Ja, Iga i olbrzym (I)
3 listopada 2026
6 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Część 1
Było gorąco, jak to w Suntago w środku lata. Klimatyzacja huczała gdzieś nad głowami, ale para wodna i tak unosiła się nad basenami, a powietrze pachniało chlorem i kremami do opalania. Stałem z Igą przy wejściu do strefy rekreacyjnej, trzymając nasze torby i czułem, jak moje dłonie robią się wilgotne. Nie od wody. Od niej.
Iga miała na sobie czarne bikini, które ledwo trzymało się na jej ciele. Sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, długie nogi, wąska talia i te szerokie biodra, które rozciągały materiał majtek. Małe piersi, ledwo wypełniające miseczki, a wokół nich cienkie ramiączka. Włosy – długie, proste, jasnoblond – spadały jej na plecy. Okulary na nosie. Stopy w rozmiarze 41, bose na kafelkach, palce pomalowane na jasny kolor. Wyglądała dokładnie tak, jak na tych zdjęciach, które robiła sobie w domu. Tylko tu, wśród ludzi, było inaczej.
Ludzie się gapili. Faceci w różnym wieku odwracali głowy, kiedy przechodziła. Niektórzy udawali, że patrzą na zjeżdżalnie. Inni nie. Ja stałem obok i czułem to wszystko. Miałem osiemnaście lat, ona też. Byliśmy razem od kilku miesięcy. Iga lubiła, kiedy jej się przyglądają. Mówiła, że to nic nie znaczy, ale ja widziałem, jak jej klatka piersiowa unosi się trochę wyżej, kiedy ktoś zatrzymywał na niej wzrok.
– Chodź – powiedziała cicho, biorąc mnie za rękę. – Najpierw na główny basen.
Zeszliśmy do wody. Była ciepła. Iga zanurzyła się do pasa, potem głębiej, aż woda sięgała jej pod biust. Pływała wolno, a ja obok. Co chwilę jakiś facet zwalniał przy nas, udając, że sprawdza głębokość. Jeden, może trzydziestoletni, uśmiechnął się do niej szerzej, niż powinien. Iga odwzajemniła uśmiech – krótki, grzeczny – i odpłynęła.
Potem trafiliśmy do jacuzzi. Siedzieliśmy we trójkę z jakimiś obcymi ludźmi, bąbelki buzowały, a Iga oparła się o brzeg, jedna noga wystawiona na krawędź. Długa, gładka. Facet naprzeciwko nie mógł oderwać oczu. Ja piłem colę i udawałem, że mnie to nie rusza.
Dopiero kiedy wyszliśmy na leżaki w strefie relaksu, pojawił się on.
Stał przy barze. Wysoki. Naprawdę wysoki. Dwa metry dziesięć, może więcej. Szerokie ramiona, gruba szyja, mięśnie pod skórą, które nie wyglądały na zrobione na siłowni dla wyglądu, tylko na takie, które są od ciężkiej roboty. Tatuaże pokrywały mu ręce, ramiona, fragment klatki piersiowej – ciemne, gęste wzory. Miał ze czterdzieści dwa lata, może trochę więcej. Krótkie włosy, lekki zarost. Na szyi cienki łańcuch. Kiedy się odwrócił i spojrzał w naszą stronę, poczułem, jak coś się we mnie zaciska.
Podszedł spokojnie. Niegwałtownie. Uśmiechnął się – szeroko, ale bez nachalności.
– Przepraszam, że przeszkadzam – powiedział głosem niskim, spokojnym. – Widziałem was na basenie. Wyglądacie na takich, którzy potrafią się dobrze bawić. Mogę się dosiąść na chwilę? Mam na imię Marek.
Spojrzałem na Igę. Ona na mnie. Skinęła głową, ledwo zauważalnie.
– Jasne – powiedziałem.
Usiadł na leżaku obok. Zamówił nam drinki – dla siebie whisky z colą, dla nas coś lekkiego. Mówił o Suntago, o tym, że bywa tu często, bo lubi wodę i ciszę po godzinach szczytu. Nie pytał o nas za dużo. Komplementował Igę tak, jakby mówił o pogodzie.
– Masz niesamowitą postawę – powiedział do niej, patrząc jej w oczy, nie niżej. – Wysoka, proporcje idealne. I te okulary… dodają charakteru. Twój chłopak ma szczęście.
Iga zarumieniła się lekko. Ja też. Ale Marek nie przekraczał granicy. Zwracał się do nas obojga. Kiedy mówiła, słuchał. Kiedy ja coś dodałem, kiwał głową.
Piliśmy. Potem poszliśmy na zjeżdżalnie. Marek był za duży na niektóre, śmiał się z tego. Na basenie z falami stał jak skała, a woda oblewała mu uda. Iga trzymała się mnie, ale co chwilę zerkała na niego. Widziałem to. On też to widział, ale udawał, że nie.
W saunie było goręcej. Siedzieliśmy na drewnianych ławkach. Iga w bikini, skóra wilgotna. Marek w ręczniku owiniętym nisko na biodrach. Tatuaże na klatce piersiowej wyglądały inaczej w półmroku. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. On opowiadał anegdoty z życia – o pracy, o podróżach. Nigdy nie wspomniał o przeszłości, ale coś w jego spojrzeniu mówiło, że nie wszystko było proste. Był uprzejmy. Szarmancki. Otwierał drzwi, podawał ręczniki, dbał, żeby Iga miała wodę.
Późnym popołudniem, przy barze przy basenie, pojawił się ten pijany chłopak. Młody, może dwadzieścia kilka lat. Stał za blisko Igi, kiedy stała w kolejce po coś do picia. Powiedział coś cicho, ale na tyle głośno, że usłyszałem fragment: „…takie nogi i ta dupa… chętnie bym…”. Iga zesztywniała. Ja zrobiłem krok do przodu.
Marek był szybszy.
Nie krzyczał. Po prostu podszedł, położył dużą dłoń na ramieniu chłopaka i powiedział spokojnie:
– Przeproś panią. I odejdź.
Chłopak się odwrócił, coś burknął. Marek nie podniósł głosu. Uderzył go otwartą dłonią w twarz – raz, krótko, mocno. Chłopak zatoczył się, złapał za policzek. Ludzie się obejrzeli. Marek stał nieruchomo.
– Idź – powiedział. – I nie wracaj.
Chłopak odszedł. Marek odwrócił się do nas.
– Przepraszam. Nie lubię, kiedy ktoś jest wulgarny przy damie. Zwłaszcza przy takiej, która ma obok swojego chłopaka.
Iga spojrzała na niego inaczej niż wcześniej. Ja też. W mojej głowie coś się mieszało – złość, ulga, coś jeszcze, czego nie umiałem nazwać.
Wieczorem Marek zaproponował:
– Mam apartament tutaj, na terenie. Dwa pokoje, taras. Zostańcie na kilka dni. Ja i tak zostaję. Będzie weselej. Żadnych zobowiązań. Po prostu towarzystwo.
Spojrzeliśmy na siebie. Iga przygryzła wargę. Ja kiwnąłem głową, zanim zdążyłem pomyśleć.
Apartament był duży. Nowoczesny, z wielkim łóżkiem w jednym pokoju i kanapą rozkładaną w drugim. Marek oddał nam sypialnię. Sam został na kanapie. Mówił, że tak będzie wygodniej.
Wzięliśmy prysznic. Iga stała przede mną pod strumieniem wody, długa, mokra, a ja myślałem o tym, jak Marek na nią patrzył przez cały dzień. Nienachalnie. Ale patrzył.
Kiedy wyszliśmy, Marek był w salonie, w samym ręczniku. Stał przy oknie. Ręcznik zsunął mu się z bioder. Niespecjalnie. Po prostu spadł.
Zobaczyliśmy go.
Był duży. Naprawdę duży. Nawet w spoczynku – gruby, długi, wyraźnie cięższy niż cokolwiek, co widziałem wcześniej. Wisiał między potężnymi udami, na tle tatuaży. Dwadzieścia centymetrów, może więcej. Ciemny, ciężki. Marek zaklął cicho, schylił się, podniósł ręcznik i owinął się z powrotem. Nie zrobił z tego afery.
– Przepraszam – powiedział spokojnie. – Nie chciałem.
Iga stała jak zamurowana. Ja też. Powietrze w pokoju zrobiło się gęste.
Poszliśmy do sypialni. Zamknęliśmy drzwi. Leżeliśmy w ciemności, a przez ścianę słychać było, jak Marek się krząta.
Iga szepnęła pierwsza:
– Widziałeś?
– Tak.
Milczeliśmy chwilę. Potem ona:
– Był… ogromny. Nawet tak. Nie mogę przestać o tym myśleć.
Jej dłoń znalazła moją. Potem zsunęła się niżej. Byłem już twardy. Od dawna. Od sauny. Od chwili, kiedy Marek uderzył tego chłopaka. Od ręcznika.
Zaczęliśmy się całować. Cicho. Jej ciało było ciepłe, gładkie. Szerokie biodra pod moimi dłońmi. Małe piersi, które idealnie mieściły się w dłoni. Długie nogi oplotły mnie. Wszedłem w nią powoli. Była mokra. Bardziej niż zwykle.
– Cicho – szepnęła. – On usłyszy.
Ale nie byliśmy cisi. Łóżko skrzypiało. Iga oddychała szybciej. Ja też. Słyszałem, jak w pokoju obok Marek przestaje się ruszać. Jak siada. Jak słucha.
Iga szepnęła mi do ucha, kiedy byłem głęboko w niej:
– Myślisz, że on… że jego jest taki duży nawet wtedy?
Nie odpowiedziałem. Tylko przyspieszyłem. Jej paznokcie wbiły mi się w plecy. Orgazm przyszedł szybko, mocno. Ona też doszła – cicho, ale wyraźnie. Potem leżeliśmy, oddychając ciężko.
Za ścianą było cicho. Za cicho.
Iga położyła głowę na mojej klatce piersiowej.
– Zostaniemy? – spytała szeptem.
Skinąłem głową w ciemności. Nie wiedziałem jeszcze, co to oznacza. Ale czułem, że coś się zaczęło. I że Marek za ścianą też to czuje.
Ciąg dalszy nastąpi.
Domino2008
Jak Ci się podobało?