Ilustracja: FounderTips

Iza i Tomek (XVII). Historia zatacza koło

21 lutego 2026

43 min

"Historia zatacza koło" - to podtytuł kolejnego opowiadania o Izie i Tomku. Skąd wziął się pomysł na ten konkretny nagłówek? Najpierw rzućcie okiem na pierwszą część z cyklu, którą właśnie dla Was odświeżyłem. Gorąco polecam, ponieważ, bez tego może być trudno ogarnąć, o co tu chodzi, a historia straci ten swój "smaczek" . Jeśli przypadnie Wam do gustu, mam również kontynuację tego wątku. Polecam i miłej lektury.

– Dla kogo ta rewia, kochanie? – zadrwiłem, obserwując Izę, która od pół godziny toczyła przed lustrem bój o wygląd idealny. Z iście chirurgiczną precyzją wykańczała makijaż, zdążyła już dwa razy zmienić kolczyki, ale włosy wciąż odmawiały współpracy.

– Przecież wiesz – odparła, posyłając mi w lustrze wymowne spojrzenie. Przechyliła głowę, próbując wcisnąć w ucho wyjątkowo oporną błyskotkę. – Najpierw audiencja u starosty, potem Adam ciągnie całą bandę do knajpy na pożegnalny obiad. Muszę wyglądać tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto przejmuje stery.

– Aż tak bogato? – Uniosłem brwi, bo wcześniej nie wspominała, że pożegnanie będzie miało taką oprawę.

Podszedłem do niej i delikatnie odebrałem kolczyk, by jej pomóc z drobnym zapięciem. Nasze spojrzenia spotkały się w tafli lustra. Iza uśmiechnęła się, ale w jej uśmiechu nie było triumfu, a bardziej zdenerwowanie i niepokój.

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz – szepnąłem, całując ją w odsłoniętą szyję. – I gratuluję. Od dziś oficjalnie będę mieszkał z panią dyrektor.

– Tylko mi tutaj nie „paniuj”, bo zacznę ci wydawać polecenia służbowe nawet w łóżku – mruknęła, mrużąc oczy, po czym odwróciła się gwałtownie i uszczypnęła mnie w policzek.

Wciąż miałem przed oczami moment, w którym tydzień temu wpadła do domu jak huragan. Nie usiadła spokojnie, nie zaczęła od „musimy porozmawiać”. Zamiast tego rzuciła torebkę w kąt, otworzyła wino i z błyskiem w oku oświadczyła:

– Nie uwierzysz. Adam odchodzi. Wyjeżdża do Stanów – wyrzuciła z siebie, z dziwną  mieszanką euforii i niedowierzania.

– Jak to? Tak po prostu? – Zamknąłem klapę laptopa i pociągnąłem ją za rękę, żeby usiadła mi na kolanach, ale ona się wśliznęła. Była zbyt nabuzowana, aby usiedzieć w miejscu.

– Po prostu. Córka go urobiła. Pakuje się i znika. – Iza zaczęła krążyć po pokoju, gestykulując energicznie.

Adam – jej wieloletni szef, mentor, a przede wszystkim bliski kolega, podjął decyzję, która dla wszystkich była szokiem. Jednak, jako rozwodnik od lat mieszkający samotnie, nie miał nikogo, kto mógłby go tu zatrzymać. Jego jedynaczka zapuściła korzenie w USA. Zaczynała od zera, a teraz prowadziła z mężem dobrze prosperującą firmę i wychowywała dwójkę dzieci. Od lat wierciła mu dziurę w brzuchu, by przyjechał do nich, zajął się domem i wnukami, bo oni zwyczajnie przestali wyrabiać czasowo. Adam, zbliżając się do sześćdziesiątki, w końcu skapitulował. Miał prawo do wcześniejszej emerytury, ale skusiła go też obietnica córki, że zatrudni go u siebie jako „złotą rączkę”. Chciał czuć się potrzebny, a nie być jedynie dziadkiem na utrzymaniu.

– I co to oznacza dla ciebie? – spytałem, próbując nadążyć za jej tempem.

– No właśnie. Teraz najlepsze. – Odwróciła się gwałtownie, a w jej oczach zobaczyłem rzadki u niej błysk niepewności. – Ponieważ jestem wicedyrektorką, z automatu przejmuję jego stanowisko. Takie są procedury. Organ prowadzący, czyli starosta, wyznacza wice do pełnienia obowiązków dyrektora, dopóki nie ogłoszą konkursu.

Zatrzymała się i spojrzała na mnie, a ja pierwszy raz widziałem u niej taką niepewność. Kieliszek drżał w jej dłoniach, miała poważną minę. Iza wcale nie była pewna, czy faktycznie tego chce. Była jego prawą ręką – skuteczną, błyskotliwą, otwartą na innowacje, których Adam momentami wręcz się bał. Miała wrażenie, że bez jej wsparcia on już dawno pogubiłby się w gąszczu zmieniających się przepisów i nieraz, po ciężkim dniu, rzucała, że zarządzałaby tą placówką o niebo lepiej niż on. Tyle że teraz to przestało być teoretyczne. Przez ostatni tydzień biła się z myślami i ostatecznie, po kilku nieprzespanych nocach, postanowiła podjąć wyzwanie. „Przynajmniej do czasu ogłoszenia konkursu”  – powtarzała, jakby chciała zostawić sobie otwartą furtkę.

– Może być? – spytała wreszcie, obracając się w moją stronę.

Wyglądała jak idealne połączenie profesjonalizmu i nienachlanego magnetyzmu. Cała ona. Miała na sobie śnieżnobiałą koszulę z cienkiej bawełny, rozpiętą o jeden guzik za nisko – akurat tyle, by przyciągać wzrok do linii obojczyków, ale wciąż mieścić się w granicach biurowego dress code’u. Taliowany żakiet nadawał sylwetce powagi, ale dół wybrała chyba wyłącznie z myślą o męskiej części urzędników i kolegów z pracy.

– Ta spódnica… – Zawiesiłem głos, taksując wzrokiem nieco zbyt rozkloszowany materiał, który przy każdym ruchu pracował jak żywy. – Nie jest trochę zbyt frywolna jak na spotkanie u starosty? Wygląda bardziej na randkę niż na przejmowanie władzy nad oświatą. Chyba nie będziecie tańczyć na tym obiedzie, bo wtedy na pewno by się sprawdziła?

Iza zaśmiała się perliście i znów okręciła na pięcie, a spódnica zawirowała, odsłaniając zgrabne nogi powyżej kolan.

– O to chodzi, kochanie. Ma być widać, że idzie nowa energia – odparła, wygładzając niesforny materiał.

Położyłem dłonie na jej talii, czując pod palcami sprężyste, kochane ciało.

– Wiesz co? Sam bym chętnie popracował pod taką panią dyrektor – mruknąłem, patrząc jej w oczy. – Może masz jakiś wolny etat dla kogoś, kto potrzebuje… indywidualnego nadzoru?

Iza mruknęła z zadowoleniem, opierając dłonie na moich ramionach. Jej wzrok znów stał się ten „jej”: przewrotny, drapieżny i obiecujący.

– Przykro mi, skarbie, ale na moje metody pracy nie masz wystarczających kwalifikacji – odparła, po czym musnęła wargami mój policzek, zostawiając na nim ślad szminki i zapach perfum. – Zresztą, z tobą i tak byłyby jedynie problemy wychowawcze.

Puściła mi oczko i schyliła się po skórzana teczkę, a rozkloszowana spódnica znów na moment pokazała, że potrafi nie współgrać ze stonowaną, korporacyjną górą.

– Pamiętasz, że wieziesz mnie dziś do pracy? – zmieniła temat, wsuwając stopy w niebotycznie wysokie szpilki. Wyprostowała się, łapiąc równowagę na moich ramionach i dodała: – Awans, emerytura – nie skończy się na jednym kieliszku wina.

– Skoro nie chcesz mnie zatrudnić w szkole, mogę chociaż robić za szofera. Tyle mi zostało – przytaknąłem, zrezygnowany.


Wnętrze samochodu wypełniał zapach perfum i gęsta, elektryzująca cisza. Zerknąłem na Izę – siedziała sztywno, ale na jej twarzy błądził dziwny, melancholijny uśmiech, zupełnie niepasujący do powagi dnia i nerwowej sytuacji. Materiał spódnicy opadał miękko na skórzany fotel, odsłaniając dokładnie tyle uda, bym nie mógł przestać myśleć o tym, co jest pod spodem.

– Myślisz o tym samym, co ja? – zapytałem podchwytliwie, zerkając na nią kątem oka.

– Czyli? – rzuciła niby to obojętnym głosem, ale wiedziałem, że udaje. Ta jej mała gra w „nie mam pojęcia, o czym mówisz” zawsze była wstępem do czegoś więcej.

– To już trzy lata. Pamiętasz, jak to się wszystko zaczęło?

Spojrzała na mnie z idealnie wyćwiczoną, nieświadomą miną, wciąż nie przyznając, że Adam – choć fizycznie nieobecny – wypełnia teraz całą przestrzeń między nami. Był cieniem siedzącym na tylnej kanapie, niemym świadkiem i kluczowym elementem gry, która trzy lata temu wywróciła nasze życie do góry nogami.

– Wtedy też jechaliśmy samochodem – dodałem. – Mówiłaś o nim w taki sposób, że  prawie  zjechałaś na pobocze. A potem stałaś się niegrzeczna.

Uśmiechnęła się półgębkiem, wciąż nie odrywając wzroku od przesuwających się za oknem drzew. Jej palce bawiły się paskiem teczki, rytmicznie stukając w skórę, co było jedynym znakiem, że jej tętno właśnie przyspieszyło.

– Byłeś wtedy bardzo… spragniony szczegółów – odezwała się w końcu, a jej głos stracił urzędowy chłód. – Chciałeś wiedzieć, czy naprawdę pozwoliłam mu sprawdzić, co mam pod ubraniem. Śmieszne, prawda?

– Wtedy to wcale nie było śmieszne – mruknąłem, bo tamtej nocy nie dało się zapomnieć. – Tak mi namieszałaś w głowie, że nie wiedziałem, czy się mną bawisz, czy rzeczywiście do czegoś między wami doszło.

– Sam mnie sprowokowałeś, kochanie – rzuciła z zaczepnym uśmiechem. – Byłeś tak obsesyjnie zazdrosny, że po prostu mi się udzieliło. Fascynowało mnie, jak same słowa potrafią cię nakręcić. Kiedy ci o nim opowiadałam traciłeś zmysły, pamiętasz? Sama byłam w szoku, że potrafię być aż tak bezwstydna.

– Nie byłem wcale zazdrosny – zaprzeczyłem, chociaż palce zacisnęły się mocniej na kierownicy. – Po prostu kręciło mnie to, że podobasz się innym facetom. Tyle.

– Tak sobie to wmawiaj – odparła drwiąco i odwróciła głowę w drugą stronę, obserwując przesuwające się wystawy sklepów.

Przez chwilę jechaliśmy w ciszy.

– Ale w pewnym sensie sporo mu zawdzięczamy – odezwała się pierwsza. – Kto wie, czy bylibyśmy tacy zepsuci, gdyby wtedy nie otoczył mnie „opieką”, podczas gdy ty jak zwykle gadałeś przez telefon?

Tym zdaniem uderzyła celnie. Miała rację.

– No, to mu trzeba oddać – przytaknąłem, zwalniając przed starostwem. – Chociaż biedak nie ma zielonego pojęcia, jaką sobie wyhodował zastępczynię. Ciekawe, co by zrobił, gdyby wiedział, jak go wykorzystałaś? Tak bezczelnie fantazjować o własnym dyrektorze? Aj, nieładnie Izuniu, bardzo nieładnie.

Zatrzymałem się pod budynkiem, ale ona wcale nie kwapiła się, żeby wyjść. Zamiast tego poprawiła się na fotelu, rozsiadła wygodniej i spojrzała na mnie zagadkowo. Wiedziałem, że chce mnie jeszcze czymś zaskoczyć.  

– Myślisz, że byłby niezadowolony? – zawiesiła głos, a potem powoli, nie odrywając ode mnie wzroku, przesunęła koniuszkiem palca wzdłuż krawędzi koszuli, leniwie poprawiając i tak już głęboki dekolt. – Może właśnie dlatego tak się dziś wystroiłam, Tomeczku? … Może czas mu w końcu podziękować za to wszystko, co dla nas zrobił?

W jej spojrzeniu była ta sama dzikuska, która trzy lata temu zdemolowała mój spokój. Ale zanim zdążyłem zapytać, co ma na myśli, chwyciła brzeg spódnicy i powolnym, lubieżnym ruchem podciągnęła ją, odsłaniając całe nogi.

Zatkało mnie.

Miała na sobie pończochy, dokładnie tak, jak tamtego wieczoru. Nad koronkowym wykończeniem, które wpijało się w jej uda, zobaczyłem pas nagiej skóry. To był ten sam widok, który opisywała w swoich fantazjach: bezwstydny, surowy i obezwładniający.

– Życz mi powodzenia – dodała słodko i opuściła materiał, który z cichym szelestem opadł na jej uda.

Wysiadła z auta i zatrzasnęła drzwi, zanim zdążyłem się odezwać. Zostawiła mnie w stanie totalnego oszołomienia i podniecenia. Siedziałem tam patrząc przez szybę, jak pewnym krokiem idzie w stronę wejścia do starostwa. Ruch jej bioder sprawiał, że spódnica falowała, a ja jako jedyny wiedziałem, że chłodne powietrze muska pod spodem jej nagą skórę. Czułem bezradność wymieszaną z tak dzikim pożądaniem, że ledwo łapałem oddech. Dałem się jej wykiwać jak tani amator. Naiwny – uważałem, że mam sytuację pod kontrolą, a Iza rozegrała mnie jak partię szachów, w której byłem tylko pionkiem przeznaczonym, przynajmniej tymczasowo, na straty. Omamiła mnie niewinnym uśmieszkiem, odwróciła uwagę dekoltem i pończochami, a w jej głowie od rana pulsował zupełnie inny scenariusz.

Była genialna w swojej bezczelności. To nie była już ta nieświadoma dziewczyna z imprezy sprzed trzech lat, która przypadkiem wywołała pożar, którego nie ugasiliśmy do dziś. Teraz była bezwstydna, pewna własnej siły rażenia i bogatsza o doświadczenie, którym właśnie mnie nakarmiła.

– Jędza – szepnąłem do pustego wnętrza auta, czując, jak krew wciąż pulsuje mi w skroniach. – Moja genialna, przebiegła jędza.


Godzinę później stałem w kolejce do kasy, gapiąc się bezmyślnie na listę zakupów, gdy w kieszeni zawibrował telefon. Intuicja podpowiadała mi, że Iza dopiero się rozgrzewa. Nie wiedziałem tylko jednego: czy zamierza karmić mnie jedynie insynuacjami, czy naprawdę postanowiła mnie przeczołgać: brutalnie i na własnych warunkach.

Wystarczył jeden szybki rzut oka na treść wiadomości, by krew najpierw odpłynęła mi z twarzy, a sekundę później uderzyła do skroni z podwójną siłą.

 „Siedzimy na uroczystym obiedzie, atmosfera oficjalna do bólu. Ale Adam chce potem skoczyć do szkoły. Upiera się, żeby jeszcze dzisiaj przekazać mi gabinet. Będziemy tam sami ...”

Wizja była aż nazbyt wyraźna. Iza wysłała tego SMS-a, wiedząc dokładnie, co stanie się z moją wyobraźnią. Widziałem Adama, który za chwilę zamknie za nimi drzwi od środka i wyłączy alarm, nie mając pojęcia, że właśnie zamknął się w klatce z najpiękniejszym drapieżnikiem, jakiego w życiu spotkał.

Wróciłem do domu, ale nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca. Za oknem niebo zaciągnęło się ciężkimi, ołowianymi chmurami i zaczęło siąpić – typowa jesienna szaruga, która tylko podbijała duszny klimat tego popołudnia. W salonie panował półmrok, a cisza aż dzwoniła w uszach, kontrastując z tym, co działo się w mojej głowie. Wtedy telefon odezwał się ponownie. To było zdjęcie. Ukradkowe, zrobione z poziomu biodra. Noga założona na nogę, odkryte kolano i sztywna, dyrektorska dłoń Adama tuż obok, na stercie papierów.

Odpisałem krótko, czując, jak buzuje we mnie napięcie:

„Uważaj … ten fragment ‘dokumentacji’ wygląda na bardzo angażujący”.

Telefon mrugnął po kilku sekundach. Iza nie bawiła się w długie opisy, wiedziała, jak krótko podkręcić atmosferę.

„Dusi się.”

Te dwa słowa zapiekły mnie mocniej niż szklanka czystej whisky, o której mogłem tylko pomarzyć. Co tam się, do cholery, działo? Czy dłoń dyrektora ześlizgnęła się z blatu biurka prosto na jej kolano? Czy on w ogóle wiedział, jaką pułapkę na niego zastawiła? A ona? Ciekawe, czy odsunęła krzesło, czy może – co bardziej do niej pasowało – uśmiechnęła się tylko i pozwoliła mu na więcej.

Miotałem się po kuchni, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. W głowie, układałem fakty, łącząc każde zasłyszane kiedyś słowo z tym, co mówiła o nim dzisiaj. Wszystko zaczynało układać się w niebezpiecznie logiczną całość, choć w głębi duszy błagałem los, by była to tylko moja chora wyobraźnia. Adam był od niej starszy o ponad dwadzieścia lat, ale dla Izy wiek nigdy nie był przeszkodą – wręcz przeciwnie, był atutem. Zawsze powtarzała, że to wzór tego, jak mężczyzna powinien dojrzewać. Adam uczył wuefu, trenował, więc zachował świetną, żylastą sylwetkę, której nie zdołały zepsuć lata dyrektorowania. Miał w sobie tę specyficzną, szorstką pewność siebie i siwiznę na skroniach, która w połączeniu z głębokim głosem działała na kobiety jak magnes. Był uosobieniem stabilizacji i siły. Czy to możliwe, że ta „dzikuska” potrzebowała właśnie kogoś, kto potrafiłby ją okiełznać twardą ręką?

Zobaczyłem powiadomienie o pliku audio i serce podeszło mi do gardła. Wyobraźnia, karmiona wcześniejszymi obrazami, już zaczęła szkicować najbrudniejsze scenariusze.

Drżącym kciukiem nacisnąłem „play”.

Najpierw usłyszałem stłumiony, krystaliczny brzęk szkła uderzającego o twardy blat – dźwięk whisky, która miała rozwiązać im języki. Potem do uszu dobiegł beztroski śmiech Izy. Znałem ten ton – rezerwowała go na momenty, w których czuła absolutną władzę nad facetem.

— „No dalej…” — usłyszałem jej szept, tak bliski mikrofonu, jakby stała tuż obok mnie. — „Dziś masz ostatnią szansę. Zamierzasz stąd wyjść i przez resztę życia zastanawiać się, co by było, gdybyś choć raz przestał być taki cholernie poprawny”?

Zesztywniałem. Każde słowo wbijało się we mnie niczym szpilka. W tle usłyszałem ciężki, świszczący oddech Adama. Potem nastąpił gwałtowny szelest dokumentów przesuwanych na biurku i głośne skrzypnięcie fotela. Nagle połączenie zostało przerwane. Zapadła cisza, która była gorsza niż ten cały hałas. Później telefon znów zawibrował. Zdjęcie. Było ostre, zrobione z bliska. Na dębowym blacie, pośród porozrzucanych kartek i pieczątek, leżały jej majtki – cienki, czarny pasek koronki, rzucony tak niedbale, jakby był tylko zbędnym świstkiem papieru. Wybrałem jej numer, czując jak trzęsą mi się ręce. Pierwszy sygnał. Drugi. Rozłączyła się. Zadzwoniłem znowu. I kolejny raz. Dopiero za piątym razem usłyszałem kliknięcie.

– Czego chcesz, Tomeczku? – odezwała się. Jej głos był nienaturalnie spokojny, jednak słyszałem, że brakuje jej tchu.

– Iza, do jasnej cholery, czy to się dzieje naprawdę? Te majtki… Boże, co ty zrobiłaś?

W słuchawce zapadła gęsta cisza. Słyszałem tylko jej krótki, rwany oddech i rytmiczny stukot obcasów o podłogę  – szła pustym, głuchym korytarzem, a każde uderzenie o podłogę brzmiało jak odliczanie.

– To, o czym kiedyś ci tylko opowiadałam – odparła głębokim, mokrym szeptem, a ja prawie poczułem jej oddech przy uchu. – Te wszystkie brudne fantazje, którymi tak się podniecałeś… Tomeczku, to już nie są tylko fantazje.

Zachichotała cicho, a mnie zmroziło. W tym śmiechu było jedynie czyste wyrachowanie.

– I wiesz co? Było lepiej. O wiele lepiej, niż ci opowiadałam.

– Przestań. Nie ostrzegłaś mnie … – zacząłem, ale mi przerwała.

– Nie denerwuj się tak, skarbie. Przecież to wszystko jest dla ciebie. – Jej głos stał się nagle miękki i czuły, co było jeszcze gorsze. – Czekaj cierpliwie… – dodała niskim, mruczącym tonem, jakby, mówiąc do mnie, sama się pieściła. – Zaraz dam ci więcej. Dużo więcej.

Rozłączyła się gwałtownie. Gapiłem się w pusty, czarny ekran telefonu, zastanawiając się, co naprawdę chciała mi przez to powiedzieć.


Po obiedzie wrócili do szkoły. Adam nalegał, aby dopełnić formalności jeszcze tamtego dnia – najwidoczniej chciał zamknąć już ten rozdział, a Iza nie miała nic przeciwko. O tej porze w szkole nie było już nikogo. Adam otworzył drzwi, a potem zamknął je od środka i wyłączył alarm. Na pustym korytarzu słychać było jedynie echo ich kroków. W gabinecie pachniało kawą, papierami i jego ciężkimi, korzennymi perfumami, które zawsze kojarzyły się Izie z władzą – opowiadała mi po wszystkim.

Wskazał jej swój wielki, skórzany fotel, ale tylko pokręciła głową: „Nie wygłupiaj się, Adam. Dzisiaj nadal jesteś tu szefem”. Przysunęła sobie zwykłe krzesło, siadając obok niego.

Adam miał już te swoje sześćdziesiąt lat, ale dla Izy to wciąż był typ wuefisty starej daty. Szerokie ramiona, proste plecy i wielkie, szorstkie dłonie, które nie pasują do urzędnika. Potrafił jednym spojrzeniem ustawić cały korytarz. Siedzieli blisko, niemal stykając się kolanami i ramionami. Intrygował ją tą mieszanką siły i tego jak bardzo teraz przy niej miękł.

Przez następną godzinę przerabiali te nudne arkusze i budżety, ale to była czysta fikcja. Adam wyciągał teczki, tłumaczył hasła, doradzał, ale kiedy przekładał kartki jego dłonie drżały. Może faktycznie wzruszył się pożegnaniem ze stanowiskiem, a może… po prostu dobijała go jej bliskość. Iza nie zamierzała mu niczego ułatwiać. Bez przerwy na niego zerkała, przyglądała się siwym skroniom i surowej twarzy z takim natręctwem, co wprawiało go w coraz większą konsternację.

– I co? Taki twardziel, a przy tobie wymiękł? – spytałem przez zęby, choć każde jej słowo bolało. Diablica opowiadała mi wszystko, nie szczędząc szczegółów.

– O tak – przytaknęła bez cienia skromności. – Tomeczku, a kto by nie wymiękł?

Specjalnie wierciła się na tym twardym, biurowym krześle. Czuła, jak materiał spódnicy zsuwa się po śliskiej powierzchni pończochy, a kiedy ją poprawiała, tylko przyciągała jego uwagę. Za każdym razem, gdy nachylał się nad dokumentem, jego wzrok mimowolnie uciekał w dół, tam gdzie koronka pończochy wrzynała się w jej udo, chociaż on tego nie wiedział. Słyszała, jak jego oddech staje się cięższy, mniej regularny, jakby w gabinecie nagle zabrakło tlenu. Chciała, żeby czuł, że ta „pyskata nauczycielka”  przyszła tu po coś znacznie bardziej emocjonującego, niż jedynie podpis pod raportem.  

– Co ja ci będę to wszystko tłumaczył – westchnął w końcu, odsuwając ostatni dokument z listy, jakby chciał się pozbyć ostatniej bariery między nimi. – Skończyłaś kurs, a poza tym znasz się na tych papierkach lepiej niż ja. Poradzisz sobie, Izo.

Westchnęła ciężko, pozwalając, żeby zauważył ruch piersi pod bluzką.

– Wrobiłeś mnie w to stanowisko, Adam – mruknęła z aktorską pretensją w głosie. – Jakoś nie widzę się w tej roli.

– A kto, jak nie ty? – Roześmiał się, wyczuwając w zachowaniu Izy zwykłą kokieterię. – Jesteś młoda, operatywna i przede wszystkim nikt nie posądzi cię o to, że bierzesz ten stołek dla pieniędzy. Zresztą, nie oszukujmy się, to nie są żadne kokosy.

Iza uniosła brwi, patrząc na niego z wymownym, kpiącym grymasem.

– No tak. – Roześmiał się jeszcze głośniej. – Widziałaś, żeby dyrektor szkoły w tym powiecie podjeżdżał pod pracę najnowszym modelem Lexusa? A ty masz chyba … nie tylko Lexusa.

Iza założyła ręce na piersiach, co sprawiło, że jej piersi w dekolcie podjechały o centymetr wyżej. Adam mimowolnie podążył wzrokiem za krawędzią materiału, co nie umknęło jej uwadze.

– To stanowisko wymaga… opanowania – ciągnęła – A ja, jak sam chyba zauważyłeś, nie bardzo lubię trzymać się zasad. Zwłaszcza w takich dusznych gabinetach.

– Zasady… zasady są po to, żeby je łamać – parsknął cicho, bo rozbroiła go humorem. – Zwłaszcza w takich dusznych gabinetach – powtórzył, nie zauważając jak sprytnie Iza prowokuje go do słownej szermierki, by wciągnąć go we flirt.

– Naprawdę? – rzuciła z teatralnym zdziwieniem, atakując go spojrzeniem i mową ciała.

Dopiero teraz pomyślał, że mogła źle zinterpretować jego słowa, bo uniósł ręce w obronnym geście.

– No dobrze, szefie … myślę, że na dziś wystarczy nam tych cyferek – westchnęła przeciągle, tak aby usłyszał w jej głosie leniwe, kocie znużenie.

Wstała powoli i płynnym ruchem zsunęła z ramion żakiet, jakby pozbywała się zbędnego munduru. Powiesiła go na oparciu krzesła, a potem przeciągnęła się leniwie, z rozmysłem wypinając piersi pod cienkim materiałem bluzki, który napiął się tak mocno, że Adam nie miał szans patrzeć nigdzie indziej. Uśmiechnęła się ze zrozumieniem, dając mu wyraźny sygnał, że czas nudnych arkuszy i budżetów właśnie dobiegł końca.

– Jesteś dzisiaj jakiś potwornie spięty. Co się dzieje? – Na jej twarzy pojawił się ten łobuzerski uśmiech, któremu nawet on, mimo całej swojej surowości, nigdy nie potrafił się oprzeć.

– Za to ty, jak zawsze w humorze… – mruknął i po raz pierwszy było widać, że w końcu poczuł luz.

Przestał udawać, że te wszystkie teczki i papiery mają dla niego jakiekolwiek znaczenie. Rozparł się wygodniej w fotelu i całkiem otwarcie prześliznął się wzrokiem po jej sylwetce, zatrzymując go na chwilę tam, gdzie dekolt bluzki rozchylał się najmocniej, odsłaniając gładką skórę.

 

– Tomek, czułam je na sobie, jakby mnie dotykał – mówiła mi po wszystkim, a ja byłem pewny, że wcale ją to nie peszyło.

 

– Będzie mi tego brakować, wiesz? – Powiedział to w ich starym stylu, dwuznacznych docinek i niedopowiedzeń. Nawet Iza nie była do końca pewna, czy mówił o jej bezczelnych psotach i ciętym języku, czy kuszącym ciele.  

– Nie wątpię – odparła, a jej głos stał się niemiłosiernie dwuznaczny.

Odpłaciła mu dokładnie tym samym, co on przed chwilą, pozostawiając go w niepewności.

 – Nie mów mi, że w tym barku nie stoi jeszcze butelka kilkuletniej whisky – rzuciła z figlarnym błyskiem w oku.

Podeszła do szafki i pewnym ruchem otworzyła drzwiczki, jakby ten gabinet już od dawna należał tylko do niej. Dobrze wiedziała, jakie prezenty lądowały tam przy okazji imienin czy jubileuszy. Nie raz pili tu po pracy drinka, celebrując spokój przed świętami lub długim weekendem.  

– Oj Iza, Iza… jesteś absolutnie nie do zastąpienia – mruknął bez grama dyrektorskiego dystansu. Ton głosu zdradzał, że skapitulował. – Czasami mam wrażenie, że znasz słabe punkty tego gabinetu lepiej niż ja sam.

Rozpiął pod szyją guzik koszuli i ze szczerym zadowoleniem obserwował, jak ona swobodnie dysponuje jego barkiem.

– Znalazłam… – szepnęła triumfalnie, wyciągając ciężką, kryształową karafkę. – To będzie najlepszy toast, jaki kiedykolwiek tu piliśmy.

– Każde picie z tobą było wyjątkowe – dorzucił, po czym konspiracyjnym ruchem wysunął szufladę i wyciągnął dwie ciężkie szklanki o grubym dnie.

Postawił je na blacie, patrząc z nieukrywaną samczą satysfakcją, jak Iza podchodzi tanecznym krokiem, ostatecznie krusząc wszelkie bariery profesjonalizmu. Stanęła tak blisko, że czubki jej szpilek niemal dotykały jego stóp. Siedząc w fotelu, musiał mocno odchylić głowę, by wciąż móc patrzeć jej w oczy.

Rozlała dwie równe porcje bursztynowego płynu, ale kiedy skończyła, nie cofnęła się ani o milimetr.  Odwróciła się tylko i przyciskając swoją szklankę do piersi, tuż nad dekoltem, oparła się pośladkami o krawędź biurka, tuż obok jego dłoni, którą sięgnął po szkło. Stała tak blisko, że jej łydka omal nie dotykała jego uda. W powietrzu zawisło widoczne dla obydwojga napięcie. Gdyby Adam wyciągnął rękę, jego dłoń bez żadnych przeszkód mogłaby się wsunąć pod spódnicę.

– Twoje zdrowie – szepnęła, muskając brzegiem szklanki usta. – Za wolność i emeryturę.

Adam wpatrywał się w nią, a jego palce na blacie biurka mimowolnie drgnęły.

– Za twój awans – wychrypiał, podnosząc wzrok na jej dekolt.

Iza upiła mały łyk. Poczuła, jak alkohol parzy ją w gardle i momentalnie zakręciło się jej w głowie. Nie była pewna, czego oczekuje od niego w tej konkretnej sekundzie, ale zrobiło jej się niesamowicie przyjemnie.

 

– Tomek, patrzyłam na jego szorstkie dłonie i nagle poczułam w brzuchu ogień. W głowie miałam tylko te wszystkie sprośne obrazy, te moje fantazje. Chciałam tego tak bardzo, że aż mnie skręcało. Serio … stałam tam i przysięgałabym, że on mnie już dotyka. Czułam jego palce na udzie, pod spódnicą, coraz wyżej, chociaż on tak naprawdę dalej siedział sztywno i tylko na mnie patrzył. Myślałam, że oszaleję, jeśli on w końcu nic nie zrobi.

 

Iza przymknęła na sekundę oczy. Przez chwilę po prostu delektowali się piekącym smakiem whisky i ciszą, która nagle stała się nienaturalnie kłopotliwa.

– O kurczę… Adaś – mruknęła, odstawiając szklankę na blat.

Postawiła ją tak blisko, że jej szkło niemal uderzyło w jego szklankę, na której wciąż trzymał mocno zaciśniętą dłoń.

– Chyba mnie wzięło – dodała z cichym, jakby zawstydzonym chichotem, spuszczając na moment wzrok.

Adam spojrzał na nią zdziwiony, nie dając się oszukać, że ten jeden łyk mógł ją tak nagle załatwić.

– No co ty … – odezwał się z rozbawieniem, choć i tak brzmiał na trochę spiętego. – Przecież ty potrafisz wypić więcej ode mnie. Nie udawaj.

Iza uśmiechnęła się pod nosem, nie odrywając wzroku od jego dłoni, ale nogi rzeczywiście miała jak z waty – tyle że nie od alkoholu, a od napięcia. Żeby nie stracić równowagi, gwałtownie zacisnęła dłoń na krawędzi blatu. Adam zareagował bezwiednie. Jego dłoń uniosła się i powoli, ale stanowczo zamknęła na jej nadgarstku. Za sekundę jakby się ocknął. Cofnął rękę i oparł ją z powrotem na blacie, jakby sparzyło go to nagłe zbliżenie.

– To teraz powiedz mi… dlaczego ja? – zapytała nagle, przerywając tę duszną ciszę.

Zrobiła to celowo. Chciała mu dać złudzenie, że wracają do bezpiecznych tematów, ale tak naprawdę chciała go po prostu docisnąć, zagonić w kozi róg.

– Co „ty”? – spytał niepewnie, jakby kompletnie stracił wątek.

– Dlaczego akurat mnie wybrałeś na wice? – doprecyzowała.

Kiedy to mówiła, poprawiła się na krawędzi blatu i wykorzystała moment, żeby leniwie przestąpić z nogi na nogę – tylko po to, żeby zmusić go, by zjechał wzrokiem w dół. Adam uniósł brwi, ewidentnie zbity z tropu. Nie spodziewał się, że wyskoczy z takim pytaniem.

– Przecież – ciągnęła, uśmiechając się prowokująco – byłam najbardziej wyszczekaną i bezczelną nauczycielką w szkole. Pamiętasz, ile razy napsułam ci krwi na radach? Ile razy przy wszystkich podważałam twoje zdanie?

On roześmiał się cicho, na wspomnienie tych szalonych dni.

– A pamiętasz, ile razy mnie tym rozśmieszyłaś do łez? – skontrował, mrużąc oczy. – Kiedy wszyscy inni trzęśli się przed tymi drzwiami, ty wchodziłaś tu jak do siebie, z tą swoją miną, jakbyś to ty miała mi za chwilę wręczyć wypowiedzenie.

Iza spoważniała w jednej sekundzie. Pochyliła się w jego stronę, skracając dystans i wbiła w niego świdrujący wzrok, którym zawsze potrafiła go rozbroić.

– Pytam poważnie, Adam. Dlaczego ja?

Nie cofnął wzroku, upewniając się, że Iza naprawdę chce usłyszeć prawdę, a nie tylko kolejną biurową uprzejmość.

– Może po prostu wolałem cię mieć po swojej stronie niż po przeciwnej – zaczął, starając się, by brzmiało to jak chłodna kalkulacja. – A może… po prostu chciałem częściej słyszeć te twoje docinki i riposty. Przyzwyczaiłem się do nich, ty moja krnąbrna wicedyrektorko.

Wyrzucił to z siebie i nagle roześmiał się nerwowo, bo dotarło do niego, że Iza go rozgrywa. Uważał, żeby nie powiedzieć o jedno słowo za dużo. Znali się lata, ale nigdy nie schodzili na tak grząski grunt. Adam dobrze wiedział, że Iza jest mężatką – zresztą znaliśmy się nie od dziś, czasem wspólnie imprezowaliśmy. To sprawiało, że cała sytuacja była jeszcze bardziej dwuznaczna. Ale ona nie zamierzała odpuścić. Przesunęła szklankę w bok i wspierając się dłońmi o chłodny polerowany blat, usiadła na krawędzi biurka – tuż obok rozrzuconych dokumentów. Zrobiła to z naturalną swobodą, lecz on wcale nie czuł się tak komfortowo.

– Tylko tyle? Spokój i wygoda? – zapytała, mrużąc oczy i drażniąc go tym swoim wyrafinowanym, słodkim uśmiechem.  – A ja głupia myślałam, że po prostu ci się podobam.

Założyła nogę na nogę, a kiedy wygładzała spódnicę, materiał posłusznie podjechał o kilka centymetrów za wysoko, odsłaniając skrawek misternej, czarnej koronki pończochy. Wyglądało to na kompletny przypadek i trwało zaledwie ułamek sekundy – ale wystarczyło, by ten obraz wypalił mu się pod powiekami, zabijając w nim resztki opanowania. Był w pułapce, a Iza zauważyła tę zmianę natychmiast. Gwałtownie rozszerzone źrenice, krótki, nerwowy, wymuszony uśmiech, którego nie potrafił przed nią ukryć. Jeśli do tej pory łudził się, że swobodne zachowanie pani wicedyrektor to tylko emocjonalne rozchwianie po trudnym dniu, teraz nie miał już wątpliwości. Nie było już mowy o przypadku czy „odreagowaniu”. Rozsądek przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.

Wypuścił powietrze, jakby dostał cios w splot. Odchylił się głębiej w fotelu, szukając oparcia i kupując sobie choć kilka sekund. Fotel lekko skrzypnął, gdy zaczął obracać się powoli w lewo i w prawo, a jego wzrok, teraz już zupełnie bezwstydny, prześlizgnął się od jej wyczekującej twarzy, wzdłuż linii ud, aż po same czubki szpilek, które niemal dotykały jego kolana.

– Iza, ty naprawdę chcesz mnie zmusić, żebym to głośno powiedział? – zapytał cicho.

Przechyliła lekko głowę, a na jej twarzy wykwitł ten specyficzny rodzaj rozbawienia, który Adam nazywał w myślach „wyrokiem”. Zbujała stopą, a czubek szpilki otarł się o nogawkę jego spodni, tuż nad kolanem.

– Musisz – rzuciła krótko, znieczulając go kolejną miną niepoprawnej łobuzerki. – Przecież wiesz, że jestem okropna i … nie potrafię trzymać się zasad.

Ostatnie słowa wypowiedziała powoli, z naciskiem, gapiąc się mu bezlitośnie w oczy. Adam nie miał wątpliwości, o jakich zasadach mówi.

– No? – wymruczała pytająco.

– Boże, zamęczysz mnie. Wiesz, że nigdy nie dorównam ci w tych gadkach – mruknął, a jego wzrok, mimo usilnych starań, zjechał z jej ust na linię uda, która wydawała się nieskończenie długa. – Sama wiesz, że zawsze traktowałem cię inaczej. Że trudno było cię nie zauważyć.

– Nie zauważyć? –– Zaśmiała się perliście. – Na tyle cię tylko stać w ostatni dzień? – W jej wzroku nie było tylko wesołości. Było tam coś znacznie mroczniejszego. – Czyżby ta „krnąbrna wice” była jednak zbyt dużym wyzwaniem na pożegnanie?

Podniosła dłoń i zaczęła bawić się pasemkiem włosów, owijając je wokół palca, ale jej wzrok ani na moment nie odpuścił jego oczu.

– Dziś masz ostatnią szansę. Jutro wyjeżdżasz i oboje wiemy, że raczej się już nie spotkamy. Zamierzasz stąd wyjść i przez resztę życia zastanawiać się, co by było, gdybyś choć raz przestał być taki cholernie poprawny

– Chcesz wiedzieć? – Nie wytrzymał. – Proszę bardzo: wygrałaś. Jesteś najbardziej irytującą, bezczelną i pociągającą kobietą, jaką w życiu spotkałem. I nie mam pojęcia, jak mam teraz wstać i po prostu wyjść z tego biura, nie robiąc czegoś, czego oboje będziemy żałować. Wypuścił powietrze gwałtownie – Tylko, do jasnej cholery, po co mi to robisz?– powiedział nisko. – Masz Tomka. Facet jest cholernie idealny. Jest pieprzonym szczęściarzem. Każdy by chciał być na jego miejscu. Ja też.

Przesunął wzrok na jej usta.

– Bawisz się mną – syknął, a w jego głosie nie było już uprzejmości, tylko czysta, męska frustracja. – Sprawdzasz, kiedy w końcu puszczą mi hamulce?

Nie czekając na odpowiedź położył dłoń na jej łydce. Iza nie drgnęła. Choć Adam spodziewał się, że się speszy albo odruchowo cofnie nogę – ona zrobiła coś zupełnie przeciwnego. Wypuściła wstrzymywane powietrze, a jej ciało, zamiast się spiąć, dziwnie zmiękło pod jego dotykiem. Zacisnął dłoń pewniej, czując pod palcami delikatny splot cienkiej pończochy, i zaczął powoli przesuwać dłoń w górę, aż pod jej kolano. Zatrzymał się tam, w tym najbardziej wrażliwym miejscu, gdzie skóra była najcieńsza i najbardziej miękka. Jej wzrok, wcześniej pełen łobuzerskiej kpin, teraz stał się ciemny, niemal mętny.

Zsunęła się powoli z biurka. Adam mimowolnie rozchylił nogi, a ona po prostu weszła między nie. Pochyliła się nad fotelem, opierając dłonie na poręczach i zawężając przestrzeń do kilku centymetrów, które ich dzieliły od siebie.  Była tak blisko, że jej oddech uderzał go prosto w usta, a on po prostu tam siedział, kompletnie sparaliżowany tym, jak bardzo go osaczyła.

– Nareszcie – szepnęła.

Jej głos nie był już słodki. Był niski, ciężki i tak poważny, że Adamowi na moment stanęło serce.

– Myślałeś, że przestraszę się twojej ręki?

Jej wzrok zjechał na jego usta, a potem znów wbił się w oczy, palącym, wyczekującym spojrzeniem.

– Nie przejmuj się Tomkiem … Pamiętasz tę imprezę w „Zaciszu”? Dawno … trzy lata temu – zapytała cicho. – Kiedy bawiłam się ze znajomymi i pojawiłeś się ty. Tańczyliśmy wolne kawałki, bo on cały czas gadał przez telefon, przypominasz sobie?

Adam przewrócił oczami, szukając w pamięci i nagle jego twarz zmieniła się. Zrozumiał.

– Tomek był potem wściekły. Prawie się do mnie nie odzywał.

Drgnął. Pamiętał to aż za dobrze. Zapach jej włosów, gdy przywarła do niego w tańcu, i to, jak jej ciało pod cienką sukienką zdawało się płonąć.

Położył drugą dłoń pod jej kolanem a ona zakołysała lekko biodrami.

– Dlaczego? – wychrypiał, próbując nadać głosowi ton niewinnego pytania. – Przecież to był tylko taniec. Tomek wie, że się znamy, że to…

– Adam, nie bądź naiwny – przerwała mu, posyłając mu uśmiech, który nie miał w sobie nic z niewinności. –Ale nie bój się o niego  – Właściwie… powinieneś być z siebie dumny.

Adam uniósł wzrok.

– Tamtej nocy, po imprezie – dodała z rosnącym napięciem w głosie – kochał mnie jak opętany … dzięki tobie.

– Iza… co ty pleciesz? – wykrztusił.

Poczuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg, a palce, którymi przed chwilą muskał jej skórę, zastygły w bezruchu. Nie odpowiedziała od razu. Delektowała się jego oszołomieniem, nie odsuwając się ani o milimetr.

– On oszalał z zazdrości, Adam – ciągnęła, a jej wzrok stał się ciemny i drapieżny. – Przez to, jak na mnie patrzyłeś, jak mnie dotykałeś… On widział, że wcale cię nie odpycham. Tomek myślał, że naprawdę chcesz mnie mu odebrać. I to go tak nakręciło, że w domu nie mógł się opanować. Kochał mnie tamtej nocy tak mocno, jakbym była jakąś pieprzoną dziwką, którą musi sobie wziąć na własność.

Adam poczuł dreszcz przerażenia. Przez ułamek sekundy pomyślał, że Iza autentycznie przez niego cierpiała. Zauważyła to przerażenie i uśmiechnęła się do niego lubieżnie, niemal dziko.

– Nie miej takiej miny – uspokoiła go, muskając wargami jego policzek. – Podobało mi się. Było obłędnie, jak nigdy wcześniej. Porwał na strzępy moje majtki i posuwał mnie na wyspie kuchennej, a ja piszczałam z podniecenia.

Pochyliła się nad nim jeszcze niżej, tak że poczuł na ustach ciepło jej oddechu – ciężkie od whisky i odurzenia, które nie miało nic wspólnego z alkoholem. Uśmiechnęła się znowu, tym razem wolniej, leniwie, delektując się chaosem, jaki w nim wywołała.

– Więc widzisz… – szepnęła. – Zawdzięczamy ci wyjątkowo udaną noc.

– Iza… – mruknął ostrzegawczo, ale jego ciało już go nie słuchało.

Dłonie, przez moment nieruchome, podjęły zuchwałą wędrówkę w górę jej ud. Nie spieszył się. Zadzierając materiał spódnicy, centymetr po centymetrze odkrywał napięte ciało, chłonąc pod palcami sprężystość skóry. Kiedy trafił na koronkowe wykończenie pończoch i nagłe ciepło gołych nóg powyżej, zamarł. Palce mocno wbiły się w jej uda, a on sam gwałtownie wciągnął powietrze, jakby zabrakło mu w płucach tlenu.

Twarz Izy promieniowała triumfalną satysfakcją. chociaż jej oddech był równie rwany co jego.

– Zawsze się tak ubierasz do biura, czy to… specjalnie dla mnie?

– Wiedziałam, że nie wytrzymasz – szepnęła bezczelnie, czując palce wbijające się w jej pośladki. 

Zacisnął szczęki, a w jego oczach pojawił się błysk, którego Iza wcześniej u niego nie widziała – surowy, pozbawiony hamulców głód.

– Tomek miał rację w każdym pieprzonym detalu. Chciałem cię stamtąd zabrać. Chciałem, żebyś przestała się do niego uśmiechać i żebyś w końcu spojrzała tak na mnie. Więc jeśli pytasz, czy chciałem więcej … – zbliżył usta do jej warg. – Chciałem wszystkiego. Od pierwszej sekundy, kiedy cię zobaczyłem, chciałem sprawdzić, czy pod tym twoim niewyparzonym językiem i bezczelnością miną kryje się ta kobieta, którą jesteś w tej chwili.

Przyciągnął ją do siebie gwałtownym ruchem, zmuszając, by oparła się kolanem o siedzenie fotela między jego nogami.

– A teraz powiedz mi – syknął – czy on też miał rację. Słusznie cię podejrzewał?

Zaskoczył ją tym pytaniem, wybił z rytmu. Jej oczy, dotąd drapieżne, stały się nagle szklane i palące.

– Głupi jesteś… – szepnęła. – Oczywiście, że tak. Prowokowałam cię, wyzywałam, robiłam wszystko, żebyś w końcu stracił tę swoją cholerną cierpliwość.

Adam zacisnął dłonie na jej biodrach, ugniatając i masując wypięte pośladki z coraz większą natarczywością. Cienki pasek koronkowych majtek już dawno zsunął się i zniknął między pośladkami, wbijając się w jej rozgrzane ciało.

– Tak… – syknęła mu prosto w usta, wariując od siły, z jaką ją trzymał. Zaczęła rozpaczliwie szukać jego warg, jęcząc drapieżnie wprost w jego usta. – Taaak… marzyłam wtedy, żebyś w końcu przestał być tym służbistą i zaczął być facetem, który wie, co zrobić z taką pyskatą dziewczyną jak ja. Bałeś się, że dam ci w policzek, jeśli dotkniesz mnie tak jak teraz? Że zrobię ci awanturę przy wszystkich?

Zanim zdążył odpowiedzieć, wpiła się w jego usta. Jej język drapieżnie szukał jego języka, ssąc z niego cały rozsądek i opanowanie. Adam jęknął głucho i zerwał się z fotela, unosząc ją, jakby nic nie ważyła. Iza odruchowo oplotła go w pasie nogami, mocno zaciskając uda na jego biodrach, a szpilki z głuchym stukotem uderzyły o tył fotela. Teraz on wbił się w jej usta – oddechy zmieszały się w jeden, urywany szloch.

Gwałtownym ruchem zgarnął ręką stos dokumentów. Wszystko to, co jeszcze dziesięć minut temu stanowiło o jego profesjonalizmie, z głośnym łomotem wylądowało na podłodze. Liczyło się tylko to, by położyć ją na tym chłodnym, dębowym blacie, który teraz wydawał się jedynym stabilnym punktem w ich oszalałym świecie.

Kiedy posadził ją na biurku, Iza odruchowo podkurczyła nogi, przyciągając kolana do klatki piersiowej. Jej spódnica podjechała drastycznie wysoko, obnażając wszystko, co do tej pory było tylko domysłem. Złapał za krawędź koronkowej bielizny i jednym, gwałtownym szarpnięciem zerwał ją z jej bioder. Usłyszał tylko krótki, suchy trzask naciąganej gumki, a potem poczuł, jak materiał bezsilnie zsuwa się po jej udach. Zjechał dłońmi niżej, ściągając je aż do samych kostek, zahaczając o wysokie obcasy szpilek, i wtedy ona jednym kopnięciem odrzuciła je gdzieś w między rozrzucone dokumenty. Bezwiednie rozchyliła uda, a on natychmiast wdarł się ciałem w wolną przestrzeń między nimi.

Ich usta ponownie zderzyły się z brutalną siłą, w pocałunku, który nie miał nic wspólnego z czułością – był walką o dominację, wymianą ciosów. Iza wgryzła się w jego dolną wargę, jakby chciała go naznaczyć, a Adam odpowiedział tym samym, dusząc jej język własnym, zaborczym rytmem. Puściła zmięty kołnierzyk jego koszuli, a dłonie, choć wciąż drżały od nadmiaru napięcia, dopadły paska spodni. Nie było w tym żadnej gry wstępnej – tylko brutalne żądanie natychmiastowego dostępu do tego, co przed chwilą tak desperacko próbował ukryć pod materiałem. W dusznej ciszy gabinetu słychać było jedynie rwane oddechy i agresywny szelest ubrań.

Adam nie bawił się w rozpinanie jej koszuli –  po prostu pociągnął mocno, a ona poddała się sile, część guzików odpadła z suchym trzaskiem. Materiał rozstąpił się, odsłaniając piersi, zebrane biustonoszem w dwie idealne półkule, falujące w rwanym oddechu. Nie bawił się w subtelność – wbił palce w cielistą koronkę biustonosza i ścisnął pierś zaborczym, mocnym chwytem. Poczuł pod dłonią napięte ciało, które zdawało się niemal rozsadzać misterny materiał i zawył z rozkoszy. Iza gwałtownie wciągnęła powietrze, a jej plecy wygięły się do tyłu. Ten brutalny gest, ta mieszanka bólu i obłędnej przyjemności, wyrwała z jej gardła zduszony szloch, który on natychmiast zgasił swoimi ustami. W czasie, gdy on gniótł jej ciało przez koronkę, Iza ostatecznie zwyciężyła z metalem suwaka. Szarpnęła za zamek tak bezlitośnie, że głośny, metalowy zgrzyt przeciął ciszę gabinetu jak ostrze. Jednym ruchem wysunęła z ciasnych spodni nabrzmiałego członka i wtedy obydwoje syknęli – on z nagłej ulgi, ona z drapieżnej satysfakcji.

– Chryste, Iza… – wychrypiał, kapitulując.

Iza nie odrywała wzroku od jego oczu. Teraz, gdy czuła go w dłoniach, uśmiechnęła się w ten swój bezczelny, drapieżny sposób, chełpiąc się władzą, jaką nad nim miała.

Adam oparł czoło o jej czoło, dysząc ciężko. Chwycił ją za uda i jednym pchnięciem położył płasko na biurku. Jęknęła. Leżała plecami na twardym blacie, a jego dłonie, teraz już zupełnie bezkarne, wędrowały wszędzie – od jej talii, przez boki, aż po piersi, które falowały w rwanym, płytkim oddechu. Brutalnym ruchem szarpnął biustonoszem w górę, odsłaniając piersi. Materiał zatrzymał się tuż nad nimi, a Iza gwałtownie wypchnęła klatkę piersiową do przodu, wystawiając się na jego łaskę. Widok twardych sutków, które sterczały dumnie w chłodnym powietrzu, odebrał mu resztki rozsądku. Pochylił się i uderzył w nie gorącym oddechem, by po chwili zacisnąć zęby na jednym z nich, zostawiając mokry, bolesny ślad.

– Adam, tak! – wrzasnęła prosto w sufit, a jej głos stracił resztki codziennej elegancji. Stał się wysoki, zachrypnięty i przepełniony dziką, zwierzęcą ulgą.

Wbiła paznokcie w jego włosy, szarpiąc go i przyciągając do swojej piersi, jakby chciała żeby ten ból i rozkosz nigdy się nie skończyły. Zaczęła drżeć, jej biodra instynktownie uniosły się na blacie, szukając ostatecznego kontaktu. Adam chwycił ją pod kolanami, podrywając jej uda jeszcze wyżej i rozchylając szeroko, aż pod samą brodę. Iza, nie mogąc doczekać się, wsunęła rękę pomiędzy nich i zacisnęła palce na główce penisa. Błyskawicznie naprowadziła go tam, gdzie jej ciało płonęło najbardziej.

Wbił się w jej gorące wnętrze, wypełniając ją aż do samego końca. Blat biurka zajęczał pod ciężarem, a z piersi Izy wyrwał się krótki, urwany szloch rozkoszy. Adam nie zwalniał. Zaczął w nią uderzać rytmicznie i brutalnie, zatracając się w tym, jak ciasno go oplatała. Każde pchnięcie przesuwało ją po gładkim drewnie, a gabinet wypełnił odgłos uderzających o siebie ciał, zagłuszając wszystko inne. Iza nie odpowiedziała. Jedyne, co potrafiła, to zaciskać nogi na jego biodrach, przyjmując każde uderzenie z nienasyconą satysfakcją.

– Tutaj… – wychrypiał w jej usta i palcami znów odnalazł pośladki, unosząc je lekko, by przycisnąć jej biodra do swoich. – Tutaj chciałem cię mieć od pierwszego dnia. Na tym pieprzonym biurku.

Wpił się dłońmi w jej ciało, gniotąc je zaborczo, jakby chciał zostawić na niej ślady, których ja nie będę mógł zignorować. Iza wygięła się w łuk, a napięte, ciężkie, piersi zaczęły falować w jakimś obłędnym tańcu. Każdy ruch Adama sprawiał, że podskakiwały mocniej, rozpraszając resztki jego koncentracji i zamieniając wszystko w jeden wielki, mokry trans. Iza, czując nadchodzący skurcz, która zaraz miał ją rozerwać od środka, odruchowo nakryła piersi dłońmi, zaciskając palce na rozgrzanej skórze i osłaniając sutki. Wciąż falujące w rytm jego uderzeń, naparły na jej dłonie, a ona wbijała paznokcie w swoje własne ciało, zagryzając do krwi wargi.

Zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością. Z jej twarzy zniknął ten pewny siebie uśmiech, którym torturowała go przez lata. Teraz jej usta były nienaturalnie rozchylone, a oczy wywrócone do góry, wlepione w sufit. To nie był filmowy, biurowy seks – to był obraz czystej, fizycznej eksploatacji. Ich ciała zderzały się z mokrym mlaśnięciem, a pchnięcia Adama były naznaczone tłumionej latami wściekłości i pożądania. Chwycił jej łydki i bezlitośnie założył je sobie na ramiona, wyginając Izę w sposób, który odebrał jej resztki kontroli. Teraz, w tej pozycji, widział wszystko. Pochylił się, dotykając brzuchem jej ud, i wlepił wzrok w szczelinę, gdzie gruby penis raz po raz znikał w ciasnym wnętrzu pani dyrektor. Patrzył i wył, bo widok rozciągniętych warg, opinających się na jego trzonie, był dla niego czymś niewyobrażalnym Nie tylko ją posuwał – on nią orał. Szorował żołędzią o zaciśnięte, ścianki pochwy, czując każdą bruzdę i każdą kroplę gorących soków, które pod wpływem tarcia zamieniały się w białą, gęstą pianę. Był w absolutnym szoku. Nie mógł nadal pojąć, że posuwa własną wice i to w dodatku w dyrektorskim gabinecie. Widok dumnej, niedostępnej, zadziornej profesjonalistki, mężatki – rozciągniętej pod nim na biurku, przyprawiał go o obłęd. Był zachwycony każdym milimetrem jej ciała, które wreszcie nie było wytworem jego wyobraźni – należało do niego.

– Boże, Iza… nie wierzę, że to robimy…

Ale ona nie była już tylko ofiarą jego furii – ona czerpała z tego każdą kroplę przyjemności, karmiąc się jego siłą. Dłonie, wcześniej zaciśnięte na piersiach, teraz zaczęły błądzić po jej własnym ciele, drażniąc sutki i brzuch, jakby chciała jeszcze bardziej spotęgować to, co się z nią działo.

– Adam! – krzyczała, a jej głos był ranny i pełen pożądania. – Jesteś taki silny, kochany. Chcę tego!

Przyspieszył, czując, że zaraz oszaleje z zachwytu. Pchnięcia były mocniejsze, a dźwięk zderzających się ze sobą ciał stał się głośniejszy niż ich oddechy.

– Uwielbiam cię, kiedy tak krzyczysz… – sapnął, czując, jak jądra kurczą się przed eksplozją. – Patrz na mnie, Iza! Nie mogę już!

– Ja też! Jak mi jest dobrze – zaskomlała i wyprężyła się, o mało nie wyrywając się z jego uścisku. Adam poczuł, jak go w środku miażdży, jak ścianki pochwy pulsują wokół członka w rytmie orgazmu, którego nie dało się kontrolować. Wyjąc z ulgi, zaczął wpompowywać w nią porcję za porcją. Gęste nasienie wlewało się głęboko, a potem, pod wpływem ostatnich pchnięć, zaczęło wypływać na zewnątrz, mieszając się z jej wilgocią i spływając lepką smugą na blat pod jej pośladkami.

W gabinecie nagle zapadła cisza tak gęsta, że niemal dzwoniła w uszach, przerywana jedynie ich rzężącymi, łapczywymi oddechami. Adam wciąż trzymał nogi Izy na ramionach, czując, jak penis powoli mięknie i kurczy się. Nie potrafił się poruszyć – patrzył na nią z mieszanką niedowierzania i absolutnego zachwytu i miękł. Leżała bezwładnie na twardym blacie, z włosami rozsypanymi wśród porozrzucanych długopisów i pieczątek. Piersi, wciąż obnażone unosiły się i opadały w nierównym rytmie. Widziała go przez mgłę, a w jej spojrzeniu nie było już ani śladu chłodu czy kalkulacji. Było tylko błogie, grzeszne zadowolenie.

– Boże, Iza… – sapnął drżącym, zdartym głosem. – Powiedz, że tego właśnie chciałaś, powiedz, że o to chodziło.

– Chciałam? – powtórzyła ochryple, niemal dławiąc się tym słowem. – Adam, ja o tym marzyłam… Żebyś wiedział, ile razy wyobrażałam sobie, jak po radzie wołasz mnie do gabinetu i w końcu przestajesz być mocny tylko w tych swoich zjadliwych docinkach. Marzyłam, żebyś rzucił mnie na to biurko i brał mnie, dokładnie tak, jak przed chwilą. Bez pytania o zdanie.

Adam na moment przestał oddychać. Oparł dłonie o blat po obu stronach jej bioder, więżąc ją między swoimi ramionami

– Mogłaś mi powiedzieć – mruknął bardziej do siebie niż do niej. W jego głosie brzmiał dziwny miks ulgi i czystej wściekłości na stracony czas.

Zdjął delikatnie jej nogi z ramion i powoli zaczął się z niej wysuwać. Patrzył z fascynacją, jak  ciało Izy reaguje na jego odejście – jak jej krocze, wciąż purpurowe i rozchylone, próbuje utrzymać w sobie resztki jego ciepła. Czuł się jak zdobywca, który właśnie zatknął flagę na niezdobytym szczycie, a jednocześnie był przerażony tym, jak łatwo oboje ulegli tej zwierzęcej potrzebie. Chwycił ją za dłonie i pomógł usiąść. Iza powoli, drżącą ręką, sięgnęła do jego policzka. Jej palce były lepkie, a makijaż wokół oczu całkowicie rozmazany, co nadawało jej wyglądu drapieżnika, który właśnie skończył ucztę.

– Warto było… – szepnęła, a na jej ustach błąkał się pijany rozkoszą uśmiech.

Stał pomiędzy jej udami, nie dbając o to, że spodnie ma spuszczone do kostek, a koszula jest jednym łachmanem. Patrzyli na siebie w tej brudnej, dusznej ciszy, a potem obydwoje opuścili wzrok, patrząc na białą plamę na ciemnym blacie, która powoli wsiąkała w rogi arkusza organizacyjnego. W końcu Adam otrząsnął się z letargu. Mechanicznie, drżącymi dłońmi, podciągnął spodnie. Dźwięk zamka, który tak niedawno zgrzytał przy rozpinaniu, teraz brzmiał w tej ciszy niemal wulgarnie – jak próba zamknięcia drzwi. Iza powoli, z bolesnym jękiem, zsunęła biustonosz na piersi, ale materiał był tak naciągnięty i wymęczony jego dłońmi, że ledwo trzymał fason. Elegancka do niedawna bluzka zwisała z jej ramion jak biały łachman.

– Chusteczki… są w szufladzie – powiedział, nie patrząc jej w oczy.

Sięgnął po nie pierwszy, a kiedy zsunęła się z biurka, sam zaczął wycierać blat, rozmazując ich wspólne płyny na papierach. Wzięła kilka chusteczek i bez cienia wstydu, zaczęła wycierać swoje uda. Dopiero gdy poczuła się czysta, poprawiła spódnicę, która dotąd była podwinięta aż do samej talii.

– Możesz wyrzucić ten arkusz – powiedziała zimno, patrząc na poplamiony papier, ale jej głos wibrował humorem. – Nikt nie powinien widzieć tych… naszych poprawek.

Adam zaśmiał się krótko i zgarnął zaplamiony dokument. Bez słowa wsunął go w szczelinę niszczarki. Warkot urządzenia na chwilę wypełnił gabinet, ostatecznie mieląc dowody ich grzechu na drobne białe paski. Kiedy niszczarka ucichła, podszedł do niej i chwycił ją za podbródek, zmuszając, by spojrzała mu prosto w oczy.

– Jak ty chcesz wyjść z tego budynku, Iza? – szepnął, a w jego spojrzeniu znów zapłonął ten mroczny, zaborczy błysk. – wyglądasz … jakbyś uprawiała ostry seks z dyrektorem – zakpił.

Iza powolnym, prowokacyjnym ruchem wyciągnęła dłoń i poprawiła mu kołnierzyk pogniecionej koszuli, a potem lekko klepnęła go w policzek.

– Mylisz się, Adam – zaprzeczyła z uderzającą pewnością siebie. – To ja wyglądałam jak dyrektor, który właśnie wziął sobie to, na co miał ochotę.

Zaśmiał się krótko, kręcąc głową z niedowierzaniem, ale przyciągnął ją do siebie jeszcze raz, jakby wcale nie zamierzał pozwolić jej jeszcze wyjść.

– Jesteś naprawdę niemożliwa – mruknął, zatapiając twarz w jej szyi. – Mogliśmy sobie tak rządzić od dawna … szkoda.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, jak dwaj gracze, którzy właśnie postawili wszystko na jedną kartę i wygrali.

– Nalej – rzuciła krótko, wskazując skinieniem głowy kryształowe szklanki stojące na biurku. – A ja pójdę się trochę ogarnąć. Daj mi pięć minut.

Chwyciła swoją markową torebkę i pewnym krokiem, mimo wciąż drżących nóg, ruszyła w stronę prywatnej łazienki przylegającej do sekretariatu. Adam odprowadził ją wzrokiem, a gdy drzwi się zatrzasnęły, powoli podniósł butelkę. Wtedy jego wzrok spoczął na podłogę, tuż obok nogi biurka. Leżało tam małe, czarne zawiniątko. Koronkowe majtki, które zdarł z niej w takim pośpiechu, że niemal pękły mu w dłoniach. Iza nie zabrała ich ze sobą. Wyszła do łazienki, wiedząc doskonale, że pod tą zwiewną spódnicą nie ma absolutnie nic. Podniósł je powoli. Materiał był wilgotny i pachniał nią. Uśmiechnął się do siebie, bo chętnie schował by je do kieszenie jak trofeum, które miało mu przypominać o szkole. Położył je jednak na blacie i nalał do szklanek solidną porcję whisky. Na tle biurowego rozgardiaszu bielizna Izy wyglądała jak z innego świata.

Woda w łazience ucichła. Iza wyszła po chwili, poprawiając mankiety bluzki. Wyglądała o wiele lepiej i gdyby nie ten lekki obrzęk na wargach i brak dwóch guzików można byłoby pomyśleć że do niczego nie doszło.

– Po co ci to było? –  spytał. Powiedział to z lękiem, ale również z autentyczną szczerą troską.  –  Ja jutro zaczynam nowe  życie, ale ty… ty wracasz do męża. Jak mu spojrzysz w twarz? Jak ukryjesz to, co tu zrobiliśmy?

Iza wzięła swoją szklankę i upiła duży łyk, nie odrywając od niego wzroku.

– Moje małżeństwo nie jest takie, jak sobie wyobrażasz – powiedziała spokojnie. – Kiedy wrócę, opowiem mu o wszystkim. Ze szczegółami.

Adam poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. Przerażenie mieszało się z chorą fascynacją.

– Co ty wygadujesz? – wykrztusił. – Myślałem, że to zostanie między nami. Przecież on cię zabije.

Iza zaśmiała się szczerze, podchodząc do niego tak blisko, że znów poczuł jej zapach.

– Adam, Tomek to uwielbia. Wiesz ile razy kładłam się obok niego i szeptem opisywałam mu, co razem robiliśmy. – Zrobiła pauzę, delektując się jego osłupieniem. – Opowiadałam mu, jak w moich fantazjach bierzesz mnie w klasie, magazynku, tu w gabinecie i to nie był grzeczny seks.  

– Jesteście nienormalni – wykrztusił zaskoczony, ale w jego oczach był podziw dla naszej odwagi.

– Jesteśmy szczęśliwi, Adam – odparła, dopijając whisky. – On na to czekał. Serio. Z tobą w naszych głowach mieliśmy za każdym razem odjazdowy seks. Boję się głośno powiedzieć, co on mi robił i ja mu na wszystko pozwalałam… a czasami i tak było mi mało.

Przesunęła dłonią po jego ramieniu, patrząc mu prosto w rozszerzone źrenice.

– Więc nie musisz się niczego obawiać. Tomek by chciał, żeby to przestały być tylko fantazje. Dzisiaj, kiedy wrócę do domu przesiąknięta twoim zapachem … nie da mi spać do rana.

Patrzył na nią, nie mogąc wykrztusić słowa.

– Ja już zdecydowanie jestem na to za stary, Iza –  Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Na te gierki, na to dzielenie się tobą… To jest chore.

– To nie jest choroba, to wolność – szepnęła mu prosto w usta, nie dając mu uciec wzrokiem. 

428
10/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 10/10 (4 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.