Ilustracja: Olivier Vernay Kim

Chram

Man in black Man in black

21 lutego 2016

hourglass 1 godz 57 min

Przedmieścia skąpane są w blasku styczniowego słońca. Jest biało, śnieg zalega wszędzie. Zupełnie jakby ktoś okrył okolicę białym puszystym kocem, w którym teraz przegląda się słońce. Złociste promienie odbijają się od granatowej karoserii kii sorento, zaglądają do okien domu, przed którym samochód jest zaparkowany, zwodzą topazową barwą, choć to tylko łabędzi śpiew, niedający ciepła.

Poranek jest spokojny. Samochody, jeśli się w ogóle pojawiają, suną powoli i ostrożnie. W oddali słychać śmiech dzieciaków walczących na śnieżki. Gdzieś trzasnęły drzwi. Słychać brzęk butelek, to pan Kurczyński, emerytowany nauczyciel muzyki z pobliskiej podstawówki. Wraca ze sklepu Za rogiem, gdzie jak co rano robi zakupy. Niegdyś była to domena nieboszczki małżonki. Teraz staruszek zdaje się udowadniać, że on również może. Niewykluczone, że ten rytuał pozwala mu zachować resztki przeszłości, kiedy siadali wspólnie do śniadania, a na stole leżało świeże pieczywo. Emeryt na widok młodej blondynki po drugiej stronie ulicy unosi rękę i macha przyjaźnie.

Agnieszka odpowiada na pozdrowienie. Z trudem taszczy walizkę do samochodu. Otwiera bagażnik i przy akompaniamencie westchnień i stęknięć, wpycha ją do środka. Kiedy już jej się udaje, prostuje plecy i rozgląda się po okolicy. Odprowadza sąsiada wzrokiem i stwierdza, że starzy ludzie są jak gołębie, zbierają okruchy przeszłości, chcąc zatrzymać czas. Kobieta uśmiecha się pod nosem. Poranki na przedmieściach są takie spokojne. Panuje tu cisza i czysta harmonia, aż żal opuszczać taki azyl, nawet na kilka dni. Podniecenie wyjazdem w góry wywołuje w niej poczucie winy. Zawsze tak się dzieje, kiedy cieszy się na wyjazd dokądkolwiek. Czuje się jakby zdradzała to miejsce.

Wspomnienia są najtrwalszym spoiwem. Tutaj się wychowała. Każdy fragment krajobrazu z osobna stanowi kompletny rozdział w jej życiorysie. Chociażby dwie posesje dalej, tuż za domem Wiśniewskich stoi pusta działka. Zawsze stała pusta jakby ciążyła na niej klątwa. Bawiła się tam z Mają, swoją przyjaciółką. Rosną tam chaszcze i kilka drzew. Nazywali to miejsce małpim gajem. Albo podjazd, na którym teraz stoi, to tutaj po raz pierwszy wsiadła na trójkołowy rower. Nagle kobieta słyszy skrzypnięcie drzwi i widzi męża z kolejną walizką. Otrząsa się ze wspomnień, osaczających ją jak wrony pobliski kabel wysokiego napięcia.

Bartek ma na sobie dżinsy i koszulę flanelową. Kobieta zastanawia się, czy tak zamierza jechać. Eh ci faceci, mruży oczy pod wpływem słońca odbijającego się od śniegu.

– Daj, pomogę ci.
– Zostaw, to ja tutaj noszę spodnie, a przynajmniej pozwól mi tak myśleć – uśmiecha się, umieszcza walizkę w bagażniku i podchodzi do żony, żeby ją pocałować.
– Pan Kurczyński właśnie wrócił ze śniadaniem. Chyba można według niego regulować zegarek – Agnieszka czuje na ustach zapach pasty do zębów, przynajmniej o tym nie zapomniał, głaszcze Barka czule po ramieniu.
– Zasłużył na solidną porcję, teraz kiedy wygrał batalię o fotoradar, pewnie się nudzi.
– Jak go znam, szybko sobie znajdzie kolejny problem do rozwiązania – kobieta zamyka bagażnik i kieruje się w stronę domu. – Nie stój w samej koszuli. Nie jest tak ciepło, jak ci się wydaje.

Na ulicy pojawia się pług. Warkot silnika zakłóca nieco sielankowy poranek na przedmieściach. Zaczyna prószyć śnieg. Niespodziewany podmuch mroźnego wiatru zrywa z drzwi świąteczną ozdobę – pomysł Bartka – przedstawiającą uśmiechniętą twarz świętego mikołaja w czerwonej czapeczce. Plastikowa wytłoczka wiruje chwilę w powietrzu, aż ostatecznie ląduje pod kołami pługu. Silnik zagłusza delikatny trzask plastiku. Pojazd odjeżdża, a na pustej ulicy zostaje zdeformowana i popękana twarz mikołaja. Teraz wygląda, jakby uśmiechał się złośliwie.


*

Maja upycha w walizce odnalezione w ostatniej chwili dżinsy. Zdążyła wpaść w panikę, nie mogąc ich odnaleźć. Jej ulubiona para spodni. Z trudem domyka suwak. Rozgląda się zasapana po mieszkaniu. Należałoby tutaj posprzątać, zerka na zegarek i szybko rezygnuje z pomysłu. Nie może tracić czasu. Musi jeszcze wyszykować siebie, no i gdzie jest ten cholerny Gracjan? Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w mieszkaniu zjawia się wywołany w myślach mąż.

– Najważniejsze zapasy – mężczyzna uśmiecha się, pobrzękując butelkami w reklamówce. – Orzeł wylądował.
– Ile tego kupiłeś?
– Zależy czego – idą razem do kuchni, gdzie reklamówki lądują na stole, a mężczyzna wyjmuje zawartość. – Wódka, sztuk pięć, po zero siedem każda – ustawia butelki bolsa w równym rzędzie jak chłopiec wystawiający ołowianych żołnierzy. – Piwa, cztery zgrzewki, po sześć puszek w każdej – zgrzewki układa jedna na drugiej niczym cytadelę, której chroni rząd butelek.
– Ile na to wydałeś?
– O co ci chodzi?
– Chciałam ci przypomnieć, że jedziemy tylko na kilka dni, a po powrocie czekają nas jeszcze dwa tygodnie do wypłaty.
– Poszły niecałe dwie stówki, wyluzuj się – sięga do kieszeni i wyjmuje garść prezerwatyw. – Mam jeszcze to.
– Twoje szczęście – kobieta uśmiecha się, jej twarz łagodnieje. – Przynajmniej nie wyciągaj od razu tego wszystkiego – wskazuje dłonią alkohol. – Nie musisz być zawsze tym, który pierwszy łapie za wódkę.
– Jak sobie życzysz mamuśka.

Maja maluje się przed lustrem w łazience. Tylko tutaj ma wystarczająco mocne światło. Poprawia długie czarne włosy i szminkuje usta. Gdyby Gracjan wiedział, że mimo iż są małżeństwem od lat, kobieta nie jest przekonana, że chce mieć z nim dzieci, pewnie wściekłby się jak cholera. Gracjan jest dobrym kochankiem i mają kilka całkiem fajnych wspomnień, ale kobieta ma wątpliwości, czy sprawdziłby się w roli ojca. Woli nie ryzykować. Nie chce zostać jedną z tych rozwódek przed trzydziestką. Samotną mamuśką ze spasioną dupą, dzieciakiem na głowie i frustracją w oczach. Nie chce, jak one, przekonywać wszystkich dookoła, że dopiero teraz wie, że żyje. Gdyby to była prawda, nie powtarzałyby tego, jak pierdolonej mantry.

Kobieta zerka na swoją sylwetkę w lustrze. Ma pełne piersi, płaski brzuch i wcięcie osy w talii. Uśmiecha się do swojego odbicia. Przesuwa dłonie po biodrach. Dżinsy leżą jak ulał. Podoba się jej to na co patrzy. Wciąż masz to coś, kochana – zadowolony głos w jej głowie mruczy leniwie.

Gracjan słyszy, że ktoś trąbi pod ich blokiem. Zerka przez okno. Granatowa kija stoi na chodniku w blasku przedpołudniowego słońca. Uczucie igły wbijającej mu się w tył głowy wywołuje grymas. Jak taki frajer może tyle zarabiać? Gracjan jest przekonany, że Bartek nie potrafi nawet właściwie zadowolić swojej żony. Na pewno nie potrafi. Zresztą ta jego żona, niby fajna dupa, nic jej nie brakuje, a jakaś taka śnięta. Ciekawe jak taka eteryczna dupeczka wiłaby się pod nim. Już on dałby jej do wiwatu.

– Już są, pospiesz się mamuśka – pogania żonę.

Maja nie znosi, kiedy tak na nią woła. Już ma na niego krzyknąć, jednak zostawia to w pamięci. Chowa w pośpiechu kosmetyki do torebki. Cholera, z tym całym bajzlem też powinna była zrobić porządek już dawno. Trudno, to nie jest najlepsza pora. Wchodzi do pokoju i celuje w męża palcem.

– Nie nazywaj mnie tak, nie jesteśmy murzynami z czarnej dzielnicy – mężczyzna wzrusza ramionami.


*

Trzy godziny podróży wywołuje znużenie u wszystkich. Gracjan już godzinę wcześniej zwinął bluzę w kłębek i użył jako poduszki. Głowa podskakuje mu nieznacznie na nierównościach i zakrętach. Ma mocny sen. Maja wetknęła w uszy słuchawki i z zamkniętymi oczami oddaje się swoim ulubionym przebojom.

Agnieszka wpatruje się obojętnie w krajobraz. Mimo iż zawsze przed wyjazdem ma wyrzuty sumienia, ustępują one z każdym kolejnym kilometrem. Po prostu lubi podróżować samochodem, szczególnie, od kiedy kupili nowy wóz. Kija jest duża i wygodna. Z klimatyzacji sączy się przyjazne ciepło kontrastujące z mrozem na zewnątrz. Z głośników płyną czyste dźwięki. Kobieta przeciąga się leniwie.

Bartek sprawdza czas. Za czterdzieści minut są umówieni z właścicielem domku. Mają się spotkać we wsi, gdzie mieszka stary góral. Bez jego pomocy nie trafią do celu. No i bez kluczy, oczywiście. Przez chwilę kierowca rozważa krótki postój, pójście do toalety i może jakąś kawę. Zerka na wskaźnik paliwa, jest ponad połowa, więc uznaje, że nie ma sensu robić kolejnej przerwy, przynajmniej dopóki wszyscy siedzą spokojnie.

Mija umówiony czas i zaledwie z dziesięciominutowym opóźnieniem wjeżdżają do wioski pośrodku której stoi drewniany kościółek. Wokół niego rozrzucone są domy. Część z nich jest całkiem nowa, pozostałe to stare liche chaty pamiętające lepsze czasy. Bartek zatrzymuje samochód na parkingu przed kościołem. Pozostali otrząsają się z letargu. Budzi się nawet Gracjan. Mężczyzna rozgląda się zaskoczony. Sprawia wrażenie zdezorientowanego, jakby spodziewał obudzić się pod swoim blokiem, a nie w wiosce pośród gór.

Zdezelowany dżip stoi tuż obok. Agnieszka obserwuje przez szybę swojego męża podchodzącego do nieznajomego. Stary góral ma na sobie kożuch i duże buty z metalowymi sprzączkami. Widzi, jak Bartek wręcza tamtemu zwitek pieniędzy. Właściciel domku przelicza je powoli, żeby wiatr nie wyrwał mu banknotów z ręki. Po chwili uznaje, że wszystko się zgadza i unosi rąbek kapelusza. Kobieta stwierdza, że wygląda trochę jak gość z reklamy Warki, ten sam, który pomógł ratownikom w jakiejś wymyślonej przez reżysera akcji ratunkowej, a później przyniósł wszystkim piwo. Bartek wraca do samochodu.

– Jak tam, wszystko gra? – Gracjan przeciąga się, zerkając na kolegę.
– Stary mówi, że bez łańcuchów nie da rady.
– O kurwa, gdzie my teraz kupimy łańcuchy? – Gracjan wybudza się całkowicie.
– Spokojnie, mam je w bagażniku. Pomożesz?
– Pewnie – mężczyzna wysiada.

Maja oddaje uśmiech koleżance i zastanawia się nad swoim mężem. Wyobraża sobie, jak wyglądałaby ta podróż, gdyby byli tutaj sami. Oczami wyobraźni widzi, jak małżonek orientuje się na tym zadupiu, że potrzebne są łańcuchy. Oczywiście wcześniej o tym nie pomyślał, bo kto by pomyślał, że zimą w górach przydają się łańcuchy? Musieliby się wrócić, pewnie kilkadziesiąt kilometrów do najbliższego miasta. Wszystko pod warunkiem, że jeszcze byłby czynny jakikolwiek sklep. Wyobraża sobie zmarnowane godziny, niepotrzebną kłótnię w samochodzie i to jak docierają na miejsce w nocy. Nic nie widać, nie można się rozpakować i tak dalej.

Pieprzony Piotruś Pan. Nagle spływa na nią myśl, że Agnieszka miała cholerne szczęście, że trafiła na takiego faceta jak Bartek. Przystojny blondyn, co już samo w sobie jest rzadkością. W dodatku wykształcony, z dobrą pracą i poukładany jak szwajcarski zegarek. Odnosi wrażenie, że z każdym kolejnym rokiem jej mąż staje się coraz większym prostakiem. A może on zawsze taki był, tylko ty tego nie dostrzegałaś? – głos rozlegający się w głowie zmusza ją do zamyślenia się nad tą kwestią.

– Wszystko w porządku? – Maja zerka na koleżankę, jest spłoszona jakby zapomniała o jej obecności.
– Tak wszystko gra – uśmiecha się. – Może rozprostujemy kości?


*

Po założeniu łańcuchów ruszają za dżipem. Podróż do wynajętego domku zabiera im czterdzieści minut. Trasa nie jest łatwa. Muszą pokonać liczne stromizny i ostre zakręty. Przez cały ten czas krajobraz nie ma do zaoferowania nic poza wszechobecnymi, majestatycznymi górami i gęstymi lasami, a wszystko to pokryte śniegiem. Widok uświadamia potęgę natury. Przytłacza swoim majestatem, rozmachem i wielkością.

Niebo zaczyna szarzeć coraz bardziej. Niecały kilometr przed dotarciem do celu, mijają stare gospodarstwo. Poza nim nie ma tutaj niczego. Na miejscu okazuje się, że domek jest w rzeczywistości dużym domem ze sczerniałych bali. Wygląda jak czarny przycupnięty olbrzym na tle białego śniegu. Według słów właściciela, budowla liczy sobie sto pięćdziesiąt lat. Góral wręcza klucze Bartkowi, ten przekazuje je żonie i chwilę patrzy, jak Agnieszka prowadzi znajomych do środka. Maja zastanawia się, czy choć raz będzie mogła wystąpić w takiej roli? Zaprosić znajomych na wypad w góry, może być nad morze, to bez znaczenia. Ważne, żeby choć jeden pierdolony raz wystąpić w roli gospodyni, a nie piątego koła u wozu.

Na zewnątrz zostaje Bartek. Właściciel oprowadza go po posesji. Tłumaczy co i jak. Prowadzi do szopy, w której znajduje się drewno i mnóstwo starych sprzętów, w tym agregat prądotwórczy. Idą razem do studni.

– Wodę trza brać stąd.
– Nic nie szkodzi – Bartek rozgląda się zafascynowany widokami.
– Nie róbcie tu hałasu, natura nie znosi hałasu.
– Tak pan sądzi? Zresztą, nie przyjechaliśmy tu hałasować tylko odpocząć.
– Jezioro jest tam – góral wskazuje w dół. – Teroski gówno widać, bo jest zamarznięte i przysypane śniegiem. Aha… i jeszcze jedno. Dom ma piwnicę. Nikt tam nie schodził od… – zamyśla się – ...od bardzo dawna. Lepiej niech tak zostanie.
– A co, chowacie tam jakieś trupy?
– Jakby co, nie możecie mówić, że nie ostrzegałem – żart nie znalazł uznania w oczach właściciela.
– Jasna sprawa.

Bartek odprowadza górala wzrokiem. Patrzy, jak ten wsiada do zdezelowanej poobijanej maszyny w kolorze khaki, zawraca i po chwili znika za potężną zaspą śniegu. Warkot silnika jest coraz słabszy, aż zalega cisza przerywana jedynie delikatnym szumem drzew i nieśmiałym świergotem ptaków. Powietrze jest rześkie i krystalicznie czyste. Zupełnie jakby to właśnie stąd brało swój początek w dalszej wędrówce po ziemi. Czy wiatr w ogóle ma swój początek? Uśmiecha się do swoich myśli i rozgląda jeszcze raz dookoła. Ta miejscówka robi na nim ogromne wrażenie. Zerka w niebo, wygląda na to, że do pół godziny powinno już być ciemno. Jesteś tu od dziesięciu minut i już uważasz się za fachowca od natury? – mężczyzna wzrusza ramionami, czemu nie?


*

Przy ostatnich strzępach światła, całą czwórką znoszą do domu bagaże i kartony z prowiantem. Gracjan rozpala ogień w dużym kamiennym kominku, po czym idzie uruchomić generator. Nie mijają cztery minuty, kiedy w domu pojawia się światło. Płonący ogień, harmider, jaki tworzą, krzątając się tu i tam, to wszystko sprawia, że dom zdaje się ożywać i wypełniać tym, co zwykło się nazywać domowym ogniskiem. Bartek walczy z piecem. Bezskutecznie próbuje rozpalić ogień, choć obiecał dziewczynom wrzątek na kawę jakieś dziesięć minut temu.

– Stary, na sucho tego nie ogarniesz. – Do kuchni wchodzi Gracjan, podchodzi do stołu i upewnia się, że żona nie widzi go z tego miejsca. – Mam tu specjalny eliksir. – Który sprawi, że zaczniesz się zachowywać jak mężczyzna, myśli z satysfakcją obserwując nieudolne próby rozpalenia ognia przez kolegę.
– No dobra, – Bartek waha się, poprawia okulary i podchodzi niepewnie do stołu. – Byle szybko, muszę ogarnąć, piec.

Obydwaj sięgają po napełnione kieliszki. Blondyn czuje, jak wódka pali go w przełyku żywym ogniem, po czym rozlewa się w żołądku. Krzywi się niemiłosiernie i rozgląda za czymś do popicia.

– Nalej sobie soku – Gracjan klepie go po ramieniu, idąc w stronę pieca. – Ja rozpalę ten nieszczęsny ogień.

Agnieszka i Maja stoją przy kominku, ciesząc się swoim towarzystwem i ciepłem ognia rzucającego na nie migoczące refleksy. Dzięki drewnianym ścianom, w domu oddycha się pełną piersią. Zapach płonących szczap tylko dodaje uroku. To coś zupełnie innego niż powietrze wysuszone przez centralne ogrzewanie. Za oknem jest już ciemno i teraz w szybach odbija się wnętrze domu, trochę jakby za oknem rozlegał się równoległy świat.

– Kiedy się dowiedziałaś? – Maja gładzi koleżankę po ramieniu.
– Dwa dni temu. Lekarz powiedział, że mogę próbować in vitro, ale nie daje mi większych szans – płomień rzuca refleksy na jej jasnej twarzy, co sprawia, że kobieta wygląda, jakby zaraz miała się rozpłakać.
– Jak przyjął to Bartek?
– Jeszcze nic nie wie. Nie wiem jak mu to powiedzieć. Boję się jego reakcji.
– Chyba nie sądzisz, że on… – brunetka zawiesza głos i wykorzystuje pauzę, żeby odgarnąć ze skroni niesforny kosmyk.
– Nie, nie... Nie sądzę… – z każdym kolejnym słowem pewność siebie w głosie Agnieszki topnieje.
– Słuchaj, może powinniście spędzić ten czas, – zerka w stronę kuchni czy nie podsłuchuje ich któryś z panów – tylko we dwoje?
– Nie, skąd ci to przyszło do głowy? Chciałam, żebyś tutaj była. – Przytula koleżankę, kobiety głaszczą się po plecach z głowami zwieszonymi na swoich ramionach.

Gracjan rozpalił ogień w piecu i zerka w stronę salonu. Patrzy na ściskające się kobiety i na jego twarzy pojawia się szelmowski uśmiech. Zaczyna się zastanawiać, jakby to było, gdyby obydwie zaczęły się całować i zrzucać z siebie ubrania. Maję widział nago już setki razy, więc skupia się głównie na żonie kolegi. Jest blondynką, co stanowi doskonały kontrast. Pewnie, kiedy posuwa ją ten okularnik, kobita sięga po książkę – głos w jego głowie jest zjadliwy – ktoś powinien jej pokazać, jak wygląda porządne rżnięcie.

– Co tam? – Bartek podchodzi do pieca i stawia czajnik.
– Co? – Gracjan dał się zaskoczyć. – Sam nie wiem, może nasze żony zaraz zaczną się pieprzyć? – Daje kuksańca zaskoczonemu koledze i stara się zakryć wzwód.


*

Po kolacji siadają przy kominku. Gracjan przygotowuje w kuchni drinki, a Bartek dorzuca kilka dużych szczap drewna, które zaczynają syczeć, ogrzewając się w językach zachłannego ognia. Otaczają ich dźwięki, na które Maja normalnie nie zwróciłaby uwagi. U nich w domu telewizor zawsze jest włączony i skutecznie zagłusza wszelkie dźwięki, przynajmniej te bardziej subtelne od beknięć męża. Zresztą jakie subtelne dźwięki można usłyszeć w bloku? Kolejną awanturę Kowalskich spod dziesiątki albo spuszczaną gdzieś wodę w kiblu.

Kobieta podchodzi do okna. Otaczają ich zwały białego śniegu. Niebo jest czyste, wyraźne jakby była w planetarium. Czuję się jak na innej planecie. Zupełnie jakby ten stary dom był statkiem kosmicznym i teraz lecą gdzieś w bezkres kosmosu. Nie słychać żadnych samochodów. Ogień strzela, krzesząc iskry do komina, potężne bale, z których zbudowane są ściany, również dają o sobie znać. Podłoga skrzypi nieznacznie i tylko w niektórych miejscach. To wszystko wydaje się takie inne i takie urokliwe, że po raz pierwszy od przyjazdu czuje się naprawdę szczęśliwa. Czuje silną potrzebę, żeby podzielić się swoimi wrażeniami zresztą.

– Bardzo tu klimatycznie.
– Prawda? – Agnieszka nakłada na talerzyk sałatkę. – Tak cicho i spokojnie.
– Drinki lądują szczęśliwie, – Gracjan niesie tacę i udając, że to lądujący samolot, ustawia ją na stole.
– Nie wszyscy tutaj czują ducha gór. – Maja uśmiecha się, ale na jej twarzy nie ma wesołości, czuje się rozczarowana, że jej mąż jak zwykle musiał wejść w rolę barmana.
– Najpierw spróbuj, potem krytykuj. – Gracjan odcina się ze stoickim spokojem.

Maja próbuje odgadnąć, które z nich uległo zmianie w ostatnim czasie. Ona czy jej mąż. Dlaczego tak cholernie przestają do siebie pasować? Obserwuje Gracjana i widzi wyraźnie, że on kompletnie nie czuje tego miejsca. Nie zauważa tych wszystkich drobnych różnic, które budują niepowtarzalny klimat. Nie widzi czystego nieba, nie słyszy ognia w kominku. Nie słyszy, o czym szepczą ściany. Nie potrafi cieszyć się tym, co piękne. Tylko ta pieprzona wódka, drinki i piwsko. Brakuje, tylko żeby zasmakował w żeberkach, zaczął grać w kosza i obwiesił się biżuterią.

– A wiecie, że jest tu…

Bartek nie kończy, ponieważ nagle gaśnie światło. Wszyscy zastygają zaskoczeni. Tylko Gracjan spokojnie próbuje swoje dzieło, uśmiechając się zadowolony. Drinki powinny smakować wszystkim, jest tego pewien.

– Chyba wysiadł generator. – Bartek wstaje od stołu.
– Może po prostu zabrakło paliwa? – Kolega nie wydaje się dokądkolwiek wybierać.

Ogień rzuca migotliwe światło sięgające połowy stołu. Głębiej pełzają cienie, zlewające się w gęsty mrok. Za oknem widać niemal niebieskawą poświatę śniegu. Z trudem można dostrzec zarysy mebli.

– To raczej niemożliwe. Gospodarz pokazał mi pełny bak. Zresztą, jakby co mam ze sobą kanister w samochodzie.
– Bartek. Dobrze, że z nami jesteś. Myślisz o wszystkim – Maja zerka na męża, w ciemności Gracjan nie widzi złości w jej oczach. – Pójdę z tobą.
– Daj spokój, poradzi sobie – Agnieszka patrzy na męża, choć widzi tylko ciemną plamę. – Poradzisz sobie skarbie, prawda?
– Nie ma takiej potrzeby, – Gracjan podnosi się i podchodzi do kolegi. – Chodźmy, zanim moja gorsza połowa wypali mi dziurę w brzuchu. – Być może dostrzegł złowrogi błysk w oku Mai.

Na zewnątrz jest chłodno, ale bezwietrznie. Blondyn biegnie do samochodu, skąd zabiera latarkę. Wraca do kolegi i idą do szopy stojącej kilka kroków od domu. Teraz kiedy już jego wzrok oswoił się z ciemnością, zauważa, że biel śniegu zdaje się zastępować latarkę. Jakby biały puch przez cały dzień kumulował promienie słońca i teraz nieznacznie jarzy się słabą poświatą.

Wchodzą razem do drewnianej szopy. Światło latarki niczym białe widmowe oko ślizga się po narzędziach wiszących na ścianie. Jasny snop wyławia z ciemności starą dętkę, sierp, zardzewiałe łańcuchy, opada niżej na siekierę wbitą w gruby pień drzewa, pełznie chwilę po klepisku, aż ląduje we właściwym miejscu. Gracjan podchodzi bliżej. Ogląda urządzenie, kucając tuż obok.

– Bez jaj stary…
– Co się stało? – wystarcza kilka minut i Bartek zaczyna odczuwać chłód.
– Agregat nie padł tylko ktoś go, kurwa, wyłączył – Gracjan podnosi się z kolan.
– Może sam się wyłączył? Wiesz jakieś zwarcie czy coś w tym stylu?
– Albo… – mężczyzna odbiera latarkę z ręki zaskoczonego kolegi. – Zrobiły to duchy! – Oświetla sobie twarz od spodu, jak robił to setki razy w dzieciństwie, kiedy opowiadali sobie z kolegami straszne historie na koloniach.

Bartek się uśmiecha i stara za wszelką cenę ukryć to, o czym myśli w tej chwili. Uważa, że jego znajomy, to skończony kretyn, który nie chce dorosnąć. Pewnie boi się odpowiedzialności, a przynajmniej coś w tym stylu. Nie jest psychologiem, ale czuje, że zachowanie Gracjana ma swoje korzenie w okresie dojrzewania.

– Sprawdzę, czy nie widać jakichś śladów na śniegu. – Bartek odbiera latarkę i wychodzi na zewnątrz.

Takie typy jak Gracjan z reguły brylują w szkole, dopóki nie dostrzegą, że frajerzy tacy jak… Tacy jak ty – odzywa się wewnętrzny głos – tacy sami. Niech będzie. Dopóki nie dostrzegą, że frajerzy tacy jak ja idą na studia i robią karierę, a tacy jak on, coraz bardziej upodabniają się do miejscowych robotników, którymi tak gardzili jeszcze przed kilkoma laty. To musi boleć. Świadomość, że nie masz światu nic do zaoferowania. Znacznie łatwiej jest udawać, że wciąż jest się tym równym kolesiem z gimnazjum. Niż brać się za bary z życiem.

Po chwili zjawia się Gracjan. W ustach trzyma papierosa, ręce wcisnął w kieszenie i puszcza gęste chmury dymu, które kłębią się w powietrzu. Przez chwilę można odnieść wrażenie jakby miały tam zostać do rana.

– Wpadłeś na coś Sherlocku?
– Nie bardzo, – światło latarki nie ma dużego zasięgu, ale śnieg zalegający dookoła jest gładki i są na nim ślady wyłącznie ich butów. – Włączyłeś agregat?
– Kurwa, faktycznie. – Gracjan niemal wyrywa latarkę z ręki Bartka i wraca do szopy.

Cisza jest totalna. Czyste niebo, nieskażone sztucznym światłem miasta, odsłania przed Barkiem prawdziwy spektakl. Zupełnie jakby oglądał je na potężnym ekranie w wysokiej rozdzielczości. Gwiazdy migoczą zalotnie i zdają się na wyciągnięcie ręki. Stojąc tak z zadartą głową, zaczyna zapominać, gdzie jest. Czuje się jakby stał na księżycu i zamiast ziemskiej atmosfery otaczała go próżnia kosmosu.

– Chodź astronom. – Tuż obok pojawia się kolega. – Jeszcze jedna z tych ślicznotek spadnie ci na głowę i będzie na mnie. – Ruszają razem do domu.

Bartek doskonale zdaje sobie sprawę, że znajomy traktuje go jak nieszkodliwego fajtłapę. Faceta, który nie potrafi wymienić przysłowiowej żarówki. Na początku ich znajomości męczyło go to, jednak przywyknął. Gracjan miał swoją irytującą stronę, zresztą, miał tych stron więcej, ale mimo wszystko dało się z nim wytrzymać. W zasadzie podejrzewał, że uszczypliwe uwagi, jak choćby ta o spadających gwiazdach, wynikają po części z tego, że Bartek ma znacznie lepszą sytuację materialną. Faceta naładowanego testosteronem jak Gracjan, musi to uwierać.

Nagle, w momencie, kiedy przekracza próg domu, uświadamia sobie pewną myśl. Wszystkie szkolne gwiazdy, którym się w życiu nie powiodło, są jak bezrobotni celebryci, którymi ich mikroświat przestał się interesować. Facet jest sfrustrowany własnym życiem, pozwól mu się cieszyć drobnostkami, – odzywa się głos rozsądku.

*

W tym czasie Agnieszka i Maja odnalazły w szufladzie zapas świec. Na stole pojawiły się zapałki, na wszelki wypadek. Panie zdążyły również opróżnić swoje drinki do połowy.

– Widzę, że nie próżnowałyście. – Gracjan postanawia szybko nadrobić stracony czas.
– Co tam znaleźliście w tej strasznej szopie? – Maja spogląda to na męża, to na znajomego.
– Wielką stopę. – Gracjan z trudem odrywa się od szklanki, niewiele brakowało, a opróżniłby ją za jednym zamachem.
– A tak na poważnie? – Agnieszka zerka na męża.
– Agregat się wyłączył. – Bartek moczy usta w drinku, po czym musi przetrzeć okulary, ponieważ szkła zaczynają pokrywać się parą.
– Sam się wyłączył? – Brunetka wodzi wzrokiem po wszystkich, zaczynając od przyjaciółki.
– Się zmęczył, się wyłączył – Gracjan wstaje i pogania dziewczyny. – Dopijcie, to przyniosę nową porcję.

Po pół godziny nastroje są znacznie bardziej rozluźnione. Pierwsza butelka jest już za nimi. Maja coś sobie przypomina.

– Bartek, byłabym zapomniała. Zanim zgasło światło, chciałeś coś powiedzieć.
– Ja?
– Mówiłeś, że jest tu coś… chyba nie zdążyłeś powiedzieć nic więcej.
– A, racja, – nagle przypomina sobie, co chciał im powiedzieć. – Wiecie, że jest tu…

Dokładnie w tym samym momencie, po raz drugi gaśnie światło. Zalega cisza. Słychać tylko strzelanie w kominku, szmer osuwających się szczap w ogniu i stuk odstawianych szklanek. Czerwona łuna płynąca z kominka wywołuje na ich twarzach tańczące cienie.

– Dobra, to trochę dziwne, – Przyznaje Gracjan.
– Chyba mam deja vu, – Maja patrzy intensywnie na Bartka. – Jestem przekonana, że wtedy powiedziałeś dokładnie to samo, dokładnie tyle samo i dokładnie tak samo zgasło… światło…
– Ja naprawdę… nie mam pojęcia, o co tutaj chodzi. – Twarz wpatrzonej w niego koleżanki wydaje mu się obca i jednocześnie fascynująca. Jedna jej część jest skąpana w ciemności, a na drugiej połowie zdaje się płonąć ogień.
– Zapalę świece. – Agnieszka sięga po zapałki i zapala kolejno trzy grube świeczki.
– Od razu mówię, pierdolę, nigdzie nie idę.
– Weź, się wyrażaj. – Maja gromi męża wzrokiem.
– A ja uważam, że przy świeczkach jest zdecydowanie bardziej romantycznie, – Agnieszka usadawia się na powrót w fotelu, sięga po swojego drinka i zwraca się do męża. – Śmiało, teraz możesz dokończyć. Światło już zgasło.
– Sam nie wiem, – mężczyzna uśmiecha się niepewnie. – Chciałem wam powiedzieć, że w domu jest piwnica, do której właściciel zabronił nam schodzić.

Przez chwilę cała czwórka obserwuje płonące świece, oczekując, nie wiadomo czego. Ponieważ nic się nie dzieje, odprężają się i zaczynają uśmiechać.

– Przez moment myślałam… – Maja zwija nogi pod siebie i głaszcze się po kolanie.
– Ja chyba też, – przytakuje jej Bartek i tym razem wypija większą część drinka.
– Pij i tak jesteś do tyłu, – wypomina mu kolega. – I co z tą piwnicą? Gdzie ona jest?
– Chyba w kuchni, w podłodze powinien być właz. – Odpowiedź pada automatycznie, choć Bartek nie jest przekonany czy w ogóle powinien o tym wspominać.
– Muszę to obczaić, dajcie mi jedną świecę. – Gracjan zrywa się z miejsca.

Zanim ktokolwiek zdąży pomyśleć, mężczyzny już nie ma w salonie. Słychać szuranie, kiedy przesuwa kuchenny stół. Po chwili słyszą skrzypnięcie nieśmiało protestującej klapy. Podnoszą się całą trójką, jednak robią to, powoli, niepewni czy powinni się ruszać z miejsca.

– Fuj, ale tu cuchnie, – z kuchni dobiega stłumiony głos.

Agnieszka i Maja zabierają pozostałe dwie świece i wszyscy troje idą do kuchni.

– Wszystko w porządku? – Choć jest zła na męża, za to, że zachowuje się jak dziecko, w głosie kobiety słychać obawę.
– Wszystko gra, powietrze jest zatęchłe.
– Tamten facet mówił, że nikt tam nie schodził od bardzo dawna, – przypomina sobie Bartek.
– Co najmniej od kilkudziesięciu lat, – głos jest coraz słabszy. – Chodźcie, musicie to zobaczyć. – Już ledwo go słychać.

Pozostała na górze trójka wymienia spojrzenia, kłębiąc się przy otwartej klapie. Ostatecznie to Agnieszka schodzi jako pierwsza. Drewniane stopnie skrzypią pod jej stopami. Powoli znika w ciemności.

– Ostrożnie, – Maja upomina koleżankę, po czym odwraca się do Bartka – Mogę zejść przed tobą? Wolę wiedzieć, że jesteś tuż za mną.
– Pewnie.

Piwnica wydaje się wydrążona w skale. Idą wąskim korytarzem przywodzącym na myśl sztolnię, tyle że na podłodze nie ma wody, jedynie wilgoć. Bartek zastanawia się, kiedy oddychał tym powietrzem jakiś człowiek. Pięćdziesiąt lat temu? Może sto? Zaczyna się obawiać, żeby nie nawdychali się jakiegoś świństwa. Bóg wie, co może się lęgnąć w takim miejscu. Maja odwraca się do niego i prosi, żeby szli obok siebie. Ze względu na wąski korytarz, idą, niemal się tuląc.

Przed nimi majaczy świeczka Agnieszki, tymczasem idąca obok niego kobieta wywołuje w nim odrobinę podniecenia. Nie pamięta, żeby kiedykolwiek dopuścił do siebie tak blisko kogoś oprócz żony. Mimo iż stara się skupić na czymkolwiek, jego myśli, jak zły szeląg, ciągle wracają do koleżanki.

Dołączają do Gracjana, stojącego w dużym pomieszczeniu. Co najmniej tak dużym, jak salon. Ściany z całą pewnością są z litej skały. W niektórych miejscach tam gdzie skały są spękane i mają liczne zagłębienia, spływają malutkie strużki wody. Widać w tych wyżłobieniach rdzawy nalot. Znajduje się tutaj kilka drewnianych regałów, na których ktoś ułożył przeróżne drobiazgi, jednak musiało to być dawno temu. Wszędzie jest mnóstwo pajęczyn.

Nagle Bartek uświadamia sobie, że trzymają się z Mają za ręce. Czuje się skrępowany. Jego towarzyszka również spogląda na ich dłonie, jakby żadna z nich nie należała do niej. Mimo to nie cofa ręki. Uśmiecha się, pozwalając, żeby to on wysunął dłoń spomiędzy jej ciepłych palców. Jej ni to zamyślony, ni to wesoły wzrok, intryguje.

– Co to za miejsce? Jak sądzicie? – Gracjan przesuwa świecę wzdłuż ścian.
– Piwnica? – Zgaduje Bartek, nie do końca zainteresowany ich najnowszym odkryciem. Wciąż jest pod wrażeniem emocji, jakie wywołała w nim towarzyszka. Szczególne wrażenie zrobiło na nim jej spojrzenie. Przyjemna fala ciepła rozlała mu się w podbrzuszu i nie mógł temu zaprzeczyć.

– Nie byłbym tego taki pewny, filozofie, – nikt nie zwraca uwagi na tę drobną uszczypliwość.

Agnieszka postępuje kilka kroków przed siebie i trzymana przez nią świeca wyłania z ciemności duży kamienny posąg przedstawiający kobietę. Rzeźba ma około dwóch metrów i jest w niej coś niepokojącego. Być może to nienaturalnie duża głowa, włosy sięgające podłogi albo rozłożone niczym skrzydła i kuriozalnie długie ręce. Ktokolwiek przyłożył dłuto do tego dzieła, nie był to Michał Anioł, ba nawet koło niego nie stał.

– Wygląda na kurewsko starą, – Gracjan podchodzi do Agnieszki i doświetla figurę swoją świecą. – Jest taka…
– Niedoskonała… wręcz prymitywna… – Blondynka wpada mu w słowo, ale sama nie kończy zdania.

Oboje przyglądają się rzeźbie z uwagą.

– Zobacz to, – mężczyzna zauważa, że kamienne dłonie (wyposażone w równie nienaturalnie długie i zagięte palce), są wyrzeźbione w taki sposób, żeby można było w nie coś włożyć. – Tutaj coś się chyba wkłada.
– Już ja wiem, co byś tam najchętniej włożył. – Nikt się nie śmieje, za to Maja uśmiecha się do Bartka, co w połączeniu z jej słowami o wkładaniu, wywołują na twarzy mężczyzny rumieniec.

Cała czwórka stoi w milczeniu i wpatruje się w posąg. Płochliwe światło wywołuje drgające cienie na kamiennym obliczu. Można odnieść wrażenie, że rzeźba żyje i przygląda się im z zaciekawieniem. Agnieszka zaczyna oczyszczać ją z pajęczyn. Gracjan zauważa drewnianą skrzynię i traci chwilowo zainteresowanie pomnikiem. Skrzynia ma stalowe okucia i wydaje mu się, że jest identyczna, jak skrzynie zakopywane przez piratów. Swego czasu obejrzał o tym wiele filmów.

– Jak myślicie, co to może być? – Maja obchodzi znalezisko dookoła.
– Jakbyś nie zauważyła, to jest rzeźba, – włącza się Gracjan pochylony nad skrzynią.
– Nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobiła, kotku. – Ostatnie słowo brunetka akcentuje dobitnie.
– Spójrzcie na podłogę. – Bartek przyklęka i dotyka kamiennej posadzki.

Przed posągiem na podłodze jest wyraźne wyżłobienie. Wygląda jak legowisko. Zauważają również kilka dziur przypominających odpływ w zlewie. Całość wygląda jak integralna część kamiennej kobiety.

– Tutaj mógłby się położyć dorosły człowiek – Maja czuje rodzący się w niej niepokój, jeszcze nie wie, czym konkretnie jest wywołany, ale z całą pewnością ma związek z ich znaleziskiem.
– A te otwory? To odpływ? – Agnieszka zbliża świeczkę do szczelin w podłodze.
– Jeśli tak, pozostaje pytanie, co ma tędy odpływać,– zastanawia się Bartek.
– Nie chcę wyjść na histeryczkę, ale czy to nie jest jakieś miejsce na składanie ofiar? – Maja czuje gęsią skórkę.
– Ponosi cię mamuśka. – Gracjan siłuje się z wiekiem skrzyni.
– Możesz mieć rację, – Agnieszka zerka na przyjaciółkę, po czym jej wzrok wędruje do wyżłobienia w podłodze. – Myślicie, że to miejsce jakiegoś kultu?
– Skoro jest tutaj miejsce na dorosłego człowieka, to strach pomyśleć z kogo składano ofiary. – Bartek cofa się z obrzydzeniem.
– Z ludzi, – jego żona stwierdza ten fakt, jako coś oczywistego i mało zaskakującego. – To chyba oczywiste?
– I stwierdzasz to, ot tak sobie?
– Stwierdzam fakt. – Blondynka patrzy na męża, jakby nie rozumiała jego zdziwienia. – Przeraża cię to?
– Pozwól, że cię oświecę. Nie przeraża mnie żadna prymitywna rzeźba czy wielki lej w podłodze. Raczej szokuje mnie twoje podejście do zagadnienia składania ofiar z ludzi.
– Przesadzasz…
– Starczy tego ludziska, – rozlega się skrzypnięcie, kiedy Gracjan unosi wieko skrzyni. – Mam tutaj coś.

Mężczyzna wyjmuje znalezisko ze skrzyni. Nie widać od razu, ponieważ miejsce, w którym stoi, jest częściowo osłonięte mrokiem. Kiedy zbliża się do reszty, zauważają, że trzyma dwie grube świece. Gołym okiem widać, że to ręczna robota. Są równie niedoskonałe co kamienna figura. Kolorem przypominają szare mydło.

– Jak tylko zobaczyłem jej dłonie, od razu pomyślałem, że coś się do nich wkłada. – Wtyka świece w zagięte kamienne palce. Pasują jak ulał. Zapala je kolejno i po chwili stoją przed posągiem, który trzyma w rozłożonych długich rękach dwie płonące świece. – Widzicie? To po prostu pieprzony średniowieczny świecznik, nic więcej.

Blask zapalonych gromnic pada na pobliskie ściany. Zauważają na nich prymitywne symbole, wykuwane przez niewprawioną rękę. Jest tego dużo, ale dziwaczne kształty nic im nie mówią, poza tym, że robią na nich wrażenie. Szczególnie coś do złudzenia przypominające swastykę, tyle że te tutaj, to kilkanaście swastyk przecinających się w taki sposób, że tworzą koło.

– Chyba to jednak coś więcej niż tylko świecznik, – ocenia Maja.
– Zgadzam się z tobą, – Agnieszka podchodzi do ściany. – Poza tym wydaje mi się, że ten posąg i te rysunki, są starsze niż średniowiecze.
– Może siedział tutaj jakiś przedpotopowy skryba i używał tego czegoś, – Gracjan wskazuje na monolit, – jako świecznika?
– Jeśli chcesz być śmieszny, musisz się bardziej postarać. – Strofuje go żona.
– Mówię wam, że to miejsce kultu. – Agnieszka zostaje przy swojej teorii.
– A ja mówię, że to nie nasza sprawa. – Bartek nagle czuje, że nie chce tutaj być ani minuty dłużej. – Może powinniśmy...
– Czujecie ten smród? – Maja wciąga nosem powietrze i zbliża się do wyciągniętych kamiennych dłoni. – Śmierdzi jak zjełczałe mięso, nie wydaje się wam?
– Albo jak zgniłe jaja, – mąż podchodzi do niej i obwąchuje kamienne dłonie. – To chyba te świece. Kurwa ależ to capi. Z czego one są zrobione?
– Jeśli mam rację, jeśli to jest miejsce kultu jakiejś nieznanej nam bogini, to te świece mogą być zrobione z ludzkiego tłuszczu.
– Aga, proszę cię, nie strasz mnie. – Maja odsuwa się z obrzydzeniem od monumentu.
– Ty wiesz, że możesz mieć rację? – Gracjan przygląda się świecom z bliska. – Czytałem gdzieś, że sataniści robią takie rzeczy z tłuszczu noworodków.
– Gracjan, przestań pieprzyć, – jego żona zatyka usta i odkasłuje. – Chodźmy stąd.
– A mnie się wydaje, że stoimy w świętym miejscu. – Agnieszka zdaje się nie zwracać uwagi na odór.

Koleżanka spogląda na nią zaskoczona.

– Dobra, koniec zabawy, Agnieszka idziemy – Bartek niemal siłą odciąga żonę od posągu.

Gracjan gasi gromnice, które trzyma kamienna kobieta. Nie decyduje się ich wyjąć. W zasadzie zaczyna żałować, że ich dotykał. Opuszczają piwnicę. W drodze powrotnej nie pada choćby jedno słowo. Słychać tylko ich oddechy i kapiącą gdzieś wodę. Zamykający pochód mężczyzna myśli tylko o tym, żeby umyć ręce. Na wszelki wypadek.

Kiedy już są na górze, Agnieszka blednie. Twierdzi, że czuje się nie najlepiej. Kolektywnie dochodzą do wniosku, że czas zakończyć imprezę i położyć się spać. Pary żegnają się i udają każda do swojego pokoju. Dom spowija ciemność. Korytarz na piętrze praktycznie w niej tonie. Lekka widmowa poświata pada dopiero na schody. Księżyc zagląda do salonu. Srebrzysta łuna rozlewa się na podłodze, wchodzi na stół i puste krzesła. Nieco dalej płonie ogień w kominku. W kuchni jest ciemniej. Blady refleks księżyca pada tam zaledwie do połowy pomieszczenia. Zamknięty właz do piwnicy tonie w ciemnościach.

Bartek gwałtownie zrywa się ze snu. Ma wrażenie, jakby spadał. Siada na łóżku, wyrównuje oddech i rozgląda się po sypialni. W księżycowym świetle dostrzega śpiącą żonę. Sprawdza czoło, na jej skórze wystąpił zimny pot. Nagła niedyspozycja Agnieszki nieco go martwi. Jeśli to przez cholerną piwnicę, będziesz miał się z pyszna, kolego – wewnętrzny głos wywołuje poczucie winy. Mężczyzna wychodzi cicho z pokoju.

Resztki koszmaru kotłują mu się pod czaszką, wywołując skrajne odczucia. Nie pamięta dokładnie, co takiego mu się śniło. Jednak wciąż odczuwa irracjonalny lęk. W dodatku ma erekcję. Podniecenie i lęk, splatają się w nim jak łańcuch DNA, tworząc dziwną mieszankę. Jest pobudzony i wie, że prędko nie zaśnie. Schodzi ostrożnie na dół. Salon skąpany w srebrzystej poświacie wygląda niesamowicie. Ciszę od czasu do czasu zakłócają zwęglone szczapy w kominku i zawodzący za oknem wiatr, który podrywa wierzchnią warstwę śniegu.

Podchodzi do okna i nagle przed oczami przewijają mu się strzępy snu, wymieszane z kadrami minionego dnia. W końcu jest już po północy. W jednej chwili dostrzega grupę ludzi. Zupełnie jakby ktoś zorganizował mu projekcję filmu na śniegu. Widmowe postaci tańczą wokół czegoś. Nie dostrzega, co to jest, ale czuje rosnącą fascynację tłumu. Chociaż zaraz, zaraz. Coś widzi. Już wydaje mu się, że za chwilę dostrzeże, wokół czego tak skaczą mgliste sylwetki, kiedy niespodziewanie zmienia się jego punkt widzenia. Wyczuwa za to wyraźnie, erotyczne pobudzenie zebranych kobiet i mężczyzn. W kolejnej sekundzie wszystko ulega zmianie. Sylwetki rozpływają się w powietrzu i po chwili widzi górala, który wspomina o piwnicy. Jakby co, nie możecie mówić, że nie ostrzegałem. Bartek stoi wpatrzony w okno, ktoś stojący z boku mógłby uważać, że podziwia widok. Tymczasem natychmiast po właścicielu pojawia się piwnica. Widzi Maję trzymającą go za rękę. Dostrzega jej spojrzenie i to tak wyraźnie, jak podczas filmu, kiedy kamera najeżdża na twarz aktora, robiąc zbliżenie. Wręcz czuje ciepło jej dłoni i gładką skórę. Teraz jest pewny, że w jej oczach płonęło pożądanie. Takie samo jak teraz w nim.

Potrząsa głową. Wystarczy, za dużo jak na jeden dzień. Po jaką cholerę ten człowiek wspominał o piwnicy? Przecież gdyby się nie odezwał, najprawdopodobniej w życiu by nie odkryli włazu. A Maja, dlaczego złapała go za rękę? Jesteś pewny, że to ona złapała ciebie? – pojawia się głos rozsądku. Może nie, faktycznie nie pamięta, kiedy to nastąpiło i z czyjej inicjatywy. Mimo to zostaje jeszcze jej spojrzenie. Tam na dole, wtedy gdy uświadomili sobie popełnione faux pas. Przecież znają się nie od dziś. Nigdy nie wysyłała mu takich sygnałów. To cię martwi? – wewnętrzny głos ma kpiący ton. Nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie.

Bartek idzie do kuchni. Przemywa twarz zimną wodą i ogląda się za siebie. Niemal podskakuje na widok stojącej w ciemności kobiety. Serce chce wyjść mu gardłem, dławiąc go przy okazji. Ma wrażenie, że zamarzł mu szpik kostny, a ręce drżą jak osika na wietrze. Cały trzęsie się jak galareta. Blada sylwetka majaczy w mroku nocy. Jest ledwie widoczna. Mój Boże, kto to jest? Kto to, kurwa jest? Po omacku szuka czegokolwiek do obrony. Udaje mu się namacać rondel. Naczynie nadaje się do przyrządzenia jajecznicy i nie jest takie złe, jeśli trzeba będzie kogoś zdzielić w głowę. Na miękkich nogach robi kilka kroków w ciemność.

Serce wali mu jak młot pneumatyczny. Ma nadzieję, że kiedy zamruga, okaże się, iż niczego tam nie ma, że to zwykłe widziadło. Resztki koszmaru. Niestety, ile razy by nie mrugnął, sylwetka wciąż tam jest. Teraz kiedy jest już bliżej, dostrzega kobietę. Czarne rozpuszczone włosy, szczupłe ramiona. Czy ona jest naga? Bartek wytęża wzrok. Kobieta ma na sobie jedynie halkę ledwie zasłaniającą pośladki. Idzie lekkim łukiem, w taki sposób, żeby zobaczyć twarz. Jedno co go w tej chwili martwi, to fakt, że kobieta – bez względu na to, kim jest – stoi nieruchomo wpatrzona w podłogę. Nie, nie w podłogę, ale we właz, którym schodzili do piwnicy. Przeszywają go nieprzyjemne dreszcze. Zatrzymuje się jakieś półtora metra naprzeciwko zjawy. Postać ani drgnie. Teraz widzi również krągłe, dorodne piersi, szczupłą sylwetkę ze wcięciem w talii. Nie widzi jej twarzy, ponieważ jest skierowana w dół, ale jest niemal pewny, że wie, na kogo patrzy.

– Maja?

Cisza. W salonie osunęło się drewno w kominku. Za oknem wiatr snuje swoją żałosną pieśń.

– Maja? To ty? – podchodzi bliżej.

Teraz już wie, że to ona. Mimo to kobieta wciąż nie jest świadoma jego obecności, a przynajmniej na to wygląda. Łapie ją za ramię i potrząsa delikatnie raz i drugi.

– Maja? Na litość boską, odezwij się, proszę.

Za trzecim razem kobieta zrywa się jak wyrwana ze snu. Na widok Bartka rzuca się na niego. Wymierza mu policzek w twarz. Mężczyzna musi puścić patelnię, żeby złapać ją za ręce. Chwyta ją za nadgarstki i chwilę się siłują.

– Maju przestań, proszę cię. To ja, Bartek.

Brunetka reaguje dopiero po chwili. Uspokaja się i patrzy na niego nierozumiejącym wzrokiem.

– Bartek? Co ty robisz w mojej sypialni?
– W twojej sypialni? Rozejrzyj się, jesteśmy w kuchni na parterze.

Kobieta kręci głową we wszystkie strony, gotowa zarzucić mu kłamstwo. Niestety orientuje się, gdzie jest i łapie się za głowę. Nie może zrozumieć, jak się tutaj znalazła. Wciąż kręci głową tyle, że teraz z niedowierzaniem.

– Co ja tutaj robię? Co ty tutaj robisz?
– Może przejdźmy do salonu, ok?

Maja siada w fotelu obok kominka. Bartek dorzuca drzewo do ognia, który teraz oświetla ich oboje. Mężczyzna dostrzega pod prześwitującą halką sterczące sutki koleżanki. Zauważa również, że poza nią kobieta ma na sobie jedynie stringi.

– Mój Boże. – Teraz również ona orientuje się, jak jest ubrana. – Bartek, bądź dżentelmenem i podaj mi narzutę.

Szybkim ruchem ściąga z fotela kolorową narzutę i podaje. Jest zaskoczony, że Maja zakrywa jedynie dolną część ciała. Sutki wciąż napierają na delikatną koronkę. Przez chwilę siedzą w milczeniu.

– Czy mógłbyś zrobić nam po drinku? Muszę się pozbierać.

Kiedy już siedzą ze szklankami w rękach, kobieta spogląda w ogień, jakby to właśnie w nim próbowała odszukać odpowiedzi na swoje pytania.

– Pamiętam, że miałam dziwny sen.
– Pamiętasz może, co ci się śniło?
– Nie, nie... – Kręci głową i zaczyna się czerwienić. – To znaczy… częściowo tak, ale w życiu ci tego nie opowiem.

Bartek stwierdza, że kiedy Maja się czerwieni, wygląda uroczo i tak jakoś… niewinnie. Oboje moczą usta w alkoholu.

– Spałam, kiedy nagle usłyszałam swoje imię. Wiesz… to było, jakby ktoś pochylał się nad łóżkiem i wyszeptał mi je prosto w ucho. Tak szczerze, – wodzi dookoła zamyślonym wzrokiem, – to sądziłam, że się wybudzam. Sama już nie wiem. To takie uczucie jak sen w śnie, wiesz? Śnisz i nagle wydaje ci się, że ktoś cię budzi z tego snu, ale tak naprawdę ty wciąż śnisz.
– Nie znam takiego uczucia.
– Powinieneś się z tego cieszyć. W każdym razie obudziłam się z tego pierwszego snu i pewna, że wciąż jestem w łóżku, wyszłam z niego i ruszyłam na korytarz. Brzmi idiotycznie, wiem. Nie pamiętam dokładnie drogi na dół. Śniło mi się, że stoję przed włazem i czułam taki potworny impuls, żeby zejść na dół. To było straszne. Jedna część mnie zdawała się krzyczeć; nie idź, tam jest ciemno i niebezpiecznie. Niemal wyczuwałam grożące mi niebezpieczeństwo, jednak druga część mnie, ignorowała wszelkie obawy, sądząc, że przecież to tylko sen, że nic mi nie grodzi i powinnam tam zejść. Ten wewnętrzny konflikt chyba wywołał jakiś paraliż i nie mogłam się poruszyć. Bartek to było okropne. Coś ciągnęło mnie na dół i chyba tylko anioł stróż czuwał nade mną, że tam nie poszłam.
– Masz prawo czuć się rozbita. – Pociesza ją i próbuje jeszcze raz drinka, kobieta idzie w jego ślady.

Na twarzy jego rozmówczyni pojawia się grymas, jakby Maja miała się za chwilę rozpłakać.

– Kiedy sobie pomyślę, że wy wszyscy spaliście w swoich sypialniach, a ja stałam sama, jak duch pośród tych ciemności, aż mnie ciarki przechodzą. – Obejmuje się za ramiona i rozciera je. – Coś takiego nigdy mi się nie przydarzyło.
– Wiesz, niektórzy mówią, że pierwsza noc w nowym miejscu jest najważniejsza ze względu na sen właśnie. Podobno bywa proroczy.
– Mam nadzieję, że to gówno prawda, bo w przeciwnym razie, powinnam się rano stąd zabrać jak najdalej.
– To tylko taki zabobon.

Nagle kobieta zerka na niego podejrzliwie.

– A skąd ty się tutaj wziąłeś?

Od początku obawia się tego pytania. Sączy drinka zyskując czas.

– Prawdę powiedziawszy, to częściowo z podobnego powodu.
– Co to znaczy?
– Cóż… również miałem dziwny i męczący sen. Nękały mnie jakieś chore wizje.
– Jakie konkretnie? – Kobieta wpatruje się w niego intensywnie. – Powiedz, proszę.
– Bez szans. Być może z takich samych powodów, z jakich ty nie chcesz opowiedzieć swojego.
– Skąd wiesz?
– Nie wiem, Maja… zgaduję.
– No dobrze, to bez szczegółów. Odpowiedz mi tylko na jedno pytanie. Czy w twoim śnie był wątek… – zawiesza głos, wstydząc się wypowiedzieć słowo, które ma na myśli. – Czy był tam wątek… może inaczej. Czy było w nim cokolwiek erotycznego? – czerwieni się.
– Tak. – Teraz oboje mają zaczerwienione twarze.

Następne minuty spędzają w ciszy. Wzrok Bartka mimowolnie ucieka do jej piersi. W halce kobieta wygląda bardzo zmysłowo. Poza tym jej bliskość sprawia, że czuje się… nie do końca potrafi to nazwać. Zaskakuje go, że tak dobrze czuje się w jej towarzystwie.

– Chyba powinniśmy pójść spać. – Maja przerywa wreszcie ciszę.
– Masz rację. Jeszcze ktoś tu zejdzie i zarzucą nam romans. – Bartek próbuje zażartować, ale jego towarzyszka spogląda na niego w taki dziwny sposób, że nie brzmi to śmiesznie. Ma wrażenie, że to spojrzenie jest bardzo podobne do tego, które zauważył w piwnicy.

Człowieku, jedno spojrzenie wywraca twój spokój do góry nogami? Weź się w garść – głos rozsądku stara się postawić go do pionu. Wstają niemal jednocześnie. Maja waha się, rozważa coś w myślach i po chwili łapie za narzutę, którą jest owinięta od pasa w dół.

– Lepiej zostawię ją na miejscu, bo jeszcze faktycznie ktoś pomyśli… za dużo.
– Tak będzie lepiej.
– Tylko mam do ciebie prośbę, kiedy się tego pozbędę, – trzepoce rogiem materiału, – nie patrz na mnie, dobrze? Dam ci znak i ruszysz na górę, a ja będę tuż za tobą.
– W porządku.

Mężczyzna odwraca się i czeka. Po chwili słyszy „już” i ruszają na górę. Wchodzą po schodach, starając się stąpać miękko, żeby nie prowokować starego drewna. Kiedy już są na piętrze, jest zdecydowanie ciemniej. Nagle czuje dłoń na swoim ramieniu.

– Bartek, zaczekaj, – słyszy szept Mai. – Odwróć się.

W tej chwili ledwie ją widzi. Rysy twarzy kobiety zlewają się w jedną majaczącą pośród czerni, plamę. Stoją bardzo blisko siebie.

– Chyba uderzyłam cię w twarz, prawda?
– Nie szkodzi. – Jej szept, to jedno, ale ciepły oddech, który czuje na sobie, to inny kaliber.
– Owszem szkodzi, – kobieta mówi bardzo cicho, co pobudza jego wyobraźnię. – Chodź no tutaj.

Wyciąga dłoń i łapie go za twarz, staje na palcach i zbliża usta do jego twarzy. Nie trafia zbyt dobrze i całuje go częściowo w policzek, a częściowo w usta.

– Jesteś ostatnią osobą, którą chciałabym skrzywdzić. Dobranoc.
– Dobranoc Maju.

Miękki delikatny szept i namiętne wargi, to zbyt wiele jak na jeden dzień wrażeń. Bartek wraca do swojego pokoju z erekcją. Na widok śpiącej żony, czuje wyrzuty sumienia. Niestety jego przyrodzenie zdaje się nie podzielać zdania w tym konkretnym temacie.

*

Rano promienie słońca liżą Bartka po twarzy, kują w oczy, przerywają sen. Nie jest z tego zadowolony. Miał całkiem interesujący sen. Bez surrealistycznych wizji i ukrytych lęków. Ta wizja była bardzo konkretna i podniecająca. Zerka na żonę. Wspomnienie ostatnich wydarzeń, wydają mu się odległe i nierealne. Czyżby? To skąd to poczucie winy, panie kolego? – wewnętrzny głos nie jest zaspany. On nigdy nie jest zaspany. – Niewiele brakowało, a wlazłbyś na przyjaciółkę swojej żony. Mężczyzna zaprzecza, kręci głową. Przecież to nieprawda. Tylko ze sobą rozmawiali. – A ten całus? Co to było? Tak żegna się półnaga kobieta z kolegą? – Nieprawda, to był niewinny pocałunek. – W takim razie przypominam tylko, że stanął ci od tego niewinnego pocałunku. Mężczyzna ostatecznie wychodzi z łóżka i idzie do łazienki.

Agnieszka budzi się chwilę po jego wyjściu. Wydawało się jej, że słyszy męża. Również wstaje, zakłada dres i przez chwilę siedzi na skraju łóżka. Ma wrażenie, jakby odbyła niesamowitą podróż. Podróż do dalekiej przeszłości. Tak realistycznego snu jeszcze nie miała. I tak fascynującego. Wreszcie spina włosy gumką i idzie do łazienki.

– Cześć skarbie, – z kubka stojącego na umywalce wyjmuje swoją szczoteczkę. – dobrze spałeś?

Mężczyzna przytakuje, ma pianę na ustach, za co jest wdzięczny Bogu. Na widok żony wpada niemal w panikę. Przepłukuje gardło i całuje ją w czoło. No proszę, tak się teraz witamy z żoną? – Głos wydaje się kpić.

– Umieram z głodu, zobaczymy się na śniadaniu. Kocham cię.

Musiał to powiedzieć. Kocham cię, to substytut słowa przepraszam. Trochę jak kwiaty, które mąż przynosi żonie na drugi dzień, kiedy jeszcze nie zeszły jej sińce pod oczami. Chwila z żoną w łazience kosztuje go sporo nerwów, ale nie mniejszy stres czeka na dole. Ma na imię Maja. Całą drogę na dół powtarza sobie, że nie ma powodów do takiego zachowania. Nic się nie wydarzyło. Cokolwiek się wydarzyło, miało miejsce tylko w mojej głowie, uspokaja się.

Małżeństwo Kuchcińskich krząta się na parterze. Maja smaży jajecznicę, Gracjan pali papierosa, stojąc przy uchylonych drzwiach prowadzących do ogrodu. Mężczyzna wita Bartka oszczędnym ruchem dłoni. Blondyn idzie go kuchni i siada przy stole.

– Cześć Bartek.
– Cześć, ładnie dziś wyglądasz – natychmiast gryzie się w język.

Ładnie dziś wyglądasz? Może od razu jej powiedz „żałuję, że wczoraj zabrakło mi jaj”. Mężczyzna jest na siebie wściekły. Zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Po prostu to był odruch. Nic na to nie poradzi. Maja ma na sobie sukienkę podkreślającą jej figurę osy, do tego spięła włosy jakoś tak, sam nie potrafi tego określić. Seksownie? Tak. Chyba właśnie tak.

– Dziękuję, zjesz jajecznicę?
– Pewnie.

Problem polega na tym, że poczułeś, jak smakują jej usta i chcesz więcej – natrętny głos, nie daje mu wytchnienia. – Trudno jest usiąść w najnowszym modelu porsche i nie wykonać jazdy próbnej, prawda?

– Tak, coś w tym jest – nieopatrznie odpowiada na głos.
– Mówiłeś coś? – kobieta kładzie przed nim talerz.
– Nie, przepraszam. Chyba głośno myślę…

Uważaj stary, o czym tak głośno myślisz, bo będzie chryja – wewnętrzny głos zmienia barwę i kiedy odzywa się po raz kolejny, brzmi jak głos Mai, to trochę straszne. – Zerwałeś zakazany owoc i chcesz więcej, to naturalne – miękka kobieca barwa rozbrzmiewa mu pod czaszką – patrzysz na nią i myślisz sobie; chcę więcej… zapytaj, może ona też chce? – Bartek potrząsa głową. To dla niego za dużo.

– Wybieramy się dzisiaj nad jezioro, dołączycie? – Gracjan siada obok.
– Chętnie.

Po skończonym śniadaniu małżeństwo Kuchcińskich wraca do pokoju przygotować się do spaceru. Niestety Agnieszka uznaje, że nie jest w najlepszej formie. Rozmawiają o tym przez kolejne pięć minut, jednak nic nie wskazuje na to, że kobieta zmieni zdanie. Odprowadza męża na dół. Maja jest zaskoczona, że przyjaciółka wciąż jest w dresie.

– Idźcie, ja trochę poleżę, poczytam. Jeszcze będzie niejedna okazja do spacerów.
– Na pewno wszystko w porządku? – brunetka patrzy na nią z niepokojem.
– Oczywiście, muszę się po prostu wyciszyć. Tylko tyle.
– Jak uważasz, – mąż całuje ją w czoło, już ma wychodzić z pokoju, kiedy zatrzymuje się i zerka na nią. – Chyba nie zamierzasz zejść do piwnicy?
– Przecież wiesz, że nie zeszłabym tam sama. Skąd ci to przyszło do głowy?
– Wiesz, że… sam nie wiem? – Uśmiecha się i machają sobie na pożegnanie.

Na zewnątrz nie ma wiatru, więc mróz nie daje się we znaki. Drzewa wyglądają, jakby ktoś okrył je białymi pokrowcami. Śnieg skrzypi pod nogami. Miejscami sięga nawet kolan. Niebo jest błękitne, świeci słońce, śpiewają ptaki. Gdzieś w oddali, od mrozu, strzeliło drzewo. Łagodnym spadem idą w dół. Jezioro jest niecałe sto metrów dalej. Widok zaśnieżonych kamiennych szczytów zapiera dech w piersiach.

– Z Agą wszystko dobrze? – Maja zerka na kolegę.
– Tak, potrzebuje tylko chwili dla siebie.

Kobieta pogrąża się w myślach. Wspomina ostatnią noc. Jest zaniepokojona tym, co ją spotkało, jednak czuje, że w pewien sposób zbliżyła się z Bartkiem. Jest to dla niej równie zaskakujące, jak samo lunatykowanie. Jakaś obca, nieznana jej siła, zaciągnęła ją nocą do kuchni i to jest przerażające, ale czy nie ta sama siła, zaciągnęła tam również jego? Czy to przeznaczenie? Nie, nie powinna przesadzać. Mimo wszystko, to trochę dziwne, a nawet ekscytujące. Po raz pierwszy, od kiedy się znają z Bartkiem, postrzega go inaczej niż dodatek do przyjaciółki.

Widziała, jak na nią patrzy. Jak zerka ukradkiem na jej ciało. Na jej piersi. Czy to możliwe, że jej pragnie? Nagle czuje się bardziej kobieca niż kiedykolwiek dotychczas. W zasadzie Agnieszka zawsze miała to, co najlepsze. Kochających rodziców, dom na przedmieściach, pieniądze na studia, no i Bartka. Nawet z tym lepiej trafiła niż ona. Może najwyższy czas zmienić coś w swoim życiu? Spogląda na blondyna. Wydaje się onieśmielony. Więc jednak ich nocna schadzka (uśmiecha się na słowo schadzka), zrobiła na nim wrażenie. Z nią jest podobnie. Troszeczkę, no może trochę więcej niż troszeczkę.


*

Agnieszka patrzy, jak trzy znikające punkty, powoli stają się trzema ciemnymi plamami na tle nieskazitelnej bieli. Kiedy gubi ich z oczu, odlicza do dziesięciu, przebiera się i schodzi na dół. Ten nawyk został jej z dzieciństwa. Przeszukuje szuflady, mąż mówił jej, że gdzieś tutaj jest lampa naftowa. Wreszcie znajduje ją, niemal w tym samym momencie, kiedy przypomina sobie słowa Bartka; trzecia szuflada od dołu, przy lodówce. Pewnie, że tak. Jest tutaj.

Kobieta stoi przy otwartym włazie. Lampa jest zapalona, ale ona się waha. Z dołu czuć zapach stęchlizny. Jest odstręczający, ale coś ciągnie ją na dół. Gdyby nie odór, byłoby znacznie łatwiej. Jest jeszcze ta czerń. Wejście do piwnicy wygląda jak czarna dziura w podłodze. Sączy się z niej mrok, lekki chłód i wilgoć. No i smród. Nie zapominaj o smrodzie – przypomina spokojny głos. Ma wrażenie, że mrok jest tak gęsty, że mogłaby go nabrać na dłoń jak miód albo watę cukrową. Kobieta uśmiecha się nerwowo. Przez głowę przemyka jej szalona myśl, a co jeśli to jest przejście do innego świata? Jakby przechodziła przez lustro na drugą stronę? A co byłoby, gdyby wchodząc w ten czarny kleks na podłodze, nagle znalazła się na przykład na księżycu?

– Nie szalej dziewczyno, – karci się na głos. – Nie pozwól, żeby poniosła cię wyobraźnia.

Raz kozie śmierć. Ostrożnie stawia kroki na drewnianych schodach i zanurza się w gęstej piwnicznej ciemności. Zagłębia się w lepkim, wilgotnym mroku, którego prawdopodobnie nigdy nie rozpraszało światło elektryczne. Przez chwilę czuje się, jakby wpadła do szamba. Światło lampy naftowej rzuca słaby blady okrąg wokół niej. Nie sięga dalej niż na metr. Serce zaczyna pracować szybciej.

– Nie zapominaj, że na górze jest słoneczny poranek. – Mówi sama do siebie, ku pokrzepieniu.

Dźwięk własnego głosu dodaje jej otuchy. Czy może być większy absurd? Skoro ona sama się boi, to w czym może pomóc jej własny głos. A czy człowiek nie jest stworzony z całej palety absurdów? Takie rozważania, pozwalają odsuwać od siebie grozę sączącą się ze ścian i mroku… tego przed nią, no i za nią. Jest tutaj tak cicho, że kobieta zaczyna snuć rozważania o dźwiękach. Weźmy na przykład drzewo, które upada w lesie i w pobliżu nie ma nikogo. Wydaje dźwięk czy nie? Może jest on zarezerwowany wyłącznie dla człowieka? Jeśli fala akustyczna, to tylko drgania cząsteczek w powietrzu, w takim razie dźwięk jako taki nie istnieje. Jest domeną psychiki. To mózg przekłada drgania na coś, co nazywamy dźwiękiem.

– Przestań, – łapie się za głowę. – Przestań się katować.

Słowa wypowiedziane na głos, niespodziewanie niosą się dziwnym pogłosem. Nie podoba jej się brzmienie tego dźwięku. Jakby mówiła gardłowym głosem albo przez ściśniętą krtań. Czy to efekt otaczających ją skał, wilgoci i ciemności? Czy może lęk ścisnął ją za gardło, bardziej niż sądziła? Na szczęście ma już za sobą wąski korytarz i staje w dużej, przestronnej sali. Widzi majaczącą w ciemności rzeźbę. Zapala świece, które ta wciąż trzyma w dłoniach. Lampa ląduje na podłodze.

Stoją naprzeciwko siebie. Kobieta z krwi i kości, atrakcyjna blondynka o jasnych oczach, w dżinsach i wełnianym swetrze, i kamienna maszkara, o niewymiarowych rękach i groteskowo długich włosach. Wokół panuje cisza przerywana jedynie cichutkim kapaniem wody, które niesie się echem po całej sali.

Kap, kap, kap...

Agnieszka milczy dłuższą chwilę. Wreszcie udaje jej się rozluźnić gardło na tyle, żeby się odezwać.

– Kim ty jesteś? – Obserwuje posąg, jakby oczekiwała odpowiedzi. – To ty nawiedziłaś mnie we śnie, prawda? Powiedz coś, odezwij się, przecież wiem, że nie jesteś tylko kawałkiem skały.

Płomienie świec drgają. Cienie na kamiennej twarzy tańczą, sprawiając, że rzeźba wygląda, jakby uśmiechała się wyrozumiale. Agnieszka ulega irracjonalnemu wrażeniu, że posąg za chwilę odłoży świece, przyklęknie i przytuli ją do siebie. Nic takiego się nie dzieje.

Kap, kap, kap…

Kobieta klęka przed posągiem. Nie ma pojęcia dlaczego, ta figura wywołuje w niej tyle emocji. Silną tęsknotę, duchową więź, zrozumienie i miłość, tak miłość. Nie taką jak między kobietą i mężczyzną. Nawet nie taką jak pomiędzy dwiema kobietami. To coś zupełnie innego. Jakby w jej sercu ktoś zapalił płomień. Nie, nie ktoś. Ona, ona to zrobiła. Łzy same cisną się jej do oczu. To od nadmiaru emocji.

– Tracę rozum, prawda?

Kap, kap, kap…

Nagle coś dostrzega. Nawet nie do końca dostrzega, ile wyczuwa. Powietrze jakby zadrgało, zafalowało na wzór rozgrzanego powietrza tuż przy asfalcie. Jednak tutaj jest chłodno. Prawda? Agnieszka pyta samą siebie, jest chłodno? Tak, tutaj jest chłodno. Teraz dostrzega cień, choć to głupie, przecież cieni jest tutaj mnóstwo. Tańczą wokół niej, pełzają po podłodze i ścianach. Wiją się nawet na posągu. Jednak ten cień jest inny. To tak, jakby w pokoju wypełnionym manekinami, dostrzegła jedną jedyną prawdziwą postać.

Cień, który przemknął gdzieś kątem piwnicy, nie jest takim samym cieniem jak pozostałe, które otaczają ją niczym szczury. Wyczuwa, że czarna plama przemyka pod ścianą, jakby chciała ją osaczyć. Zajść od tyłu. I nagle, czuje to wyraźnie. Coś jak skompresowane powietrze płynące kilka centymetrów za jej plecami. Kobieta spina się ze strachu, ale nie tylko, a przynajmniej nie z takiego zwyczajnego strachu. To uczucie jest bardziej skomplikowane. To bardziej lęk przed obcowaniem z czymś potężnym i świętym. Powietrze za jej plecami jest gęste, naładowane czymś, może elektrycznie? A może to tylko przeciąg, dziewczyno? – ignoruje podpowiedź i z całą pewnością nie zamierza tego sprawdzać. Nie musi.

Słyszy bicie własnego serca, które zagłusza nawet kapiącą wodę. Bum-bum, bum-bum, łomocze niczym rozpędzający się pociąg, który za chwilę osiągnie prędkość światła. Ktoś za tobą stoi – wewnętrzny głos brzmi spokojnie – ktoś lub coś, pochyla się nad tobą, czujesz to dziewczyno? Owszem, czuje to bardzo intensywnie. Czuje to, tak samo wyraźnie, jak czuła rozcięte na lekcji wuefu w szóstej klasie, kolano. Twardnieją jej sutki, a włoski na karku stają dęba. Strach i ekscytacja mieszają się w niebezpieczną całość. Przypomina sobie film, na którym była kiedyś w kinie. To była jedna z pierwszych randek z Bartkiem. Zabrał ją na film katastroficzny i była tam scena, w której niczego nieświadoma kobieta leży na plaży. Kamera była ustawiona obiektywem do morza. Kobieta w pewnym momencie podnosi się i idzie w stronę obiektywu. Jest niczego nieświadoma, ale za jej plecami nadciąga kilkunastu metrowa fala tsunami. Widok był tak niespodziewany i przerażający, że wywołał w niej strach, fascynację i nawet coś więcej. Pamięta, że zrobiła się nawet wilgotna. Gdyby Bartek był trochę bardziej zdecydowany i męski, gdyby potrafił to wyczuć, miałby ją na pierwszej randce. Nagle Agnieszka słyszy coś i zamiera w bezruchu.

Czcij mnie...

Głos rozlega się jednocześnie w lewym i prawym uchu. Słyszy go wewnątrz głowy i pod stopami. Z przodu i z tyłu. Jest wszędzie. Wywołuje ciarki na skórze. Krew płynie szybciej jak rwący górski potok. Czuje zawroty głowy. Czy ten dźwięk rozlega się w jej głowie, czy poza nią?

Czcij mnie...

Znowu dostrzega ludzi, jak to było we śnie. Materializują się jej przed oczami jak widma przeszłości. Widzi, jak tańczą i pozbywają się ubrań. Szalony ekstatyczny taniec przeobraża się w orgię i to wszystko na jej oczach. Obrazy przewijają się przed jej oczami tak samo chaotycznie, jak we śnie. Niezwiązane ze sobą sceny, są jak rozrzucone puzzle, które powoli układają się w jedną całość. Tym razem jakimś cudem sama wciela się w postać wiejskiej dziewczyny, kopulującej z młodym dobrze zbudowanym chłopakiem. Czuje to samo podniecenie, co jęcząca wieśniaczka, czuje jej emocje, nawet widzi jej oczami. To czyste szaleństwo.


Kiedy wizje ustają, kobieta oddycha głęboko. W podbrzuszu jej pulsowanie. Jest wilgotna i rozpalona. Krew spływa do sromu, wywołuje cudowne mrowienie. Kolejna fala skurczy, wyrywa z jej ust głośny jęk. Siada na podłodze i nerwowym ruchem rozpina zamek spodni. Wpycha dłoń między nogi. Majtki są mokre. Palcem wskazującym i serdecznym rozchyla śliskie wargi sromowe, są tak mokre, że wyślizgują się spod palców. Kobieta jęczy głośno i natychmiast podejmuje kolejną próbę. Opuszkiem środkowego palca dotyka nabrzmiałej łechtaczki. Z jej ust wyrywa się głośny jęk. Niemal krzyk. Wystarczy, że pociera palcem kilka razy i orgazm dopada ją błyskawicznie. Jest, jak atak ukrytego węża, który uderza błyskawicznie i od razu trafia w dziesiątkę. Ciemnieje jej w oczach. W podbrzuszu czuje potężne skurcze. Ciepła fala zalewa ją niczym majowy deszcz i wtedy z jej waginy tryskają soki. Są tak obfite, że przez chwilę sądzie, że to mocz.

Szybko przekonuje się, że to nie mocz. Jeszcze nigdy nie miała tak mokrego orgazmu. Ciepła ciecz zalewa jej dłoń, wsiąka w dżinsy, spływa po udach i pupie na podłogę. Tryska krótkimi i długimi seriami. To trochę jakby ktoś puszczał silną strugę wody z ogrodowego węża. Dwa razy krótko i raz długo, dwa razy krótko i tak bez końca. Kobieta kładzie się na kamiennej posadzce. Jej mięśnie są jak z gąbki. Opuszczają ją wszystkie siły. Pogrąża się w nirwanie.

Czcij mnie...

Słyszy gdzieś nad sobą. Kobieta ma zamknięte oczy. Uśmiecha się. Na jej twarzy pojawia się wyraz błogości. Pieści własne ciało, jakby miała przed sobą niewidzialnego kochanka. Zaciska uda, pozwalając, żeby ostatnie skurcze rozpłynęły się po nogach. I tak są chwilowo z waty. Jakież to cudowne uczucie. Ma ochotę rzucić się na rzeźbę i przytulać ją z całej siły. Niestety nie potrafi poruszyć nogą. Czuje się jakby jej ciało zostało wypchane pluszem, przez co nie może wstać, czy choćby ruszyć ręką.


*

O tej porze roku, jezioro wygląda jak wielki biały placek. Jest pokryte lodem i okryte białym puchem, który wiatr uformował w niezliczone małe wydmy. Dookoła ciągną się bory, w górze majaczą szczyty gór, a wszystko skąpane w słońcu. Panuje niesamowity spokój.

– Lepiej nie wchodź na lód, nie wiadomo czy jest wystarczająco gruby. – Bartek zerka nerwowo na Maję stawiającą stopę na lodzie, odruchowo jego dłoń ląduje na ramieniu kobiety.
– Wyluzuj. – Gracjan śmieje się i podchodzi do żony, Bartek szybko cofa dłoń. – Nie pozwolę utopić się mamuśce.

Kobieta puszcza słowa męża mimo uszu. Pochyla się i odgarnia śnieg. Na gładkiej tafli lodu majaczy jej twarz. Ponieważ ma okulary przeciwsłoneczne, nie widzi dokładnie własnych rysów, ale nagle tuż obok, pojawia się czyjaś głowa. Maja odchyla się i odwraca nerwowo za siebie.

– Co tam zobaczyłaś? Jakąś syrenkę? – Gracjan wyjmuje papierosa i zapala.

Nie ma obok niej nikogo. Mężczyźni stoją zbyt daleko, żeby mogli przeglądać się w lśniącej tafli. Bartek odszedł kilka kroków i podziwia widok. Gracjan stoi trzy kroki za nią. Delektuje się papierosem.

– Zakręciło mi się w głowie. – Czuje się zdezorientowana, a obecność Gracjana w dziwny sposób ją irytuje.
– Chyba nie zaciążyłaś, co mamuśka?
– Zamknij mordę. – Wybucha nagle, zerkając nerwowo w stronę Bartka. – Czy ty możesz choć raz zastanowić się, zanim coś palniesz?
– O, co ci chodzi? – Teraz on jest poirytowany. – Bartek może się przejdziemy? Ktoś tu ma muchy w nosie.

Mężczyźni idą wzdłuż jeziora, kierując się na drewnianą kładkę. Kobieta ponownie pochyla się nad szklistą taflą lodu. Widzi w niej wyłącznie swoją twarz i kawałek nieba. Jesteś zestresowana, moja panno – wewnętrzny głos brzmi uspokajająco. Nagle głowa znowu się pojawia. Obydwa odbicia; kobiety i tajemniczej zjawy, mierzą się wzrokiem. Maja czuje, że powietrze obok niej jest rozedrgane. To uczucie najbliższe jest temu, kiedy w czasie jazdy samochodem uchylisz tylną szybę. Problem polega na tym, że nie ma ani grama wiatru. Wszystkie drzewa wokół, stoją nieruchomo niczym śpiące enty.

Ten człowiek cię ogranicza.

Głos dochodzi do niej zewsząd. Maja rozgląda się dookoła.

– Gracjan…

Jeśli masz zostać moją kapłanką, będziesz musiała coś z tym zrobić.

Słowo „coś” brzmi wyjątkowo złowieszczo, jednak kobieta przytakuje. Robi to częściowo bezwiednie, a częściowo dlatego, że zgadza się z tajemniczym głosem. Dokładnie tak moja panno, trzeba coś zrobić z tym fantem. Święte słowa – znajomy głos, tym razem ten, wewnątrz głowy, utwierdza ją w przekonaniu, że formuła ich związku się wyczerpuje. Od kiedy tutaj przyjechali, uświadamia to sobie coraz wyraźniej.

Dopiero po chwili dociera do niej sens całego zdania, które rozbrzmiało wokół jej głowy, niczym szept spadających liści.

– Kapłanką?

Bądź żarliwą wyznawczynią, a zostaniesz nagrodzona. Twoje życie ulegnie zmianie...

– Ale, co miałabym robić? – na szczęście jej towarzysze są zbyt daleko, żeby mogli słyszeć jej słowa.

Czcij mnie… czcij mnie…

Nagle Maja uświadamia sobie dwie rzeczy. Pierwsza, że twarz, na którą patrzy, do złudzenia przypomina kamienną rzeźbę z piwnicy, a druga jest taka, że majacząca na lodzie głowa w rzeczywistości znajduje się pod nim. Kobieta zrywa okulary z głowy i udaje jej się dostrzec, jak wielka ciemna plama odpływa gwałtownie niczym spłoszona ryba. Jeszcze przez chwilę widzi ciemny kształt sunący w głąb jeziora. Resztę skrywa śnieg. Promienie słońca skrzą się na gęstym białym puchu, jakby to było złoto. Kobieta podnosi się gwałtownie. Czuje, że serce trzepoce się, jak rozjuszony ptak w klatce.

*

Po obiedzie Agnieszka odsuwa od siebie talerz, sięga po herbatę i zerka na męża.

– Kiedy tutaj jechaliśmy, niedaleko stąd minęliśmy jakieś gospodarstwo.
– Tak, jakiś kilometr stąd, a co? – Bartek układa ich talerze jeden na drugim.
– Pojedźmy tam.
– Słucham? Po co mielibyśmy tam jechać?
– Jeśli mieszka tam miejscowy, być może będzie coś wiedział o naszym posągu…
– Po pierwsze, o ile ktoś tam będzie mieszkał. Tamta chata wyglądała na taką, która stoi wyłącznie z przyzwyczajenia. A po drugie, to nie jest nasza rzeźba. My tylko wynajęliśmy ten dom, pamiętasz?
– Oj czepiasz się.
– Uważam, że to świetny pomysł – włącza się Maja.

Agnieszka widzi opór męża i rzuca pomysł.

– W takim razie, może zagłosujemy? – Zerka przy tym na Gracjana.
– Ja jestem za. – Maja podnosi rękę.
– I ja. – po raz kolejny potwierdza Agnieszka.

Obydwie kobiety trzymają dłoń w górze. Wszyscy patrzą na Gracjana.

– Zostałeś przegłosowany. – Gracjan podnosi dłoń i uśmiecha się do kolegi. Złośliwie.

Panie są tak podniecone wyjazdem, że po dziesięciu minutach wszyscy już idą do samochodu. Śnieg wciąż pada, na szczęście nie ma wiatru. Słychać trzask zamykanych drzwi, Bartek przekręca kluczyk i silnik zaczyna mruczeć. Ruszają, buksując kołami na śniegu.

Po drodze Bartek miał wrażenie (i to co najmniej dwukrotnie), że utkną w śniegu. Raz, kiedy koło samochodu najechało na ukryty śliski otoczak i omal nie wjechał w białą zaspę, a drugi raz na jednym z zakrętów, gdzie niespodziewanie samochodem zarzuciło. Wreszcie docierają na miejsce. Kierowca nie jest zachwycony wycieczką. Wizja pozostawienia samochodu samopas na środku polnej drogi męczy go. Nie wspominając o konieczności kilkugodzinnego marszu do wioski. Ostatecznie zatrzymuje się przy bramie i wszyscy wysiadają.

Gracjan rusza przodem. Dom jest rzeczywiście lichy. Dach wydaje się niepokojąco zapadać. Stojąca nieopodal stodoła wydaje się stać jedynie na słowo honoru. W obejściu stoi traktor. Mężczyzna podchodzi do drzwi i puka. Odpowiada im cisza. W małych drewnianych oknach, na których łuszczy się farba, widać białe haftowane gęsto firanki. Nie sposób zajrzeć do środka.

– Mówiłem, że tutaj nikt nie mieszka. – Bartek stawia kołnierz kurtki, wciska ręce w kieszenie i tupie w miejscu.

Gracjan puka ponownie i tym razem słychać, że ktoś gmera przy zamku od wewnątrz. Mężczyzna spogląda na Bartka z uśmiechem na ustach. Jego wzrok zdaje się mówić „tyle wiesz, ile zjesz”. Szybko jednak odwraca się do starszej kobieciny z chustką na głowie i watowanym bezrękawniku, spod którego wystaje wełniany sweter.

– Dzień dobry, mieszkamy w tym dużym domu w lesie, – wskazuje kierunek skąd przybyli. – Moglibyśmy chwilę porozmawiać?
– Że jak? – Kobieta wystawia bezzębne dziąsła i nastawia ucha.

Agnieszka podchodzi bliżej i tym razem, to ona zwraca się do gospodyni.

– Mieszkamy w domu, tym od Zygmunta Kurpiela. Chcielibyśmy zapytać o niego.
– O Zygmunta? – kobieta niemal krzyczy.
– O dom. – Agnieszka posyła jej przyjacielski uśmiech.

Babina chwilę stoi i przygląda się im. Niespodziewanie, odwraca się plecami i rusza w głąb mieszkania. Pozostała na zewnątrz czwórka wymienia ze sobą spojrzenia. Nie wiedzą jak się zachować. Czy to było zaproszenie? W pewnym momencie Agnieszka po prostu wchodzi do środka.

– Czekaj, nie możesz tam tak po prostu wejść. Nie wiemy, czy nas zaprosiła. Może po prostu zapomniała zamknąć drzwi? – Bartek wie, że jego argumenty i tak trafią w próżnię.
– Zaufaj mi. – Żona wchodzi głębiej, a reszta rusza za nią.

Wewnątrz, dom wygląda podobnie jak z zewnątrz. Biednie, a nawet nędznie. Wszystko wskazuje na to, że nikt nie zmieniał tu niczego co najmniej, od lat siedemdziesiątych. Goście rozglądają się dookoła z zaciekawieniem. Gracjan zastanawia się, czy byłoby dużym nietaktem, gdyby zrobił kilka zdjęć. Telefony nie mają tutaj zasięgu, zrobiłby z niego jakiś pożytek. Ta chatka, to prawdziwy skansen.

Kobietę znajdują w kuchni, gdzie stoi wielki lepiony piec. Ktokolwiek go bielił, robił to wieki temu. Gospodyni stawia na piecu garnek z wodą. Wskazuje im miejsce przy stole. Do wnętrza wpada zadziwiająco mało światła. Okno jest malutkie, a firanka gęsta.

– Kupiliście starą chałpę Zygmunta?
– Tylko ją wynajmujemy. – Agnieszka rozgląda się po wnętrzu. – Znaleźliśmy piwnicę i starą kamienną figurę. Chcieliśmy o nią zapytać.
– A niech tam… – macha ręką godząc się na rozmowę.

Z trudem odnajduje cztery gliniane kubki, które zalewa wrzątkiem i częstuje gości. Płyn ma barwę lekko zielonkawą. Na powierzchni pływają resztki jakiegoś zielska. Nikt nie decyduje się spróbować.

– To miejsce ka Zygmuntowa chałpa, kiesik nazywali miejscem mocy. Całe wieki temu, był tam Chram. Święte miejsce.
– W tamtym domu? – Blondynka ostrożnie łapie kubek i przymierza się, żeby spróbować.

Kobiecina śmieje się, szczerząc dziąsła.

– Zanim jeszcze chrześcijanie przyszli, będzie ponad tysiąc lat, z okładem.
– To pewnie ta piwnica?
– Hej. – babina kiwa głową.
– Chyba się z tobą zgodziła. – Bartek odsuwa od siebie kubek.
– Co to jest Chram? – Żona ignoruje go całkowicie.
– Świątynia. – Gospodyni mlaska, jakby coś przeżuwała.
– A kogo tam czczono? Kim jest ta kobieta wyrzeźbiona w kamieniu?
– To Mokosz.
– Mokosz? – Powtarzają niemal wszyscy, z wyjątkiem Gracjana.
– Opiekunka kobiet, bogini płodności i ziemi.

Przyjaciółki wymieniają spojrzenie nad stołem. Agnieszka już ma spróbować przygotowany przez staruszkę napar, kiedy czuje, że drżą jej ręce, a na twarzy pojawiają się wypieki. Bogini płodności — powtarza w myślach. Czy to możliwe, że tak ciągnęło ją do rzeźby, gdyż podświadomie coś wyczuwała? Uspokój się dziewczyno, kawałek kamienia nie sprawi, że będziesz mogła mieć dzieci – odzywa się głos rozsądku. Ostatecznie próbuje naparu. Maja swój kubek opróżniła już do połowy.

– To ciekawe, co pani mówi – Gracjan uśmiecha się pod nosem.
– Drzewiej to…
– Przepraszam, – wpada jej w słowo Agnieszka. – Drzewiej? Co to znaczy?
– Babciu, my nie tutejsi. – Maja zerka na męża, dając mu do zrozumienia, że go ponosi.
– Drzewiej… no… dawniej. Dawniej to tu pół wsi rajzowało do świątyni. Baby, dziywki, parobki i pachołki, wszystkie one pod Mokoszową figurą ściskały się jak głupie. Takie modły, to Mokosz uwielbia.
– Znaczy się, co? Orgietki jakieś urządzali? – Gracjan już nawet nie ukrywa rozbawienia.

Kobieta parska śmiechem i kiwa się na stołku, przytakując. Wygląda na to, że zawstydziła się przed swoimi gośćmi. Rozmawiają jeszcze chwilę, po czym żegnają się i wychodzą. Na zewnątrz witają ich słabe podmuchy wiatru. Na szczęście nie pada już śnieg. Bartek się obawiał, czy dadzą radę wrócić.

Na miejscu mają trochę pracy. Trzeba podtrzymać ogień w kominku, przygotować kolację i kąpiel, co wiąże się z przyniesieniem wody ze studni i jej podgrzaniem. Szybko dzielą obowiązki i biorą się do pracy. Agnieszka cały czas rozmyśla nad tym, co jej się przytrafiło w piwnicy. Czuje się z jednej strony zaniepokojona, ale z drugiej, rośnie jej fascynacja. Przecież nie mała pojęcia, że na dole odbywały się orgie, a sama przeżyła coś podobnego. Na samą myśl oblewa się rumieńcem. Czy to możliwe, że w tym kamieniu jest coś więcej? Jakaś moc albo… bogini? Zaczyna się czuć, jakby dopuściła się bałwochwalstwa. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, przypomina sobie słowa katechety sprzed lat. Gdyby było odwrotnie, gdyby najpierw odwiedzili staruszkę, a później stałoby się to, co się stało w piwnicy, uznałaby, że zadziałała siła sugestii. Jednak stało się odwrotnie.

Agnieszka przygotowuje kanapki, praktycznie nie myśląc o tym, co robi. Jej myśli krążą wokół piwnicy. Czy jeśli przez dziesiątki, a być może nawet setki lat, w piwnicy odbywały się bałwochwalcze rytuały, niechby i orgie, to czy możliwe jest, że ona teraz odczuwa emocje tamtych ludzi? Czy emocje, silne bodźce i być może sama wiara, mogą zostać w jakiś sposób uwięzione wśród tych skał, żeby teraz sączyć się do jej mózgu? Albo jest odwrotnie, rozmyśla, to miejsce ma jakieś parapsychiczne właściwości i w jakiś sposób uwięziło powtarzalne przez lata odczucia, emocje, mentalność i całą resztę, a teraz bezmyślnie odtwarza wszystko, przelewając to na nią? Jest jeszcze trzecia możliwość – głos rozlega się gdzieś pod czaszką. – Mokosz, być może jest tutaj obecna i daje o sobie znać. Być może wybrała właśnie ciebie w jakimś konkretnym celu.

– Aga, Aga! – koleżanka szturcha ją w ramię. – Co ty robisz?

Blondynka zerka na stół. Nawet nie zwróciła uwagi, że zamiast kromkę chleba, smaruje blat stołu. Kobieta uśmiecha się zmieszana i idzie po ścierkę.

– Stara trochę ci namieszała w głowie, co? – Maja mówi cicho, niemal wprost do ucha przyjaciółki. – Mam na myśli…
– Wiem, co masz na myśli. – Agnieszka przerywa jej niezbyt uprzejmie. – Nie jestem kretynką. Wiem, że kamień nie przywróci mi płodności.
– Przywróci? Sądziłam, że jesteś bezpłodna od urodzenia?
– Co to? Przesłuchanie? – Kobieta wzdycha i unosi rękę, w której trzyma nóż. – Możesz mi po prostu dać chwilę spokoju? Muszę odetchnąć. Nie czuję się najlepiej. – W jej oczach pojawiają się łzy. – I przestań mnie ciągle dopytywać o wszystko.

Maja zerka na nóż i odsuwa się od niej odruchowo.

– W porządku, nie było tematu, – teraz również w jej głosie słychać irytację. – Rób, co chcesz.

Agnieszka rzuca nóż i wybiega z kuchni. Po chwili słychać jej szybkie kroki na schodach. Maja rozgląda się i zerka na męża, który właśnie skończył dokładać drzewa do pieca.

– Daj mi fajkę i zapalniczkę. – Kobieta wyciąga rękę, odbiera od niego to, o co prosiła, po czym wychodzi na zewnątrz.
– Co się stało? – Bartek wraca z salonu. – Dokąd pobiegła Agnieszka? – rozgląda się po kuchni. – I gdzie twoja żona?
– Co ci mogę powiedzieć stary… wygląda na to, że nasze panie się pogryzły.
– O, co?
– Może o to, która ma większe cycki? – Widzi zaskoczone spojrzenie Bartka. – Nie mam kurwa pojęcia.

Kolacja przebiega w napiętej atmosferze. Kobiety na siebie nawet nie patrzą. Co prawda, kiedy wszystko jest zjedzone, przygotowują drinki, jednak towarzystwo szybko się wykrusza. Pierwsza do pokoju idzie Maja. Chwilę później Agnieszka. Mężczyźni siedzą jeszcze pół godziny i wreszcie podnosi się Gracjan.

– Dobra stary, zbieram się. Może mi się poszczęści tej nocy. – Puszcza oko do kolegi i znika na schodach.

Bartek siedzi wpatrzony w ogień. Słowa Gracjana brzmią w jego uszach jak styropian, którym ktoś pociera po szkle. Po plecach przebiegają mu ciarki. Na samą myśl, że ten łach kładzie swoje łapska na Mai, trafia go szlag. O co ci chodzi, człowieku? Przecież to jego żona. Jeśli chcą się pieprzyć, to nic ci do tego – wewnętrzny głos, drażni go jeszcze bardziej. Zaczyna się zastanawiać nad sobą. Co mu do tego? Przecież dotychczas łączyła go z Mają bardzo luźna relacja. Wręcz obojętna. Co się nagle stało? Jedno spojrzenie, dotyk dłoni i niewinny całus, a on wariuje? Po prostu jej pragniesz, przyznaj się, sam przed sobą – głos nie daje spokoju – patrzysz na nią, jak na ciasteczko, które chciałbyś zeżreć, prawda?

– Gówno prawda – rzuca na głos.

Wciąż ten sam Bartuś, mały chłopiec w krótkich spodenkach. Chciałbyś, ale się boisz – głos nie odpuszcza. – To przynajmniej sam sobie zrób dobrze. Tak jak kiedyś, pamiętasz prawda? Zawsze, kiedy podobała ci się dziewczyna i nie miałeś dość jaj, żeby do niej podejść, trzepałeś kapucyna, ile wlezie. Jak to nazywali twoi koledzy, nieudacznicy? Pamięciówka, tak?

Bartek kręci głową, jakby zaprzeczał albo prosił głos, żeby ten umilkł.

No to raz-dwa. Malutka pamięciówka na cześć Mai. Na co czekasz? Wiesz jeszcze, jak się tarmosi kutasa? Może potrzebujesz do tego, tej kamiennej bogini, co? Może ona cię nauczy, jak zrobić sobie dobrze. Mężczyzna wypija drink do samego dna i rusza do sypialni. Czuje się rozbity, jakby sam nie wiedział, o co mu chodzi lub doskonale wie i trudno mu się z tym pogodzić.

Agnieszka śpi albo udaje, trudno powiedzieć. Nie rusza się, ma zamknięte oczy. Kładzie się obok i wpatruje w sufit, na którym rozlewa się srebrzysty pas księżycowego światła. Cisza panująca w domu rozsadza mu głowę. Sądził, że będzie tutaj wypoczywał, tymczasem wszystko wydaje się komplikować. Zauważył u żony jakąś zmianę. W zasadzie, od ich wizyty w piwnicy, mają ze sobą słabszy kontakt. Czuje od niej jakiś chłód, a w najlepszym razie obojętność.

Próbuje zmusić się do snu. Przewraca się z boku na bok. Zauważa, że żona oddycha głęboko i miarowo. Inaczej niż kiedy wszedł do sypialni. Czyli jednak udawała. Ukłucie irytacji pojawia się gdzieś pod wątrobą. Zaczyna mieć dość tych jej fochów. Sprawdza godzinę i nie może uwierzyć, że już jest druga w nocy. O śnie, nie ma co marzyć. Jest zbyt podkręcony. Zbyt nabuzowany i zbyt… sam już nie wie. Wstaje i wychodzi z sypialni.

Wciąż tutaj jestem – przypomina o sobie głos wewnątrz głowy. – Wiem, po co tam idziesz. Liczysz, że Maja też tam będzie, co? Myślisz, że siedzi przy kominku i pociera udami na myśl o tobie? Kto wie, może tak właśnie jest – musi dotykać ściany, żeby nie potknąć się w ciemności. – Może jej cipka szepcze twoje imię, jak sądzisz? W tej małej kocicy jest sto razy więcej życia i energii niż w twojej żonie, prawda?

Bartek dociera do schodów, gdzie jest trochę jaśniej. Rusza na dół, stając niemal na palcach. Rozgląda się, salon wygląda jak poprzedniej nocy. Trochę nierealnie. Zupełnie jakby nocą, dom zmieniał się całkowicie, pokazywał swoją drugą stronę. Wszystko ma swoją drugą stronę. Chociaż bardzo tego nie chce, idzie do kuchni. Tam gdzie spotkał Maję ostatnim razem. Chociaż nie można powiedzieć, że bardzo tego nie chce. Właściwiej jest stwierdzić, że bardzo nie chce się do tego przyznać, że coś go tam ciągnie. Ja wiem, co cię tam ciągnie – głos jest jak namolny sąsiad. – To twój kutas. On cię tam ciągnie. To teraz twój kompas.

Nagle dostrzega ciemny kształt włazu do piwnicy. Jest otwarty. Przeciera oczy, żeby się upewnić, że nie ma omamów. Sięga po jedną ze świec, zapala ją i podchodzi bliżej. Patrzy w dół, w czerń utkaną z mroku i wilgoci. Nie zdziwiłby się, gdyby zobaczył tam gwiazdy. Ogarnia go niecodzienna atmosfera. Nie zdziwiłoby go, nawet gdyby przez tę czarną dziurę, przewinęła się cała droga mleczna.

Schodzi ostrożnie. Zasłania mikry płomień świecy. Uświadamia sobie, że nie zabrał zapałek i jeśli ogień zgaśnie, zostanie tutaj sam, pogrążony w jakichś przedpotopowych mrokach. Czuje nieprzyjemny dreszcz na kręgosłupie. Idzie jeszcze wolniej rozglądając się dokoła. Osłania świecę, jakby od niej zależało jego życie.

Dociera do sali w której stoi posąg. Nie może uwierzyć, ale przed figurą klęczy Maja. Kobieta nie zwraca na niego uwagi. Jest pogrążona we własnych myślach. Świece w upiornych szponach znowu płoną. Mężczyzna podchodzi bliżej. Widzi, że znajoma ma na sobie inną halkę, inne stringi i te same pantofle. Od kiedy to zauważasz takie szczegóły, kolego? – głos ma szydercze brzmienie. – Nie potrafisz zauważyć, kiedy twoja żona zmienia fryzurę, ale doglądasz majtek obcej pani?

– Maja?

Kobieta wstaje i odwraca się od razu. Patrzy na niego jakoś tak... dziwnie.

– Czy ty się modliłaś do tej rzeźby?

Kobieta zalewa się rumieńcem.

– Nie… może trochę…
– Przyszłaś tutaj pomodlić się do Mokoszy?
– Przyszłam tutaj, bo… chciałam… czy to zostanie między nami?
– Przysięgam. – zapewnia ją i staje na wyciągnięcie ręki.
– Chciałam ją zobaczyć, przyznaję. Coś mnie tutaj ciągnie, uważam, że to nie jest tylko zwykły kamień, ale przyszłam tuta również dlatego, że… po prostu liczyłam, że ty też się zjawisz, zobaczysz otwarty właz i zejdziesz. No i proszę, jesteś. – Uśmiecha się do niego.
– Maju, ja… – Nie potrafi powiedzieć nic więcej, ale zbliża się do niej tak, iż niemal się dotykają.
– Mów proszę. – Jej głos jest jak dotyk jedwabiu, a do tego jest cichy i namiętny.
– Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale ostatnio dużo o tobie myślę…
– Ja też, Bartek, dokładnie tak samo.

Obejmują się. Robią to nieśmiało. Jego dłonie lądują na krągłych biodrach, a jej, na piersiach mężczyzny. Przytulają się w taki sposób, jakby w każdej chwili byli gotowi odepchnąć się od siebie. Jednocześnie namiętnie i ostrożnie. Krew w ich żyłach zaczyna płynąć szybciej. Serca świergoczą jak radosne ptaki. Skóra zdaje się płonąć.

– Pragnę cię, – wyznaje drżącym głosem. – I boję się tego. – Przesuwa dłonią lekko w górę i w dół, w obawie, że jeśli za chwilę od siebie odskoczą, zachowa choćby taką pamiątkę.
– Robię się wilgotna, kiedy tylko na ciebie spojrzę. Tak się dzieje, od kiedy się tutaj zjawiliśmy. To czyste szaleństwo.
– Jesteś przyjaciółką mojej żony...

Ich twarze zbliżają się do siebie. Mówiąc, czują własne oddechy. Czują własne napięcie. Stoją niczym gotowe do skoku pantery. Czarne włosy Mai lśnią. Bartek zerka na pełne piersi, rysujące się krągłą linią pod cienkim materiałem. Jej sutki sterczą wycelowane prosto w niego. Zerka na jej rozkoszne, niemal brązowe brodawki.

– Mam ochotę cię dotknąć, wiesz… tam… – Jej kobiecy głos, odbija się od skał i nabiera niespotykanej barwy. Jest subtelny, nierzeczywisty i szalenie nęcący.

Maja wędruje dłonią ostrożnie w dół. Dotyk jej palców na skórze wywołuje przyjemne ciarki. Jej spojrzenie jest powłóczyste, dotyk rozkoszny. Cały czas patrzą sobie w oczy, to intymne gorące spojrzenie, zastępuje im pieszczotę rąk. Mężczyzna czuje drobną przesuwającą się po jego brzuchu dłoń, wędrującą nieuchronnie do jego bokserek, a raczej do miejsca, w których znajduje się wybrzuszenie.

– Tylko go dotknę, dobrze? – kobieta szepcze i patrzy pytającym wzrokiem.

Blondyn czuje jej dłoń tuż przy twardym prąciu. Palce zbliżają się, centymetr po centymetrze. Już prawie są na miejscu. Ich oddechy stają się głębsze i głośniejsze. Nie pada ani jedno słowo, jednak Maja kolejno, palec po palcu oplata na członku. Jej piersi unoszą się i opadają. Po chwili trzyma penis mocno. Między jej dłonią a penisem jest tylko materiał bokserek. Maja wzdycha.

– Nic się nie dzieje, to jeszcze nie zdrada… – Dyszy, mówiąc coraz mniej zrozumiale. – Bartek…
– Słucham. – Mruży oczy, jest mu tak dobrze...
– Dotknij mnie...

Nie odpowiada. Kręci mu się w głowie z podniecenia. Pożądanie ściska go za gardło. Nie pozwala mówić. Przesuwa dłoń po jej biodrze, przez pachwinę, aż do wilgotnego wzgórka. Kiedy kładzie palce na jej kobiecości, Maja wzdycha głośno. Mężczyzna czuje, jak mokre są jej majtki. Powoli przesuwa dłoń wzdłuż sromu. Czuje go, czuje jak jej wargi piętrzą się pod jedwabiem. Jak napierają na stringi.

– Zaraz oszaleję... – Brunetka szepcze, to zaciskając palce na jego prąciu, to rozluźniając je i głaszcząc penis.

Dotykają się nosami i policzkami. Usta oddalają i zbliżają się od siebie. Głowy krążą wokół siebie jak dwie satelity. Wargi delikatnie muskają się, ten dotyk sprawia im niezwykłą przyjemność. Kiedy Maja się odzywa, już niemal się całują.

– Bartek…
– Co? – Na dłoni czuje śluz, czuje jak bardzo go pragnie i uświadamia sobie, że nie wytrzyma już dłużej.
– Włóż go, błagam.

Natychmiast po tych słowach, mężczyzna popycha kochankę na kamienną rzeźbę. Maja opiera się plecami o boginię, pozwala zsunąć z siebie stringi i to samo robi z jego bokserkami. Mężczyzna łapie ją za nogę, tuż pod kolanem, unosi ją i odchyla w bok, podczas gdy ona wypycha w jego stronę waginę, łapie prącie, zsuwa skórę z napletka i nabrzmiałą żołędzią wodzi po mokrych wargach, jakby kreśliła magiczne symbole wyryte w ścianie, za nimi. Oboje wzdychają i jęczą. Srom mlaszcze, kiedy sklejone wargi odklejają się od siebie pod naporem główki. Bartek powoli zdobywa miękką wilgotną pochwę. To jak długo wyczekiwana podróż. Kochanka przyjmuje go z wyrazem błogości na twarzy. Kochają się, patrząc sobie w oczy. Ich wzrok jest mętny. Oczy lśnią, jakby płonęły w nich gromnice trzymane przez posąg. Świat wokół przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, rozpływa się, rozmywa jak krajobraz widziany z okna pędzącego samochodu.

Kochankowie są sobą tak pochłonięci, że nie przerwaliby, choćby kamienna rzeźba zeszła z cokołu i zaczęła tańczyć wokół nich. Pragną się tak bardzo, że ich twarze wykrzywione pożądaniem wyglądają, jakby chcieli sobie zrobić krzywdę. W pewnej chwili kobieta oplata swoje dłonie na kamiennych rękach bogini. Jest teraz zawieszona w powietrzu. Z jednej strony trzyma się rzeźby, a z drugiej, utrzymuje ją nabrzmiały fallus. Dyszą i jęczą głośno, nie myśląc o niczym innym jak o tym, żeby ugasić ten żar. Mężczyzna trzymając jej nogi w kolanach, to je rozchyla, to łączy ze sobą, dopasowując tym samym pieszczotę jej waginy.

Przed ich oczami, niespodziewanie pojawiają się obrazy widziane jak przez mgłę. Jedne są niewyraźne, niejasne i zagadkowe. Inne niemal namacalne. Przez chwilę czują, że otacza ich tłum rozochoconych ludzi, którzy z wypiekami podniecenia na twarzach przyglądają się im, dopingują i zachęcają do dalszej rozkoszy. Ich stroje są niedzisiejsze. Wyglądają jak widma minionych wieków. Oni również zdają się podnieceni i zafascynowani, niesamowite jest to, że wszyscy razem zdają się wytwarzać jedną wspólną świadomość.

Bartek ma potężną erekcję. Choć nie jest pewny, co się z nim dzieje i co się dzieje dookoła niego, to jednego jest pewien. Jeszcze nigdy jego penis, nie był tak duży i sztywny. Jakby był wykuty, w tym samym kamieniu, co posąg. Miękka kobiecość Mai rozstępuje się przed nim, kiedy się w nią wciska i natychmiast zamyka, kiedy się z niej wyślizguje. Za każdym razem pokonuje tę samą rozkoszną podróż. Podróż wewnątrz puszystego śliskiego ciała, wijącego się na żołędzi. Nawet nie stara się, pozbyć nachalnych i tajemniczych wizji. W oczach kochanki dostrzega, że ona widzi to samo.

– Bartek – Maja jęczy głośno. – Widzisz to… widzisz to…
– Tak... – Ledwo udaje mu się wyrzucić słowo, ze ściśniętego gardła.
– To jest cudowne… – Maja czuje, jak jego penis naciąga pochwę, kobieta wykręca głowę, chcąc spojrzeć bogini w twarz.
– Ty jesteś cudowna. – Dyszy Bartek.
– My chyba… – Szept kobiety jest ledwo słyszalny i zagłuszany, jej własnym oddechem. – Czcimy Mokosz…

Maja czuje, że osiąga punkt, po którego przekroczeniu, już nie będzie odwrotu. Rozkoszne skurcze, zdają się przygotowywać jej ciało na to, co za chwilę nastąpi. Ciemnieje jej w oczach. Fala gorąca i mrowienia rozlewa się w podbrzuszu. Krew spływa do pochwy, srom nabrzmiewa jeszcze bardziej. Nawet sama świadomość, że Bartek jest w niej, przyprawia ją, o szaleństwo. Następuje eksplozja.

Oboje zastygają w bezruchu, a ich ciała drgają, w sposób niekontrolowany. Czują, jakby się zapadali w miękkim, niekończącym się puchu. Rozkosz przemienia się w uczucie błogostanu, beztroski i radości. Napięte mięśnie, rozluźniają się powoli, bez pośpiechu. Stoją pod rzeźbą wtuleni w siebie i spływa na nich niesamowite uczucie, jakby wystąpili przeciwko Bogu. Tulą się do siebie, wciąż nie mogąc nacieszyć się sobą. Jeszcze nie potrafią uspokoić oddechów.

– Czuję, jakbyśmy się dopuścili świętokradztwa – szepcze kobieta.
– Ja również…
– Żałujesz? – W jej oczach nie widać żalu.
– Niczego nie żałuję.

Kobieta uśmiecha się i zaczynają się całować. Tym razem wolno i namiętnie. Być może tak czuli się Adam i Ewa, wyprowadzeni na kopach z edenu. Narazili się Bogu, ale poznali własną cielesność i zmysłowość. Seks był tak intensywny, że wyssał z nich resztki sił. Czują się osłabieni, wystraszeni tym, co zrobili i jednocześnie szczęśliwi. Odczuwanie jednocześnie spokoju i niepokoju, to niezwykłe uczucie.

*

Maja budzi się rano. Patrzy na śpiącego męża i nagle uświadamia sobie, że nic ich już nie łączy. Jeśli cokolwiek między nimi było, skończyło się wczoraj w nocy. W piwnicy. Na samo wspomnienie, robi się wilgotna, zaciska uda i przeciąga się. Nigdy nie przeżyła czegoś podobnego. Ekstaza, której doznali wspólnie z Bartkiem, była jednocześnie erotyczna i religijna. Dotychczasowy kolega stał się jej nagle tak bliski, że to aż boli. Zerka na męża i mdli ją na samą myśl, że miałaby mu się oddać. Czuje, że rozpoczyna zupełnie nowy rozdział w swoim życiu. Jest przekonana, że w nocy była z nimi Mokosz. Czują ją niemal tak intensywnie, jak Bartka. Odruchowo sięga do szyi, gdzie na łańcuszku wisi srebrny krzyżyk. Zrywa go i wrzuca go do szuflady.

Kiedy zjawia się na dole, w kuchni zastaje Agnieszkę. Natychmiast przypomina sobie wczorajszą scysję i pochmurnieje. Nie bądź taka, moja panno – słyszy radosny głos – przeleciałaś jej męża, możesz troszkę odpuścić. Kobieta podchodzi do stołu i stamtąd zerka na koleżankę przygotowującą grzanki na piecu.

– Cześć.
– Cześć Maja.
– Dzisiaj też masz focha?
– Nie, nie mam – na ustach blondynki pojawia się słaby uśmiech i kładzie na stole talerz z grzankami, miodem i sokiem pomarańczowym. – Zjemy?
– Owszem…

Kobiety siadają naprzeciwko siebie. Słychać czajnik, w którym gotuje się woda na poranną kawę. Podpieczony chleb pachnie czosnkiem i chrupie w ustach. Jedzą w milczeniu. Po kilku minutach Agnieszka zaczyna obserwować przyjaciółkę.

– Czuję ciężar tego spojrzenia. – Maja nawet nie patrzy na towarzyszkę.
– Przepraszam, ja po prostu chciałam… chciałam cię przeprosić za wczoraj.
– O? – Teraz brunetka podnosi na nią wzrok. – To jakiś krok naprzód.
– To wszystko jest dużo bardziej skomplikowane, niż sądzisz…
– Co jest takie skomplikowane? Chyba nie nadążam.
– Moja bezpłodność.

Maja przestaje żuć, sięgając dłonią do ręki Agnieszki.

– Jesteś pewna, że chcesz o tym ze mną rozmawiać?
– Z nikim jeszcze o tym nie rozmawiałam i jeśli tego nie zrobię, chyba zwariuję.

Do kuchni wchodzi Gracjan. Wita się z Agnieszką i głaszcze żonę po plecach. Maja spina się i zwalcza odruch odsunięcia się od niego. Mimo wszystko uśmiecha się i przesuwa w jego stronę talerz z grzankami.

– Smacznego, my idziemy na spacer nad jezioro.

Kobiety zostawiają go zaskoczonego i idą do swoich pokoi się ubrać. Chwilę później mężczyzna słyszy, jak zamykają za sobą drzwi wejściowe. Niemal w tym samym czasie, na dół schodzi Bartek.

– Wygląda na to, że nasze kobietki już się pogodziły. – Informuje blondyna.

Nad jeziorem wieje lekki wiatr. Słońce chowa się za chmurami. W zasadzie jest ich całkiem dużo. Płożą się na niebie niczym dywan. Kobiety stoją na kładce, mróz kąsa w policzki, a drzewa nucą spokojną melodię. Maja nie może uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała.

– Zdradziłaś Bartka? Nie wierzę. Z kim?
– Jak ci powiem z kim, tym bardziej mi nie uwierzysz… – Agnieszka jest zamyślona i wpatrzona w dal. – To był jakiś majster czy coś w tym rodzaju.
– Majster?
– W urzędzie mieliśmy remont. Ciągnęło się to miesiącami. Zaczepiał mnie taki jeden… ignorowałam go, ale koleś był naprawdę namolny, a raczej wytrwały. – Uśmiecha się słabo.
– Puściłaś się z budowlańcem? Ty?
– Właśnie. Sama widzisz. Ja? Od zawsze byłam uważana, za nudną intelektualistkę. Agnieszka nigdy nie zrobiłaby tego, Agnieszka nie zrobiłaby tamtego. Tymczasem, chwilami już mi się ulewa od tego wszystkiego. Dawno temu weszłam w swoją rolę, cholernie nudną i mdłą rolę i czasami mam tego dość. Bartek to naprawdę świetny facet. Jest inteligentny, uprzejmy, mądry i tak kurewsko poukładany, że aż nudny.

Przez chwilę milczą. Mai nie podoba się, że rozmowa zeszła na temat Bartka. Nie podoba jej się również, że przyjaciółka go obraża. Ma nadzieję, że rozmowa zaraz zmieni swój kierunek. Agnieszka z kolei nie może uwierzyć w to, że wreszcie wyartykułowała, co jej leży na sercu.

– Jarek chodził w poplamionych dżinsach, był dobrze zbudowany, bezczelny i pewny siebie. Wiesz, takie przeciwieństwo mojego męża. Chyba dlatego wdałam się z nim w romans.
– W romans? To nie był jednorazowy wyskok?
– Nie był. – Blondynka się krzywi.
– A gdzie wy się właściwie… spotykaliście?
– Chodzi ci o seks? – Agnieszka uśmiecha się, ale to raczej wyuczony skurcz twarzy, taki urzędowy uśmiech, coś w stylu „cieszę się, że mogłam pomóc. Następny proszę”. – Zrobiliśmy to kilka razy. Był nawet pokój w motelu, ale najczęściej robiliśmy to na tym piętrze, gdzie trwał remont. Po godzinach rozumiesz? Byliśmy też w takiej budzie, ustawili ich kilka dla robotników… no i… rany, nie chce mi to przejść przez gardło… raz zrobiliśmy To nawet w toalecie.
– Aga przyznaję, jestem wstrząśnięta, ale powiedz mi, jak to się ma do…
– Zaszłam z nim w ciążę.
– Nie wierzę.
– Wpadliśmy, a ja się zorientowałam trochę… późno.
– Usunęłaś… – brunetka wyprzedza fakty.
– Owszem i przyznam ci się do czegoś jeszcze. To nie Bartek pragnie dziecka tylko ja. On nigdy o tym nie wspominał. Natomiast ja zawsze chciałam mieć dziecko. Staraliśmy się o nie przez lata i nic z tego. Kiedy wpadłam z tamtym facetem, spanikowałam. Przecież Bartek od razu by...
– Spanikowałaś, bo to on jest bezpłodny, prawda? – Maja wpada jej w zdanie.
– Tak.

*

Tego dnia Bartek spotyka Maje dopiero na obiedzie. Wie, że była na spacerze z jego żoną. Przez chwilę nawet zastanawia się, czy przypadkiem kochanka nie zdradzi ich sekretu. Szybko jednak porzuca tę myśl. Ma do Mai całkowite zaufanie. Sam jest tym zaskoczony, ale czuje, że łączy ich coś naprawdę mocnego. Jakby wspólnie przeszli na druga stronę mocy.

Wymieniają ukradkowe spojrzenia nad stołem. Ciężko jest ukryć uczucia, które nimi targają. Po skończonym posiłku, kiedy brunetka idzie zmywać naczynia, Bartek deklaruje się na ochotnika jako pomocnik. Nie ma w tym nic podejrzanego. Zgłaszał się już wcześniej. Kiedy odbiera talerze od kochanki, ich dłonie dotykają się i wtedy przeszywa ich silny prąd. Tak na siebie działają. Świadomość, że za plecami mają swoich partnerów, tylko dodaje pikanterii. Niespodziewanie odzywa się Gracjan.

– Słuchajcie, mamy pomysł. Zorganizujemy zawody w lepieniu bałwana. Która para ulepi większego, wygrywa, a przegrani zawiozą ciasto tej staruszce, u której byliśmy.
– Niech będzie. – Maja zerka na męża. – A jak dobieramy pary? Tak jak stoimy?
– Może być – zgadza się.

Na zewnątrz wiatr się uspokoił, ale zaczyna sypać śnieg. Na tyłach domu jest kawałek płaskiej ziemi. W sam raz na zawody. Bartek uruchamia w zegarku stoper i rozpoczynają. Umówili się na trzydzieści minut. Gracjan staje na rzęsach, żeby wygrać. Nie chodzi o to, że nie chce mu się jechać do staruszki. Chodzi głównie o Barka. Nie może pozwolić, żeby taki mięczak wygrał z nim w cokolwiek. Poza tym niech wie, kto tu jest samcem alfa. Oczywiście Gracjan i Agnieszka wygrywają. Lepią bałwana większego, o czterdzieści centymetrów, co zostało komisyjnie zmierzone!

Maja zabiera ciasto, Bartek kluczyki od samochodu i wychodzą na zewnątrz.

– Jeśli nie wrócicie do dwóch godzin, ruszymy wam z odsieczą. – Gracjan obejmuje Agnieszkę, czym prawdopodobnie stara się wyprowadzić z równowagi swojego kolegę.

Nie udaje się, Bartek nie zwraca na to uwagi. Zamyka drzwi samochodu i uruchamia silnik. Po chwili znikają za zakrętem i wielką zaspą. Gracjan patrzy na koleżankę.

– Przygotuję nam po drinku, co ty na to?
– Pokaż, na co cię stać. – Blondynka uśmiecha się i wracają do domu.

*

Śnieg atakuje przednią szybę. Wycieraczki pracują bezgłośnie, na szybkich obrotach. Ledwie nadążają. Maja zerka na swojego towarzysza. Nie może uwierzyć, że znowu są razem. Uśmiechają się do siebie. Kobieta kładzie dłoń na jego dłoni, którą trzyma na dźwigni zmiany biegów.

– Wiesz, nawet się cieszę, że nigdy się nie zaprzyjaźniliście. Ty i Gracjan.
– Dlaczego?
– Bo to dupek.
– Z tym akurat się zgodzę, tyle że to również twój mąż.
– Owszem, ale to nie zmienia faktu, że jest dupkiem, prawda? Kiedy widzisz pijanego faceta, który przypadkowo jest przebrany za świętego mikołaja, to wciąż zwykły pijak tyle, że w stroju mikołaja. Tak samo jest z dupkami.

Wymieniają kolejne uśmiechy.

– Maju, mogę cię o coś zapytać?
– O wszystko – zaciska mocniej palce na jego dłoni.
– Jak to się stało, że taka kobieta jak ty, wyszła za kogoś takiego jak Gracjan.
– Taka kobieta jak ja? – Uśmiecha się zalotnie i czeka na wyjaśnienie, choć w rzeczywistości, czeka na komplement.
– Kobieta taka jak ty, czyli piękna, seksowna i inteligentna. – Czuje wypieki na twarzy i to nie od mrozu.

Maja pochyla się w jego stronę i całuje go w policzek.

– Dziękuję, jesteś naprawdę kochany, – nagle zamyśla się, wpatrując w sypiący śnieg. – Cóż, byłam młoda i głupia. Zaimponował mi. Był męski, zdecydowany i pewny siebie. – Ma wrażenie, że cytuje jego żonę.
– Zmienił się? Wciąż jest naładowany testosteronem.
– Nie, on się nie zmienił. To ja się zmieniłam. Dojrzałam. Z biegiem czasu zrozumiałam, że to, co uważałam za męskość to czyste chamstwo, impertynencja i nierzadko prostactwo, a skoro wszystkie zalety okazały się wadami, odkryłam nagle, że wyszłam za dupka. Wyszłam za dupka, który przypadkowo jest moim mężem. To jak z tym mikołajem.

Śmieją się.

– Powiedz mi szczerze, gdybyś mogła cofnąć wczorajszą noc, zrobiłabyś to?
– Nigdy w życiu. Gdybym mogła cofnąć noc, zrobiłabym to żeby przeżyć to jeszcze raz.
– Naprawdę? – Patrzy, jak kobieta przytakuje. – Wiesz, że do tego nie trzeba cofać nocy?
– Zatrzymaj na chwilę. – Maja rozpina pas.

Stają pośrodku drogi. Łatwiej byłoby wygrać w lotto niż trafić tutaj na inny samochód. Szczególnie przy takiej pogodzie. Maja przechodzi na jego stronę i siada na nim okrakiem. Obejmuje jego twarz dłońmi. Patrzą sobie w oczy.

– A teraz powiedz to, co chciałeś przed chwilą powiedzieć.
– Chciałem powiedzieć, że jeśli chciałabyś… to znaczy wiesz… jeśli masz ochotę… – Ma tremę jak nastolatek na pierwszej randce. W dodatku podniecenie wysusza mu gardło. – Możemy to powtórzyć. Ja chciałbym to powtórzyć. Pragnę cię.

Ich usta przywierają do siebie bardzo mocno. Całują się powoli, ostrożnie, jakby chcieli świadomie delektować się swoimi wargami. Szybko jednak przyspieszają, a ich języki splątują się niemal w supełek. Pieszczą się kilka minut. Wreszcie odrywają się od siebie, dysząc.

– Zróbmy to, dziś w nocy. – W głosie kobiety słychać podniecenie.

Wydaje się, że śnieg nie sypie już tak agresywnie. Podskakują kilka razy na nierównościach i wreszcie docierają do gospodarstwa. Samochód zatrzymuje się przed pochyłą bramą. Można odnieść wrażenie, że wystarczy jej dotknąć, żeby runęła na ziemię. Wychodzą na zewnątrz. Natychmiast łapią się za ręce. Przy akompaniamencie skrzypiącego śniegu, docierają do chaty.

*

Gracjan przygotowuje drinki, kładzie je na stole i siada naprzeciwko koleżanki. Przez chwilę milczą. Nie bardzo wie, o czym z nią rozmawiać. Sięga pamięcią i nie może sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek byli ze sobą sam na sam.

– Daliśmy im popalić tym bałwanem, co?
– No tak, daliśmy czadu. – Kobieta uśmiecha się i próbuje drinka.
– A tak w ogóle, to trafiliśmy ekstra miejscówkę, co nie?
– Co masz na myśli? – Agnieszka przekrzywia głowę, nie rozumiejąc.
– Chodzi mi o to, co powiedziała ta stara. Wiesz, o tych orgiach, które się tutaj miały odbywać.
– Dokładnie. Tak na marginesie, co sądzisz o tej rzeźbie? – Blondynka rozpuszcza i rozczesuje włosy.
– Czy ja wiem? Rzeźba jak rzeźba…
– Nie uważasz, że to coś więcej, niż tylko kamień?
– Chyba potrzebujesz więcej alkoholu – śmieje się, patrząc na nią podejrzliwie. – Niby co masz na myśli?
– Nie czułeś żadnej mocy? Nic kompletnie?
– Nic kompletnie.
– Wiesz co? Sądzę, że powinniśmy tam zejść jeszcze raz, – kobieta wpatruje się w niego intensywnie. – Co ty na to?
– No nie wiem Aga, ty i ja… razem w ciemnej piwnicy… – Gracjan uśmiecha się i kręci głową. – To nieprzyzwoite.
– Chcesz powiedzieć, że jesteś taki przyzwoity?

Mężczyzna poprawia się nerwowo w fotelu. Odnosi wrażenie, że w znajomej zaszła jakaś zmiana. Dotychczas zachowywała wobec niego raczej chłodną rezerwę.

– Ja nie, ale ty owszem.
– O? Od kiedy to, tak dobrze mnie znasz?
– Pogrywasz ze mną?
– Nie dlaczego? – Na jej ustach błąka się enigmatyczny uśmiech.
– Myślisz, że mnie speszysz? Chcesz iść do pieprzonej piwnicy? To chodź.

Wstają bez słowa i idą do kuchni. Kobieta zabiera lampę naftową, jej towarzysz trzyma dużą świecę. Otwierają właz i schodzą na dół. Zapach stęchlizny wydaje się mniej dokuczliwy.

– Złap mnie za rękę. – Agnieszka wyciąga do niego dłoń.
– Co jest, rurka ci mięknie?
– Bardzo. – W jej głosie, nie ma grama strachu.

Docierają do sali w której stoi pomnik. Kiedy krąg światła bijącego z lampy naftowej i świecy, zbliża się do posągu, Gracjan zauważa coś nienaturalnego. Cienie, zamiast się rozproszyć, cofają się w stronę posągu. Wygląda to, jakby wessała je rzeźba.

– Widziałaś to?
– Co takiego?
– Cienie… dziwnie się zachowują...
– Mówiłam ci, że to nie jest zwyczajny posąg.

Agnieszka zapala świece wetknięte w kamienne dłonie bogini. Pomarańczowa łuna tworzy wokół nich parasol płochliwego światła. Poza tym mglistym okręgiem mrok gęstnieje jeszcze bardziej. Kobieta dotyka posągu z szacunkiem i oddaniem.

– Wciąż nic nie czujesz? Nie czujesz mocy?

Gracjan obserwuje swoją towarzyszkę. Sposób, w jaki się porusza, dotyka rzeźbę, niemal się do niej tuli, wydaje mu się dziwny. Jest trochę nieprzyzwoity. Pytanie tylko, czy Agnieszka kokietuje kawałek kamienia, czy jego. Tego jednego nie jest pewny. Ma świadomość, że nie jest do końca obiektywny. Żona wymawia się bólem głowy od dwóch tygodni, więc być może źle odczytuje sygnały? Spragnione ciało, zawsze zniekształca rzeczywistość.

– Igrasz z ogniem mała. – Przełyka ślinę, czując rosnące pożądanie.
– Czyżby? – Jej dłonie ocierają się o uda, co rusz zadziera sukienkę, odsłaniając coraz więcej. – Zgaduj…

Mężczyzna pozwala, żeby podniecenie rozlało się w jego ciele. Krew przyspiesza, zaczyna krążyć coraz szybciej. Mimo tego stanu dostrzega coś jeszcze. W piwnicy coś ulega zmianie. Tylko co? Instynktownie wyczuwa czyjąś obecność, kogoś poza nimi, ale nie widzi nikogo więcej. Są tutaj tylko on, ona i kamienny posąg.

– Co się dzieje? Widzisz coś? – Głos kobiety jest miękki, przechodzi niemal w szept. – Boisz się?
– Ja się niczego nie boję, mała. Nie jestem taką cipą jak twój mąż.

Mimo buńczucznych słów, na jego twarzy pojawia się grymas. Przecież wyraźnie czuje, że coś jest nie tak. Rośnie w nim wewnętrzny niepokój. Pojawia się irracjonalny lęk. Mężczyzna nie kłamał, mówiąc, że nie jest strachliwy, jednak tym razem, jego ciało ulega dziwnemu rozregulowaniu, zupełnie bez jego udziału. Czuje rozedrgane powietrze tuż za plecami. Coś jakby skondensowana wilgoć, z której próbuje ukształtować się materia. Nagle otaczająca ich ciemność, zaczyna wirować. To znaczy, chyba zaczyna wirować. Kręci mu się w głowie. Ma wrażenie, jakby siedział na karuzeli, a świat wokół niego się rozmywa. Wpada mu do głowy jeszcze jeden pomysł, że znajduje się w oku cyklonu, a wokół szaleje chaos.

– Co tu się dzieje?

Jego głos traci pewność siebie. W skroniach pojawia się pulsowanie. Na ciele występuje pot. Czuje coraz większe duszności. Wykonuje dwa kroki w stronę Agnieszki. Karuzela wokół nich zdaje przyspieszać. Jeszcze chwila i zwymiotuje. Zastanawia się, czy ktoś wyssał tlen z powietrza, czy coś jest nie tak, z jego płucami. Patrzy na kobietę i nagle dostrzega, że na jej brzuchu pojawiają się dwie ręce. Nie to nie ręce, to cienie. Dwa cienie, które masują ją, przemykają w górę i dotykają jej piersi. Za chwilę, są na jej udach, wdzierają się pod sukienkę, a ona uśmiecha się z lubieżnym wyrazem na twarzy.

– Mokosz... – Szepcze Agnieszka. – Wybrała mnie, rozumiesz? Wybrała na swoją kapłankę.

Czcij mnie...

Słyszy czyjś szept. Odruchowo zamierza się odwrócić, ale coś mu mówi, żeby tego nie robił. Na karku czuje zimny oddech. Wróć, to tylko powiew. Przeciąg. Przecież to nie może być oddech. A jeśli coś za nim stoi? W zasadzie jest pewny, że coś za nim jest. Jakaś energia, czerń ciemniejsza od normalnego mroku, tak gęsta, że gdyby chciał jej dotknąć… nie, woli nie myśleć.

Czcij mnie...

Czy ten głos rozlega się w jego głowie? I tak i nie. Ten dźwięk jest wszędzie. To nie jest głos człowieka. To dźwięk, który mrozi mu serce i sprawia, że włoski na karku, stają dęba. Właśnie tam, gdzie poczuł lodowaty oddech. Na karku, a nawet częściowo na policzku. Pada na kolana i podchodzi do Agnieszki.

– Bogini ma dla mnie dar, coś, co utraciłam jakiś czas temu. Odzyskam to, tylko musimy ją czcić… – Kobieta mówi, jakby była w transie. – Trzeba oddać jej cześć. Choć, pokażę ci jak wznosić do niej modły.

Oczy blondynki pokrywają się bielmem. Podciąga wysoko sukienkę, obnażając przed klęczącym mężczyzną swoje łono. Jedną ręką łapie go za włosy i przyciąga do siebie. Waginą przywiera do jego czoła. Gracjan jest oszołomiony, dyszy przestraszony i podniecony. Czuje jej intymny, intensywny zapach. Nagle po jego twarzy spływa ciepła struga. Kobieta oddaje na niego mocz, trzymając jego głowę i poruszając nią w taki sposób, żeby nie pominąć żadnego fragmentu j twarzy Gracjana. Czuje tę ciecz na ustach i oczach, czuje jak wsiąka w jego koszulkę i spływa w dół, na spodnie, gdzie moczy nawet jego twardy penis.

– A teraz wstań i spełnił swoją powinność.


*

Zbliżając się do chaty, Bartek ma złe przeczucia. Jeszcze raz zerka na traktor, który teraz jest zwykłym pordzewiałym wrakiem. W częściowo rozsypanej stodole wyje przeciąg. Gdzieś zaskrzypiała luźna deska kiwająca się na gwoździu. Odruchowo ściskają się mocniej za ręce. Maja też coś czuje. Coś jest nie tak, jak powinno. Teraz słyszą wyraźnie, że coś trzaska. Miarowo i niepokojąco. Skrzyp, trzask, skrzyp, trzask. To drzwi wejściowe, którymi bawi się górski wiatr. Szyby w oknach są częściowo wybite. Oboje spoglądają na siebie zaskoczeni.

– Ktoś napadł na staruszkę? – Maja czuje, że to nieprawda, ale chciałaby, żeby tak było, nawet jeśli to z jej strony okrutne.
– Nie, ten dom… ten dom jest opuszczony od bardzo dawna. – Wypowiedzenie tej strasznej prawdy na głos, sprawia, że są jeszcze bardziej przestraszeni.

Wchodzą do środka. Podłoga jest zbutwiała. Na ścianach majaczy pleśń. Wszędzie walają się śmieci. Stare szmaty, kilka pustych butelek, rozbita zastawa. Na jednej ze ścian, ktoś napisał sprayem, Tu rządzi MOKOSZ. Wchodzą do kuchni, tam gdzie siedzieli przy stole ze staruszką. Na blacie dostrzegają wyryte dawno temu symbole. Takie same jak widniejące na ścianie w piwnicy.

– Bartek, boję się. – Kobieta tuli się do swojego kochanka.

– Jak to możliwe? – Mężczyzna nie może pozbierać myśli. – Przecież rozmawialiśmy z nią.
– Piłam jej napar. To nie był żaden omam, ja go naprawdę czułam. Myślisz, że to ona? Bogini? Czy ona potrafi takie rzeczy?
– Chyba tak.
– Bartek, to znaczy, że mamy potężnego sprzymierzeńca. Wyobrażasz to sobie? Mam wrażenie, że to ona pchnęła nas ku sobie. Być może ma wobec nas jakiś plan, jak sądzisz?
– Trudno mi cokolwiek powiedzieć. Mam wrażenie, że dzieją się wokół nas rzeczy, o których nie mamy zielonego pojęcia.
– A ja uważam, że to, co zrobiliśmy w piwnicy… że to wszystko ją wzmacnia. Zaczęło się od snów. Później pojawiły się wizje, kochaliśmy się pod jej figurą i potrafiła roztoczyć wokół nas iluzję… – rozgląda się dookoła – ...tego wszystkiego. Ona jest silniejsza z każdą chwilą.
– Obawiam się, że tak.
– Obawiasz się? Bartek. Ty jeszcze masz jakieś wątpliwości? Jesteśmy jej wyznawcami. Wyobrażasz to sobie? – Jej oczy robią się szkliste, zdradzają narastającą euforię. – Jesteśmy apostołami Mokosz. Możemy przywrócić utraconą w nią wiarę. Ona się o nas troszczy. Bartek! Dała nam siebie.
– Maju, czy ty nie przesadzasz?
–Dobrze, spokojnie... – Kobieta uspokaja przede wszystkim siebie. – Powiedz mi tylko, że jesteś ze mną, że jesteśmy w tym razem. Ty i ja.
– Jestem z tobą.
– Bartek, – w jej oczach pojawiają się łzy. – Przepraszam, że to mówię, ale… kocham cię.
– Mój Boże. – Mężczyzna tuli ją do siebie. – To jakieś wariactwo. Całe moje życie sypie się jak domek z kart. Wszystko staje do góry nogami. Maju! Ja też cię kocham. Boże przebacz nam…
– Bóg nic nam nie dał, mamy teraz siebie i mamy Mokosz, to ona jest naszą Panią.

Zrywa się wiatr i zaczyna wściekle sypać śnieg. Kiedy dojeżdżają pod dom, niebo szarzeje coraz mocniej. Bartek gasi silnik i spogląda na kobietę. Patrzą sobie w oczy. Zbliżają się do siebie i całują, korzystając z ostatniej chwili prywatności. Przynajmniej do nocy.

Zamieć jest tak silna, że z trudem docierają do domu. Bartek zamyka drzwi, blokując kurzawie dostęp do holu. Ściągają kurtki i kierują się prosto do salonu, gdzie siedzą ich partnerzy. Agnieszka i Gracjan wyglądają na wstawionych. Na stole stoją dwie butelki bolsa, z czego jedna jest opróżniona w całości, a druga do połowy.

– Stara góralka pochwaliła moje wypieki?
– Nie ma żadnej góralki. – Wyrzuca z siebie Maja.
– Jak nie ma? Poszła gdzieś? – Gracjan nachyla się po szklankę.
– Po prostu nie ma i nie było. Ten dom jest opuszczony od lat.
– Co ty pieprzysz? Przecież byliśmy tam wczoraj. – Mężczyzna bierze solidny łyk. – Paliliście coś?
– Ten dom to ruina, rozumiesz? Jest zdewastowany, nikt tam nie mieszka od bardzo dawna. Szyby są porozbijane, drzewo butwieje. Wszystko ledwo stoi. Byliśmy tam, chyba... jednak cokolwiek widzieliśmy, nie było prawdziwe. – Maja rozpuszcza włosy i zrzuca z nich resztki śniegu.
– Rozumiem, że ciasto przywiozłaś z powrotem? – Blondynka zerka, czy jej przyjaciółka ma przy sobie pakunek.
– Ciasto? Aga to teraz interesuje cię najbardziej? Owszem, zostawiłam w samochodzie. Jesteś pijana?
– Od razu pijana, – kobieta się uśmiecha. – Sączymy sobie z Gracjanem drinka. – Dołączycie?
– A co z tą kobieciną? – Dopytuje Gracjan.
– Nie ma żadnej kobiety, rozumiesz? – Bartek wyczuwa dziwną atmosferę, jakby wszyscy pogrążali się w stopniowym szaleństwie.
– Jak nie ma? Poszła gdzieś?
– Przecież już to mówiłeś. – Bartek wymienia spojrzenie z Mają. – Co tutaj się dzieje?
– Rozumiem, że ciasto przyniosłaś z powrotem? – Agnieszka zerka czy przyjaciółka ma ze sobą ciasto.
– Aga, przecież już mnie o to pytałaś… to jakieś szaleństwo.

Przez chwilę cała czwórka obserwuje się, jakby żadne z nich nie potrafiło zrozumieć drugiego.

– Skoro nie masz ciasta, powiedz mi… pieprzysz się z moim mężem? – Słowa Agnieszki są jak cięcie nożem.
– Słucham? – Maja nie może uwierzyć w to, co słyszy.
– Słyszałaś. Pewnie mu opowiedziałaś, o mojej ciąży? – Twarz blondynki staje się coraz bardziej surowa.
– O ciąży? – Włącza się do rozmowy Bartek. – Przecież ja jestem bezpłodny.
– Wiedziałem, kurwa wiedziałem, stary. Nawet bachora nie potrafisz zmajstrować. – Gracjan spluwa na podłogę.
– Zamknij się. – Blondyn odwraca się do żony. – Zdradziłaś mnie?

Agnieszka wstaje, wciąż trzymając drinka. Wygląda, jakby lada chwila miała wybuchnąć.

– Jesteś bezpłodny, bezużyteczny rozumiesz? Bezużyteczny! Jesteś jak pole, które nie daje plonów…
– Co ty pierdolisz? – Maja zaciska pięści. – Jakie pole? To ty jesteś tutaj jedyną suką, która nie potrafi utrzymać nóg razem.

W tym momencie Maja wyczuwa obecność bogini. Agnieszka również coś musi czuć, ponieważ odwraca się nerwowo za siebie. Tyle że nic nie dostrzega. Tymczasem brunetka zauważa cień stojący w kuchni. Wysoki kształt. Wie, że to Mokosz. Przygląda się im.

– Gracjan pamiętasz, co masz robić? – Agnieszka przypomina mu, ich wcześniejsze ustalenia.

Rozmawiali o tym, tuż po tym, jak oddali cześć bogini. Mężczyzna podnosi się i kieruje prosto na Bartka. Uśmiecha się do niego, ale ten uśmiech budzi grozę. To uśmiech szaleńca. To uśmiech, w którym nie ma krzty wesołości, tylko nienawiść.

– Przykro mi stary, wypadasz z gry.

Żertwa, żertwa, żertwa…

Z kuchni sączy się szept. Cień zaczyna krążyć niespokojnie na granicy kuchni i salonu. Powietrze zdaje się pulsować. Nawet jego zapach jest jakiś inny.

Gracjan rzuca się na Bartka. Uderza go pięścią w twarz, raz i drugi. Z nosa blondyna płynie krew. Mężczyzna próbuje się bronić, ale jego ciosy są nieporadne i słabe. Nie robią żadnej krzywdy napastnikowi, który uderza go głową. Pojawia się jeszcze więcej krwi. Blondyn chwieje się na nogach. Kręci mu się w głowie i widzi mroczki. Kiedy Gracjan rzuca się na niego, upadają obaj. Blondyn przyciśnięty ciałem przeciwnika nie ma pola manewru, tymczasem czuje jego dłonie na szyi. Napastnik zaciska je mocno. Świat wiruje.

– Ty cipo, zaraz zdechniesz, a ja za chwilę będę posuwał twoją żonkę. Będę posuwał je obie. – Gracjan syczy mu tuż nad głową.

Kobiety stoją, jakby były zahipnotyzowane. Są wyprostowane, sztywne i wpatrują się w mężczyzn bez mrugnięcia okiem.

– Żertwa, żertwa, żertwa… – Skandują jednocześnie, monotonnym głosem.
– Słyszysz? To ty jesteś ofiarą, frajerze…

Bartek widzi, jak wykrzywiona nienawiścią twarz Gracjana rozpływa się, jakby mężczyzna znikał we mgle. Ostatkiem sił próbuje odepchnąć go od siebie, ale nie udaje się mu. Czuje, że palą go płuca. Nie wykluczone, że za chwilę eksplodują. Rozpaczliwie potrzebuje tlenu… jego twarz robi się czerwona.

– Żertwa, żertwa, żertwa...

Maja czuje, że jej ciałem zawładnęła bogini. Jej i Agnieszki. Są jak sparaliżowane. Kobieta z wielkim trudem, wbrew sile własnych mięśni, odwraca się w stronę kuchni. Zerka na cień. Jej wzrok jest niemal błagalny. Pozwól, że to ja złożę dla ciebie żertwę. Prosi ją w myślach i ku swemu zdziwieniu zauważa, że Mokosz wyciąga długą rękę i wskazuje coś leżącego na stole. Maja wytęża wzrok. To nóż. Długi, wielki kuchenny nóż. Paraliż ustępuje. Brunetka słyszy, jak Bartek rzęzi. Biegnie czym prędzej do kuchni i podchodzi do obu mężczyzn.

Bartek rozpaczliwie walczy o oddech. Przekrwionym, a może zamglonym okiem, dostrzega Maję. Pochyla się nad nim i wkłada mu coś w rękę. Mężczyzna zastanawia się, czy już umarł. Chyba tak, kobieta ma taką spokojną twarz, uśmiecha się do niego czule. Cóż za piękna wizja. Jest mu cholernie przykro, że nie spędzą ze sobą więcej czasu. Zaśmiałby się, ze względu na ironię losu, ale nie może. Płuca lada chwila eksplodują. I wtedy słyszy jej głos. Jest przytłumiony, jakby dochodził z drugiego końca pokoju.

– Zabij skurwysyna.

Kilka kolejnych sekund, wlecze się w nieskończoność. Gracjan podnosi głowę i zerka na żonę. Na jego twarzy zamiast nienawiści, maluje się teraz zdziwienie. Nieświadomie rozluźnia nawet zaciśnięte na szyi ofiary palce.

– Co ty odpierdalasz, mamuśka.

Niemal w tym samym momencie, większa część lśniącego ostrza wchodzi w jego gardło z nieprzyjemnym łoskotem. Ręce mężczyzny wciąż zaciskają się na szyi Bartka, ale ucisk się rozluźnia. Blondyn, ze świstem wciąga powietrze, jakby wypłynął spod bardzo głębokiej wody. Charczy i świszczy mu w płucach. Na zaciśniętej, na rękojeści noża dłoni, czuje ciepłą krew. Jest jej coraz więcej. Gracjan osuwa się na podłogę.

Niemal w tym samym momencie, Maja słyszy odgłos stóp. Zanim zrozumie, że ktoś biegnie w jej stronę, upiorną ciszę przerywa wrzask Agnieszki.

– Ty wredna suko!

Maja próbuje się podnieść z kolan, ale w tym samym momencie rzuca się na nią blondynka. Obie upadają z impetem i turlają się po podłodze. Dopiero po chwili, brunetka uświadamia sobie, że jej napastniczka trzyma w ręce potłuczoną butelkę po alkoholu. Trzyma ją za szyjkę, a ostry i postrzępiony koniec szkła, próbuje wbić jej w szyję. Rozpoczyna się zażarta walka.

Bartek próbuje podnieść się z podłogi. Wciąż nie może uspokoić oddechu. Przed chwilą zwymiotował, ale to nieważne. Jego twarz odzyskuje kolory. Wyciera usta i zerka w stronę walczących kobiet. Na kolanach, zbliża się do martwego Gracjana, łapie za rękojeść noża i z trudem wyjmuje go z gardła denata. Ostrze jest czerwone. Na podłodze rozlewa się coraz większa kałuża krwi. Blondyn wstaje. Jeszcze chwieje się na nogach.

Nagle zdaje sobie sprawę z czyjejś obecności. Ktoś stoi w kuchni. Czuje to, w rozedrganym powietrzu. Odwraca się i widzi wysoki chudy cień. Choć zjawa nie ma twarzy, ma wrażenie, że patrzą sobie w oczy. Nagle słyszy szept.

Wybieraj…

Bartek nie musi wybierać. Kiwa głową, choć nie waha się nawet chwili. Podchodzi do walczących kobiet. Agnieszka jest na górze. Napierając całym ciałem, próbuje wbić szkło, w szyję Mai. Mężczyzna łapie żonę za włosy, odchyla jej głowę w tył i zanim ta, zdąży choćby pomyśleć, przeciąga nożem wzdłuż odsłoniętego gardła. Przyciska ostrze mocno, bardzo mocno. Na szyi kobiety zakwita szkarłatny kwiat, który powiększa się z każdą sekundą. Agnieszka próbuje coś powiedzieć, ale już nie może. Rzęzi coś niezrozumiale i wreszcie wiotczeje. Upada na podłogę.

Maja kaszle i łapie się za szyję. Na szczęście rana nie wydaje się głęboka. Oboje patrzą na siebie. Są pokrwawieniu, ale szczęśliwi. Nawet wiedzą, co trzeba zrobić z ciałami. Wyżłobienie przed rzeźbą bogini, tam trzeba złożyć ofiary. To powinno wzmocnić Mokosz. Nagle do domu wdziera się grupa ludzi.

Wśród nich są mężczyźni i kobiety. Co najmniej dwóch z nich jest uzbrojonych w strzelby, a niemal każdy ma latarkę. Ludzie tłoczą się w salonie. Przepychają się między sobą. W ciszy przyglądają się makabrycznej scenerii. Bartek i Maja stoją wyprostowani. Przywierają do siebie, niemal się do siebie tulą. Trzymają się za ręce. Po chwili ciszy i pełnej napięcia konsternacji, z tyłu przepycha się znajomy góral. To człowiek, który wynajął Bartkowi dom.

Mężczyzna staje na czele tłumu. Spogląda na zwłoki Gracjana, później zerka na ciało Agnieszki. Patrzy na makabryczne ślady zostawione na podłodze. Wszędzie jest mnóstwo krwi. Mija co najmniej minuta, kiedy spogląda na stojącą dwójkę.

Jego twarz jest nieodgadniona. Mierzą się wzrokiem kilka długich sekund, po czym mężczyzna odwraca się do tłumu i rzuca, niemal krzycząc.

– Mokosz wybrała!

Po jego słowachz zebrani skandują na cześć trzymającej się za ręce pary.

– Żercy, żercy, żercy...
Dodaj do ulubionych
41,579
Podziel się ze znajomymi
9.8/10

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.8/10 (71 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (34)

E.

E. · 21 lutego 2016+0

Ehhh... Mało, mało... :-)
Podejrzewam jednak, że podobnie jak w przypadku Nocy komety, na kolejną część nie mam co liczyć... ;-)
Mężczyzno... Jeszcze jedno takie opowiadanie, a sama Cię zacznę czcić ;-)

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
FrancoisVillon

FrancoisVillon · 21 lutego 2016+0

Fenomenalne. Chciałem napisać więcej, ale... nie ma po co, lepiej przeczytać. Tylko jedna mała kwastia

Jeśli masz zostać moją kapłanką, będziesz musiała coś z tym zrobić.


Ta kwestia trochę wybiła mnie z mocarnego klimatu, jest trochę zbyt bezpośrednia. Na szczęście tylko na moment, potem znowu dałem się pochłonąć...

Żertwa, żertwa... nigdy nie słyszałem równie złowrogiego, krwawego, rzeźnickiego określenia. Długo jeszcze będzie dźwięczało mi w uszach.

10/10

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
ann

ann · 22 lutego 2016+0

Podziwiam znajomość mitologii słowiańskiej, no i oczywiście sprawne pióro. Jak dla mnie opowiadanie 11/10.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Gdzieciastka

Gdzieciastka · 22 lutego 2016+0

Mężczyzno w czerni, czczę Cię całą sobą!
Uwielbiam Twoją twórczość, a tym opowiadaniem zwaliłeś mnie z nóg. Dzięki, o dobry człowieku, za te emocje. Jakiś czas temu spisałam Pokątne na straty, jednak teraz odwiedzam tę stronę codziennie, wypatrując Twojego nicku.

Przyczepię się jedynie do fragmentu, gdzie Agnieszka założyła dresy, a za moment była w swetrze i jeansach. Ale to w zasadzie mało ważne wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Bbq

Bbq · 22 lutego 2016+0

Kolejny świetny czasopochłaniacz.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Arun

Arun · 22 lutego 2016+0

Fenomanalne, jak zawsze. Czekam na kolejną odsłonę "Mureny".

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 22 lutego 2016+1

Przez ciebie rankiem o mały włos, a spóźniłbym się na ważne spotkanie. Powinieneś dawać przed tekstem jakieś ostrzeżenia, że czytanie grozi utratą poczucia mijanego czasu wink

A na poważnie, to tekst kapitalny. Oby tak dalej.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ciri

Ciri · 22 lutego 2016+0

Wow... Jakbym film oglądała. Ktoś powinien to nakręcić

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 22 lutego 2016+1

ciri, nazca, arun, Bbq, Ann, E: Dziękuję za miłe słowa. Cieszę się, że część ksywek, choć nie są zarejestrowane, to się powtarzają. Traktuję was jako stałych czytelników :-)

E. chcesz więcej... ale to ciężka praca, napisać tekst na czterdzieści kilka stron w jakieś osiem dni. Gdyby nie pozytywne komentarze, pewnie rozłożyłbym to na miesiąc. Trzeba pisać po nocach, przed pracą, po pracy (dzieląc z domowymi obowiązkami). Gdyby nie fakt, że mam poczucie, iż kilka osób być może na coś nowego czeka, nie spinałbym się tak z terminami.

Nazca: Ja piszę czasem przed ważnym spotkaniem ;-) Czasami w serwisie, czekając na odbiór samochodu z przeglądu. W bardzo dziwnych miejscach pisywałem...

Gdzieciastka: Dzięki, to spora wpadka. Poprawię

FrancoisVillon: Jeśli chodzi dialog, pewnie masz racje. Podczas pisania czasem przychodzi jakaś dziwna presja, żeby przyspieszać i zagęszczać akcję, bo jak mówią rolnicy "już się ćmi, a trza siec" smile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Dominika

Dominika · 22 lutego 2016+0

Mib myślę ,że masz sporo stałych czytelników. Nawet jeśli nie komentują twoich opowiadań, to gdzieś tam są i czekają na Twoje nowe teksty. Piszesz świetnie. Tak trzymaj. 10/10 jak zwykle smile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 22 lutego 2016+0

Możliwe Dominika, dzięki za pozytywny komentarz

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Damian

Damian · 23 lutego 2016+0

Czytam wszystkie Twoje teksty, ale pierwszy raz jestem pod tak ogromnym wrażeniem że muszę skomentować. To, jak piszesz jest po prostu świetnie, jedyną wadą jest to że w pewnym momencie treść się kończy i pozostaje ogromny niedosyt. Proszę rób dalej co robisz, tak dobrze jak teraz. 10/10!

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Akasha

Akasha · 23 lutego 2016+0

Czytam wszystkie twoje opowiadania. Jesteś genialny! Czekam na więcej

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 23 lutego 2016+0

Dziękuję Akasha

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Mandie

Mandie · 23 lutego 2016+0

Jak zwykle, jak narkotyk, to się chłonie, a nie czyta wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
E.

E. · 23 lutego 2016+0

Mężczyzno... To był taki lekki sarkazm z tym "mało" ;-)
Podziwiam, że potrafisz się tak właśnie spiąć i pisać, mimo obowiązków dnia codziennego, ale wiem, że czasem najlepsze pomysły, motywy przychodzą w nieoczekiwanych miejscach i momentach. :-)
Zgadzam się z Ciri - powinien to ktoś nakręcić... I na pewno nie byłby to kiepski film klasy B.
Nie przestawaj... Pobudzasz zmysły jak mało kto...
Pozdrawiam :-)

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 23 lutego 2016+0

Dzięki Mandie stałem się metaforycznym dilerem smile

E. wiem, że to był sarkazm. A co do kina klasy B, kocham je

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Mandie

Mandie · 23 lutego 2016+0

Oj, ale takie uzależnienia są przecież zdrowe ^^ Ja się bardzo cieszę, że rozprowadzasz swój towar po tym portalu tongue

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
E.

E. · 23 lutego 2016+0

Jest różnica między Atakiem krwiozerczych chomików, a Koszmarem z ulicy Wiązów ;-)
Mimo wszystko... Dziękuję za emocje. :-)
A teraz przycupnę cichutko w kąciku i cierpliwie poczekam na c. d. Pogrzebywacza :-)

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 23 lutego 2016+0

Pogrzebywacz jest w zasadzie napisany, ale obawiam się, że zakończenie może znowu rozczarować jak Czarci Jar... czekam czy nie przyjdzie mi coś innego do głowy

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
max

max · 24 lutego 2016+0

najciekawsze są romanse nawiązane przez skrajnie różne postacie, troszkę żałuje że wątek Gracjana i Agnieszki nie został zbytnio rozwinięty..teoretycznie byłoby to tylko odbicie lustrzane relacji Majki i Bartka..ale ci drudzy jednak są dosyć podobni i stąd ich niuanse ich relacji aż tak b mnie nie wciągnęły..sama historia jest b wciągająca, jedna z lepszych twoich. sam motyw połączenia elementów horroru i erotycznych jest moim ulubionym. kusi i straszy. gratki

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ciri

Ciri · 25 lutego 2016+0

Na pokątne wchodzę ostatnimi czasy głównie po to by sprawdzić czy jest coś nowego od Ciebie MiB. Jesteś moim faworytem

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 26 lutego 2016+0

Dzięki Ciri, chram mnie trochę zmęczył, teraz pewnie będzie coś na luzie, jakaś miniaturka

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ciri

Ciri · 26 lutego 2016+0

oczywiściesmile a jeśli to możliwe nie każ mi (i innym także), zbyt długo czekaćsmile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 27 lutego 2016+0

Postaram się Ciri smile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Tamara

Tamara · 1 marca 2016+0

Strasznie, erotycznie i krwawo.
Mieszanka emocji z wysokiego pułapu zapisana dobrą ręką.
9/10

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 1 marca 2016+0

Dzięki Tamara

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Tomek

Tomek · 16 kwietnia 2016+0

Malutka łyżeczka dziegciu do wielgachnej beczki miodu: nieważne a nie nie ważne. 10/10 smile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Man in black

Man in black · Autor · 17 kwietnia 2016+0

Dzięki, poprawione

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
XXX_Lord

XXX_Lord · 25 czerwca 2016+0

[UWAGA, SPOJLERY!!!]
Po przeczytaniu "Schodów do nieba" byłem praktycznie pewien, że długo nie trafię na opowiadanie dorównujące poziomem tamtej serii.
"Chram" jest inny i... chyba jeszcze lepszy. W "Schodach..." nie czułem aż takiej identyfikacji z bohaterami, tutaj...
No cóż, nie będę ukrywał, że skrycie ściskałem kciuki za Maję i Bartka. Narastający z każdą chwilą nastrój grozy i nieuchronnej konfrontacji między głównymi bohaterami zwiastował czyjąś śmierć i mimo, że opowiadanie zakończyło się zgodnie z moimi oczekiwaniami (przynajmniej od strony Bartka i Mai) i tak jestem zaskoczony. Możemy tylko gdybać co się z nimi stało - zostali kapłanami Mokoszy i zniknęli z cywilizowanego świata? Wrócili do domu zostając parą? Wylądowali w więzieniu (oby nie)?
I tak jak w przypadku "Schodów do nieba" czuję niedosyt i mam nadzieję, że dokończysz serię, tak tutaj absolutnie nie oczekuję kontynuacji- historia kończy się w idealnym momencie i ciąg dalszy byłby przedłużaniem na siłę doskonałego opowiadania.
Przed Twoimi opowiadaniami Admin powinien wstawić ostrzeżenie "Czytać na końcu, po zapoznaniu się z historiami pozostałych autorów". Po przeczytaniu "Chramu" będzie mi bardzo ciężko ponownie postawić ocenę 10.
Mam nadzieję, że jeśli sam się na to nie zdecydujesz ktoś z Twoich bliskich roześle Twoje opowiadania do wydawców- szkoda, żeby taki talent marnował się w tak wąskim gronie jak czytelnicy portalu.

Gdybym mógł dałbym 11, ale niestety ogranicza mnie skala ocen.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
MIJN

MIJN · 14 lipca 2016+0

Ogólnie czyta się nieźle, ale "kija"? Kia. Kia, kia, kia kia kia

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Sebb

Sebb · 13 września 2016+1

Masakra! Opowiadanie genialne - chętnie bym zobaczył jakiś horror w tym wykonaniu.
Straszne i popieprzone! (ale w dobrym tego słowa znaczeniu)
Miazga / mistrzostwo!

No i ogromny plus za mitologię słowiańską - dużo się dowiedziałem smile
Jedyny minus za "kiję" - ale to naprawdę BEZ ZNACZENIA

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Sayo

Sayo · 3 maja 2017+0

Słowa więzną w gardle. Dziekuję

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
KAT

KAT · 12 października 2018+1

Kawał dobrej literatury. Bardzo podoba mi się twój styl i oryginalne podejście do fabuły, połączenie grozy z romansem spowodowało powstanie wybuchowej cudownej mieszanki wzmagającej empatię czytelnika,smaczek! Życzę aby więcej twórców brało z ciebie przykład wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

lub

Inne popularne opowiadania tego autora:

opowiadania erotyczne

Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Wchodzę

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.