Ilustracja: Phil Hearing

Było tak blisko

11 maja 2024

37 min

Nie biegnę. Nie uciekam. Wróciłem do punktu wyjścia i jestem dziwnie spokojny – taki spokój zwykle przychodzi, gdy staje się jasne, że nie sposób umknąć przed pościgiem. Nawet nie próbowałem zatrzeć śladów. Wychodząc z hotelu, nie wziąłem prysznica, a przecież w mojej naturze leży zdzieranie naskórka szczotką po każdym zbliżeniu z kobietą.

Wybacz, jeśli nie wyrażam się zbyt jasno. Snujący się za mną zapach seksu, w połączeniu z aromatem kwitnących drzew przyprawia mnie o zawrót głowy. Gubię się w tym, co zaszło ostatniej doby. Widzisz tamtą ławeczkę? Do wschodu Słońca została godzina czy dwie – w sam raz, by zebrać myśli i opowiedzieć wszystko w miarę składnie. Nie uniknę przy tym wspomnień z lat mniej i bardziej odległych. Potem udam się na dworzec, choć na razie nie wiem, dokąd pojadę. Zatem siądźmy. Pewnie nie jesteś stąd, więc opowieść dotyczyć będzie zarówno bliskich mi osób, jak i miasta, w którym przyszło nam dorastać. Rad będę, jeśli czytając te zwierzenia, znajdziesz dla siebie odrobinę rozrywki, a nawet podniety, jednocześnie dając mi okazję do zrobienia porządku w mojej zmęczonej brakiem snu głowie. Stoi umowa?

 

Przed wojną były to niemieckie kresy. Zamożne miasto miało kilka linii tramwajowych, a co roku organizowano tu Święto Ogórka. Później zieleń zbrunatniała. Na wiecu wyborczym Adolfa witały nieprzebrane tłumy z kwiatami w dłoniach. Karą dla miejscowej ludności za kolorystyczną woltę było wszystko to, co przyniosła wizyta Armii Czerwonej. A gdy Wschód spotyka Zachód, nie ma żartów, wiadomo. Kamienice na rynku zapalały się jedna za drugą, choć miasto, w przeciwieństwie do sąsiedniego Wrocławia, nie było twierdzą i nie broniło się zbyt długo. Ot, potrzeba rozrywki i wzięcia odwetu. Armia zagościła tu na następne pięćdziesiąt lat, przymierzając się do dalszych podbojów, tymczasem zajmując lepsze kwartały. Linie tramwajowe zlikwidowano, rdzenną ludność pogoniono, na jej miejsce sprowadzając naszych przodków, pochodzących głównie ze wschodnich krańców przedwojennej Polski. Jako dzieciaki grywaliśmy w piłkę z młodymi Rosjanami. Czasem, w przypływie odwagi, spuszczaliśmy manto temu czy innemu Iwanowi, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że jak dojdzie do prawdziwej konfrontacji, marny będzie nasz los.

Gdy sięgam pamięcią do najwcześniejszych moich lat, dostrzegam niepokój, początkowo obserwowany w zachowaniu rodziców, z czasem ogarniający i mnie. Baliśmy się potęgi skoszarowanej tuż obok, ale nie mniej dojmująca była obawa przed powrotem dawnych mieszkańców miasta. O ich niedawnej obecności świadczyły prześwitujące spod warstwy nowej farby, pisane gotykiem nazwy sklepów i lokali usługowych. Początkowo dawałem wiarę dziecięcym opowieściom, że duchy ludzi pracujących kiedyś w zakładzie fryzjerskim albo w sklepie warzywnym, skryły się w gipsowych krasnalach, licznie zamieszkujących przydomowe ogródki. Z czasem zrozumiałem, że figurek jest zdecydowanie za mało, by pomieścić wszystkie duchy. Kiedy odwiedził nas starszy pan, zachwycony tym, że w pokoju gościnnym wciąż jest ta sama tapeta, którą pamięta z dzieciństwa, ostatecznie pojąłem, skąd bierze się pesymizm osób zamieszkujących stare kamienice. Wszechogarniające poczucie tymczasowości objawiało się zaniedbywaniem objętych przez nich domostw.

Przełamanie marazmu zadekretowano w odległej stolicy, a zadanie ułatwić miało odkrycie, że okoliczne ziemie są nie tylko żyzne, ale i zasobne w miedź. Kominy huty i innych zakładów przemysłowych zamajaczyły nad miastem.

Musisz wiedzieć, że tam, gdzie stukot maszyn i dymy zasłaniające niebo, rodzi się muzyka mroczna i mechaniczna. Wystarczy wspomnieć Manchester z jego postpunkowym klimatem.

Grupa początkowo specjalizowała się w naiwnych piosenkach o miłości. Było to na etapie „piwnicznym” – nie pozostały z tamtych czasów żadne nagrania. I bardzo dobrze. Ostateczną formę produkcje zespołu zyskały po próbie zwerbowania perkusisty. Zaczęło nas ogarniać zwątpienie, bo kandydaci nie wykazywali zbytniego talentu. Któregoś dnia sięgnąłem po automat perkusyjny i zaprogramowałem prosty rytm, uzupełniony równie monotonną partią sekwencera. Piotr, nasz wokalista, spojrzał wtedy na mnie, robiąc głupią minę. W pewnym momencie podniósł mikrofon i zaczął dziwną melorecytację tym swoim niskim głosem. I tak oto klimat miasta, z charakterystycznym zapachem powietrza oraz widokiem brudnych, sypiących się kamienic, straszących przechodniów pisanymi szwabachą znakami firmowymi, przeniknął do muzyki. Nic nowego pod Słońcem, mowa o połowie lat dziewięćdziesiątych, choć nam odkryta przez nas ścieżka artystyczna wydawała się bardzo oryginalna. Surowe brzmienia i proste frazy zadziwiająco dobrze korespondowały z tym, co działo się dokoła. Rosjanie wrócili na Wschód, jednak poczucia tymczasowości i nietrwałości nie zabrali ze sobą. Okres przełomu był wyjątkowo trudny dla naszych rodziców i ich znajomych. Padały kolejne zakłady pracy, a kamienice traciły cegły, jakby toczył je trąd. Nawet w bezpośredniej bliskości rynku można było znaleźć zaułek nadający się do kręcenia filmów wojennych.

Był to ostatni rok przed moją maturą. Nie przykładałem się zanadto do nauki, wciąż nie miałem pojęcia, co będę studiował, ale chcąc uniknąć służby wojskowej, należało złożyć gdzieś dokumenty. Okres wakacyjny wykorzystałem, pracując na saksach w Holandii, czego oznaką były liczne ślady różanych kolców na rękach. Per aspera ad astra – za zarobione pieniądze kupiłem swój pierwszy syntezator i inne szpeje muzyczne. Właśnie zaczynało się spełniać moje marzenie o tym, by stanąć na scenie i móc zaimponować publice. Interesowała mnie, co oczywiste, głównie jej żeńska część.

A gdy o sprawach męsko-damskich mowa – byłem skrajnie nieśmiały i niedoświadczony. Moje życie erotyczne upływało pod znakiem pewnych rytuałów, właściwych dla młodego wieku. I nawet te rytuały pozostawały w jakimś związku z miastem. Tuż po wieczornych wiadomościach telewizyjnych oczodoły kamienic traciły niebieską poświatę i zaczynały zionąć czernią. Jakby ich mieszkańcy, chcąc oszczędzić na rachunkach za prąd elektryczny, rezygnowali nawet z najprostszych rozrywek. Może chociaż uprawiali seks? Kto ich tam wie. W każdym razie ja uprawiałem, jednak była to aktywność prowadzona w absolutnej samotności. Jedyną zaletą takiego stanu rzeczy był trening wyobraźni prowadzony pod osłoną przedwcześnie zapadającej nocy.

Wkrótce wyobraźnia wzięła na warsztat nowy nabytek zespołu. Na imię miała Marzena. Pożerałem ją wzrokiem – wysoka dziewczyna wabiła długimi do pośladków brązowymi włosami. Podobało mi się to, że nie zabierała głosu bez potrzeby – w tej materii była zaprzeczeniem Anki. Marzena grała na gitarze basowej, od czasu do czasu dołączając do chórku, do spółki z Anką, która swojego wokalu udzielała od samego początku. Jak już wspomniałem, główny wokal oraz gitara prowadząca należały do Piotra, a ja zajmowałem się całą elektroniką i pisaniem tekstów. Dziewczyny przykładały się nie tylko do spraw związanych z muzyką, ale także kreowały agresywny wizerunek grupy dzięki ekstrawaganckim strojom.

Uroda Marzeny działała na mnie onieśmielająco, nie miałem odwagi rozmawiać z nią na inne tematy niż te związane z naszą robotą muzyczną. Starałem się być dla niej pomocny i miły, ale o zaproszeniu na kawę nawet nie myślałem. Okropnie uwierała mnie ta moja gamoniowatość i wszystko, co z niej wynikało. Jedyną dziewczyną, o której myślałem, że mogłaby zdjąć ze mnie ciężar dziewictwa, i która dawała mi niedwuznaczne sygnały gotowości, była Anka. Znaliśmy się od dziecka, podobnie jak nasi rodzice. Zaraz po tym, gdy dostałem promocję do piątej klasy podstawówki, obie rodziny pojechały na wspólne wakacje. Któregoś wieczora koleżanka, znudzona grą w karty, postanowiła sprawdzić moją wiedzę. Pytała, czy wiem, kim jest prostytutka i co to fellatio. Seks interesował ją od zawsze, a gdy nieco podrosła, zdobyła renomę dziewczyny ochoczo dzielącej się swoim ciałem. Była moją kumpelką, często chadzaliśmy we dwoje do kina, czasem też pomagałem jej w matematyce, do której miała wyjątkowy antytalent. A co do jej talentów głównych – mimo że coraz częściej puszczała do mnie oko, nie skorzystałem z propozycji, wiedząc o krzątającym się dookoła niej pewnym sympatycznym koledze.

Wracając do składu grupy – została mi do zarysowania postać Piotra. Był ode mnie starszy o kilka lat i zdecydowanie mądrzejszy. Choć wychowywał się bez ojca, sam w wielu sytuacjach zastępował mi staruszka. Facet potrafił poradzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach. Miał nerwy ze stali i specyficzne poczucie humoru. Kiedyś, przyciśnięty brakiem gotówki, zdecydował się zatrudnić w zakładzie pogrzebowym, gdzie wykonywał najbardziej niewdzięczną część prac. Uległ moim namowom i pokazał, na czym polegała robota. Myślę, że chciał mi dać nauczkę i ukarać za niezdrową ciekawość. „Ze śmiercią jej do twarzy, co nie?” – tak skwitował wizytę w sali, w której spoczywała młoda dziewczyna. Nie miałem pretensji do Piotra za tę szokową terapię, a przy okazji jednej z prób zespołu wspomniałem, że tamten widok był bardzo inspirujący, a fotografia dziewczyny, gdyby ją wykonać przy odpowiednio zaaranżowanym świetle, znakomicie nadawałaby się na okładkę kasety. Pamiętam, jak pukał mnie w pustą głowę, ganiąc za wtórność pomysłu i tanie efekciarstwo. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że o graficznej stronie produkcji to on będzie decydował. Faktycznie, miał talent plastyczny, robił znakomite zdjęcia i w istocie nie miałem ochoty wchodzić mu w paradę, tym bardziej że odwdzięczał się tym samym – pisanie tekstów miało należeć do mnie, nie było też problemu z akceptacją moich pomysłów muzycznych. A wspomnienie martwej dziewczyny i tak pojawiło się w naszym repertuarze, choć w nieco zawoalowanej formie. Utwór zatytułowałem „Ceremonia”. Jestem przekonany, że Piotr doskonale wiedział, do czego nawiązywał ten tekst, choć nigdy nie dał mi tego do zrozumienia. Była to jedna z naszych najlepszych piosenek. Muzykę do niej napisaliśmy wspólnie.

Piotr był charyzmatycznym facetem i choć urodą dystansował diabła tylko trochę, miał powodzenie u kobiet. A u kolegów szacunek. Zazdrościłem mu. Gdy w przypływie szczerości przyznałem się do tego, poklepał mnie po plecach przyjaźnie i stwierdził, że wystarczy, kiedy będę sobą i zacznę uśmiechać się szczerze, a świat stanie przede mną otworem. Co począć, gdy jest się urodzonym mrukiem, nienawykłym do eksponowania zębów?

Wiosna upłynęła nam na próbach, prowadzonych gdzie popadnie. Nagraliśmy kilka utworów na taśmę demo. Jej kopie wysłaliśmy do paru stacji radiowych i wydawnictw, jednak nie dostaliśmy odzewu. Co nie znaczy, że nasze działania trafiały w próżnię. W tamtych czasach przegrywanie kaset magnetofonowych było bardzo popularne wśród młodych ludzi i właśnie tą drogą muzyka zespołu rozlała się po okolicy. Daliśmy kilka koncertów w klubie „Baszta” i doczekaliśmy się nawet przychylnej recenzji w jakimś muzycznym periodyku wychodzącym na Dolnym Śląsku. Autora artykułu poniosła nieco fantazja, ale ogólnie opis był trafny. Zauważył elementy industrialne w naszych piosenkach, a wśród mądrych terminów, w które obfitował ów tekst, znalazło się pojęcie „genius loci”. Seksapil dziewczyn również nie umknął uwadze dziennikarza.

Sam nie raz zastanawiałem się, co przyciągało do nas tę dziwacznie wystylizowaną dzieciarnię, zapełniającą „Basztę”. Czy chodziło o ducha miasta, zaklętego w monotonnych rytmach, czy tych rytmów wyraźnie erotyczny wydźwięk? Głęboki głos Piotra w połączeniu z basową gitarą Marzeny, rezonującą głęboko w trzewiach, musiały stanowić nie lada magnes dla naszej publiki. Dziewczyna zapewne gościła w mokrych fantazjach odzianych w skóry pryszczatych chłopaków. W każdym razie ja nie mogłem opędzić się od myśli o Marzenie podczas moich nocnych rytuałów. Coś tam w porze ziejących czernią oczodołów pisywałem dla niej, czy może raczej o niej, choć nic z tych rzeczy nie trafiło do repertuaru zespołu.

Przełomowym momentem było otrzymanie zaproszenia do występu na festiwalu, który miał się odbyć w Kłodzku. Czuliśmy, że nabieramy wiatru w żagle, więc zmieniliśmy plany życiowe na tyle, by móc solidnie przygotować się do tego wydarzenia. Uznałem, że jedynym wyjściem dla mnie będzie odłożenie matury o rok. Powtarzanie ostatniej klasy liceum było patentem, który miał ochronić mnie przed trafieniem do wojska, a jednocześnie pozwolić na skupienie się na muzyce. Rodzice załamywali nade mną ręce, ale na szczęście nie ingerowali za mocno w moje przedsięwzięcia.

Kłodzka impreza przyciągnęła tłumy, niezważające na lejący się z lipcowego nieba żar. Występowaliśmy jako trzeci czy czwarty zespół tego dnia, a tuż przed koncertem spadł potężny deszcz, po którym zrobiło się bardzo duszno. Nie pomagało nam to w pokonaniu stresu. Martwiliśmy się stanem gardła Piotra, nadwyrężonego nadmiarem ćwiczeń, wspomaganych zimnym piwem.

Gdy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki otwierającej nasz występ piosenki, poczuliśmy spokój. Publika błyskawicznie oddała się we władanie mechanicznych rytmów. I wydawać się mogło, że wszystko przebiegnie zgodnie ze z góry ustalonym planem, bo miejsca na większe improwizacje w naszej twórczości nie było. A jednak nie uniknęliśmy niespodzianki, i to takiej, którą zapamiętam na zawsze. Przy wykonaniu utworu „Ceremonia” coś naprawdę niepokojącego zaczęło dziać się z głosem Piotra. Był to kawałek wymagający nieco poważniejszych popisów wokalnych. Poczułem krople potu na plecach, zwiastujące kompletną klapę. W tym momencie Marzena odłożyła gitarę i podeszła do Piotra, odbierając mu mikrofon. Sekcję rytmiczną unosiły teraz wyłącznie automaty, a w kontrze do nich w przestrzeń popłynęły dźwięki anielskiego głosu dziewczyny. Marzena dała radę. I to jak! Przeszła bez większego wysiłku przez synkopowaną część piosenki, popisując się przy tym efektownymi ruchami ciała. Koncert był uratowany. Wykonaliśmy jeszcze dwa utwory, mające charakter bardziej instrumentalny, więc Piotr mógł spokojnie wrócić do mikrofonu. A na koniec, na wymuszony przez zadowolonych słuchaczy bis, zagraliśmy raz jeszcze „Ceremonię”. Byłem szczęśliwy, słysząc ponownie głos Marzeny.

Po występie chodziliśmy jak nakręceni, nie mogąc pozbyć się nadmiaru emocji. Piotr ściskał co chwila Marzenę i nosił ją na rękach. Nie dał poznać po sobie, że wpadka zrobiła na nim wrażenie. Cały on. Ja też chciałem uściskać Marzenę, ale nie wiedziałem jak się za to zabrać. Pochwaliłem ją raz i to było wszystko z mojej strony.

Postanowiliśmy zostać w Kłodzku na kolejny dzień, ciekawi byliśmy, co zaprezentują pozostałe zespoły biorące udział w festiwalu. Po wieczornej balandze wróciliśmy do namiotów, słaniając się na nogach ze zmęczenia. Niewiele zapamiętałem z moich rozmów z Piotrem. Chyba dość szybko położyliśmy się spać. Z sąsiedniego namiotu dochodziły do nas śmiechy Anki i Marzeny. W pewnym momencie dały się posłyszeć zdecydowanie inne dźwięki. Ciche pojękiwania i sapania, w miarę upływu czasu coraz intensywniejsze. Nie zmrużyłem oka tej nocy. Fantazjowałem o Marzenie. Kochałem ją.

Swoim zwyczajem nie dawałem niczego poznać po sobie. Tak to ze mną było, że kiedy z powodu jakiejś kobiety zjawiały się w moim brzuchu motyle, natychmiast próbowałem przerwać brutalnie ich taniec. Stan zakochania się wysysał ze mnie energię. Uciekałem przed nim. Nie chciałem cierpieć, a innego scenariusza w przypadku takiego stanu nie przewidywałem. Wystrugano mnie z jakiegoś mało elastycznego gatunku drewna, a mięśnie twarzy buntowały się na samą myśl o uśmiechu.

Poranek był rześki, nic nie zwiastowało powtórki upału z poprzedniego dnia. Dziewczyny przygotowały śniadanie. Po wypiciu solidnej kawy Piotr wskoczył do furgonetki i uruchomił silnik. Miał coś do załatwienia w sąsiednim miasteczku, planował też pojechać po chłopaka Anki. Robert nie interesował się za bardzo naszą muzyką, może dlatego, że był od nas sporo starszy. Za to pilnował swojej dziewczyny, znając jej nieokiełznaną naturę, stąd pomysł wizyty na festiwalu.

Siedziałem przy ognisku, sącząc piwo. Anka zajęła miejsce obok mnie. Stuknęliśmy się butelkami. Przez chwilę komentowaliśmy nasz występ, ale rozmowa szybko skręciła na boczny tor. Dziewczyna zapytała, czy wiem, co robi z Marzeną, gdy znajdą się na osobności. Cóż, wiedziałem doskonale, ale drewno jest drewno, jako się rzekło. Odpowiedziałem jakimś głupim pytaniem, po którym temat został zamknięty. Nie skorzystałem z okazji stworzonej przez tę opętaną seksem głowę. Czułem się jak idiota, udając, że nie zrozumiałem zaproszenia do trójkąta. Było tak blisko!

Dzień upłynął nam na słuchaniu muzyki i piciu piwa. Robert spał w furgonetce, chyba sam. W każdym razie żadnego sapania nie słyszałem ostatniej festiwalowej nocy.

 

Tego roku daliśmy występy jeszcze kilka razy. Piotr nauczył się unikać „zdzierania” głosu, więc obyło się bez poważniejszych wpadek. Zdolności wokalne Marzeny wykorzystaliśmy wielokrotnie. Utarło się, że „Ceremonię” i „Cichą noc” dziewczyna śpiewa solo. Za każdym razem byłem zachwycony jej talentem, ale nie pomagało mi to w walce z motylami kłębiącymi się w brzuchu. Szczerze powiedziawszy, czułem niechęć do tych naszych spotkań, wiedząc o pewnym bubku, młodocianym biznesmenie, który kręcił się wokół Marzeny.

 Moja niechęć do spotykania się z Marzeną była jedną z przyczyn, dla których zawiesiliśmy działalność muzyczną, choć pewnie nie najważniejszą. Tym razem przyłożyłem się do nauki, zdałem maturę i egzaminy wstępne na studia. Anka również postanowiła uzupełnić wykształcenie. Zastanawiałem się, po co jej papierki, bez nich potrafiła sobie równie dobrze radzić w życiu. W każdym razie obydwoje ruszyliśmy po wakacjach do Wrocławia. Marzena pojechała do jakiegoś dużego miasta, gdzie miała pomagać w interesach swojemu facetowi. Piotr został na starych śmieciach. Za moją namową zajął się programami do tworzenia muzyki. Wsiąknął w tę zabawę na kilka kolejnych lat. Poza tym zarabiał na chleb, filmując i fotografując – na roboty tego typu mówi się zazwyczaj, że są to „kotlety”.

 


 

Nowa sytuacja, jaką był wyjazd na studia, dała mi nieco wytchnienia. Marzena była daleko, ja chłonąłem wiedzę, licząc na to, że dyplom pozwoli mi kiedyś dotrzeć do bliżej nieokreślonej ziemi obiecanej. A w każdym razie pozwoli uciekać – byle dalej od niemieckich napisów i sypiących się kamienic.

Nie korzystałem z akademika. Moja wrocławska ciotka wyjechała gdzieś za chlebem, a ja podjąłem się podlewania jej kwiatków. Bardzo komfortowa sytuacja. Mogłem prowadzić zdrowy tryb życia, chodząc spać z kurami. Nie udzielałem się towarzysko i ignorowałem wszystko to, co typowe dla okresu studenckiego. Miałem na dobrą sprawę jednego kumpla na roku, równie drewnianego, jak ja. Wymienialiśmy się płytami jazzowymi i chodziliśmy na koncerty z muzyką tego gatunku. Od czasu do czasu odwiedzała mnie Anka i Robert. Nie mieli za bardzo warunków, by się pobzykać, a u mnie ściany grube, więc można było robić fikołki do ścięcia białka. Podziwiałem wydolność organizmu Roberta – rano znajdowałem w koszu na śmieci pokaźną liczbę zużytych prezerwatyw. Właściwie nie miałem nic przeciwko odwiedzinom koleżanki, pomijając fakt, że zohydziła mi pewną płytę Floydów, i tak już niezbyt przeze mnie lubianą. Za każdym razem, kiedy szykowaliśmy kolację, wrzucała ją na talerz gramofonu. I po wsze czasy będzie mi powtarzać, jak bardzo ten album kojarzy jej się ze mną i z fajnym okresem naszego życia.

Dla kogo fajnym, dla tego fajnym. Na piątym roku jakaś panna przypałętała się do mojej samotni i tak kliknęło, tak zaskrzypiało w drewnianym szkielecie, aż strzeliło. Rozbierałem ją niezdarnie, utykając, jak łatwo się domyślić, przy rozpinaniu stanika. Skąd miałem wiedzieć jak to się robi? Udawałem tak zwaną „wolną rękę”, a efektem tych niespieszności było to, że wszystko skończyło się, nim na dobre się zaczęło. Klapa na całym froncie. Potwierdzenie, że jestem ofiarą losu.

Bolało przez pół roku. Za balsam robiła mechaniczna muzyka podlana tanim winem, niezbyt udatnie zastępującym Prozac, o którym chyba jeszcze nikt z nas wtedy nie słyszał. Stanąłem na nogi o własnych siłach i nabrałem dużo powietrza do płuc. Napisałem ekspresowo magisterkę, jednocześnie węsząc po kątach jak pies. Latałem z wywalonym językiem, gotów pożreć cokolwiek, konsumując zdobycz choćby na brudnej gazecie, byle nadrobić zaległości lat młodzieńczych. Na efekty nie trzeba było długo czekać – nim się obejrzałem, zamieszkała ze mną kobieta, a wystarczyła jeszcze jedna chwila nieuwagi, by jej brzuch nabrał krągłości. Nie ma o czym pisać. Zabrałem mojego Anioła do stolicy i zaczęliśmy tam pracę za godziwe pieniądze. Tak traciłem lata wciąż młode, choć już nie młodzieńcze, przesypując piasek z jednej kupy na drugą i modląc się, by Anioł nie zaszedł więcej w ciążę. Chciałem uciec przed ogłupiającą robotą w korporacji i równie durną żoną. Ochoczo wracałem do psich praktyk, licząc na erotyczne uniesienia.

Był to czas, gdy nadal podtrzymywałem kontakt ze znajomymi. Dość regularnie telefonowałem do Piotra. Nie założył rodziny, wciąż siedział w fotograficznych kotletach, choć realizował też drobne projekty artystyczne. Kiedy dotarło do mnie, że nie widzieliśmy się od bardzo dawna, postanowiłem go odwiedzić. Zaplanowałem wakacyjny urlop w ten sposób, by jadąc do Piotra, wpaść również do Wrocławia, gdzie Anka, wraz ze swoim mężem, prowadziła knajpę.

Anka pochwaliła się, że ma naszą ulubioną płytę Floydów i znakomity pomysł na kolację. Atmosferę umilały świece, grała muzyka, a Robert dość szybko pożegnał nas, wspominając, że musi wstać wcześnie rano. Ja nie musiałem. Pamiętam moment, kiedy całowałem szyję Anki, przytulając się mocno do jej ciała, podczas gdy ona zmywała naczynia. Powiedziała, że chyba nie możemy tego zrobić, bo Robert jest czujny, ale że sprawiłem jej przyjemność. Kiedy leżałem w sypialni, wsłuchując się w odgłosy pierwszych porannych tramwajów, zdałem sobie sprawę, jak nisko upadałem.

Na stole kuchennym znalazłem instrukcję dotyczącą zawartości lodówki i prośbę o zatrzaśnięcie drzwi mieszkania. Ruszyłem w drogę do Piotra.

Miasto przywitało mnie swoim charakterystycznym zapachem i widokiem zamurowanych okien w sypiących się kamienicach. Środkiem dziurawej jak ser ulicy szło dwu facetów pchających wózek ze złomem metalowym. Piotr zaproponował, że odwiedzimy parę ciekawych kątów przy okazji spaceru fotograficznego. W trakcie tej wyprawy robiliśmy zdjęcia bram i drzwi starych domów. Zbierał kadry do albumu, który zamierzał niebawem wydać. Zdziwiłem się, że sam przed laty nie wpadłem na podobny pomysł.

Podziwiałem stoicki spokój mojego kumpla, choć bezruch, który zapanował w jego życiu, nie do końca mi do niego pasował. Wyglądał na zadowolonego z tego, co robił i co osiągnął. Nie widziałem u niego oznak żadnej pogoni czy ucieczki. Wieczorem oglądaliśmy zdjęcia wykonane za dnia. Nieco podchmielony zacząłem bredzić na temat tych licznych bram i historii, które można by poznać, przekraczając je. I zapytałem, czy wie, gdzie są drzwi, za którymi jest jakaś miła dziewczyna. Piotr był znany ze swoich zdolności organizatorskich, tym razem też nie zawiódł. Spędziliśmy kilka godzin w towarzystwie uroczych pań. Dostałem to, co chciałem, choć trochę czasu zajęło mi opowiadanie bajek o tym, jakie możliwości daje mieszkanie i praca w stolicy i że chętnie pomogę w razie potrzeby. Później skwapliwie unikałem widoku lustra. Wrzuciłem kartkę z telefonem dziewczyny do kibla i starannie umyłem całe ciało.

Następnego dnia Piotr zajął się pracą, a ja miałem okazję posłuchać paru jego produkcji muzycznych. Przeglądając pliki w komputerze, znalazłem film z naszego występu w Kłodzku. Gdy doszedłem do fragmentu, w którym Marzena przejmuje mikrofon od Piotra, poczułem, że jest mi gorąco. Chciałem zapytać, czy ma z nią jakiś kontakt, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Piotr był nieco zaniepokojony, odkrywając psie tropy w moim zachowaniu. Wyjaśniliśmy sobie to i owo, osuszyliśmy przy tym dużą butelkę czystej, jednak na całkowitą szczerość się nie zdobyłem. O tym, jak bardzo Marzena zawróciła mi w głowie, nie powiedziałem mu nigdy. Również o tym, że miewałem chwile zwątpienia w naszą przyjaźń. Ta wizyta była dla nas bardzo odświeżająca, a ja wracałem do domu trochę spokojniejszy. Poza Piotrem nie spotkałem nikogo, o kim potrafiłbym powiedzieć, że jest moim przyjacielem.

Album ze zdjęciami bram i drzwi wyszedł pół roku później. Fotografie opisane były po polsku i niemiecku. Podobno książka sprzedawała się przyzwoicie, głównie wśród odwiedzających miasto dawnych jej mieszkańców i ich potomków.

Jeden egzemplarz albumu Piotra przyniósł mi listonosz. Nastał wtedy czas, w którym technika komunikacji internetowej poszła tak do przodu, że można było odwiedzać nawet odległe miasta i przekraczać bramy ich domów. Ochoczo korzystałem z tekstowych czatów i komunikatorów. Początkowo żona przeszkadzała mi, zerkając przez ramię na ekran komputera, ale rozwód był już tylko kwestią czasu. Wkrótce mogłem zacząć pełnoetatowe poszukiwania idealnej kobiety.

Szybko znalazłem kilka niezawodnych kluczy, otwierających niemal każde drzwi. Wymiana myśli w formie tekstowej była doskonałym sposobem randkowania, przynajmniej dla kogoś, kto znacznie lepiej radził sobie ubieraniem tychże myśli w słowa, niż z panowaniem nad mimiką. Spotykałem się ze wstępnie urobionymi kobietami, unikając tych, które cechowała nadmierna pruderia czy skłonność do udawania grzecznych dziewczynek. Logistyka i zarządzanie kalendarzem wymagały uwagi i ostrożności. Przy tak ogromnym tempie działania, jakie sobie narzuciłem, nietrudno było o pomyłkę i niezamierzone skonfrontowanie ze sobą pań wziętych aktualnie na warsztat. Kulę u nogi stanowiła praca zawodowa, ale musiałem zarabiać pieniądze na wszystkie niezbędne wydatki. Hektolitry soku pomidorowego, nawadniającego nadwyrężony organizm i zaopatrującego go w potas też swoje kosztowały.

Znajomości trwały zazwyczaj bardzo krótko. Czasem kończyły się po pierwszym spotkaniu, czasem po piątym. Szczotkowy rytuał wchodził mi w krew coraz mocniej. Wkrótce nie potrafiłem uniknąć solidnego szorowania ciała po każdym bliższym kontakcie z kobietą.

Kiedy nabierzesz rozpędu, nie zauważasz, w jakim tempie piasek przesypuje się między palcami. Pomijając krótkie przerwy, wynikające z takich czy innych zakrętów życiowych, opisany stan trwał przez dwie dekady. Zaniedbałem siebie i moich przyjaciół. Zgubiłem azymut na ziemię obiecaną. Zbyt szybko przebierałem łapami i straciłem węch. Poszukiwania idealnej kobiety? Bujda! Było to zwykłe oddawanie się instynktom leżącym w psiej naturze. Jakim cudem miałbym uznać, że wreszcie spotkałem kobietę idealną, skoro ideał jest tylko jeden i wiedziałem, że był absolutnie poza moim zasięgiem? Owe poszukiwania były jedynie pretekstem czy alibi dla zaspokojenia chorobliwych popędów.

Najostrzejsza szczotka nie usunie grubej warstwy brudu, który uzbierał się przez te lata.

A gdy o czasie i piasku mowa – entliczek pętliczek, na kogo wypadnie, na tego bęc. Bywa, że nic nie zapowiada nagłego końca.

 


 

Miasto przywitało mnie zapachem kwitnących drzew. Kamienice wyremontowano. Środkiem gładkiej ulicy jechał karawan pogrzebowy. Przed kaplicą czekała już Anka i Marzena. Facet z zakładu zapytał nas, jakie mamy życzenia odnośnie do muzyki i czy może wystarczy zwyczajowa „Barka”. Przypomniałem mu, że umawialiśmy się na konkretne nagrania i że wysyłałem je mailem. Na szczęście miałem przy sobie nośnik z plikami.

Z głośnika popłynęły dźwięki „Ulicy szklanych serc”. Następna była „Ceremonia” (czyli inaczej „Ze śmiercią jej do twarzy”). Przy tym utworze Marzena z Anką śpiewały cicho do wtóru, trzymając mnie za ręce.

Na pogrzeb przybył tłum ludzi. Tak się żegna człowieka o szczerym uśmiechu.

 

Mieszkaliśmy w tym samym hotelu. Chodził nam po głowie pomysł, by powspominać Piotra w jakiejś knajpie, ale nie potrafiliśmy wybrać lokalu. Zaproponowałem, że wpadnę do Anki i wspólnie coś uradzimy. Kiedy przekroczyłem próg pokoju, okazało się, że w środku jest już Marzena, a na blacie stoją butelki i coś do jedzenia. Pomieszczenie tonęło w świetle herbacianych świeczek. Pomyślałem, że tak pewnie wyglądały imprezy w akademikach. Anka miała już lekko w czubie, co mnie trochę zdziwiło, bo wiedziałem, że potrafi dużo wypić. Marzena była w znacznie lepszej kondycji. W ogóle była w formie – miałem wrażenie, że przez te wszystkie lata prawie się nie zmieniła. Nadal nosiła długie włosy. Pogadaliśmy dłuższą chwilę, zdając krótkie relacje z tego, co działo się u nas, ile mamy dzieci, psów, kotów i jakiej muzyki słuchamy.

Puściłem składankę nowofalowych kompozycji, tworzonych przez dzisiejszą dzieciarnię. Anka zaplotła ramiona wokół mojej szyi. Nigdy nie tańczyłem za dobrze, w tamtej chwili nie miało to znaczenia. Gest kobiety miał tylko jeden cel. Zdarła ze mnie marynarkę i koszulę. Łapczywe pocałunki czułem na przemian na ustach, szyi, torsie. Miała gorący i nierówny, nerwowy oddech. Wspomniałem coś o Robercie. Anka odpowiedziała, że bardzo boi się i że zwariuje, jeśli ktoś jej za chwilę nie zerżnie. I że będzie jej miło, jeśli wyręczę Roberta w tym zadaniu. Wiedziałem, na czym rzecz polega – sytuacja, gdy Eros z Tanatosem w jednym stają domku nie była mi obca. Kątem oka zerknąłem na Marzenę, popijającą drinka. Jej długie nogi w pończochach ocierały się o siebie i słowo daję, słyszałem odgłos iskier sypiących się spomiędzy nich. Plan gry był oczywisty.

Wkrótce Anka dosiadała mnie, oddychając głośno, ale miarowo. Za wszelką cenę chciałem przegonić gnębiącego ją demona, oszczędzając jednocześnie energię na to, co było tak blisko. Chciałem skupić się na czymś pozwalającym mi odwrócić  uwagę od widoku i myśli o Ance. Cóż mogło skutecznie ostudzić wulkaniczną moc, zbierającą się w dolnych partiach mojego ciała? Zamknąłem oczy i zacząłem rozmyślać o swoim życiu. Wędrowałem we wspomnieniach do coraz odleglejszych lat, a gdy dotarłem do jednej z najmroczniejszych chwil, których nie zdołałem wyprzeć z pamięci, ścisnąłem mocno sutki Anki, a ta wydała z siebie okrzyk, stłumiony dłonią przytkniętą do ust. Teraz ja oddychałem głęboko, starając się za wszelką cenę nie dopuścić do kulminacji. Anka otarła pot z czoła i zachwycona twardością mojej męskości, zaczęła ponownie ujeżdżać mnie. Zamknąłem oczy. Myślałem o wszystkich kobietach, które skrzywdziłem. Czułem piekący ból na całym ciele. Paliły ślady po ostrej szczotce. Uda Anki zaciskały się coraz mocniej. Zajrzałem w jej oczy. To było to samo diabelskie spojrzenie, którym obdarzała mnie od niepamiętnych czasów. Poprosiła, bym zaczął przeklinać, albo opowiadać jakieś świństwa. Zapytałem, czy pamięta naszą rozmowę sprzed lat. Pogawędkę o poranku, gdy odpoczywaliśmy po koncercie. Anka zwolniła nieco i zaczęła się głośno śmiać. W tej samej chwili Marzena wstała z fotela i zdjęła z siebie sukienkę. Usiadła za Anką, położyła dłonie na piersiach kochanki. Byłem bliski szaleństwa. Anka zsiadła ze mnie i odeszła na chwilę, by pociągnąć łyk wina. Usta Marzeny objęły mnie ciepłym i wilgotnym uściskiem. Pieszczota była delikatna i bezpieczna, pozbawiona ryzyka utraty mocy. W czasie, gdy rozkoszowałem się grą wstępną kobiety moich marzeń, język Anki penetrował najwrażliwsze rejony ciała Marzeny. Straciłem poczucie czasu. Dziewczyny jęczały coraz głośniej, a ja czułem zapach, który unosił się nad polem namiotowym tamtej nocy. Pomyślałem, że jeśli Piotr jest z nami, to z pewnością nie ma nam za złe naszych wyczynów. To się nazywa stypa! Włosy Marzeny wiły się po moim brzuchu i klatce piersiowej. Chwilę później poznałem smak jej ust. Byłem w niej, głaszcząc delikatnie jej pośladki i plecy. Zacisnęła uda i zaczęła wykonywać powolne ruchy. Wyskoczyliśmy na orbitę niemal jednocześnie.

Leżała wtulona we mnie. Całowałem jej włosy, głaskałem ramiona. Anka siedziała w fotelu, popijając jakiś mocny alkohol i pochlipując od czasu do czasu. Najwyraźniej ostatni szot zadziałał na nią usypiająco, bo dało się usłyszeć delikatne chrapanie. Wykorzystaliśmy to skrupulatnie. Pomyślałem, że z Anki jest równa kumpela. Spała jak zabita, choć robiliśmy masę hałasu.

 


 

I to już finał opowieści. Wdzięczny jestem, że dotrwałeś do jej końca, tak jak wdzięczny jestem moim nogom, że zaprowadziły mnie o świcie w to miejsce. Słońce stanęło nad horyzontem i, jako się rzekło, czas iść na dworzec. Zostało mi kilka dni urlopu i mogę pojechać dokądkolwiek, choć szczerze powiedziawszy, nie umiem sobie wyobrazić, że może być jakieś piękniejsze miejsce od tego. Powrotu do Warszawy i do psiej gonitwy nie uniknę, ale czemu nie pocieszyć się jeszcze chwilę wiosną w naszym mieście? Chciałbym też wrócić raz czy dwa na tę ławeczkę. Mam do pogadania z Piotrem.

 

 

Opuścił mury cmentarza i sięgnął po telefon, by wezwać taksówkę. Na aparacie wyświetlała się informacja o nieodebranym połączeniu. Oddzwonił.

– Czy nadal jesteś w mieście? – zapytała Marzena, nie czekając na przywitanie Adama.

– Tak, jestem. Zmieniłem plany i postanowiłem zostać jeszcze dwa dni. Może nawet dłużej.

– A dla mnie miałbyś chwilę?

– Dla ciebie zostałbym… Marzena, ja… Oczywiście, że miałbym chwilę. Nawet cały dzień!

– Skoro masz tyle czasu, to skoczymy sobie na obiad, dobrze? A na poranną kawę zapraszam do mojej mamy. Chciałabym, by poznała cię osobiście. Wiesz, ona bardzo martwi się o mnie. Niech wie, że jestem w dobrych rękach. Mama bardzo ciebie lubi.

– Lubi mnie?

– Tak, opowiadałam jej dużo o tobie w czasach, gdy graliśmy w zespole.

– Z przyjemnością poznam mamę – powiedział Adam, przełykając nerwowo ślinę. – A czy ty masz jakieś kłopoty?

– Nic nadzwyczajnego. Rozstałam się z Markiem. To znaczy z moim mężem.

– Nie wspomniałaś o tym.

– Nie pytałeś.

– Możliwe… Faktycznie, nie pytałem.

– Ty w ogóle nigdy mnie o nic nie pytałeś – dorzuciła, śmiejąc się głośno.

– Przepraszam.

­– Narwij polnych kwiatów. Wręczysz mi je i wtedy przeprosisz.

– Ale wiesz, nie pamiętam… A raczej nie wiem, gdzie mieszkałaś. To wciąż ten sam adres?

 

Poszedł na miejsce piechotą. Było tak blisko! Nad secesyjną bramą z zielonymi drzwiami widniała rzeźba przedstawiająca motyla. Zdjęcie tej bramy znajdziesz w albumie Piotra.

 

 

Dolny Śląsk, Maj 2024

12,739
9.5/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.5/10 (35 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (6)

SENSEIH · 11 maja 2024 ·

+4
-3
I to jest to, co koneserzy lubią. Bogactwo języka, głębia podświadomości i umiejętność uderzenia w to, co w każdym z nas tkwi.
Brawo. Szacun.
P.S. Znajdą się zapewne tacy, dla których ten tekst jest za trudny (chociaż Citroen serwował jeszcze trudniejsze). Pomódlmy się więc za nich i za ich IQ 😉

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Tomp · 11 maja 2024

+1
0
To był ten lepszy @CzarnyCirtoen. Ten niemal zrozumiały. Może modlitwy pomogły?
PS "słońce" małą literą.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Pokątnie uściski · 12 maja 2024 ·

+3
0
Tak, bolące i drażniące, może nawet za mocno, bo "zaokrąglony brzuszek" kiedyś stał się nowym człowiekiem a to duża cena za błędy i wolności.
Z opowiadania bije jednak posępna nuta, mimo próby zastąpienia jej motylkiem, wykucia w kamieniu jakiejś alternatywy w miejscu, którego wszak bohater nienawidzi i w którym czuje się obco.
Jeśli to miało być pozytywne zakończenie, to wolałbym podkreślić je odrobinę mocniej. Teraz - jestem przekonany, że życie psa weźmie górę.
Ale to uwaga zupełnie na marginesie, jak i ta, że miłość, trójkąt czy erotyka w ogóle są tu zaledwie tłem do analizy życia czy może oczyszczającej spowiedzi bohatera. Tu... nie ma nic pokątnego. 😛
Tu jest raczej pokalanie. 😉

Znalazłem tylko jedną rzecz:
"Nasta wtedy czas"
Nastał

Czytało się bardzo dobrze, z tym, że lekceważący stosunek bohatera do własnego życia, ktore rozpatroszył obojętnie i pesymistycznie, jak żabę na biologii, udzielił się także mnie. Nie mogę powiedzieć, że śledziłem jego losy z wypiekami na twarzy.
Natomiast jeśli tak miała wyglądać prawda, serwowana przez autora - chapeu bas!
🙂

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Czarny Citroen · Autor · 12 maja 2024 ·

+1
0
@SENSEIH, dziękuję za lekturę. Twój komentarz może trochę zdenerwować czytelników. Mam nadzieję, że tekst będzie się dobrze czytał, starałem się napisać w miarę składną opowieść, zgodnie z zapowiedzią zawartą we wstępie.

@Tomp, dzięki za przeczytanie opowiadania. Błąd poprawiłem.

@Pokątne uściski, dziękuję za bardzo interesujący komentarz. Zakończenie miało być dosyć pozytywne, ale i realistyczne. Raczej skłaniam się do myśli, że psiego stanu bohater porzucić nie zdoła, ale nie chciałem domykać tej opowieści, zostawiając furtkę do kontynuacji historii, jak i pozostawiając rozstrzygnięcie czytelnikowi. Bohater dostaje od życia szansę, wpadając w coś w rodzaju pętli czasowej, choć podróż po niej nie ujmuje mu lat ani bagażu doświadczeń. Ma przy tym prawo nie lubić tego kim jest i co dotąd wyrabiał. Byłem ciekaw, jak takie potraktowanie głównego bohatera wpłynie na odbiór tekstu, a że muszą być w nim postaci, które choć trochę dają się polubić, ocieplałem wizerunek pozostałych bohaterów. Dla Adama to zakończenie może być o tyle pozytywne, że może po raz pierwszy ktoś (los), wzorem Piotra, popukał go bardzo mocno w głowę i powiedział: popatrz, stajesz teraz przed ważnym wyborem i ogromną szansą. Nie skorzystasz – sam sobie jesteś winny. Wcześniej też byłeś bardzo blisko, ale nie wierzyłeś, że szczęściu da się pomóc.

Pokalane zamiast pokątnego – bardzo fajne zestawienie 🙂

Błąd poprawiłem.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

MikeEcho · 20 maja 2024 ·

+1
0
Nie lubię podupadłych miast, industrialnego rocka, trójkątów i psiej gonitwy. Zazwyczaj szukam na tym portalu (i ogólnie w internecie) czegoś, co trafia w moje gusta (fetysze?). Te opowiadanie zupełnie nie trafiło, a jednak... przeczytałem je od deski do deski z wypiekami na twarzy. Po tym moim zdaniem poznać dobrego autora; choćby pisał o temacie na pierwszy rzut oka zupełnie nieciekawym, potrafi porwać, uwieść, oczarować. Nie daje mi tego, na co czekam (łatwa rozrywka, o której nie pamięta się po 5 minutach), tylko coś, co wgryza się w mózg. W tym wypadku porwałeś mnie, uwiodłeś i oczarowałeś autentycznością i głębią. Po lekturze zastanawiałem się, czy czytałem opowiadanie, czy oglądałem film. I dodatkowy punkt za to, co lubię w filmach: happy end. Może nie taki oczywisty i pełny, ale dla mnie jednak happy.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Czarny Citroen · Autor · 21 maja 2024

+1
0
@MikeEcho, dziękuję za lekturę i podzielenie się przemyśleniami. Cieszę się, że opowiadanie nie jest nudne mimo rozmijania się z oczekiwaniami czytelnika co do "fetyszy". Historia jest tu mocno upakowana i stanowi balon próbny - nie wykluczam, że spróbuję podejść do niej jeszcze raz, tym razem tworząc jej wariant "pełnometrażowy" - mam sporo wątków, o które można ją rozbudować.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.