Ilustracja: Aria

Fin de siècle, czyli miało być tak pięknie… [wersja oryginalna 2022]

1 stycznia 2026

39 min

Jako że "nowy rok, nowa Agnyza" i temu podobne dyrdymały, zapraszam na... stary tekst. W starej wersji. A dokładnie w oryginalnej, bo o ile w 2024 roku na Pokątnych ukazała się rozszerzona edycja "Fin de siècle" z moimi późniejszymi dopiskami, o tyle to właśnie niniejsza jest konkretnie tą, która miała znaleźć się w antologii. Zgodną co do każdego jednego słowa, przecinka, myślnika – brakowało już tylko składu, druku i postawienia na półce w księgarni. No ale stało się to, co się stało, więc bez dalszego rozgrzebywania przeszłości zapraszam do lektury!

Dziękuję serdecznie Arii za przygotowanie dwóch nowych (bo i tamta została zmieniona), fantastycznych ilustracji!

 




 

Od zawsze żyłam w przekonaniu, iż pomimo rozlicznych przywar, słabostek oraz błędów, jakie popełniałam, w ogólnym rozrachunku jestem przyzwoitym człowiekiem – oddzielającym jasno dobro od zła, niepozbawionym kręgosłupa moralnego i najzwyczajniej niezdolnym do celowego skrzywdzenia drugiej osoby. Zwłaszcza bliskiej. Cóż z tego, skoro wystarczyło pojedyncze zdarzenie z udziałem ledwie dwojga osób, by cały mój system wartości posypał się niczym domek z kart. Ja zaś sama, z może nieidealnej, lecz mimo wszystko bogobojnej kobiety, wiernej żony i sumiennej pracownicy, stałam się perfidną intrygantką, wyuzdaną sadystką oraz wyjętą spod ludzkiego i boskiego prawa…

Zacznę jednak od początku, a konkretnie od pierwszego z winowajców mego upadku, czyli męża. Poznałam go we w gruncie rzeczy banalnych okolicznościach, kiedy zwyczajową niedzielną przechadzkę po Parkach Podjasnogórskich przerwała mi nagła ulewa. Schroniłam się czym prędzej w pobliskiej altance, gdzie czekałam, czekałam… i czekałam. Nudziłam się jak mops, z zezując przez jedno ramię na jakże znienawidzony pomnik cara Aleksandra II, a zza drugiego bezskutecznie wypatrując dorożki, gdy niespodziewanie wyrósł przede mną lekko szpakowaty elegancik, uśmiechający się przymilnie spod modnego wąsika. Bez dalszych wstępów przestawił się jako „Ludwik Pierre Dolny de Żaba” – albo coś w tym guście – a następnie z przeuroczym francuskim akcentem zaproponował użyczenie parasola. Wraz z nim samym, ma się rozumieć.

Wahałam się, jak zareagować na tę jawną impertynencję, niemniej nie uśmiechało mi się ani dłużej tam tkwić, ani tym bardziej zmoknąć. Kiwnęłam więc tylko głową w niemym przyzwoleniu, a później… przede wszystkim potrzebowałam wpierw wrócić do domu z obcym kawalerem pod rękę, modląc się w duchu – a że musiałam pokonać calutkie Aleje Najświętszej Maryi Panny aż do Nowego Rynku, przy którym mieszkałam, miałam dość czasu na kolejne pacierze – by nikt znajomy mnie nie przyuważył. Na dodatek po powrocie czekała mnie nie tylko rodzicielska bura za niezaradność, lecz przede wszystkim konieczność wytłumaczenia się z nieoczekiwanego towarzystwa. Wówczas jednak inicjatywę przejął Ludwik, przepraszając za niezręczność, po czym… wprosił się na prywatną wizytę. I jeszcze jedną, i kolejną, aż wreszcie stał się regularnym gościem w naszych drobnomieszczańskich progach. Aż wreszcie po upływie paru miesięcy pojawił się wyfiołkowany jak nigdy wcześniej i poprosił o… nie, nie o mą rękę. O rozmowę. Bardzo szczerą.

Owszem, zdążył w międzyczasie wywrzeć na mnie wielce pozytywne wrażenie swymi manierami oraz ogólnym obyciem, jednak nie byłam na tyle naiwna, by ufać, iż odwiedzał mnie jedynie dla niezobowiązujących rozmówek. On jednak nie miał zamiaru niczego ukrywać i przyznał, że nie jest dziedzicem majątku czy choćby herbu, a skromnym potomkiem popowstaniowego emigranta, próbującym się odnaleźć w ojczyźnie przodków. Przyrzeka jednak na wszelkie świętości, iż uczyni, co w jego mocy, by nie zawieść pokładanych w nim nadziei!

I dopiero wówczas się oświadczył.

Nie wiedziałam, czy bardziej skonfundowało to mnie, czy rodziców. Mogłam oczywiście wysłać niespodziewanego absztyfikanta w diabły, tyle że… jaki tak naprawdę miałam wybór? A przede wszystkim: czy mogłam liczyć na cokolwiek więcej? Albo  raczej kogokolwiek? Przecież poza urodą złotowłosej laleczki oraz mglistymi perspektywami przejęcia skromnego rodzinnego sklepiku tekstylnego (bo niby jako jedynaczce należał mi się on w posagu, ale wiadomo, że życie lubiło weryfikować podobne plany) także nie miałam wiele do zaoferowania, a Ludwik przynajmniej postawił sprawę jasno. No i… tak, podobał mi się! Zdecydowanie bardziej niż każdy z lumpenproletariackich gołowąsów, wyłażących z równie brudnych co oni sami zaułków Starego Miasta, którzy zwykle się do mnie jakże topornie zalecali. Ostatecznie więc spojrzałam na matkę oraz ojca, dostrzegając w ich milczeniu powściągliwą, lecz pełną nadziei aprobatę, po czym przyjęłam propozycję Ludwika, stawiając własny los na jedną, i to wcale niezbyt pewną, kartę.

Nie miałam jednak zamiaru się zamartwiać, wręcz przeciwnie – pragnęłam cieszyć się obecnością oficjalnego już narzeczonego, który na każdym kroku starał się udowodnić, że zasłużył na ów tytuł. Komplementował mnie nieustannie, pomagał w codziennych sprawunkach, natomiast w towarzystwie zachowywał się z przesadną wręcz grzecznością. Gdy zaś udawało się nam wymknąć gdzieś we dwoje, wówczas momentalnie zapominał o etykiecie, potrafiąc choćby znienacka podwinąć mi suknię do kolan, że nie wspomnę o skradanych coraz odważniej pocałunkach w policzki, szyję, uszy… a także usta, kiedy to ma kobieca słodycz przenikała się z jego tytoniową męskością.

Oddawaliśmy się takim skrytym afektom przez jakiś rok, gdy wreszcie zmęczeni krepującymi konwenansami postanowiliśmy jasno: czym prędzej bierzemy ślub i idziemy na swoje. A skoro tak, rzuciliśmy się w wir przygotowań, zbierania odpowiednich środków oraz poznawania siebie. Bardzo intymnego poznawania.

Owszem, przyrzekłam tak Ludwikowi, jak przede wszystkim sobie, zachować czystość aż do przysięgi, lecz w pozostałych kwestiach nie miałam zamiaru czekać. Wynalazłam więc (w odpowiednim oddaleniu od ciekawskich spojrzeń sąsiadów, ma się rozumieć) całkiem przytulne pokoiki na godziny, których właścicielka nie zadawała zbyt wielu pytań, i tam właśnie po raz pierwszy ukazałam się ukochanemu taką, jaką mnie Bóg stworzył. By następnie, drżąc ze wstydu oraz podniety jednocześnie, pozwolić wyraźnie bardziej doświadczonemu kochankowi dotykać wciąż niedojrzałych piersi, smukłego brzucha, ściśniętych ud. W zamian poprosiłam go o taką samą nagą prawdę i… przyznam, że gdy ujrzałam go w pełnej krasie, nie mogłam wyjść z podziwu na widok może już nie najmłodszego, lecz wciąż pełnego werwy mężczyzny. Po czym, wiedziona przypływem odwagi, chwyciłam okazałe przyrodzenie i sprawiłam, by po ledwie kilku chwilach wytrysnęło spełnieniem.

Prędko przekonałam się również, że także tamte, najbardziej wstydliwe miejsca, można pieścić nie tylko dłońmi, lecz i ustami! I to z jakże cudownym efektem! I choć miałam świadomość, że przecież dopiero zaczynam poznawać zarówno siebie, jak i przyszłego męża, a gorset przyrodzonego skrępowania wciąż boleśnie mnie uciskał, to już wówczas przydarzały mi się sytuacje, w których cielesne namiętności brały górę nad rozumem. Do tego stopnia, że nieraz aż musiałam wciskać twarz w poduszkę, by nie ściągnąć pod próg hordy żądnych wrażeń podglądaczy.

Co zaś się tyczyło wyczekiwanej nocy poślubnej, to przebiegła ona… zwyczajnie. Bez anielskich chórów, spadających gwiazd i całej reszty, jaką nieraz wyobrażają sobie zaczytane w przaśnych romansidłach pannice. Po prostu tu i ówdzie było mi przyjemnie, w paru innych miejscach trochę pobolało, i właściwie to tyle. Niemniej, nawet jeśli wciąż brakowało mi wprawy, a niewielka czynszówka, którą w międzyczasie wynajęliśmy, nie sprzyjała nie wiadomo jakim namiętnościom, starałam się, jak tylko potrafiłam. Przed każdym namiętnym tête-à-tête czesałam się i wypachniałam, jakbym szła na proszony raut do ministra, a kiedy już dochodziło do samej schadzki, uczyłam się nowych doznań. Raz wolałam być klasycznie pod ukochanym, innym razem nad, czasami też obracałam się tyłem i prężyłam niczym kocica w rui. A przede wszystkim pytałam, czego by chciał. Zwierzałam się, czego sama pragnęłam. Lub, co także się przecież zdarzało, czego nie.

I jak uwielbiałam, kiedy Ludwik wycałowywał mą kobiecość, tak gdy posuwał się ledwie kilka centymetrów dalej, nieustępliwie odmawiałam. Podobnie sama odwdzięczałam się intymnymi pocałunkami, jednak nigdy nie pozwalałam, by dochodził do finału w ten sposób. W dłoniach, na biuście, brzuchu, pośladkach czy gdziekolwiek indziej – owszem, ale w ustach nigdy! No i nie chciałam nawet słyszeć o zbytnim wystrzyżeniu ciemnoblond loczków, z których iście satynowej miękkości byłam taka dumna! Nie stanowiło to jednak na tyle istotnych kwestii, by wywoływały rozdźwięk między nami. Przeciwnie – uczyły wzajemnej tolerancji i zrozumienia, a także dopingowały do poszukiwania coraz to nowszych dróg sprawiania rozkoszy.

Co niemniej istotne, nie marnowaliśmy czasu jedynie na łóżkowe igraszki, lecz także w pocie czoła pracowaliśmy na wspólną przyszłość. A skoro potrafiłam szyć, a i projektowanie też szło mi całkiem nieźle, postanowiłam nie wyważać otwartych drzwi i pójść w ślady rodziców. Tyle że na własny rachunek. Zostałam więc najpierw pomocnicą w niedalekiej pracowni gorseciarsko-bieliźnianej, a niedługo później de facto jej główną krojczynią. Na dodatek mogłam dowolnie korzystać z resztek materiałów, dzięki czemu wypróbowywałam na sobie co odważniejsze pomysły. Ku uciesze nie tylko własnej, lecz także – a może przede wszystkim – oczarowanego mymi fantazjami męża.

Oczywiście miałam cichą nadzieję, iż moje (nie)skromne propozycje modowe spotkają się z akceptacją klientek, jednak nie spodziewałam się aż takiego odzewu! Owszem, konserwatywne matrony zerkały na zwiewne koszulki nocne, wydekoltowane gorsety czy koronkowe pasy do pończoch z nieukrywanym zgorszeniem, jednakże te bardziej otwarte na nowinki damy były nimi zachwycone! Co istotniejsze, nie ograniczały się jedynie do słów uznania, a sięgały do portmonetek. I to głęboko. A skoro tak, postanowiłam iść za ciosem i konsekwentnie poszerzać asortyment, w czym wydatnie zaczął pomagać mi… Ludwik.

Zauważyliśmy bowiem, iż pełen eleganckiego uroku mężczyzna w średnim wieku miał znacznie większy posłuch wśród socjety niż towarzysząca mu młoda kobieta. Mało tego – potrafił przekuć ową rosnącą pozycję towarzyską w całkiem niemałe pieniądze. Tam, gdzie ja traciłam całe godziny na (daremnych zwykle) próbach wynegocjowania lepszych cen na choćby odrzuty drugiego gatunku, on wchodził jak do siebie i wracał z rękoma pełnymi najprzedniejszych koronek, jedwabi, szyfonów, batystów i nawet nie potrafiłam nazwać, czego jeszcze. Zamiast jednak zostać wojującą sufrażystką, chwycić w ręce sztandar rewolucji i wojować z tak ordynarną niesprawiedliwością, postanowiłam pragmatycznie zostawić mężowi kwestie zaopatrzeniowo-sprzedażowe, a samemu zająć tym, co umiałam najlepiej, czyli przemienianiem pozbawionych emocji bel materiału we wzbudzającą pożądanie bieliznę. Z odpowiednio wysokim zyskiem, oczywiście.

Interes szedł nadspodziewanie dobrze i nie minął kolejny rok, a stać nas było na przeprowadzkę do nowego mieszkania, znacznie bardziej licującego z bieżącym statusem. Tutaj jednak pojawił się problem, którego nie przewidzieliśmy – okazało się, że jesteśmy oboje na tyle pochłonięci interesami, iż nijak nie dajemy rady odpowiednio zadbać o tak duże lokum. Podjęliśmy więc decyzję, która zaważyła na pojawieniu się drugiej aktorki wspomnianego we wstępie dramatu – postanowiliśmy bowiem zatrudnić służącą.

Udaliśmy się w tym celu do pobliskiej pensji dla guwernantek, gdzie dyrektorka stwierdziła co prawda, że nie poleci nam nikogo od ręki, jednak ma inną propozycję – mianowicie zamiast płacić osobie już wykwalifikowanej, może przyjęlibyśmy mniej doświadczoną dziewczynę w zamian za wikt i opierunek? Bo jest taka jedna sierota, pilnie potrzebująca odpowiedniej opieki… i gdybyśmy byli tak uprzejmi i pomogli… a w ogóle, to najlepiej od razu nam ją przedstawi!

Co prawda Ludwikowi nieszczególnie spodobała się taka perspektywa, niemniej ja zobaczyłam w zestrachanej, niepewnej własnego losu istotce coś, co kazało mi się nie tylko za nią wstawić, lecz także zadeklarować buńczucznie, że wezmę pełną odpowiedzialność za jej edukację. I niech mnie piorun publicznie trzaśnie, jeśli nie zrobię z Afrodyty – bo takie dostojne imię biedaczka nosiła, co było swoją drogą jawnym prztyczkiem od złośliwego losu – najlepszej służącej w całym Królestwie Kongresowym! A co!

Szybko okazało się, że owszem, była ona mocno nieokrzesaną dziewuchą z gminu, której wychowywanie przypominało zakładanie krowie chomąta, jednak równocześnie tryskała entuzjazmem, nie bała się ciężkiej pracy i przede wszystkim zachowywała nad wyraz uczciwie, czym zaskarbiła sobie nie tylko uznanie Ludwika, lecz i mą szczerą przyjaźń. I choć wiedziałam, że tak dalekie spoufalanie nie wszystkim musiało się podobać, a na dodatek mogło napytać nam obu niemałej biedy, zaufałam Afrodycie. Znaczy Ditce, bo tak zaczęłam ją zdrobniale wołać.

Niestety, nie wszystkie sprawy układały się tak pomyślnie. Zwłaszcza te małżeńskie. Mimo iż wcale nie byłam żadną niedotykalską cnotką, a nawet lubiłam odważne, momentami wręcz obrazoburcze sposoby okazywania sobie miłości, to w obliczu coraz odważniejszych eksperymentów Ludwika coraz częściej najzwyczajniej tchórzyłam. Zwłaszcza gdy zachęcał mnie do zainspirowania się wichrzycielskimi dziełami jego libertyńskich rodaków – na czele z ich niekoronowanym władcą, niesławnym markizem de Sade – których ja nijak nie akceptowałam. Zupełnie nie czułam podobnych pragnień i nie potrafiłam się przemóc, by choćby spróbować otworzyć swą intymność tak szeroko. Zarówno w przenośni, jak i dosłownie. I z każdym tygodniem oraz miesiącem owe różnice narastały, narastały, aż wreszcie…

Nie mogłam dłużej udawać, że nasze problemy rozwiążą się same, a skoro tak, postanowiłam, by przynajmniej spróbować stać się na powrót żoną idealną. Pewnej niedzieli przygotowałam wystawny obiad, po którym wybraliśmy się na długi spacer jedynie we dwoje, zakończony w pobliskiej cukierence. Wieczorem natomiast znów siedliśmy przy jednym stole, zaśmiewając się z opowiadanych dykteryjek, które wraz z kolejnymi kieliszkami domowej nalewki stawały się coraz sprośniejsze. Gdy zaś w butelce ukazało się dno, odprawiłam cokolwiek wstawioną Ditkę do siebie, natomiast mężowi zapowiedziałam, iż widzimy się za kwadrans w sypialni.

Nie, nie planowałam od razu przekroczenia wszystkich granic przyzwoitości, niemniej szumiący w głowie alkohol dodał mi animuszu. Odświeżyłam się więc bardzo dokładnie, by nie rzec – dogłębnie. Założyłam odsłaniający biust półgorset z czarnego atłasu oraz pończochy na haftowanym pasie, a twarz przysłoniłam karnawałową maską. I w takiej właśnie, wybitnie nieprzyzwoitej odsłonie, powitałam Ludwika, który bez dalszych zachęt zabrał się do dzieła.

Musiałam przyznać, iż do pewnego momentu zachowywaliśmy się jednoznacznie niegrzecznie, lecz wciąż bez przesadnych szaleństw. Wówczas jednak zobaczyłam w oczach męża… oczekiwanie na coś więcej? Nadzieję na spełnienie pragnień, których dotychczas mu odmawiałam? A może zwyczajny zawód, że przecież tak bardzo się dla mnie stara, słysząc w zamian jedynie: „nie, nie chcę, nie tak, nie dzisiaj, nie jutro”. Dlatego tym razem postanowiłam choć trochę się odwdzięczyć. Najpierw pozwoliłam wycałować się aż do finału, po czym nie zwlekając ani chwili, zadarłam wysoko pośladki i rozchyliłam je dłońmi. Ludwik aż zadrżał na ten widok, jednak wciąż nie był pewien, co czynić. I dopiero wyszeptane „wyliż mnie… tam” przełamało opór. Nas obojga.

Nie mogłam powiedzieć, by było mi nie wiadomo jak przyjemnie, lecz widziałam nadto wyraźnie zachwyt Ludwika. Rozkoszował się on nowym doznaniem, podskubując wargami niesforne kędziorki i mrucząc kolejne pochwały, z których każda była odważniejsza od poprzedniej. Aż w końcu zapytał, czy byłabym gotowa na więcej.

Zanim się zorientowałam, dokąd to wszystko zmierza, klęczałam z rękoma przywiązanymi do ramy łóżka i opuszczoną nisko głową, za to tyłkiem wypiętym jak u córy Koryntu w co najmniej trzecim pokoleniu. I choć nijak nie chciałam się przyznać ani przed mężem, ani tym bardziej samą sobą, sprawiało mi to niewypowiedzianą satysfakcję. Czułam, jak mimowolnie otwieram się przed już nie powściągliwym, starającym się postępować możliwie najczulej ukochanym, lecz buchającym rozgrzaną do czerwoności chucią samcem, który pragnął mnie posiąść. Zdobyć i podporządkować. A ja miałam mu się taka oddać. Bezwolna. Zdana na jego łaskę i niełaskę.

Mimo że bolały mnie kolana, plecy sztywniały, a zgięty niewygodnie kark powodował zawroty głowy, pozwalałam na wszystko. Na bezwstydne wylizywanie absolutnie każdego zakamarka mego ciała. Na wpychanie dalekich od delikatności palców nie tylko w uwrażliwioną niedawną rozkoszą kobiecość, ale także… Choć bardzo chciałam, nie potrafiłam już użyć delikatnych słów i nazwać tej sytuacji inaczej niż kurewskim wręcz rżnięciem. Ostatkiem sił tłumiłam wzbierające w gardle wycie, gdy żylasty chuj rozpychał obolałą cipę, a lepka od śliny dupa zaciskała się boleśnie na wciśniętym w nią bezczelnie kciuku.

To bym jednak jeszcze wytrzymała, gdyby w pewnym momencie jego miejsca nie spróbował zająć wspomniany kutas. I na nic zdało się szamotanie, prośby czy w końcu błagania o litość – Ludwik brał mnie, jak chciał. Jak do pewnego momentu także i mnie wydawało się, że chciałam. I tylko wydawało, niestety.

Doprowadzona bólem do ostateczności, przełamałam wstyd i wydarłam się na całą kamienicę. Z takim skutkiem, że Ludwik jedną ręką szarpnął mnie za włosy, a drugą ścisnął odsłonięte gardło. Nie byłam w stanie krzyczeć, błagać o litość, bronić się, spróbować uwolnić, nic. Coraz bardziej zamroczona brakiem oddechu, poddawałam się zwierzęcemu pierdoleniu do chwili, aż kwicząc z bólu i przerażenia równocześnie, straciłam świadomość. Niby powróciłam do rzeczywistości, lecz wciąż nie potrafiłam wytłumaczyć, co się ze mną działo. Leżałam otulona cudownie chłodną pościelą na kolanach Ludwika, który z rozanielonym uśmiechem głaskał mnie po policzku, szepcząc najczulsze z czułych słówek. Dziękował za to, jaka byłam cudowna, jak niesamowitą przyjemność mu sprawiłam i mówił, jak bardzo mnie kocha. Jednocześnie głowa mi huczała, ciało drżało, a miejsca intymne paliły żywym ogniem. Najgorsze były jednak myśli, których nijak nie potrafiłam doprowadzić do ładu. Nie miałam bladego pojęcia, czy powinnam się cieszyć, płakać, złorzeczyć, paść przed mężem na kolana, czy raczej wyrzucić go z domu.

I ani noc, ani tym bardziej poranek nie przyniosły mi ukojenia. Mało tego – Ludwik przy śniadaniu niespodziewanie odprawił krzątającą się Ditkę, przyklęknął przede mną i spojrzał prosto w oczy. Zamiast jednak przynajmniej spróbować się wytłumaczyć z wybitnie niegodnego zachowania, wycedził lodowatym głosem, że od teraz nasza relacja się zmieni. I żebym nie udawała zdziwionej, bo przecież sama do tego doprowadziłam! Tyle czasu go kusiłam, prowokowałam i obiecywałam nie wiadomo co, po czym wycofywałam się w ostatnim momencie, aż stracił cierpliwość. I siłą weźmie, co mu się od dawna należy. Oczywiście nie za darmo – w zamian będę doceniana jak żadna inna, hołubiona, wielbiona wręcz, i dostanę wszystko, czego tylko zapragnę. Jeśli natomiast choć spróbuję się sprzeciwić, nie mam co liczyć na litość. A gdybym nadal wątpiła w jego słowa…

Zamiast dokończyć, wstał, rozchylił mi palcami usta i wepchnął w nie wyciągniętego ze spodni już sztywnego kutasa. Pieprzył tak długo – nie szczędząc po drodze nie tylko słów uwłaczających mej godności, ale i szarpania za włosy czy nawet policzkowania, gdy nie byłam dość posłuszna – aż doszedł, każąc mi na koniec wszystko połknąć. Następnie, jak gdyby nigdy nic, pocałował w czoło, zapiął się i… zawołał z powrotem służącą. Oznajmił, że słabo dziś wyglądam, więc koniecznie powinnam spędzić ten dzień w łóżku i wypocząć, a ona koniecznie ma mi towarzyszyć. I wyszedł.

Musiałam wyglądać naprawdę tragicznie, skoro Ditka bez pytania zaprowadziła mnie do łazienki, a potem do łóżka. I dopiero wówczas zrozumiałam, co naprawdę znaczyło polecenie Ludwika – mianowicie, gdy tylko skończyła sprzątać, zjawiła się w sypialni w samej halce i z nieukrywanym entuzjazmem wskoczyła pod pościel. Nie mogłam powiedzieć, by mi się to podobało, jednak byłam tak fizycznie oraz zwłaszcza psychicznie zniszczona, że nie protestowałam. Poza tym doceniałam może naiwną, lecz przecież szczerą troskę, no i było mi najzwyczajniej przyjemnie przytulić się do ciepłego, apetycznie krągłego ciała. Objęłam więc Ditkę i ani się obejrzałam, a zasnęłam.

 


 

Od tamtych wydarzeń moje stosunki zarówno z Ludwikiem, jak i Ditką, faktycznie się zmieniły. Postawiona w sytuacji bez wyjścia, oddawałam się poczynającemu sobie coraz odważniej mężowi niemal co noc, próbując znosić dzielnie każdą perwersję, jakiej się dopuszczał. A miał wyobraźnię, niestety… Krępował mnie w najbardziej wyuzdanych pozach, bił dłonią, trzcinką, płaską deseczką, wbijał igły w co wrażliwsze miejsca, podduszał, nawet przypalał świecą. Pieprzył bez litości w każdy otwór ciała. Wyzywał od najgorszych. A gdy już skończył, tulił jak swój najcenniejszy skarb, obsypywał najbardziej wymyślnymi komplementami, wyznawał dozgonną miłość i powtarzał bezustannie, że to wszystko dla mojego dobra.

Mimo rozpaczliwych prób nie potrafiłam wyrwać się z tej matni. Coraz rzadziej pojawiałam się w pracy, całe dnie spędzając w czterech ścianach w towarzystwie… no właśnie – Ditki. Już nie zwyczajnej służącej, a zaufanej przyjaciółki, w której ramię mogłam się wypłakać. Dyskretnej powierniczki sekretów, która, mimo że musiała widzieć ślady coraz to wymyślniejszego katowania na moim ciele, nie zadawała zbędnych pytań. Opiekunki, z największą czułością pielęgnującej owe rany. A może jeszcze kogoś więcej?

Zrozpaczona poszukiwałam delikatności kobiecego dotyku i ten sam dotyk odwzajemniałam. Nie zważałam, że posuwam się dłońmi coraz dalej i dalej, podobnie jak ustami. Aż wreszcie któregoś razu zapomniałam o konwenansach, przyzwoitości oraz najzwyklejszym wstydzie, i ani się zorientowałam, jak ssałam zwieńczoną jakże słodkim sutkiem pierś, podczas gdy palcami wdzierałam się coraz głębiej w wyraźnie oczekującą więcej kobiecość. A może odwrotnie?

Tak czy inaczej – stało się. Mimo że wcale nie tak dawno byłam gotowa poświadczyć notarialnie, iż nigdy nie czułam, nie czuję i nie będę czuła pociągu erotycznego do własnej płci, teraz nie byłam już tego pewna. Przeciwnie, pragnęłam Ditki jak nikogo wcześniej. Z Ludwikiem włącznie. Chciałam, by jak najczęściej się do mnie przytulała. Pieściła. Sprawiała rozkosz. Smakowała każdy fragment ciała niczym najpyszniejszy łakoć. Byśmy kładły się pozornie grzecznie spać, a tak naprawdę nakrywały kołdrą i ukradkiem sprawiały sobie nawzajem orgazm za orgazmem. Zatracały w szalonej namiętności, nie zważając na nic ani nikogo. Poznawały z tej najbardziej intymnej, by nie rzec – naturalistycznej perspektywy.

Prosiłam ją, by kładła się z rozchylonymi szeroko udami, po czym nie mogłam się napatrzeć na jakże inną od mej własnej intymność – pulchną jak i reszta ciała, o bordowym wręcz wnętrzu, otoczonym równie ciemnym jak ten na głowie, zapewne nigdy nie przycinanym gąszczem. By chwytała w dłonie nieprawdopodobnej wręcz wielkości jak na jej wiek biust i ugniatała, aż brodawki zaczynały sterczeć. Wypinała się jak ostatnia bezwstydnica i kołysała… no, dupą. Wielkim, trzęsącym się przy najmniejszym klepnięciu zadkiem, który mogłam bez końca obejmować, ugniatać, lizać.

W tej właśnie na wskroś zakazanej, lesbijskiej relacji ze służącą szukałam odskoczni od tego, co robił ze mną Ludwik. I znajdywałam. Teraz mógł mnie do woli upokarzać, bić i po prostu gwałcić, podczas gdy ja w marzeniach przeżywałam pełne cudownej czułości chwile z ukochaną. I choćby nie wiadomo, jak się starał, nie mógł mi tego zabrać. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Chcąc nie chcąc, musiałam jednak czasami pojawiać się w pracy i nieraz, gdy akurat Ludwik był zajęty czymś innym, wyjeżdżać w interesach. Poza tym starałam się korzystać z każdej możliwej okazji, by choć na dzień czy dwa wyrwać się z jego katowskich szponów. Zaproponowałam nawet Ditce, by zabierała się ze mną, lecz ona za każdym razem wymawiała się byle pretekstem.

Zazwyczaj od razu planowałam także powrót, jednak czasami zdarzało się, że musiałam zostać dłużej i wracać nocnymi pociągami lub nawet spać w przygodnych hotelikach czy gospodach, a dopiero rano szukać połączenia. Tym razem jednak stało się odwrotnie – zamiast pojawić się w domu około południa, wróciłam późnym wieczorem poprzedniego dnia. Widząc zaciemnione okna, założyłam, że Ludwik śpi, więc cichutko otworzyłam mieszkanie własnym kluczem i zaczęłam się rozbierać, gdy zauważyłam coś dziwnego – uchylone drzwi sypialni, zza których sączyła się nie tylko migotliwa poświata, ale także… muzyka? O tej porze?

Zerknęłam ukradkiem przez szczelinę i zamarłam. Faktycznie – stojący na komodzie patefon odtwarzał jakąś francuską operetkę, a pojedyncza naftówka dawała płomień tak słaby, że nie przenikał przez ciężkie kotary, za to na tyle jasny, iż oświetlał… Ditkę. Przywiązaną do łóżka podobnie do mnie, lecz z rękoma i nogami spiętymi dodatkowo sztywną poprzeczką. Ubraną w coś, co wyglądało jak uzda, tyle że skrojoną pod wymiary człowieka. Z zasłoniętymi przepaską oczami. I końskim ogonem, sterczącym wprost z tyłka. Za nią zaś stał nie kto inny jak Ludwik. Półnagi, w wysokich jeździeckich butach i zsuniętych do połowy uda bryczesach. Trzymający w jednej ręce książeczkę, która wyglądała mi na jedną z tych jego zboczonych nowelek, w drugiej zaś szpicrutę zakończoną chwościkiem.

To jednak wcale nie był koniec, a raczej dopiero początek. Ludwik smagał bacikiem wypięte pośladki Ditki, na co ona rżała przez zaciśnięte na wędzidle zęby. Gdy najwyraźniej uznał, że wystarczy, bez śladu czułości wyszarpnął ogon, splunął do rozwartej dziury i wepchnął w nią kutasa. Stęknięcia, piski, charczenie, świst szpicruty i najgorsze z najgorszych bezeceństw dopełniały owego przesyconego ohydnym absurdem teatrzyku, który obserwowałam zszokowana do głębi. I pewnie stałabym tam jak słup soli, gdyby w końcu Ludwik nie wyciągnął chuja z dupy Ditki, nie obszedł łóżka i nie uwolnił jej ust. Po czym wbił się w nie gwałtownie, chwycił za gardło i przycisnął do siebie, powodując najpierw dławienie, a po chwili regularne torsje. A tego już wytrzymać nie mogłam.

Otępiała odeszłam od drzwi, zabrałam bagaż i wybiegłam na ulicę. Pędziłam do utraty tchu przez wyludnione o tej porze miasto, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Miałabym zawrócić i udać, że niczego nie widziałam? Nakryć kochanków na gorącym uczynku i urządzić awanturę? A co by to dało? Czy raczej powinnam zaczekać do jutra? Tylko gdzie w takim razie miałabym przenocować, bo przecież nie w jakiejś bramie! Zwłaszcza że w międzyczasie dotarłam bezwiednie aż do robotniczej Kolonii Mottowskiej, po której wolałam się nie kręcić samotnie nawet za dnia, a co dopiero po ciemnicy. Rozejrzałam się więc niepewnie, szukając jakiegokolwiek drogowskazu dla dalszego postępowania. Na szczęście dostrzegłam nieco dalej gospodę – owszem, może nieszczególnie zachęcającą do odwiedzin dawno wyblakłym szyldem, niemniej dającą najpierw obietnicę noclegu pod dachem, a później… cóż, po prawdzie wciąż nie miałam pojęcia.

Niestety ani ledwie znośne posłanie, ani zimna woda w misce udającej toaletę nie pomogły mi w uspokojeniu nerwów. Że o wypełnionej najgorszymi złorzeczeniami, rozpaczą oraz poczuciem beznadziei nocy nie wspomnę. Dlatego rano zeszłam do sali jadalnej tak umęczona, rozdrażniona i po prostu głodna, że z miejsca zwyzywałam Bogu ducha winną dziewczynę w fartuszku, proponującą śniadanie.

Czułam się jak główna bohaterka wyjątkowo podrzędnej powieści, którego autorce nijak nie chciało się wyjść poza ograny do cna schemat pod tytułem: „żona przyłapuje męża na zdradzie ze służącą, w emocjach ucieka z domu, chowa się w jakiejś norze i rozpacza, że nikt jej nie kocha”. Tyle że nie było to żadne tandetne romansidło, a rzeczywistość! Musiałam przecież wrócić do domu i żyć dalej! Pytanie – w jaki sposób? Miałabym prosić? Błagać? Szukać pomocy u rodziców, którzy przecież wciąż nie byli niczego świadomi? Kolejny raz przełknąć gorzkie cierpienie i uznać, że wszystko jest w porządku, choć wiedziałam doskonale, że nie było?

A może… Gdy pierwszy raz o tym pomyślałam, aż mną zatrzęsło. Owszem, byłam doprowadzoną do ostateczności, perfidnie wykorzystywaną i zdradzaną kobietą, jednak przenigdy nie podejrzewałabym siebie o coś takiego! Natrętna idea powracała jednak, nie pozwalając na choćby chwilę wytchnienia, ja zaś przyjmowałam ją coraz spokojniej. W pewnym momencie zorientowałam się, że rozważam już nie czy w ogóle, ale przede wszystkim w jaki sposób miałabym wcielić ją w życie. I co najgorsze, perspektywa zarówno czynu, jak i jego konsekwencji, wcale mnie nie przerażała! Wręcz odwrotnie – stała się swoistym wyzwaniem zaprzątającym całą uwagę. Do tego stopnia, że dopiero klepnięcie po ramieniu i nieśmiałe pytanie, czy na pewno wszystko dobrze, bo jakaś taka blada jestem, przywróciło mnie do rzeczywistości.

Zaskoczona podniosłam wzrok, zmarszczyłam brwi i już miałam odpowiedzieć, że zamiast wtykania nosa w nie swoje sprawy oczekiwałabym raczej świeżego obrusu, gdy wtem coś we mnie pękło. Skoro ubrana w byle jakie łachy, harująca zapewne za grosze i po prawdzie nieszczególnie ładna ni to kelnerka, ni to pomywaczka miała dość powodów, by szczerze się uśmiechać i być dla mnie zwyczajnie miłą, dlaczego ja miałabym poddać się desperacji? Przecież byłam młoda, atrakcyjna, prowadziłam własny interes, miałam tyle planów, marzeń, pragnień…

Zrozumiałam wówczas, że tak naprawdę już podjęłam decyzję. Nie po latach walki z sumieniem, roztrząsaniu istoty człowieczeństwa czy rozmyślaniach nad grzechem, zbawieniem i jedna Matka Boska raczyła wiedzieć, czym jeszcze, ale tutaj i teraz, w podrzędnej karczmie i nad wystygłymi resztkami czegoś, co jedynie z nazwy przypominało kawę. Skoro bowiem na moich własnych oczach mój własny mąż na moim własnym łóżku zerżnął moją własną służącą, mogło to oznaczać tylko jedno: zemstę. Bez litości. Żalu. Poczucia winy.

Zamówiłam najbogatsze śniadanie, najlepszą wódkę, dorzuciłam jeszcze parę kopiejek na wyszorowanie stolika, bo faktycznie można się było do niego przykleić, i kazałam sobie nie przeszkadzać. Po kolei odrzucałam wszystkie najbardziej oczywiste opcje: nasłanie lokalnej bandyterki, upozorowanie rabunku, wypadku oraz temu podobnych zdarzeń losowych, aż wreszcie zdecydowałam, że muszę zrobić to sama. Rozpisałam naprędce w głowie dramat na niewiernego męża, zdradziecką służącą i skrzywdzoną żonę, który, jeśli tylko odpowiednio go wyreżyseruję, doprowadzi do intymnego spotkania we troje. Wówczas zaś podstępem przejmę całkowitą kontrolę nad winowajcami mego nieszczęścia.

Po czym z pełną premedytacją – i przede wszystkim satysfakcją – ich zamorduję.

 


 

Zaczekałam do planowanej pory powrotu i jak gdyby nigdy nic wróciłam do mieszkania. Rozebrałam się, rozpakowałam i od razu poinformowałam, że chyba zaziębiłam się po drodze i muszę czym prędzej wskoczyć do łóżka, bo jak nie, to bez lekarza się nie obejdzie. Wiedziałam, że Ludwik wolałby uniknąć badawczego wzroku doktora, dlatego przyjął tłumaczenie bez mrugnięcia okiem i jak zwykle zalecił Ditce, by mnie doglądała. A skoro tak, postanowiłam wykorzystać okazję i ich poobserwować.

Pozornie nic się nie zmieniło w zachowaniu obojga – poza wydawaniem poleceń i niezobowiązującymi rozmówkami właściwie nie utrzymywali kontaktu, jednakże dostrzegałam drobne gesty, których wcześniej nie byłam świadoma. A to Ditka otarła się niby niechcący o Ludwika, a to on szepnął jej coś, po czym się zarumieniła, a to wyszli do drugiego pokoju, gdzie oddawali się jakimś tajniackim konszachtom. Ja tymczasem szlifowałam ostatnie szczegóły zbrodni idealnej. By jednak plan się powiódł, musiałam odpowiednio się dokształcić. Przypominałam sobie ukradkiem czytane niegdyś powieści detektywistyczne, przeglądałam kroniki policyjne oraz felietony kryminalne w dostarczanych codziennie gazetach, a przede wszystkim czekałam na odpowiednią okazję. Im szybciej, tym lepiej.

Najpierw jednak musiałam sprowokować kolejną schadzkę kochanków. Wiedziałam, że gdy zrobię coś wbrew Ludwikowi, ten mnie ukarze… chyba że będę nieobecna i wówczas wyżyje się na Ditce. Dlatego przy najbliższej okazji skorzystałam z jego absencji i zablefowałam służącej, że nagle przypomniałam sobie o paru niedokończonych sprawach i znów muszę wyjechać. Następnie, ignorując próby zatrzymania mnie, po prostu wyszłam – tyle że zamiast na dworzec, udałam się do niedalekiej restauracji. A gdy nadszedł wieczór, wróciłam do mieszkania, by tym razem zupełnie nieprzypadkowo nakryć zdrajców in flagranti.

Zgodnie z oczekiwaniami, zastałam ich w tym samym łóżku i nawet podobnym anturażu, co poprzednio. Z jedną różnicą – tym razem najwyraźniej już skończyli, bo Ludwik siedział w fotelu i popalał cygaro, a Ditka leżała powykręcana na wymiętym wyrze, świecąc wszem wobec równie mokrą, co umęczoną pizdą barwy dojrzałej śliwki. Odetchnęłam więc ostatni raz, pchnęłam drzwi do sypialni i wrzasnęłam z przesadnym afektem:

– A mam was, wy niewierni!

Nie miałam jednak zamiaru wdawać się w żadne ciągnące się w nieskończoność dramy, wysłuchiwanie kłamliwych tłumaczeń i całego tego pełnego fałszu gówna, zwłaszcza że po prawdzie nie wierzyłam w skruchę ani Ditki, ani tym bardziej Ludwika. Polamentowałam więc tylko, jaką to niewysłowioną przykrość mi sprawili i że zrobili ze mnie doprowadzoną do ostateczności ofiarę, której nie pozostaje nic poza rzuceniem się w bezdenną otchłań rozpaczy! Ale najpierw otworzę okno i będę się wydzierała na całe gardło dopóty, dopóki nie ściągnę na miejsce tej bezbożnej rozpusty rodziców, sąsiadów, dozorcy i jeszcze najlepiej policmajstra! O!

Po czym nieoczekiwanie zmieniłam ton i zaproponowałam, że może udałoby się uniknąć skandalu na całe miasto, gdybyśmy tylko znaleźli jakieś wyjście… I tak sobie pomyślałam, że skoro każdy chodzi tutaj do łóżka z każdym (którym to wyznaniem Ludwik nie wydawał się specjalnie zaskoczony, za to Ditka mało się nie udławiła, co wiele mówiło o jej niedyskrecji), to może spróbowalibyśmy wreszcie zrobić to razem? We troje?

Spodziewałam się, że takie postawienie sprawy wywoła odpowiedni efekt, jednak nie myślałam, że aż taki. Ludwik uradował się jak dzieciak wpuszczony samopas do czekoladziarni, a Ditka rzuciła mi się ze łzami w oczach do stóp i zaczęła je obcałowywać. Dosłownie.

Pierwszy etap zabójczego planu powiódł się więc nawet lepiej, niż mogłam przewidzieć. A skoro tak, bez dalszej – nomen omen – zwłoki postanowiłam z miejsca przejść do kolejnego.

Aby jednak wszystko się udało, musiałam odczekać jeszcze prawie dwa tygodnie – aż do odbywających się w stolicy targów tekstylnych, mających zapewnić mi alibi idealne. Zawczasu umówiłam kontrahentów, zarezerwowałam hotel, kupiłam bilet i nawet zamówiłam dorożkę, mimo że miałam do dworca kwadrans piechotą. By zaś nie wpaść w międzyczasie w łapy rozochoconego perspektywą trójkącika Ludwika, poprosiłam go o rozmowę na osobności i przyobiecałam, że jeśli da mi odpocząć i przetrawić tę mimo wszystko trudną sytuację, to odwdzięczę się tak, że zapamięta do końca życia. Ditka zresztą też. Poza tym potrzebuję czasu, by przygotować odpowiedni na taką okazję strój. A jeśli wcześniej nabierze ochoty, niech sobie poużywa ze służącą, bo przecież nie musi się już z niczym kryć!

I faktycznie, nie musiał, tylko jeszcze tego samego wieczoru oznajmił, że od teraz mam spać na sofie, podczas gdy on będzie spędzał noce w sypialni. Nie sam oczywiście. Ja natomiast miałam wobec Ditki własne plany. Bo nawet jeśli zdrada Ludwika jako męża napełniała mnie niedającą się zmyć odrazą, o tyle nielojalność służącej była bez porównania bardziej bolesna. To przecież ja wyciągnęłam ją z rynsztoka, otoczyłam opieką oraz momentami matczyną wręcz troską. Zaufałam jak nikomu, ujawniając przed nią sekrety nie tylko duszy, lecz także ciała. A ona to wszystko podeptała! Nie dość, że oddawała się Ludwikowi w najbardziej obrzydliwy sposób, to jeszcze wyznała mu nasz wspólny sekret. A ja byłam tak ślepa, że nie dostrzegałam nawet najbardziej ewidentnych śladów ich perwersyjnych spotkań.

Nie bawiłam się jednak w żadne śmiechu warte kary polegające na przebieraniu maku, o nie! Kolejnego dnia, gdy tylko Ludwik wyszedł, oznajmiłam Ditce, że od teraz będzie niewolnicą seksualną nie tylko mojego męża, ale i moją. I niech nie piśnie ani słówka, bo z miejsca wyleci wprost na bruk, a ja już się postaram, by została najbardziej podłą z podłych ulicznicą. I nie czekając ani chwili, rozebrałam się, kazałam jej uklęknąć i wylizać spocone po nocy ciało. Absolutnie wszędzie i do czysta. A jak już skończy, to wtedy zastanowię się, co dalej.

W ten sposób w nocy Ludwik rżnął Ditkę, jak chciał, a potem w dzień ja dodatkowo się nad nią znęcałam. Zakładałam jej obrożę i targałam po podłodze niczym najgorszą sukę. Pieprzyłam wszystkim, co tylko przyszło mi do głowy, a co udało mi się jakimś cudem wcisnąć w jej piczę. Dupę zresztą też, skoro tak to lubiła. Ściskałam sutki klamerkami do bielizny i przewiązywałam jutowy, raniący skórę sznur pomiędzy udami. Ubierałam wysokie kozaki z szorstkiego zamszu i kazałam ocierać się o nie aż do wymuszonego orgazmu. Zazwyczaj więcej niż jednego. Dręczyłam tak długo, aż umęczona przestawała się kontrolować i sikała na podłogę, którą następnie musiała… a i owszem, potrafiłam być aż tak okrutna! Kazałam jej to zlizywać, a jeśli uważałam, że i to nie wystarcza, stawałam nad nią, ściągałam majtki, polecałam otworzyć usta i w ten właśnie ohydny sposób dopełniałam dzieła upokorzenia.

Kiedy natomiast wreszcie nadszedł wyczekiwany dzień sądu, byłam miła jak nigdy wcześniej. Komplementowałam Ditkę, zachęcałam Ludwika do czułości oraz zachowywałam się tak, jakby naprawdę zależało mi na wspólnym spędzeniu namiętnego wieczoru. Stroiłam się, zagadywałam przymilnie i momentami wręcz otwarcie kusiłam, nie zaniedbując jednak czujności. Niby bowiem zaplanowałam każdą możliwą i niemożliwą ewentualność, jednak nie wszystko było zależne wyłącznie ode mnie.

Dlatego też, gdy w pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi, udałam zaskoczoną i poleciłam służce otworzyć. Po chwili do salonu wszedł dorożkarz z informacją, że przyjechał mnie zabrać. Zdziwiłam się jeszcze bardziej teatralnie i zaczęłam przesadnie narzekać, że to pewnie jakaś pomyłka… ale na wszelki wypadek muszę ją sprawdzić, bo nigdy nie wiadomo, czy na przykład jakiś ważny klient nie zjawił się bez zapowiedzi. A skoro tak, niech Ludwik i Ditka nie czekają na mój powrót, tylko zaczną sami, a ja wrócę jak najszybciej i dołączę w najodpowiedniejszym momencie.

Porwałam najbardziej rzucające się w oczy torbę, kapelusz i płaszcz, po czym wsiadłam do dorożki, robiąc przy tym harmider na pół ulicy. Podobnie na dworcu – pokazałam konduktorowi bilet i odpowiednio długo trajkotałam o jakichś kocopołach, a następnie wsiadłam do wagonu… tylko po to, by w pierwszym wolnym przedziale wcisnąć krzykliwe ubrania w tobołek, nakryć się przaśną chustką i jako pospolita chłopka czym prędzej wyskoczyć z pociągu i wrócić.

Zamknąwszy za sobą drzwi mieszkania, zerknęłam na zegar. Zostały mi ledwie dwie godziny, dlatego czym prędzej przebrałam się w naprawdę uszyty specjalnie na tę sposobność, zapewniający swobodę ruchów gorsecik bez usztywnienia, pończochy i wysokie rękawiczki. Porwałam tacę z tęgą karafką równie tęgiego, uderzającego w mig do głowy portweinu oraz dwoma kieliszkami, i wkroczyłam do sypialni, gdzie oczekiwali już Ludwik z Ditką. Bardzo przygotowani, co musiałam przyznać – on stał dokładnie tak samo, jak poprzednio, czyli z nagim torsem i niedopiętych spodniach, ona natomiast leżała na plecach z rękami spiętymi ponad głową i rozchylonymi na całą szerokość nogami. Od samego początku zaczęłam prowokować Ludwika, by na mych oczach zabrał się za Ditkę. Co prawda próbował protestować, najwidoczniej mając inne zamiary, lecz wystarczyły ledwie trzy szybkie, podlane odpowiednio wyuzdanymi obietnicami toasty, by zapomniał o jakiejkolwiek przyzwoitości. I ostrożności przede wszystkim. Zaczął pobudzać najpierw biust, a po chwili także kobiecość Ditki, której także i ja nie zaniedbywałam, podsuwając jej kieliszek za kieliszkiem pod same usta.

Nie minął kwadrans, a Ludwik z pasją wylizywał spływającą winem nie tylko cipę, ale i dupę, ja zaś… nie, już nie tylko patrzyłam. Nalałam Ditce po raz ostatni, włożyłam w usta związane w pęk majtki i chwyciłam przygotowany wcześniej bacik. Na przemian smagałam nim oboje kochanków, rzucając coraz mniej przyzwoitymi uwagami na ich temat.

Byłam tym tak zaabsorbowana, że nie zauważyłam, jak Ditka zaczęła dochodzić. Przez moment aż się wściekłam, że na to pozwoliłam, lecz szybko uznałam, iż może i dobrze? Będzie bardziej rozluźniona i przede wszystkim podatna na sugestie. Ludwik też najwyraźniej dał się ponieść emocjom, bo nie zwracając już najmniejszej uwagi na mnie, otarł dłonią twarz i nasunął się na kochanicę, która – w tym momencie już ewidentnie spita – oddawała mu się bez reszty.

Mnie natomiast… zaczynało to podniecać. I to znacznie bardziej niż powinno. Zorientowałam się, że jeszcze ledwie parę minut takich widoków, a zamiast pieczołowicie zaplanowanej wendecie oddam się wspólnej orgii. Wyciągnę Ditce knebel, usiądę na twarzy i zmuszę do całowania, aż będę ociekała jej śliną i własnym pożądaniem. Następnie zamienię się z nią miejscami i polecę Ludwikowi pieprzyć mnie do utraty tchu, a kiedy znajdziemy się o krok od finału, polecę mu dojść na mojej kobiecości tak, by potem służka zlizała z niej wszystko do ostatka, sprawiając mi tym rozkosz nad rozkosze.

Dosłownie odskoczyłam jak oparzona, nie wierząc w to, co właśnie pomyślałam! Czy naprawdę potrafiłabym upaść tak nisko? Nie tylko zaakceptować i pogodzić się ostatecznie ze zdradą obojga, ale wziąć w niej czynny udział? O, nie… Nie mogąc pozwolić sobie na choćby chwilę słabości, powiedziałam Ludwikowi, by się tak nie spieszył, bo mam dla niego naprawdę wyjątkową siurpryzę, której nijak się nie spodziewa. Przez moment coś marudził, lecz wiedziony ciekawością ostatecznie się zgodził. A skoro tak, podałam mu już nie kieliszek, a butelkę, z której solidnie pociągnął, po czym poprosiłam uwodzicielsko, by mi zaufał i oddał się całkowicie w moje ręce. Jego natomiast związałam na plecach mocnym sznurem.

Pomogłam też Ditce obrócić się tak, by klęczała, po czym zasłoniłam jej oczy atłasową przepaską. Bez śladu delikatności najpierw wepchnęłam palce w pizdę, a następnie do dupy. Nie bacząc na stęknięcia, rozchyliłam ją na całą szerokość i nakazałam gotującemu się już z podniecenia Ludwikowi, by się w nią wdarł. Od razu i z pełnym impetem! Rżnął ją bez litości i ani chwili wytchnienia, podczas gdy ja zsunęłam rękę niżej i zaczęłam ugniatać picz tak mocno, aż pojękiwania zamieniły się w stłumione piski. Wówczas podniosłam pełen triumfu wzrok na męża i zobaczyłam… no właśnie – co? Czyżbym dostrzegła wyrzuty sumienia? Zrozumienie, że to ja jestem jego jedyną i ukochaną żoną, której oficjalnie przysięgał, a Ditka to… cóż, tylko Ditka. Posługaczka, która dziś jest, a jutro może jej nie być. Jednak nawet jeśli faktycznie tak było, to mocno poniewczasie.

Teraz to ja decydowałam o ich losie. Nikt inny.

Mimo to znów się zawahałam. Zemsta zemstą, desperacja desperacją, lecz czy naprawdę byłam zdolna do pozbawienia z zimną krwią życia dwojga ludzi? A może wystarczyłoby ostatecznie ich upokorzyć? Mimo wcześniejszej obietnicy, że się do tego nie posunę, jednak rozewrzeć okiennice, krzykiem ściągnąć służby porządkowe oraz gapiów, w międzyczasie narzucić na siebie zwyczajne ciuchy i odegrać publicznie rolę przerażonej, zhańbionej żony, która nakryła niewiernego męża ze służką? Oj, mieliby ludzie używanie, mieli…

Nie! Nie ma mowy! Działałam w takim afekcie, że już nikt ani nic nie mogło mnie powstrzymać! Wyciągnęłam kutasa skrępowanego Ludwika z tyłka tym bardziej unieruchomionej Ditki, po czym dłonią doprowadziłam do wytrysku wprost do wciąż rozwartej dziury.

Nie marnując ani sekundy, pchnęłam męża na łóżko, usiadłam mu na plecach i zarzuciłam na szyję ukryty zawczasu pod materacem stryczek. Z całej siły zaciągnęłam sznur i dodatkowo docisnęłam kark kolanem. Przez kilka pierwszych chwil Ludwik wyraźnie nie mógł zrozumieć, co się dzieje, a gdy wreszcie to pojął, było już za późno. Owszem, może i był postawnym mężczyzną w sile wieku, ja zaś drobniutką kobietką, jednak leżąc pode mną ze związanymi na plecach rękoma, pijany jak bela i zamroczony dopiero co przeżytym orgazmem, nie był w stanie zrobić nic poza bezładnym rzucaniem się w pościeli. Do chwili, aż stęknął po raz ostatni, zadrżał agonalnie i znieruchomiał.

Korzystając z nieświadomości Ditki i dających iście nadludzką siłę, wrzących wściekle emocji, przerzuciłam koniec liny przez belkę pod sufitem i zaczęłam podciągać martwe ciało. Co prawda nie udało mi się sprawić, by zawisło nie wiadomo jak wysoko, ale zostawiłam ewentualne wątpliwości śledczym. Na koniec uwolniłam Ludwikowi jedną z rąk, zostawiając jednak sznur uwiązany do drugiej, podciągnęłam spodnie i przewróciłam krzesło, by scena wyglądała możliwie naturalnie. Wciąż nie zdejmując rękawiczek, przyniosłam z sąsiedniego pokoju maszynę do pisania i ignorując pytające pojękiwania, wystukałam kilkanaście słów.

Dopiero wówczas siadłam przy Afrodycie i odsłoniłam jej twarz. Poczekałam cierpliwie, aż pojmie, co się właśnie wydarzyło, po czym wyszczerzyłam zęby w lodowatym uśmiechu. Owszem, kusiło mnie, by na sam koniec zadać jej jeszcze ostatni ból – wepchnąć naraz jedną pięść w piczę, drugą w dupę i jebać, aż prześcieradło spłynęłoby krwią, którą potem rozprowadziłabym po odpowiednich częściach ciała Ludwika – jednak nie miałam w sobie aż tyle okrucieństwa. A może najzwyczajniej brakłoby mi czasu? W zamian złożyłam na jej drżących ustach perwersyjnie okrutny pocałunek, po czym tą samą szarfą, którą wcześniej przysłoniłam oczy, obwiązałam szyję. Teraz wystarczyło już tylko po raz drugi zacisnąć pętlę i podziwiać, jak w tych ogromnych, ciemnych niczym węgielki źrenicach gasną ostatnie iskry życia.

 


 

Przed upływem kolejnych dziesięciu minut schodziłam już cichutko ku tylnemu wyjściu z kamienicy, prowadzącemu na podwórze. Z niego przemknęłam na kolejne i jeszcze następne, i dopiero wtedy wyszłam na ulicę jako nierzucająca się w oczy kobieta w ciemnym płaszczu oraz kapelusiku z woalką. Nie zwracając niczyjej uwagi, dotarłam szybkim krokiem na dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, kupiłam bilet, zajęłam wyznaczone miejsce, skłoniłam milcząco współpasażerom i jak gdyby nigdy nic wyjęłam Pismo Święte, które w połączeniu z żałobnym strojem powinna skutecznie odstraszać potencjalnych rozmówców.

Miarowy stukot kół powoli mnie uspokajał. Spoglądając na migoczące w oddali światła mijanych miasteczek, rozmyślałam nad tym, co się stało, dlaczego i – bo to było najważniejsze – jak. Zatrzymywałam się kolejno na każdym punkcie mego doskonałego planu i nijak nie znajdowałam w nim skazy, umożliwiającej jakiekolwiek powiązanie mnie z… tak, zbrodnią! Zaplanowanym w najdrobniejszych szczegółach, popełnionym z pełną premedytacją morderstwem dwojga najbliższych mi osób, których jedyną winą była pospolita zdrada.

Uśmiechnęłam się do siebie nie bez satysfakcji. Wszystko udało się tak idealnie, że to aż nieprawdopodobne, a alibi nie podważyłby ani C. Auguste Dupin, ani nawet sam Sherlock Holmes! Bo tak: dorożkarz widział Ludwika i Ditkę całych i zdrowych, po czym zawiózł mnie na dworzec, gdzie z kolei konduktor musiał zapamiętać, jak wsiadałam w pociąg do Warszawy. Mało tego – zjawiłam się tam zgodnie z rozkładem, o czym już niedługo zaświadczę wpisem w księdze hotelowej. A że dotrę do stolicy dwie godziny później niż… właśnie, że nie! Bo tą trasą o tej porze jeżdżą dwa pociągi: wcześniejszy – na który bilet spoczywał bezpiecznie w torebce, czekając na okazanie w odpowiednim momencie śledztwa – przeznaczony był dla lokalnych podróżnych i stawał po drodze w każdej możliwej oraz niemożliwej wiosze. Natomiast ten, którym właśnie jechałam, był kursem przyspieszonym, dedykowanym pasażerom chcącym możliwie jak najszybciej pokonać całą trasę, dzięki czemu docierał do celu niemal równo z poprzednikiem.

Z samego rana wyślę jeszcze telegram do Ludwika, że bezpiecznie dojechałam. Oczywiście goniec nie będzie w stanie go doręczyć ani za pierwszym, ani każdym kolejnym razem, czym zwróci uwagę sąsiadów lub prędzej dozorcy. Zresztą jego samego też zapewne zainteresują zamknięte na głucho drzwi, że nie wspomnę o nieobecności kręcącej się zwykle w pobliżu Ditki. A nawet gdyby jakimś cudem się to nie zdarzyło, następnego dnia zatelefonuję z recepcji na miejscowy posterunek i poproszę policmajstra, by sprawdził, czy wszystko w porządku, bo tak bardzo się zamartwiam… 

Cóż więc odkryją postronni, gdy wreszcie dostaną się do środka? Związaną, brutalnie zerżniętą, ze śladami wielokrotnego pobicia i przede wszystkim uduszoną Ditkę. Powieszonego Ludwika. Histeryczny, napisany z celowymi błędami list pożegnalny, w którym tłumaczy, że dał się ponieść zakazanej namiętności, błaga o wybaczenie i finalnie wyznaje, iż nie może postąpić inaczej po tak haniebnym czynie. Owszem, wszędzie dokoła będą walały się moje rzeczy, ale czyje by miały? Imperatora Mikołaja Aleksandrowicza? Te natomiast, na których mogłyby pozostać świadczące przeciwko mnie ślady, w rodzaju poplamionych rękawiczek czy gorsetu, nigdy się nie odnajdą. Co innego na przykład dwa kieliszki z resztkami wina, świadczące jednoznacznie o ilości uczestników tragicznej orgietki. No i, co najistotniejsze, mieszkanie będzie zamknięte od środka na klucz, wciąż tkwiący w dziurce. A że da się to zrobić od zewnątrz przy pomocy odrobiny sprytu, sznurka i szydełka, nikt poza mną nie musi wiedzieć.

Tak czy inaczej, gdy zbrodnia wyjdzie na jaw, pozostanie mi jeszcze tylko odpowiednio długie i sugestywne poudawanie rozpaczy przed całym światem, a później… cóż, nowe życie! Tyle że tym razem będę musiała znacznie uważniej dobierać sobie partnerów. Partnerki zresztą też. Co jak co, ale więcej morderstw już nie planuję.

A przynajmniej tak mi się na obecną chwilę wydaje.

 


 

Kurjer Warszawski, dnia…

„Tragedyja na torach!”

Z przykrością informujemy, iż wczoraj w godzinach późnowieczornych miało miejsce straszne a smutne wydarzenie. Otóż, wedle zeznań naocznych świadków, ubrana w żałobny strój kobieta podczas wysiadania z pociągu poślizgnęła się tak wielce nieszczęśliwie, iż spadła z peronu na torowisko, skutkiem czego skręciła kark, ponosząc tym samym śmierć na miejscu. Zajmujące się sprawą służby nie ujawniają na ten moment ani tożsamości, ani tym bardziej powodu przyjazdu denatki do stolicy, jednakże już teraz pragniemy ponownie zaapelować u czytelników o daleko idącą ostrożność, gdyż, jak widać, o wypadek wcale nietrudno!

Ciąg dalszy na stronie trzeciej, tuż obok reklamy pomady do włosów znanej marki…

 



 

Słowniczek co trudniejszych pojęć:

Fin de siècle – 1. okres schyłku XIX wieku związany z dekadentyzmem i reakcją na niego na początku XX wieku w różnych dziedzinach życia; 2. koniec znaczącego okresu w czyimś życiu lub jakiejś działalności. Przy czym taka ciekawostka historyczna, zanim ktoś mi zarzuci, że pewne detale w tekście nie pasują do tytułu: zgodnie z prostą matematyką XIX wiek trwał (jak każdy inny) równo 100 lat, zaczął się w roku 1801, a skończył w 1900. Jeśli natomiast brać pod uwagę kwestie polityczno-społeczno-kulturowe, to zdecydowanie nie. Ciekawych zachęcam do własnych poszukiwań.

Nayiaśnieyszy Alexander II Cesarz Wszech Rossyi Król Polski etc. etc. – nie, to nie moja radosna twórczość, tylko autentyczny zwrot, zapożyczony z dokumentu z epoki. Z tego samego powodu obecna Aleja NMP jest Ulicą Panny Maryi, bo taka nazwa widnieje na mapach z przełomu wieków, podobnie jak Kolonia Mottowska fabryki Motte i Co.

Wystawa Przemysłu i Rolnictwa – trwała od sierpnia do października 1909 roku w Częstochowie i była jedną z największych wystaw na ziemiach polskich przed I wojną światową. Zwiedziło ją około pół miliona osób, podczas gdy ludność całego Królestwa Kongresowego liczyła wg spisu powszechnego z samego końca XIX wieku nieco ponad dziewięć milionów.

Choroszcz – tak, TA Choroszcz znalazła się w tekście nie jako mrugnięcie okiem do czytelnika (niezbyt subtelne nawet jak na mnie), a miejsce, w którym prężnie działała duża fabryka sukiennicza C. A. Moesa. I to właśnie w pozostałościach po niej działa dziś wiadomo-jaka-instytucja.

Tête-à-tête – (fr.) dosł. głowa w głowę; spotkanie sam na sam dwóch osób, zwłaszcza przeciwnej płci, ale też rodzaj dwuosobowej sofy, której kształt pozwalał na prowadzenie intymnej rozmowy bez posądzenia o nieprzyzwoitość, gdyż uniemożliwiał kontakt fizyczny.

In flagranti – (łac.) na gorącym uczynku.

Golicja i głodomeria – śmieszno-straszne określenie Galicji i Lodomerii. Kto nie przysypiał na historii, ten wie.

Siurpryza – (dawn.) niespodzianka.

Mikołaj Aleksandrowicz – znany nam bardziej jako Mikołaj II Romanow.

Kurjer Warszawski – prawdziwa gazeta z tamtego czasu. 

 




 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Ilustracja: Aria https://www.pokatne.pl/autorzy/aria

 


 

Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

Agnessa

378
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.