Anhedonia
10 czerwca 2026
26 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Jacek, mój kolega z podwórka, wymyślił zorganizowanie wyjazdu w parę osób w polskie góry. Wystrzelił z tym pomysłem, kiedy sączyliśmy piwko w spokojny, piątkowy wieczór na jednej z ławek na naszym osiedlu.
– Dawaj, Maniek, będzie zajebiście, mówię ci – zaczął. – Namówimy jeszcze Chudego i kumpla ode mnie z roku, znasz go, Bizona.
Jack (bo tak czasem go nazywamy) studiuje europeistykę powiązaną z zarządzaniem zasobami ludzkimi. Jak pytałem go o ten kierunek, stwierdził, cytuję: „To jakieś gówno i sam nie wiem, co ja po tym będę robił, ale za grzyba nie chce mi się zmieniać kierunku”. Mimo małego zapału szło mu bardzo dobrze – załapał się na stypendium i zgarnęła go belgijska firma na pół etatu, więc radzi sobie finansowo całkiem nieźle. Myślę, że jakiego kierunku by się nie podjął, efekt byłby taki sam. Są ludzie, którym nauka po prostu przychodzi sama w jakiś magiczny sposób. Ja co prawda głupi nie byłem i uważam, że poziomem inteligencji mu dorównywałem, ale nie miałem tego zacięcia do książek. Szybko poszedłem do pracy, głodny pieniędzy, i jakoś nie mogę się zebrać, żeby wrócić do edukacji. Mam porządną robotę, nieźle płatną, z możliwością awansu i na razie mi to wystarcza.
Wracając do pomysłu wypadu w góry – zgodziłem się. Nigdy nie byłem na takim „dorosłym” wyjeździe w górach, zawsze wybierałem tylko morze albo Mazury. W samych górach byłem wcześniej zaledwie dwa razy na zielonej szkole, w trzeciej i szóstej klasie, i to by było na tyle z moich górskich eskapad.
Jack powiedział, że przegada temat z Bizonem. Mała wzmianka na temat tego drugiego: ma na imię Adam i każdy, kto słyszy jego ksywę, ma w głowie obraz chłopa jak dąb. Takiego drwala z czasów wycinki wielkich sekwoi w Stanach czy Kanadzie. Nic bardziej mylnego. Adam to co najwyżej dorodny kogut: ma maksymalnie 155 cm wzrostu i waży może ze 60 kg. Trzeba mu jednak oddać, że te 60 kg to same mięśnie. Kiedyś ktoś powiedział o Bruce'ie Lee, że nawet jego mięśnie miały mięśnie – i tak jest właśnie z Bizonem, to prawdziwa „żyła”.
Ustaliliśmy, że mi przypada namówienie Chudego. O ile ksywa Adama nie odzwierciedlała jego wyglądu, o tyle ksywka Marka (bo tak ma na imię Chudy) była strzałem w dziesiątkę. Świński blondyn o wzroście stu dziewięćdziesięciu paru centymetrów. Nie mam bladego pojęcia, ile ten chłopak waży, ale jak zakłada koszulę, to człowiekowi od razu kojarzy się ona z żaglem. Chuderlak jakich mało, ale lubiliśmy się wszyscy trzej, przeżyliśmy razem sporo melanży oraz wojaży i stanowiliśmy zgraną grupę, do której Bizon idealnie pasował.
W sobotę byłem umówiony z Chudym na wypad do sklepów. Ja szukałem butów, a on coś gadał, że musi wymienić koszulki, bo mu matula wstawiła pranie na za wysoką temperaturę i wszystkie mu się pokurczyły. Czekałem na niego na parkingu przy moim Volvo XC60. Pojawił się, gdy akurat dopalałem papierosa.
– Siemasz, mordo! – rzucił z bananem na gębie.
– Elo. Widzę, że tym razem nie zaspałeś – odparłem, bo Marek zawsze miał problemy z punktualnością o poranku.
– Luz, nie chciałem znowu słuchać twojego biadolenia przez całą drogę. Spaliłeś? To lecimy.
Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy. Skracając historię – był zachwycony pomysłem wypadu. Kupił sobie nawet specjalne buty i plecak na górskie wycieczki.
W niedzielę wieczorem zadzwonił podniecony Jacek.
– Stary, słuchaj kurwa tego! – zaczął. – Gadałem z Bizonem o wyjeździe na stołówce na uczelni. Obok siedziały Patrycja i Aneta. Zapytały, dokąd w te góry jedziemy, a ten palnął, że w sumie to nie wiemy, bo chuja się na górach znamy. I okazuje się, że one to jakieś entuzjastki gór. Zdobywają Koronę Gór Polski, zbierają pieczątki w różnych schroniskach...
– Ziomek, do rzeczy! – przerwałem mu lekko zniecierpliwiony.
– No to wyszło na to, że jadą z nami! Mało tego, jak usłyszały, że ty i Chudy też lecicie, to stwierdziły, że im się matematyka nie zgadza i one też muszą być we cztery. Patrycja mówi, że od spraw organizacyjnych jest ona, bo ma już wszystko obcykane.
– Zajebiście! Nie będzie to typowo gejowski wypad! – stwierdziłem z radością.
– No właśnie, kozacko! Prześlę ci mailem co i jak oraz ile kasy potrzeba, kiedy tylko dostanę wiadomość od Pat – odparł podniecony i zakończyliśmy rozmowę.
Zapowiadał się ciekawy wyjazd, pomyślałem.
W następnym tygodniu dostałem maila z planem. Znajomości koleżanki Jacka okazały się bardzo pomocne, bo z ustalonego, dość skromnego funduszu wycisnęła aż 11 noclegów w dwóch pokojach czteroosobowych ze wspólną kuchnią w jakimś gospodarstwie w miejscowości Murzasichle. Termin: przełom lipca i sierpnia. Ja, przeglądając wcześniej oferty, znajdywałem w tej cenie pobyty na maksymalnie 6 nocy i to w gorszym standardzie. Do wyjazdu zostało około 40 dni, więc zacząłem już swój rytuał przygotowawczy. Oglądałem filmiki na YouTube z trasami i poradnikami, wyciągałem wszelkie porady od ChatGPT, tworzyłem listy niezbędnych gadżetów i masę innych głupot, które inni mają gdzieś, a ja po prostu muszę być przygotowany na... no nie wiem, spotkanie Wielkiej Stopy w tych Tatrach. Cóż poradzić, taki już jestem.
Tydzień przed wyjazdem spotkaliśmy się w męskim gronie na takie przygotowawcze piwko. Mieliśmy być w pełnym składzie wycieczkowym, żeby stopić pierwsze lody, ale dziewczynom jakoś nie zgrał się termin. Okazało się, że w sumie dobrze wyszło, bo mogliśmy je swobodnie obgadać.
– Obczajcie te foty, znalazłem je w odmętach neta – powiedział Jacek, wyciągając telefon. – To wszystkie cztery nasze towarzyszki razem na studniówce.
– Uuu, wszystkie to dobre dupy! – rzekł Chudy, przejmując telefon z entuzjazmem, jakiego nigdy u niego nie widziałem, bo zazwyczaj jest dość flegmatyczny.
– Zaklepuję blondynę! – krzyknął z triumfem Bizon, jakby już ją zaliczył.
– Klepnij to ty się w czoło, kurduplu. Okaże się co i jak dopiero na wypadzie – odgryzł się Jacek. – Ale powiem wam już na wstępie, że złapałem dobry kontakt z Pati, kiedy dogadywaliśmy szczegóły, więc szkoda waszego zachodu u niej.
– Sam się w pingle klepnij, cięciu! Mówisz, żeby nie zaklepywać, a sam już rezerwujesz sobie jedną – skwitował Bizon.
– Nie rezerwuję, tylko uczciwie informuję, żebyście nie tracili na nią czasu – odparł pewnie Jacek.
Telefon w końcu trafił w moje ręce. Przyjrzałem się naszym kompankom przez chwilę i od razu zrozumiałem zagranie Bizona. Dziewczyna stojąca pierwsza z prawej była wysoką, blondwłosą pięknością – chociaż nie, to za mało powiedziane. Była uosobieniem seksapilu. Duże niebieskie oczy, pełne usta mocno pomalowane na czerwono, a do tego długa, czarna suknia z okrągłym dekoltem, z którego wręcz wylewały się ogromne piersi. Przy tym wszystkim była szczupła w talii, lecz zjeżdżając wzrokiem niżej, nie sposób było nie zauważyć odstającej pupy. Nie miała urody klasycznej modelki, raczej hollywoodzkiej gwiazdy albo gwiazdy filmów zupełnie innego rodzaju. Tylko to jej spojrzenie... takie jakieś martwe, zimne, sam nie wiem, po prostu dziwne.
– A jak one mają w ogóle na imię? – zapytałem.
– Ta ruda to Pat, znasz ją z moich urodzin – wyjaśnił Jacek. – Obok siedzi Aneta, ta w okularach i z ciemnymi lokami, też wtedy z nią była. Niska szatynka to Anka. A ta blondi to Ela, ich akurat nie znam, to jakieś znajome z liceum dziewczyn.
Przyjrzałem się im jeszcze chwilę. Każda była ładna, choć reprezentowały zupełnie inne typy urody. Aneta w okularach miała trochę pucołowatą buzię, ale była bardzo obficie obdarzona zarówno na górze, jak i na dole – z figury przypominała trochę Latynoskę. Pamiętam, że na urodzinach Jacka, będąc już lekko podpitą, mocno się do mnie kleiła. Wtedy nie byłem wolny, ale teraz sytuacja się zmieniła, więc może coś u niej ugram. Anka za to była w formacie, na który mówią chyba *petite*. Malutka, chudziutka i zgrabniutka, z brązowymi włosami i piegami. Miała twarz w typie łobuziary, a lekko zadarty nosek tylko dodawał jej zadziorności. Patrycja z kolei to klasyczna, irlandzka wiewióra – wszystko miała na swoim miejscu. Pamiętam, że na imprezie u Jacka świetnie mi się z nią gadało, a w tańcu i rozmowie była dość frywolna. Chyba Jacek pośpieszył się z tym ostrzeżeniem; myślę, że drogę mam otwartą do każdej z nich. Tylko wciąż nie mogłem oderwać wzroku od tych niebieskich, bezwyrazowych oczu...
Wybraliśmy się na dwa samochody: mój i Anki. Z przyczyn organizacyjnych składy wyglądały następująco: ja, Jacek, Pat i Ela jechaliśmy moim autem, a reszta zabrała się z Anką. Miała tam zapasowych kierowców w postaci Bizona i Chudego, gdyby jazda ją znudziła lub trasa przerosła.
Zajechaliśmy po dziewczyny. Poranek był dość chłodny, co w sumie nie dziwiło, bo była dopiero 4:10 rano, a lipiec jak na razie nie rozpieszczał temperaturami. Umówiliśmy się, że będziemy na nie czekać przy stacji PKP. Wysiedliśmy i zapaliliśmy po „secie” czerwonego Winstona. Po może trzech sztachach podjechał zielony Opel Zafira – to ojciec Pat podrzucił je na stację. Przywitaliśmy się kulturalnie z ojczulkiem Patrycji, a Jacek przedstawił mnie Eli. Wysłuchaliśmy paru ojcowskich ostrzeżeń i obiecaliśmy, że będziemy się nimi opiekować. Gdy tylko odjechał, zapytałem:
– To co, zapalimy może jeszcze po jednym i w trasę? Jak ktoś potrzebuje do toalety, to teraz jest najlepszy moment.
– Ja zapalę chętnie, poczęstujesz mnie? – zapytała Ela.
– No jasne, ale mam tylko grube. Cienkie może ma Jacek.
– Wolę jednak grubszego – odparła Ela, a ja czułem, że intensywnie patrzy na moją twarz, sprawdzając, czy pojawi się na niej choćby cień dwuznacznego uśmiechu.
Udało mi się zachować kamienną twarz i patrząc jej prosto w oczy, odpowiedziałem:
– To dobrze się składa, bo akurat takim mogę cię poczęstować – i wysunąłem paczkę w stronę jej dłoni.
Uśmiechnęła się, wzięła papierosa, którego zaraz jej przypaliłem, i zagadała coś do Patrycji o kosmetyczce. Miałem nieodparte wrażenie, że właśnie zostałem poddany jakiemuś testowi i – co śmieszniejsze – byłem prawie pewny, że go zdałem.
Z racji tego, że startowaliśmy z różnych miejsc, postanowiliśmy zjechać się na stacji benzynowej za Warszawą, tuż przed wjazdem na ekspresówkę. W drodze Jacek cały czas terkotał z Pat, co dla mnie było wyjątkowo wkurwiające, bo on siedział z przodu, a ona tuż za mną. Gdy zajechaliśmy na stację i dziewczyny wysiadły, skorzystałem z okazji i palnąłem do niego:
– Stary, jak zamierzasz tak z nią ćwierkać przez całą drogę, to albo ty prowadzisz – co odpada, bo nie zniosę, jak mi auto przeciągasz na biegach – albo zamieniasz się z Elą na miejsca, kapiszi?
– Dobra, już dobra. Wiem, że to wkurza, ale muszę ją już zacząć „zmiękczać”, żeby coś pyknęło na tym wyjeździe – tłumaczył się. – Zaraz coś wykombinuję – dodał i zaczął coś pisać na telefonie.
Wyszedłem zatankować i przywitać się z resztą ekipy. Aneta na mój widok była bardzo podekscytowana – rzuciła mi się na szyję i ucałowała w policzek. Nie wiedzieć czemu, poczułem na plecach wzrok Eli, ale stwierdziłem, że nie będę się oglądał. Mała Anka była jak ten naspidowany wiewiór z bajki o Czerwonym Kapturku. Cały czas gadała, cały czas w ruchu. Zadała mi trzy pytania, nie zdążyłem odpowiedzieć na ani jedno, a ta już nawijała do Eli, czy nie idą po kawę, po czym odpaliła papierosa i otworzyła energetyka. Przeniosłem wzrok na Bizona, a ten tylko dyskretnie machnął ręką w geście „a daj spokój”, po czym kiwnął głową na Chudego.
Marek wyglądał na zachwyconego tym małym wulkanem energii. Próbując nadążyć za nią wzrokiem, wyglądał, jakby oglądał dynamiczny mecz tenisa albo ping-ponga (czaicie: gałki oczne raz w lewo, raz w prawo). Niesamowicie mnie to rozbawiło i parsknąłem cichym śmiechem.
– A tobie co tak wesoło? – zapytała Ela, pojawiając się nagle obok mnie.
– Po prostu bawią mnie skrajnie różne reakcje ludzi na niektóre zdarzenia. Co tam? – odparłem.
Uniosła lekko brwi zdziwiona (jeny, jakie ona miała ogromne te niebieskie oczy) i powiedziała:
– Aha... Nie będzie ci przeszkadzać, jak usiądę z przodu? Jakoś tak źle mi się jedzie z tyłu.
– Myślę, że będzie to dla mnie pewna ulga. Chcesz coś w stylu Aviomarinu? Mam w schowku.
– Pff... Hehe, nie, dzięki, aż tak źle ze mną nie jest – odparła, parskając śmiechem.
Oboje dobrze wiedzieliśmy, że ta przesiadka to tylko farsa, żeby tamta dwójka z tyłu mogła swobodnie ze sobą flirtować. Zapakowaliśmy się do aut i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Przyjemnie mi się jechało z Elą jako „pilotką”. Nie mieliśmy wprawdzie wspólnego gustu muzycznego, filmy też lubiliśmy inne, za to mieliśmy masę wspólnych tematów w kategoriach literatury i anime. Przegadaliśmy całą drogę, rozmawiając bardzo szczegółowo o zachowaniach postaci i ich motywach. Podobało mi się, że miała odmienny punkt widzenia na niektóre zachowania bohaterów książek, które oboje czytaliśmy, dzięki czemu mogliśmy ciekawie wymieniać się zdaniami. Pomyślałem sobie, że może nie tylko Jacek „zmiękcza” swoją ofiarę przed dotarciem na miejsce. *Spokojnie, Mariusz, spokojnie, nie daj po sobie poznać, jak bardzo masz chęć zobaczyć jej twarz w spazmach rozkoszy... Cierpliwości...*
Do celu zajechaliśmy o godzinie 13:15 – były ogromne korki na zakopiance, a po drodze zrobiliśmy też kilka postojów. Wjechaliśmy na teren posesji przez otwartą bramę i od razu z domu wyszła nam na powitanie potężna kobieta o mysich włosach splecionych w gruby warkocz. Mówiąc „potężna”, nie mam na myśli, że była spasiona – absolutnie nie! Myślę, że wzrostem dorównywała Chudemu, ale była niesamowicie potężna w barkach. Miała na sobie koszulę w zielono-czarną kratę z wysoko podwiniętymi rękawami. Dzięki temu widać było mięśnie ramion i przedramion, wyraźnie wypracowane ciężką pracą na roli. Jej obfity biust mocno napierał na marne, w porównaniu do jego ogromu, guziki koszuli. Na długie i masywne nogi założyła proste, granatowe jeansy.
Jej groźna postura szybko jednak bladła, gdy spojrzało się na jej twarz – spokojną, przyjazną, idealnie pasującą do ulubionej opiekunki z przedszkola albo ukochanej cioci, która rozpieszcza na każdym kroku. Była mocno opalona, miała piegi na policzkach, oczy wpadające w zieleń i wąskie usta. Myślałem, że już bardziej nie mogę być zaskoczony jej osobą, i wtedy się odezwała:
– Witaj, kochanieńka! Patrysiu, słonko ty moje!
Nie wiem, jak opisać ten głos – był jak u śpiewaczki operowej: delikatny, ale donośny, wprowadzający człowieka w stan jakiegoś zamyślenia. Popatrzyłem po naszej grupie i wszyscy wyglądali na zauroczonych jej osobą, może oprócz Patrycji, która już podbiegła do kobiety i rzuciła jej się na szyję. A raczej próbowała to zrobić, bo gospodyni złapała ją w locie i mocno przycisnęła do swojego przepastnego biustu.
– To musi być cholernie miłe uczucie – powiedziałem na głos, zupełnie przez przypadek wypowiadając swoje myśli.
Usłyszała to tylko stojąca obok mnie Ela. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się w taki sposób, że w jednej chwili zapomniałem o witającej nas góralce. Ta jednak szybko przypomniała o swoim istnieniu, krzycząc do nas:
– No, rusajta sie tam żwawo! Jechaliśta caluśki ranek, a teraz stoita i patrzyta jak sroki w gnat. Za mną, łoprowadzę ja was po obejściu! – wykrzyknęła śpiewnie.
Ruszyliśmy za nią pośpiesznie. W czasie oprowadzania przedstawiła się nam jako Katarzyna. W kuchni poznaliśmy pana Józefa, który siedział na małym taboreciku i obierał ziemniaki. Na widok Patrycji zerwał się ze stołka i mocno ją wyściskał. Ciekawie dobrali się z Katarzyną, bo Józio był raczej mężczyzną przeciętnego wzrostu i dość niepozornej postury. Tu mała ciekawostka: pan Józef kazał do siebie mówić „Józio”, natomiast pani Katarzyna wyraźnie zaznaczyła, że nie toleruje zdrobnień swojego imienia i możemy zwracać się do niej tylko i wyłącznie per „Katarzyna”.
Gospodarstwo, po którym nas oprowadzała, składało się z dużego, murowanego domu z czerwonej cegły z mocnymi, drewnianymi wykończeniami, takimi jak okiennice, podbicie dachu, mały taras z przodu i wielka weranda na tyłach. Nie wiem, czym różni się weranda (do tego wątku jeszcze wrócę) od tarasu, ale gospodyni, oprowadzając nas po swoich włościach, mocno zaakcentowała tę różnicę w nazewnictwie. Na terenie mieliśmy do swojej dyspozycji dużą altanę, również wykonaną z drewna, choć była to zauważalnie młodsza konstrukcja – materiał nie miał jeszcze tej charakterystycznej barwy, jaką przybiera drewno latami poddawane warunkom atmosferycznym. Na podwórku stała jeszcze spora stodoła i dwa duże budynki gospodarcze, zapewne skrywające sprzęt rolniczy.
Wracając do werandy – rozciągał się z niej przepiękny widok na Tatry. Dom był postawiony na sporym i stromym wzniesieniu, co tylko potęgowało odczucie ogromu przestrzeni, jaka się przed nami roztaczała. Zapytałem Katarzynę, jakie szczyty stąd widać, co szybko okazało się błędem.
– Złociutki, to z krzyżem na środku to musisz znać... – zaczęła, a jej monolog trwał dobre piętnaście minut. Wypowiadała go, nie spuszczając ze mnie oka, co wprawiło mnie w lekkie zażenowanie.
Z opresji wykaraskała mnie Patrycja, mówiąc do ciotki, że już jej w brzuchu burczy, a musimy jeszcze zrobić zakupy. Z ulgą poszedłem po bagaże do auta i skierowałem się z nimi do pokoju. Mieścił się on na piętrze, naprzeciwko pokoju dziewczyn. Idąc korytarzem, widziałem, że chłopaki siedzą już w salonie. Pewnie ogarnęli swoje torby, kiedy ja wysłuchiwałem lekcji geografii od Katarzyny. Wrzuciłem swoje rzeczy na wolne łóżko pod oknem i wracając, pomogłem Eli zanieść jej graty.
Wróciliśmy razem do salonu, ale jak tylko zbliżyłem się do naszej grupy, wyczułem, że coś jest nie tak.
– No i kupcie też kabanosy, mogę je wpierdalać non stop! – oznajmił radośnie Chudy.
– Nie zapomnijcie o energolach, najlepiej weźcie te jagodowe! – dodał z entuzjazmem.
Przypatrując się Ance, uznałem, że Marek pewnie nieprzypadkowo wspomniał o dokładnie takim samym energetyku, jaki lubiła ta mała ekstrawertyczka.
– Srał pies energetyki! Piwko trzeba kupić, najlepiej regionalne – wtrącił Bizon. – Zresztą, co ja wam będę tłumaczył, Maniuś, mordeczka moja, dobrze wie, jakie Bizonik lubi najbardziej! O, jesteś wreszcie! – wykrzyknął na mój widok.
– Tak, tak, Maniuś będzie wiedział, jakie piwko wziąć, on nas nie zawiedzie! – z wielkim przekonaniem zawtórował mu Jack.
Zaraz, zaraz... Chudy nagle wygadanym jak katarynka, Bizon mówi o sobie w trzeciej osobie, a Jacek mi „Maniusiuje”?
– Kurwa, kiedy żeście chlapnęli, moczymordy, i mnie nie zawołaliście?! – wydarłem się na tych zdrajców. – Tylko mi nie wciskajcie kitu, że jesteście tacy po jednym piwie, bo widzę, jak wyglądacie!
– Maniuś, to nasz kochany gospodarz, Józio, w kuchni nas poczęstował swoim trunkiem – zaczął tłumaczyć Chudy. – No jak odmówić mieliśmy? To by było fix pat! Nie wiem, ile procent ma ta jego okowita, ale wali jak młot, a wchodzi jak wodzianka. Nieważne. Wygląda na to, że do sklepu z dziewczynami lecisz ty – oznajmił Jacek.
– Mówi się *faux pas*, ty synu piasku i burzy! – zwróciłem się z politowaniem do Chudego, z czego Anka i Ela od razu zarechotały. – A procentów to musiało mieć tyle, że szare komórki zabiło wam na miejscu, wy kundle zdradzieckie!
– Oj, już nie stękaj. Było nie podziwiać „szczytów” Katarzyny z werandy... to znaczy szczytów z Katarzyną – wytknął mi Bizon. – Tylko trzeba było z nami zamienić parę zdań z Józiem.
– Koniec tych przepychanek słownych. Mariusz, chodź, pojedziesz z nami. Raz-dwa ogarniemy te zakupy i wrócimy na obiad – zarządziła Patrycja.
Rad-nierad pojechałem do sklepu z nią i Anetą. Zakupy poszły bardzo sprawnie, więc wróciliśmy dość szybko. W tym czasie reszta ekipy zdążyła już przygotować ucztę w altance. Katarzyna i Józio zasiedli do stołu razem z nami. Kwaśnica w wykonaniu gospodyni była po prostu nieziemska. Miałem też w końcu okazję wypróbować wyrobu naszego gospodarza i teraz już doskonale wiedziałem, czemu chłopaki tak się zaprawili w tak krótkim czasie.
Gdy zaczęło się ściemniać, a chłopaki, Aneta i Pat byli już dobrze wstawieni, powoli zaczęliśmy z Elą przebąkiwać, że pora kończyć, bo na jutro zaplanowany jest ostry marsz. Nasze przypomnienia zadziałały nadzwyczaj szybko, bo już po kolejnych trzech godzinach rozbawione towarzystwo zebrało się do spania. Ja byłem stosunkowo trzeźwy, bo strzeliłem tylko kilka kieliszków bimbru i powoli wysączyłem dwa piwa, więc naturalnie to mi przypadła rola odprowadzenia najbardziej pijanych kolegów. Ela z Anką zajęły się Patrycją i Anetą, więc poszło to dość sprawnie.
Kiedy moi kompani ułożyli się do snu, na spokojnie spakowałem plecak na jutrzejszą wyprawę. Umówieni byliśmy na 5:00 rano przed domem, ale obudziłem się już około 3:40. Nie mogąc dłużej zasnąć, założyłem poliestrowe spodenki piłkarskie oraz bluzę i wyszedłem na dwór, żeby zaspokoić głód nikotynowy. Zamiast iść zapalić spokojnie w altance, stwierdziłem, że przejdę się po gospodarstwie.
Wychodząc zza stodoły, wpadłem prosto na Anetę.
– Kurza twarz, aleś mnie wystraszył, Maniek! Zawału o mało nie dostałam! – wyszeptała głośno, co w sumie było dziwne, że użyła szeptu.
– Sorewicz, wyskoczyłem zapalić, bo spać nie mogę – odpowiedziałem.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że sam zacząłem mówić szeptem. Wcześnie rano człowiek ma chyba podświadomie zakodowane, żeby zachowywać się cicho i nie budzić nikogo.
– Ja też chciałam zapalić, ale zabrałam jakąś zjebaną zapalniczkę i właśnie wracałam po drugą – wyjaśniła.
– Spoko, ja mam ogień. Idziemy się przejść? – zapytałem dalej szeptem.
– No jasne – odpowiedziała, robiąc krok w moją stronę.
W tym momencie wyczułem od niej mieszaninę alkoholu i perfum. Lubię to połączenie, jest w nim dla mnie coś niezwykle podniecającego. Aneta widocznie jeszcze nie do końca wytrzeźwiała. Wzięła mnie pod rękę i ruszyliśmy przed siebie.
– Zapalisz mojego? Mam czerwone setki – zaproponowałem.
– No co ty, zgłupiałeś? Chcesz, żeby mnie zmiotło? Wolę swoje – odpowiedziała i włożyła w usta cienkiego papierosa, którego od razu jej przypaliłem.
Sam również odpaliłem swojego. Gadać o głupotach, spacerowaliśmy, aż doszliśmy do budynku, którego wcześniej nie zauważyłem. Był schowany za dwoma obiektami gospodarczymi i stał pod kątem do nich.
– O, tego budynku wcześniej nie widziałem. Ciekawe, co jest w środku.
– Sprawdźmy – powiedziała Aneta i pociągnęła mnie za rękę, zanim zdążyłem w ogóle odpowiedzieć.
Wewnątrz okazało się, że to mała stajnia na kilka boksów, z których zajęty był tylko jeden. Stał w nim czarny jak smoła koń, który zmierzył nas leniwym spojrzeniem. Miałem się właśnie odezwać, gdy nagle usłyszeliśmy kroki i siarczyste przekleństwa wypowiadane pod nosem. Oboje jak na komendę wskoczyliśmy do ostatniego boksu i schowaliśmy się za wąską ścianką z desek. Stanąłem przy samej ścianie, a Aneta mocno się do mnie przycisnęła. Od razu poczułem jej pokaźnych rozmiarów tyłek na moim kroczu. Była niewiele niższa ode mnie, więc kiedy się cofnęła, mój nos zanurzył się w jej ciemnych lokach. Wciągnąłem powietrze i odurzył mnie przepiękny zapach jej włosów, zmieszany z wciąż wyczuwalnym alkoholem i perfumami.
W tym momencie jedyne, co robiłem, to walczyłem z całych sił, aby moje ciało pompowało jak najmniej krwi do przyrodzenia. Jej pulchne i jędrne pośladki ułożyły się tak idealnie, że mój penis znajdował się centralnie między nimi. Pochłonięty wewnętrzną walką z instynktem, nawet nie zarejestrowałem, kto dokładnie wszedł do stajni. Dopiero gdy usłyszałem, jak ktoś mówi sam do siebie: „Kurwa, ale ta baba chrapie, nic pospać nie da!”, poznałem głos Józia.
Zaczął oporządzać konia. Po może trzech minutach przez drzwi wparowała Katarzyna. Zaspana, poczochrana, ubrana w jakąś letnią sukienkę i zdecydowanie bez stanika, bo biust pięknie kołysał się jej na boki przy każdym kroku. Ciemnobrązowe, sterczące sutki wyraźnie przebijały przez cienki materiał. Ależ te piersi były ogromne i ponętne! W myślach zacząłem gorączkowo wykonywać mnożenie liczb pierwszych, żeby tylko o nich nie myśleć.
Niestety, Aneta mi w tym nie pomagała. Gdy wparowała Katarzyna, tamta ze strachu czy zdziwienia aż podskoczyła i mimowolnie zacisnęła pośladki. Mój, na wpół już sterczący fiut, znalazł się w mięciutkim imadle, ściśnięty ciepłymi półdupkami, a do tego dziewczyna wykonała tym swoim latynoskim tyłkiem krótki ruch góra-dół. W myślach zacząłem recytować *Inwokację* Mickiewicza.
– Józefie! Zostawiłeś mnie, nie spełniając swoich porannych obowiązków! Mnie też trzeba oporządzić! – wykrzyknęła Katarzyna, zbliżając się do wyglądającego na zrezygnowanego górala.
Robiąc powolny krok, najpierw zsunęła jedno ramiączko sukienki z barku. Przy następnym opadło drugie. Sukienka trzymała się teraz wyłącznie na sterczących niczym dwa maszty sutkach i samej objętości klatki piersiowej. Nastąpił krok trzeci, przy którym kobieta pociągnęła materiał w dół i naszym oczom ukazały się dwa ogromne balony. Nie da się inaczej opisać ich kształtu – były wielkie i zwisały, układając się pod swoim ciężarem właśnie na kształt balonów. Każdy z nich miał dużą, ciemnobrązową aureolę, z której wystrzelał pokaźny sutek. Czwartym krokiem zbliżyła się do Józia i mocno naparła na niego piersiami. Pamiętajcie, że chłop był normalnego wzrostu. Jego głowa prawie całkowicie zniknęła, otulona masywnym biustem. Katarzyna delikatnie go odsunęła i pochyliła się, żeby go pocałować.
Reakcja Józia była niespodziewana. Zrobił szybki krok w tył i wydarł się na żonę:
– Nie dość, że spać przez ciebie nie mogę, to jeszcze mi w robocie przeszkadzasz! Durna babo, tylko jedno ci w tej głowie!
Katarzyna nie była jednak zdziwiona jego reakcją. Nic sobie nie robiąc z tego gadania, znowu zbliżyła się do niego, ściskając swoje piersi ramionami.
– Daj swojej klaczy trochę miłości, mój ty ogierze – zamruczała i sięgnęła ręką do jego spodni.
A ja zorientowałem się właśnie, że ostatecznie przegrałem moją wewnętrzną walkę. Penis, wypełniony do granic krwią, mocno napierał od dołu na rowek Anety. Miała na sobie cienkie spodnie od piżamy, więc w tej pozycji musiało ją to drażnić, bo odsunęła swój tyłek nieco do przodu. Mój konar wystrzelił do góry jak naprężona gałąź, lecz natychmiast napotkał opór. Aneta odsunęła się za mało i moja rakieta swoją głowicą najpierw uderzyła w jej szparkę, a potem przesunęła się po całej długości rowka. W końcu zatrzymała się, prężąc ku górze. Dziewczyna wydała z siebie cichy jęk i szybko znowu docisnęła swoje kształty do mojego ciała.
Mój penis z radością przyjął powrót w to samo miejsce, tylko że tym razem w pozycji pełnej gotowości. Zaczął pulsować w rytm mojego przyspieszonego pulsu, czego Aneta nie mogła zignorować. Jej oddech również przyspieszył.
– Dobra, wypinaj to dupsko, załatwię to raz-ciach – rozkazał tymczasem Józio.
Katarzyna aż pisnęła z radości. Podciągnęła dolną część sukienki na biodra, odwróciła się tyłem i podeszła do ściany boksu naprzeciwko. Złapała dłońmi belkę pełniącą rolę filaru, splotła za nią palce i bardzo szeroko rozstawiła długie nogi. Kolana zgięła pod kątem niemal prostym, trochę jak do przysiadu albo jak zawodnik sumo. Mocno wygięła kręgosłup w łuk i wypięła tyłek. Była to poza tak lubieżna i perwersyjna, że wywołała u mnie kolejny napływ krwi. Myślałem, że mój członek nie może być już bardziej napęczniały, a on dodatkowo zaczął już nie tyle pulsować, ile wręcz wibrować między pośladkami dziewczyny.
Aneta musiała to wyczuć, bo mocno zacisnęła wokół niego swoją pupę i wykonała nią ruch w górę. Dzięki temu skóra mocno naciągnęła mi się na żołędzia, a gdy rozluźniła uścisk, nastąpił ruch w dół. Skóra ściągnęła się aż po samą nasadę. Zaciśnięcie pośladków – ruch w górę, rozluźnienie – ruch w dół. Złapała idealny rytm i tempo, które niesamowicie potęgowało moje doznania.
Tymczasem „ogier” Katarzyny opuścił spodnie do kolan i zaczął zbliżać się do wypiętej kobiety. Dzięki temu, że oparła się ona o przeciwległy boks, zmienił się nasz kąt widzenia. Teraz było to powyżej 90 stopni, więc chłop musiał się odwrócić do nas prawie przodem. Kiedy to zrobił, Aneta aż stęknęła na widok jego sprzętu. Potężny kutas w kształcie kija do baseballa z ogromną, fioletową głową robił piorunujące wrażenie. Wiedziałem już, czemu nazwała go swoim ogierem. Facet był niższy i lżejszy od swojej żony, ale jego penis zdecydowanie dorównywał jej posturze. Myślę, że mógł być trochę za duży nawet dla niej.
Józio napluł sobie na dłoń, posmarował sprawnym ruchem żołądź i wbił się bez zbędnych ceregieli w cipkę żony. Musiała ociekać sokami, bo wszedł w nią od razu po same kule, a do naszych uszu dobiegł ten charakterystyczny, wilgotny dźwięk chlupnięcia. Cofając się do wykonania drugiego pchnięcia, chlasnął ją mocno w pośladki – najpierw w jeden, później w drugi.
– Właśnie tego chciałaś, co?! – ryczał. – Zobaczysz, jak cię przeoram, ty napalona kobyło! – wykrzyczał do niej, zadając trzeci, najmocniejszy z klapsów i znowu zanurzając się w niej w całości.
Katarzyna stękała z rozkoszy, a po każdym klapsie robiła to jeszcze bardziej entuzjastycznie.
Aneta nagle przestała wykonywać swoje ruchy. Przesunęła ciało nieco na bok, głowę nadal opierając o moją klatkę piersiową. Ręką sięgnęła do moich spodenek i mocno zacisnęła palce na nabrzmiałym fiucie. Zrobiła to z taką żądzą, że wydałem z siebie zaskoczone westchnienie. Zaczęła naciągać mi skórę na żołędzia, ale za każdym razem, gdy była na górze, kciukiem masowała przez chwilę główkę, co było niesamowicie stymulujące, biorąc pod uwagę, jak bardzo wrażliwy już byłem.
Stwierdziłem, że dość już tej mojej bierności. Moja ręka wsunęła się pod bluzę i koszulkę dziewczyny. Z radością odkryłem, że nie ma na sobie stanika, i zdecydowanie ścisnąłem ją za pierś. Chwilę pougniatałem tego wcale niemałego cycuszka, aż w końcu złapałem go w taki sposób, jak lubię najbardziej: dłonią ściskam pierś, a palcem wskazującym i kciukiem zgniatam sutek. Moja technika bardzo spodobała się Anecie, bo poczułem, jak przez jej cało przechodzi mocny dreszcz. Zacząłem też muskać ustami i językiem jej ucho, dodając do tego lekkie chuchnięcia.
Czułem, że jest rozgrzana do granic możliwości. Drugą ręką zacząłem kierować się ku jej muszelce i... kurwa mać. Nie sięgnę w tej pozycji do tej rozkosznej dziurki. Szybko wpadłem na pomysł – złapałem jej wolną rękę za przedramię, wsunąłem ją za jej własne spodnie i wyszeptałem jej do ucha:
– Dojdź dla mnie. Teraz.
Jej ręka aż się wyrwała, żeby spełnić moje żądanie. Całe jej ciało napięło się, kiedy dotarła do celu. Od razu musiała nacisnąć swój ulubiony punkcik na łechtaczce, bo aż lekko ugięły się pod nią nogi. Zwiększyła też intensywność masażu mojego członka, na co zareagowałem, łapiąc drugą ręką za jej wolną pierś i mocno ściskając nabrzmiały sutek.
W tym samym momencie dobiegł nas głos pełen dzikiej rozkoszy:
– O tak, tak! Nie przestawaj! – wykrzyknęła Katarzyna w falach orgazmu.
O mało nie osunęła się na kolana, ale mąż mocno przytrzymał ją za biodra.
– O nie, nie. Jeszcze z tobą nie skończyłem! – Wymierzył kolejne klapsy w zaczerwienione już pośladki i znowu wszedł w nią w całości.
Tym razem kobieta zwiększyła tempo i zakres ruchu swoich bioder. Słychać było tylko szybkie klaśnięcia dwóch zderzających się ze sobą ciał oraz jęki kobiety ogarniętej całkowitą ekstazą.
Wyszeptałem do ucha Anety:
– Przyspiesz. Pocieraj swoją malutką mocniej. Bądź grzeczna i dojdź natychmiast.
Moje słowa zakończyłem lekkim ugryzieniem jej w górną część ucha i mocnym zaciśnięciem palców na sutkach. To był dla niej ostateczny impuls, który wywołał gwałtowny wybuch orgazmu. Ja również musiałem przytrzymać swoją partnerkę przed upadkiem, łapiąc ją mocno za piersi.
– Grzeczna dziewczynka – szepnąłem z aprobatą.
Otrząsnęła się po chwili i wróciła z zapałem do masowania mojego członka. Odchyliła głowę do góry, w stronę mojej twarzy, i pocałowała mnie zachłannie w usta. Jej język robił wszystko, aby spleść się jak najbardziej z moim. Czułem, jak powoli w moich lędźwiach buduje się nieuchronna erupcja.
Nie tylko ja byłem bliski końca – Józio również dawał znaki, że kończy swój szaleńczy galop w mokrej cipce Katarzyny. Zaczął ciężko sapać i wykonywać mniej skoordynowane ruchy, po czym z głośnym rykiem wystrzelił wewnątrz swojej żony. Mój wybuch nadszedł zaledwie chwilę po nim. Aneta, wyczuwając to, zaczęła jeszcze mocniej mnie całować i intensywnie pieścić dłonią główkę mojego penisa. Zacząłem wylewać z siebie nasienie potężnymi falami, a dziewczyna oplotła pięścią koniec członka, próbując zebrać je w dłoń.
Kiedy wróciłem do rzeczywistości z objęć orgazmu, para naszych gospodarzy wychodziła już ze stajni. Ciężko dysząc, spojrzałem na Anetę. Ta, uśmiechnięta, odsunęła się ode mnie i wyciągnęła rękę z moich spodenek, wciąż trzymając dłoń zaciśniętą w pięść. To, co zrobiła potem, do dziś czasem wspominam jako jedno z najbardziej bezpruderyjnych zachowań, jakie w życiu widziałem. Uśmiechając się do mnie i nie odrywając wzroku od moich oczu, podniosła powoli dłoń z moim nasieniem na wysokość twarzy. Otworzyła ją i jednym, powolnym ruchem języka zlizała to, co zebrała z mojego członka.
– Mniam, pierwsze śniadanie zaliczone! – powiedziała po ostentacyjnym przełknięciu.
Musiałem mieć dokładnie taki wyraz twarzy, jaki miała nadzieję u mnie wywołać, bo jej uśmiech natychmiast zmienił się w taki, z którego biła czysta satysfakcja.
Zebraliśmy się chwilę później. Ustaliliśmy, że to, co miało miejsce, to po prostu specyficzna mieszanka kaca, podniecenia przedstawieniem, którego byliśmy świadkami, oraz specyficznego, górskiego klimatu. I że nie będziemy do tego wracać. Zapaliliśmy jeszcze po jednym papierosie i poszliśmy budzić resztę ekipy, bo dochodziła już piąta rano.
Takiego początku wyjazdu się nie spodziewałem, a to był dopiero pierwszy poranek.
JanCzarny
Jak Ci się podobało?