedliwości wobec otoczenia – Klęka przed nim i całuje wnętrze jego ud – mój wojownik, z długą, gorącą lancą – Zanurza różową główkę w usta wydając z siebie ciche "mmmm", jakby smakowała najlepszej jakości cukierka lub loda – Pyszny kutas, wyssam później z ciebie wszystko, mój drogi – Zanurza go nieco głębiej poruszając powoli głową w przód i tył, prowokacyjnie spoglądając w szare oczy elfa, obejmując jego pośladki i delikatnie drapiąc, przesuwając dłonie przez biodra do wewnętrznej części ud. Po krótkiej chwili pieszczot wyjmuje napiętą główkę z ust i przesuwa ją po policzkach i ustach całując jednocześnie trzon kutasa i jądra.
- Twardy i gorący, chcę cię w środku, w mojej małej, wąskiej cipce – bierze go za dłoń i dotyka jego palcami warg sromowych lekko je rozchylając – Czujesz, jaka jest wilgotna? Jaka śliska i ciepła? Chcę, żebyś poczuł na nim jej gorąco, żebyś rozepchał ją swoim palem – Kładzie się na plecach z szeroko rozłożonymi nogami – Żebyś spuścił się we mnie strumieniami lawy, która z ciebie wystrzeli, zalał mnie i wyjął go, ociekającego sokami i bielą nasienia. No chodź – Przyciąga go do siebie za rękę, ujmuje członek w dłoń i nakierowując go powoli do wnętrza – Oooch taaak, cudownie twardy, głębiej, proszę!!!

Myśli Kadrila biegają jak szalone, ze skrajności w skrajność. W jednym momencie ma ochotę wyjść z niej i uciec gdzie pieprz rośnie, kiedy w kolejnej jest podniecony jej zachowaniem, reakcjami ciała i widokiem pięknej kobiety, ulegającej mu tak po prostu.

Pamiętaj, że to sen, ona tak by się nie zachowywała, a nawet jeśli to nie w twojej obecności.

- Patrz na mnie i rżnij mnie mocno i ostro, taaaak, szybciej!!! – Ania dopinguje go drapiąc jego plecy, ramiona i zaciskając mocno uda wokół jego bioder – Jeszcze mocniej, cudownie!!! – Odchyla jego głowę do tyłu i wkłada palec wskazujący do ust.

- Anno, zaraz skończę – Chrapliwym, urywanym głosem Kadril obwieszcza nadchodzący orgazm. Dziewczyna wsuwa lewą dłoń między uda i zaczyna szybko trzeć cipkę palcem, wydając z siebie urywane jęki. Wreszcie wygina ciało w łuk i zamiera w bezruchu drżąc, a w jej wnętrzu rozlewa się gorąca sperma elfa, wystrzeliwana kolejnymi salwami, poprzedzonymi cichym "ooch", wydobywającym się z ust mężczyzny.

- To jeszcze nie koniec, Kadrilu – Zza zamkniętych oczu dobiega go cichy szept, nie nadążając z ich otwarciem zostaje wciągnięty do ciemnego, gwiezdnego tunelu i traci ponownie przytomność.

Ile jeszcze odbędę takich podróży? A może będę krążył w snach czy krainach koszmaru w nieskończoność? – Zaczyna ogarniać go przerażenie, otwiera oczy widząc wokół siebie czerwone ściany.
- No wreszcie jesteś, Kadrilu – słyszy z prawej strony głos, z pewnością nie należący do młodej osoby, ale dziarski, emanujący wewnętrzną siłą oraz energią – czekaliśmy tu na ciebie od dawna.
- Kim jesteś? – Elf z trudem podnosi się z podłogi – i skąd wiesz, jak mam na imię?
- Ach, gdzie moje maniery – Właściciel głosu okazuje się być starym gnomem – Mam na imię Voloth, jestem klucznikiem i strażnikiem Labiryntu Modronów.

Labirynt Modronów! To miejsce, o którym wspominał Haerdalis! Anna wykrzykiwała jego nazwę przez sen!

- Skąd znasz moje imię? – Kadril wyciąga dłoń, uścisk gnoma jest mocny, a skóra sucha i pomarszczona.
- Od Anny, oczywiście – Voloth wyjaśnia to głosem tak pewnym, jakby tłumaczył dziecku wynik równania dwa plus dwa – Wiem, po co, a w zasadzie po kogo tu przybyłeś. Ona czeka na ciebie za tą ścianą – wskazuje na granitowy, czarny kształt za plecami – Poleciła mi przekazać ci, że to już ostatni etap – Oczy Volotha wpatrują się czujnie w oblicze elfa – a także żebyś uważał, bo czeka cię walka i twój przeciwnik świeci w słabym punkcie.

Wyczerpany potyczką z Korganem i jego wesołą gromadką oraz seksem z prostytuującym się wcieleniem Anny Kadril z trudem przemieszcza się w kierunku ściany. Odwracając się ze zdziwieniem zauważa, że gnom jest przygotowany do walki.
- Pomogę ci, chłopcze – Wyciąga spod płaszcza jarzący nikłym, błękitnym światłem łuk – To Taralash, magiczny łuk z Cięciwą Gonda, nie wymagający amunicji. Strzela półprzezroczystymi, błękitnymi pociskami z zimna. Jaką bronią dysponujesz? – Na widok miecza i katany jego uśmiech poszerza się – To wspaniały oręż, Dzienna Gwiazda nie przyda ci się zbytnio w walce z modronem, za to Furia Niebios tak. Podpowiem ci, pomny tego, co działo się tutaj jakiś czas temu, kiedy twoja przyjaciółka wraz z jej demonicznym kochankiem pokonała maszynę, miecz nie zawsze musi być mieczem, a czasami może stać się bronią rzucaną. Zapamiętaj to, chłopcze.

Kociokwik w głowie Kadrila sięga zenitu, mimo to chłopak z determinacją rusza w kierunku granitowej ściany.
- Jestem gotowy. – Dotyka zimnego kamienia, który ustępuje z głuchym, ciężkim łoskotem – Chodźmy.

Pomieszczenie, do którego wkraczają jest całkowicie zaciemnione, jedyne światło jest skierowane na żelazny, wysoki na ponad dwa metry fotel na środku, do którego przy pomocy łańcuchów jest przywiązana nieprzytomna Ania. Kadril powoli rusza w jej stronę, kiedy z prawej strony rozlega się ogłuszający pisk.
- Na ziemię! – Donośny głos gnoma przebija się przez kakofonię dźwięków, wydawaną przez maszynę – Szybko!
Wiązka lasera mija o włos głowę elfa nurkującego za fotel.

Na Silvanusa, co to było?!

- Lasery, chłopcze – W jego głowie brzęczy cichy głos staruszka, wraz za nim rozlega się świst, a po chwili nieopodal błyski, które okazują się być wybuchem w pancerzu robota – Zrobiłem wyłom, ale przy pomocy łuku go nie zabiję, musisz wbić Furię Niebios w miejsce, które wyznaczę strzałami.

- Wbić katanę w metal? Złamie się, głupcze!
- To jedyne, wrażliwe i podatne na ciosy miejsce w pancerzu – Ciężki oddech Volotha pojawia się z prawej strony - Uciekaj w lewo, zaraz znowu zacznie ładować baterie.
Ogłuszający pisk pojawia się w chwili, gdy gnom kończy wypowiedź. Kadril wykonuje przewrót przez plecy, a nad jego sylwetką przemyka kolejny promień, trafiający w ścianę.
- Bert, ty skurwielu. Zostawiłeś mnie i porzuciłeś dla tej demonicznej kurwy, Nie-Sławy! – Wściekły głos Ani, który nagle zaczyna wybrzmiewać w pomieszczeniu mrozi krew w jego żyłach – Kochałam cię, a ty porzuciłeś mnie jak szmatę! – Nienawiść i złość, zawarte w słowach dziewczyny są jak młot na głowę młodego elfa.
- Kadril, nie śpij, chłopcze! – Ostrzegawczy krzyk Volotha budzi go z marazmu - Szybko w prawo!
Elf wykonuje unik, a strzał śmiercionośnego promienia mija go o włos muskając lekko płaszcz i wypalając w nim dziurę. Kolejna, błękitna strzała wbija się w pancerz modrona wywołując wściekłe popiskiwania i wzmożony ruch wrogiej maszyny.
- Jeszcze jeden strzał i i bądź gotowy do ostatecznego uderzenia – Voloth krąży po pokoju niczym satelita okołoziemski – pamiętaj o laserach. Kiedy rozlegnie się pisk musisz być w ruchu, inaczej skończysz jako tost na modronowym stole.
- Pierdolony zdrajca!!! Kurwi syn!!! Zostawił mnie, złamany chuj, w ciąży!!! Samą, na pastwę losu!!! – Przerażony Kadril ze strachem spogląda na wykrzykującą przez sen wyzwiska dziewczynę - Kiedy go odnajdę urżnę mu jaja przy samej dupie i wepchnę stopą do gardła, a potem wbiję gwoździe w kolana i będę napawała się jego bolesnym wyciem. - Diaboliczny rechot Anny przyprawia elfa o ciarki - Obedrę chuja ze skóry. A tej kurwie z Gmachu Rozrywki wbiję ogromny, zaostrzony nóż kuchenny w cipę!!! Albo nie, muahahahaaaa!!! – Dziewczyna zaczyna rzucać się na krześle – Nadzieję ją na pal, jak Polacy Azję Tuchajbejowicza!!! Tak, to jest świetny pomysł!!! Hahahaaa!!! To szmata, pierdolony sukkub, to zdzira, jeb...
- Teraz Kadril!!! – Krzyk Volotha wybrzmiewa w jego głowie. Kolejny pocisk trafia w pancerz robota zamykając idealne kółko. – Traf w sam środek, masz jedną szansę, chłopcze!

Łatwo ci powiedzieć, dziadku!

W pełni zautomatyzowanym ruchem wyćwiczonego woja dobywa katany czując w palcach mrowienie elektryczności zaklętej w ostrzu, przebiegające po ostrzu, układa w dłoni i namierza wzrokiem cel. Wszystko trwa ułamek sekundy, ale jemu wydaje się być całą wiecznością. Dzikie wrzaski Anny tracą na mocy, wytłumione przez bicie serca i cichą, kołaczącą się gdzieś w zakamarkach głowy myśl, która za chwilę wybuchnie z pełną mocą.

Lewa noga lekko do przodu, odchyl się do tyłu, zlokalizuj cel, nabierz nieco powietrza.
I rzuć.
Tak jak uczył cię tego ojciec.


Ostrze wysuwa się z jego dłoni z jednoczesnym, głośnym "giń!!!" i szybuje w stronę modrona.
Wbija się idealnie w sam środek tarczy, wyznaczonej przez strzały.
- Za fotel, schowaj się za fotel!!! – Voloth krzyczy głośno do niego w myślach – Modron za chwilę wybuchnie – Przypada do stóp kopiącej i złorzeczącej w szalonym śnie Anny.
Kadril rzuca się na zimną, śliską podłogę i sunąc po niej niczym po tafli lodu czuje, jak powietrze wokół niego zasysa się w kierunku rannego robota, po czym następuje ogłuszający huk i zalega ciemność.


Zmęczona, ledwo zachowująca przytomność Elora czuwa na zmianę z królową przy łożu Kadrila i Anny.
- To już druga noc – Spokojny głos władczyni miasta, podszyty lekko wyczuwalnym niepokojem rozlega się za plecami młodej elfki – Sen jest bardzo mocny, praktycznie w ogóle nie reaguje na bodźce zewnętrzne. Musiał zejść bardzo głęboko.

Nie wspomniała o tym, że kilka godzin wcześniej, w trakcie nieobecności dziewczyny, odkryła polucję w zbroi Kadrila, niechybny znak, że trafił do seksualnego snu. Nie powiedziała jej o tym, głównie z powodu widocznej zazdrości narzeczonej dowódcy wojsk o Annę.
Na wspomnienie ostatniej wizyty nieprzytomnej ciężarnej czuje smutek i żal. Pożegnała się wtedy z jedyną istotą, która kochała. Jedyny mężczyzna, który znalazł drogę do jej serca.
Ukryła przed nim coś bardzo ważnego. Coś, co chciała mu powiedzieć, ale nie miała na tyle odwagi widząc zimno i obojętność w jego oczach. Prosiła go o przebaczenie, dostała je wraz z rozkoszą i zwarciem ciał w łożu, w sypialni.
Jej uczucie nie wygasło, gdyby stanął przed nią i wyznał jej miłość oddałaby mu swoje ciało i duszę. Bez wahania.
Choć może nad duszą bym się zastanowiła – Uśmiecha się do siebie smutno – Zaprzedanie jej osobnikowi z Niższych Sfer to nie jest dobry pomysł, nawet jeśli jest się wszechmocną w tym świecie królową elfów. Ale gdyby wrócił, to...
- Pani! – Ostrzegawczy syk Elory budzi ją z otępiałych rozmyślań – Budzi się!

Ellesime zrywa się z krzesła i podbiega do łoża, na którym Ania nerwowo szamocze się próbując otworzyć oczy.
- Spokojnie, dziecko – Przemawia do niej łagodnie w myślach – jesteś wśród przyjaciół.

Gałki oczne Anny poruszają się szybko pod zamkniętymi powiekami, przypomina to nieco fazę REM, następującą w końcowych fragmentach snu. Dziewczyna zaczyna szarpać się pod pościelą, aż wreszcie zrywa się z głośnym krzykiem i otwiera szeroko oczy.
- Gdzie ja kurwa jestem, gdzie moja maczeta? Kim...? – Urywa kierując nieprzytomny wzrok na zielonooką elfkę i po chwili przenosząc go na czarnowłosą, towarzyszącą jej młodszą kobietę, spoglądającą na nią z wyraźna niechęcią.

Ta zielonooka. Znam tę twarz. Byłam w tym pokoju. I to całkiem niedawno.

- Anno – Królowa trzyma ją za dłoń, przemawiając powoli czułym i łagodnym głosem – Poznajesz mnie?

Ania szybko mruga powiekami, dla osoby postronnej wygląda to, jakby próbowała zestroić wzrok, rozjeżdżający się na boki.

- Anno? – Ten sam głos, miękki, niski, kojący skołatane nerwy rozlega się w jej głowie – To ja, Ellesime, królowa elfów. Poznajesz mnie, przyjaciółko?

Dziewczyna wybucha płaczem. Z początku tylko łka, ale po chwili płacz staje się coraz głośniejszy, przechyla się do przodu i wtula w ramię królowej.
- Płacz, dziecko, to nie boli. Jesteś wśród przyjaciół – Ellesime głaszcze ją po głowie, czule, jak własną córkę – Czuję, że bardzo dużo przeszłaś, prawda? – Zawiesza na chwilę głos – Teraz chciałabym, żebyś odpoczęła.
- Anno – U jej lewego boku rozlega się niespodziewanie cichy, męski głos – Udało mi się. Do końca wierzyłem, że będę w stanie cię uratować. – Kadril ze wzruszenia urywa wypowiedź patrząc na blade, zmęczone oblicze dziewczyny palącym wzrokiem.

- Boże, już myślałam, że jest po mnie – ociera dłońmi zapłakane, spuchnięte oczy – Kiedy ten drow złapał mnie na lasso nie miałam już sił walczyć i uciekać – Wybucha ponownie płaczem łkając – I... – Oddycha głęboko próbując złapać oddech – kiedy ujrzałam tego potężnego, krótkowłosego elfa myślałam, że z radości zacznę krzyczeć. Wiedziałam, że jestem blisko, chciałam mu podziękować – Bierze dwa głębokie wdechy – i na pewno to zrobię. Uratował dwa istnienia.
- Dobrze się czujesz, kochanie? – Elora nie zwracając uwagi na stan rannej bierze w ramiona Kadrila i tuli się do niego – Powinniśmy udać się do naszych komnat, gość królowej na pewno chce zostać sam, żeby odpocząć w spokoju.
- Zazdrosna? – Ania zerka na Ellesime zadając pytanie w myślach.
- Oczywiście, że zazdrosna. – Królowa odpowiada rozbawiona zachowaniem młodej poddanej – Na jej miejscu byłabym równie zazdrosna.
- Nno dobrze – Zmieszany i rozdarty między chęcią pozostania, a lojalnością wobec narzeczonej Kadril wstaje z niepewną miną – Chodźmy w takim razie. Anno – Odwraca się do niej będąc w drzwiach co wywołuje nerwowy grymas na twarzy Elory – chciałbym z tobą porozmawiać, kiedy wypoczniesz i nabierzesz sił.
- Oczywiście, kiedy tylko zechcesz, mój drogi – Słaby uśmiech rozświetla jej zmęczone oblicze – Uciekaj do siebie, twoja kobieta potrzebuje cię teraz – Ostatnie zdanie nie zawiera nawet cienia złośliwości, a mimo to Elora obdarza Anię nienawistnym spojrzeniem.
- Tak chodźmy – Trzyma go mocno za dłoń i prawie ciągnie za sobą. Po chwili drzwi zamykają się i w pokoju pozostają dwie kobiety.

Milczą wpatrując się w ciebie. Jedyne odgłosy, jakie do nich docierają to melodyjne zaśpiewy ptaków, rozbijające się po ścianach niczym kauczukowa piłeczka ciśnięta w podłogę.
- Wiem, o co chcesz zapytać – Po długiej chwili Ania przerywa ciszę – Kiedy ostatni raz go widziałam żył.
Twarz Ellesime nie wyraża żadnych uczuć, ale z oczu znika napięcie, widoczne w nich jeszcze kilka sekund wcześniej.
- Kiedy to było?
- Straciłam rachubę czasu, ale sądząc po rozmiarach mojego brzucha około pół roku temu.
Królowa wstaje i obraca się tyłem do niej wpatrując się w okno.
- Dlaczego jesteś tutaj? Miałaś wrócić do swojego świata – W jej głosie wybrzmiewa ukryty zarzut.
- Byłam tam. I wróciłam.
- Dlaczego?
- O tym, co stało się po pożegnaniu z Kadrilem opowiem wam obojgu jutro, kiedy odpocznę – Nie odpowiadając wprost na pytanie próbuje podnieść się z łóżka i natychmiast siada z helikopterem w głowie – Chciałabym coś zjeść i odpocząć. Nie czuję się zbyt dobrze.
- To zrozumiałe, twój potomek na pewno absorbuje zasoby energii, poza tym kilkudniowa śpiączka i ucieczka osłabiły cię znacząco.
- Ellesime? – Ania zwraca się do królowej po imieniu – Może nie powinnam o to pytać, ale – Przerywa wypowiedź wpatrując się w nią badawczo – masz męża? Albo mężczyznę?
Świdrujący wzrok elfki stara się przewiercić dziewczynę na wylot. Obie kobiety mierzą się wzrokiem przez kilkanaście długich, trwających w ich mniemaniu o wiele więcej niż około ćwiartka minuty sekund, po czym niespodziewanie władczyni Suldanesselar uśmiecha się przyjaźnie do dziewczyny.
- Muszę przyznać, że twoje umiejętności telepatyczne są równie dobre, co moje, a może niedługo staną się jeszcze lepsze – Zagadkowy uśmiech nie schodzi z jej twarzy – A odpowiadając na twoje pytanie, nie Anno, nie mam męża, kochanka czy mężczyzny u boku. Jestem samotna, tak jak podczas twojej ostatniej wizyty.
- W takim razie kto...? – Ania spogląda na wydatny brzuch elfki, która milczy.
Zalega wymowna cisza, przerywana zaśpiewami ptaków.
- Kto jest ojcem? Powiedz mi.
- Na pewno chcesz to wiedzieć? – Wzrok królowej robi się smutny – Nie domyślasz się?
Nagle Ania zakrywa dłonią usta, odkrywając prawdę.
- To Bert? Bert jest ojcem? Tak? – Podnosi głos – Dałaś mu dupy, kiedy byliśmy tu po raz ostatni i zasiał ziarno w jałowej ziemi?!
- Bacz na słowa, dziecko – Twarz Ellesime pozostaje niewzruszona, ale jej oczy zwężają się – Nie byłaś i nigdy nie będziesz jego kobietą, a poza tym z tego co wiem, to twój potomek również powstał z nieprawego łoża, zgadza się?
- No i? Co z tego? Ja przynajmniej nie puściłam się z nim, kiedy był w towarzystwie innej – Fuka jak wściekła kotka – To było wtedy, gdy leżałam ranna po bitwie z drowami, prawda? Nie musisz odpowiadać, wiem, że tak.
- Anno, musisz się nauczyć, że nie zawsze czarne jest czarne, a białe jest białe – Królowa otwiera drzwi do pokoju – Odpoczywaj, przyślę do ciebie kogoś z posiłkiem, a jutro porozmawiamy.

Cholerna suka! – Wściekła dziewczyna uderza ze złości pięścią w kołdrę – Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że wtedy się z nim puściła! Czułam to! A ten sukinsyn zapłaci mi za to, za wtykanie kutasa tam, gdzie nie trzeba.

Pamiętaj, że wtedy jeszcze nie byłaś "oficjalnie" z nim, naiwna cipko. I miał prawo pieprzyć się, z kim mu się podoba, bez potrzeby tłumaczenia się tobie – Głos w głowie trafia w punkt, a Ania milknie nie mając żadnych argumentów.

Posiłek zjedzony kwadrans później powoduje senność i zmęczona ciążą oraz ucieczką zasypia niemal natychmiast po zakończeniu konsumpcji.

Śpi ponad pół doby. Nie śniąc. Zapada w bezdenną, czarną studnię, w której nie ma kompletnie nic poza bezgranicznym mrokiem, okalającym jej zmęczony walką umysł. Odpływa w nicość regenerując zmęczoną ciągłą walką, zarówno fizyczną jak i emocjonalną duszę.

Kiedy wraca jej świadomość i zaczyna się wybudzać na zewnątrz jest późne popołudnie.

Boże, jak dobrze. Pierwszy raz od – zastanawia się przez chwilę – bardzo dawna śpię w wygodnym łóżku, nie muszę trzymać maczety pod poduszką, bać się, że ktoś mnie obrabuje, zgwałci, porwie na handel narządów czy uczyni swoją niewolnicą. Cudownie – Przeciąga się leniwie – Zjadłabym coś – Słyszy burczenie w brzuchu, a sekundę później pukanie do drzwi i poruszająca się klamkę.
- Kto tam? – Mimo, że jest ubrana w cienką, półprzezroczystą, kremową koszulę nocną, kończącą się nieco przed kolanami instynktownie nakrywa się po szyję kołdrą.
- Mogę wejść? – Znajomy, cichy głos wzbudza w niej przyjazne wspomnienia.
- Tak – Odkrywa się nieco i gładzi po sporym brzuchu. Maluch kopie jak szalony i wybrzuszenia skóry są widoczne nawet pod materiałem kołdry.
- Jak się czujesz? – Twarz Kadrila jest zmęczona, oczy spuchnięte i podkrążone.
- Świetnie – Ania odpowiada zgodnie z prawda – Wreszcie, po miesiącach spania w koszmarnych warunkach mogłam odpocząć w łóżku. Z miękką poduszką, z miłą dla ciała kołdrą, bez potrzeby budzenia się słysząc najmniejszy szmer, bez potrzeby spania z dłonią, w której trzymałam maczetę pod poduszką. Cudownie, wierz mi – Przeciąga się i mruczy pod nosem. – zjadłabym coś – Zerka na niego uśmiechając się pod nosem.
- Właśnie po to jestem – Młody elf odpowiada zmęczonym uśmiechem – Królowa zaprasza na kolację, w szafie znajdziesz oprócz swojej zbroi i broni odpowiedni strój. Czekam za drzwiami. – Wycofuje się spoglądając na nią przyjaźnie.

Racja, przecież wstawili tu szafę – Ania zrywa się chichocząc pod nosem – Kiedy spałam tu poprzednio w pokoju znajdowało się tylko łóżko. Ale fajnie. – Otwiera podwójne drzwi, wewnątrz zgodnie ze słowami Kadrila wiszą dwie sukienki. Czarna i biała. Obie w zbliżonym kroju, ale jaśniejsza jest uszyta z jednolitego materiału, poprzetykanego w kobiecych miejscach koronkowymi naszywkami, a ciemniejsza jest półprzezroczysta, a piersi i pupę ma osłoniętą podwójną warstwą czerni.
Chyba wezmę białą – Po około dziesięciu minutach przymierzania i oglądania się w lustrze Ania podejmuje decyzję – Przydałyby się jeszcze kolczyki i lakier do paznokci, ale nie wymagajmy za dużo – sięga po stojące w szafie białe balerinki – Świetnie wyglądasz, Marczak – Ogląda się w lustrze. Sukienka jest idealnie dopasowana dla kobiety w ciąży. Nie krępuje ruchów ani nie powoduje uciskania wrażliwego miejsca.

- Jestem gotowa – oznajmia Kadrilowi, próbującemu przegonić sen mocnym tarciem oczu – chłopie, jak będziesz tak ziewał to połkniesz mnie razem z korytarzem, krzesłem na którym siedzisz i połową tego zakurzonego dywanu – żartuje z niego.
- Nie jestem chłopem, mam w sobie szlachecką krew – Naburmuszony przepuszcza ją przed sobą ruszając w stronę komnat królowej.
- Oj tam, nie nadymaj się tak. Przecież sobie żartuję, a zwrot chłop nie odnosi się do twojego stanu, tylko do ciebie jako mężczyzny. Wyjmij kij od szczotki z tyłka – Puszcza do niego oko.
- Widzę, że siły powoli się regenerują – Elfowi wraca dobry nastrój – to dobrze, bo czeka nas dość długa i wyczerpująca rozmowa z królową.
- Tak – Ania poważnieje na dźwięk jego słów – Mam wam sporo do powiedzenia, poza tym – Zatrzymuje się przed drzwiami do królewskiej jadalni – potrzebuję waszej pomocy, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?
- Tak Anno, pomówimy o tym przy kolacji – Uchyla drzwi przepuszczając przed sobą dziewczynę - Jesteśmy, pani.
- Dobrze cię widzieć w zdrowiu, Anno – Uśmiechnięta Ellesime, ubrana w jasnokremową, luźną sukienkę do kolan ze sporym wycięciem na biust wita z radością przybyłą – Zasiądźmy do posiłku i zaspokójmy pierwszy głód, a potem porozmawiamy.
- W porządku – Ania siada na krześle ogarniając pożądliwym wzrokiem dania zaserwowane przez elfiego kucharza – Zaczynajmy, bo kiszki mi marsza grają, a maluszek kopie, jakby na własne oczy widział pyszności stojące przede mną.

- No dobrze – Kwadrans upływa w ciszy przerywanej grzecznościowymi prośbami o podanie talerza z daniem przez jedzących. Na żądanie królowej nie ma kelnera, a jedynym obecnym w pokoju oprócz trójki jest przyboczny ochroniarz Ellesime, wtapiający się w tło z kamienną twarzą przy ścianie – Posililiśmy się nieco, zacznijmy od początku – Królowa wstaje i rozciąga plecy z grymasem na twarzy – Bóle kręgosłupa i wzdęcia mnie wykończą. Do meritum – Uśmiecha się zerkając na przemian na dwójkę młodych, wpatrujących się w nią z uwagą – Co stało się po wejściu w bramę do Sigil?
Ania bierze głęboki oddech.
- Mamy cały wieczór, a może i noc?
- Mamy tyle czasu, ile nam potrzeba – Uśmiech nie schodzi z twarzy władczyni Suldanesselar – Kadril, masz ochotę na ziele fajkowe?
- Dziękuję królowo, ale nie dotykam świństwa, które zabiło ojca – Młody elf stanowczym, acz uprzejmym głosem odmawia poczęstunku – Anno, jesteśmy oboje ciekawi, co się z wami działo.
W pomieszczeniu zalega cisza, dziewczyna wpatruje się w okno, za którym pobłyskują przebijające się przez ścianę liści promienie zachodzącego słońca.

- Wylądowaliśmy w Sigil, w dzielnicy zwanej Placem Szmaciarzy – Z niewidzącym spojrzeniem, odtwarzając zdarzenia z pamięci zaczyna opowieść – Na dzień dobry napotkaliśmy problem. W mieście toczyła się wojna...

.... Bert został z tą kurwą jako jej niewolnik, a mnie wrzucono na Drogę Astralną i wróciłam do dwojego świata – Cichym, spokojnym głosem relacjonuje po kolei zdarzenia sprzed kilku miesięcy pomijając szczegóły zbliżenia między nią, a demonem. Jej twarz nie wskazuje, żeby kierowały nią jakiekolwiek emocje, jedynie łzy płynące po policzkach świadczą o uczuciach, jakie targają dziewczyną.
- Wtedy widziałaś go po raz ostatni? – Drżący głos królowej wybudza ją z letargu.
- Tak, to był ostatni raz, kiedy z nim rozmawiałam – Ania ociera dłonią policzek i wraca spojrzeniem do rzeczywistości.
- To – Niespodziewanie do rozmowy włącza się milczący do tej pory Kadril – dlaczego wróciłaś tutaj? Byłaś w swoim świecie, w miejscu, gdzie żyłaś, miałaś przyjaciół. Do krainy, gdzie byłaś skazana na walkę i miałaś małe szanse na przeżycie w dodatku nosząc w sobie potomka – Wskazuje głową na jej brzuch.
- Bo - Ania zaczyna płakać – bo... – urywa łkając – bo go kocham! Wróciłam, bo chcę z nim być! – Kadril otwiera szeroko oczy, a twarz królowej wyraża absolutną pustkę – Wystarczył jeden dzień w moim świecie żeby przekonać się, że nie powinnam tam wracać, a pozwolenie Bertowi na zrobienie tego, co zrobił było błędem.

Jasna cholera, rozklejam się. Pieprzone hormony!

- Kochasz go? Demona? – W głosie Ellesime pobrzmiewa zdziwienie podszyte odrobiną zawiści i niechęci – Jesteś dla niego jedną z wielu, on takich jak ty miał setki, dziecko. Nie łudź się, że będziesz jego kobietą, że on pokocha cię szczerze i bezinteresownie. Że stworzysz z nim dom i rodzinę. To niespokojne stworzenie, a jego dusza, esencja czy jak ją nazwiesz ciągle szuka nowych bodźców. Znudzi się tobą i rzuci tobą jak ścierką.
- Zamknij się, dobrze? – Wściekła na jej słowa Ania, z błyskającymi oczami wstaje opierając się dłońmi o blat stołu – W dupie byłaś i gówno widziałaś, jaśnie królowo – Na pogardliwie brzmiące słowa Kadril otwiera szeroko oczy ze zdumienia – Siedzisz tu sobie na tym swoim pieprzonym tronie, wiesz tyle o świecie i o tym, co dzieje się poza Suldanesselar ile ja o pierdolonych platformach wiertniczych – Dla odmiany teraz Ellesime ma niewiele rozumiejący wyraz twarzy – Pieprzysz te swoje mądrości, nie wiem, czy jesteś zazdrosna, mam to w dupie. Zdradziłaś go, a on cię nie kocha i kocha mnie, rozumiesz?! Jesteś w stanie wbić sobie to do swojego królewskiego łba, o jaśnie pani?
- Posłuchaj mnie, dziecko – Na twarzy Ellesime nie widać złości, jedynie oczy wskazują na gorejącą w niej wściekłość – Wulgaryzmy w twoich ustach nie przystają przyszłej matce, a w dodatku obrażasz królewski majest...
- Majestat, srajestat – Zaciśnięte pięści wskazują, że dziewczyna jest o krok od rzucenia się na elfkę - Fakt, że nosisz w sobie jego bękarta nie upoważnia cię do wydawania ocen w kontekście moim i Berta. Rzygać mi się chce, kiedy widzę to rozanielone spojrz...

Bum! Pięść Kadrila ląduje z ogromną siłą na stole podbijając talerz królowej wypełniony zupą i przewracając go na bok. W jadalni zalega absolutna cisza, przerywana miarowym "kap, kap" potrawy ściekającej na podłogę.

- Czy moglibyśmy kontynuować? – odzywa się po kilkunastu sekundach cichym głosem patrząc w blat – Chciałbym wiedzieć, co wydarzyło się po powrocie Anny do naszego świata. A później możecie sobie królowo i Anno wyjaśniać wszelkie niejasności jeśli chodzi o Berta – Unosi wzrok i spogląda na Ellesime, która zdziwiona, z lekkim uśmiechem zgadza się skinieniem głowy na propozycję dowódcy wojsk.
- Anno – Kadril zwraca spojrzenie na wzburzoną, szybko oddychającą dziewczynę – Usiądź proszę i opowiadaj.
- Nie wiem, czy dam radę bez płaczu – Siada z powrotem na krześle próbując uspokoić oddech – ale spróbuję – Nabiera powietrza w płuca i wypuszcza ze świstem – W swoim świecie nie przebywałam nawet jednego, całego dnia. Nabrałam przekonania, że powinnam tu wrócić. W dodatku pewny splot okoliczności, którego nie będę wam wyjaśniać, bo i tak niewiele wniesie do opowieści sprawił, że musiałam uciekać otwierając tą samą bramę, która przekroczyłam z Bertem w sobie. Kiedy wylądowałam tutaj byłam w stroju z mojego świata, bez broni. Jedyne, co posiadałam to Amulet Seldarine, który przeganiał swoją mocą złe istoty w nocy i Pierścień Wpływu. Kiedy po dwudniowej wędrówce dotarłam do Athkatli...

***



- Ja cię już kiedyś zdaje się widziałem i to całkiem niedawno – Strażnik w bramie ogląda uważnie Annę niczym eksponat w muzeum – Byłaś z takim wielkim, długowłosym chamem spod wiochy gdzieś na południu. Shepher coś tam.
- Mylisz mnie panie z kimś innym – Sukinsyn, znowu rozbiera mnie wzrokiem, tak jak ostatnio – Potrzebuję noclegu i kąpieli. Czy taka istota jak ja mogłaby być groźna dla tak silnych mężczyzn jak pan i pańscy koledzy? – Wskazuje głową na dwóch znudzonych, ziewających żołnierzy, z twarzami nie skalanymi skomplikowanym myśleniem – Jedyne, czego pragnę to pokój na noc, jutro udam się w swoją stronę.
Pod warunkiem, że dostanę to, czego chcę, tłuku.
- No niby nie – Dowódca straży zaczyna się wahać – ale jakiś czas temu wpadła tu ciemna elfka, która obiecywała, że będzie grzeczna i wyglądała równie niewinnie co ty, mości panno – Mierzy ją wzrokiem od stóp do głowy zatrzymując się na chwilę na powiększonych z powodu ciąży piersiach – a żeby pochwycić tą czarnoskórą sukę, która omal nie spaliła całej dzielnicy potrzeba było kilkunastu dzielnych żołdaków – Gapi się bezczelnie na rowek między piersiami – Wchodź panienko, ale wiedz, że będę miał na ciebie baczenie. Adam – przywołuje podwładnego – przeprowadź panią przez bramę. Gdzie się zatrzymasz?

Pierdolony skurwiel, gdyby mógł kazałby zrobić sobie laskę jako myto!
Jeśli będę zmuszona przechodzić przez tą bramę trzeci raz zrobię z tego oblecha nędzną imitację Farinellego!

Ania spogląda przez sekundę na czerwoną, poprzetykaną siateczką popękanych od nadużywania alkoholu naczynek krwionośnych twarz dowódcy straży mając w głowie cel długoterminowy.
A tym celem jest Bert, a nie obcięcie jaj jakiemuś zbokowi na zadupiu w Zapomnianych Krainach.
- W Miedzianym Diademie – Cholera, nie znam tu niczego oprócz tej mordowni i drugiej knajpy, której nazwy nie pamiętam – Zatrzymam się w Miedzianym Diademie. Dziękuję za pomoc, życzę miłego dnia. Do widzenia.
- Stój! – Na dźwięk głosu dowódcy przechodzą ją ciarki – Jak się nazywasz?
- Anna Zerik – Wypala bez zastanowienia – Do widzenia panom.

Dobra, gdzie teraz?
Jestem głodna, kręci mi się w głowie, chce mi się pić. Muszę się przespać, jestem kilkanaście godzin bez przerwy na nogach.
Do Miedzianego Diademu nie pójdę, z tego, co mówił Bert to nie jest miejsce dla kobiety, a tym bardziej samotnej kobiety bez broni.


- Przepraszam – Kwadrans później klucząc po Dzielnicy Mostów podchodzi do brzuchatego, brodatego żołnierza wyższego od niej o półtorej głowy – Szukam miejsca, gdzie mogłabym się zatrzymać na nocleg. Tylko proszę mi nie proponować Miedzianego Diademu.
- Yyy, a panienka zna miasto? – Strażnik ma wygląd goryla, słowa wypowiada z opóźnieniem, jakby był lekko niedorozwinięty umysłowo.
- Trochę znam, ale będę wdzięczna za podpowiedź, jeśli byłby pan tak miły.
- Yyy, no peewnie – Co za przemiła dziewoja, pomogę chętnie – Musi panienka udać się na Promenadę Waukeen i znaleźć gospodę "Nora Siedmiu Dolin". Karczmarz, który jest jej właścicielem to mój stary kumpel, panienka powie, że przysłał panienkę strażnik Argon, dostanie panienka zniżkę.
- Bardzo panu dziękuję, panie Argon – Zupełnie inny człowiek, niż ten oblech – Jest pan bardzo pomocny, w przeciwieństwie do pańskiego kolegi, stojącego w bramach miasta.
- Strażnik Stefan – Brodacz zaczyna głośno rechotać – To pies na baby, proszę wybaczyć określenie, próbował zaczepiać panienkę?
- Najpierw musi mieć ku temu możliwości, głupi kutas – Ania zbyt późno gryzie się w język – Ma mordę jak spuchnięty ziemniak i śmierdzi jak kotłownia. Która kobieta chciałaby takiego oblecha?
- Hahaha – Na Helma, cóż za przezabawna, młoda osóbka – Panienka niech lepiej nie wygłasza takich opinii głośno, bo Stefan ma znajomości w całym mieście i może stać się panience krzywda, jak mówi stare powiedzenie "ściany mają uszy". Więc – poważnieje w jednej chwili – proszę iść w tamtym kierunku – wskazuje dłonią ulicę w lewo – Za jakiś czas ujrzy panienka drogowskaz, a później to już prosto.
- Bardzo panu dziękuję, panie strażniku Argon – Ania dygnięciem żegna się z potężnym mężczyzną.
- A bardzo proszę. I niech panienka powie karczmarzowi, że wisi mi dwie kolejki za ostatnie zakłady psich wyścigów, oszust.

Dobra, jest drogowskaz.
Poza znalezieniem tej mordowni mam jeszcze jeden, "niewielki" problemik.
Brak pieniędzy.
Muszę zaopatrzyć się w broń, zbroję, przespać się i coś zjeść.
Ciekawe, że ten pierścień, który dostałam od Ellesime działa, gdybym pokazała go Ewce nie uwierzyłaby.


Ania wkracza na promenadę obserwując z zachwytem tłum klientów, oblegających stragany.

- Czego panienka szuka? Może pomogem? – Wpada na najwyżej dziesięcioletniego chłopaka, ewidentnie naganiacza, zaciągającego z charakterystycznym akcentem.
- Kowala, zbrojmistrza – odpowiada oszczędnie lustrując myśli młodzika – Potrzebuję zbroi albo skórzanej kamizelki, noży i miecza.
- Och, to wszystko znajdzie panienka u Joluva – Będzie miał wujo używanie, hohoo! Ta laska wygląda na frajerkę, hihihi. Wciśniemy jej najgorszy szmelc za grube piniendze – Proszem za mnom, szanowna panienko. Wuj ma świetnem zbrojem i koziki – Ostatnie słowo wymawia tak, że brzmi ono jak siki - o tutaj. Wujuuu! – Zza lady wyskakuje wąsaty, wysoki chudzielec – Klientkaaaa!!!
- Widzę, widzę, nie drzyj papy, smarkaczu! Dobrze się spisałeś, będzie nagroda, a teraz zjeżdżaj do bramy! – Gówniara wygląda na kompletnie zieloną. I jest obca, bo nie kojarzę jej cwanej buzki. Wcisnę jej szmelc, nie zorientuje się nawet, gdyby przed nosem przemaszerowało jej stado słoni.

Gówniara? Szmelc?? To skurwiel!!! Ja cię załatwię, chuju!!!

- Dzień dobry, panience – Fałszywy uśmiech na twarzy sprzedawcy wywołuje u Ani taką wściekłość, że dziewczyna zaczyna zgrzytać zębami i wbija sobie paznokcie w skórę – Czego szanowna panienka szuka? Mamy świetny asortyment.
- Dzień dobry, szanowny panie – Zaczyna kręcić Pierścieniem Wpływu na palcu – Szukam zbroi lub kamizelki, tylko powinna być luźna, nie chcę niczego opiętego. Potrzebuję trzewiki i broń. Noże, sztylety i jakiś miecz. – I całą twoją kasę, pazerny oszuście.
- Oczywiście, coś jeszcze? – Wyraz twarzy sprzedawcy nie zmienia się, ale w oczach znika chciwość i cwaniactwo, a zaczyna przebijać się w nich empatia.
- Tak, ale najpierw proszę przynieść to, o czym przed chwilą mówiłam – Mężczyzna znika na zapleczu omal nie przewracając się z pośpiechu w progu.

Ja cię załatwię, zachłanny, mały cwelu!

- Bardzo proszę – Wraca ze starą, sfatygowaną zbroją skórzaną i łatanymi trzewikami – to świetny sprzęt, wielokrotnie używany, może wyglądać na sfatygowany, ale jest naprawdę dobry - Jeśli się na to zdecyduje, będzie skończoną idiotką.
- Ależ szanowny panie – Uśmiecha się promiennie w odpowiedzi jak gdyby nigdy nic – Obraża mnie pan tą propozycją. Proszę przynieść najdroższą zbroję, jaką pan ma, tak samo broń.
- A ma panienka czym zapłacić? – Na jego obliczu odbija się nieufność, a spojrzenie lustruje figurę dziewczyny próbując ocenić, czy jej sakiewka jest zasobna.
- Oczywiście, proszę się o to nie martwić – Uśmiech numer pięć na jej twarzy i kolejne dotknięcia pierścienia skutecznie unicestwiają obawy, rodzące się w głowie i na twarzy sprzedawcy – Mam czym zapłacić.

Cholera, niezły jest. Nie da się tak łatwo omotać jak ten karczmarz z Sigil.

- Bardzo proszę – Joluv taszczy w dłoniach skórzaną, czarną kamizelkę, trzewiki, szorty tego samego koloru, błyszczący sztylet i kilka noży – To Pancerz Złodziei Cienia, najlepsza zbroja, jaką posiadam i szorty do kompletu – Kładzie skórę na blacie. O dziwo teren wokół nich wyludnia się, jakby inni klienci podświadomie wyczuwali moc Ani – Do tego Sztylet Ixila, w którym jest zaklęta moc ognia, kilka bardzo ostrych kozików i – Wyciąga miecz spod lady – Maczeta Ostrości, która nie ma w sobie zaklętych mocy magicznych, ale jednym cięciem obetnie panienka nią gałąź, a w dodatku nie trzeba jej ostrzyć. No – Zadowolony z siebie spogląda na dziewczynę – Ubijamy targu? Cena okazyjna, bo bierze panienka mój najlepszy asortyment, dziesięć tysięcy sztuk złota.
- Oczywiście, że biorę – Dziewczyna nachyla się w jego kierunku poruszając pierścieniem na palcu i uśmiechając się niewinnie – Ale cenę chyba możemy renegocjować, prawda panie Joluv?
- Yyy, renegoco? – Zamglony wzrok handlarza wskazuje, że znalazł się pod wpływem uroku Anki.
- Renegocjować – Ania owija sobie włosy wokół palców lewej dłoni i puszcza do niego oko – Cena jest zbyt wysoka, mości panie.
- A ile panienka może zapłacić? Najlepszemu klientowi dam zniżkę, o! Taki bendem chojny – Zaczyna zaciągać podobnie do bratanka.
- Nie mam piniendzy – Anka świadomie dostosowuje język do słownictwa Joluva, aby łatwiej nakłonić go do oddania towarów za darmo – W może mógłby mnie pan poratować jedną albo dwoma sakiewkami? Nie mam gdzie się podziać, okradziono mnie w drodze tutaj.

A teraz najlepsze. Ucz się, złamasie!

- Noszę w sobie dziecko, proszę pana – W udawanym płaczu udaje jej się wytoczyć z oczu coś na kształt łzy. Oblicze pazernego handlarza staje się smutne – Jeśli nic nie zjem mojemu dzidziusiowi coś może się stać. Proszę – spogląda na niego błagalnym wzrokiem.
- No dobrze już, dobrze – Biedne dziecko, pomogę jej – Proszę panienko, idź i wyśpij się porządnie w Norze Siedmiu Dolin. To jedyne bezpieczne miejsce dla młodej damy do spędzenia noclegu na promenadzie – Wręcza jej dwie ciężkie sakiewki złota.
- Bardzo panu dziękuję – Ania demonstrując uśmiech numer pięć zwinnym ruchem zgarnia sakiewki z blatu – Uratował mnie pan przed niechybnym głodem. Bardzo, bardzo dziękuję – Na wszelki wypadek dotyka jeszcze pierścienia w celu wzmocnienia efektu – Życzę miłego dnia, panie Joluv - Żegna sprzedawcę, cieszącego się głupkowato.

Uff, udało się. Ale jestem obładowana, jak wielbłąd. Muszę znaleźć tę mordownię.

Kieruje się poza targowisko rozglądając się na boki kiedy wyczuwa na sobie wzrok. Mężczyzna jest wyższy od niej o głowę, ma na sobie habit i kaptur, a jego oczy wpatrują się w nią intensywnie.

Sukinsyn, próbuje spenetrować mój umysł, spieprzam stąd – Przyspiesza kroku i chowa się w tłumie. Mężczyzna nerwowo rozgląda się poszukując jej wśród ludzi i kiedy mija ją i znika za niedalekim straganem Ania wypuszcza powoli wstrzymywane w płucach powietrze.

Muszę się schować, gdzie ta pieprzona mordownia. Kto to był? Gwałciciel? Czy ktoś ze ze straży lub wojska?
Nie wyglądał na wojskowego.


- Nora Siedmiu Dolin, podpowie mi pani, gdzie ją znajdę? – Handlarka sprzedająca ryby na pobliskim straganie cuchnie jakby wysmarowała się maścią ichtiolową i ma wygląd Genowefy Pigwy.
- Nuora Sjedmju Dłolin? – Okazuje się, że brakuje jej kilku zębów, w tym dwóch górnych jedynek – Panjenka nje chce tam iść, to nje mjejsce dla panjenki.
- Proszę mi powiedzieć, gdzie to jest, sama osądzę, czy to miejsce dla mnie – odpowiada z uśmiechem jednocześnie zerkając dookoła w poszukiwaniu obserwującego ją wcześniej mężczyzny. Zaczyna grzmieć.
- Jak sobje panjenka zycy – Wyciąga kościstą dłoń wskazując kierunek za plecami dziewczyny – Musi panjenka wyjść alejkom zara za rogjem, a potem jus cały cas prosto. Z daleka widać wielki syld ze znackiem kufla.
- Bardzo pani dziękuję – Ania ukradkiem dobywa schowanej niesionej pod zbroją sakiewki i wyjmuje złotą monetę – To dla pani, za pomoc.
- Ło matko, panjenko! – W oczach staruszki pojawiają się łzy wzruszenia – Tyle to ja w tydzień nje zarobjem. Niech ciem Bóg błogosławi.
- Dziękuję pani jeszcze raz, do widzenia.

Po co to zrobiłaś? Zostawiasz ślady. A jeśli ten gość, który cię śledził usłyszy, jak babcia będzie chwalić się złotą monetą otrzymaną od pięknej, grzecznej, długowłosej "panjenki"?
Bo chwalić się na pewno będzie.
Szlag.


Dwie minuty później budynek, o którym mówiła babina zaczyna majaczyć się w nachodzącym półmroku. Ściany są brudne i pomazane bohomazami, a przez okna widać wstawionych klientów, okupujących stoliki.

Raz kozie śmierć – Raźnym krokiem przekracza próg rozglądając się z ciekawością dookoła. W środku knajpa robi o wiele lepsze wrażenie, ale do standardu Holiday Inn zdecydowanie jej brakuje. Po prawej stronie znajduje się ogromny kominek, przy którym czatuje dwóch młodych krasnoludów, dorzucających drwa do ognia i obracających rożen, na którym piecze się solidnych gabarytów prosiak. Na wprost wejścia za trzema sznurami stolików znajduje się ogromny bar przy którym krząta się wysoki, łysy, wytatuowany na dłoniach i głowie mężczyzna. Niezdecydowana Ania nieśmiało przesuwa się w stronę barmana, który zauważa ją po krótkiej chwili i uśmiecha się przyjaźnie.
- Dobry wieczór. W czym mogę pomóc w ten piękny wieczór? – Zagaduje niemal poetycko, czym zaskakuje dziewczynę.
- Dobry wieczór – Nie będę używała pierścienia, ten człowiek wydaje się być bardzo miły. Czuję od niego dobrą aurę, tak samo, jak od Argona – chciałabym wynająć pokój na jedną noc, najlepiej z dużą łazienką. Potrzebuję kąpieli.
- No cóż – Barman uśmiecha się przyjaźnie polerując ogromny kufel – Mam wolny pokój z łazienką, ale kosztuje dwie sztuki złota za noc. Stać panienkę na niego?
- Tak, stać – Ania sięga po sakiewkę – Aaa, zapomniałabym – Barman unosi zdziwiony brwi – Argon prosił, żeby przekazać, że jest pan oszustem i wisi mu dwie kolejki za wyścigi psów.
- Haha – Mężczyzna zanosi się śmiechem – Zna panienka Argona? Ten stary opój był na tyle pijany, że nie pamięta, ile i na którego psa postawił, a teraz awanturuje się o rzekomą wygraną – rechocze głośno – No dobrze, ale my tu nie o tym. Kasa na stół, mości panno i idziemy na kwatery – Puszcza do niej oko.
Ania ukradkiem wyjmuje dwie sztuki złota i wkłada mu w dłoń.
- Bardzo dziękuję – Barman wrzuca monety do szuflady – Zapraszam na salony – Przepuszcza Anię przodem – Leki! – Głośnym basem wykrzykuje imię chudego, drobnego pomocnika sprzątającego brudne kufle ze stołów – Stań na chwilę za barem.
Leki, niezbyt zadowolony z wydanego polecenia mamrocze przekleństwa pod nosem, czym wywołuje kolejną serię rechotów w wykonaniu szefa.
- A tak właściwie to nie przedstawiłem się, jestem Jon – Mruga do niej porozumiewawczo – Gdybyś czegoś potrzebowała zgłoś się do mnie.
- Dzięki, Jon, a ja Anna – Dziewczyna ściska delikatnie potężną niczym bochen chleba dłoń – Możecie przynieść coś do jedzenia do pokoju?
- Dzisiaj mamy prosiaka z różna, do tego różne frykasy, wszystko w cenie pokoju, spodoba ci się – Olbrzym otwiera przed nią drzwi – Rozgość się, uzupełnię wodę w balii i przygotuję posiłek. Aha – Zatrzymuje się w progu i poważnieje momentalnie – uważaj na te sakiewki i zbroję. Niedaleko baru siedzi niejaki Korgan. To duergar, znany zabijaka z Wrót Baldura, podobno ma na koncie kilkadziesiąt ofiar razem ze swoimi kumplami, złodziejem Montaronem i szalonym magiem Xzarem. Co dziwne wszyscy świadkowie znikali lub milkli. Widziałem, że obserwował cię, więc może mieć chrapkę na twoje zapasy.
- Nie zauważyłam go – Cholera, muszę być bardziej ostrożna, przydałaby się jakaś torba, poza tym pochwa na maczetę też byłaby dobrym pomysłem. – Dzięki za ostrzeżenie, Jon – Rzuca broń, zbroję i pieniądze na łóżko – a teraz, jeśli pozwolisz chciałabym się wreszcie wykąpać.
- A tak, zaraz przyniosę wodę.

- O Boże, tak, tak, tak – Godzinę później wykąpana i najedzona Ania układa się w pościeli mrucząc pod nosem – Cudownie miękko, zasnę w minutę, a jutro, jak wstanę ruszę dalej – Ziewa przeciągle – w poszukiwaniu Berta i...
Zasypia.

- Jon – Następnego dnia rano siedzi przy stoliku pałaszując śniadanie. Knajpa jest pusta, a Ania jest jedynym klientem. Potężnie zbudowany barman kręci się bez pośpiechu za barem rzucając co rusz dowcip, z którego dziewczyna rozkosznie rechocze – Potrzebuję pomocy, mogę ci zaufać?

Wiem, że mogę, bo widzę twoje myśli. Ale chcę to usłyszeć od ciebie, jeśli masz ochotę mi pomóc.

- Znasz mnie kilka godzin – Właściciel knajpy spogląda na nią z powagą – myślisz, że jestem osobą godną zaufania?
- Ostrzegłeś mnie przed Korganem, byłeś dla mnie miły, poza tym – Waha się przez chwilę – potrafię wyczuwać nastroje u osób myślących i ich osobowości.

Potrafię czytać myśli, ale tego nie powiem ci wprost, bo za słabo się znamy.

- I co wyczuwasz we mnie? – Olbrzym z poważnym wyrazem twarzy podchodzi do niej i siada przy stoliku na krześle obok.
- Dobro, uczciwość i spokój - Pałaszując śniadanie Ania odruchowo odpowiada mu w myślach, a kiedy łapie się na tym, że nie udzieliła odpowiedzi na głos robi się czerwona, a Jon blady.
- Potrafisz... – urywa odruchowo gładząc się po łysiejącej głowie – potrafisz mówić w myślach? Ta umiejętność jest znana tylko najlepszym – Spogląda na nią z lekkim przerażeniem – Kim ty jesteś, Anno? Czarodziejką? Złodziejką? Kapłanką? Nie chcę tu żadnych kłopotów – Unosi dłonie w geście obronnym – Ktoś cię ściga?
- Nie, nikt mnie nie ściga – Dziewczyna odpowiada na głos w opanowany sposób, co uspokaja zdenerwowanego barmana – obiecuję, że wyniosę się po śniadaniu – Waha się spoglądając mu prosto w oczy – Potrzebuję pomocy.
- Nie chcę mieć na karku Zakapturzonych Czarodziejów, proszę cię, żebyś po zakończeniu posiłku udała się w swoją stronę.
- Jon, posłuchaj proszę – Mężczyzna próbuje wstać, ale Ania chwyta go za nadgarstek – Szukam kogoś, kto pomoże mi w podróży Tunelami Astralnymi.
Barman otwiera szeroko oczy i milczy przez dłuższą chwilę.
- Proszę – zniża głos do szeptu – Noszę w sobie dziecko i muszę jak najszybciej dotrzeć do miejsca, gdzie będę mogła w spokoju je urodzić.
- Na bogów – Wypuszczając ciężko powietrze Jon drapie się po głowie – Nie wiem, w co się wplątałaś i nie chcę wiedzieć. Skoro potrafisz mówić w myślach zakładam, że potrafisz też czytać w nich – Ania nie reaguje na stwierdzenie – Huh, dobrze, pomogę ci. Znam kogoś, kto podróżował kiedyś Tunelami Astralnymi. Musisz udać się do Miedzianego Diademu – Mina dziewczyny wskazuje, że nie jest zachwycona przekazaną informacją – i tam zapytać o Drizzt'a Do Urdena. Znasz to nazwisko?
- Tak, znam – Jasna cholera, to ten sam Drizzt??? Ten z książki??? Ja pierdolę, może zaraz spotkam Wołodyjowskiego z Baśką albo Geralta z Rivii! – Myślisz, że będzie chciał mi pomóc?
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć! – Jon wstaje – Proszę cię, żebyś po zjedzeniu jak najszybciej opuściła to miejsce, dobrze? – Odwraca się nie patrząc jej w oczy.
- Kto to są Zakapturzeni Czarodzieje?
- Cicho! – Olbrzym odwraca się gwałtownie gromiąc ją wzrokiem – Tutaj ściany mają uszy. Musisz mieć ich pozwolenie na władanie magią w Athkatli, w przeciwnym wypadku – Milknie – w przeciwnym wypadku skończysz w Czarowięzach, a tam nie chciałabyś wylądować, mości panno.
- Co to są Czarowięzy? – Ania wstaje i przeciąga się po posiłku.
- Oficjalnie o więzienie dla nielegalnie władających magią, a w rzeczywistości to przytułek dla obłąkanych, gdzie szaleńcy w kapturach prowadzą eksperymenty na takich nieuważnych, młodych panienkach jak ty, Anno – Oskarżycielsko wskazuje ją palcem.
- Dobrze już, dobrze. Zrozumiałam. Wynoszę się.

- Jon, masz na sprzedaż torby i pochwy na miecze? – Kwadrans później, ubrana w zbroję i opatrzona w "nabyty" dzień wcześniej sprzęt podchodzi do baru – Potrzebuję czegoś na maczetę i na sprzęt podręczny.
- Tak, wybierz coś sobie i ruszaj w drogę, proszę.

Sprzęt pasuje doskonale, i mam coś na kształt plecaka. Super. A teraz w drogę, do celebryty Drizzta.

- Jon? – Pochodzi do baru – Chciałam ci podziękować i – Wyciąga jeden z mieszków odebranych Joluvowi – to dla ciebie. Za fatygę i kłopoty.
- Nie mogę tego przyjąć.
- Oczywiście, że możesz i przyjmiesz – Ania kładzie pieniądze na blacie – Żegnaj Jon. I powodzenia.
- Żegnaj Anno, obyś znalazła swój szlak.

Matko Boska, co za syf – Po wkroczeniu do Slumsów stwierdza, że dom Nexa w Sigil w porównaniu z imitacjami okolicznych chałup prezentował się niczym Marriot kontra ruiny powojennej Warszawy – Jak można żyć w takim bajzlu i brudzie?

Domy sprawiają wrażenie, jakby miały zaraz się rozpaść, drewniane ściany są pokryte grzybem, w powietrzu czuć fetor fekaliów oraz dymu wydobywającego się z kominów – najwidoczniej mieszkańcy do opału nie używają drewna, a wszystkiego, co mają pod ręką. Ania mijając brudne twarze instynktownie odsuwa się nieco, żeby nie zostać dotkniętym. Chodnika nikt nie uświadczył – tubylcy brną po kostki w błocie, a padający deszcz dodatkowo potęguje efekt przygnębienia, syfu i beznadziei egzystencji w tym zapomnianym przez Boga miejscu.

Jest – Z ulgą dostrzega zabrudzony szyld w kształcie diamentu – W innych okolicznościach nigdy bym tam nie weszła, ale nie mam wyjścia. Poza tym ta mordownia w porównaniu z okolicznymi domami jawi się niczym samotna wysepka na oceanie pełnym rekinów – Nasuwa na głowę kaptur kupionego w drodze płaszcza, otrzepuje z błota zakupione razem z nim trzewiki i raźnym krokiem wchodzi do środka.

Wewnątrz odbywa się bijatyka. Kilkunastu mężczyzn okłada się pięściami, nogami i wszelkim dostępnym pod ręką sprzętem po ciałach. Knajpa jest obszerna, ma wysoki sufit i mocne oświetlenie, więc nie na problemu ze zlokalizowaniem baru, zza którego wyskakuje chudy i wysoki barman wraz z trzema ochroniarzami i powala mocnym ciosem na ziemię pierwszego uczestnika potyczki, a potem rozbija krzesło na głowie kolejnego i wskakuje na stolik.

- Jeśli za chwilę nie przestaniecie pojawi się kilkunastu ochroniarzy i dostaniecie taki wpierdol, że własne matki was nie poznają – W pomieszczeniu rozlega się donośny krzyk. Bijący się zastygają w bezruchu, niczym posłuszni żołnierze na komendę kaprala – Grzeczni chłopcy, a teraz zabierajcie swoje graty i wypierdalać mi stąd! Już!

Dopiero po chwili Ania spostrzega, że na uboczu stoją dwa stoliki. Przy pierwszym siedzi oparty plecami o krzesło ciemnoskóry, srebrnowłosy elf, z zaciętą, ponurą, pooraną bruzdami twarzą, obserwujący beznamiętnie walczących między sobą pijaczków. Po jego bokach opadają dwa błyszczące sejmitary. Oczy ciemnoskórego czujnie obserwują otoczenie ostentacyjnie ignorując towarzystwo wpatrujące się w niego z drugiego stolika, którym okazuje się być...

O kurwa, to ten Korgan, czy jak on tam, o którym mówił Jon – W podbrzuszu Ani zaczyna kwitnąć strach – Jak mam podejść do Drizzta, skoro te pijusy wpatrują się w niego niczym w ołtarz kościelny? Ja pierdolę, czy choć raz odejdę się bez problemów?
Zaraz, przecież mogę odezwać się do niego w myślach!
- Drizzt – Spogląda na niego wymawiając cicho jego imię – Drizzt Do' Urden, nie rób gwałtownych ruchów, stoję po twojej prawej stronie, mam na sobie czarny płaszcz do kolan i długie, brązowe włosy. Nie chcę zwrócić na siebie uwagi Korgana, a jesteś przez niego obserwowany.
- Kim jesteś? – Drow nie odwracając wzroku o awanturników zadaje pytanie w myślach – Kto cię nasłał, z Zakapturzonymi nie mam nic wspólnego, a ze Złodziejami Cienia, których zbroję nosisz nie chcę mieć. Jeśli przyszłaś mnie zabić to uważaj, bo możesz srodze się przeliczyć.
- Nie mam zamiaru z tobą walczyć, potrzebuję twojej pomocy.
- Pomocy? Nie pomagam obcym. Nie znam cię. Spadaj.
- Mówi ci coś imię Ber Zerik?

Drow zamiera w bezruchu odwracając powoli wzrok w stronę Ani, jego fioletowe oczy świdrują twarz dziewczyny starając się wybadać jej myśli.
- Nie grzeb w mojej głowie, nie kłamię – Dziewczyna uśmiecha się lekko – Bert to mój mężczyzna. Podróżowałam z nim jakiś czas, byliśmy razem w Suldanesselar u Ellesime, a potem rozdzielono nas, a mnie wrzucono do Tunelu Astralnego. Chcę go odszukać.
- Nie kłamiesz – stwierdza ze zdziwieniem Drizzt – Zaraz, ty jesteś – zastanawia się chwilę – Bert był z taką dziewczyną, bardzo podobną do ciebie. Ale ona zginęła! Kim jesteś, na Mielikki?
- Możemy stąd wyjść zanim ktoś się do nas doczepi? Korgan z towarzystwem obserwował mnie w Norze Siedmiu Dolin, chyba chcą mnie obrabować.
- Siadaj do mojego stolika, nie odważą się zaatakować cię w mojej obecności – Elf wykonuje zapraszający gest – Mówmy na głos, dziwnie będzie wyglądało, jeśli usiądziemy nie rozmawiając.
- Posłuchaj, mam mało czasu – Ania siada mając Korgana z kompanią po prawej ręce – W dużym skrócie, Julia, o której mówiłeś zginęła z rąk demonów i twoich pobratymców – Oczy Drizzta zwężają się – Bert został pojmany i zaklęty w figurkę na dwieście lat, przypadkowo uwolniłam go z niej i uratowałam od śmierci. Nie pochodzę z tego świata – Nachyla się w stronę ciemnoskórego, aby jej słowa nie docierały do ciekawskich – i jestem w jakimś stopniu reinkarnacją tej dziewczyny. Wiem jak to brzmi, sama nie mogłam w to uwierzyć, ale Ellesime udowodniła mi, że tak właśnie jest. Bert pomógł mi przenieść się do siebie w zamian za zniewolenie. Został niewolnikiem sukkuba Nie-Sławy w Sigil. Nie chciałam wracać, ale zmusił mnie do tego. No i postanowiłam, że chcę żyć z nim. Dlatego tu jestem, muszę się dostać do Sigil i uwolnić go z jej rąk.
Drow milczy przed dobrą minutę trawiąc słowa dziewczyny, w tle niedobitki pijaków są wyrzucane z hukiem przez ochroniarzy w akompaniamencie przekleństw, jęków i histerycznych wrzasków przemieszanych z bełkotem.
- Powiedzmy, że ci wierzę – Ostrzegawczo kładzie dłonie na rękojeściach sejmitarów spoglądając beznamiętnie na Korgana – i będę w stanie ci pomóc. Powiedz mi coś jeszcze, co udowodni, że nie kłamiesz.
- Zaraz będzie taka okazja – odpowiada Ania widząc zbliżającego się barmana.
- Czego się panienka napije? – Barman okazuje się być całkiem miły – Mamy duży wybór miodów, może coś do jedzenia?
- Dziękuję, ale już jadłam. Poproszę napój, ale bez alkoholu. Herbata?
- Herco?
- Kawa? – Mina barmana jest coraz bardziej nietęga – Sok z owoców?
Ja pierdolę, to faktycznie mordownia.
- Proszę mi dać cokolwiek, co nie zawiera alkoholu – Zrezygnowana macha dłonią – Jak pan ma na imię?
- Hendak, jestem właścicielem tego przybytku – Wypina dumnie pierś – A czemu panienka pyta?
- Zna pan Kalvara Czarnego Sejmitara i jego syna Kadrila? Czy to prawda, że Kalvar wysadził się w domu odpierając atak szturmującego wojska, a Kadril zniknął?
- Tak panienko, podobno bronił jakiegoś nieczystego, demona czy kogoś tam – Hendak wygląda, jakby rozmowa na ten była bardzo niewygodna – Jeśli to wszystko przygotuję napój.
- Tak, dziękuję. Widzisz – Ania zwraca spojrzenie na Drizzta po odejściu Hendaka – byłam tam z nimi. Kalvar był starym kumplem Berta, ktoś doniósł do straży, że przetrzymuje demona. Najwidoczniej spotkali kogoś, kto rozpoznał Berta. Uciekliśmy razem synem Kalvara podziemnym tunelem, a starzec wysadził się w domu.

- Powiedzmy, że w dalszym ciągu ci wierzę – Drizzt odpowiada Ani wbijając spojrzenie w Korgana – zastanawiam się tylko dlaczego miałbym ci pomóc? Bert był moim przyjacielem, ale rozstaliśmy się w niezbyt dobrych stosunkach, powiedziałbym, że gdybym go wtedy dostał w swoje ręce to pewnie uciąłbym mu głowę – Fioletowe oczy wpatrują się w Anię – Dlaczego, ludzka dziewczyno? Zakochałaś się w demonie, on mimo pozornych cech dobroci i ogłady na zawsze pozostanie demonem, którego wnętrze, nawet jego minimalna cząstka, jest złe. Jeśli mu zaufasz, tak jak zrobiłem to ja, zdradzi cię i będziesz cierpieć.

Kolejny filozof. Chcę po prostu otrzymać pomoc i nie potrzebuję pieprzonych wykładów o demonach.

- Pomożesz mi czy nie? – Ania stawia sprawę jednoznacznie – Mam mało czasu i jeśli powiesz "nie" poszukam kogoś innego.
- Pomogę, bo czuję, że jesteś dobrą osobą – odpowiada Drizzt po chwili ciszy – Powiem ci, gdzie znajdziesz drogę do miasta Tysiąca Bram. Ale – Zatrzymuje na chwilę wypowiedź – nie zrobię tego za darmo – Ania unosi brwi ze zdziwienia – muszę pozbyć się tego cuchnącego duergara i dwóch jego zdziczałych towarzyszy.
- Jak to pozbyć? Chcesz ich zabić? Przecież jesteś dobry, nie zabijasz bez powodu – jest zdezorientowana.

To na pewno jest Drizzt? Może to jego alter ego z innego świata.
Tamten, o którym czytałam nie mordował, a zabijał w obronie własnej. Wzdragał się przed zabijaniem. Chce tak po prostu poderżnąć gardło temu karyplowi i jego pierdolniętym kumplom?


- Korgan zamordował z zimną krwią kilkadziesiąt osób, a tych dwóch rzezimieszków czerpało dziką przyjemność z pomocy swojemu szefowi w zarzynaniu niewinnych – Twarz drowa wykrzywia się w grymasie wściekłości – Pomożesz mi, ja pomogę tobie i będziemy kwita.
- W porządku, ale nie jestem zbyt dobra w walce, chociaż całkiem nieźle rzucam nożami – Zrezygnowana opuszcza obie dłonie na stół – Jaką masz strategię?
- Bardzo prostą, muszę tylko wiedzieć, czym walczysz.
- Mam Sztylet Ixila, Maczetę Ostrości, trochę noży do rzucania.
- Co potrafisz oprócz mówienia w myślach? – Głos Drizzta robi się obojętny i zimny. Ania z przerażeniem ogląda ewoluująca w "maskę mordercy" twarz łowcy, podobny efekt zaobserwowała będąc z Kadrilem podczas ataku na dom jego ojca – Szybciej dziewczyno! – Pogania ją.
- Umiem czytać w myślach i nauczyłam się trochę telekinezy – Drow otwiera szeroko oczy w podziwie.
- To świetna wiadomość – Uśmiecha się jadowicie, a wyraz jego twarzy wywołuje gęsią skórkę u Ani – Będziesz moim wsparciem, a ja wytłukę tych bydlaków jak psy. Uważaj na maga, gdyby zaczął czarować rzuć w niego nożem. I pamiętaj, że telekineza jest szybsza od dłoni.

Jezu, w co ja się pakuję? Za chwilę wezmę udział w regularnym morderstwie! Nieważne, że ofiarami mają być złoczyńcy. Zaatakuję i zabiję żywą istotę!
Dlaczego to robi? Przecież to jest zadanie dla straży czy wojska!


- Panno Anno, jesteś gotowa, czy ogarnęły cię wątpliwości?
- Nie mam wyjścia, prawda?
- Nie, nie masz – Drow w bezlitosny sposób przecina nadzieję w jej sercu na uniknięcie rozlewu krwi – Wyjdziemy na zewnątrz, oni na pewno będą nas śledzić i w dogodnym dla siebie momencie zaatakują, a kiedy to zrobią poznają smak moich sejmitarów, śmierdziel...
- A nad czym tak gruchacie, gołąbeczki? – Za plecami Drizzta rozlega się cichy, złowieszczy szept – Ty, brudny szpiczastouchy, wstawaj i gotuj się na śmierć, a ty, ludzka dziwko – Korgan spluwa pod nogi siedzącej sprzeciw drowa Ani – z tobą zabawimy się po tym, jak brudas zawita do krainy wiecznie nieumytych, heheheheee. Montyyy!!! – Głośny ryk wydobywa się z ust Korgana, po drugiej stronie stolika błyskawicznie pojawia się równy wzrostem Ani krępy, ze szramą przecinającą lewy policzek i usta człowiek. Przetłuszczone i brudne włosy opadają mu na czoło i ramiona, a ust wydobywa się odrażający smród gnijących zębów.
Drizzt z Anią pozostają nieruchomi.
- Na trzy rzucisz się na podłogę, przetoczysz przez prawy bok i wstając ciśniesz nożem w maga.
- Nie widzę go, gdzie jest?
– Ręce dziewczyny zaczynają drżeć.
- Chowa się za filarem, kiedy podniesiesz się złodziej, Monty, czy jak on tam się zwie będzie chwilowo unieszkodliwiony, zobaczysz czerwonego maga w całej okazałości. Celuj w głowę i zlikwiduj go pierwszym rzutem, ja zajmę się duergarem – Głos Drizzta, rozlegający się w jej głowie jest chłodny i opanowany, a oczy jarzą się wewnętrznym blaskiem – Raz, dwa...
- Trzy !!! – Wściekły, pełen nienawiści krzyk wydostaje się z ust jedynego żyjącego potomka rodu Do'Urden. Ania rzuca się pod stolik na podłogę boleśnie uderzając kolanem o twarde drewno i przetaczają się niczym komandos przez lewe ramię. Podłoga jest nieprzyjemna w dotyku, brudna, śmierdzi moczem i rozlanym piwem, ale dziewczyna zdaje się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Działając jak przeszkolony żołnierz wstaje na nogi jednocześnie dobywając ukrytego pod płaczem w pochwie noża. Ze zdziwieniem spostrzega, że w trakcie jej kontrolowanego upadku Drizzt z całej siły pchnął stolik na Montarona, co spowodowało chwilowy nokaut i wyłączenie z walki złodzieja.
Kurdupel na glebie, gdzie jest ten wariat?! Wygląda jak na kwasie albo innym, chemicznym gównie – Wzrok Ani poszukuje Xzara, po czym dostrzega fragment czerwonego płaszcza maga, a po chwili lewe oko, wyglądające zza filara.
To skurwysyn, mamrocze coś pod nosem – Nóż, niczym idealnie dopasowany do jej dłoni wsuwa się miedzy palce, dziewczyna czuje jego chłodną, stalową powierzchnię z bardzo ostrymi bokami, szpiczastym czubkiem i okrągłą główką. Kiedy głowa Xzara wychyla się po raz kolejny Ania wypuszcza powietrze z ust i tak szybkim, że niemal niewidzialnym dla niewprawionego oka gestem rzuca z nadgarstka nóż w kierunku mamroczącego kumpla duergara. Kozik, pobłyskujący w blasku świec i lamp zawieszonych na ścianach szybuje z dużą prędkością, która dla niej wydaje się być połową wieczności.
Plask – Ostrze z nieprzyjemnym, mokrym dźwiękiem przebija gałkę oczną maga i zagłębia się do połowy oczodół. Manewr dziewczyny jest na tyle szybki, że przez kilka sekund, dopóki ciało Xzara nie zaczyna się chwiać żaden z niewielu pozostałych klientów mordowni nie spostrzega, że starcie przestało być bijatyką, a stało się walką na śmierć i życie. Kiedy mag upada na plecy i wokół jego głowy zaczyna tworzyć się kałuża krwi Montaron zaczyna wściekle wyć i rzuca się w kierunku Ani.
- Telekineza! – Beznamiętny głos Drizzta rozlegając się w jej głowie przypomina o nabytej niedawno umiejętności. W ferworze walki całkowicie zapomniała o ciemnym elfie, ale teraz nie ma możliwości, żeby mu pomóc.
Koncentracja – Siłą woli unosi nieco krzesło leżące obok na podłodze, po czym skupiając mocno wzrok na pędzącym w jej kierunku i wykrzykującym steki bluzgów Montaronie "rzuca" w jego kierunku mebel.
Krzesło trafia przeciwnika idealnie w czoło i nokautuje go na miejscu.
- Stać, staaać, koniec tej bijatyki!!! – W knajpie rozlega się donośny głos. Dopiero teraz Ania spostrzega, że Drizzt z łatwością obezwładnił Korgana i trzyma po obu stronach szyi leżącego na podłodze duergara lśniące magią sejmitary – Stać, koniec tych morderstw!!! Mroczny elfie Drizztu, zdejmij sejmitary z krasnoluda, ludzka kobieto schowaj broń pod płaszcz, gapiów proszę o opuszczenie lokalu.

Ani robi się zimno i gorąco na przemian.

Kurwa mać, to Zakapturzeni Czarodzieje! Mam przesrane!

- Drizztu Do Urden – Zakapturzonych jest kilku, ale tylko jeden z nich, ten przemawiający zdejmuje okrycie głowy – Co tutaj się wydarzyło?
- Rozmawiając z moją przyjaciółką Anną zostaliśmy napadnięci przez trójkę bandytów, zaczęliśmy się bronić i to cała historia – wyjaśnia drow obojętnym tonem wpatrując się złowrogo w czarodzieja – Chcę opuścić to miejsce, a moja przyjaciółka idzie razem ze mną, bracie Albercie.
- Widzę, że moje personalia są ci znane, czuję się zaszczycony, że tak sławna w Zapomnianych Krainach persona wie, kim jest szeregowy i szary członek naszej wspólnoty – odpowiada kpiąco – Niestety, ciemny elfie, twoja przyjaciółka zostanie z nami – W jego głosie pobrzmiewa rosnąca satysfakcja – użyła w trakcie walki magii nie mając na to pozwolenia, a poza tym byłem świadkiem, jak zauroczyła i okradła handlarza Joluva na Promenadzie Waukeen – Podnosi głos w triumfującym krzyku – Bierzcie ją, a ty, elfie zjeżdżaj stąd, dopóki mam dobry nastrój.
- Anno, czy to prawda? - Smutny głos Drizzta rozlega się w jej głowie. Dziewczyna próbuje się bronić, ale zostaje błyskawicznie obezwładniona przez Zakapturzonych i traci przytomność.

Sen, który trwa. Sama nie wie, ile. Jak czarna otchłań, w której pływasz nie znając kierunku i celu. Dryfujesz jak przegniły kawałek deski na oceanie próbując wypatrzeć miejsca, które dawałoby cień nadziei na schronienie.
Nie śni. Po prostu dryfuje oczekując na zbudzenie.

Kiedy wraca jej świadomość...

- Zaczekaj – Kadril przerywa opowieść dziewczyny, która nawilża wodą zaschnięte od ciągłego mówienia gardło – Rozumiem, że przekroczyłaś prawo używając magii bez pozwolenia tych czarujących złodziei, ale Drizzt nie pomógł ci, nie próbował obezwładnić Zakapturzonych? Co z niego za bohater! To ma być ten słynny heros Zapomnianych Krain?! Pluję na niego – Młody elf zaciska nerwowo pięści.
- Kadril, nie denerwuj się, to niczego nie zmieni – Ania stękając z niewygody zmienia pozycję na bardziej komfortową – Nie mógł mi pomóc, rzucenie się na Zakapturzonych niczego by nie zmieniło, a co najwyżej miałby pół miasta na karku. Sama jestem sobie winna, bo mogłam bardziej uważać – Podsumowuje gorzko – Chcecie słuchać dalej?
Kadril i królowa kiwają porozumiewawczo głową.

- Kiedy obudziłam się leżałam w jakiejś brudnej, śmierdzącej szczynami i wymiocinami celi, na zapluskwionej macie, unieruchomiona łańcuchem, przykutym do ściany. Nie wiem, ile spędziłam tam czasu, próbowałam liczyć dni, tygodnie stawiając kreski na ścianach, ale przeniesiono mnie do innej celi i pogubiłam się. – Milknie.
- Z początku byli dla mnie nawet mili, próbowali rozmawiać, wypytywali, skąd znam telepatię i telekinezę. Oczywiście nic im nie powiedziałam, wiedziałam, że będzie bolało, obojętne, czy zaczęłabym współpracować czy nie – Wciąga głęboko powietrze – Po jakimś czasie zaczęły się nieśmiałe próby grzebania w mojej głowie, chcieli mnie zmiękczyć, świadomi tego, że noszę dziecko, więc ograniczali jedzenie i picie, nie pozwalali mi spać, kazali spędzać noce na stojąco. Skurwysyny – Po policzku dziewczyny spływa łza – Nie jestem osobą głęboko wierzącą, ale mam nadzieję, że Bóg widział to wszystko i sprawił, że mój maluszek urodzi się cały i zdrowy. Najgorsze miało dopiero nadejść – Bierze spory łyk wody z Drzewa Życia.
- Po mniej więcej trzech miesiącach w tym strasznym miejscu pojawił się ten, który mnie pojmał. Pieprzony Brat Albert. Natychmiast zaostrzono sposób traktowania więźniów. O ile wcześniej widywałam innych, szalonego gnoma Tiaxa, krasnoludzkiego kapłana Bruenora, tak w jego obecności wszystko się skończyło – Zaczyna oddychać szybko i nerwowo. Ellesime i Kadril patrzą na nią z niepokojem.
- Pozostali więźniowie byli torturowani, słyszałam praktycznie cały czas ich krzyki, w dzień i w nocy. Nade mną się nie znęcali w ten sposób, za to – Zaczyna płakać – gwałcili mnie, skurwysyny! Po kilka razy dziennie. Nie pytali o nic, nie chcieli już niczego wiedzieć, po prostu wchodzili, robili swoje i wychodzili. Z początku próbowałam się bronić, ale później zobojętniałam. I czekałam na koniec.
- Aż wreszcie nadszedł dzień, kiedy w więzieniu pojawił się ktoś, dzięki komu jestem tutaj – Ociera łzy z policzków – Mam nadzieję, że spotkam go jeszcze kiedyś i podziękuję mu za to, że żyję.

Jeść, pić. To coś, czego mocno pragnę. Jestem cała poobcierana w tym miejscu, nie wiem, ile czasu minęło, od kiedy zaczęli mnie gwałcić, jeśli nie złapałam żadnej choroby wenerycznej to stanie się cud.
Chyba ze względu na własne bezpieczeństwo pozwalają mi się kąpać - w końcu kto chciałby rżnąć dziwkę chorą na kiłę albo rzeżączkę i złapać to świństwo?
Boże, niech to się skończy. Niech mnie zabiją albo uwolnią, mam już dość.

Sen. Spać. Jestem zmęczona.


Anię budzi hałas na korytarzu, to nie jest odgłos zbliżających się strażników czy któregoś z czarodziejów – brzmi to jak...
Odgłosy walki?! – Podrywa się na równe nogi z posłania. Na szczęście strażnicy przestali zakuwać ją w łańcuch odkąd zaczęła być gwałcona i stała się apatyczna oraz bierna, więc staje przy wizjerze i wygląda na zewnątrz.
Ciemno, nic nie widać, ale odgłosy bólu zbliżają się.
- Tutaj do cholery! – Zaczyna krzyczeć i uderzać pięściami w drzwi – Uwolnijcie mnie do diabła!
- Odsuń się – Zza drzwi pada komenda wydana niskim, męskim głosem. Po chwili drzwi zaczynają drżeć i sypać się pod wpływem uderzeń z przeciwnej strony, aż wreszcie pękają i rozpadają się na dwie części. Naprzeciw niej stoi dwóch mężczyzn – obaj są potężnie zbudowani i umięśnieni. Ten z toporem ma krótkie blond włosy, niebieskie oczy, które hipnotyzują, a ten z tyłu, wyglądający na nieco niedorozwiniętego uśmiecha się głupkowato jest łysy i ma na głowie, szyi oraz ramionach dziwne tatuaże. Ania zauważa, że na jego ramieniu siedzi... mały chomik.
- Kkim – Jąka się, ze strachu, radości, podniecenia i narastającego płaczu – kim jesteście?
- Mam na imię Abdel – Blondyn wpatruje się w nią szukając oznak szaleństwa – Jesteś tu sama?
- A ja Minsc! – Olbrzym z tyłu drze się, jakby był przygłuchy – A to jest Boo! Boo, przedstaw się – Chomik popiskuje, a Ania zaczyna płakać i śmiać się jednocześnie opadając w ramiona blondyna.
- Jestem Anna – Odzyskuje siłę w nogach odsuwając się od niego – Co się dzieje?
- W dużym skrócie – Abdel zerka za siebie badawczo – Wyrżnęliśmy razem z moimi przyjaciółmi wszystkich strażników oraz czarodziejów i zamierzamy stąd uciec. Z więźniów oprócz mnie tylko ty jesteś żywa, więc jeśli nie chcesz zostać w tym zapomnianym przez bogów i ludzi miejscu proponuję ci, żebyś z ruszyła z nami. Zwłaszcza, że – patrzy wymownie na jej brzuch – Będzie ci ciężko podróżować samej.
- Macie coś do jedzenia i picia? – Szczęśliwa Ania uświadamia sobie, jak jest głodna – Nie karmili mnie od dwóch dni, ledwo stoję na nogach.
- Chodź, musimy stąd uciekać, chcemy podpalić budynek, żeby Zakapturzeni Czarodzieje nie mogli z niego korzystać w przyszłości – Bierze ją za dłoń, jego skóra jest ciepła, wręcz gorąca – uciekajmy Anno, po drodze opowiesz mi wszystko, a moja siostra Imoen i Jaheira nakarmią cię, żebyś odzyskała siły.
- Zaraz, jeszcze jedno – Ania zatrzymuje się gwałtownie – Czy... - Zawiesza na chwilę głos – Albert żyje?
Abdel spogląda pytająco na Minsca.
- Boo, czy zły czarodziej jeszcze oddycha? – Minsc zwraca się do chomika, co jest absurdalne i nierzeczywiste, ale Ani absolutnie nie jest do śmiechu – Boo mówi, że żyje i jest na dole, razem z innymi.
- Świetnie – Usta dziewczyny układają się w podkówkę, a oczy pałają chorą nienawiścią – Zaprowadźcie mnie do niego, to nie zajmie długo.
Abdel nie rusza się z miejsca.
- Posłuchaj mnie chwilę, Abdel – Ania patrzy mu prosto w oczy – Ten skurwiel razem ze swoimi koleżkami gwałcił mnie przez ostatnich kilka tygodni. Nie zamierzam pozwolić mu żyć, a jeśli chcesz mnie powstrzymać zrób to teraz albo odsuń się na bok i czekaj – Odwraca wzrok i rusza korytarzem.

- To jest Anna, jedyny pozostały przy życiu więzień oprócz nas – Minutę później Abdel przedstawia dziewczynę pozostałym w sali. Na jednym z krzeseł siedzi rudowłosa dziewczyna z podkrążonymi oczami, wyglądająca na chorą lub torturowaną. Jak się okazuje ma na imię Imoen i jest jego siostrą.
Obok niej stoi blondwłosa elfka o zaciętej twarzy i dużych, zielonych oczach. To Jaheira. Piąta osoba to kolejna elfka, wyglądająca na bardzo młodą. Ma na imię Aerie.
- Anna chciała porozmawiać z szefem naszego przytułku, który zaprzyjaźnił się z nią na bardzo bliskiej stopie, niekoniecznie tak bliskiej, jakiej chciałaby nasza towarzyszka – dodaje z przekąsem - Anno – Wykonuje gest zapraszający dziewczynę do podejścia bliżej – jest twój.
- Cześć skurwielu – Wyraz twarzy dziewczyny nie zwiastuje dla związanego jak prosię mężczyzny niczego dobrego. Ania zbliża się do skrępowanego na stole więźnia – Zdejmę ci teraz knebel i odpowiesz grzecznie na moje pytania, tak? – Pytanie pozostaje bez odpowiedzi, co wywołuje jej wściekłość. Składa dłoń w pięść i uderza Alberta "młotkiem" w jądra, co wywołuje stłumione wycie.
- Zamknij ryj! – W pomieszczeniu rozlega się dźwięk kolejnego uderzenia, tym razem w twarz – Zdejmuję knebel, jeśli nie będziesz wykonywał moich poleceń będzie cię bardzo bolało, rozumiesz? - Albert kiwa nerwowo głową na znak zgody – Dobra, a teraz odpowiedz mi, gdzie są moje rzeczy, zbroja, broń, pieniądze?
- Wwww mmmmmoooiiiimmmm bbbbbiurrrkkkkku – Zakapturzony Czarodziej nie jest w stanie z powodu narastającego strachu wypowiedzieć składnego zdania – ppppppierrwwwsza szszszufffladddaaa od ggggóóóry, aaaaz zzzzbbbroja www szszszafffie.
- Pppppierwwwwsza szszszuffflada, pierdolony jąkało – szydzi z niego Ania, co wywołuje niesmak na twarzy Aerie i Imoen, Jaheira i obaj mężczyźni przyglądają się scenie z beznamiętną obojętnością, a w oczach Jaheiry można odnaleźć nutkę podziwu – Zaraz do ciebie wrócę, tylko przebiorę się z tych łachmanów, łez tu spokojnie, kurwi synu – znika w pobliskim pokoju.

- No, od razu lepiej się czuję – Mimo dużo większego brzucha niż przed porwaniem do przytułku bez problemu mieści się w Pancerz Złodziei Cienia, a w dłoni dzierży sztylet – Teraz sobie porozmawiamy, pierdolony gwałcicielu – Bierze krzesło i siada obok stołu odwracając je uprzednio tyłem oparcia w stronę związanego – Wiesz, co to jest? – Albert z niepokojem obserwuje lekko gorejące ostrze – to Sztylet Ixila, broń posiadająca zaklętą w sobie moc ognia. Zgadnij, co się stanie, kiedy dotknę ostrzem twojej skóry?
- Nnnniiieeee wwwwwiem? – Niepokój w oczach więźnia rośnie w tempie zbliżania się noża do jego ciała.
- Przekonaj się – Ania wykonuje szybki ruch przykładając rozgrzany metal do skóry mężczyzny na wysokości żeber – Czujesz, chuju? Złamasie pierdolony, skurwysynu bez honoru, jebany, podstępny gwałcicielu! - Podnosi coraz bardziej głos – Czujesz?!
Nóż zaczyna jaśnieć, jakby zostało włożone do pieca, a twarz Alberta wykrzywia się w bólu.
- Och, boli? – Gdyby nie okoliczności można byłoby pomyśleć, że słodziutki głos Ani nie dotyczy pytania o poparzoną celowo w ramach tortur skórę, a na przykład o stłuczone na chodniku kolano – Niemożliwe, przecież wy nie wiecie, co to ból, prawda? – Przykłada nóż do policzka, tuż obok oka i lekko nacina skórę. Z ust Alberta wydobywa się wycie – Ojej, braciszku? To tylko lekkie nacięcie, trzeba zdezynfekować, a najlepiej sparzyć, żeby rana nie jątrzyła – Skóra pod wpływem gorącego metalu zaczyna skwierczeć i pokrywać się bąblami, a torturowany wydaje z siebie dzikie wrzasku.
- Przestań natychmiast! – Blada Aerie zaczyna krzyczeć na nią cienkim głosikiem – Przestań! Jak możesz być tak okrutna?! Chcesz go zabić?!
- Nie kurwa, poprzytulać się z nim, zrobić mu laskę, a potem ożenić się z tym skurwielem! – rzuca Ania nie odwracając wzroku na młodą elfkę – Byłaś tu więźniem? – Aerie kiwa potakująco głową – Gwałcili cię? – Otwiera szeroko oczy w przerażeniu na jej słowa – Po wyrazie twarzy wnioskuję, że nie. Jeśli nie masz nic wartościowego do powiedzenia zatkaj dziób i pozwól mi nacieszyć się zemstą na tym bydlaku. Ktoś z was jeszcze ma obiekcje co do mojego postępowania?
W pomieszczeniu zalega cisza przerywana pochlipywaniem oraz skomleniem Alberta i miarowym tykaniem zegara wiszącego w biurze dyrektora placówki.
- Boo mówi, że nie ma obiekcji, Boo w ogóle niczego nie ma, poza Minskiem, tak mój przyjacielu?
- Świetnie – Ania ignorując dialog szaleńca z chomikiem odwraca się w kierunku Alberta – a tobą gołąbeczku zajmę się od razu, każda sekunda spędzona w jednym pomieszczeniu z takim ścierwem jak ty napawa mnie obrzydzeniem.
- Błagam, nie pozwólcie jej tego zrobić!!! – Histeryczny lament Zakapturzonego Czarodzieja niesie się po całym pomieszczeniu – To wariatka, złodziejka i morderczyni!!! Okradła Joluva, zabiła Xzara, w dodatku posługuje się nielegalnie magią!!! Działa przeciwko prawu!!! Sprzymierzyła się z nieczystym!!! Z dem...
- Zamknij kurwa ten kaprawy ryj!!! – Dziewczyna szybkim ruchem przewraca związanego na bok i wkłada mu rozgrzany do czerwoności nóż do połowy w odbyt. Dziki wrzask torturowanego oraz smród palonego ciała zmuszają Aerie do wybiegnięcia z pokoju, a sekundę później rusza za nią patrząca z wyrzutem na Anię Imoen – Teraz czujesz, jak to jest przyjemnie mieć coś w dupie? – Nóż, umazany we krwi i kale powoli wysuwa się z tyłka Alberta – Trzeba było o tym pomyśleć, zanim zgwałciłeś ze swoimi koleżkami ciężarną kobietę! Ty skurwysynu! – Uderza go z całej siły otwartą dłonią w twarz – A teraz zdechniesz w męczarniach – Uśmiecha się jadowicie, a bladą, spoconą i wykrzywioną z bólu twarz Zakapturzonego Czarodzieja przechodzi dreszcz przerażenia.
- Anno, musimy ruszać, pospiesz się proszę – Zza jej pleców dochodzi beznamiętny głos Abdela, jakby czekał, aż dziewczyna skończy zmywać naczynia, a nie mordować drugiego człowieka z zimną krwią.
- Spokojnie, już kończę. No kurczaczku – Na jej twarzy zakwita zimny uśmiech – czas na ciebie – Sięga między jego nogi i zaczyna masturbować dłonią członka – Pamiętasz, jak kazałeś mi go ssać i mówiłeś "Do końca, szmato, masz wszystko połknąć, to będzie twoje śniadanie"? – Mimo oczywistego przerażenia Alberta jego ciało reaguje w sposób naturalny, a pieszczoty Ani powodują erekcję – Nie zliczyłam, ile razy byłam grupowo gwałcona przez ciebie i twoich przydupasów – Spluwa na nabrzmiały żołądź - Brzydzę się tobą. Twoi kumple uniknęli mojej zemsty, bo Abdel i jego kamanda zdążyli ich zajebać przede mną więc ty zbierzesz za nich cięgi – Puszcza członka i przekłada nóż w lewą dłoń i przykłada go do jąder, Albert zaczyna dziko wyć. Dookoła zaczyna roznosić się woń palonej skóry oraz włosów łonowych – Pożegnaj się ze swoim małym przyjacielem – Uśmiecha się zimno i patrząc mu w oczy zaczyna ciąć.
Nóż jest nieprawdopodobnie ostry, a jego bardzo wysoka temperatura ułatwia zagłębienie się w skórę. Spomiędzy ud czarodzieja bucha krew, zalewająca dłoń Ani, dziewczyna mocnym ruchem odcina jądra, chwyta członek za główkę i jednym pociągnięciem pozbawia Alberta przyrodzenia. Torturowany, półprzytomny z bólu oraz w szoku po upływie krwi krzyczy w niebogłosy.
- Otwórz ryj – Zakrwawiona Ania, wyglądająca niczym rzeźnik w ubojni stoi z odciętym przyrodzeniem w dłoni – A teraz do końca, szmato, masz wszystko połknąć, to będzie twoje drugie śniadanie – Wpycha siłą członek w usta Alberta wbijając go głębiej zakrwawioną dłonią – Zdychaj – Spluwa na jego twarz i odwraca się do pozostałych.
Minsc zniknął, wzrok Jaheiry jest pusty, a w spojrzeniu Abdela jest widoczny wyraźny niepokój.
- Zjeżdżajmy stąd, nie mam ochoty patrzeć na tą kupę gówna – Ania mija ich nie czekając na odpowiedź i kieruje się w stronę wyjścia.

- Nie patrzcie tak na mnie, nie macie pojęcia, co przeżywałam! – Zdenerwowana drżącym głosem tłumaczy się obojgu z potraktowania Alberta – Kiedy zostałam uwolniona cała nienawiść, złość i ból, który kumulowałam przez te dni, tygodnie i miesiące tortur została uwolniona. Znęcali się nade mną dla samego znęcania. Traktowali jak seksualną niewolnicę wiedząc, że noszę w sobie dziecko. Nie dawali jeść i pić, spać. – Płacze bezgłośnie – Wiedzieli, że nie przydam im się do niczego, a mimo to nie chcieli mnie wypuścić i torturowali mnie dla samej przyjemności znęcania się nade mną. Więc odpłaciłam się jednemu z nich wielokrotnie – Jej głos trwadnieje, a oczy zwężają się – a resztę załatwił Abdel ze swoją ekipą.
- Dziecko, to było bardzo okrutne – Głos Ellesime jest pełen potępienia – ale po części cię rozumiem. Gdyby ktoś obszedł się tak ze mną... – urywa.

- Krew zmyłam z siebie w niedalekim potoku, a potem wymiotowałam przez dobry kwadrans nie mogąc przestać – Wznawia opowieść po względnym uspokojeniu się – Najważniejsza jednak była wolność i zemsta – Beznamiętny wyraz twarzy dziewczyny wprawia Kadrila w przerażenie – Wspólnie z Abdelem i jego ludźmi dostałam się do Brynnlaw, to wioska na tej wyspie z przytułkiem, a potem statkiem na kontynent. Podczas podróży dowiedziałam się kilku ciekawych informacji – Bierze łyk wody z kielicha – Abdel zaczął mnie wypytywać o związek z "nieczystym", jak określił Berta braciszek Albert. Z początku byłam nieufna, ale pewnego dnia pogrzebałam trochę w jego głowie i przekonałam się, że nie ma złych zamiarów – Spogląda na zmianę na zmęczoną Ellesime i przerażonego jej opowiadaniem Kadrila – Podzieliłam się z nim większością swoich losów i dowiedziałam się, że jest synem jakiegoś martwego boga mordu – Ellesime otwiera szeroko oczy – Boool czy Bell, nie pamiętam cholera. I to dziedzictwo ściga go od dłuższego czasu.
- Dziecko – Głos królowej drży – Jesteś pewna, że właśnie o tym wspominał? – Blada twarz wskazuje na poważny problem lub stan królowej – A może to był Bhaal?
- A tak – Ania skwapliwie przytakuje – masz rację, Bhaal.
- Na Silvanusa – Przerażona królowa robi się bladosina – Proroctwo Alaundo. "Pan Mordu zginie, ale przed śmiercią spłodzi legion śmiertelnych potomków. A ślady ich przejścia znaczyć będzie Chaos".
- Pani – Zaniepokojony Kadril spogląda na królową – Co mają znaczyć twe słowa? Kto to jest Bhaal?
- To martwy bóg mordu, którego na tronie zastąpił Cyrik – Ellesime trzyma się za głowę masując nerwowo skronie – To znaczy, Kadrilu, że niedługo, może na przestrzeni roku, najpóźniej dwóch lat będziemy mieli wojnę na śmierć i życie. Być może wojnę o istnienie Suldanesselar i naszego ludu – Młody dowódca nie reaguje w żaden sposób na słowa królowej trawiąc je we wnętrzu.
- O co chodzi z tym bogiem mordu? - Zdezorientowana Ania spogląda na zmianę na oboje elfów.

Matko, nie dość już komplikacji? A tu jeszcze dzieci boga mordu, krążące po świecie, nie wiadomo po co, dlaczego.

- O co? – Królowa jest blada niczym świeżo pomalowana na biało ściana – W dużym skrócie Anno, martwy bóg mordu próbuje odrodzić się w ciałach swoich dzieci, między które rozdzielił swoją esencję przed śmiercią, którą przewidział. Zszedł na ziemię pod postacią śmiertelnika i kopulował jak buhaj z samicami wszystkich ras. Jednym dał więcej swej mocy, a innym mniej. Jedni potrafią to wykorzystać, a inni nawet o tym nie wiedzą. Jedni, wysoko sytuowani będą potrafili użyć jej do zdobycia władzy, pieniędzy lub jednego i drugiego. Dla innych stanie się przekleństwem, piętnem i doprowadzi do ich zguby. Przepowiednia proroka Alaundo mówi, że kiedy dzieci Bhaala pojawią się nastąpi czas chaosu i zagłady. Ten czas nadchodzi. – kończy smutno swój wywód.
- Zaraz, to jakiś absurd. Sugerujesz, że demon podzielił swoją duszę na cząstki, bo przewidział własną śmierć i dymał, kogo popadnie zapylając kobiety wszelkich ras, kolorów skóry? A teraz jego bękarty zaczną demolować świat, próbując wskrzesić morderczego tatuśka? Przecież to jest niedorzeczne bardziej, niż...

Chciałam powiedzieć, niż podróże w kosmosie, ale ja do diabła podróżowałam Drogą Astralną!

- Sama widzisz, Anno – W głosie Ellesime nie ma nawet grama triumfu, a pobrzmiewa w nim strach i niepewność – Poza tym Bhaal to nie demon. Gdyby był demonem, nawet wysokiej rangi poradzilibyśmy sobie z nim, ale pokonanie jednego z bogów, no cóż – Wzdycha ciężko – To zadanie niemal niemożliwe do realizacji.
- No dobrze, kij z tym Bhaalem, czy jak on tam. Muszę uratować Berta! On jest gdzieś w Sigil, jeśli jeszcze w ogóle żyje, a mam brzuch jak piłka i niedługo z trudem będę w stanie chodzić!
- Podróż w twoim stanie jest wykluczona – Królowa stawia sprawę jasno, Kadril bez słowa przysłuchuje się wymianie zdań między kobietami – a tym bardziej walka, jesteś wyczerpana i osłabiona, a niedługo zbliża się rozwiązanie. Zostaniesz tutaj, urodzisz, wykarmisz dziecko i ruszysz w drogę.
- No ale... Bert, trzeba go ratować.
- Bert bywał już w dużo trudniejszym i bardziej skomplikowanym położeniu, moje dziecko. Poradzi sobie, a ty wyruszysz, kiedy będziesz gotowa – Wstaje na znak, że kolacja została zakończona – Dziękuję za opowieść, przeżyłaś bardzo dużo i jeśli będziesz chciała o tym ze mną jeszcze porozmawiać wiesz, gdzie mnie szukać – Pochodzi do dziewczyny, bierze jej głowę między dłonie i całuje w czoło. Ania uśmiecha się smutno – Czuj się jak u siebie, dziecko. Wszyscy potrzebujemy snu, dobrej nocy, Anno, dobrej nocy, Kadrilu.

- Byłem w twoim śnie – Po wyjściu królowej wznawia rozmowę - Pamiętasz coś z niego? Co oni ci robili w przytułku?
- Wiesz – Ania przesuwa krzesło, siada obok niego i bierze go za dłoń – jesteś moim przyjacielem. Mimo, że znamy się krótko zawsze czułam, że mogę ci ufać – uśmiecha się nieśmiało – Kiedy torturowano mnie w Czarowięzach stworzyłam w głowie mur, mający obronić mnie przed ich myślami. Nawet nie wiesz, jak wymyślne, przerażające i bestialskie mogą być tortury umysłu. Znęcanie się nad ciałem to w porównaniu z tym betka – milknie na chwilę, a Kadril cierpliwie czeka spoglądając na jej bladą, pokrytą zadrapaniami, wychudzoną twarz.
- Miałam nikomu o tym nie mówić – wznawia po chwili monolog – ale tobie powiem. Liczyłam się z tym, że mogę oszaleć, zwariować lub nie móc poruszać się dalej z wycieńczenia. Kiedy zorientowałam się, że śledzą mnie drowy, w lesie, byłam już na skraju wyczerpania, czasem nie wiedząc, co jest snem, a co jawą – Głos Ani jest spokojny, a oczy błyszczą – Miałam nadzieję, że mnie odnajdziecie w tej głuszy, ty, albo ktoś z elfich wojsk i uratujecie. Gdybym oszalała do końca sen miał chronić mój umysł przed agresorami i jednocześnie być dla ciebie w miarę prostą ścieżką do w uwolnienia mnie – ścisza głos do szeptu – Dziękuję, uratowałeś mi życie – Całuje go czule w policzek.
Zalega cisza. Kadril wpatruje się w jej twarz, poważnym spojrzeniem.
- Odpocznij – Wstaje po chwili i gładzi ją dłonią po głowie – Wracam do swoich komnat. Dużo czasu przed nami, a najważniejsze jest twoje dziecko. Dobranoc Anno.
- Dobrej nocy, przyjacielu – odpowiada Ania, cichym, zamyślonym głosem.


Może Ellesime ma rację? I powinnam zostać tutaj, urodzić dziecko i ruszyć za około pół roku? - Kwadrans później, leżąc w łóżku rozmyśla o własnym położeniu – Podróż Tunelem Astralnym z tego, co mówił mi Bert jest groźna dla kobiet w ciąży, a poza tym nie udam się z takim brzuchem do Sigil, tam czeka mnie walka, nieprzyjazne warunki, rodzenie w nich dziecka byłoby bardzo ryzykowne. Kocham go, ale muszę się na chwilę zatrzymać. Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby wykonać dwa w przód – Ziewa i przewraca się na bok wpatrując w robaczki świętojańskie, krążące przy szybie. Śpiew ptaków, zapach drewna i bajkowa aura sprawiają, że zmęczona po kilkunastu głębokich oddechach zamyka oczy i niemal natychmiast zasypia.

Kilka miesięcy (około pół roku) później.

Dziś jest ten dzień. Wreszcie wyruszę po niego. Po mężczyznę mojego życia. Jestem młoda i nie mam nawet dwudziestu trzech lat, ale pewność co do decyzji, co dalej jest niezmienna i nie podlegająca najmniejszym wątpliwościom.
Kocham go i zamierzam go uratować, pół roku oczekiwania po urodzeniu dziecka, wcześniejszym osłabieniu organizmu, ciężką chorobą, wycieńczeniem, wreszcie problemami z głową - to wszystko na szczęście jest już za mną. Kiedyś śmiałam się z depresji poporodowej, nie wyobrażałam sobie, jak można smucić się po narodzinach własnego dziecka.
Teraz już wiem, że nigdy więcej nie będę szydzić ze schorzeń psychicznych. A walka z depresją jest wielokrotnie gorsza niż choroby ciała.
Jestem zdrowa, mój synek urósł na tyle, że można go na jakiś czas zostawić pod opieką Ellesime.
Odzyskać Berta.
I żyć długo i szczęśliwie. Jak w bajce.


- Ekwipunek przygotowany – Zmęczony i zziajany Haerdalis stawia się przed Kadrilem w biurze – Pozostaje wybór broni, bo na siebie weźmiemy obaj Kolczugi Pieśniarza Klingi.
- Tak – Młody dowódca wygląda przez okno obserwując ćwiczących na placu apelowym rekrutów – chodźmy do zbrojowni.

Zbrojownia to ogromna hala w podziemiach zamku w drzewie, kryjąca w sobie każdą możliwą broń, zarówno zwykłą, jak i zaklętą w magiczny sposób. Zdobyczną, wykutą przez elfich kowali czy po prostu kupioną.
- Wezmę Pustoszyciela – Potężnie zbudowany podwładny Kadrila przymierza się do wielkiej halabardy ze srebrnym ostrzem – Potrzebuję broni, która unieszkodliwi przeciwników jednym uderzeniem, do tego dołożę Ostrze Chaosu – Waży w dłoni krótki, błyszczący złotą powierzchnią miecz z różową klingą – Spowoduje, że trafiony przeciwnik będzie spowolniony i niezgrabny.
- Świetny wybór, Haer – Kadril jest już wyekwipowany – Furia Niebios to podstawa, zastanawiałem się nad drugą bronią lub tarczą, doszedłem do wniosku, że tarcza będzie bardziej przydatna, dlatego zabieram Pawęż Twierdzy.
- Uuu, duży sprzęt, dasz sobie z nim radę?
- Tak – Kadril nie ma ochoty na wdawanie się w dłuższą dyskusję – Na wszelki wypadek wezmę ze sobą Koscianą Klingę – Zabiera z półki zakrzywiony sztylet, wyglądający jak kieł ogromnego zwierzęcia lub potwora – Wzbudza strach wśród przeciwników, w dodatku jest bardzo lekki i twardy jak diament.
- To kieł jakiegoś potwora, prawda?
- Czerwonego smoka o ile legenda mówi prawdę – Wynurza się ze zbrojowni – Królowa jest przeciwna, żebyśmy opuszczali miasto, ale nie puszczę Anny samej w drogę do Sigil, a na miejscu na pewno będzie potrzebowała naszego wsparcia.
- Twoja przyjaciółka to zawzięta i uparta osoba – Haerdalis zdążył przez kilka miesięcy poznać Anię i mimo potężnej postury i mocnego charakteru odczuwa przed nią respekt i lekki strach – Nie neguję, że nasza pomoc jest jej potrzebna, ale skoro przeżyła Czarowięzy, wędrówkę przez las, sama, nosząc w sobie potomka, w ogóle zdecydowała się na tak szalony krok jak poszukiwanie kochanka – Haerdalis zatrzymuje się w progu – to nie uważasz, że poradzi sobie sama?
- Nie.
- Nie? – Na twarzy wysokiego elfa odbija się zdziwienie.
- Nie – rzuca za siebie Kadril przechodząc przez drzwi w korytarzu, prowadzącym do komnat królowej – pomogę jej nawet, jeśli miałbym iść sam. Czy pójdziesz ze mną – Odwraca się i spogląda na jego twarz szarymi, poważnymi oczami - decyzja należy do ciebie, Haer.
- Kadril – Zza pleców olbrzyma rozlega się kobiecy głos – idę z wami.
Dowódca elfich wojsk otwiera szeroko oczy, a jego usta rozchylają się w zdumieniu.
- Nie protestuj, bo to nic nie da – Elora jest w pełni wyekwipowana do podróży – nie zamierzam puszczać cię tam samego – zbliża się do niego i tuli mocno. Kadril czuje nacisk jej drobnego ciała, małych piersi i dłonie krążące po plecach – muszę nad tobą czuwać, prawda mój drogi? – uśmiecha się pod nosem – Poza tym przyda się wam ktoś ze znajomością ziół, mikstur i napojów wzmacniających, prawda, kochanie? – Dotyka jego policzków opuszkami palców i całuje delikatnie.
- Ekhm – Chrząknięcie Haerdalisa odrywa ich od siebie – jeśli chcecie zostać sami to mogę powiedzieć Ellesime, że przyjdziecie za jakiś czas – Puszcza oko do dowódcy uśmiechając się szeroko.
- Uważaj Haerdalis - Elora śmiejąc się perliście trąca go w ramię - wszystko słyszałam. Chodźcie do królowej.

- Więc chcecie iść we trójkę? – Ellesime kołysząc córkę do snu stoi przed nimi niczym belfer przed niesfornymi uczniami w klasie – Jeśli nie wrócicie stracę dwóch z trzech najlepszych wojowników i utalentowaną zielarkę – Waha się, czy udzielić im pozwolenia na podróż – jeśli wam zabronię i tak pójdziecie.
W pomieszczeniu zapada cisza, przerywana przez pojękiwanie niemowlaka przez sen.
- Nie musicie nic więcej dodawać – wznawia po chwili przemowę – Na waszym miejscu pewnie zrobiłabym to samo – Uśmiecha się po kolei do każdego z nich – Kiedy chcecie wyruszyć?
- Rozmawiałem niedawno z Anną, pani – Kadril występuje naprzód – chcemy wyruszyć jak najszybciej. Pogoda sprzyja, jesteśmy gotowi. Nie chcemy czekać dłużej.
- Ja również jestem gotowa – Za plecami trójki rozlega się głos Ani. Dziewczynie przytyło się nieco przez okres macierzyństwa, a włosy, które nosiła do łopatek są tak długie, że sięgają jej do pasa – Królowo - Pierwszy raz od dawna zwraca się do zielonookiej elfki tytułując ją, co wywołuje lekki uśmiech na twarzy władczyni – Zaopiekuj się moim synkiem, troszcz się o niego, dopóki nie wrócę. A jeśli nie wrócę – Spogląda jej w oczy – spraw, by nie został sierotą. To jedyne, o co cię proszę.
- Czekam na was Anno, w komplecie – Ignorując ostatnie zdanie Ellesime podchodzi do nich i po kolei całuje każdego w czoło – Wracajcie w piątkę, a o synka się nie martw – Głaszcze dziewczynę po głowie – zaopiekuję się nim jak własnym dzieckiem. A wy – Zwraca się do trójki elfów – jesteście potrzebni jak nigdy. Do granic naszego królestwa zbliża się wojenna pożoga.

- Eloro – Ania zbliża się kwadrans później do młodej elfki, obserwującej dziewczynę z neutralnym wyrazem twarzy – zanim wyruszymy chciałabym z tobą chwilę porozmawiać.

Co za uparta, zaborcza i zazdrosna baba! Przez pół roku nie wykonałam żadnego gestu, nie wypowiedziałam żadnego słowa do Kadrila, świadczącego o tym, że cokolwiek między nami się dzieje. Zresztą o czym ona myśli?! To mój przyjaciel, ale jestem tu tylko i wyłącznie z powodu Berta! A ta laska zachowuje się, jakbym próbowała rżnąć się z dywizjonem elfów na oczach całego dworu i uwodziła jej faceta na każdym kroku.

- Słucham – Głos Elory ocieka chłodem.
- Wiem, że ruszasz z nami, aby strzec Kadrila przede mną – Elfka otwiera usta, ale Ania ucisza ją gestem dłoni – Daj mi proszę dokończyć. Twój mężczyzna to mój przyjaciel. I nikt więcej, rozumiesz? Jestem tu po to, żeby odzyskać Berta, a Kadril chce mi w tym pomóc. Gdyby wyruszał w poszukiwaniu ciebie zrobiłbym dla niego to samo. Rozumiesz Eloro? – Ścisza głos do szeptu – Nie chcę ci go odebrać, jest twój.
- To wszystko? – Elora odsuwa się od dziewczyny, która reaguje głośnym westchnięciem i gestem zrezygnowania – Pójdę pożegnać się z bliskimi.

Za co ona mnie tak nienawidzi? A może to zwykła zazdrość?
Nie wiem. I zaczynam mieć to w dupie. Zrobiłam co mogłam. Niech stoi z boku i nie przeszkadza, a wszystko będzie dobrze.
Mam nadzieję, że Ellesime zaopiekuje się dobrze moim synkiem.


***



Jutro dotrzemy do bramy. Przez trzy dni drogi niewiele rozmawiamy, Kadril boi się gniewu swojej laski, a ja nie zamierzam wchodzić w tyłek tej zawistnej, zimnej suce, żeby się jej przypodobać. Haerdalis z początku probował zabawiać towarzystwo, ale widząc reakcję Jaśnie Panny spasował. I nie dziwię się chłopu, ja też miałabym dość.

Ostatnia noc upływa w spokoju. Pierwszy czuwa Haerdalis, później Ania, a ostatni na straży ma stać Kadril. Elora ma "wolne", z racji stania na czatach przez wcześniejsze trzy noce.
- Ciszej, ona jeszcze nie śpi – Dobiega ją szept elfki. Zwrócona twarzą w stronę posłania pary dyskretnie uchyla oko. Dłoń Kadrila wędruje powoli wzdłuż biodra, wsuwając się pod jej koszulę i obściskując piersi.
- Śpi – W bryczesach elfa widoczne jest spore wybrzuszenie. Na jego widok Ania przypomina sobie kształt kutasa młodego elfa i zaczyna wilgotnieć.
- Na pewno? – Dłoń Elory wodzi po jego podbrzuszu i wsuwa się powoli pod materiał – Nie chcę, żeby na nas patrzyła.

Akurat, o to ci chodzi, podstępna krowo! Chcesz, żebym widziała, jak on cię rżnie.
Najgorsze jest to, że podnieca mnie myśl o tym. Że ona świadomie pozwoli oglądać się w trakcie pieprzenia, z zazdrości czy z innych pobudek.
Jakkolwiek to brzmi, trzeba przyznać, że ma jaja.
Zaczynam robić się mokra, jeśli dyskretnie przesunę dłoń między uda to będę mogła pieścić się, a oni nic nie zauważą...


- Miałam na ciebie ochotę cały dzień – Ania nie spostrzega, kiedy para pozbywa się odzienia. Kadril palcem rozciera wnętrze Elory, podczas gdy ona obejmując jego kutasa trzema palcami porusza powoli dłonią w górę i w dół po różowej, napiętej skórze – Chcę, żebyś zrobił to ze mną szybko, bez wstępu. Wejdź we mnie i daj mi przyjemność.

Dłoń Ani niezauważalnie dla otoczenia przesuwa się w dół podbrzusza i rozchyla wargi obserwując spod przymrużonych oczu, jak elfka wstaje naga z posłania, ustawia się tyłem do kochanka opierając obie dłonie na wysokości głowy o drzewo, rozstawia dość szeroko nogi i prowokacyjnie wypina pupę. Nagi chwyta ją za biodra, nakierowuje członka do wnętrza i powoli wsuwa się przy cichym jęku i zaciśniętych ustach Elory.
- Kochaj mnie, mój drogi – Elfka opuszcza głowę i poddaje się powolnym wbiciom we wnętrze, które powodują falowanie jej piersi i zaciskanie dłoni na korze drzewa. Coraz bardziej podniecona Ania rozciera mocnymi, okrężnymi ruchami cipkę, a drugą dłoń powoli przesuwa pod koszulką w stronę naprężonych sutków.

Boże, ale mam ochotę! Tak bardzo potrzebuję kutasa w środku – Trze coraz mocniej i szybciej zagryzając wargi, obserwując jednocześnie, jak dłonie Kadrila przesuwają się z bioder w górę w kierunku piersi i ściskają je mocno zostawiając na nich czerwone ślady.
- Szybciej! – Elfka oddychając szybko opuszcza lewą dłoń i sięga do jego biodra, a z ust Ani wydostaje się cichy jęk, kiedy jej prawa dłoń dociera do lewego sutka i wyciąga go w górę powodując mrowienie i ciepło na jego powierzchni i między nogami. – Zostaw to we mnie! – Otwiera oczy i spogląda przed siebie, wprost na Anię, w prowokującym i triumfującym wyrazem oczu, po czym zamyka je, sięga dłonią między nogi i zaczyna pieścić się pojękując urywanym głosem.

To suka, ona wie, że ich obserwuję i ROBIĘ TO SAMA! Celowo sprowokowała go, żebym była zazdrosna.
Ale ja nie jestem zazdrosna, tylko chce mi się pieprzyć. I to jak!


O Boże, ale mi dobrze! – Zagryza usta i zaczyna czuć zbliżający się orgazm, dwa palce, ślizgające się po cipce drażnią i rozcierają wrażliwe miejsce i kiedy szczyt nadchodzi i obręcz wokół ciała zaciska się słyszy jęk szczytującej Elory i chrapliwy, głośny oddech wbijającego się w nią z głośnym plaskiem zderzających się ciał Kadrila.
- Teraz, o tak! – Elfka zamiera w bezruchu i drży, a członek jej kochanka zatrzymuje się w jej wnętrzu, mokry od nektaru pozostawionego na powierzchni i pulsując rytmicznie strzela gorącymi pociskami kleistego nasienia. Ania ściskając mocno prawy sutek dochodzi bezgłośnie z zaciśniętymi niemal do krwi ustami, zamkniętymi oczami i dudnieniem w głowie.
- Och, mój kochany, ale cudownie – Elora dziękuję mu roznamiętnionym i drżącym głosem wyjmując z siebie jego członka i odwracając się w celu pocałowania ciężko dyszącego elfa. W ślad za opadającym kutasem po jej udach zaczyna wyciekać i kapać na liście biaława sperma, której ścieżki spływają również po udach młodej elfki, na co ta nie zdaje się zwracać uwagi - Ale mi było dobrze, teraz zasnę spokojnie – Całuje go głęboko i mocno zakładając mu nogę na biodro.

Ale pokazówka, co za dziwka – Zniesmaczona przedstawieniem Ania powoli uspokaja oddech po przebytym orgazmie – Głupia, zazdrosna pinda. Współczuję Kadrilowi, ale na szczęście to nie ja będę dymała tą zawistną cipę przez kilkadziesiąt lat.
Idę spać, orgazm mnie wyczerpał i zasnę w minutę.


- Wstawać śpiochy – Głośnym basem Haerdalis budzi zaspane towarzystwo – Mamy kilka godzin drogi do bramy, a potem wkraczamy w nieznane – Na prowizorycznym stole, będącym de facto matą, na której śpi potężny elf czeka śniadanie składające się z elfiego, zasuszonego chleba, kawałków mięsa, nieznanych Ani warzyw, nieco podobnych do sałaty i pomidora, znalezionych przez Elorę w lesie.
- Hmm, cudownie – Elfka zadowolona i uśmiechnięta przeciąga się na posłaniu – Zjedzmy, ruszajmy, znajdźmy naszą zgubę i wracajmy do domu.
- To wbrew pozorom nie musi być wcale łatwe – Pałaszująca śniadanie Ania gasi jej zapędy – wiem, gdzie był przetrzymywany, ale równie dobrze może go tam nie być.
- A to już nie nasza sprawa – Słodki głos Elory jest podszyty jadem – Mamy pomoc ci odnaleźć go w tym burdelu, czy gdzie go tam zostawiłaś, potem znaleźć bramę i wrócić do domu. Jeśli go tam nie będzie, to cóż...
- Nie zostawimy naszej przyjaciółki w potrzebie, jeśli Berta nie będzie w domu uciech poszukamy go w mieście. I to nie podlega dyskusji, Eloro. Ja tu dowodzę, a ty zgodziłaś się na to przed wyruszeniem w drogę – Stanowcze spojrzenie Kadrila, poparte nie znoszącym sprzeciwu tonem sprowadza ją na ziemię.
- Ale...
- Żadnego ale – Haerdalis odwraca się tyłem ukrywając uśmiech pod nosem, a Ania spogląda pytająco na dowódcę elfich wojsk.
- Kończymy śniadanie i za chwilę chcę was widzieć gotowych do drogi – Syn Kalvara odchodzi od obozu w gęstwinę nie konsultując z nikim swojej decyzji.

Nie spodziewałam się tego! Panna Zazdrosna została spacyfikowana i usadzona w blokach przez własnego chłopa. I dobrze suce tak! Jest tylko ciężarem w podróży, a jej wiedza na temat chwastów i tego całego zielarskiego gówna przydaje nam się tyle, co zeszłoroczny śnieg.

- Twoja kolej, Anno – Około trzy godziny później stają w miejscu, gdzie prawie rok wcześniej Ania z Bertem weszli w bramę prowadzącą do Sigil – Otwórz przejście i ruszajmy w nieznane – Kadril przez całą drogę nie odzywał się do nikogo, a Elora, naburmuszona i obrażona z powodu porannej bury odwarkiwała na grzecznościowe pytania Haerdalisa, który finalnie spasował po kilku próbach i podróż przebiegała w ciszy – Gotowa?
Ania nie odpowiadając kiwa głową na znak zgody.

Obym dobrze pamiętała inkantację. Ostatni raz otwierałam bramę dość dawno.
W gabinecie Rakowskiego.
Wspomnienie "jej świata" jest bardzo odległe. Z trudem jest w stanie przypomnieć sobie twarze znajomych i przyjaciół z uczelni, jedynie wizerunek Ewki jest dość wyraźny i klarowny.
No dobra, jedziemy.


- Brawo, a jednak czegoś ten demon cię nauczył – komentuje zgryźliwie Elora obserwując migającą poświatę, za którą błyszczą gwiazdy.
- Ciebie na pewno mógłby nauczyć jednej cennej rzeczy – Ania kończy inkantację i odwraca się do elfki – żebyś zamknęła we właściwym momencie kłapiącą jadaczkę. Kadril – Zwraca się do milczącego elfa – uciszysz ją albo zakleję jej dziób.
- Posłuchaj, ulicznico – Elora wstaje i przyjmuje wojowniczą postawę – nie będziesz mnie bezkarnie obrażała, ty ludzkie popychadło. Gdyby nie nasza królowa i Heardalis mieszkałabyś w najlepszym wypadku w lesie, albo żyła w niewoli u czarnuchów.
- A teraz ty mnie posłuchaj, elfia cipo – Ania wbija mocny wzrok w Elorę przemawiając do niej w myślach, na co tamta otwiera szeroko oczy ze zdziwienia – Jesteś tutaj tylko ze względu na to, że chciał cię zabrać Kadril, gdyby decyzja należała tylko do mnie zostałbyś Suldanesselar. Bądź więc tak miła i przestań pierdolić głupoty jak połamana i czepiać się mnie bez powodu, zazdrosna i zawistna suko! On mnie nie interesuje, nie mam zamiaru odbijać go tobie, jest twój i odpieprz się łaskawie ode mnie, dobrze? – Elora milczy – Rozumiesz kurwa czy nie?!
- Rozumiem – Odpowiada na głos po chwili milczenia zdziwionym głosem.
- Przestańcie się kłócić, Eloro, rozmawialiśmy już na ten temat, prawda? – Zdenerwowany Kadril strofuje kochankę – Mamy do wykonania zadanie, zgodziłaś się pomóc i nie chcę widzieć więcej takich scen.
- Dobrze już, rozumiem, zostaw mnie w spokoju – Elfka odtrąca jego dłoń – Ruszajmy i miejmy to za sobą.

- Pierwszy raz będę podróżował Drogą Astralną – Haerdalis zerka niepewnie w kierunku mieniącego się gwiazdami wejścia tunelu – To na pewno jest bezpieczne?
- Lądowanie może nie jest zbyt przyjemne, ale poza tym nic nam nie grozi – Ania wskazuje na Elorę – Ty pierwsza, później Kadril, Heardalis i ja. Bądźcie gotowi na walkę – Cała trójka odwraca głowy i spogląda czujnie na dziewczynę – no co, ostatnio, kiedy tam byłam toczyła się wojna. Pierwsza osoba, która ocknie się po lądowaniu cuci jak najszybciej pozostałych. Po lądowaniu wyzwala się duża dawka energii, musimy jak najszybciej przemieścić się z dala od tego miejsca, w przeciwnym wypadku będziemy mieli na karku wojsko i resztę przemiłego towarzystwa.

Przynajmniej nie będzie tych pierdolonych, zakapturzonych zwyrodnialców!

- Gotowi? – Trójka w milczeniu kiwa na potwierdzenie głową – No to jedziemy z koksem.

- Śliczne – Elfka z z zachwytem obserwuje mijane konstelacje gwiazd – Nigdy nie widziałam nic tak pięknego! – Mimo antypatii odczuwanej przez Anię do czarnowłosej elfki jej zachwyt wzbudza lekki uśmiech na twarzy dziewczyny.

Pamiętam moją pierwszą podróż z Bertem w ten sposób i wrażenie, jakie sprawiły na mnie oglądane widoki.

- Uwaga, zaraz wylądujemy – Zaczyna odczuwać hamowanie – Pamiętajcie, o czym mówiłam i bądźcie gotowi na walk...


- Anno – Czuje szarpanie za zbroję – Anno, obudź się! Jesteś nam potrzebna, znajdujemy się...
Otwiera oczy i podobnie jak w przypadku pierwszego lądowania w Sigil zamiera w bezruchu.

O kurwa mać! Lewobrzeżna Warszawa po Powstaniu Warszawskim w porównaniu z tym, co widzę jawiła się jak dzielnica dla nowobogackich.

Widok, który jawi się jej przed oczami to wizualizacja apokalipsy połączonej z holokaustem wszelkich myślących form życia. Domy, które stały w całości lub przynajmniej w ruinie podczas poprzedniego lądowania z Bertem zostały zrównane z ziemią. Wszystkie, co do jednego. Zniszczono nawet ceglane fundamenty i zasypano piwnice. Na nielicznych ścieżkach, będących zapewne niegdyś chodnikami leżą gnijące zwłoki lub obszarpane przez dzikie zwierzęta kości niejasnego pochodzenia. Powietrze, gorące i lepkie, niczym w lesie zwrotnikowym jest wypełnione duszącym, gęstym pyłem, a z nieba pada...
Śnieg?
Nie, to popiół! Popiół ze spalonych budynków! Boże, co tu się stało?! – Odwraca wzrok na towarzyszy. Elora jest bladozielona ze strachu i wygląda, jakby miała zamiar zaraz zwymiotować, Haerdalis, zaniepokojony z dłonią na rękojeści miecza rozgląda się dookoła, jedynie Kadril jest nad wyraz spokojny i opanowany, czekając na decyzję dziewczyny – musimy udać się do dzielnicy Ul. Ale kogo zapytać o drogę, skoro tu są same trupy. Kurwa mać!

- Musimy stąd spieprzać, jak najszybciej, nie wiem, kogo licho przyniesie, ale lepiej nie ryzykować – Po raz pierwszy od dawna czuje się bezsilna, nawet w trakcie ucieczki przed drowami przez Lasy Thethyru nie miała wrażenia, że ziemia usuwa się jej spod nóg – Idziemy w prawo – Podejmuje instynktownie decyzję – Gmach Rozrywki znajduje się w dzielnicy o nazwie Ul i z tego, co pamiętam jesteśmy niedaleko.

- Jesteś pewna? – Kadril spogląda na nią badawczo – Może zapytajmy miejscowych.
- Z chęcią bym to zrobiła, ale mamy jeden, dość istotny problem – odwraca głowę w kierunku, w którym zamierzają się udać – Wszyscy miejscowi nie żyją. Znikajmy stąd, nawet jeśli pójdziemy w niewłaściwym kierunku możemy zawrócić.
- Bądźmy ostrożni – Haerdalis dobywa Pustoszyciela – Dziwnie się czuję, jakby ktoś cały czas nas obserwował.
- Tak, ja też mam wrażenie, jakby ktoś czekał na to, żeby zrobić nam krzywdę – Kadril wyciąga z pochwy iskrzącą elektrycznością Furię Niebios – Idziemy w kierunku wskazanym przez Annę, jeśli zabłądzimy wracamy tą samą drogą. Uważajcie, gdzie stawiacie stopy – zniża głos do szeptu – Haer, bądź czujny. Ktoś za nami idzi...
Za ich plecami rozlega się długie, przeraźliwe wycie.
- Wilki! – Elora zaczyna drżeć ze strachu – Uciekajmy!
- Cicho, schowaj się za Haerdalisa – Kadril odwraca się przodem do źródła dźwięku. Około dziesięć metrów od nich stoi dość duży, szary wilk z czerwonymi oczami i pianą cieknącą z pyska – Haer, dasz radę walczyć dwoma brońmi?
- Pustoszycielem i Ostrzem Chaosu? To będzie czysta przyjemność – Elficki gladiator uśmiecha się ponuro.
- Anno, stań nieco za mną i bądź gotowa na rzucanie nożami – Blada dziewczyna kiwa głową – Gotowi?
- Tak – Trójka odpowiada chórem.
Za liderem ściągają kolejne wilki, mniejsze lub większe, które zataczają koło wokół czwórki intruzów stąpając pod pogorzelisku i kościach martwych ludzi.
- Pierwszy jest mój – Haerdalis cicho szepcze do Kadrila – Kolejne twoje, a potem zobaczymy.
Nagle cała wataha zaczyna przeraźliwie wyć, a Elora krzyczeć.

Boże, zginiemy tu, w zębach tych wściekłych potworów! Jest ich zbyt wiele, a my mamy tylko trójkę walczących. Szlag! – Strach w sercu Ani ustępuje miejsca wściekłości – Nie pozwolę na to, jesteśmy zbyt blisko, żeby upaść, tuż przed celem!

Pierwszy wilk wyskakuje z koła tocząc pianę z pyska i warcząc nisko biegnie wprost na Anię. Jak spod ziemi przed dziewczyną wyrasta Haerdalis, który potężnych zamachem Pustoszycielem odcina głowę potwora, co okazuje się sygnałem do rozwścieczenia pozostałych i frontalnego ataku.
- Haer, lewa! – Potężny elf na krzyk dowódcy odwracając się instynktownie wysuwa Ostrze Chaosu i nadziewa na nie skaczącego w jego kierunku kolejnego wilka. Broń przeszywa podbrzusze zwierzęcia wylewając z niego wnętrzności i morze krwi na rękę oraz broń elfa. Ania odwraca się za siebie widząc dwa atakujące wilki i wypuszcza z dłoni po jednym nożu w stronę głów obu potworów.
Jedno z ostrzy wbija się idealnie w oko powodując natychmiastową śmierć, ale drugie ześlizguje się po pysku nie powodując większych szkód.

O kurwa, nie zdążę wyjąć sztyletu! – Dziewczyna w zwolnionym tempie obserwuje zbliżającego się napastnika – Zrobię unik pod nim, a potem ugodzę go w brzuch – Szykuje się do opadnięcia na ziemię, kiedy skaczący na nią wilk znika, zmieciony na bok potężnym uderzeniem tarczy Kadrila.
- Kadriiiiil! - Paniczny wrzask Elory oznacza jedno, niebezpieczeństwo. Dowódca elfów obraca się na pięcie wbijając wcześniej mocno Pawęż Twierdzy w ziemię i skacząc przed siebie dwoma błyskawicznymi cięciami kataną w powietrzu pozbawia kolejnego potwora obojga oczu, a trzecim łamie mu kości czaszki i zabija na miejscu.
- Nie pozwolę wam na więcej! – Haerdalis bierze pełny zamach Pustoszycielem i "zdejmuje" trzech kolejnych przeciwników rozcinając ich w pół.
Niemal połowa watahy, w tym lider została wycięta. Pozostałe wilki wycofują się przegrupowując siły.
- Zostało osiem – oznajmia Kadril cichym głosem – są sprytne i potrafią walczyć jeden na jednego, musimy uważać i nie możemy dopuścić do rozerwania naszego szyku. Anno – Obraca się za siebie spoglądając na bladą twarz dziewczyny – ile masz noży?
- Pięć, Sztylet Ixila i maczetę – Jej usta drżą – ale nie licz na to, że trafię wszystkimi, jestem zbyt zdenerwowana.
- Uwaga! – Ostrzegawczy krzyk Haerdalisa przywołuje ich do porządku – Zbierają się do ataku.
Wilki ruszają ławą, otaczają półkolem broniących się, pierwsze dwa docierają do nich po kilku susach na odległość dwóch kroków.
I giną na miejscu, od celnych rzutów nożami.
- Brawo Anno! – Głośna pochwała z ust Kadrila dodaje dziewczynie otuchy – gińcie, diabelskie pomioty! – Elfi dowódca wysuwa lewą nogę do przodu i szybkim ruchem dłoni zabija dwa kolejne wilki.
Zostały cztery – W serce Ani wlewa się nadzieja na przeżycie – Dwa nacierają Haerdalisa, tylko niech ta pinda nie wychodzi zza tarczy – patrzy z pogardą na kulącą się Elorę – a wszystko będzie dobrze. Dwa są dla Kadrila.
Haerdalis bierze zamach halabardą i... trafia jednego wilka przepoławiając go z ogromną siłą.
Drugi z nich niespodziewanie skręca i skacze na broniącego się przed atakiem Kadrila.
O Boże! – Ania zbyt późno spotrzega niebezpieczeństwo – Kadriiiiil! – Krzyczy do niego w myślach – Lewa rękaaaa!
Elf przecina szyję pierwszego wilka kataną, wbija w czubek głowy drugiego Kościaną Klingę, kiedy słyszy ostrzegawczy krzyk. Odwraca się i w zwolnionym tempie widzi szybującego w jego kierunku wilka, jego ostre, ociekające śliną zęby, czerwone, przekrwione oczy i słyszy niski warkot.

Wilk opada na elfa i wgryza się zaciskając szczęki niczym imadło na szyi i barku Kadrila. Szarpie próbując rozerwać magicznie utwardzoną powierzchnię kolczugi. Elf upada na ziemię, nieprzytomny.

- Nieeeeeee! - Elora nie zważając na niebezpieczeństwo wyskakuje zza tarczy - Nieeeee!!! - Dopada do wilka który puszcza szczęki i otwiera je ponownie.

On chce wgryźć się w jego szyję! – Przerażona Ania zamiera w bezruchu obserwując rozwierające się kły potwora – i nic kurwa nie zrobię, bo nie zdążę zareagować! – Zamyka oczy nie chcąc oglądać śmierci przyjaciela, kiedy słyszy trzask pękającej kości i jęk zwierzęcia. Uchyla powieki.
Ostrze Chaosu, wiedzione ręką Haerdalisa spada na środek czaszki wilka zabijając go na miejscu.

- Kadril, kochanie! – Elora dopada do niego i rozsuwa kolczugę, na szczęście tylko kilka zębów wbiło się w skórę obok zbroi, pozostałe zatrzymała umagiczniona powierzchnia – Szybko, Woda Życia! – macha dłonią na Haerdalisa.
Olbrzym dobywa bukłaka zza pasa i polewa obficie zranione miejsce na ciele dowódcy, które zaczyna parować, jakby było polane wrzątkiem.
- Teraz zioła – Elfka dobywa sakwy zza pasa i przykłada do rany kilka listków przypominających Ani liść laurowy – Athelas pomoże, dasz radę, mój drogi – bierze jego twarz w dłoń i całuje oczy nieprzytomnego – Ten wilk mógł być zarażony chorobą wściekłych zwierząt. Jeśli tak było – Łzy zaczynają cieknąć po jej policzkach - on umrze. I to będzie twoja wina! – wskazuje oskarżycielsko palec na Anię. Dziewczyna zamiera – Przez ciebie jesteśmy w tym zapomnianym przez bogów miejscu, a mój mężczyzna jest ranny. Przeklnę cię, jeśli nie przeżyj...
- Eloro, zamknij się – Haerdalis przerywa jej w pół zdania – Nie zachowuj się jak idiotka, był świadomy niebezpieczeństwa, nie jest dzieckiem, podobnie jak ty – Ostrym głosem gasi chęć rozkręcenia awantury – Panika na nic się nie przyda, podobnie jak oskarżenia. Musimy dotrzeć do cywilizowanego miejsca i położyć go, żeby wypoczął.
- Jeśli wyzdrowieje obudzi się w ciągu godziny. A jeśli pozostanie nieprzytomny... – Po policzku Elory toczy się łza, którą dziewczyna ociera dłonią pozostawiając brudną smugę na skórze – to już się nie obudzi. I umrze. Nie będę mogła nic zrobić, cała moja wiedza, nic nie pomoże!
- Jak to się nie obudzi? Nie ma żadnego sposobu? Nic a nic? – Zdenerwowanie Ani przeradza się w panikę – Musi być jakakolwiek szansa!
- Nie ma, żadnego! – Elora milknie, a jej ciałem wstrząsa szloch.
- Powinniśmy stąd zniknąć – Haerdalis z niepokojem rozkłada się wokół – Jeśli wilków jest więcej...
- Racja – Ania powoli opanowuje strach. Pole potyczki wyściełane jest trupami wilków, część to makabryczne dzieło halabardy Haerdalisa, przecięte w pół, z wnętrznościami na wierzchu, obcięte łby, leżące kilka metrów obok trucheł – Zjeżdżajmy stąd, dasz radę go unieść?
- Dam, nosiłem już większe ciężary – Olbrzym chwyta dowódcę pod pachy i przerzuca sobie na ramię – Prowadź.

Boże, spraw, żeby przed nami był Ul. Jeśli się zgubimy...
Nie, wolę o tym nie myśleć. Sam Haerdalis nas nie obroni.


- Gotowi? Idziemy – Rusza w kierunku domniemanego celu podróży – Zaraz! – Reflektuje się zatrzymując w pół kroku – Przecież Gmach Rozrywki znajduje się w Dzielnicy Urzędników, a nie w Ul! Hmm - zastanawia się przez chwilę - musimy doprowadzić Kadrila do przytomności, a dopiero po tym zrobię rekonesans w w okolicach burdelu Nie-Sławy.
- Coś się stało? – Heardalis kroczy tuż za Anią ostrożnie niosąc swojego dowódcę.
- Nie, wszystko jest w porządku, może nawet lepiej, niż sobie to wyobrażamy – Uśmiech dziewczyny staje się coraz szerszy – znam pewne miejsce, gdzie będziemy mogli przeczekać noc.

- Jak on się czuje? – Elora reaguje grymasem na pytanie Ani.
- Tak jak widać, jest nieprzytomny – Elfka ma opuchnięte od płaczu oczy – Niedługo minie godzina, jeśli będzie oddychał to przeżyje. Zostaw mnie samą, proszę.

Uff, to jednak Ul. I w dodatku jest tak samo spokojnie, jak poprzednio, kiedy byłam tu z Bertem. Dostanie się tutaj wymagało nieco ekwilibrystyki, bo musieliśmy przejść przez mur, dodatkowo przerzucając nad nim rannego i nieprzytomnego Kadrila, ale udało się.
Aura i atmosfera jest tam zupełnie inna, niż na Placu Szmaciarzy, tak, jakbyśmy trafili z piekła na ziemię.
Teraz szybko do tej knajpy, gdzie spałam z Bertem, ożywimy Kadrila, a potem.
Potem po niego. Po mojego ukochanego.
Zrobię wszystko, żeby go uratować.
Wszystko.
A Kadril ma się dobrze, nieprzytomny, ale żyje, więc to chyba nie jest choroba wściekłych zwierząt.


- Dobry wieczór – Ten barman jest prześmieszny – Chciałabym wynająć pokój dla czterech osób.
- Dobły wiecór, panjenko – Bezzębny łysol uśmiecha się prezentując braki w stomatologicznym leczeniu od dziecka – momy swjetny pokój, ale dla dwóch łosób.
- A może ma pan dwa dwuosobowe pokoje? – Ania obraca się zerkając na towarzyszy – Mój przyjaciel jest ranny i potrzebuję szybko odpoczynku i łóżka.
- Łojej, panjenko, to moze po doktóra poślem nicponja?
- Nie trzeba, nasza przyjaciółka jest lekarzem. Ile płacę za dwa pokoje?
- Ctery stuki złoooota – Przeciąga – Bałdzo dżenkujem. Nicpoń zara psynjesie łobjat. Smacnego – Zgarnia monety z blatu i wskazuje dłonią na schody.

- Dobra – Pół godziny później Ania wchodzi do pokoju Kadrila i Elory. Nieprzytomny elf leży na łóżku, targany gorączką – Przeżył godzinę, więc będzie z nim dobrze, prawda Eloro?
- Tak, bogom dziękuję. Wilk był chory, ale to nie była na szczęście choroba wściekłych zwierząt i Kadril powinien niedługo się obudzić. Anno – Elfka pierwszy raz zwraca się do niej po imieniu – chciałam przeprosić cię za swoje zachowanie, teraz rozumiem, że on jest tylko twoim przyjacielem. Słyszałam o tobie w wcześniej i kiedy pojawiłaś się poczułam strach. Obawiałam się, że stracę go, że będzie chciał mnie zostawić dla ciebie – Głaszcze go czule po twarzy – teraz już wiem, że moje rozumowanie było błędne, że kochasz innego, którego mamy uratować – Wstaje i wyciąga dłoń – Przyjmij moje przeprosiny i... – waha się chwilę – zacznijmy wszystko od początku. Jestem Elora.

Ojej, panna obrażalska i sfochowana poszła po rozum do głowy? Szok i niedowierzanie.

- Anna Marczak, miło mi, Eloro – Ania uśmiecha się pod nosem – Myślę, że powinnaś zająć się swoim przyszłym mężem, a ja pójdę odpocząć. Przyjdę jutro rano, dobrej nocy.

Z drugiej strony nie dziwię się, że była zazdrosna. Może okazywała to w sposób, który niekoniecznie mi odpowiadał, a wręcz mnie wkurwiał, ale w końcu rozumiem po części jej motywy.
Liczę, że w końcu uspokoiła się i przestanie traktować mnie jako rywalkę.
Idę spać, Haerdalis już chrapie, jutro czeka nas najważniejszy dzień...



- Rusz dupę, niewolniku. Mało było ci wczorajszego wpierdolu? Prosisz się o kolejny. Lubisz zbierać cięgi? A potem ona jeszcze karze cię za to, że jesteś jej nieposłuszny albo wyglądasz nie tak, jakby tego oczekiwała. Jesteś masochistą albo skończonym idiotą – Drwiący głos szydzi bez litości – no, zapierdalaj z tym truposzem. Raz, dwa, trzy, bo jak wrócę i nie będzie zszyty to zawołam Gluka. A on cytuję "bardzo nie lubić demoniczny człowiek, bo demoniczny człowiek mieć złe oczy. Gluk zmiażdżyć twoja pysk". Chcesz mieć towarzystwo śmierdzącego, zielonego osiłka? To rusz dupę i bierz się za robotę! – Głos odchodzi na bok.

Przestałem liczyć dni, miesiące, które zlały się w jedną szarą masę. Od rana do wieczora niewolnicza praca w kostnicy, zszywanie trupów po sekcji zwłok, a w nocy usługiwanie tej suce.
Opierać się? Po co. Podnoszę karę za zdrady, których dopuściłem się wcześniej, a nagrodą dla mnie jest świadomość, że uratowałem ją od siebie i swojej przeklętej egzystencji, pozwoliłem wrócić do swojego świata. Mam nadzieję, że dziecko, które urodziła jest zdrowe, a ona szczęśliwa. Mam nadzieję, że znalazła sobie mężczyznę, którego pokocha. Bo miłość do mnie jest z góry skazana na przegraną.


- No, koniec na dzisiaj, lenie pierdolone! – Nadzorca niewolników, wysoki, czarnowłosy człowiek z blizną, biegnącą przez pół twarzy, od lewego oka do brody zarządza powrót. Kilkunastu niewolników karnie ustawia się gęsiego i wyciąga ręce do skucia ich łańcuchami. Eskorta, składająca się z trzech nadzorców i trzech żołnierzy otwiera bramę prosektorium i wypuszcza skazańców na zewnątrz.
- Ruszcie dupy, leniwe skurwysyny, bo mam ochotę na kolację, a jak jestem głodny, to staję się zły – Jeden z żołnierzy podnosi głos – Czego się kurwa gapisz, siło nieczysta? Mało ci było wczoraj? – Na plecy więźnia spada uderzenie bata, a po nim dwa kolejne – Zastanowisz się dwa razy zanim będziesz się krzywo patrzył.

Nie czuję już nawet razów, biorę to na siebie niczym codzienny rytuał. Ot, dostać za swoje, zadowolić sukę, a potem zapaść w czarną studnię bez dnia. W sen.
Ona śni mi się czasem. Niezbyt często, ale jeśli pojawi się we śnie to widzę jej twarz bardzo wyraźnie. Uśmiecha się do mnie i mówi coś, czego nie rozumiem, ale słowa muszą sprawiać jej przyjemność, gdyż wygląda na szczęśliwą. Przypuszczam, że opowiada o swoim dziecku, a może o mężczyźnie, z którym się związała.
To dobrze, że jest szczęśliwa, należy jej się to.


Kolumna więźniów przesuwa się powoli po błotnistej ulicy w kierunku Dzielnicy Urzędników, z nieba pada lekka mżawka, a zapadający zmrok utrudnia rozpoznanie twarzy.

- Ber Zerik, pani chce cię widzieć natychmiast po powrocie – Nadzorca najemników zbliża się do Berta – znowu coś nabroiłeś, idioto. Kiedyś było mi ciebie szkoda, ale teraz... cóż, najwyraźniej jesteś słabą jednostką, która trzeba wyeliminować w naturalny sposób.

Cóż za humanitarne podejście. Pozwolić mi zdechnąć, jak psu.

- Panie – słyszy damski głos, zwracający się do nadzorcy – Poszukuję dojścia do dzielnicy Ul, czy mógłbyś mi pomóc – zamiera. Jego wnętrze zaczyna drgać, niczym struny harfy, wzbudzone palcami grającego.

Ten głos, znam go! To niemożliwe...

- Cicho Bert! – Kobieta rozmawiająca ze strażnikiem przemawia w jego głowie – Przygotuj się, kochanie. Czeka nas walka na śmierć i życie.
- Ania? – Demon zamiera w bezruchu, a idący nieopodal strażnik zaniepokojony obraca głowę w jego kierunku.
- Tak, to ja. Zacznij iść, muszę odwrócić ich uwagę, żeby ktoś, kto jest ze mną przeciął twoje kajdany – Dziewczyna jest zniecierpliwiona – bądź czujny, mój drogi. Przyszłam po ciebie i tym razem nie pozwolę ci odejść – Ich spojrzenia spotykają się, a Bert czuje zapomniany już przypływ energii i uczucia, które zakopał głęboko w sobie, bez jakiejkolwiek nadziei na to, że kiedykolwiek będzie mu dane przeżyć to, co zaczyna w tej chwili rozkwitać w jego wnętrzu.
- Co jest demon, co tam zobaczyłeś? – Strażnik zbliża się do Berta.
- O kurwa – Zdenerwowany głos Ani rozlega się w jego myślach – przygotuj się. Haer! – Głośny krzyk dziewczyny powoduje wzbicie się gołębi z okolicznych dachów w powietrze, a sekundę później z szyi strażnika, rozmawiającego z nią tryska strumień krwi. Zza dziewczyny wyskakuje potężnie zbudowany, krótkowłosy elf, który jednym cięciem trzymanego w lewej dłoni miecza niszczy kajdany krępujące Berta.
- Moje plecy, szybko – Odwraca się tyłem do demona, który niewiele myśląc zdejmuje miecz i ogromną tarczę, zamocowaną prowizorycznie do zbroi elfa i odwracając się wykonuje cięcie bronią przez szyję strażnika.
- Alaaarm!!! – Głos jednego z pozostałych przy życiu nadzorców ginie w ogólnym rejwachu, wszczętym przez pozostałych więźniów – Zostaliśmy zaatak... – Głowa krzyczącego opada z jego ramion na ziemię po szybkim cięciu Pustoszycielem w wykonaniu Haerdalisa.
- Bert, przetnij więzy pozostałym więźniom, Haer, my zajmiemy się strażnikami – Ania wydaje kolejne polecenia, sekundę później kolejna głowa spada na ziemię niczym obcięty knot świeczki.
Demon uwalnia więźniów, którzy rozszarpują na strzępy pozostałych przy życiu strażników.
- Uciekajmy w kierunku Dzielnicy Urzędników – Ania zaczyna biec – Za chwilę będzie tu wojsko, musimy zniknąć.

Anno, bardzo dojrzałaś i dorosłaś – Biegnący za dziewczyną i elfem Bert jest dla niej pełen podziwu – kiedy cię poznałem byłaś rozkapryszonym dzieckiem, a teraz czułbym obawę przed zadarciem z tobą.
Uciekinierzy po kilku minutach wbiegają do Dzielnicy Urzędników.

- Chodź do mnie – Ania odwraca się do niego z błyszczącymi oczami i niepewnym uśmiechem – Chodź, mój drogi. Jak ja za tobą tęskniłam – Staje na palcach i całuje go delikatnie w usta – Nawet nie wiesz, jak bardzo – Bert uśmiecha się patrząc w jej błyszczące, zachodzące łzami brązowe oczy – ale jesteś i nie pozwolę ci już odejść. Nigdy, rozumiesz? – Wbija palec wskazujący lewej ręki w jego tors – Nie próbuj mnie oszukać, bo i tak cię znajdę!
- Tak to nie podlega wątpliwości, moje dziecko – Demon nachyla się i całuje ją mocno, głęboko, tak, jakby czekał te długie miesiące tylko na jeden pocałunek, oddający wszystko, co żywi wobec tej ludzkiej kobiety – Będę z tobą, już zawsze.
- Ekhm – Za jego plecami rozlega się Haerdalisa – Gołąbeczki moje kochane, pogruchacie sobie później, bo na razie musimy znaleźć Elorę oraz Kadrila i zniknąć z tego smutnego miejsca – Ania odrywa się od Berta czerwieniąc lekko – A tak w ogóle to jestem Haerdalis – Wyciąga dłoń do demona, który odwzajemnia mocny uścisk.
- Kadril jest z tobą? – Bert rusza za elfem obok Ani.
- Tak, jest nas łącznie czwórka – Dłoń dziewczyny spotyka się z jego ręką, a uśmiech gości na jej twarzy – Opowiem ci wszystko później.
- Anno, a czy wiesz, gdzie jest brama powrotna do domu?
- Oczywiście, że tak – Zadowolona cieszy się, jak dziecko – Podsłuchałam dzisiaj rano myśli tej demonicznej kurwy, która cię zniewoliła – Bert zaczyna śmiać się na widok pogardy dla Nie-Sławy widocznej w zachowaniu dziewczyny – Brama jest w głównym holu, tuż obok stanowiska strażników, wpadniemy tam jak huragan, zmieciemy wszystko z powierzchni ziemi i uciekniemy. Razem, mój drogi – Szczęśliwa ściska mocno jego dłoń – Chodź, Kadril z Elorą czekają niedaleko.

Czy to sen?
Jeszcze godzinę temu moja egzystencja rysowała się jako ścieżka pełna beznadziei i nadchodzącego szaleństwa, które niechybnie dopadłoby mnie, gdybym jeszcze jakiś czas znajdował się pod pieczą Nie-Sławy.
Teraz wszystko, co muszę zrobić to wytłuc jak psy tych, którzy traktowali mnie jak najgorszego kundla przez rok. Otworzę bramę.
Ucieknę z nią.
I może w końcu zaznam pokoju.


- Bert – Ranny i blady Kadril z trudem obejmuje olbrzyma – Dobrze cię widzieć, przyjacielu.
- Młodzieńcze, nie poznaję cię, podobnie jak Anny. Wyrośliście oboje z dzieci, kiedy widziałem was ostatnio w dorosłe, dojrzałe osobniki. Jestem z was obojga dumny – uśmiecha się szeroko – a Kalvar byłby dumny z ciebie, synu – Na twarzy młodego elfa pojawia się zadowolenie i lekkie zmieszanie wywołane pochwałą – Jaki macie plan?
- Plan? – Chytry uśmieszek gości na twarzy elfiego dowódcy – Jest prosty i wbrew pozorom bardzo łatwy w realizacji. Brama jest zamknięta przez Nie-Sławę, więc, żeby ją otworzyć...


- Dobry wieczór – Wysoki, znudzony życiem strażnik, siedzący w budce w centralnym holu, w zasadzie pustego, nie licząc kilku obszczymurów, oczekujących na dziwki bez większego zainteresowania spogląda na bladego, jasnowłosego elfa – Chciałbym zamówić kobietę.
- To do kasy pan podejdzie, tutaj nie udzielam informacji – Strażnik odwraca się bokiem, kończąc rozmowę.
- Dziękuję – Kadril uśmiecha się uprzejmie – Jeszcze jedno pytanie, czy...
- Słuchaj, koleś – Strażnik wstaje, przewyższając go o głowę – Nie jestem informacją turystyczną, do kasy albo spierdalaj, karyplu.
- Szanowny panie, ależ po co te nerwy, chciałem tylko zapytać, czy demoniczna kurwa jest w biurze.
Stojący w budce wybałusza oczy nie rozumiejąc pytania.
- Kt... – Jego wypowiedź zostaje przerwana ostrzem Kościanej Klingi, wbitej przez Kadrila w szyję.
- Giń!!! – Dziki wrzask Haerdalisa i Ani wybrzmiewa w wysokim pomieszczeniu, zaskoczona dwójka ochroniarzy nie nadąża z wyciągnięciem mieczy z pochew, kiedy Pustoszyciel potężnego elfa i Furia Niebios, dzierżona przez Berta pozbawiają ich żywota, niczym dziecko zdmuchujące świeczki na urodzinowym torcie.
- Dwóch na schodach – Bert wskazuje palcem na zbliżających się przeciwników, zwierając się z jednym w pojedynku, a drugiego odrzucając trzymanym w lewej dłoni pawężem. Leżący na ziemi przeciwnik zostaje momentalnie przebity Ostrzem Chaosu i ginie na miejscu.
- Co tu się na Belzebuba dzieje?! – Wysoki, pełen wściekłości głos rozlega się w holu – Niewolniku, zdajesz sobie sprawę, że czeka cię za to bolesna śmierć?
- To raczej ty zdechniesz, suko! – Ania wysuwa się przed Berta patrząc nienawistnie na Nie-Sławę, stojącą u szczytu schodów z szyderczym uśmiechem na twarzy – Zetrę z twojej gęby ten uśmiech, a potem wbiję ci sztylet w serce, szmato!
- Hoho, dziewczynka wróciła po chłoptasia, brawo, nie spodziewałam się tego – Sukkub kręci głową w podziwie –Twoja odwaga i brawurowy atak na nic się nie zda z prostej przyczyny – Nie-Sława schodzi powoli w dół w kierunku stojącego z zakrwawionymi mieczem w dłoniach Berta – za chwilę na zewnątrz znajdzie się kilkudziesięciu żołnierzy, z których może połowę zabijecie, ale wszystkim nie dacie rady. A poza tym – zaczyna się głośno śmiać – nie otworzycie bramy, żeby stąd uciec. Tylko ja mogę to zrobić, a nie liczcie na to, że wam pomogę, robaki! – Podnosi głos – Brać ich!

Na Berta i Haerdalisa rzuca się chmara przybocznych Sukkuba, a do zamkniętych i zaryglowanych przez Kadrila drzwi wejściowych zaczynają się dobijać wspomniani przez nią żołnierze. Szczęk zwierających się broni skutecznie tłumi odgłosy próby rozbicia dębowych wrót taranem przez atakujących z zewnątrz.

Skoro to ona blokuje możliwość otwarcia bramy to – Ania wyłącza się całkowicie z walki stojąc na środku pomieszczenia i wpatrując się bezmyślnie w ścianę – to po prostu ją zabiję!

Świat zwalnia i niemal zatrzymuje się. Dziewczyna widzi cel, odległą o kilkanaście metrów od niej białowłosą kobietę, będącą w rzeczywistości złowrogim, lubieżnym demonem. Nie słyszy okrzyków rannych, głuchych uderzeń we wrota, dźwięku pękającego drewna czy wściekłego ryku Haerdalisa, zbierającego żniwo Pustoszycielem.

To dla ciebie, kochanie. Uwolnię nas od tej zdradzieckiej suki, od twojej przeszłości, od brzemienia, które w sobie nosisz i od piętna twoich czynów. Odkupiłeś je w wystarczającym stopniu. Pora zacząć żyć, ze mną.
Zrobię to tak, jak mnie uczyłeś.

Koncentracja.
Prawidłowy chwyt.
Skup uwagę na celu.
Rozluźnij ciało.
I rzucaj!


Ania dobywa błyskawicznym, niemal niewidocznym dla oka ruchem noża, wpiętego w zbroję. Tylko Kadril, obserwujący ją od dłuższego czasu z Kościaną Klingą w dłoni, osłaniający kulącą się ze strachu za nim Elorę zauważa błysk ostrza, opuszczającego dłoń dziewczyny. Ostry jak brzytwa kozik szybuje niezauważalnie i niesłyszalnie dla walczących w kierunku schodów, chwila oczekiwania wydaje się być dla obojga świadomych rzutu wiecznością.
I wbija się w środek szyi Nie-Sławy, tuż powyżej tchawicy.

Sukkub niemal natychmiast pada na ziemię w drgawkach, żołnierze, broniący jej zaczynają wściekle wyć i rzucają się ze zdwojoną siłą na coraz bardziej zmęczonych Berta i Haerdalisa.

- Anno, otwórz bramę, nie wytrzymamy zbyt długo – Czoło demona pokryte jest potem, a na ręce wystąpiły żyły od wysiłku.

W tym akurat mam wprawę, ostatnio przypomniałam sobie inkantację.

- Szybciej, drzwi zaraz puszczą! – Ostrzegawczy krzyk Kadrila wpada w jedno ucho, wypadając niemal natychmiast drugim. Skoncentrowana na inkantacji nie dostrzega, że Bert i Haerdalis pokonali wszystkich przeciwników na schodach, a Nie-Sława zakończyła swój żywot w agonalnych drgawkach. Drewno pęka, a na jego resztkach wkracza do holu ogromny ogr.

- Gluk zmiażdżyć wasza jaja, a potem zrobić piłki z głowa!!! – ryczy głośno wykonując zamach ponad metrową maczugą w kierunku Berta. Ten sprytnie unika śmiertelnego ciosu przetaczając się po podłodze i wykonując cięcie po ścięgnach ogra.
Celne.
Monstrum zaczyna wściekle wyć z bólu i wykonuje kolejny zamach, w nadbierającego Haerdalisa.

- Przesuń się do przodu, tępy, zielony troglodyto! – Dowódca atakujących żołnierzy próbuje wpłynąć na Gluka, który w furii po ataku Berta blokuje wejście żołnierzom do holu, ale ryczący z bólu i upokorzenia ogr ("nikt wcześniej nigdy nie zranić Gluk!") wykonuje kolejny, niecelny zamach, przez co naraża się na odkrycie przed atakiem Haerdalisa Pustoszycielem.
Zamach elfa odcina mu rękę w łokciu, maczuga upada na ziemię, a atakujący elfi gladiator wykonuje kolejne uderzenie i odrąbuje ogrowi głowę.

- Brama otwarta! – Krzyk Elory przywołuje zafascynowanych widokiem, efektownej, nagłej śmierci mężczyzn do rzeczywistości – Szybko, chodźcie – Bierze Kadrila za dłoń i zaczyna biec w kierunku migoczącego kształtu, po czym znika w nim, a po chwili jej śladem podąża Kadril.
- Bert, Haer, szybko – Trup ogra zaczyna przewracać się do tyłu, na próbujących go przepchnąć żołnierzy – Chodźcie, zanim tu wejdą – Na buzi Ani pojawia się radosny uśmiech, który zostaje odwzajemniony przez Berta.
Trójka uciekinierów wskakuje do Tunelu Astralnego i po chwili brama się zamyka. Na zawsze, przynajmniej dla nich.

Epilog

Czy istnieje coś, co możemy nazwać sloganem "i żyli długo i szczęśliwie"?

Nie wiem, gdyby półtora roku temu ktokolwiek powiedział mi o miejscu, w którym się znajdę, kim będę, kto stanie się miłością mojego życia i o dziecku, które będę z nim wspólnie wychowywała uznałabym tę osobę za niespełna rozumu.

Zamierzam z nim być, obojętne, co się stanie.
Przeszłość będzie go znowu ścigać? Stanę do walki.
Twierdzi, że jego miłość jest przeklęta? Zdejmę klątwę.
Ma dziecko z królową? Trudno, przeżyję.
Zniosłam dla niego tyle po drodze, jest tego wart.

On też mnie kocha, czuję to bardzo mocno. Może nie jest zbyt wylewny w uczuciach i czasem zastanawiam się, co kryje się w jego głowie, ale kocha mnie, tego jestem pewna. Spokojnie, nie zamierzam grzebać w myślach męża, to byłoby jak czytanie sekretnych pamiętników. Niby nie mamy przed sobą żadnych tajemnic, ale każdy z nas ma prawo do choć odrobiny prywatności. Nawet przed współmałżonkiem.

Mam świadomość, że jego demoniczna natura będzie czasem od niego silniejsza i w dalszym ciągu od czasu do czasu będzie musiał "polować" we śnie, ale skoro do tej pory był w stanie z tym walczyć, to może kiedyś uda mu się całkowicie wygrać?

Zamieszkałam z nim w Suldanesselar. Chcę być blisko przyjaciół, to mój dom.
Został moim mężem. Tak, demon Ber Zerik mężem kobiety-Pierwszaka. W dodatku kobiety z własnym dzieckiem, będącym bękartem. Jakby to określił mój kochany małżonek „mezalians godny małżeństwa króla z chłopką”.
Pieprzony przyjemniaczek, to ja mam być chłopką w tym związku? Niedoczekanie!

Najważniejsze jest dla mnie to, że kiedy widzę jego uśmiech, słyszę głos i czuję dotyk wiem, że wszystko co wycierpiałam, co przeszłam i co porzuciłam było warte, żeby go uratować. I być z nim.

Póki śmierć nas nie rozłączy.



DEFINITYWNY KONIEC.


Suldanesselar i pozostałe lokalizacje z Zapomnianych Krain oraz imiona bohaterów: Ellesime, Abdela i jego drużyny, Korgana i jego wesołej gromadki, Hendaka, Boga Mordu Bhaala, Joluva, Alaundo oraz Haerdalisa zaczerpnąłem z prześwietnej gry CRPG „Baldur's Gate 2: Cienie Amn” oraz dodatku do tejże gry o tytule „Tron Bhaala”.

Drizzt Do Urden to bohater serii, stworzonej przez giganta powieści fantasy R.A. Salvatore.

Miasto Sigil (oraz lokalizacje w nim się znajdujące), Labirynt Modronów (pod nieco inną nazwą) oraz Nie-Sława pochodzą z równie rewelacyjnej gry CRPG „Planescape Torment”.

Pozostałe postaci oraz cała fabuła z wyłączeniem motywu z Bogiem Mordu są wytworem mojej wyobraźni.
Dodaj do ulubionych
9,362
Podziel się ze znajomymi
8.73/10

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.73/10 (26 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (7)

deal

deal · 15 czerwca 2017+1

Nnno dobra, wszyscy jacyś tacy nieśmiali, boją się komentować, to ja, jako Dyrektor Naczelny fanklubu XXX_Lorda się odważę. Będzie długo, bo ponoć tak lubisz (nieznających tematu odsyłam do poczytania komentarzy autora).
Otóż... eee... także tego... od czego by tu zacząć?
No, że fajnie to wiadomo zanim zacznie się czytać, w końcu "Sigil" swoją markę już ma i każdy to wie. Trochę zaniepokoiły mnie sceny tortur jednego z Zakapturzonych Kutafonów, strasznie to brutalne, drogi Lordzie. Brr. Nie polecam przy jedzeniu. I przed snem. I w ogóle tego nie polecam ; )
Czytało się zacnie, płynnie, z niecierpliwością przeskakując do kolejnego zdania, bez poczucia "oessu, ile to się jeszcze będzie ciągnąć?". To było trochę jak jedzenie ciastka, kiedy przełknąwszy jeden kęs, koniecznie chce się następny.
Naturalnie, niezmiennie, constans, dostajesz ode mnie karny przecinek, pryszsz " , ".
Scen seksu było jak na lekarstwo, czego nie uważam za ujmę, a wręcz przeciwnie. "Dymanie na sianie, dymanie przy ścianie", jak wspomniała już jedna z bywalczyń pokątnych, jest fajne, ale odważę się stwierdzić, że w tym tekście nie chodziło o rzeczone "dymanie", a o zaspokojenie ciekawości czytelników, którzy mieli niedosyt (i słusznie) po czwartej części "Sigil".
Zakończenie wprawiło mnie w miły nastrój, taki, kiedy to mówi się "jestem kontent" i ze spokojem ducha mogłam udać się na kanapę. A przy okazji, serdeczne gratulacje, udało Ci się nikogo nie zabić. Brawo Ty ; )

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
XXX_Lord

XXX_Lord · 16 czerwca 2017+0

Pani Dyrektor Naczelna
Karny przecinek jest gwoździem w moim dupsku, do końca życia nie nauczę się tej pieprzonej interpunkcji, a jak już będę zarabiał mnóstwo piniendzy na swoich wypocinach to zatrudnię sobie korektora - podejmujesz czelendż? wink
Dymania w Sigilu, poza pierwszą częścią jest jak na lekarstwo, bo to nie jest opowiadanie erotyczne. Taki był mój cel od samego początku. Raduje mnie niezmiernie, że zakończenie spowodowało u Ciebie stan zadowolenia, u mnie również wink

P.S. A właśnie, że zamordowałem, nawet kilka osób, nie mogłem się powstrzymać, sorry tongue

Dzięki za celny i wyczerpujący komentarz smile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Saaarna

Saaarna · 19 czerwca 2017+0

Długo, no może nie aż tak, ale jednak długo, zbierałam się, żeby dokończyć ostatnią część Sigil. Moja ocena jest w sumie dwutorowa.

Z jednej strony zachowałeś perfekcyjne rozplanowanie akcji, cała otoczka, bohaterowie, ich kreacje współgrają z wcześniejszymi częściami. Nie ma żadnych luk w całej historii, może brakowało mi trochę akcji oczami Berta już we wcześniejszych fragmentach. Językowo i gramatycznie też w sumie nie mam nic do zarzucenia, oprócz kilku, pewnie przypadkowych, literówek lub zjedzonych końcówek wyrazów, no i braku interpunkcji w pewnych momentach. Jednym słowem, czysta 10. Ale... no właśnie, mam tu duże ALE.

Druga część oceny wiążę się raczej z moim nastawieniem i odczuciami, a także trochę z tym, że tekst mnie po prostu nie wciągnął. Najbardziej wczytałam się w środkową część opowiadania, tę gdzie Ania opowiada swoją przygodę. Ja, w przeciwieństwie do deal, miałam i na początku, i na końcu w głowie "boże, idźmy dalej". Szczerze, nie wiem czym to było spowodowane. Czy to moje nastawienie i akurat "zły dzień", czy może tak zaplanowana akcja mnie nie wciągnęła. To chyba zostanie zagadką dla mnie, ale, ku mojemu zdziwieniu, nie odczułam takiego pochłonięcia czytaniem, jak w innych Twoich opowiadaniach.

Jeżeli chodzi o koniec, dobrze, że nie było jakiegoś bardzo słodkiego zakończenia i cudownego seksu na koniec. Było dokładnie tak, jak powinno być w tak prowadzonym opowiadaniu. Skupiłeś się na zupełnie innych rzeczach niż 99% autorów tutaj i to Ci dobrze wychodzi.

Podsumowując. Przemyślane, dobrze poprowadzone i stworzone opowiadanie, w którym każda postać jest bardzo precyzyjnie przedstawiona, zarówno pod względem zachowania, jak i języka oraz historii (nie ma niedociągnięć). Czysty Lord smile Jednak opowiadanie nie jest tak porywające jak inne, które zamieszczasz, łącznie z poprzednimi częściami Sigil. Dlatego ocena trochę mniejsza, czegoś mi zabrakło do efektu "wow, wróciłeś".

Czekam na następne opowiadania.

Pozdrawiam,

P.S. Masz ode mnie plusa, za przemyślenia dotyczące depresji. Dziękuję.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
XXX_Lord

XXX_Lord · 20 czerwca 2017+0

@Saaarna
Dopiero za jakiś czas będę w stanie w miarę obiektywnie odnieść się do Twojego komentarza, upłynęło go zbyt mało, od kiedy ukończyłem opowiadanie, abym mógł spojrzeć na nie chłodnym okiem.
Historia jest długa (zbyt długa?), akcja często zwalnia (zbyt często?). Może faktycznie zbyt dużo umieściłem introspektywnych dodatków i ozdobników, przez co flow historii jest nieco przyhamowany? Seks z wylaczeniem pierwszej części nie był w tej historii kluczowym elementem, a jedynie uzupełnieniem i dodatkiem.
Nie wiem, czytając nie odnosiłem wrażenia, żeby akcja "ciągnęła się", ale temat jest zbyt świeży - muszą upłynąć przynajmniej dwa miesiące.
Cieszy mnie, że konstrukcja jest w Twojej opinii dobra i nie zawiera luk. Dziury w logice i scenariuszu to coś, co odrzuca mnie w trakcie czytania.

P.S. Zakończenie miało być inne, również bez seksu, ale i bez happy endu. Słodko-gorzkie. Zmieniłem jednak zdanie i pozwoliłem nacieszyć się sobą głównym bohaterom wink

Dzięki za przeczytanie oraz za długi, wnikliwy i celny komentarz. O to prosiłem we wstępie i to otrzymałem.

Pozdrawiam
Lord

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Onaa

Onaa · 22 czerwca 2017+0

Ja czuję straszny niedosyt po tej części. Zabrakło mi rozwinięcia wątku dziecka Królowej i reakcji Zerika na nie.
Poza tym bardzo płynne i lekkie opowiadanie, przeczytałam wszystkie części przy porannej kawie (która swoją drogą zrobiła się przedpołudniowa). Widać ogrom pracy aktora, który się nie zagubił we wszystkich światach i wymiarach. Podziwiam.
Dawno nie było tu tak dobrej serii opowiadań.


Ps. Nie umiem pisać komentarzy, za co przepraszam, ale nie umiałam go nie napisać i obejść się obojętnie.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
XXX_Lord

XXX_Lord · 23 czerwca 2017+0

@Onaa
Mógłbym rozwinąć jeszcze kilka wątków (wspomniana przez Ciebie reakcja Berta na dziecko, wcześniejsze wprowadzenie Berta do akcji), ale po pierwsze chciałem uniknąć dwuczęściowego tasiemca (dodanie ich zmusiłoby mnie do podzielenia historii na pół), a poza tym jeszcze bardziej spowolniłoby akcję.
Powstałaby książka, a tego chciałem uniknąć.

Dziękuję za przeczytanie i pozytywny komentarz.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Onaa

Onaa · 1 lipca 2017+0

@XXX_Lord ja tam książkę bardzo chętnie kupię wink najchętniej w twardej oprawie :p

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

lub

Inne popularne opowiadania XXX_Lord: