Na ramionach olbrzymów

Antek Be Antek Be

18 lipca 2018

hourglass 2 godz 11 min

Miłość, nienawiść, rozpacz i litość. Wściekłość i wstręt. Czymże są te uczucia wobec kopulacji planet? Czymże jest wojna, choroba, okrucieństwo i terror, kiedy noc ukazuje ekstazę miriadów płonących słońc?

Henry Miller, Zwrotnik raka

I.

Przebudziłem się tuż przed świtem, strząsając z siebie łaskoczące, niewidzialne mrówki. Jakaś kuriozalna wizja senna przyprawiła mnie o ekstatyczny łomot serca i już nie pozwoliła zasnąć.
Wyszedłem ostrożnie z łóżka, a po chwili zastygłem w progu sypialni.
Moja kochanka, Emilia, leżała w nienaturalnej pozycji, z rękami i nogami porozrzucanymi we wszystkie strony. Gdyby jej piersi nie podnosiły się pod naporem powietrza, przypominałaby skoczka, którego zawiódł spadochron. Oddychała miarowo, w błogim spokoju, nie mąconym przez żadne niedobre myśli. Po raz kolejny wkurzyło mnie jej pokazowe szczęście, manifestowane nawet przez sen.
Przeszedłem przez wielki, wręcz niepraktycznie wielki salon, by stanąć przed drzwiami balkonowymi. Uchyliłem je nieznacznie, wpuszczając do środka mroźne, grudniowe powietrze. Zapaliłem papierosa, choć wcześniej obiecałem Emilii, że nie będę tego robić.
- A pieprzyć to – pomyślałem na głos, po raz kolejny godząc się z rozstaniem, które miało niebawem nastąpić.

Emilia pracowała dla Czerwonego Krzyża. W ramach zawodowej powinności, zrzucano ją głównie na wrzące części świata, upadające lub świeżo uformowane organizacje społeczne. Tereny pogrążone w wojnach, suszy i głodzie. Od jakichś dziesięciu lat sukcesywnie objeżdżała cały smutny glob, po części rezygnując z prywatnego życia.
Dopóki jej nie poznałem, żyłem w mylnym przekonaniu, że uczestnicy szwajcarskich misji humanitarnych to przeważnie szlachetni wolontariusze, jacyś wegetariańscy eko-aktywiści czy po prostu naiwniacy, mamiący swoje głowy iluzją naprawiania świata (jakby komukolwiek i kiedykolwiek udała się ta sztuka). Dopiero ona uświadomiła mi, że praca dla Genewy oznacza przede wszystkim nieprzyzwoicie wysokie zarobki. Już po pierwszych trzech latach misji moją dziewczynę stać było na zakup dużego mieszkania w przedwojennej, warszawskiej kamienicy, ponadto ulokowanego w prestiżowym „kwadracie” centrum. Dopóki Emilia nie odejdzie na emeryturę albo nie zmieni pracy, własne mieszkanie będzie bardziej fanaberią, niż realną potrzebą. Zazwyczaj spędzała tutaj nie więcej, niż jeden miesiąc w roku. Równie dobrze mogłaby zatrzymywać się u siostry lub matki. Obie dysponowały przecież odpowiednią ilością wolnego miejsca.
Teraz tułałem się po tym wystawnym, drogo urządzonym domu, czując niewysłowioną gorycz. Wiedziałem, że jutro, kiedy Emilia wsiądzie w samolot linii Swiss, który powiedzie ją na kolejną, półroczną lub nawet roczną misję, moja noga już nigdy tutaj nie postanie. Być może dlatego mieszkanie wydawało mi się tak chłodne, jakby odrzucające fakt mojej obecności.
Wyszedłem na ośnieżony balkon. Odpaliłem kolejnego papierosa z rzędu, pozwalając warszawskiej zimie torturować nagie ciało. Tors wdawał się w hipnotyczny dygot, zaś stopy przybierały postać przymrożonej galarety.
W pewnym momencie poczułem ciepłe ręce na brzuchu oraz jeszcze cieplejsze piersi, rozpłaszczające się na plecach. Różnica temperatur momentalnie przyprawiła mnie o gęsią skórkę.
- Zwariowałeś? - wyszeptała do ucha.
- Musiałem zapalić – wyjaśniłem posępnym, trochę nieobecnym głosem. – Miałem zły sen.
- Jesteś całkiem goły – upomniała mnie. – Właź do środka.

Chwilę potem znów leżałem na łóżku, pozwalając Emilii rozmasowywać moje nogi i ręce. Patrzyła na mnie z matczyną naganą, a zarazem lekkim rozbawieniem. Ja z kolei po raz kolejny analizowałem doskonałe ciało, jakie wkrótce miałem utracić.
Drobna, krucha sylwetka stanowiła frapujący kontrapunkt dla odważnie wyrzeźbionego biustu. Jej doskonałe piersi wyginały się na planie ostrego łuku, nieustannie kierując sutki lekko ku górze. Były obfite, ale swymi rozmiarami nie przekraczały granic dobrego smaku. Podobna historia dotyczyła jej pośladków – sprężystych, mocno odstających od linii pleców. Wątłe ramiona zdawały się być całkowicie pozbawione mięśni, a jednak biła od nich niesłychana siła. W swoich analizach twarz zawsze zostawiałem na sam koniec, ponieważ ceniłem ją sobie najbardziej.
- O czym śniłeś? – pytała, ugniatając skórę na moich przymrożonych łydkach.
Milczałem, wpatrując się w wielkie oczy oraz burzę kręconych włosów, przybierającą na gęstości z każdym wykonywanym przez nią ruchem. Mały zadarty nosek oraz wąskie wargi przydawały jej delikatności, a zarazem pewnej niegrzecznej, by nie powiedzieć awanturniczej aury.
Cielesność mojej kochanki skrywała w sobie mnóstwo sprzeczności. Przez ostatni miesiąc uwielbiałem rozwikływać tę zagadkę. Mimo to nie dało się ukryć, że choć Emilia podniecała mnie każdym centymetrem sześciennym swojego ciała, nigdy nie zdołałem poczuć jej w pełni. Między nami ciągle majaczyła ta dziwaczna, niewidzialna bariera, oddzielająca seks i orgazmy od wariackich, niepohamowanych uczuć. Była to jakaś forma przezornej samokontroli albo najzwyklejszy deficyt odwagi.
- Przyśnił mi się samolot pełen napalonych facetów – przerwałem w końcu ciszę. – A pośród nich ty, jako jedyna kobieta na pokładzie.
- Mhm – burknęła pod nosem, jakby niezadowolona z tej odpowiedzi.
- Zostałaś zgwałcona przez załogę, a potem przez wszystkich pasażerów. - ciągnąłem dalej. – Leżałaś na poszyciu ciasnego korytarza, pomiędzy siedzeniami. Oddychałaś głęboko i przez moment sądziłaś, że to koniec koszmaru. Potem jednak zawleczono cię do kokpitu, gdzie ja, występujący w roli pilota, zmuszany byłem do wykonania samobójczego manewru. Jakiś obleśny, gruby facet przykładał mi nóż do gardła i prezentował karteczkę z nowymi koordynatami. Wiodły nas one wprost na masywny, górski szczyt. Za szybą majaczyły Himalaje, a ty wrzeszczałaś w amoku.
- Musisz się odprężyć – stwierdziła, kompletnie ignorując moją opowieść. – Sam zobacz, jaki malutki teraz jesteś.
Zaczęła pobudzać mojego penisa, w istocie skurczonego do niewiarygodnie miniaturowych rozmiarów. Najpierw masowała ręką, potem wpłynęła na mnie całym ciałem, muskając piersiami nogi, krocze oraz tors. Zatrzymała się przy mojej twarzy, całując delikatnie w wargi. Jednocześnie zacisnęła członka pomiędzy udami i stymulowała mnie w niespiesznym, hipnotycznym rytmie.

Emilia miała rzadko spotykaną umiejętność osiągania orgazmów w dowolnie wybranej chwili. Dosłownie. Była w stanie dojść na zawołanie. Wystarczyło informować na bieżąco o swojej kondycji i pilnować momentu utraty kontroli. Kiedy byłem blisko, wysyłałem do ucha odpowiedni komunikat, a ta natychmiast dostrajała się do sytuacji. Kurczyła mięśnie, łamała paznokcie na moich plecach, wydawała z siebie zwierzęcy krzyk, czasem popuszczała łzy. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, zawsze szczytowaliśmy dokładnie w tym samym momencie. Nie wstydziłem się swojej skłonności do przedwczesnego finału, ponieważ nie powodowała rozczarowania partnerki. W czasie naszego pożycia męska duma ani razu nie została wystawiona na poważniejszą próbę.

Tego poranka było dziwnie, jakoś inaczej, choć z początku wszystko przebiegało zgodnie z wypracowanym schematem.
Swoim stanowczym uściskiem nóg Emilia zdołała wybudzić Janka z letargu (miała w sobie infantylną potrzebę nadawania imion poszczególnym częściom mojego ciała, a fiutowi przypadł właśnie ten nieszczęsny „Janek”). Usiadła na nim, ślizgając się zawzięcie w przód i w tył. Wodziła mi przed nosem moimi ulubionymi piersiami, przysuwała oraz oddalała upragnione wargi. Zaciskałem więc dłonie na jej pośladkach, tak mocno, że aż moje knykcie bielały.
Jak co dzień, zakochiwałem się w Emilii na nowo, niepomny aury widmowości naszego związku. Chciałem, by bliskość dwóch ciał przekraczała wieki, by każda ostatnia sekunda tej prowizorycznej wspólnoty została utrwalona na jakimś niezniszczalnym nośniku. Potomni mogliby sobie to odtwarzać bez ustanku, aż do końca cywilizacji lub choćby do oczyszczającego znudzenia.
- Dochodzę! - dla odmiany to ona poinformowała o sytuacji.
Przylgnęła do mojego brzucha, po czym zacisnęła mięśnie szyi, ramion, ud. Sprężona do granic wytrzymałości, zdawała się kurczyć z każdą chwilą. Wątła, dziewczęca figura malała i malała, po to, by za chwilę stężeć w gwałtownej eksplozji.
- Miłyj moj! – dyszała w nagłym zapamiętaniu, zapominając o języku polskim, jakiego zwykle używaliśmy do komunikacji.
Nie był to odosobniony przypadek. Pamiętam wiele innych orgazmów, podczas których Emilia wystękiwała coś po niemiecku, arabsku lub francusku. Z racji wykonywanego zawodu, była poliglotką, adaptującą swą narodową tożsamość do warunków multikulturowego świata.
Opadła na bok, cała zdyszana. Wymamrotała pod nosem jakąś dłuższą formułkę, po czym zaśmiała się cicho do siebie. Tym razem nie rozpoznałem narzecza, natomiast dobrze rozumiałem spojrzenie, jakim mnie zaraz obrzuciła. W jej czarnych, wiecznie trzeźwych oczach, zabłysnął odnowiony apetyt.
Powróciła do misji doprowadzenia mnie do ejakulacji. Na przemian gładziła dłonią powierzchnię penisa i masowała jego czubek. Mimo to nie pozwoliła sobie na jakąkolwiek seksualną ekstrawagancję, choćby taką, jak klasyczne fellatio.
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale miałem wrażenie, że obciąganie oraz bliższy kontakt ze spermą napawały ją obrzydzeniem. W tych nielicznych momentach, gdy zdarzało mi się dochodzić poza granicami jej cipki, zawsze uskakiwała na bok, zaś swój manewr dokraszała komiczną pantomimą.
- Dzisiaj Janek jakoś wcale nie daje się zmęczyć, co? - pytała, miętosząc mojego fiuta z coraz większą zapalczywością.
Nie poznawałem swojego ciała. Zdwojona energia, jaką Emilia wkładała w czynność masturbacji, powodowała we mnie paradoksalny efekt. Powoli traciłem zainteresowanie seksem. Z każdą chwilą moje podniecenie słabło, aż wreszcie wyparowało do reszty.
Janek kołysał się bezwładnie pomiędzy jej palcami, przybierając postać stygnącego truchła. Przez moment patrzyłem na niego beznamiętnym wzrokiem. Penis był jak przedmiot, ja również byłem przedmiotem.
- Zmarnowana szansa! - zachichotała, po czym wyskoczyła z łóżka zwinnym, błyskawicznym susem.
Przypominała teraz małą dziewczynkę, która, budząc się przed wszystkimi domownikami, nie potrafi już dłużej usiedzieć w miejscu i wnerwia ją, że do świtu jest wciąż tak daleko.
Chwilę potem z odległej kuchni dobiegały mnie radosne przyśpiewki oraz odgłosy śniadaniowej krzątaniny. Nastawiała czajnik, pobrzękiwała garami i talerzami. Akompaniowała jej lodówka, wydająca z siebie rozpaczliwe „bip, bip, bip”. Alarm nie ustawał nawet wtedy, gdy na patelni zaczęło coś syczeć i skwierczeć.
Gotowanie w wykonaniu Emilii zawsze oznaczało spontaniczny, nieokiełznany chaos. Nie poważała sprzętów, nie martwił ją bałagan, jaki po sobie zostawiała. Jeśli w wyniku nieodpowiedniego użytkowania jakieś urządzenie miało się zepsuć, zawsze można było kupić nowy model. Chyba nieustannie rozleniwiała ją świadomość, że za porządek w mieszkaniu odpowiadała Irina, sumienna sprzątaczka, która w swojej pracy wykazywała się podziwu godną wytrwałością. Gdybym był na miejscu Rosjanki, poszukałbym innego pracodawcy, bo ogrom brudu, jaki Emilia generowała każdego dnia, z pewnością przerósłby moje fizyczne i psychiczne możliwości.

Znów ciągnęło mnie mocno do palenia, ale tym razem postanowiłem zwalczyć pokusę. Leżałem na łóżku, wpatrywałem się tępym wzrokiem w wibrującą za oknem iglicę Pałacu Kultury. Zza gęstej, zimowej poświaty przezierały jedynie zarysy monumentu oraz jego rozproszone światła. Słońce nie wyszło jeszcze zza chmur i prawdopodobnie nie wyjdzie przez następnych kilka miesięcy. Widok był rozmazany, tak samo, jak i moje myśli.
Przysnąłem na moment, wyobrażając sobie maszynkę do zamrażania czasu. Moja dziewczyna oznajmiała, że „musi już lecieć”, a ja wciskałem odpowiednie guziki na panelu kontrolnym, by po chwili cieszyć się wszechobecną pauzą i ciszą. Emilia nieruchomiała przy otwartych drzwiach, z ciężką torbą, zwisającą z ramienia oraz ciężką miną, zwisającą z twarzy. Zamieniała się w bezwolny manekin, którego mogłem oglądać pod dowolnie wybranym kątem lub całować gdzie tylko chciałem.
Ze snu wyrwał mnie potężny cios. To Emilia wskoczyła na mój brzuch, raptownie odbierając dech. Czułem się zdezorientowany, a po krótkiej chwili już tylko zły.
- Śniadanie, panie bierna-postawa! - wykrzyczała, zanosząc się śmiechem. Poklepywała mnie jednocześnie po włosach i dźgała palcami po całym ciele, zupełnie jakbym był wytworem jej macicy, który na podobne pieszczoty musi zareagować automatycznym uszczęśliwieniem.

Kawałki podgrilowanej kiełbasy wołowej pokryte cebulą szalotką, imbirem oraz na wpół ciekłym jajkiem. Całość posypana arabskim zatarem. Oto jak wyglądała jajecznica w interpretacji Emilii.
W milczeniu przeżuwałem to nietypowe, miejscami nawet smaczne danie. Zagryzałem tostem i zapijałem kawą, podczas gdy moja była dziewczyna oddawała się neurotycznemu słowotokowi.
- Muszę jeszcze kupić gąbki, takie myjki pod prysznic! I zapas podpasek! - stwierdzała z ożywieniem. - Całą resztę już chyba skompletowałam, choć, wiadomo, cholera wie. Powinnam też wziąć ze sobą spory pakiet cukierków miętowych. Tamci je uwielbiają.
Raz po raz odskakiwała od stołu i podbiegała do wielkiej, aluminiowej skrzyni, leżącej w kącie salonu. Dokonywała kolejnej z rzędu inspekcji jej zawartości.
- Ty wciąż nie kumasz świata – orzekła, wyłapując moje poirytowane spojrzenie – W Południowym Sudanie nie mają nic. Dwa porządniejsze sklepy na krzyż i to na cały kraj, który dopiero co powstał. Na bazarach można kupić co najwyżej kiść winogron albo melona, do tego za horrendalne stawki. Coś takiego jak żel pod prysznic to dla nich science fiction, nie mówiąc już o gąbkach czy podpaskach. - skrzywiła się nagle z wyrzutem – Obśmiewasz mnie za to? Że się zabezpieczam na wypadek cywilizacyjnych braków? No to wiedz, że jestem ludzką istotą, wychowaną i ukształtowaną przez kulturę miasta. Nie ukrywam tego, ani się nie wstydzę.
I ględziła tak dalej, z każdym kolejnym zdaniem coraz mocniej nakręcając spiralę bzdurnych pomówień. Po raz kolejny zamarzyła mi się maszynka do zamrażania czasu, choć tym razem użyłbym jej ze zgoła odmiennych pobudek. Zanim Emilia wreszcie zamilkła, zdążyła zrobić ze mnie hipokrytę, cynicznego lenia, nazistę oraz fantastę, żyjącego w świecie fałszywych wyobrażeń.
- Przepraszam – skapitulowała na koniec. - To chyba stres przed podróżą.
- Przecież nie boisz się latać – stwierdziłem, lekko zdziwiony.
- Do Sudanu Swiss nie lata. - wyjaśniła, przewracając oczami – W Genewie wsadzą mnie w wojskowy transportowiec. Nieogrzewany, niewygłuszony. Całą drogę spędzę w śmiesznym celofanowym śpiworze i słuchawkach. Potem czeka mnie lądowanie na czymś, co lotniskiem jest tylko z nazwy. Piach, kamienie, terminal z blachy falistej. Ten ostatni etap za każdym razem przyprawia mnie o spory niepokój.
Uśmiechnąłem się smutno. Niby współczułem, a niby żałowałem samego siebie. Po raz kolejny uderzała mnie myśl, że to, co widzę, dzieje się naprawdę. Emilia wyjeżdżała. Jej bagaż podręczny był już od dawna spakowany, a skrzynia, która dotrze do Szwajcarii drogą kurierską, wypełniona po wierzch.
- Ale to tylko na początku tak wygląda – dodała uspokajająco, dociskając wieko skrzyni – Jak już jestem na miejscu od razu wpadam w wir obowiązków i nie myślę o zagrożeniach.
- Ani o porzuconych facetach – dopowiedziałem pod nosem.

Późnym popołudniem zmierzaliśmy taksówką na Okęcie. Kierowca był tęgim łysolem, upchniętym w ciasną, przepoconą polówkę. Stukał paluchami po kierownicy w takt muzycznych wymiocin, wysączających się przez głośniki. Cienki falset wokalisty próbował przekonywać, że dziunia, którą sobie upatrzył na wakacjach, jest piękniejsza od innych dziuń. Wyśpiewywał peany na cześć jej obłędnych nóg oraz szalonych oczu. Był już o krok od zaciągnięcia owej doskonałości do łóżka. Przeżywane zauroczenie było dla niego „podróżą do gwiazd”, zaś dziki seks, na jaki liczył, określał „smakowaniem nektaru z banana, la la la”. Wybełkotał jeszcze kilka innych, równie wykwintnych konstruktów literackich, a gdy poziom żenady zbliżał się do groźnego apogeum, Emilia postanowiła zareagować.
- Czy mógłby pan to łaskawie wyłączyć? - syknęła ostrym, lodowatym tonem, którego dotąd u niej nie zanotowałem.
Kierowca potwierdził i natychmiast wyciszył radio. Zachował uprzejmą, usłużną minę, choć wydawało mi się, że w ramach milczącej zemsty lekko odpuścił nogę z gazu.
Jak tylko zrobiło się cicho, Emilia wyciągnęła z torebki jeden z tych swoich opasłych, bogato ilustrowanych raportów, którymi Genewa cyklicznie ją karmiła. Oddała się lekturze, rezygnując na moment z okazywania uwagi otoczeniu. Po jakimś czasie sapnęła nerwowo, zmarszczyła czoło, zaś palce, przerzucające kartki, zaczęły przyspieszać. Spoglądając z ukosa, wzdrygałem się na widok osiłków z maczetami, czarnych chudzielców z karabinami, poszarpanych kobiecych trupów oraz bezsilnych mężczyzn, taszczących na barkach martwe dzieci. Jej nerwowe kartkowanie dodawało życia tym koszmarnym obrazom, wprawiając w ruch statyczne fotografie i niemal animując je klatka po klatce.
- Lukas pewnie się za tobą stęsknił, co? – stwierdziła, zamykając raport. Wcisnęła wydruki do torby mocnymi, niedbałymi pchnięciami. Widać, że zapragnęła odciążyć swoją głowę jakimkolwiek błahym tematem.
- Jeśli tęskni, to pewnie potrzebuje kasy – odparłem.
- Tak bardzo chciałbyś być macho – zaśmiała się. - I tak bardzo ci z tym nie do twarzy.
- Ale to sama prawda - broniłem się. - On nigdy nie ma hajsu, gdy trzeba zapłacić za mieszkanie.
- Mimo to – mówiła, celując we mnie palcem wskazującym – nie zaprzeczysz chyba, że jesteście dobrymi przyjaciółmi? Kiedy piliśmy razem, buchała między wami samcza ekstaza, a gadaliście ze sobą jak dwa nagrzane kałasze. Każde zdanie to wystrzał. Ty to, on tamto. Jakbyście się bali, że nie zdążycie się sobą nacieszyć zanim wieczór dobiegnie do końca.
- Pijani byliśmy. A poza tym – zawahałem się – chyba każdy z nas chciał w jakiś sposób tobie zaimponować.
Uśmiechnęła się łagodnie, a jej wzrok powędrował daleko poza szybę taksówki.
- Pozdrów go ode mnie – mruknęła pod nosem, nie odrywając oczu od rozpędzonych latarń Alei Krakowskiej.

Po odprawie pocałowała mnie w policzek. Oficjalnie, jak zwykła koleżanka. A zatem naszą historię uważała za zakończoną.
Poleciła dbać o siebie oraz nie ustawać w trudach nauki. Wierzyła, że w przyszłości zostanę świetnym filmowcem, kimś rozpoznawalnym, cenionym. Zaraz po tych słowach odwróciła się na pięcie i pomknęła ku kontroli osobistej. Jej tyłek tańczył w radosnym rytmie, a długie, opuszczone włosy próbowały iść mu w sukurs. Rzuciła jakąś zabawną uwagę do strażnika obsługującego bramkę (strażnik pogroził jej palcem), po czym znikła w tłumie, stając się częścią jednolitej ludzkiej masy.
Nie widziała łzy, jaka właśnie spłynęła po moim policzku. Dobrze, że nie widziała. Niech nigdy się nie dowie, jak bardzo mi na niej zależało. Dostrzegli ją za to inni pasażerowie. Młoda dziewczyna w burce spojrzała na mnie ze zrozumieniem, zaś jakiś starszy facet miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Pomijając aspekty genitalne, tak chyba z grubsza przedstawia się zasadnicza różnica między obiema płciami.

II.

Wracałem do tego samego, znienawidzonego miejsca, by wypełnić ostatnią obietnicę, jaka jeszcze łączyła mnie z Emilią. Miałem poczekać na przyjazd jej matki, Uli, by przekazać klucze do mieszkania.
Robiło mi się słabo na myśl, że po raz kolejny będę musiał stanąć z tą kobietą twarzą w twarz. Za ostatnim razem rugała mnie przy kieliszku wina za uległość wobec jej „wrednej córki”. Otwarcie zapowiadała nieubłagany kres naszego romansu, a zarazem polecała rozejrzeć się za czymś prawdziwym. Jej zdaniem, zasługiwałem na miłość. Ujmowała to w lekką, żartobliwą formę. Niby tylko droczyła się z Emilią, która w tym czasie fukała i prychała, a jednak przekaz pozostawał jasny.

Czekałem na Ulę ponad dwie godziny, choć w esemesie obiecała przyjechać lada moment. Aby zabić czas, zająłem się sprzątaniem. Utylizowałem resztki swojej niedawnej obecności, wyrzucając do kosza przybory toaletowe, perfumy, magazyny filmowe, nawet ubrania. Część z tych rzeczy mogłem z powodzeniem zabrać ze sobą, jednak tego dnia nie chciało mi się dźwigać żadnych bambetli. Poza tym dopadła mnie usilna potrzeba wyznaczenia cezury w życiorysie. Miałem nadzieję, że pozbycie się tych kilku głupich przedmiotów pomoże zapomnieć o niedawnym miękkim, zapłakanym Ja oraz ułatwi nadejście jego nowej, silniejszej odsłony.

Ula w końcu dotarła. Weszła do mieszkania spokojnym, niemal majestatycznym krokiem, roztaczając wokół siebie woń francuskich perfum. Nie przeprosiła za spóźnienie, nie miała w zwyczaju przepraszać za cokolwiek. Pocałowała mnie w policzek i spytała czy wszystko dobrze.
- Wszystko dobrze – wymamrotałem.
Ruszyła do salonu, dając ręką znak, że powinienem jej towarzyszyć.
Każdy ruch ciała emanował pewnym blichtrem, ale też i niewymuszoną nonszalancją. Była stereotypowym ucieleśnieniem cech, jakie zwyczajowo przypisuje się wyższym sferom. Urodziła się w bogatej rodzinie, wydała na świat bogate dzieci, a te robiły teraz wszystko, by przedłużyć tę passę. W swoim życiu nie miała zbyt wiele okazji do cierpienia, do przeżywania strachu czy do czegokolwiek innego, co mogłoby wyrządzić trwałe szkody w jej skrzętnie wypracowanej filozofii spokoju. Ciało Uli zdawało się harmonizować ze stanem ducha. Była wysoka, dostojnie wyprostowana i smukła. Wyglądała jak jedna z tych klasycznych modelek sprzed lat, które starzejąc się na długo zachowywały swój seksapil oraz niewysłowioną klasę. Nie miałem pojęcia, ile dokładnie miała lat, ale, biorąc pod uwagę wiek Emilii, nie mogła sobie liczyć mniej, niż pięćdziesiąt pięć.
Szedłem jej śladem, podziwiając starannie wypielęgnowane włosy blond, a także doskonałe pośladki, rysujące się pod fałdami długiej sukienki. Przypominały te, które nosiła Emilia, lecz były znacznie obfitsze. Natomiast ich wyraźna jędrność przyprawiała o niedowierzanie. Co trzeba zrobić, by dobijając sześćdziesiątki wyglądać tak młodo? Ćwiczyć bez ustanku na siłowni, poddawać się torturom chirurgicznym czy zaprzedać duszę diabłu? Dopuszczałem też ewentualność mylnej kalkulacji w temacie jej wieku. Kto wie, może Ula poczęła Emilię jako dwunastolatka, a może nie urodziła jej nigdy. Wszak adopcja jest całkiem powszechną praktyką, i to nie tylko w kręgach elit.
Przy naszym wcześniejszym spotkaniu byłem lekko onieśmielony. Nigdy nie czułem się zbyt dobrze pośród śmietanki towarzyskiej, jej manier, sardonicznej ironii i niedosięgłej, grubiańskiej optyki. Odnosiłem wrażenie, że mówimy różnymi językami, a nasze myśli są kształtowane przez mechanizmy o odmiennych właściwościach. Zupełnie tak, jakby diesel miałby się dogadać z maszyną parową. Teraz jednak nie ograniczało mnie nic, prócz lekkiego znużenia.
- Czy poświęcisz mi chwilę? - spytała, trochę zatroskanym głosem. - Myślę, że dobrze byłoby porozmawiać.
- Jasne – odparowałem bez namysłu.
Pogawędka z matką byłej dziewczyny była chyba ostatnią rzeczą, na jaką miałbym teraz ochotę. A jednak nigdy nie potrafiłem odmawiać podobnym propozycjom. Zwłaszcza jeśli składały je kobiety.
- Usiądźmy – zaordynowała.
Idąc za poleceniem, usiadłem na kanapie. Zająłem sam skraj mebla, odruchowo dając wyraz swojej niecierpliwości. Pragnąłem już opuścić ten dom. Raz na zawsze.
Ula rzuciła torebkę na niski, szklany stół, po czym udała się niespiesznym krokiem w głąb salonu. Przyciągało ją mętne światło, jakie emitowała chłodziarka do wina. Grzebała w niej przez jakiś czas, na przemian wyjmując butelki, uważnie analizując ich etykiety, chowając z powrotem. I tak w kółko. Wreszcie wybrała coś, co zdawało się odpowiadać jej gustom.
- Masz coś przeciwko Chateauneuf du Pape? - pytała, wracając z winem oraz dwoma kieliszkami.
Zirytowała mnie tym rozkosznym pławieniem się we własnej pewności siebie. Skoro kładła na stole starannie wybraną butelkę, ewidentnie nie brała pod uwagę mojej opinii.
- Nie, nie – Wykonałem rękami przepraszający gest. - Wybacz, Ula, ale nie chcę teraz pić.
Rozpromieniła się i usiadła naprzeciwko.
- Uważam, że dobrze ci to zrobi – stwierdziła autorytatywnie. - Chyba nie powiesz, że tylko kobiety czczą swoje straty przy alkoholu?
- Rzecz w tym – zdobyłem się na szczerość – że nie chcę już dłużej przebywać w tym miejscu. – Zatoczyłem palcem wokoło, dobitnie ilustrując swoją wypowiedź.
Przez chwilę nic nie mówiła, jedynie przyglądała mi się z pogodnym wyrazem twarzy.
- Możemy oczywiście zejść do knajpy na dole, jeśli ci to odpowiada – dodałem szybko, by rozwiać ciężkawą atmosferę, jaką sam właśnie wytworzyłem.
- Oj, już nie rób takiej ciotodramy! – żachnęła się – Mówisz tak jakby te głupie mury miały uczucia. Co ci szkodzi posiedzieć tu chwilę? Na miejscu mamy wszystko czego człowiekowi potrzeba. Wygodne meble, dużo miejsca na dym oraz spory zapas wina. - To mówiąc, sięgnęła do torebki i wyciągnęła paczkę zielonych Marlboro.
Zaskoczyła mnie. Zwłaszcza tą „ciotodramą”, słowem nijak nie przystającym do jej eleganckiej natury. Poza tym po raz kolejny w przeciągu kilku minut kompletnie zignorowała moje zdanie.
- Zatrzymałam cię – zawiesiła głos na czas przypalenia papierosa - bo czułam potrzebę dopowiedzenia kilku kwestii. Dla odmiany nie dotyczą one Emilki, ale ciebie.
Roześmiała się nagle, zapewne dostrzegając moje zagubienie.
- Czy zrobisz mi tę przyjemność i nareszcie przestaniesz wychodzić? - Wskazała palcem na nerwową pozę, jaką przyjąłem na kanapie.
Ujęła mnie tym, choć też przyprawiła o niemałe zmieszanie. Znów poczułem się przy niej jak proletariusz na posiedzeniu masonów.
Kiedy rozluźniłem mięśnie i sięgnąłem po swój kieliszek, Ula zaczęła gadać. To, co miała do powiedzenia, okazało się być rozwinięciem wątku, jaki napoczęła przy naszym pierwszym spotkaniu. Tyle tylko, że tym razem mówiła z perspektywy faktu dokonanego. Miała wtedy rację, ostrzegając mnie przed własną córką. Teraz dawała długi wykład na temat wrażliwości i podatności na ciosy, a zarazem sporej ciekawości świata, którą „szkoda byłoby zmarnować nieodpowiednio lokowanymi namiętnościami”. Uważała mnie za wartościowego człowieka i pokładała wiarę w mój filmowy sukces. Twierdziła, że sposób, w jaki postrzegam rzeczywistość, jest niezwykły. Niepodobna, by nie zaprocentował on w przyszłej twórczości artystycznej.
Pomijając kilka niewygodnych uwag, matka Emilii zdawała się malować przesłodzoną laurkę, będącą niczym więcej, jak pewną formą nagrody pocieszenia. Nie wyprowadzałem jej z błędu dotyczącego studiowanej przeze mnie dziedziny (zresztą Emilii również nigdy nie wyprowadziłem). Choć uczęszczałem do tej samej szkoły, w której nauki pobierał legendarny Roman Polański, nie byłem człowiekiem wielkiej sztuki. Ani też nigdy nie będę. Na łódzkiej filmówce uczyłem się organizacji produkcji, czyli szeregu nudnych procedur, które prawdziwym artystom pozwalały wykonywać swoją robotę w spokoju. Nic więcej.
Po wykończeniu Chateauneuf du Pape nastroje uległy delikatnej przemianie. Teraz już wspólnie grzebaliśmy w chłodziarce, poszukując idealnej butelki. Sięgnąłem po niejakie Corbieres z 2010 roku, a Ula zaaprobowała ten wybór. Nie byłaby jednak sobą, gdyby przy okazji nie zaakcentowała swojego niebywałego znawstwa:
- Sikacz – stwierdziła – zwykły sikacz. Ale całkiem znośny.
Buchnąłem śmiechem, słysząc kolejne niepasujące do niej słowo. I w tej samej chwili dotarło do mnie, że nie myślę o Emilii. Czyżby tak miała wyglądać recepta na błyskawiczne odkochanie się? Trochę słodzenia ze strony podstarzałej kobiety plus spontaniczne pijaństwo?
Przy kolejnych kieliszkach Ula roztrząsała kwestię wyższego wykształcenia. Uwznioślała jego społeczną rangę oraz zawartą w nim moc poszerzania umysłowych horyzontów. Chwilami ocierała się o tandetny dydaktyzm, który działał na mnie jak sole trzeźwiące. Wtedy mimowolnie przypominałem sobie o dzielących nas latach. Nie tylko pochodziliśmy ze skrajnie odmiennych środowisk, ale i mówiliśmy w imieniu różnych pokoleń.
Pod koniec drugiej butelki matka mojej eks zdawała się być lekko wcięta. Jej wypowiedzi coraz częściej przeplatane były niekontrolowaną gestykulacją albo durnym chichotem. Tematyka również ulegała pewnemu poszarpaniu; z mędrkowania nad ważkością edukacji przeskakiwała nagle do rodzinnych wiwisekcji. Ula zaczęła sądzić samą siebie.
- Nie byłam dobrą matką. Ani dla Emilki, ani dla Lusi. Obie traktowałam z chłodem, może nawet lekką wrogością. Szczerze mówiąc, nie chciałam ich. Pierwsza ciąża wytrąciła mnie z równowagi, nad jaką sukcesywnie pracowałam ucząc się na ASP – w jej tonie zadźwięczał sarkazm. - No dobrze, „równowaga” to chyba niezbyt fortunne określenie. Chodziło raczej o poczucie utraty czegoś cennego. Byłam dumna ze swoich studiów, a teraz musiałam z nich zrezygnować, by zająć się rozkrzyczanym, zaślinionym, nierozumiejącym bachorem. Odchowałam Emilkę na tyle, na ile wymagała przyzwoitość. Prędko oddałam ją w ręce niani i wróciłam na Akademię. Jednak raptem po roku nauki nadeszło kolejne dziecko. Mówiłam sobie wtedy: „jeszcze tylko to jedno i koniec, sprawa załatwiona”. Ale po Lusi już nic mi się nie chciało. Wychowywałam te dziewczyny z poczuciem zmarnowanych ambicji.
Nie bardzo wiedziałem jak się zachować. Ula odpalała papierosa za papierosem, a pomieszczenie tężało od siwego dymu. Pojemność mieszkania zaczęła się w końcu wyczerpywać. Podszedłem do drzwi balkonowych, wpuściłem trochę świeżego powietrza. Wtedy i ona podeszła, trącając mnie bokiem wydatnego tyłka.
- Dla Sławka też nigdy nie byłam dobrą żoną – uporczywie kontynuowała wątek. - Nawet wstyd się przyznać, ile razy go zdradziłam.
Zapaliłem, licząc na to, że nikotyna rozrzedzi gęstniejącą z każdą chwilą groteskowość tej konwersacji.
- Sypiałam z jego kierowcą, gziłam się z prywatnym trenerem i instruktorem nurkowania. Na wakacjach w kurortach dawałam się podrywać byle podlotkom – zawiesiła głos, jakby w geście skruchy. - Co gorsza, zdradziłam jeszcze w trakcie naszej podróży poślubnej. A w toku małżeństwa wybzykałam chyba całą setkę przeróżnych ludzkich figurek. Zabawne, co nie? Jestem zabawna. Albo to zwierzęce chucie są śmieszne. W ostatnich dniach uwiodłam takiego zagubionego rosyjskiego chłopaczka, syna sprzątaczki. Miał nie więcej, niż piętnaście lat.
Wciąż nie dowierzałem temu, że za maską wyrafinowania Uli kryła się jedynie pustka oraz bolesna frustracja, negująca niemal całe moje wyobrażenie o tej postaci. Trudno mi było również oswoić się z myślą, że matka Emilii wysyłała jednoznaczne, erotyczne sygnały. Patrzyła na mnie w prowokacyjny sposób, szeroko otwartymi, pytającymi oczami. Jedną rękę opierała o drzwi balkonowe, a drugą podnosiła niespiesznie do ust, by czarująco zaciągnąć się swoim zielonym Marlboro.
- Czasami, kiedy jest mi ze sobą źle... - wyszeptała z westchnieniem – Robię wszystko, by było jeszcze gorzej. Chodzę wtedy na przykład na takie zbiorowe seanse, gdzie wszyscy tarzają się ze wszystkimi. Czy rozumiesz to, choć trochę?
Zamiast odpowiedzieć, poszedłem po kolejną butelkę. Tym razem wziąłem pierwszą z brzegu i otworzyłem ją bez zbędnych konsultacji.
Ula od razu podsunęła swój pusty kieliszek.
- Widzisz? - wykrzyknęła z triumfem. - Pewność siebie! To wcale nie jest trudne.
Dolałem wina, a następnie zasępiłem się. Wcale nie byłem pewny siebie. Właściwie, nie miałem bladego pojęcia kim jestem. Czułem jednak swój przyspieszony puls oraz suchość w ustach, co zwiastowało podniecenie.
Postawiłem butelkę na podłodze i zbliżyłem się do Uli. Wciąż emanowała kokieterią. Balansowała między delikatnym łykiem wina, a płytkim sztachem papierosa, co upodabniało ją do heroicznej emancypantki z poprzedniego stulecia. W oczach kobiety dostrzegałem głód.
Objąłem ją w talii i bez słowa położyłem dłonie na pośladkach. W dotyku były równie kuszące jak z widoku. Mięsiste, twarde, jakby kompletnie zmyślone. Pocałowałem ją w usta, próbując przeniknąć językiem do wnętrza. Poczułem kwaśny alkoholowo-papierosowy posmak, który był wspólny dla nas obojga. Ula momentalnie zacisnęła zęby, a po chwili uderzyła mnie mocno w ramię.
- Gorzej ci? - warknęła, odpychając od siebie.
Na jej twarzy pojawiło się niedowierzanie albo odraza. Była wyraźnie zdezorientowana.
- Przepraszam – wydukałem automatycznie.
Nigdy nie byłem w podobnej sytuacji, ale chyba przygotowała mnie na nią kinematografia. Wszak męscy bohaterowie filmów obowiązkowo kajają się po odtrąconym pocałunku. Momentalnie otrzeźwiałem.
- Za dużo wypiłem – kontynuowałem przeprosiny. - Wszystko mi się miesza.
Ula trochę złagodniała. Uśmiechnęła się krzywo, choć w jej rozszerzonych źrenicach wciąż tliło się oburzenie. Postanowiła obrócić całą sytuację w żart:
- Może nie powinniśmy byli mieszać win. – Podniosła z podłogi butelkę. Zaczytała się w etykiecie, jakby szukając składnika odpowiedzialnego za mój zuchwały wybryk. Raz po raz mrugała nerwowo powieką.

Niedługo później wezwałem taksówkę i nie czekałem aż kierowca da znak, że podjechał. Pożegnanie było dosyć dziwne, by nie powiedzieć – nieporadne. Ula dygnęła w odruchu nadstawienia policzka, ja natomiast w ostatniej chwili powstrzymałem się przed wyciągnięciem ku niej koleżeńskiej dłoni. Poprzestaliśmy na głupim uśmieszku oraz kiwnięciem głowami.

Zmierzając na Żoliborz czułem, że kompletnie nie panuję nad swoim życiem, ani towarzyszącymi mu pragnieniami. Jeszcze rano ściskały mnie duchoty z powodu odchodzącej dziewczyny, zaś wieczorem marzyłem o seksie z jej matką.
I co takiego miałoby mi dać przespanie się z nią? Obmacując podstarzałe ciało Uli, odkrywałbym pewnie liczne podobieństwa do jej córki. Pochłaniałbym echa utraconej miłości i dręczyłbym sam siebie wspomnieniami.
Kretyn. Skończony kretyn, łaknący cielesnych substytutów i przypadkowych rozwiązań. Co mnie właściwie powstrzymywało przed chodzeniem na dziwki, kolekcjonowaniem płatnych upokorzeń, chorób i orgazmów? Jeśli rzeczywiście lubowałem się w zadawaniu sobie bólu, prostytucja byłaby moją ziemią obiecaną.

III.

Zapłaciłem taksówkarzowi, który w jakiś przebiegły sposób zdawał się rozumieć moje żałosne położenie. Pstrykał wymownie oczkami, a przy tym marszczył swe suche, ironiczne oblicze.
Polazłem w stronę klatki schodowej. Tuż przed drzwiami frontowymi poślizgnąłem się na oblodzonym chodniku i z impetem upadłem na tyłek, niczym zwykły podwórkowy moczymorda, wymęczony ciężarami życiowej klęski.
Z trudem podźwignąłem się z gleby, choć też miałem obawę, że nie pozbierałem wszystkiego.
Zastygłem z szeroko rozpostartymi rękami, na lekko ugiętych kolanach. Odnajdując równowagę, dotarło do mnie, że kilka pięter wyżej trwa jakaś głośna zabawa. Słychać było dudnienie muzyki, popiskiwanie kobiet oraz zwierzęce ryki dokazujących samców. Dopadły mnie złe przeczucia. Obrzuciłem wzrokiem fasadę budynku i szybko namierzyłem źródło dźwięków. Bez wątpienia impreza miała miejsce właśnie w moim domu. A zatem takie powitanie zgotował mi stęskniony sublokator.

Mieszkanie pękało w szwach od kolorowego, rozhulanego towarzystwa. Od samego wejścia przepychałem się przez spory tłumek naćpanych i podpitych indywiduów, okupujących przedpokój. Wkrótce zrozumiałem, że miejsce, jakie obrali sobie za bazę do nieznośnego gdakania, zostało na nich niejako wymuszone. Po prostu nie wszyscy zmieścili się w pokoju Lukasa lub w kuchni.
Skierowałem się na lewą stronę korytarza, taranując imprezowiczów wysuniętym barkiem. Jakaś wychudzona dziewczyna o zielonych włosach oraz twarzy pociachanej piercingiem szybko przeanalizowała mnie wzrokiem. Oceniła buty, łydki, krocze, twarz, a następnie powróciła do rozmowy ze swoim damskim sobowtórem. Para gejów posłała mi podwójną dawkę powłóczystych spojrzeń. Stary smutny facet, stojący w ich cieniu, wwiercał się we mnie oczami, licząc zapewne na to, że wyjdę naprzeciw jego skrytym oczekiwaniom. Przeciąłem grupkę młodziutkich, przesadnie umalowanych dziewczyn, które piszczały z wyrzutem, gdy deptałem po ich stopach. Trochę szokował mnie ich niewinny, jakby dziewiczy anturaż. Albo były mistrzyniami w dziedzinie kamuflażu, albo Lukas zaczął podrywać gimnazjalistki.
Odetchnąłem z ulgą na widok szczelnie zamkniętych drzwi. Spod progu nie wyzierało żadne światło, a to oznaczało, że oaza mojego pokoju nie została przez nikogo zbrukana.
Kiedy wchodziłem do środka ktoś za mną syknął „cii”, a ktoś inny głośno zaprotestował. Zanim zdążyłem zapalić światło docierało już do mnie co takiego zaraz zastanę. Powinienem był się dyskretnie wycofać, lecz poczucie złości wiodło mnie naprzód, nawet kosztem niechybnego zażenowania.
Rozświetlony żyrandol ujawnił plątaninę golasów, która jeszcze sekundę temu podrygiwała na szereg rozmaitych sposobów, a teraz raptownie stygła, zupełnie jak w moim śnie o zamrażaniu czasu. Z korytarza zaczęły dobiegać stłumione chichoty gimnazjalistek, więc prędko zamknąłem drzwi. Nieznośny tętent ludzkich jadaczek, miksowany z agresywnym bitem Nicolasa Jaara, odrobinę przycichł. Zostałem sam na sam ze zgrają milczących babilończyków.
Starsza kobieta opierała fałdy monstrualnego brzucha o tors uśmiechniętego chudzielca. Siedziała nieruchomo na jego kroczu, podczas gdy ten poprawiał swoje okulary w okrągłych oprawkach. Przypominał szalonego naukowca z polibudy albo Woodego Allena. Jakiś potężnie zbudowany aryjczyk zamarł z rękami uwiązanymi na warkoczu filigranowej blondynki. Dziewczyna właśnie zdjęła usta z jego sterczącego członka, a teraz posyłała mi zdziwione spojrzenie. W pokoju przebywały jeszcze dwie inne pary, zespolone w klasycznym, misjonarskim uścisku, a także jedna samotna brunetka. Ta ostatnia miała chyba w planie dobrać się do laski z warkoczem albo jedynie czekała na swoją szansę u faceta o nieskazitelnie niemieckich rysach twarzy. Leżała u stóp obojga, w pozie przyczajonej kotki.
- Co ty odwalasz, ziomek? - warknął męski głos. Był to jeden z tych dwóch misjonarzy, w swej fizjonomii tak dalece pospolity, że aż wymykający się wszelkim opisom. Jedyne co mogłem o nim stwierdzić, to że był owłosiony na całym ciele oraz, że posiadał wąsy.
Pierwsze słowa wyrwały resztę towarzystwa z katatonii i pociągnęły za sobą istną lawinę.
- Zgaś to gówno! - krzyknęła jakaś kobieta.
- Pojebało cię? - interweniował ktoś inny. - Co się tak gapisz, człowieku?
- Zdejmuj portki i gaś światło – zaśmiała się grubaska, a Woody Allen zawtórował wieprzowym rechotem.
- Dołączaj albo wypierdalaj – dopowiedział aryjczyk.
Gdybym był trzeźwy, pewnie machnąłbym ręką na znak rezygnacji, sypnął kilkoma brzydkimi słowami, po czym prędko opuścił pokój. Jednak tego wieczora miałem już w swoich żyłach zbyt wiele goryczy, irytacji oraz wina, by tak po prostu się poddać.
- Nie znam was. - wydusiłem z siebie – Nie wiem kto was wpuścił do mojego mieszkania, choć mam pewne podejrzenia.
Wszystkie oczy powędrowały ku mojej twarzy, przybierając wyraz tępego niedowierzania.
- Tak czy siak, możecie już iść – dodałem po chwili.
Dziwiło mnie, że odnalazłem w sobie aż tak wiele opanowania. Nawet głos mi nie zadrżał, gdy wypraszałem tych ludzi. Jedynie ręce zaczęły lekko dygotać, ale w porę schowałem je do kieszeni. Determinacja, na jaką właśnie się zdobyłem, nie należała do części składowych mojego charakteru. To raczej alkohol, spożyty w nadmiarze, był odpowiedzialny za tę nagłą anomalię. Albo sama Ula. Albo pustka po utracie jej córki. Albo pustka dopełniona Ulą oraz francuskimi winami. Cholera, mój mózg naprawdę tracił rozeznanie w temacie własnego jestestwa.
- Ruchy, ruchy! - krzyknąłem, widząc, że towarzystwo jest wciąż niepewne. Imitowałem przy tym głos typowego dresiarskiego neandertalczyka, który żąda, zapalczywie i dobitnie, choć właściwie nie wie, o co w tym wszystkim chodzi.
Golasy zaczęły podnosić się z podłogi. Co niektórzy prychali lekceważąco, inni posyłali nienawistne spojrzenia. Aryjczyk zapakował swojego nazistowskiego fiuta do spodni, po czym zagadnął dziewczynę z warkoczem. Zaproponował, by przenieśli zabawę do jej mieszkania. Część towarzystwa podjęła temat z ożywieniem, inna zareagowała żachnięciem i rezygnacją.
- Bez sensu jeździć teraz za Warszawę – skwitował gorzko Woody Allen, wyczołgując się spod pływającego brzucha swojej kochanki.
Wąsacz-misjonarz długo zwlekał z wyciągnięciem prącia z rozbebeszonej przed nim rudej kobiety. Z głową wykręconą niemal za plecy, obserwował cały pokój wzrokiem pełnym rozpaczy. W końcu jego partnerka sama zaczęła wyślizgiwać się spod owłosionego korpusu, wyciągając ręce po leżącą nieopodal bieliznę. Wąsacz najpierw przeszkadzał w zakładaniu stanika, potem uczepił się majtek, nie pozwalając, by przeciągnęła je przez uda. Dopytywał „czy dokończą w kiblu”. W odpowiedzi rudzielec zaniósł się sardonicznym śmiechem.
Wkrótce po orgii nie było już śladu. Nawleczone ubrania pozbawiły rozpustników całego anarchistycznego animuszu. Wyglądali teraz jak praworządni, bezimienni obywatele, zmierzający w praworządnym, choć bezsensownym kierunku. Opuszczali pokój jeden po drugim, ostentacyjnie nie patrząc mi w oczy. Tylko samotna brunetka skarciła mnie ostrym spojrzeniem i słowem.
- Jesteś pajacem – stwierdziła, przechodząc przez próg.
- Jestem pajacem – zgodziłem się.
Trzasnąłem drzwiami. Byłem nareszcie u siebie, sam na sam z własnymi sprawami. Zdjąłem kurtkę i cisnąłem nią w kąt pokoju, nie bacząc na to gdzie upadnie. Położyłem się na łóżku. Marzyłem o tym, by jak najszybciej zasnąć. We śnie moje istnienie miało szansę skurczyć się do niewidzialnych rozmiarów, wręcz przybrać postać bakterii, którą gros świata ludzkiego zna jedynie z pobieżnych wzmianek zahukanych belfrów. Proces uzyskiwania świętego spokoju to jakby robienie na złość własnemu ciału i społeczeństwu - jeśli nie udaje się snem, ani wolą, można już tylko samobójstwem.

Niedługo potem zauważyłem na prześcieradle wymowne białe plamy i powróciła we mnie wściekłość. Z pewnością to nie mój organizm sprokurował te brudy. Zbadałem wnikliwie całą pościel, a irytacja rosła z każdą chwilą. Kołdra i poduszki utytłane były gęstą siatką ludzkich maziaj, tworzących coś na kształt mapy niedosięgłej galaktyki. Podobnie jak w przypadku Drogi Mlecznej, kształt i układ plam stanowiły kronikarski zapis niedawnych wydarzeń. Kosmos śmierdzący obecnością człowieka. Zgniłe towarzystwo postanowiło przemianować mój cichy azyl w najpodlejszy dark room.
Resztki nadziei na błyskawiczny zjazd wyparowały w ciągu kilku sekund. Poczułem tętno pulsujące na szyi, zaś przypieczone uszy wychwyciły zgrzyt zaciśniętych zębów. Było jasne, że nie dam rady zasnąć, więc wstałem z łóżka. Podążyłem w stronę serca imprezy. Na przemian mieliłem pod nosem słowną ohydę i gnębiłem szczękę groźnymi skurczami. Miałem ochotę kogoś pobić, najchętniej Lukasa.

W progu pogroziłem palcem gimnazjalistkom, traktując je jako symboliczne przedstawicielki ogółu.
- Wara od mojego pokoju! – rozkazałem, przekrzykując hałas.
Dziewczyny zareagowały debilnym śmiechem, w którym wyczułem sporą dawkę rezerwy. Mój poważny, pryncypialny ton bawił je pewnie tak samo, jak dźwięki dobywające się z gardeł ich zatroskanych ojców.
Znów przeciskałem się przez tłum. W mieszkaniu panowała nieznośna duchota. Odory potu, lakieru do włosów, ostrych perfum mieszały się ze słodkomdłymi nutami alkoholu oraz palonej trawy. Całość mieszanki scalał dym papierosowy, przenikający przez ściany, meble i ludzkie organy, niczym mityczny eter. Lekko otępiały, dobrnąłem wreszcie do kuchni, gdzie dostrzegłem Lukasa.
Muzyka momentalnie przygasła, co wprawiło imprezowiczów w lekkie poruszenie. Przerwa w transmisji trwała jednak tylko kilka sekund. Narcystyczne pierdy Nicolasa Jaara ustąpiły miejsca równie narcystycznemu Apparatowi. Mury naszego wynajmowanego mieszkania na nowo zadrżały od uderzeń rozszalałej membrany, a dodatkowo zostały wzbogacone o jęki i piski. Imprezowicze podzielili się na adoratorów chilijskiego złotego dziecka oraz wyznawców niemieckiej sceny techno. Teraz rzucali się sobie do gardeł albo wyszarpywali myszkę od komputera, chcąc ją pożreć rękami.
Zanim Lukas zdał sobie sprawę z mojej obecności, ciągnął jeszcze przez dobrych kilka minut swój popisowy występ – ten, który rezerwował jedynie dla pięknych słuchaczek.
- W kluczowej scenie, nad którą pracuję – opowiadał z uroczystym podnieceniem – wszystko ma być kurewsko surrealistyczne, a zarazem obciążone nieubłaganymi zasadami realizmu. Czy to się wzajemnie wyklucza? Tak i nie. Jeśli znacie wczesne filmy Polańskiego, to wiecie, że jedno z drugim można ze sobą łączyć. Tyle, że ja wcale nie zamierzam kopiować Polańskiego. Chcę nawet pójść o jeden krok naprzód.
Trzy czy cztery dziewczyny słuchały tej opowieści z napięciem, ponadto jedna z nich iskrzyła się przed Litwinem, posyłając mu wymowne, poddańcze spojrzenie. Była chyba gotowa na wszystko i nic sobie nie robiła z szerokiego męskiego ramienia, z którego właśnie zwisała. Właściciel ręki również zdawał się być zauroczony monologiem mojego sublokatora. Z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi wargami, pochłaniał każde jego słowo.
- Czyli, jak mówiłem, facet już przeczuwa, że niebawem spotka go coś niedobrego. Nie ma tylko pojęcia jak i kiedy – ciągnął Lukas – więc lezie do swojego mieszkania, by jak najprędzej zabrać stamtąd najważniejsze rzeczy i spieprzyć z miasta. Na parterze otwiera kluczem drzwi frontowe i przytrzymuje je, by idący za nim dziadek nie musiał się borykać z utrudnieniami. Zamiast czekać na windę, wchodzi po schodach. W końcu to tylko dwa piętra. Dziadek pełznie powolnym krokiem w ślad za nim. Męczy się od ciężaru dźwiganych toreb i sapie. Facet po raz kolejny lituje się nad sąsiadem, przejmuje cały jego rynsztunek i teraz to on sapie. Nie spodziewał się, że starszy pan mógł taszczyć coś tak cholernie ciężkiego. Na drugim piętrze sąsiad daje znak, że przybyli na miejsce, a ten robi lekko zdziwioną minę. Znaleźli się dokładnie pod jego drzwiami. Facet nie przypomina sobie, aby kiedykolwiek spotkał dziadka na korytarzu. Wypowiada tę myśl na głos. Staruszek nie reaguje, gapi się w przestrzeń bezrozumnym wzrokiem. Nasz bohater wzrusza ramionami i przekręca klucz w zamku. Jednak zaraz po przekroczeniu progu czuje nagłą iskrę w brzuchu. Upada na podłogę, łapiąc się tam, gdzie go tak strasznie rozbolało. Starzec włazi do jego mieszkania, niespiesznie wsuwa torby do środka, po czym zamyka drzwi. Jak się zaraz okazuje, w bagażach znajduje się sprzęt do zadawania tortur. Nieproszony gość wyjmuje różne metalowe urządzenia i kładzie je na ziemi, tuż pod nosem wijącej się z bólu ofiary.
- A co to była za iskra? - dopytała jedna ze słuchaczek.
- Strzał z pistoletu, takiego z nakręconym tłumikiem – tłumaczył Lukas – albo zastrzyk. Jeszcze nie zdecydowałem, co bardziej tutaj podpasuje.
- Pistolet, zdecydowanie pistolet – ocenił mięśniak.
- Ale jeśli gość miał zostać postrzelony, to chyba niepotrzebne już tutaj tortury? - zaprotestowała jego dziewczyna.
W końcu nie wytrzymałem i zacząłem się głośno śmiać.
Lukas i ta jego nieuleczalna mitomania. Znowu upatrzył sobie frajerów, którym mógł wciskać do woli kity o swojej artystycznej działalności, by zadowolić próżne ego albo po prostu wypełnić przestrzeń własną osobą. A w rzeczywistości był nikim innym, jak smutnym wyrobnikiem, do tego stawiającym pierwsze kroki w wyrobniczej branży.
Organizacja produkcji filmowej miała w sobie taki sam poziom wyrafinowania, jak kierowanie taśmą w fabryce groszku. Mimo to sam fakt uczestnictwa w tym czymś, co zawierało „film” w opisie, w zupełności wystarczał Lukasowi, by budować wokół siebie aurę ekskluzywnej niesamowitości. Chyba nikt z jego znajomych nie zdawał sobie sprawy, jak pusta i licha była ta konstrukcja. Mało kto wiedział też, że Lukas był zwykłym leniem, nie wywiązującym się z obietnic składanych samemu sobie. Nie pracował, unikał staży, asyst w studenckich produkcjach czy w czymkolwiek innym, co wymagało większego wysiłku. Jedyne co mu naprawdę dobrze wychodziło, to imprezowanie, wymyślanie fantazyjnych historyjek oraz podrywanie kobiet. Żył na koszt bogatych rodziców, co miesiąc przelewających na jego konto sporą dawkę litewskich euro. I był mistrzem w dziedzinie marnotrawienia tych środków. Po każdym przelewie przeistaczał się w rozpuszczone książątko, które nie miało w zwyczaju odmawiać sobie czegokolwiek. Zapraszał laski na koniak do Bristolu, odziewał się w pretensjonalne szmaty z Vitkaca, kupował sobie kolejne zegarki, słuchawki, ajfony, jeździł taksówkami na Pragę, by zdobywać zapasy najprzedniejszej kolumbijskiej kokainy. A kilka dni później nagle odkrywał, że brakuje mu kasy na opłacenie studiów albo czynszu i udawał się do mnie z prośbą o pożyczkę.
Gromki śmiech przebił barierę imprezowego harmidru i ujawnił moją obecność. Lukas rozpromienił się, jakby właśnie spotkało go coś dobrego. Ruszył przez tłum, z szeroko rozpostartymi ramionami, by po chwili wyściskać mnie boleśnie. Jego próżność była tak dalece posunięta, że aż rozczulająca. Zupełnie jakby cierpiał na nowotwór, a wszyscy dookoła mieli go żałować. Momentalnie zapomniałem, że jeszcze przed chwilą miałem ochotę strzelić faceta w pysk.
- A więc wyfrunęła, ptaszyna? - ni to stwierdził, ni zapytał.
- Chyba przywlokłeś tu wszystko, co miałeś na fejsie - zmieniłem temat.
- Ach tak... - zamyślił się, gładząc swój gęsty zarost – Wybacz, stary. Zupełnie nie ogarnąłem, że to już dzisiaj. Ile to minęło, miesiąc, dwa miesiące? Od tak dawna nie spałeś w domu, że już zdążyłem przyzwyczaić się do mieszkania w pojedynkę. Nabrałem nowych nawyków. Zacząłem doceniać samotność.
- Świetnie sobie radzisz – oceniłem, wskazując dłonią ludzkie kłębowisko, otaczające nas ze wszystkich stron. Lukas buchnął śmiechem, który okazał się zaraźliwy.
- Twoi goście zapaćkali moje łóżko spermą – W moim tonie powróciło coś na kształt urazy.
- O rany, a nie wiesz kto kogo pieprzył? - Zdawał się być szczerze zaciekawiony.
- Chyba wszyscy wszystkich. Ale nie w tym rzecz, do kurwy nędzy!
- Wiem, wiem, kajam się – wystękał komicznym, przesłodzonym głosem. – Nie miałem intencji podnosić ręki na świętość twojego masturbatorium. Bóg mi świadkiem, że przedtem definitywnie zabroniłem wchodzić do tamtej przeklętej jaskini.
- Bóg? - Złapałem go za słowo.
- Lepiej chodź na wódkę – uciął pojednawczym tonem.

Przepchaliśmy się do kuchennego blatu, na którym pełno było różnorakich alkoholi. Przechyliliśmy po kieliszku żołądkowej gorzkiej, a po chwili poprawiliśmy kolejnymi dwoma. Znów spłynęła na mnie radosna nietrzeźwość, nakazująca spojrzeć na ludzkość przychylniejszym okiem oraz zapomnieć o sobie samym.
Goście Lukasa formowali się w małe grupki, podchodzili do gospodarza, by wymienić z nim kilka nieistotnych, krotochwilnych uwag, po czym znikali, ustępując miejsca kolejnym turnusom. Przypominali zorganizowaną wycieczkę, dla której czynność zwiedzania była równie istotna jak utrzymywanie łączności z przewodnikiem.
Piłem kolejne wódki i coraz śmielej adorowałem życie. Rzeczywistość traciła swą - rzekomo niezbywalną - ostrość. Kontury twarzy i obiektów przyoblekały miękką, przyjazną formę, a wszechobecne kolory mieszały się ze sobą w ekstatycznym rytmie.
Z zaciekawieniem obserwowałem upite lesby, które w nagłym szaleństwie rzuciły się ku sobie na środku kuchni. Wzajemnie obmacywały sobie krocza, wymieniały pocałunki i obraźliwe epitety.
Zewsząd otoczył mnie taniec mlaszczących języków, palców, podrygujących tyłków, a także klekot śmiesznych, rozochoconych jadaczek. Poświęcałem sporo energii wyścigowym manewrom oczu, a i tak nie byłem w stanie nadążyć za zmieniającymi się obrazami. Lukas wciąż coś do mnie mówił, lecz nie potrafiłem się na tym skupić. Ja również ględziłem coś w tym samym czasie, choć nie miałem pojęcia o czym. Byłem już bardzo pijany.
Jeden z ostatnich wyraźniejszych obrazków, jaki udało mi się zarejestrować tuż przed zapadnięciem mroku, to brunetka pijąca wódkę przez moje ramię. Spleceni w pozie „na bruderszaft”, wygadywaliśmy jakieś straszne bzdury na temat polskiej tradycji oraz koncepcji polskości w ogóle. Głębia naszych analiz nie wykraczała poza muł polonezów, wąsów, karpi świątecznych, Stadionu Dziesięciolecia oraz panującego tam królestwa nielegalnych dóbr kultury. Kątem oka dostrzegałem wtedy Lukasa, wtryniającego język w usta swojej niedawnej słuchaczki. Jej chłopak musiał się do tego czasu ulotnić albo dyplomatycznie usunąć w cień.
Poczułem mdłości, a zarazem pijaną chuć.

IV.

Znów miałem sen o Emilii w samolocie. Tym razem perspektywa była inna, zmieniło się też kilka elementów historii. Nie pilotowałem tego samolotu, lecz podróżowałem jako zwykły szarak, razem z pozostałymi napalonymi szarakami. Kiedy ktoś podszedł do dziewczyny i silnym szarpnięciem powalił ją na podłogę, natychmiast zanurkowałem pod siedzenia. Zdjęty paraliżującym strachem, obserwowałem mężczyzn z bezpiecznego dystansu. Poruszali się w sennym, lecz zdecydowanym rytmie. Zrywali z Emilii ubrania, policzkowali, kładli się pomiędzy jej nogami i osiągali swą egoistyczną przyjemność. Wszystkie te czynności wykonywali w niesamowitym skupieniu, z powagą i w odświętnym milczeniu. Pomijając hipnotyczny szum samolotu, jedyne dźwięki wydawała z siebie Emilia. Rozdzierała gardło, zaś jej zwilgotniałe, bezbronne łono odpowiadało przejmującym pluskiem. Natomiast sperma skapywała bezszelestnie. Lądowała na brzuchu, twarzy, nawet w jej oczach, szeroko rozwartych z przerażenia.
Ze wstydem skonstatowałem, że mam erekcję. Co więcej, czułem wzbierającą we mnie ekstazę. Mój penis pęczniał, pulsował, wybijał rytm rozszalałego serca. Zapragnąłem uwolnić się od tej ohydy, a zarazem nie potrafiłem powstrzymać żądzy orgazmu, coraz silniej napierającej na wnętrzności. Chciałem się czegoś złapać, czegokolwiek, co odwróci uwagę od koszmaru Emilii oraz rozkoszy, na którą nie miałem prawa sobie pozwolić. Ścisnąłem poręcz fotela tak mocno, że z napiętych knykci wytrysnęła krew. Chwilę potem dziki jęk wyprowadził mnie ku jawie.

W rzeczywistości trzymałem w dłoni jakąś pulchną, damską rękę. Ta natomiast masowała mojego penisa, niespiesznie, coraz wolniej. Spomiędzy jej palców skapywała gęsta, lepka zawiesina. Ze sporym opóźnieniem dotarło do mnie, że był to wytwór moich własnych jąder.
- Myślałam, że zdążę jeszcze na niego wskoczyć – stwierdził mocny, roześmiany głos.
Prędko przeniosłem spojrzenie z krocza na twarz dziewczyny. Miała szeroką szczękę, opuchnięte, ciekawskie oczka i krótkie, krwistoczerwone włosy. Wydała mi się monstrualnie wielka, odpychająca w swym lesbijskim anturażu. Nie pamiętałem jej z imprezy, tak jak również nie byłem w stanie przypomnieć sobie mojej drogi do łóżka, ani tym bardziej decyzji o odbyciu tej wędrówki.
- Strzelasz jak nastolatek – śmiała się nadal.
- Spałem – wyjaśniłem nietrzeźwo, z niejasnym przeczuciem, że właśnie uwikłałem się w jakąś przykrą intrygę.
- Miałeś zamknięte oczy, ale nie wyglądałeś na śpiącego – chichotała.
Prychnąłem, dając znak, że niby rozumiem o czym do mnie mówi. Dławiły mnie kacowe suchoty i niepokoje, a przy tym koszmarnie kręciło mi się w głowie. Próbując zakotwiczyć spojrzenie na linii jej oczu, pozwalałem wirować całej reszcie twarzy. Wraz ze zwalistym, nieznajomym cielskiem wokół mojej głowy obracały się pościele, łóżko, drewniany parkiet, ciuchy na podłodze.
Powstrzymałem mdłości i stanąłem na niepewnych nogach. Rozglądałem się bez celu po pokoju, próbując unikać natarczywego wzroku mojej kochanki. Doprawdy, kochanki? Do licha, nie miałem już siedemnastu lat. W imię czego pozwoliłem sobie na tak daleko posuniętą degrengoladę, by pić bez żadnej kontroli, aż do łopoczącego blanku po urwanym filmie? Czułem nadchodzący atak paniki. Nigdzie w okolicach łóżka nie zauważyłem zużytej prezerwatywy. Jeśli rzeczywiście kochałem się z tą lesbą, zrobiłem to bez jakiejkolwiek refleksji w temacie przyszłości.
Dziewczyna skrzywiła się z politowaniem, jakby wychwytując tok mojego rozumowania.
- Wyluzuj, kolego – uspokajała – bo zaraz ci coś pęknie ze stresu.
Wczorajsza pewność siebie trafiła już do lamusa. Byłem zawstydzony i zdegustowany jednocześnie, a oba te uczucia dało się pewnie wyczytać z mowy, czy raczej bełkotu skacowanego ciała.
- Jestem wyluzowany – odparowałem butnie, bez najmniejszego sensu.
- Jeśli to dla ciebie ważne, między nami nic nie było – stwierdziła beznamiętnym tonem – Uchlałeś się do tego poziomu, że aż cały byłeś poziomy. Musiałam pomóc twojemu koledze w dowleczeniu cię do łóżka. O tej godzinie już prawie nikt nie był w stanie chodzić o własnych siłach. A jak wreszcie upadłeś na poduchę, to wkręciłeś sobie fazę, że musisz mnie przelecieć. Lukas szybko wyszedł, a ty uczepiłeś się moich cycków i ciągnąłeś na siebie. Drażniłeś mnie jakimiś kretyńskimi słówkami po niemiecku. Zapewniałeś, że razem zrobimy karierę w porno-biznesie. To było nawet śmieszne. W końcu padliśmy tutaj razem, jedno na drugim. Ostatnie co pamiętam to twoją rękę w moich spodniach. Zasnęliśmy chyba dokładnie w tej samej chwili, bo nad ranem wyciągałam paluchy z tego samego miejsca, gdzie je pożegnałam.
- Przepraszam – wystękałem z trudem. - Wczoraj przesadziłem niemal w każdym możliwym aspekcie.
- Pierdol się! – krzyknęła, buchając śmiechem. - Powinieneś raczej podziękować, zważywszy na ten mały gratis sprzed chwili.
Nie odpowiedziałem. Uśmiechnąłem się tylko i miałem wrażenie, że był to uśmiech idioty po lobotomii.
- Nic do ciebie nie mam, ani, mam nadzieję, ty do mnie – podsumowała. - Poproszę o ręcznik, mydło i zaraz mnie tu nie ma – dodała ze śmiechem.

Niedługo potem siedzieliśmy w kuchni, gdzie Lukas delektował się poranną porcją umysłowego onanizmu. Wyciskając cytrusowe owoce, które następnie mieszał z wódką i podawał wszystkim obecnym, snuł opowieści na temat swojego ambitnego filmowego projektu.
W kolejnych rozdziałach urojonego scenariusza główny bohater był wywożony z miasta w formie kolekcji plastikowych toreb. Wszystkie dotychczasowe emocje sygnalizowane w licznych, ledwo napoczętych wątkach nagle zamarły w oczekiwaniu. Zaskoczony widz domagał się wyjaśnień, dopowiedzeń, a przede wszystkim wymierzenia sprawiedliwości. Zamiast tego otrzymywał chłodny zapis kryminalnych czynności, wykonywanych przez niedawnego kata. Niepozorny starszy pan, po rozczłonkowaniu zwłok oraz podzieleniu ich na szereg równych pakunków, przystępował do żmudnego wynoszenia toreb z miejsca zbrodni. Nosił je jedną po drugiej i umieszczał w przestronnym bagażniku multipli, którą przedtem zaparkował pod blokiem. Każdy jego ruch emanował monolitycznym spokojem, a nawet pewną dozą znudzenia. Przypominał najzwyklejszego muła roboczego, uwikłanego w ciężką, nieciekawą pracę.
Nikt nie okazywał zainteresowania. Oprócz mnie i anonimowej grubaski, w kuchni przebywała jeszcze brunetka, ta sama, którą Lukas uwiódł wczorajszej nocy. Tym razem i ona wydawała się być zajęta czymś innym, niż słuchaniem. Z miną udręczonej winowajczyni, popijała wódkę, którą gospodarz serwował na śniadanie. Raz po raz krzywiła się z niesmakiem i wyglądała tak, jakby miała zaraz rzucić pawia na stół.

Obie dziewczyny szybciutko wyparowały z mieszkania. Brunetka wyszła lekko halsującym, niezbornym krokiem, nie obdarzając Lukasa choćby spojrzeniem. Natomiast tłustej niby-lesbie, której zawdzięczałem poranny wytrysk, z pewnością nie można było odmówić dobrych manier. Pocałowała mnie na pożegnanie i wcisnęła do ręki swoją firmową wizytówkę.
- Jeśli będę mogła coś dla ciebie zrobić, odezwij się – wyszeptała z szelmowskim uśmieszkiem.
Zgodnie z tytułem, który ozdabiał jej personalia, była kierowniczką w jakimś bliżej nieokreślonym przedsięwzięciu o charakterze filmowym. Podziękowałem, chyba całkiem szczerze i przyjaźnie. Zresztą, rozbawiła mnie ta rozmyślna tandeta, którą wypowiadała na pożegnanie. Miałem przeczucie, że jeszcze się spotkamy.

Kierowany zamiarem jak najszybszego stłumienia kaca, wróciłem do kuchni, by pożreć podwójną ilość wszystkiego, co tylko mieliśmy w zapasie. Zjadłem zatem podwójny bekon z dwoma jajkami, połknąłem podwójny ibuprom, zapijając go podwójną wódką oraz podwójną, cholernie mocną kawą. W głowie wciąż mocno szumiało, ale czułem zbliżającą się ulgę. Podwójna podwójność powoli docierała do skołowanego, nadwyrężonego od toksyn systemu i pobudzała do życia.
Sublokator darował sobie dalszy ciąg egzaltowanego monologu. Na szczęście rozumiał, że bierne fantazjowanie dla samego fantazjowania nie ma szans rozbudzić we mnie ciekawości, a ponadto może wywołać wrogość.
Palił papierosa za papierosem i obserwował jak jem. Robił to z milczącym rozbawieniem, które mocno mnie irytowało. Choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że na kacu miewam skłonności ku nadmiernemu rozdrażnieniu, nie potrafiłem okiełznać nadchodzącego wybuchu. Zapytałem, co go tak bawi, a oblokłem to trzęsiączką ramion oraz sążnistą „kurwą”.
- Wyglądasz teraz jak typowy wykolejeniec – stwierdził rzeczowym tonem. - Taki, którego kobieta kopnęła w tyłek już całe wieki temu, a on wciąż nie może się otrząsnąć.
Żachnąłem się, nie odrywając wzroku od talerza.
- Mimo to – ciągnął dalej – gratuluję wyboru. Te grubsze i mało efektowne laski zazwyczaj okazują się lepszymi kochankami, niż najostrzejsze, wytapirowane szprychy. Moja zdobycz była śliczna, sam przyznasz, ale w łóżku – totalna porażka. Nawet nie wiesz ile wysiłku kosztowało mnie podniesienie donga do pionu. Leżała przede mną, jak kawał zimnego mięsa, bez śladów życia wewnątrz. Pstrykała naiwnymi, podpitymi oczkami i biernie czekała, aż... - roześmiał się nagle – aż wykonam cały seks! A kiedy podstawiłem fiuta pod jej brodę, to...
- Daruj, Luki, ale mam dość – zaprotestowałem. - Jeśli musisz gadać, mów o czymś błahym i leciutkim. O pogodzie, na przykład. Albo o Robercie Lewandowskim.
- Widziałeś się wczoraj z Ulą, prawda? - wypalił nagle odmienionym tonem.
Nie odpowiedziałem. Westchnąłem tylko z rezygnacją i zatopiłem wargi w kubku kawy.
- Musiałeś przecież oddać klucze od chaty Emilki – dedukował. - Mogłeś je dać Uli albo siostrzyczce, ale stawiam na Ulę.
- Czy to ma jakieś znaczenie? - parsknąłem.
- Żadne. Po prostu byłem ciekaw czy cię bzyknęła.
Stężałem na twarzy. Ewidentnie dałem się Lukasowi zaskoczyć.
- Ona chyba nie przepuści żadnej okazji, czy jak się to mówi... - Jego twarz pojaśniała od radości. - W każdym razie pamiętam dobrze, co się działo, gdy po raz pierwszy zostałem z nią sam na sam. Ta kobieta jest zepsuta do samego szpiku. Każdy facet w jej otoczeniu automatycznie staje się celem do zdobycia. Obiektem seksualnym. Takim bezrozumnym kutasem, pozbawionym wolnej woli, chęci decydowania. Do tego bezustannie potrzebuje sobie coś udowadniać. Poza pieszczeniem własnej wartości, chodzi tutaj o fetysz władzy albo chorobę psychiczną. Uwielbiam takie laski.
- Oddałem klucze – stwierdziłem zimno, chcąc prędko zamknąć niewygodny wątek. - Następnie pocałowałem ją w policzek i wyszedłem. Być może nie jestem równie pociągającym typem jak ty, a może nie kręcą mnie stare kobiety.
- Rozumiem – stwierdził miękko. - Ale nie uwierzę, że z tobą nie flirtowała. Że przynajmniej nie spróbowała. Dla niej to coś w rodzaju uzależnienia. Uwodzi z mentalnej konieczności, nawet w takich chwilach, gdy nie ma szczególnej ochoty na dupczenie, a gość nie jest w jej guście.
- Wystarczy – zaprotestowałem. - Wiem do czego zmierzasz i, wierz mi, nie chcę tego słuchać.
- Nie zabrała cię nawet do kina? - rechotał – a po wszystkim nie padały prośby byś o tym zapomniał, po prostu skasował ze swojej głowy? Od niej albo od córeczki?
Pamiętałem szereg aluzji i niedomówionych plotek, z których wynikało, że Litwin przez pewien czas sypiał z Ulą. Miało się to dziać na długo przed tym, zanim przedstawił mnie mojej przyszłej-byłej dziewczynie. Ponoć było to odpowiedzią na odrzucenie, jakie spotkało go ze strony Emilii. Tak przynajmniej sugerowała ona sama. Dziś jednak nie byłem już pewny niczego, nawet tego czy w istocie Lukas dostał od Emilii kosza. Kto wie, może przeszedł tę samą drogę, co ja? Dał z siebie zrobić okresową zabawkę, a potem szaleńczo poszukiwał ukojenia?
Poczułem nagły przypływ zazdrości. Nigdy nie przyznałbym się przed Lukasem, że uległem tej samej żądzy, która niegdyś spotkała jego samego, lecz w moim wypadku napotkała zdecydowany odpór. Jeśli Ula rzeczywiście oddawała się desperackiej, nałogowej nimfomanii, to wczorajsze zerwanie zalotów stanowiłoby ogromną ujmę wobec mojej męskości, wręcz potwarz.

Wziąłem długi, gorący prysznic. Przez chwilę koiła mnie wizja spłukiwania wszelkich brudów, które tak boleśnie uciskały moją głowę. Do odpływu poleciała ułuda utraconej miłości i koncepcja miłości sama w sobie. Za nią poszły edypowe fascynacje, hałasy gasnącej imprezy, tańczące usta, penisy, cipy. Jako ostatni zmyłem obraz grubej dziewczyny, usłużnie doprowadzającej mnie do szczytu. Kiedy myślałem o tym wszystkim naraz, moje wnętrzności drżały z obrzydzenia. W ciągu jednego długiego dnia dowiedziałem się o swoim życiu wielu nowych rzeczy, ale żadnej z nich nie chciałbym poświęcić choćby najdrobniejszej luki w pamięci. Byłem ludzką ohydą. Łażącą po świecie, mówiącą, oddychającą powietrzem. Kloaką, która nagle uzyskała samoświadomość.

Opuściłem mieszkanie w histerycznym tempie. Nie zmierzałem w żadnym konkretnym kierunku, po prostu nie mogłem już dłużej znieść obecności sublokatora albo siebie samego pośród tych wstrętnych, odrapanych ścian, które przypominały o lichości mojego żywota. Pełzłem gniewnie przed siebie, roztrzepując śnieg i starając się nie skupiać wzroku na jakimkolwiek konturze, kolorze, ani tym bardziej mijanych twarzach.
Wkrótce dopadła mnie poważna zadyszka. Przystanąłem na moment, pokasłując donośnie. Nie wiadomo kiedy znalazłem się na Placu Wilsona. Otoczony tłumami radosnych rodzin, blaskami szyldów i wyziewami kebabów, próbowałem wyrównać oddech, a zarazem obmyślić jakiś powód dla dalszej wędrówki.
Jedyne co przyszło mi w tej chwili do głowy to Kuba z opowiadania Hłaski. Zagubiony pijak, gdy nie wiedział co ze sobą zrobić pośród sromoty miasta, szukał możliwości wypicia kawy. Chciał wierzyć, choćby przez jedną chwilę, że kawa odwiedzie go od myśli o alkoholowym nałogu. Ja z kolei najchętniej uciekłbym przed samym myśleniem. Wbrew wszelkim ożywczym funkcjom przypisywanym kawie, siorbałbym ją dla samej czynności siorbania. Wprowadzałbym siebie w delikatny letarg o charakterze orientalnym i uwalniał od ciężaru rejestracji, analizy, refleksji.

Skręciłem zatem w Suzina, gdzie mieściła się jedna z moich ulubionych żoliborskich knajpek. Z ogromną ulgą przywitałem kompletnie puste wnętrze, w którym panowała świątynna cisza.
Znikąd pojawiła się drobniutka kelnerka. Wyrwała do mnie z kartą dań w ręce oraz z plastikowym uśmiechem, deformującym jej ładną, pogodną twarz.
Złożyłem zamówienie jeszcze zanim zdążyła się odezwać. Skinęła głową, po czym zawróciła gniewnie na pięcie. Jej powrotowi do kuchni towarzyszyła niewymowna gracja, ale i lekka wzgarda (zapewne nie traktowała zbyt poważnie kogoś, kto zamiast steków, szparagów oraz butelek win zamawiał głupią filiżaneczkę kawy). Choć planowałem rozprawić się z kiełkującą we mnie erotomanią, nie potrafiłem oderwać spojrzenia od jej szczupłych małych nóg, opiętych w cieniutki nylon. Z jaką rozkoszą zsuwałbym te rajstopy i wiódł dłonią po gładkiej, bladej skórze.
Kilka minut później, gdy głupia filiżaneczka przywędrowała już do mojego stołu, otrząsnąłem się z cichej fantazji o rozbieraniu kelnerki. Z bliska dziewczyna robiła niekorzystne wrażenie. Miała coś wrednego w oczach, a ponadto drażniła uszy piskliwym, wręcz skrzeczącym głosikiem.
Zanim sięgnąłem po upragniony wywar, wyciągnąłem z kieszeni telefon, do którego nie zaglądałem od poprzedniego wieczora.
I nagle cały plan kawowej medytacji trafił szlag. Krew zapulsowała mi w skroniach, a w ustach zrobiło się całkiem sucho. Odkryłem, że o drugiej w nocy, czyli mniej więcej wtedy, kiedy przechylałem bruderszafty z jakąś anonimową alkoholiczką, otrzymałem esemes od Uli. Jego treść brzmiała następująco:
- WRACAJ.
Niejako bezwiednie i wciąż nie odrywając wzroku od tego jednego słowa w telefonie, uniosłem wskazujący palec wysoko do góry. Wredna kelnerka przydreptała do mojego stolika bez jakiegokolwiek entuzjazmu. Zamówiłem czystą whisky.

V.

Najpierw długo biłem się ze słowami. Wystukiwałem długą litanię tłumaczeń, pełną odwołań do wyrozumiałości, do zdarzeń o charakterze nadrzędnym, nieplanowanym, do czystych i niczym nieskalanych intencji. Kasowałem kilka kolejnych tekstów z rzędu, coraz bardziej niezadowolony ze swoich umiejętności komunikacyjnych.
Marny był ze mnie pisarz i jeszcze marniejszy pokutnik. Nie dość, że miałem trudność ze złożeniem klarownego, pełnego zdania, to jeszcze nie potrafiłem przekazać banalnej informacji, takiej jak: „owszem, wciąż mam na ciebie ochotę”.
Po dopiciu szkockiej odezwał się jednak pewien szmer męskiej buty. Uznałem, że daruję sobie rozwlekłe opisy, a motyw podrażnionej chuci ukryję pod osłoną chamskiej prostoty:
- Spałem. Daj znak, a wrócę.
Wiadomość wysłałem z impulsywnym przekonaniem o słuszności tej drogi, lecz już sekundę później dopadł mnie strach. Czy aby nie przeszarżowałem? Czy nie naraziłem się na śmieszność?
W głowie zamajaczyły mi wczorajsze wywody Uli na temat pewności siebie, co trochę mnie uspokoiło. Ale tylko trochę. Gdy dopijałem alkohol, zauważyłem, że moje dłonie drżą.

Odpowiedź w końcu nadeszła. W międzyczasie zdążyłem wrócić do domu, wypić kilka kolejnych drinków, obgryźć dwa rzędy paznokci, zakląć przed lustrem i po raz milionowy w życiu nazwać siebie debilem. A teraz klikałem w pomarańczową kopertkę, czując raptowny chłód w trzewiach.
Zaprosiła mnie do kina na Hożej, na godzinę dwudziestą. Esemes był równie krótki i rzeczowy, jak ten, który sam do niej wysłałem. Nie miałem ochoty na film, ani tym bardziej na randkowanie w tym stylu. Trudno też było mi zrozumieć czemu Ula decydowała się na takie zagranie. Mimo to, spróbowałem odegnać od siebie wszelki sceptycyzm. Ruszyłem w drogę.

Taksówkarz wysadził mnie przed jedną z tych odrapanych, przedwojennych kamienic, na jakie można jeszcze natrafić w Śródmieściu. Dawna, leniwa elegancja fasad gryzła się z badziewnymi szyldami współczesnych zakładów usługowych. Poza tym – nic. Zatoczyłem kółko w miejscu, aż mój wzrok uwiązł na nazwie ulicy oraz przypisanej do niej numeracji. Z pewnością nie mogło być mowy o pomyłce kierowcy. Już zacząłem podejrzewać Ulę o robienie ze mnie głupka, gdy facet w taksówce opuścił szybę i wyjaśnił, że kino znajdę w podwórzu.
- Baw się pan dobrze – rzucił na odchodne.
Przeszedłem przez bramę, mijając spoconego tłuściocha, którego spojrzenie zamrażało oblodzony chodnik. Pocąc się w samym środku zimy, wyglądał jak ktoś, kto przed momentem dokonał cichej zbrodni. Zrobiłem kilka kolejnych kroków, a moje niepewne zdziwienie przeobraziło się w zwykłą dezorientację. Zamiast wielgachnego kinowego neonu zastałem kameralne, betonowe podwórko. W jego rogu znajdowały się niewielkie drzwi, a obok nich tabliczka z dziwnym logotypem oraz informacją o godzinach otwarcia. Z podpisu pod nazwą lokalu wynikało, że w istocie było to kino. Ale na pewno nie takie, jakiego się spodziewałem.

Przekroczyłem skrzypiący próg i stanąłem naprzeciw okienka, będącego czymś w rodzaju parodii kasy biletowej. W pokoiku o metrażu bankomatu siedziała znudzona staruszka. Rozwiązywała krzyżówkę, popijając herbatę z wielkiego kubka, ozdobionego ręcznie wykonanym napisem: „super babcia”.
- Wejście kosztuje trzydzieści. Panie wchodzą za darmo. Prostytucja nie będzie tolerowana – poinstruowała chropowatym głosem, ani przez chwilę nie odrywając wzroku od uprawianej szarady.
Zapłaciłem bez słowa, po czym udałem się w głąb przybytku.

Zewsząd ogarnął mnie półmrok i smród tanich fajek, przemieszany z wonią ludzkich wydzielin. Po kilku niezgrabnych krokach zmysłowe rozkosze zostały wzbogacone o odgłosy kopulacji. Szedłem przed siebie z kołaczącym sercem i pustym, przestraszonym wzrokiem, niczym pionier-astronauta, eksplorujący nieznane terytorium. Znalazłem się na dusznej planecie, cuchnącej spermą, potem, uryną, cholera wie czym jeszcze.
Wlazłem do niewielkiej salki, oświetlonej projektorem oraz ognikami papierosów. Był tam jakiś tuzin krzesełek, a na kilku z nich wierciły się pokurczone ludzkie figurki. Przystanąłem w ciasnym holu. Przerzuciłem spojrzenie na ekran. Wyświetlano pożółkłego, niemieckiego pornosa sprzed kilku dekad.
Blondynka o spiczastych piersiach mlaskała jaskrawoczerwonymi wargami i przesuwała swój korpus w kierunku kanapy. Po szybkim cięciu montażowym widać było już tylko żeński srom rozpychany przez gigantycznego penisa, a także krople spermy, ściekające po udzie. Facet i kobieta krzyczeli na przemian „schlampe”, „scheiße” i „phantastisch“, zaś muzyka tła sugerowała, że deux ex machina rzuciła ich nagle w epokę baroku. Chwilę później zauważyłem, że mam do czynienia z czymś w rodzaju montażu atrakcji, bo kolejne cięcia zmieniały nie tylko nastroje, ale także scenografie oraz twarze bohaterów. Szatynki o wilczych obliczach szarpały prącia umięśnionych młodzieńców w mundurach, a ci zawodzili cienkimi głosami. Grube staruszki przyjmowały na swoje biusty strumyki nasienia. Piegowate nastolatki stękały przed dyndającymi, żylastymi penisami, powtarzając: „spritz!“.
Jedno z krzesełek zaskrzypiało donośnie, a jaśniejszy moment w filmie ujawnił fragment widza; jego spocone czoło oraz sflaczały narząd, z którego wydobywały się resztki tego, po co tutaj przyszedł. U jego stóp klęczała kobieta, łapiąca się wymownym gestem za usta. Próbowała jednocześnie powstrzymywać torsje i mocno pracować grdyką, by przełknąć ciało obce, które wylądowało w jej przełyku. Facet szybko wciągnął spodnie, po czym momentalnie ulotnił się z sali. Ani razu nie spojrzał za siebie, nie złapał kontaktu wzrokowego ze swoją kochanką. Kobieta niespiesznie przeniosła tyłek z podłogi na krzesełko. Poprawiła gęste czarne włosy, następnie, jak gdyby nigdy nic, oddała się dalszej lekturze filmu.
W tym czasie na ekranie znów nastąpiła zmiana. Plan ogólny, ukazujący pryszczatą dziewczynę w towarzystwie brzuchatych filozofów, przeszedł nagle w zbliżenie. Do wielkoformatowej cipki swój akces zgłaszały dwumetrowe męskie paluchy. Drażniły wargi sromowe i coraz śmielej zagłębiały się do wnętrza. Towarzyszyło temu przeciągłe damskie skandowanie: „Ja! Ja! Ja!“, nadające drętwemu widowisku odrobiny dramatyzmu.

Dziwny pornos musiał mieć siłę hipnozy, ponieważ nie zanotowałem faktu, że w korytarzu nie stoję już sam. Obok mnie znalazła się wysoka postać o ostrym makijażu i nieprzenikliwie ciemnych włosach. Kątem oka dostrzegłem puste krzesełko, więc było jasne, że to ta sama, która przed momentem obsłużyła statystycznego obywatela.
Z bliska sprawiała kuriozalne wrażenie. Niby promieniowała seksem, pewnością siebie czy czym-tam jeszcze ze słownika dam wyzwolonych, ale w drżących oczach czaiło się coś w rodzaju bojaźni albo zwykłego szaleństwa. Poza tym sama konstrukcja jej czaszki była niepokojąca; wysokie czoło i mocno ciosane rysy twarzy, z przesadnie wyeksponowaną brodą.
Wsunęła mi rękę do spodni, dotknęła penisa, po czym, opierając piersi o moją szyję, rozpoczęła masturbację. Naprzemiennie odciągała i zaciągała napletek, aż do momentu, gdy narząd wypełnił się pierwszą dawką krwi. Wtedy do akcji dołączyła jej druga ręka. Delikatnie ścisnęła żołądź, po to, by ta pierwsza kontynuowała masowanie wzdłuż całej długości. Robiła to z dużym znawstwem. Mogłaby prędko sprokurować wytrysk, gdyby nie to, że po chwili odezwała się do mnie męskim głosem.
- Zdejmij gatki i daj mi to zrobić jak należy – zachęcał niski, basowy głos – Chcesz, to się spuścisz gdzie tylko masz ochotę. Na twarz, do buzi, a może na moje nowiutkie cycuszki?
Dałem gwałtownego susa do tyłu, zaś trans wycofał ręce ze spodni. Sytuacja była na tyle zaskakująca, że utraciłem zdolność mówienia.
- Rozumiem – stwierdził z wyraźnym rozczarowaniem. Następnie odwrócił się na pięcie i raz jeszcze podreptał w stronę krzesełek.
Odruchowo ruszyłem w innym kierunku, by nie stać dłużej w jednym miejscu i nie wyglądać jak pensjonariusz Tworek, któremu skonfiskowano papierosy.

W swoich fantazjach erotycznych nigdy nie miałem okazji brać na warsztat jakiegokolwiek wątku gejowskiego czy transgenderowego. Natomiast w tej chwili bodaj po raz pierwszy w życiu uderzyła mnie myśl o międzypłciowej uniwersalności samego fellatio.
Gość brandzlował penisa po mistrzowsku. Sam był posiadaczem takiego narządu, więc doskonale dobierał odpowiednią technikę oraz tempo. Gdybym zgodził się na obciąganie, pewnie przeżyłbym coś wielce zaskakującego, zupełnie nieporównywalnego z dotychczasowymi doznaniami. Co mnie powstrzymywało w tej kwestii? Wszakże wargi i gardła mają takie same właściwości u każdej płci. A jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że kochanek będzie przypominał kochankę?
Jak tylko odegnałem od siebie chaotyczne myśli na temat kulturowych barier i nawyków, powróciła poprzednia narracja. Ta, która sprawiła, że w ogóle znalazłem się w tym kretyńskim porno-kinie. Choć wszystko dookoła wydawało się dostatecznie surrealistyczne, ewentualność spotkania Uli w takim miejscu przyprawiała o ciarki na plecach. W gruncie rzeczy chciałbym, aby ta historia okazała się jedynie zabawnym nieporozumieniem, po którym nie pozostanie nic oprócz wartkiej, towarzyskiej anegdoty.

Polazłem w głąb lokalu, gdzie natrafiłem na dwie kolejne salki. Tym razem ludzi było więcej. W pierwszym pomieszczeniu puszczano anglojęzyczny film, zdecydowanie nowszy, niż te niemieckie gnioty, które zostawiłem za sobą. Dało się to poznać po ręcznej kamerze cyfrowej, fatalnej reżyserii oraz praktykach, uprawianych przez aktorów. Zgodnie z duchem czasów, obraz był na tyle brutalny, by aż otrzeć się o obrzydliwość.
Filigranowa dziewczyna leżała plecami na łóżku, odchylając głowę ku podłodze. Grupka umięśnionych drabów doskakiwała do niej jeden po drugim i przepychała członkami rozdziawione wargi. Z kącików ust dobywała się gęsta ślina albo sperma, zaś oczy spływały łzami, potem i makijażem. Aktorka uderzała otwartymi dłońmi o pośladki facetów, niejako w panicznej prośbie o zaprzestanie dalszych tortur.
Uważnie rozejrzałem się po widowni. Przebywało tu od kilku do kilkunastu facetów w różnym wieku (choć przeważali ci po pięćdziesiątce), a każdy z nich trzymał w swojej łapie mniej lub bardziej wyprostowane prącie. Miałem na widoku anatomiczny przekrój społeczeństwa. Na froncie grube, dumne kikuty obok pomarszczonych, zmęczonych chucher lub krótkich, lecz ambitnych spryciarzy. W tle długie, stanowcze pały, a za nimi przygarbione, niepewne swego losu, fiutki.
Gość siedzący najdalej był chyba reprezentantem zahukańców. Akurat przesunął dłonią o jeden ruch za daleko i głośno stęknął. Wytrysnął w powietrze kilkoma długimi nitkami, co spowodowało nagły zwrot wszystkich głów w jego kierunku. Nasienie lądowało na odsłoniętym, owłosionym brzuchu, a także na policzku onanisty. Towarzystwo zapomniało na chwilę o filmie i oddało się podglądaniu cudzej rozkoszy, tym razem realnej. Nie było wśród nich matki mojej byłej, więc poszedłem w kierunku ostatniej sali.

W tym miejscu było trochę inaczej. Żadnych krzesełek, ani projektora. Za to kłębił się jeszcze większy tłum samców, niż w poprzednich pokojach. Mężczyźni ustawieni byli na planie ciasnego koła. Prawie każdy z nich świecił gołym zadkiem i majstrował ręką przy sobie samym. Kiedy sforsowałem tę ludzką zaporę, moim oczom ukazały się dwie zdezelowane maty, rzucone na brudną podłogę.
Pierwszą z brzegu zajmowała brzydka, ogolona na łyso nastolatka. Klęczała przed tłustym facetem, który wyglądał tak, jakby właśnie wyskoczył z biurowca na krótką, regeneracyjną przerwę. W jego łydkach walały się spodnie od garnituru. Wielki brzuch dyndał pomiędzy połami rozpiętej marynarki i pasiastej koszuli. Głowa dziewczyny podpierała ten ciężki bebech, a jednocześnie pochłaniała malutkiego penisa, otoczonego gęstym włosiem. Tłuścioch sapał donośnie, splatając serdelowe paluchy na potylicy partnerki. Dociskał czaszkę do miednicy i mocno pracował pośladkami, które zdawały się być wyrzeźbione z ekspresowej galaretki.
- Jedź ją, chłopie, jeb ją w ryj – pokrzykiwał ktoś w tłumie.
- Kończ już, gościu, bo nie trzymam - warczał ktoś inny.
Każdy komentarz był natychmiastowo nagradzany rubasznym śmiechem reszty widzów. W pewnej chwili z ludzkiej obręczy wyrwał się jakiś wątły studencina o urodzie Raskolnikowa. Podbiegł do łysolki i próbował pokonać zasłonę brzucha, oddzielającą go od upragnionych ust. Przegrał te zapasy. Gruby biznesmen nie dał się odciągnąć od swojej zdobyczy; pompował dalej, w nieprzejednanym, jednostajnym tempie, jedynie umacniając supeł z paluchów. W przypływie frustracji chłopak przylgnął do pleców dziewczyny. Zacisnął dłonie na jej malutkich piersiach i zaczął ocierać członka o wystające kosteczki kręgosłupa. Po chwili wrzasnął, co wprawiło salę w jeszcze większe rozbawienie. W tym czasie łysolka oparła się o kolana biznesmena, po czym odepchnęła go z całych sił. Facet położył łapsko na czubku jej głowy, uniemożliwiając szybki odwrót. Tyle dokładnie potrzebował, by opróżnić zawartość swoich jąder, rozpryskując nasienie po łysej czaszce, umalowanych na fioletowo powiekach oraz nosie.
Nastąpiły gromkie brawa, gwizdy, radosne przekleństwa. Dziewczyna krzywiła się ze wstrętem, raz po raz spluwała na podłogę.
Przeniosłem spojrzenie na drugą matę, a moje serce doznało raptownej arytmii. U stóp onanizujących się facetów dostrzegłem Ulę.

Leżała na wznak i słodziła oczy do muskularnego nastolatka, który penetrował ją we wściekłym tempie.
Chłopak wylewał z siebie siódme poty, zaś jego młodociana, czerwona gęba zdawała się grozić rychłą eksplozją. Szaleństwo, jakie emanowało z niego przy każdym ruchu, można by przypisać byle prawiczkowi, który po raz pierwszy uzyskał dostęp do kobiecego łona. A jednak dźgał te łono już od dłuższego czasu i w tej materii wcale nie zamierzał składać broni. Z pewnością miał już spore doświadczenie z kobietami, choć oznaczałoby to pewnie, że swoje życie seksualne inaugurował jako dziecko, ledwo odrosłe od gleby.
Ula wyglądała jeszcze bardziej kusząco, niż poprzednio. Dostojną twarz wykrzywiał nieznany mi dotąd grymas rozkoszy, który przydawał jej odrobiny wulgarności, a ponadto upodabniał do jej córki. Dziwiło mnie to, że na gładkich policzkach nie dało się dostrzec przejawów kaca po wczorajszym chlaniu. W istocie musiała dysponować zdumiewającą formą, bo w jej wieku chyba żaden kosmetyk nie dałby rady wytworzyć wrażenia świeżości i zdrowia. Wcześniejsze podejrzenie o paktowaniu z diabłem stawało się coraz bardziej prawdopodobne.
W przeciwieństwie do towarzyszki z sąsiedniej maty, była roznegliżowana jedynie częściowo. Odsłonięte, gładkie uda kontrastowały z luźną kiecką zarzuconą na brzuch. Materiał, zasłaniający większą część ciała, podsycał ciekawość i żądzę. Ta sama historia wiązała się z piersiami, opiętymi w ciasnym, push-up'owym biustonoszu. Niby schowane, a jednak tak mocno wpadające w oko.
Oddychała szybko, ale nie wydawała z siebie żadnych dodatkowych jęków czy pisków. Uśmiechała się łagodnie, jakby w wyrazie zachęty do dalszych trudów. Chłopak zaś sapał, stękał i niemal popłakiwał w czasie tej wycieńczającej gimnastyki.

Co ciekawe, większość widowni lokowała swe podniecenie raczej w nastoletniej brzyduli, niż u podstarzałej piękności, ujeżdżanej przez młokosa. Dwa pierwsze wytryski, jakie przed momentem dziewczyna przyjęła na swoje ciało, spowodowały istną lawinę reakcji. Teraz faceci szarpali się ze sobą o pierwszeństwo, skomleli jak psy, doskakiwali do łysolki i w zapamiętaniu oblepiali ją swoim cuchnącym jestestwem.
Nasienie skraplało głowę, twarz, kościste ramiona. Ściekało po piersiach oraz wytatuowanych kolanach, na których mocno zaciskała dłonie. Chwilami sperma plamiła również mężczyzn, którzy przypadkiem znaleźli się na linii strzału, ale nikt nie miał do nikogo pretensji. Widocznie stopień podniecenia był zbyt wysoki, by tracić czas i energię na podobne błahostki. Okrąg zamykał w sobie już tylko nastolatkę. Z każdą chwilą zdawał się zwężać, gęstnieć, aż zupełnie pożarł tę nikłą osóbkę. Zza plątaniny tyłków słychać było tylko jej cykliczne westchnienia, przeplatane ciągłym charkaniem, pluciem i siorbaniem nosem.
Na podłodze, daleko za kłębowiskiem, siedział zaś Raskolnikow z luźno zwieszonymi ramionami. Zrezygnowanym, przyciszonym głosem nawoływał towarzystwo do porządku:
- Panowie, bardzo proszę, po kolei. Nie wszyscy na raz.
Cała scena robiła na mnie piorunujące wrażenie. Z jednej strony miałem coś w rodzaju powtórki z mrocznego snu o Emilii w samolocie, gwałconej zbiorowo przez zgraję wygłodniałych dzikusów, z drugiej – matkę Emilii, rozkładającą nogi w obliczu tych wszystkich wstrętnych ludzi. Od natłoku absurdu zachciało mi się śmiać, rzygać, a jednocześnie uciekać jak najdalej stąd. Znów nie potrafiłem podjąć szybkiej decyzji, a przy tym po raz kolejny padałem ofiarą jakichś pokręconych obsesji, z których istnienia dotąd nie zdawałem sobie sprawy. Wszystkich ludzi w tej sali trawiły różne formy seksualnej aberracji, ale ja sam nie stanowiłem wyjątku.

Nasze spojrzenia skrzyżowały się po raz pierwszy. Musiałem wyglądać, jak debil, który dał z siebie zrobić jeszcze większego debila. Wzięty z zaskoczenia, miałem trudność z sygnalizowaniem własnych odczuć. Przypuszczalnie powinienem być zły, zazdrosny, spragniony krwi lub kobiecego ciała. Ale moja mina nie mogła wyrazić nic poza przeraźliwą umysłową pustką. Ona zaś promieniowała szczęściem, okupionym gorączką pracowitego chłopca. Jej wargi złożyły się do niemej obietnicy:
- Zaraz twoja kolej – zapewniała po cichu, zaś długie rzęsy łopotały kokieteryjnie.
- Podoba ci się? Naprawdę? Ta stara? – zapytał ktoś z boku.
Spojrzałem w bok i rozpoznałem znajomego transa. Gość miał przetrąconą perukę, poszarpaną kieckę oraz nieopisany smutek w oczach. Uniosłem ramiona na znak zdziwienia.
- Nie łudź się, że z nią pobzykasz. Nadęta laska, zawsze przychodzi z jakimś prywatnym jebaką – wyjaśnił. – I zawsze z nim wychodzi. Lokalsi to wiedzą. Już się nie ślinią.
Nie komentowałem tych rewelacji. Nadal gapiłem się na matkę Emilii, kopulującą z bezimiennym licealistą na brudnej macie, która przypominała te, jakich niegdyś używało się na wuefie w szkołach.
- A jednak trzeba przyznać, że wie jak się ustawić – westchnął z rozmarzeniem – Poniża tych swoich chłopaczków, drażni ich, wykorzystuje, a oni i tak do niej ciągną. Zupełnie jak takie wierne, wygłodzone pieski.
Ostrożnie położył dłoń na moim kroczu. Nie protestowałem. Byłem w tej chwili sobą, czyli kimś, kto nie wie co się dokoła dzieje, ani co z tym wszystkim zrobić.
- Mam na imię Kama, a ty masz wzwód, jak pałac kultury – stwierdził tonem rzeczoznawcy - czy dasz mi się wreszcie tym zająć?
Odepchnąłem rękę, nie wykazując większych emocji, ani nie odzywając się słowem. Trochę tak jakbym odstraszał natrętnego owada, przed którym nie trzeba się z niczego tłumaczyć. W dalszym ciągu śledziłem poczynania Uli.
Kama prychnął lekceważąco.
- Poczekaj parę lat, a zobaczysz... - zasyczał gniewnie do mojego ucha – Urośnie ci brzuch, spuchnie buzia, fiutek oklapnie, a twoja frustracja tylko spotężnieje. Będziesz ciągle łaził po takich miejscach jak to, może nawet gorszych. Będziesz wypatrywał jakiejkolwiek szansy na szybką ulgę albo chociażby pocieszenie. Wtedy jednak nie napotkasz już kogoś równie wyrozumiałego i chętnego, jak ja. Karma ci dojebie. Przekonasz się.
Trącił mnie lekko ramieniem i ruszył do wyjścia. Ktoś z towarzystwa próbował go zatrzymać.
- Kamilek, nie spuścisz się na tę śliczną dziecinę? Nie? Przecież wygląda zupełnie jak facet!
Trans nawet nie podniósł głowy. Znikając w czeluściach sali projekcyjnej, wyglądał żałośnie. Jak przygarbiony, zmurszały strach na wróble, który zamiast straszyć, budzi tylko politowanie. O dziwo, przez krótką chwilę odnajdywałem w sobie coś na kształt współczucia. Odprowadziłem Kamę spojrzeniem, po czym natychmiast o nim zapomniałem. Myślami i wzrokiem powróciłem do sedna spektaklu.

Dzieciak nagle przyspieszył, choć byłem pewien, że szybciej pieprzyć się nie da. Tym razem zdołał wprawić Ulę w jęk, a ponadto sam do reszty utracił rezon. Zawodził płaczliwie, jakby to jego penetrowano.
- Zaraz kanciaju, proszę pani – beczał z kanciastym rosyjskim akcentem.
- Jeszcze nie – upomniała go autorytatywnym tonem, jednocześnie nie rezygnując z pojękiwania.
Jego pośladki wciąż jurnie klaskały, ale twarz stygła w trwodze, niczym pompejańskie wspomnienie po człowieku.
- Nie dam rady, seriozno... - błagał, przykładając spocone czoło do jej czoła.
- Jeszcze nie – odparła głośno, stanowczo.
Zatapiała pieszczotliwą dłoń w jego włosach, wodziła paznokciem po plecach. Niespiesznie, wbrew obranemu tempu i na przekór szalonemu oddechowi.
- Trochę wiary – dodawała po chwili, jakby ugodowym tonem.
I ni stąd ni zowąd jej zdawkowy jęk przerodził się w wycie. Ula wreszcie osiągała spełnienie.
- Proszę pani, ciszyna, proszę ciszej... - skamlał oszołomionym głosem – bo zwariuję.
- Teraz – wydukała, ciężko dysząc – Możesz skończyć.
Chłopak próbował wyplątać się spomiędzy jej nóg, ale ta powstrzymała go wymownym uciskiem palców na pośladkach.
- U mienia niet priezierwatiwu! - krzyknął ostrzegawczo.
- Możesz skończyć – powtórzyła, tym razem patrząc prosto na mnie. Nieprzytomne, rozkoszne spojrzenie promieniowało dumą, jakimś bezczelnym zadowoleniem z siebie.
Momentalnie przywarł ustami do włosów kobiety, a ramieniem silnie oplótł jej szyję. Wrzeszcząc, zdawał się nie widzieć, że przydusza kochankę. Oczy Uli przybrały krwistą barwę i przez chwilę przypominały szklane kulki, które nigdy nie zaznały rozumnego żywota. Cały ciężar swojego ciała rozłożył na jej ciele, z wyjątkiem tyłka, ciągle jeszcze podskakującego w furiackim rytmie. Zadał kilkanaście, może kilkadziesiąt finalnych pchnięć, po czym zapłakał, tym razem dosłownie. Przez chwilę jego ciało zdejmowały konwulsje, skurcze, potem pojedyncze szarpnięcia. W końcu wszelki ruch ustał.
Ula brała głębokie wdechy. W jej oczach znów zajaśniała pijana radość.
- Koniec – szeptał przestraszonym, zapłakanym głosem – Zakancił wnutri.
- Bystra uwaga – chichotała do jego ucha.
Szybko się otrząsnął i wyciągnął członka z jej wnętrza. Wraz z główką srom opuściła gęsta biała struga. Chłopak położył się przed jej rozpostartym, pieczołowicie wygolonym kroczem. Nie bacząc na kanibalistyczne konotacje, związane ze smakowaniem własnego nasienia, przystąpił do lizania. Ula zacisnęła powieki i odchyliła głowę za siebie. Była gotowa na przyjęcie kolejnej dawki rozkoszy.

W tym momencie miałem ochotę wytrysnąć. Zrozumiałem to ze znacznym opóźnieniem. Podniecenie rosło we mnie już od dłuższego czasu, ale dopiero teraz osiągnęło kryzysowy poziom. Byłem tak nagrzany, że byle ruch nogą, napór materiału spodni na penisa mógł spowodować nagły wypadek. Po raz drugi w życiu liczyłem sobie dwanaście lat.
Odwróciłem się do Uli plecami i powolutku ruszyłem ku wyjściu. Moją głowę dręczył szum, który z każdą chwilą przybierał na intensywności. Przechodząc obok posmutniałego Raskolnikowa, zauważyłem, że wokół nastolatki zrobiło się dużo luźniej. Zasób napalonych samców był już chyba na wyczerpaniu. Przy dziewczynie męczył się teraz jakiś przykurczony, kościsty staruszek. Pochylony nad jej głową, maltretował swojego sflaczałego penisa o intensywnie fioletowym odcieniu. Reszta facetów oddalała się dokądś chybcikiem lub zbijała w mniejsze grupki i prowadziła żywe dyskusje. Kilku gości wciąż zawzięcie szarpało prącia, kotwicząc obłąkane spojrzenia na twarzy dziewczyny, choć ewidentnie spuścili się raptem chwilę wcześniej. Łysolka wyglądała marnie. Oblepiała ją sperma, pot, rozpłynięty tusz. Jej głowa zwisała z karku, a z ust wyciekała zawiesista ślina. Była teraz ucieleśnieniem współczesnego pornosa. Poczułem raptowny niepokój. Wiedziałem, że za chwilę zrobię coś, co nie mieści się w mojej naturze.
Stanąłem naprzeciw dziadka, pielęgnującego wspomnienie po wygasłym libido. Drżącymi rękami odpiąłem pasek, a następnie opuściłem spodnie. Ostrożnie odkleiłem bokserki od napiętego członka i wziąłem go do ręki. Nagłe obnażenie zredukowało poziom napięcia, ale tylko odrobinę. Wciąż byłem gotów wystrzelić w dowolnym momencie.
Przed oczami błyskały mi ekstatyczne obrazki; twarze naiwnej Emilii oraz jej zepsutej matki. Przeźrocza mieszały się z innymi, szczątkowymi kadrami. Pulsująca sperma, napięte penisy, rozwarte cipki, wściekłe ręce, bezwolne nogi, podarte nylony. Wszystko to wirowało i brudziło krawędzie mojego wzroku, jak w rozpędzonym blenderze. W przypływie szaleństwa sięgnąłem po lepką brodę dziewczyny. Uniosłem ją lekko do góry i napotkałem nieprzychylne, rozpaćkane spojrzenie.
- Już chyba dość na dzisiaj – wydukała słabym głosem.
- Maja! - odezwał się głos za moimi plecami – kończymy to?
Głos należał do Raskolnikowa, tego samego, który jeszcze niedawno wzywał zebranych do zachowania kultury osobistej.
Nie chciała odpowiedzieć albo nie potrafiła zebrać myśli. Gapiła się na mnie tępym wzrokiem, zaś jej zwiotczałe ciało popadało w kołysanie.
Palcami zasugerowałem, by otworzyła usta. Rozchyliła je nieznacznie, co podpaliło mnie do reszty. Wślizgnąłem się po języku i staranowałem migdałki. Doznałem wreszcie upragnionego ciepła oraz towarzyszącej mu wilgoci. Choć Maja nie była w moim typie, spuściłem się od razu. Orgazm był na tyle silny, że aż utraciłem panowanie nad sobą. Powaliłem dziewczynę na matę i przez kilka sekund nacierałem kroczem na jej głowę, tak jakbym miał do czynienia z waginą. Strzelałem raz po raz, a każdy wytrysk odreagowywałem mocnym dźgnięciem w gardło.
- Puszczaj ją, zwyrolu – krzyknął Raskolnikow.
Maja zaczęła się krztusić i piszczeć. Gdy z jej nosa wybiła sperma, resztkami sił uwolniła głowę z uwięzi moich ud. Rzuciła głowę na bok, raptownie potworniejąc na twarzy. Po sekundzie puściła wodnistego pawia i obróciła się na brzuch. Popadła w cichy płacz.
Zerwałem się z gleby, szybko ubierając spodnie. W skroniach pulsowało mi od przerażenia, dłonie popadły w chaotyczny dygot. Miałem kłopoty z zasunięciem rozporka. Staruszek, który od dłuższego czasu pracował nad swoim wzwodem, dał się ponieść emocjom. Opadł nagle na bezwładne ciało i próbował włożyć miękkiego penisa do pochwy. Obecni na sali skomentowali to smętnym śmiechem. Raskolnikow zepchnął faceta na bok i przytulił do siebie chlipiącą Maję, która sprawiała wrażenie umierającej.
- To był błąd, Majeczko, nie powinniśmy byli tego robić – stękał – wracajmy na stancję.
Rozejrzałem się dookoła i odkryłem, że większość towarzystwa karci mnie wzrokiem. Patrzono na mnie jak na kogoś, kto wtargnął niezaproszony na imprezę, tylko po to, by ją zepsuć. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Mój żałosny występ musiał stanowić wyraz jakichś głęboko skrywanych frustracji. Do adrenalinowego oszołomienia dołączyły zawroty głowy. Chciałem prędko opuścić ten parszywy lokal, jednak otępienie skierowało mnie w przeciwnym kierunku. Podszedłem do Uli, wciąż czerpiącej radość z minety.
Rzuciła mi rozbawione spojrzenie.
- No i powiedz, coś ty najlepszego zrobił? - zagadnęła ni to oburzonym, ni słodkim głosem.
Jej młody kochanek oderwał usta od waginy i obrócił się za siebie. Duże błękitne oczy pobiegły po mojej czaszce. Przypominał potulną, bezbronną maskotkę, która poraża wszystkich swoją naiwnością. Tyle tylko, że na wargach tej maskotki połyskiwał kobiecy śluz.
- Kim on jest? - zapytałem twardo, a mój ton był zaskakujący nawet dla mnie. Dało się w nim usłyszeć akcenty zazdrości czy wręcz pretensji.
- Ma na imię Wład – wyjaśniła bez chwili zastanowienia. - Pamiętasz Irinę, która sprząta dla Emilki? To jej synek. Od paru dni czuję w sobie misję szerzenia nauki wśród młodzieży.
Wsunęła dłonie we włosy chłopaka i zmusiła go, by spojrzał w jej roześmiane oczy.
- No i szto, Wład? - chichotała – Źle ci ze mną na naukach?
- Dobrze, proszę pani – potwierdził bezmyślnie.
- Masz jakieś problemy – burknąłem.
- I kto to mówi – zaśmiała się głośno, po czym momentalnie spoważniała - Planowałam dziś poznać was ze sobą i obu zaspokoić – ciągnęła dalej – Miałam ochotę na prawdziwą orgię. Rozumiesz, dwóch młodych byczków kontra wyposzczona, starsza pani. Ale wyszło, jak wyszło – dodała z przekąsem.
- Wychodzę i wiedz, że więcej nie chcę mieć nic wspólnego z tobą, ani twoją rodziną – wycedziłem gniewnie.
- No i znowu! - krzyknęła – Po raz kolejny częstujesz mnie tą samą ckliwą ciotodramą.
- Ja? - zaprotestowałem momentalnie, choć teraz już trochę przywiędłym tonem.
- Twoje rozhisteryzowanie jest męczące nie tylko dla ciebie samego, wierz mi. A te ciągłe boksowanie się z własnymi kompleksami? Pewnie myślisz, że ludzie odbierają to jako zachętę do współczucia. I dobrze myślisz! Tyle tylko, że nikt nigdy nie ma na to ochoty.
Wciąż tkwiłem w miejscu. I drżałem, niczym ofiara stopklatki na kasecie VHS.
- Weź wrzuć na luz – kontynuowała - i przystopuj z emocjami, bo w końcu wyrządzisz sobie jakąś poważniejszą krzywdę. Ja naprawdę dobrze ci życzę. Czy tak trudno w to uwierzyć?
Odsunęła od siebie Włada, po czym powoli podźwignęła ciało z maty. Otrzepała zwiewną suknię, poprawiła włosy. Zrobiła dwa kroki naprzód, aż nasze ciała znalazły się naprawdę blisko. Poczułem na sobie dotyk spoconej, lecz dziwnie chłodnej piersi. Jej drobne knykcie musnęły moje udo.
- Pójdziemy się napić? - zapytała z głupia frant.
W oczekiwaniu na odpowiedź, włożyła jeden palec do ust i delikatnie przygryzła paznokieć. Gest był z pozoru błahy i niedbały, ale ja odebrałem go jako wyzwanie na pojedynek.

VI.

Po przebudzeniu długo leżałem bez ruchu. Czułem ogromny ból w tyłku, który nasilał się, gdy tylko ruszyłem nogą.
W myślach starałem się oddzielić realne wspomnienia od mar sennych, ale to z pozoru łatwe zadanie zdawało się wykraczać poza wydolność mojego organizmu.
Wiedziałem na pewno, że poszedłem do porno-kina oraz, że zrobiłem tam rzecz mroczną, wstydliwą albo taką, dla której po prostu brakuje adekwatnego epitetu. Obleśny grymas niesmaku na twarzy łysej nastolatki, który przerodził się w rzyganie, utkwił mi w głowie i drażnił sumienie. Nie byłem tylko pewien, czy ciąg dalszy wydarzeń rzeczywiście miał miejsce.
Błądząc w czasie, odsuwałem od siebie jedno mgliste wspomnienie od drugiego, a na wolne pole przychodziło dziesięć kolejnych. Klocki, które próbowałem układać w logicznym porządku, były ciężkie od skrywanych w sobie wydarzeń, prawdziwych lub nie. Cięższe, niż można się było spodziewać.

Przed oczami przewędrowało mi przepastne mieszkanie Emilii, a w nim ja, Ula i Wład. Na początku wszyscy oddzielnie, lekko spłoszeni, potem z kieliszkami w ręku. Opróżnialiśmy wina z chłodziarki Emilii, na przemian milcząc, rechocząc albo oddając się wahliwym potrzebom mielenia jęzorem.
Przeskoczył jakiś cięższy klocek i zobaczyłem siebie liżącego Ulę po szyi. Jedną ręką dotykałem mięsistego uda. Ugniatałem je namiętnie, ale i z pozorowanym znawstwem, niczym figurant, który nie ma odwagi przyznać, że nigdy wcześniej nie był masażystą. Kciukiem zakradałem się coraz odważniej w kierunku łona, sygnalizując swe oczywiste zamiary. Drugą dłonią muskałem lekko jej policzek, a po chwili, koniuszkami palców, schodziłem ku szyi, barkowi i piersiom.
Emilia preferowała powolność, czułość, delikatność, natomiast jej matka potrzebowała czegoś wprost przeciwnego.
- Weź mnie wreszcie – żądała, odpychając moją rękę.

Tutaj znów nastąpiło tąpnięcie. Przewróciłem się na łóżku z boku na bok, odgarnąłem włosy z zapoconego czoła, przytuliłem do siebie poduszkę. Próbowałem powrócić do obiecującego wspomnienia.
Chronologia wydarzeń uległa zaburzeniu, a pomiędzy klockami zabrakło istotnego spoiwa, ponieważ teraz to Wład obcował z Ulą. „Obcował“ to zresztą mylny eufemizm. On ją zwyczajnie rżnął.
Leżała na klęczkach, na samym środku podłogi w salonie. Chłopak wpijał palce w zaoferowane mu pośladki, jakby manifestując aneksję tej części ciała. Nacierał na Ulę od tyłu i robił to jeszcze brutalniej, niż poprzednio. Z mowy jego ciała można było wyczytać fanatyczne pragnienie rozerwania kochanki na strzępy. Mieszkanie wypełniały krzyki ich obojga oraz wilgotne pluski penetracji.
- Mocniej – ryczała. - Bierz mnie mocniej.
Ewidentnie mocniej już się nie dało. Wład posuwał kobietę w tym samym, wariackim tempie. Jedyne, co mógł uczynić by wyjść naprzeciw jej wygórowanym żądaniom, to zadać ból. Sięgnął zatem po jej długie, jasne włosy i szarpnął gwałtownie. Zawyła dziko, zwierzęco, jak bezbronna szympansica ulegająca hersztowi stada.
Ja w tym czasie popijałem wino prosto z butelki. Podśmiewałem się z nich, ale w głębi ducha czułem chyba coś na kształt zawiści. Byłem zły na tego podlotka. Drażniła mnie ta jego dogłębna pustota skorelowana z niebywałymi warunkami fizycznymi. Był wyrzeźbiony na modłę antycznego bożka. Z rozrośniętych mięśni ramion i brzucha biła ogromna siła, zaś idealne proporcje reszty ciała współtworzyły wrażenie dzieła skończonego, niedościgłego dla większości śmiertelników. Jedyne, co odróżniało go od pięknych starożytnych posągów, to parametry krocza. Penis, którym właśnie zadowalał Ulę, był wielki; opasły w średnicy, przeraźliwie długi. Nawet jądra miał końskich rozmiarów. Starałem się nie ulegać efektowi porównawczemu, ale nie dało się inaczej. Mój fiut był przy nim jak Adamek w starciu z Kliczką.
Gdy śledziłem ekstatyczne ruchy kochanków, miałem ogromny wzwód. Próbowałem to ukryć, bo tak mi nakazywała urażona duma. Wmawiałem sobie, że obojętność jest najpotężniejszą bronią wobec ludzi szczęśliwych. Czułem się gorszy, ale nie chciałem by inni o tym wiedzieli.
Wład ściskał w ręku pukiel włosów, kierując twarz Uli ku sufitowi. Nadal tłukł pochwę w huraganowym rytmie i wciąż nagradzany był damskim zawodzeniem. Jego druga dłoń wchodziła w rolę naćpanego wędrowca. Raz drapał plecy kochanki lub wsadzał palce do jej rozchylonych ust, innym razem dał klapsa ujeżdżanym pośladkom, zostawiając na nich czerwony stygmat, potem błądził ku piersiom i lekko ściskał sutek.
Brak stanika ujawnił pierwszą poważniejszą rysę na cielesnym wizerunku Uli. Jej biust był już niemal całkiem wiotki, jakby uszło z niego całe powietrze. Uczepiłem się tej obserwacji na dłuższy czas. Szukałem w niej jakiegoś ukojenia.

I znów urwany film.
Zdjęty straszliwym niepokojem, po raz kolejny ciskałem się na łóżku i zmuszałem mózg do wytężonej pracy.
W rozchybotanym przebłysku pamięci dostrzegłem szereg obrazków na raz.

Wład spuścił się w Ulę, ale chyba tego nie zauważył. Kłuł ją dalej, sapał, przeklinał po rosyjsku. Sperma wypływała z wnętrza i napotykała całą serię furiackich ciosów. W krótkim czasie nasienie przeobraziło się w coś, co konsystencją przypominało piankę do golenia.

Podłożyłem naprężone prącie pod twarz pijanej Uli. Akurat padła plackiem na glebę po tym, jak dzieciak z nią skończył. Oddychała ciężko, nieregularnie, zupełnie jakby zaraz miała dostać zawału. Jednocześnie wsuwała koniuszek palca w waginę i w okolicach łechtaczki wprawiała go w tasmański wir. Ciągle dzieliła ją daleka droga od całkowitego zaspokojenia.
Stałem nad nią przez dłuższą chwilę, czując na swoich plecach natrętne spojrzenie Włada, który chwilę temu opadł na kanapę, by ze znudzeniem dopieszczać swojego zwiotczałego penisa. Powoli opuszczał mnie animusz, popadałem w zniecierpliwienie albo zwyczajne skrępowanie. Już miałem odpuścić, gdy w końcu dostrzegła moją obecność i zaoferowała rękę. Przesunęła zaciśniętą dłoń od główki do jąder, a potem językiem odbyła odwrotną drogę. Lizała mnie w zwolnionym tempie, bardzo zmysłowo i czule, co chyba przeczyło jej preferencjom. Poczułem raptowną falę gorąca rozchodzącą się po trzewiach. Szybko uciekłem do tyłu, by uniknąć przedwczesnego końca. Ula podczołgała się ku mnie koślawo, niczym żywy trup wietrzący okazję do konsumpcji. Złapała moje łydki, uniemożliwiając dalszy odwrót, po czym wybuchła śmiechem.
- Zakończisz w rot czy w pizdu? – zapytała rozbawionym tonem, pariodiując twardy akcent Włada.
Nie pamiętałem swojej reakcji na prowokację. Pamiętałem za to podskakujące piersi Uli, jej umięśniony tyłek ulokowany między czyimiś nogami oraz wargi sromowe ciasno obejmujące jakiegoś członka.
W kolejnym przebłysku zobaczyłem siebie, ejakulującego w matce Emilii sekundę po tym, jak ta na mnie usiadła. Pierwszy kontakt z rozgrzanymi ściankami pochwy okazał się zabójczy. Kończyłem w przedbiegach, nawet nie zahaczając o zjawisko orgazmu. Przyjemność z wytrysku przypominała ulgę po oddaniu moczu, nic więcej. Mimo to, udawałem, że wciąż jestem w grze i pozwalałem Uli tańczyć nade mną.
Leżałem spokojnie, naprzemiennie masowałem jej brzuch i piersi lub całowałem usta, które raz na jakiś czas zakradały się ku mnie. Ciągle jeszcze czułem ogromne podniecenie, a mój penis stanowił dosłowną ilustrację tego stanu rzeczy. Pomimo rozluźnienia organizmu, jakie nadeszło wraz z roztrwonieniem spermy, erekcja wcale nie zmalała.

I wtedy do pokoju wparadował Lukas, by z właściwą mu brutalnością wybić mnie z toku rozmyślań.
- Koniec z tym branzlowaniem! - wykrzyknął na pełne gardło, imitując generalski tembr głosu. Kopnął przy tym w zwitek ciuchów, który musiałem zostawić na podłodze tuż przed upadkiem na łóżko.
- Już ósma! - obwieszczał chamskim pokrzykiem - Nowy dzień, nowa radość, co? – drwił po chwili, patrząc z ukosa na moją marną, nieprzytomną postać.
Zrozumiałem, że po dwudniowej balandze, której efektem były dwa urwane filmy, musiałem wyglądać nieszczególnie. Natomiast kac nie przysparzał mi większego cierpienia. Właściwie był zredukowany do poczucia ciszy w głowie oraz lęku, wynikającego ze świadomości rujnowania sobie zdrowia.
Powinienem być wdzięczny koledze za tę nagłą inwazję, ponieważ przypomniała mi o obowiązkach. Nastał poniedziałek. Za godzinę powinienem stawić się w Wytwórni Filmów na Chełmskiej i kontynuować płatny staż, jaki ostatnio tam podjąłem. Z kolei późnym popołudniem czekała mnie ćwierć-etatowa praca w drukarni, gdzie aż do nocy będę naświecał blachy poligraficzne.
Oba zajęcia zapewniały mi środki wystarczające na pokrywanie opłat za studia, mieszkanie, wyżywienie, a mimo to nie szanowałem ich tak, jak należało. Wobec każdego pracodawcy starałem się być sumienny, pracowity, lecz z tyłu głowy i tak nieustannie ciążyła mi obecność cynicznego robala, który łaskotał i skrobał po mózgu, obśmiewając iskry biegnące synapsami. Każdemu wysiłkowi towarzyszyło niejasne przekonanie o bezcelowości tych działań. Często trawił mnie strach o przyszłość albo raczej o jej kształt.
Tego dnia bałem się czegoś z goła odmiennego. Co o mnie pomyślą współpracownicy, gdy stanę przed nimi ze spuchniętą, ogorzałą gębą, a do tego nie będę potrafił wykonywać pracy w sposób efektywny? Co jeśli dopadnie mnie wstydliwa trzęsiawka, atak paniki albo delirium tremens?
Lukas w ciągu tygodnia nie miał zobowiązań wobec nikogo. Pewnie dlatego tak bardzo się ucieszył, kiedy obwieściłem, że mam zamiar przebumelować ten dzień. Zaraz po dwóch telefonach, w których informowałem pracodawców o niespodziewanym nieżycie żołądka, sublokator kopiował mój każdy krok po mieszkaniu i z radosną buzią składał szereg ofert towarzyskich. Proponował wypad na kręgle lub bilard z koleżankami, które określał albo jako „chętne“ albo „głupie“. Do wyboru miał również wycieczkę na Pragę, a tam – pewne tajemnicze mieszkanko pełne zepsutych ludzi, nieuznających istnienia poniedziałków. Zapewniał, że moglibyśmy się tam nawciągać bez oporów, a przy okazji poruchać do woli. Niczym fanatyczny natręt z biura podróży, roztaczał przede mną fragmenty i fragmenciki szczęścia, jakie już za krótką chwilę mogłoby otulić moją szarą, politowania godną osobę.
Każdą propozycję odrzucałem bez większego namysłu, choć nie miałem też żadnej własnej koncepcji na spędzenie wolnego dnia. Postanowiłem odegnać od siebie wszelką pochopność. Poszedłem do kuchni, gdzie zasiadłem przy naszym wysłużonym, skrzypiącym stole i oddałem się paleniu papierosów. Wciąż martwił mnie niezrozumiały ból w okolicach odbytu, lecz chwilowo próbowałem o tym zapomnieć.
Lukas szybko do mnie dołączył, a wraz z nim pomieszczenie wypełniły dźwięki bezładnej gadaniny. Po raz wtóry ignorowałem energetyczne opowieści, pełne zaskakujących wątków czy błyskotliwych przemyśleń. Całą uwagę skupiłem na oknie, za którym szumiała woda.

Nocą miasto musiało zostać potraktowane potężną dawką afrykańskiego powietrza, ponieważ po zimie niemal nie było śladu. Choć mieliśmy końcówkę grudnia, niebo było przejrzyste, słońce drżało piekielnie, a wczorajsze śniegi zamieniły się w strumienie i potoki. Pustka, która nawiedziła moją głowę, tym razem okazała się zbawienna. Nie myślałem o niczym konkretnym. Wciągałem dym w płuca, ślepłem od kontaktu z promieniowaniem słonecznym, a jednocześnie zatracałem poczucie łączności z samym sobą. Kto wie, może właśnie wykonywałem pierwsze kroki ku oświeceniu w formie zen.

Lukas podał gorącą kawę, a tym samym sprowokował mój mimowolny zwrot w jego kierunku.
- Tak, jak mówiłem – kontynuował wypowiedź, której początku nie pochwyciłem – już w trakcie pozbywania się zwłok Heniek (bo tak roboczo nazwałem tego bohatera) doznaje symbolicznej reinkarnacji, która każe mu spojrzeć na swój podły żywot z nieznanej perspektywy. Przy wrzucaniu worków do pieca kremacyjnego jeden z nich zahacza o metalowy kant, rozrywa się i ukazuje przerażoną głowę. Heniek długo wpatruje się we fragment denata. Patrzy na jego wygasłe oczy i zaciśniętą szczękę, na garbaty nos oraz tatuaż odbarwiony na skórze szyi. Prosty znak poziomej ósemki, oznaczający wieczność albo nieśmiertelność. Staruszek komicznie naśladuje wyraz twarzy ofiary, a po chwili następuje w nim gruntowna przemiana. Coś w nim pęka. Marszczy się w wyrazie rozpaczy, choć wciąż próbuje nad tym zapanować. Niejako w obronie przed niespodziewanymi emocjami, natychmiast wrzuca resztę worków do pieca, po czym oddala się z krematorium. Przy wyjściu zaczepia go dozorca, a po krótkiej rozmowie między nimi widz już wie jaki jest podstawowy zawód Heńka. Jest szefem tej instytucji. Rozumiesz? - zaśmiał się wariackim, triumfującym tonem – Facet od czarnej roboty jest jednocześnie właścicielem zakładu pogrzebowego!
- Lukas, do cholery... – zaprotestowałem słabym głosem. Oparłem łokcie o stół, a głowę schowałem w dłoniach. Tym razem nie miałem siły, by skutecznie obronić się przed napływem niechcianych miazmatów mózgowych.
- Antek, ty musisz w końcu zrozumieć, że w każdej opowieści musi obowiązkowo nastąpić przemiana. To są żelazne reguły scenariopisarstwa, niezmienne od czasu obrazków o polewaniu wodą ze szlauchu, przez odsiecze Griffitha, sprośne noirowe fantazje, aż po Lorda Vadera, kwilącego o miłosierdziu w godzinie ostatniej. Bohater podły zostaje filantropem. Dobry schodzi na złą drogę. Wyuzdana pinda odzyskuje wiarę w boga i przyodziewa skromny chałat. I tak dalej. Natomiast w moim scenariuszu jest bardzo zły człowiek, który w wyniku niezrozumiałego wstrząsu próbuje zrozumieć ideę dobra. Ale wciąż mu się to nie udaje. Bo wiedz, że w dalszej części historii Heniek będzie próbował zbliżyć się do żony swojej ofiary. Zrobi to po to, by zaoferować jej finansową pomoc albo cokolwiek, co podtrzyma tą biedną kobietę na duchu. Tak to sobie będzie tłumaczył. Jednak kiedy ją pocieszy, mimowolnie uwiedzie, a w następstwie przeleci, dopadnie go myśl, że nie ma rozgrzeszenia dla takich jak on. Zacznie zatem po cichu marzyć o zgładzeniu młodszej kochanki i liczyć na ból, jaki z tego wyniknie. Kolejne umartwienie samego siebie, stanowiące ostatnią możliwą emocję do osiągnięcia za życia!
- Czyli najpierw zabił na zlecenie, a potem zapragnął zabijać za darmo? - podsumowałem zrezygnowanym głosem.
- Zabijał całe życie – podchwycił ochoczo – Mordował bez mrugnięcia okiem, profesjonalnie i bezbłędnie. Nigdy nie poczuł choćby odrobiny zagrożenia wynikającego z tej aktywności. Dotąd nie spotykały go żadne znaki, czerwone lampki, ani cokolwiek innego, co powinno wreszcie sprowadzić typa na ziemię czy odkryć przed nim istnienie świata ludzkich emocji.
W pierwszej chwili zamierzałem posprzeczać się z Lukasem i wykazać błędy logiczne w jego literackim warsztacie, lecz po chwili dopadła mnie niespodziewana gonitwa myśli. Motyw sygnału alarmowego otworzył przede mną kolejne wspomnienia z wczorajszej nocy.

Ula dopiero co oderwała się od mojego ciała. Stała nade mną, upokorzonym na planie krzyża, i przez chwilę oglądała wyciek spermy z łona. Podśmiewała się pod nosem.
- Ciekawe, który z was zdołał mnie zapłodnić? - pytała, kierując rozbawione spojrzenie to na mnie, to na Włada. – Mam nadzieję, że każdemu po trochu, bo od Antka wzięłabym buzię, a od kolegi... No cóż, z pewnością coś większego i bardziej dynamicznego, niż intelekt.
Zachichotałem przez nos, po czym porzuciłem pozycję horyzontalną, by w dobrym humorze poszukać jakiejś otwartej butelki. Za to Rosjanina nie udało się rozbawić.
- Kak eto? - szczebiotał z trwogą, a przy tym trzaskał nerwowo powiekami.
- Spokojnie, malczik – uspokajała tym samym, krotochwilnym tonem – Co się urodzi, to moje. Nawet nie musisz wiedzieć.
- Proszę pani, no o czym wy mówicie? - drążył.
- Mówię o małych, słodziutkich rebionkach, które w fontannach krwi wykluwają się pomiędzy żeńskimi nogami – drwiła coraz bardziej bezczelnie, jednocześnie poklepując swe lekko wystające wargi sromowe.
- No wiedź ja skazał! - oponował – Ja nie sagłasien!
Wład zdawał się być kompletnie zszokowany, w jego zdenerwowanej mowie zaczynało brakować słów w języku polskim. Ula nic sobie z tego nie robiła. Ciągle bawiła się jego kosztem, sugerując, że niebawem z pewnością urodzi dziecko, i że „tym razem będzie to chłopczyk, o którym marzyła przez całe życie“.
Pomimo niechęci, jaką odczuwałem wobec tego posągowego chłopca, miałem już dość znęcania się nad nim.
- Ona robi sobie z ciebie jaja – objaśniłem znużonym tonem – Ona szućit, rozumiesz?
Chyba zrozumiał, ponieważ raptownie ucichł, zaś jego oblicze przestało przypominać burego kundelka, którego jakiś niewdzięcznik porzucił pod lasem.

Niedługo później świat okazywał się jeszcze bardziej zagmatwany. Dopijałem trzecią butelkę wina, a żeby zminimalizować rychłe skutki tego rozpasania, przepijałem alkohol ogromną ilością wody. Przez to łaziłem bez przerwy do kibla, a po każdym powrocie zastawałem w salonie coraz dziwniejszą sytuację. Raz Ula onanizowała się palcami Włada lub siadała na jego twarzy. Innym razem chłopak pocił się na podłodze, wykonując bezsensowne pompki, podczas gdy matka Emilii siedziała na nim jak na ośle. Paliła cienkie zielone Marlboro i liczyła na głos każde skrzypnięcie w stawach osiłka. Ostatnie sikanie, jakie jeszcze pamiętam, zakończyło się bodaj najmocniejszym widokiem.
Rosjanin klęczał na podłodze i z porażającą siłą napastował swoje giętkie przyrodzenie. Tuż przed nim wypinała się Ula. Mrucząc i potrząsając apetycznym tyłkiem, prowokowała do nagłej inwazji, a robiła to nie gorzej niż historyczna Polska współczesną Rosję. Wład osiągnął wreszcie erekcję odpowiednią do penetracji, choć po tylu ejakulacjach zdawałoby się to niemożliwe. Na jego twarzy na nowo odmalowało się orgiastyczne szaleństwo, na którym nie było śladu po niedawnych, niby-rodzicielskich niepokojach. Staranował Ulę bez jakiejkolwiek czułości i już pierwszym dźgnięciem doprowadził ją do wściekłego ryku.
- Ty chuju – wydarła się – Wara od mojej dupy!
Chłopak był obojętny na protesty. Zaciskał dłonie na jej ramionach i w dalszym ciągu wpychał swe niedorzecznie wielkie prącie w zadek kobiety, podczas gdy ta wiła się pod nim, próbując umknąć przed kolejnymi ciosami. Albo Wład wziął sobie do serca żarty, które z niego strojono albo wciąż podejrzewał, że w istocie mógłby spłodzić dziecko z matką Emilii.
Kiedy ponad połowa penisa znalazła się w jej wnętrzu, Ula przestała walczyć. Poluzowała wszystkie mięśnie, jakby w wyrazie bezwarunkowej kapitulacji. Jedynie jej twarz pozostawała boleśnie napięta, a zza zaciśniętych powiek wyciekały łzy. Wład sukcesywnie powiększał zakres posiadania, z każdą minutą zatapiał narząd coraz głębiej i głębiej. Krzyki jego partnerki ustąpiły otwartej rozpaczy. Wyła z czytelnym wyrzutem, jak małe dziecko, które otrzymywało niezasłużone lanie.
Już zaczynałem się zastanawiać czy aby nie jestem świadkiem gwałtu i czy nie należałoby zainterweniować, gdy durny los rozwiązał całą sprawę za mnie.
Nagle ciszę mieszkania rozerwało przenikliwe „trelelele“, które wyemitował domofon. Chłopak odskoczył przestraszony. Ula też szybko wystrzeliła z podłogi, raptownie stając na niepewnych nogach. Chwiejnym, panicznym krokiem popędziła ku drzwiom, po drodze zbierając elementy garderoby. Część dystansu pokonała podskakując na jednej nodze. Wsuwała na siebie majtki i cicho klęła pod nosem.
Kilka minut później dom Emilii odwiedziła Irina. Zanim wdrapała się na trzecie piętro, zdążyliśmy usunąć część śladów po rozpustnej orgii, jaką tutaj urządziliśmy. Kilka pustych butelek zostało kopniętych pod sofy, a szaty na powrót ozdobiły nasze człowieczeństwo. Mimo to, było raczej oczywiste, że o tej późnej godzinie nocnej dwóch młodych facetów nie spotykało się ze starszą kobietą po to, by rozprawiać o polityce czy socjologicznych różnicach między bratnimi narodami. Syn Iriny był cały spocony, twarz Uli znaczyły pociągłe plamy rozmazanego makijażu, ja z kolei nie dałem rady zapiąć wszystkich guzików od koszuli, którą założyłem na odwrotną stronę. Poza tym w całym mieszkaniu śmierdziało alkoholem, tytoniem oraz seksem.
Spodziewałem się krępującej sceny, jakichś pisków, wyzwisk, wstydliwych pretensji, nawet plaskaczy, a jednak wszystko na co zdobyła się Irina to tylko pewien szczególny wyraz twarzy, w którym zawarta była dogłębna pogarda. Sprzątaczka oznajmiła sucho, że zabiera syna do domu. Od środka trawiła ją jakaś forma furii, lecz mocno pracowała nad tym, by niczego nie okazać. Zapewne nie chciała stracić posady.
Wład pokornie przyodział kurtkę i w milczeniu ruszył za swoją mamą, wychodzącą na korytarz. W tym momencie wyglądał na jeszcze większego dzieciucha, niż był w istocie. Aż ciarki mnie przeszły na myśl, że chwilę wcześniej ten sam przykurczony synalek torturował analnie kobietę starszą od jego matki.
Ula na początku zdawała się być lekko speszona. Patrzyła raz na mnie, raz na podłogę, do tego nerwowo przebierała palcami od stóp. A jednak dość szybko odzyskała humor. Rozumiejąc, że w tej delikatnej sytuacji do żadnej dalszej eskalacji już nie dojdzie, przybrała swą naturalną, bezczelną pozę. Irinę żegnała szerokim uśmiechem, a za Władem rzuciła niejednoznacznymi słowami:
- Może jeszcze kiedyś pójdziemy do kina? Kto nie lubi ruchomych obrazków?

Pomiędzy wyjściem Rosjanina, a lądowaniem we własnym łóżku znów zabrakło kilku kluczowych elementów. Pijackie wspomnienia nadal pozostawały pijackie; były nieostre, poszarpane i kompletnie niewiarygodne. Niewykluczone, że wyśniłem te ostatnie sceny, jakie jeszcze udało mi się odnaleźć w głowie.
Matka Emilii oplatała mnie ramieniem i upodlała się świeżo otwartą butelką wina. Znów była naga. Ja też byłem nagi. Dużo mówiła, a jednocześnie ocierała srom o moje udo. W przerwach między łapczywymi łykami alkoholu zdradzała kolejne wstydliwe sekrety na swój temat.
Mówiła, że cierpi na manię, czyli na chorobę afektywną dwubiegunową, a ponadto odwala jej od seksualnego zwyrodnienia, które pogłębia się z roku na rok. Marzyłaby o tym, by wyjechać na długie, oczyszczające wakacje, a tam, zamiast myśleć o ekstazach, szczytach, rozkoszach, czerpać po prostu radość z debilnego widoku starożytnych świątyń, inkrustowanych posążkami. Ale już od dawna nie była zdolna do afirmowania takich drobnych, symbolicznych uciech. Dążyła do skrajności, zderzeń, do głośnych wybuchów. Seks był dla niej zarówno wszystkim, jak i niczym. Pieprzyła się na okrągło, jakby dla uśmierzenia wewnętrznego bólu, a mimo to upragniona ulga nie chciała nadejść. W korowodzie orgazmów ciągle brakowało spełnienia, jakiegoś znaku przestankowego, po którym dałoby się głęboko odetchnąć i uspokoić. Nawet tego dnia, po długiej sesji w kinie oraz epilogu, jaki miał miejsce później, wciąż łaskotało ją od środka. Ciągle pożądała. Parła ku wrażeniom ostatecznym, niczym ćpunka na nieustającym głodzie.

Kochałem się z nią jeszcze dwa albo trzy razy. Stosunki trwały dłużej lub krócej, ale nie odczuwałem już tremy związanej z tym, że jako mężczyzna muszę coś udowadniać. Nasz seks wkroczył zatem w fazę szczerości, a może stał się tylko pijacką karykaturą tego aktu. Gdy szczytowałem po raz ostatni oboje pękaliśmy ze śmiechu na widok pojedynczej, milimetrowej kropelki, jaką wydał z siebie mój zmęczony nasieniowód. A był to moment, w którym postanowiłem wytrysnąć na jej twarzy - coś, na co Emilia nigdy mi nie pozwalała.
Potem padłem plackiem na podłogę i natychmiast zapadłem w sen. Zobaczyłem wielgachne budynki, które osuwały się jeden na drugi. Ludzie biegali w popłochu, drąc się wniebogłosy. W posępnym mieście następowały potężne eksplozje, a każda z nich sprawiała mi ogromny, bardzo realistyczny ból.
W końcu ocknąłem się z krzykiem, a Ula wycofała rękę, którą do niedawna trzymała w moim odbycie.
- Co to miało znaczyć? - zapytałem skonsternowanym tonem.
Obróciłem się na plecy, a towarzyszył temu mój mimowolny, bolesny jęk. Próbowałem odegnać szok i choć trochę zrozumieć sytuację, jaka właśnie miała miejsce.
Ula nie potrafiła tego wyjaśnić. Przybrała smutną minę i patrzyła na mnie tak, jakbym w ogóle nie istniał. Jej wzrok przenikał przez moje oczy, nie zatrzymując się na nich choćby na chwilę. Jeśli koncentrowała spojrzenie na czymś realnym, to owe coś musiało znajdować się dokładnie pod moim ciałem albo u sąsiadów z piętra niżej.
Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że dłuższe obcowanie z tą kobietą może skutkować zagrożeniem dla życia lub zdrowia. Wiedziałem od niej, że cierpi na liczne schorzenia psychiczne, ale dotąd nie traktowałem ich poważnie. Wszak wariactwo łatwo zbagatelizować i obejść się z nim na miękko, tak samo jak ze zwykłą ludzką dziwnością czy objawami radosnego ekscentryzmu.
Strach mnie otrzeźwił, a ponadto nakazał wezwać taksówkę. Czekając na transport, popadałem w poczucie osaczenia, które było pogłębiane groźnym milczeniem Uli. Wciąż znajdowałem się w mieszkaniu Emilii, a przecież raptem poprzedniego dnia obiecałem sobie nigdy do niego nie wracać. Przyduszały mnie również myśli o całej tej degrengoladzie, jaka się tutaj wydarzyła. Chciałem to wszystko jak najszybciej skasować, wymazać z pamięci.
Prawie się udało.

VII.

Miesiąc później nie wracałem już do tamtych wydarzeń. Niejako w ramach odtrutki, skupiłem się na znalezieniu sobie zwyczajnej, stałej dziewczyny, przy której aorty nie musiałby ciągle buzować.
Brakowało mi charyzmy, by w kolejny związek wkraczać bez większego wysiłku. Przy moim skromnym, towarzysko wyciszonym trybie życia w zasadzie jedyną szansą na poznanie kogokolwiek był Lukas. Liczyłem na szerokie znajomości, jakimi dysponował, a przede wszystkim na coś w rodzaju dyskretnej rekomendacji, skierowanej do odpowiedniej osoby (na jawne swatanie nie pozwoliłaby mi duma). Jednak jego bliższe i dalsze koleżanki w większości ignorowały mnie albo adorowały fałszywie. W decydującym momencie niemal zawsze okazywało się, że moja postać stanowi jedynie pomost do zdobycia litewskiego lowelasa. Poszedłem zatem najprostszą drogą i odezwałem się do grubaski, która przedtem zostawiła mi swoją wizytówkę.

Andżelika była równie pretensjonalna, jak jej imię, natomiast rozwinięcie znajomości z nią zdecydowanie wyszło mi na dobre. Spotykaliśmy się dwa, czasem trzy razy w tygodniu. Łaziliśmy do kina (tym razem po to, by oglądać filmy), odwiedzaliśmy knajpy, piliśmy dużo piw i zawsze lądowaliśmy w łóżku.
Seks w naszym wykonaniu trącił myszką. Był przeraźliwie pusty, mechaniczny, jakby pozbawiony ikry. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy sobie pisani, lecz nikomu też nie było na rękę, by niszczyć wygodny dla wszystkich układ. Andżelika czasem drwiła z tego pseudo-związku, twierdząc, że każdy z nas mógłby osiągać to samo zadowolenie „tylko za pomocą magicznej rączki“. Polemizowałem z tą opinią, wskazując na niezastąpione właściwości ciał, które ujawniane są jedynie wtedy, gdy dochodzi do ich bezpośredniego sparowania. Chodziło przecież o zapach, temperaturę i wilgoć, o pulsujące tętno czy rozszalałe serce, nawet o niespodziewane reakcje fizjologiczne, takie jak nagłe kichnięcie, skutkujące śmiesznym, przypadkowym opluciem.

W tym nudnym, ale emocjonalnie stabilnym okresie doszło również do kilku zaskoczeń. Pierwszego z nich dostarczył Lukas, który niespodziewanie znalazł się na kursie wznoszącym. Swoim grafomańskim projektem filmowym zdołał uwieść pewnego starego profesora z filmówki, który odpowiadał za rozbudzanie w nas wrażliwości na sztukę scenariopisarstwa. Za jego sprawą, tekst pod roboczym tytułem „Szczęśliwy mężczyzna“ wylądował u kilku poważanych producentów. Profesor rozniecał w Lukasie nadzieje, twierdząc, że scenariusz został przyjęty nad wyraz dobrze, a jego realizacja to tylko kwestia czasu. Od tego czasu mój sublokator urósł o kilkadziesiąt centymetrów, zaś jego mowa nabrała iście szlacheckich brzmień.
Trudno było mi uwierzyć, że ta karkołomna fabuła, której fragmenty były mi dawkowane w przeciągniętych, nużących odcinkach, mogła zainteresować kogokolwiek poważnego. W pewnym stopniu wkurzał mnie ten sukces, choć dopuszczałem do siebie ewentualność zawiści.

Natomiast kolejna z niespodzianek miała zupełnie inny charakter, bo dotyczyła mojej byłej. Ni stąd ni zowąd otrzymałem od Emilii długiego maila, w którym opowiadała o swoich bieżących doświadczeniach. Brzmiał on następująco:

Mój drogi,
Sudan Południowy przywitał mnie gorzej, niż mogłam się tego spodziewać. W tym wyniszczonym od słońca, suchym i właściwie zupełnie jałowym zakątku Ziemi dotąd nie odnalazłam ani jednego powodu, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach miał go zaludniać.
To państwo powstało niedawno, ale już na starcie znajdowało się na przegranej pozycji. Brakuje wody, infrastruktury, przemysłu, organizacji rolnictwa, jakichkolwiek poważniejszych form gospodarki. Przychody krajowe brutto są natury orzeszkowo-owocowej. Turystyka też nie ma racji bytu, bo zwyczajnie nie ma tu nic do obejrzenia. Piaski, dżungla i jedna jedyna góra, a właściwie pagórek.
W prowizorycznej stolicy czuć nieustanne napięcie. Po ulicach Dżuby grasują gangi czarnoskórych golasów (serio!). Łażą z odsłoniętymi członkami i sznurami pocisków, przewieszonymi przez ramiona. Zwykle tylko sieją postrach, lecz czasem kogoś zgwałcą lub zastrzelą. Moja koleżanka natknęła się na taką uzbrojoną grupkę na targu owocowym. Straszyli ją lufą przyłożoną do czoła, a robili to na tyle przekonująco, że aż posikała się w majtki. Miała dużo szczęścia. Parę dni wcześniej w podobnej sytuacji doszło do porwania misjonarki Polskiej Akcji Humanitarnej. Zgwałcili ją zbiorowo, pobili i nieprzytomną wrzucili do Nilu. Zamordowano też dwóch starszych panów z Lekarzy Bez Granic.
Natomiast szeregowi obywatele są w większości leniwi. Nie garną się do pracy, edukacji. Nie wierzą w odmianę losu, bo innego modelu rzeczywistości nigdy nie poznali. Nie chcą brać udziału w naszych programach, nie potrafią zaufać Krzyżakom, traktują nas w kategorii przybyszów z obcej planety. Chętnie wezmą jedzenie, ale o żadnej odważniejszej współpracy nie ma tutaj mowy. Utrzymują ostrożny dystans, jak wróbelki czające się na rzucony okruszek wafla.
Zarówno po stronie misji, jak i społeczeństwa panuje bezsilność, marazm i ohydna stagnacja. Genewa chyba też nie wierzy, że cokolwiek można odmienić. Mam wrażenie, że powód, dla którego przybywamy do tego upadłego państewka to polityka, nieodmiennie związana z wydobyciem ropy. Olej po dinozaurach to jedyne, czym Sudan naprawdę dysponuje, choć też potęgą naftową nigdy nie będzie.
Ja również powoli wyzbywam się złudzeń. Wczoraj wieczorem weszliśmy większą grupą na ten wspomniany pagórek. Patrzyliśmy na mętne światła miasta, które przypominały niewielkie skłębienie świętojańskich świetlików. Nagle kierownik misji wyciągnął z torby dwie butelki Veuve Clicquot, po czym wzniósł toast. Chciał wypić za nas, za ludzi, którzy robią „coś niesamowitego“. Ale w kontekście głodu, przemocy, całego tego syfu na dole, na jaki skazani byli Sudańczycy, zabrzmiało to gruboskórnie, wręcz bezczelnie. Francuski szampan, którego Szwajcar przywiózł ze sobą, także był bardzo nie na miejscu. Przynajmniej ja to tak odebrałam. Poczułam obrzydzenie do siebie i do każdego uczestnika tej misji.
Rozumiesz Antek, dobrnęłam chyba do jakiegoś mentalnego kresu.
Czasem marzy mi się, by wszystko dokoła było proste, zrozumiałe. Może lepiej, gdyby ziemia, po której stąpamy stanowiła część płaskiej półki, dźwiganej w nicości na ramionach olbrzymów. Wierzylibyśmy w swoich bogów, a dzień rozpoczynalibyśmy od błagań o deszcz i urodzajne plony. Nawet jeśli skonstruowalibyśmy wojenne galery, to nigdy nie zostałyby wykorzystane do inwazji na obce kontynenty. Strach przed wypadnięciem poza horyzont oraz wizja sczeźnięcia w czeluściach kosmosu skutecznie przystopowałyby wszelkie niezdrowe ambicje.
Oczywiście trochę mnie ponosi w tych przemyśleniach, jednak myślę, że naczelna idea pozostanie dla Ciebie jasna.
Mam dość tej pracy. Nie wiem, czy w jakiejkolwiek innej branży mam szansę na zarobienie równie dużych pieniędzy. Prawdopodobnie nie, ale może już czas obniżyć swe zarobkowe wymagania. Przecież przedtem ich nie miałam. Pieniądze zaskoczyły mnie, a potem przywiązały. Przyzwyczaiłam się do ich posiadania, ale to nie znaczy, że nie potrafiłabym żyć bez nich.
Nie wiem co ze mną będzie. Z pewnością nie wrócę na stałe do Warszawy, bo to miasto zbyt mocno działa mi na nerwy, a ponadto dołuje nie mniej, niż Sudan czy wcześniejsza Syria. Myślę, że jest tu zbyt wiele pomników i gabinetów krwawych wspomnień, a zbyt mało kreatywnego myślenia. Warszawa nie ma do zaoferowania żadnego Luwru, Wersalu, jakiegoś słynnego mauzoleum czy choćby głupiej dzielnicy czerwonych latarni, więc z braku innych możliwości chce być piękna duchem. Ale zakres promocji kończy się na samych chęciach.
Trochę żałuję, że nabyłam tamto mieszkanie. To był impuls. Znajomi przekonują mnie teraz, że dobrze na tym wyjdę, ponieważ ceny nieruchomości idą cały czas w górę. Ja jednak czuję, że nic z nim nigdy nie zrobię. Rodzina, kiedy akurat jest przejazdem w stolicy, lubi tam pomieszkiwać. Raz na pewien czas korzysta z niego moje kuzynostwo albo przyjaciółki. Śmieję się, że to taka nasza „baza operacyjna”. Mimo to, wiem na pewno, że domem to nigdy dla mnie nie będzie.
Wbrew uprzedzeniom, zamierzam Polskę co jakiś czas odwiedzać i liczę na to, że przy tych okazjach czasem uda nam się spotkać. Pragnęłabym utrzymać Cię przy sobie, jako mądrego przyjaciela, wyzbytego wszelkich małostkowych uprzedzeń. Zbyt mocno cenię Twoją osobę, by rozstawać się z nią na zawsze. Wierzę, że mogę liczyć na wzajemność.

PS. Rozmawiałam z moją matką i wydostałam od niej przybliżony skrót tego, co między Wami zaszło. Prosiłabym, abyś nie brał tego wszystkiego na poważnie. Ona miewa okresowe, bipolarowe odpały, w czasie których uruchamia jej się niebywały talent do rozgrywania ludzi. Przed wyjazdem nie miałam pojęcia, że odstawiła tabletki. Jej zachowanie nie budziło zastrzeżeń, więc nie czułam się w obowiązku, by jakoś szczególnie ostrzegać Cię przed nią. Mimo wszystko, najmocniej przepraszam. Zapomnij, proszę, o tej całej aferze, po prostu skasuj ją z głowy.
Trzymaj się mocno i przekaż pozdrowienia Lukasowi.

Ściskam,

Emilka


Po otrzymaniu tego maila przez kilka pierwszych dni żyłem nadzieją na zapowiadane spotkanie z utraconą ukochaną. Nie potrafiłem wytłumaczyć przed samym sobą, co takiego właściwie miałbym wtedy uzyskać. Być może chciałem po prostu zobaczyć na żywo twarz Emilii, poczuć jej słonawy smak i zapach. Niewykluczone też, że nieśmiało liczyłem na wskrzeszenie naszego związku.

Mijały miesiące, wypełniane rutyną pracy w drukarni, nudnym stażem na Chełmskiej, weekendową nauką w Łodzi oraz sukcesywnym wtłaczaniem w Andżelikę hektolitrów spermy. Nic nie miało dla mnie większego znaczenia, nawet to, że Lukas wyprowadził się do świeżo poznanej białogłowy, a ja zostałem sam z podwójnymi rachunkami.
Zbierałem siły do dłuższej rozmowy z moją dziewczyną, podczas której planowałem zakończyć nasz kuriozalny związek, ale wciąż wynajdywałem nowe powody ku temu, by przekładać to na później. Raz moją uwagę przyciągał mecz Bayernu Monachium lub sondaże przedwyborcze do parlamentu, innym razem rozpraszały mnie jej figlarne, dziwkarskie podwiązki i dążyłem ku temu, by po raz ostatni doznać rozkoszy pomiędzy masywnymi, swojskimi nogami.
Koniec końców, nie zrobiłem nic.

Po ciepłej zimie nastała mroźna wiosna, która znienacka przeobraziła się w lato, a ono z kolei znikło zanim zdążyłem się do niego przyzwyczaić.
Durna, zakompleksiona władza ustąpiła miejsca jeszcze durniejszej, a do tego noszącej znamiona fanatyzmu.
Atmosfera na świecie była specyficzna; napięta, a zarazem pogrążona w głębokiej depresji. Sposób, w jaki Emilia opowiedziała o pewnym nieistotnym państewku z Afryki, równie dobrze mógł posłużyć za opis dzisiejszej Europy. Podnosiły się coraz odważniejsze głosy, że oto stajemy na krawędzi kolejnej wiosny ludów, jakiegoś przewrotu o niespodziewanych skutkach i tylko czekać, aż ktoś zastrzeli arcyksięcia Ferdynanda.
Czuć było to również w kinie, z którym próbowałem być na bieżąco. Filmy zasadniczo sposępniały. U większości z nowych obrazów dostrzegałem wspólny mianownik – brak optymizmu względem przyszłości.
Projektu Lukasa wciąż nie było na liście premier.

Któregoś dnia Andżelika oznajmiła, że jest w ciąży, a ja przyjąłem tę wiadomość jako rzecz przeczuwaną od dawna. Nie poczułem wzruszenia, szczęśliwości, ani tym bardziej złości. Nie potrafiłem też zdobyć się na strach o nowo powstające życie. W między czasie opadła ze mnie cała życiowa namiętność, choć przecież dopiero co odebrałem dyplom magistra sztuki filmowej.

Kładąc się do łóżka z kobietą, której wcale nie pożądałem, uczepiałem się przypadkowych, pobocznych myśli. Zajmowały mnie promocje w Media Markt, wyniki Ligi Mistrzów, rozważania o zjedzeniu kanapki przed snem. Potem wszelkie ambitne refleksje przybierały postać pary; uciekały przez otwory uszne, nosowe czy gębowe. Odnajdywałem siebie w samym środku rytualnego aktu seksualnego. Atakowałem rozłożone przede mną cielsko, cierpliwie dążąc do finału, jaki musiał wreszcie nastąpić.

Z daleko posuniętą obojętnością akceptowałem scenariusz dalszego życia, który rysował się coraz mocniejszą krechą. Byłem gotów wziąć na klatę całą jego banalność i przewidywalność.
Czułem już zapach okazjonalnego grilla, rozpalanego w towarzystwie brzuchatych tatusiów oraz wszechogarniającą muzykę przaśności. Kwilenie dzieci, krępujące publiczne kłótnie, pikanie czytnika na rodzinnych zakupach w markecie, plemienne okrzyki przy wspólnym oglądaniu meczów piłki nożnej, szmery rutynowej kopulacji, dwuznaczne westchnienia, żachnięcia, chrapanie po beznadziejnej próbie zmierzenia się ze spuścizną Bergmana, a na samym końcu – bolesny kontrapunkt ciszy.
Nie zamierzałem płakać po kątach z tęsknoty za płomienną miłością czy poczuciem wyjątkowości pośród stada prymitywów. Resztę życia chciałem przeżyć w oderwaniu od głupich uczuć, skupiony jedynie na tych zadaniach, zasięgach i celach, które wydawały się możliwe do osiągnięcia. Takie podejście uważałem za zdrowe, a przede wszystkim bezpieczne.

Któregoś razu dowiedziałem się, że stłuszczenie wątroby, z którym mój organizm borykał się od lat, przeszło w marskość. Po kilku operacjach i wielu cyklach odciągania wody z brzucha, kopnąłem w kalendarz w wieku siedemdziesięciu lat. Zanim to nastąpiło zdążyłem spłodzić dwójkę dzieci oraz dorobić się całkiem sporych pieniędzy na branży poligraficznej.
W mojej drukarni offsetowej, skoncentrowanej głównie na zamówieniach internetowych, miałem okazję produkować ulotki, plakaty i wizytówki dla dużych korporacji motoryzacyjnych lub farmaceutycznych. Z branżą filmową nie łączyło mnie już nic, oprócz fiuta, którego okazjonalnie wsadzałem w Andżelikę, producentkę reklamówek telewizyjnych. Dzieci doceniały zastany komfort, ale zasadniczo gardziły moją spuścizną, tak samo, jak i ja czułem wstręt wobec własnego zawodu.

Lukas zniknął z mojego życiorysu niedługo po tym, gdy, niesiony szaleńczą fantazją, przeprowadził się do Los Angeles. Planował brać szturmem tamtejszy przemysł filmowy, jednak w jego przypadku skończyło się na kilku nieudanych romansach z żonami podstarzałych reżyserów, operatorów, scenografów.
Ostatnie, co było mi o nim wiadomo, to, że zasilił szeregi hollywoodzkiej mniejszości menelskiej. Niczym Bukowski XXI wieku, pił na umór, rozrabiał, podrywał upadłe kobiety. Ponoć nieustannie pisał nowe scenariusze i lubił gawędzić na ich temat.
Z niezrozumiałych przyczyn nie chciał wrócić do Europy, gdzie czekał na niego potężny spadek po zmarłych rodzicach.

U kresu życia nie miałem zbyt wiele powodów do radości. Brakowało mi zainteresowań oraz chęci do ich utrzymywania. Unikałem wirtualnych światów i symulacji, w których zakochiwali się niemal wszyscy seniorzy. W czasie wolnym jedynym zajęciem, jakiemu poświęcałem większą uwagę było łażenie na dziwki. Kiedy tylko mogłem, wsiadałem w samochód i wyjeżdżałem za rogatki miasta, by polować na młode prostytutki. Dziewczyny traktowały mnie z przymrużeniem oka. Były miłe, bo płaciłem nadprogramowe stawki, tylko po to, by bez protestów patrzyły na moje zniedołężnienie. Zazwyczaj nie udawało mi się osiągnąć choćby erekcji.
Ukrainki ssały mnie z czułością automatu, Rumunki śliniły miękki narząd, po czym odliczały minuty na telefonie, Rosjanki niespiesznie masturbowały ręką, czekając aż się znudzę. Jedynie raz na miesiąc lub dwa przychodził taki szczęśliwy dzień, gdy mój starczy penis był gotowy na coś więcej. Wtedy pośród lasu odpływałem ku wspomnieniom o młodości i wdzierałem się w wynajęte ciało, wmawiając sobie, że historia wrzuciła wsteczny bieg.
Jeśli zdołałem wypełnić gumę nasieniem, wracałem do domu w dobrym nastroju. Natomiast w przeciwnym przypadku, zasępiałem się albo dawałem upust nieprzewidywalnym reakcjom. Jedną kobietę uderzyłem w twarz, inną długo kopałem po brzuchu, udach i rękach, którymi zasłaniała głowę. Potem zawsze popadałem w rozpacz. Wysypywałem całą gotówkę, jaką miałem przy sobie i błagałem, by mi wybaczyły. Zazwyczaj uchodziło mi to na sucho. Tylko w jednym przypadku moja postawa napotkała adekwatny odwet. Ochroniarz dziwki sprał mnie do nieprzytomności oraz ograbił ze wszystkiego, co miałem przy sobie. Zabrał nawet samochód. Manto ostudziło patologiczne zapędy ale tylko na kilka tygodni. Potem znów znęcałem się nad tymi biednymi kobietami, nie potrafiąc zrozumieć za co tak bardzo ich nienawidziłem. Trafiłem kiedyś na alfonsa, który zamiast wymierzyć mi zasłużoną karę złożył coś w rodzaju oferty specjalnej. Za poczwórną stawkę mogłem wyżyć się na wybranej przez niego kobiecie, przy tym jednym zastrzeżeniu, że on sam stanie z boku i przypilnuje, bym nie przedobrzył. Nie skorzystałem.

Z Emilią spotkałem się jeszcze dwa razy. Za każdym razem było mi żal straconego czasu, ponieważ w obu przypadkach okazywało się, że nie łączy nas już ani jedna myśl. Ona również nie wyglądała na szczęśliwą.
Przy ostatnim tete-a-tete, wieńczącym długoletnią znajomość, doszło do ostrej sprzeczki, z której nie dałem rady wybrnąć z twarzą. Na moje łzawe ataki paniki i rozpaczliwe próby odnalezienia własnej tożsamości, Emilia zareagowała skromnym, za to bardzo trafnym stwierdzeniem:
- Jesteś złym człowiekiem.
Dodaj do ulubionych
16,506
Podziel się ze znajomymi
8.86/10

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.86/10 (22 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (9)

bartoszpo

bartoszpo · 19 lipca 2018-4

Tak dołującego opowiadania jeszcze nie spotkałem.
Ja tutaj szukam lekkich erotycznych opowiadań, które mi poprawiają nastrój.
Nie jestem w stanie ocenić tego obietywnie. Dlatego dałem tak niską ocenę.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
XXX_Lord

XXX_Lord · 19 lipca 2018+4

Kolejne, świetne opowiadanie Twojego autorstwa. Bardzo ciekawa fabuła (naprawdę mnie wciągnęło), nieszablonowe postaci, zaawansowany język, którym posługują się bohaterowie. Świetna lektura na pochmurne, ponure, deszczowe, letnie popołudnie. Klimatem, narracją oraz zakończeniem historia przypomina mi nieco "Podwójne gry" Richarda Masona w wersji "hard".
Kilka literówek i pewnie gdzieś tam interpunkcja, której w emocjach nie zauważyłem nie wpłynęły na odbiór.
Rewelacja.

@bartoszpo
Oczywiście, że historia jest ciężka, przytłaczająca i faktycznie dołująca. Jak to mówią na mieście "życie to nie je bajka (albo jebajka, w zależności od wersji wink).
Stawianie najniższej oceny tylko i wyłącznie za fakt, że opowiadanie ma negatywny (życiowo) przekaz i nie kończy się happy endem jest słabe.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Antek Be

Antek Be · Autor · 19 lipca 2018+0

Dzięki @XXX_Lord, Richarda Masona jeszcze nie czytałem, ale jestem wdzięczny za tą wzmiankę, bo właśnie szykuję listę lektur przed urlopem.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
MrHyde

MrHyde · 20 lipca 2018+0

Nie będę tak łagodny jak Lord. Początek świetny, wciąga, obiecuje ciekawą lekturę. To o rozdziale I. Potem otwierasz nowe wątki, nudne flaki z olejem. Przeskoczyłem pół tekstu na koniec. (Szkolne przyzwyczajenie, że wstęp i zakończenie stanowią klamrę spajającą wypracowanie.) Okey: List bohaterki w pewien sposób zamyka temat.
Środek opowiadania stanowi - dla mnie - niepotrzebny balast, oddzielne opowiadanie w innym klimacie i z innym przesłaniem. Krótko mówiąc, za dużo barszczów w grzybie.

Dodatkowa uwaga:

misjonarki Polskiej Akcji Humanitarnej

Od kiedy pracownicy i wolontariusze PAH nazywają się misjonarzami?! To przecież świecka organizacja, nikogo nie misjonuje.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Antek Be

Antek Be · Autor · 20 lipca 2018+0

"Misjonarka" to w tym przypadku nic więcej, niż potoczne określenie "uczestniczki misji". PAH misje organizuje dość regularnie, tak samo, jak MKCK. Analogicznie "Krzyżacy" nie są nawiązaniem do Sienkiewicza, ale nazwą dla pracowników Czerwonego Krzyża. Dzięki mimo wszystko za przeczytanie reszty tekstusmile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Wieszkto

Wieszkto · 20 lipca 2018+0

Haha, jeśli to ty, to nawet nie bardzo zmieniłeś imiona.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Antek Be

Antek Be · Autor · 20 lipca 2018+0

?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Mari

Mari · 22 lipca 2018+0

Super napisane! Trochę smutne, trochę zabawne (miejscami okazujesz fajny czarny humor), a poza tym podniecające. Zajrzę jeszcze kiedyśsmile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
P**sy F**ker

P**sy F**ker · 2 sierpnia 2018+0

za mało sexu

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

lub

Inne popularne opowiadania tego autora:

opowiadania erotyczne

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Wchodzę

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.