Karty na stole

4 sierpnia 2026

25 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

To również opowiadanie napisane kilka lat temu. Tym razem, mam nadzieję, jest w nim mniej "typowo tartacznych momentów", a więcej erotyzmu, napięcia i gry między bohaterami. Nie wiem, czy przez to spodoba się wszystkim, ale przecież nie to jest najważniejszym celem :) Jak zawsze chętnie poznam Wasze opinie.

Nina od początku wiedziała, że ta noc będzie inna.

Nie dlatego, że wynajęty na weekend dom stał na skraju lasu, daleko od sąsiadów, a ogromne okna salonu wychodziły na czarną taflę jeziora. Nie przez butelkę prosecco chłodzącą się w kuchni ani przez kominek, który Tomasz rozpalił zaraz po przyjeździe. Powodem była niewielka granatowa szkatułka leżąca na środku stołu.

W środku znajdowały się karty.

Miała dwadzieścia siedem lat i od czterech była żoną dwudziestodziewięcioletniego Jana. Znała sposób, w jaki chodził, wszystkie odmiany uśmiechu i tę ledwie widoczną zmarszczkę między brwiami, która pojawiała się, kiedy usiłował udawać spokój. Teraz także ją dostrzegała. Mąż rozstawiał kieliszki z przesadną starannością, choć jeszcze niczego do nich nie nalewał.

Emilia i Tomasz przyjechali chwilę wcześniej. Obie pary znały się od kilku lat, ale dopiero w ostatnich miesiącach ich przyjaźń nabrała nowego, niepokojąco przyjemnego odcienia. Zaczęło się od żartów przy kolacji, potem od dłuższych spojrzeń podczas wspólnego wyjazdu, wreszcie od rozmowy na grupowym czacie, której żadne z nich nie próbowało obrócić w dowcip.

Pomysł na talię należał do Emilii.

— Nadal możemy po prostu ugotować kolację, wypić po kieliszku i pójść spać — powiedziała teraz, siadając przy stole.

Mówiła lekko, bez prowokacji. Miała dwadzieścia osiem lat, ciemne włosy kończące się tuż nad ramionami i sylwetkę, która łączyła smukłą talię z miękką linią bioder. Butelkowozielona bluzka układała się w luźne fałdy na piersiach, a czarna spódnica kończyła się nad kolanem. Gdy sięgnęła po szkatułkę, materiał bluzki rozsunął się na moment i odsłonił wąski fragment koronkowego stanika w podobnym kolorze.

Jan zauważył go od razu. Nina również.

Zamiast zazdrości poczuła ciepłe ukłucie ciekawości. Popatrzyła na męża, a on, przyłapany, przeniósł wzrok na nią. W tym spojrzeniu nie było winy. Było pytanie, na które odpowiedzieli sobie już wcześniej, w domu, leżąc obok siebie w ciemnej sypialni.

Chcieli sprawdzić, jak daleko sięga ich zaufanie.

Nina zdjęła krótki wełniany płaszcz. Pod nim miała czarną sukienkę z miękkiej dzianiny, prostą z przodu i wyciętą głębiej na plecach. Sięgała kilka centymetrów nad kolana, podkreślając pełne biodra i zaokrąglone pośladki. Kiedy odwróciła się, by zawiesić płaszcz, dolna krawędź sukienki przesunęła się nieco wyżej. Nad czarną pończochą mignął pas nagiej skóry i cienkie zapięcie podwiązki.

Tomasz urwał zdanie w połowie.

Odwróciła głowę. Szeroki w ramionach trzydziestolatek nie próbował udawać, że niczego nie zobaczył. Uśmiechnął się tylko, powoli i bezczelnie, lecz pozostał na miejscu.

To właśnie spodobało jej się najbardziej.

Jan wskazał szkatułkę.

— Najpierw zasady.

Usiedli we czworo. Granatowa szkatułka pozostała zamknięta. Rozmowę odbyli na trzeźwo, bez pośpiechu i bez licytowania się odwagą. Karty miały być propozycjami, nie poleceniami. Każde z nich mogło w dowolnej chwili powiedzieć „zmieniamy rozdanie”, a wtedy gra kończyła się natychmiast, bez tłumaczeń i obrażania. Bez zdjęć. Bez wychodzenia poza dom. Bez rozdzielania się w sposób, który pozostawiałby kogokolwiek samotnego i niepewnego. 

Najważniejsza była jednak decyzja, czy naprawdę zaczynają.

Tomasz położył otwartą dłoń na stole.

— Wchodzę w to.

Emilia przykryła jego palce swoimi.

— Ja też.

Nina poczuła, jak serce przyspiesza. Spojrzała na męża. Nie potrzebowała kolejnej rozmowy tylko dla nich; przeprowadzili ją dwa razy przed wyjazdem. Położyła dłoń obok dłoni Emilii, a on dołączył ostatni.

Cztery ręce spotkały się pośrodku stołu.

— Karty na stół — powiedziała Nina.

Dopiero wtedy otworzyli prosecco.

Kolację przygotowali wspólnie. Jan kroił warzywa, Emilia mieszała sos, a Tomasz zajął się makaronem. Nina krążyła między nimi z talerzami, od czasu do czasu czując na sobie czyjś wzrok. Za każdym razem wyglądało to trochę inaczej. Spojrzenie męża znała doskonale: ciepłe, głodne i podszyte dumą. Tomasz patrzył uważniej, jakby dopiero uczył się kształtu jej ciała i chciał zapamiętać sposób, w jaki sukienka napinała się na biodrach.

Emilia z kolei obserwowała jej męża bez skrępowania.

Nina dostrzegła to, gdy Jan sięgnął na górną półkę po misę. Koszula uniosła się, odsłaniając fragment brzucha. Emilia oparła biodro o blat i przez sekundę nie odrywała wzroku od jego dłoni.

To powinno zaboleć.

Zamiast tego poczuła dreszcz. W zwykły piątkowy wieczór taki widok zostałby z nią jak drzazga. Teraz wszystkie karty leżały na stole — dosłownie i w przenośni. Mogła obserwować zainteresowanie Emilii bez zastanawiania się, czy oznacza ono zdradę, tajemnicę albo zagrożenie. Było częścią wspólnie wybranej gry.

Po kolacji przenieśli się przed kominek. Tomasz zgasił górne światło, pozostawiając lampę przy kanapie i pomarańczowe refleksy ognia. Emilia otworzyła szkatułkę.

Talia nie zawierała dosłownych poleceń. Każda karta proponowała gest, pytanie albo niewielką zmianę układu między nimi. Pierwsza trafiła do Jana.

— „Powiedz osobie siedzącej naprzeciwko, co zauważyłeś w niej jako pierwsze” — przeczytał.

Naprzeciwko siedziała Emilia.

Odłożył kartę na stolik.

— Sposób, w jaki patrzysz ludziom prosto w oczy — powiedział. — Nawet kiedy się z nimi nie zgadzasz.

— Myślałam, że powiesz coś o bluzce.

— Bluzkę zauważyłem później.

Emilia roześmiała się, lecz policzki pokrył delikatny rumieniec. Nina znała męża jako człowieka dowcipnego, ale ostrożnego w komplementach kierowanych do innych kobiet. Teraz ten spokój wydawał się nowy. Intrygujący.

Kolejna karta przypadła Ninie.

— „Zamień się miejscem z wybraną osobą”.

Mogła usiąść obok męża i osłabić napięcie. Zamiast tego wstała, wygładziła sukienkę na biodrach i zatrzymała się przed Tomaszem. Ten ustąpił jej miejsce na szerokim fotelu, ale pokręciła głową.

— Ty siadasz na kanapie.

Tomasz przesunął się obok Jana, a ona zajęła zwolniony fotel. Przez moment patrzyła na trzech pozostałych graczy ustawionych naprzeciwko. Czuła się wystawiona na spojrzenia i niespodziewanie dobrze jej z tym było. Założyła nogę na nogę. Sukienka cofnęła się, odsłaniając koronkowy brzeg pończochy.

Nie poprawiła sukienki.

Jan przesunął kciukiem po dolnej wardze. To był jeden z tych gestów, które znała od lat. Widział podwiązkę i wiedział, że świadomie zostawiła ją widoczną.

Tomasz również wiedział.

Gra toczyła się powoli. Jedna karta proponowała Tomaszowi wybór muzyki. Inna pozwoliła Emilii zadać dowolnej osobie jedno pytanie, na które należało odpowiedzieć szczerze.

— Nina, co podoba ci się w tym, jak Tomasz na ciebie patrzy?

W salonie zapadła cisza. Nina nie uciekła wzrokiem.

— To, że niczego nie udaje — odpowiedziała. — I że czeka, aż sama zdecyduję, co mu pokażę.

Mężczyzna oparł łokcie na kolanach. Nie odezwał się, ale spoważniał. Teraz patrzył na nią z napięciem tak wyraźnym, że poczuła je niemal jak dotyk.

Jej mąż nie odwrócił wzroku.

Kolejna karta należała do Tomasza.

— „Poproś do tańca osobę, z którą dotąd nie tańczyłeś”.

— Trudny wybór — mruknął, podnosząc się.

Podszedł do fotela.

Nie wyciągnął ręki od razu. Stanął przed nią i poczekał. Odpowiedziała, wsuwając dłoń w jego dłoń, po czym pozwoliła mu się podnieść.

Muzyka była spokojna, niemal zbyt spokojna jak na tempo pulsu. Tomasz trzymał ją najpierw poprawnie: jedna dłoń na wysokości łopatki, druga zamknięta wokół palców Niny. Czuła ciepło jego ciała, zapach mydła i drewna przyniesiony z kominka. Po kilku krokach sama przesunęła ich splecione dłonie niżej.

Tomasz zrozumiał.

Przeniósł rękę z łopatki na talię. Nie przyciągnął jej gwałtownie. Pozwolił, żeby to ona zmniejszyła odległość. Oparła dłoń na jego ramieniu i kołysała się w rytm muzyki. Biodro muskało go przy każdym obrocie.

Patrzyła ponad jego ramieniem na Jana.

Mąż siedział obok Emilii. Ich kolana prawie się stykały. Na twarzy Jana widziała skupienie, cień zazdrości i coś jeszcze — zachwyt, którego od dawna nie okazywał tak otwarcie. Jakby możliwość zobaczenia żony cudzymi oczami przypomniała mu, że zna kobietę zdolną zatrzymać całe pomieszczenie jednym ruchem bioder.

Odwróciła się w tańcu. Sukienka zafalowała. Dłoń Tomasza przesunęła się odrobinę niżej, lecz zatrzymała na granicy wyznaczonej przez ten ruch. Odpowiedziała, przybliżając się jeszcze bardziej.

Kiedy utwór się skończył, Tomasz nie wypuścił jej natychmiast. Uniosła twarz. Przez sekundę dzieliło ich kilka centymetrów. Potem uśmiechnęła się i odsunęła, wracając na fotel.

Jan wylosował następną kartę.

— „Oddaj jeden element stroju osobie wybranej przez partnera”.

Wszyscy spojrzeli na Ninę.

To ona miała wybrać, komu mąż odda część swojego stroju. Zastanawiała się tylko przez chwilę.

— Zdejmij krawat — powiedziała. — I daj go Emilii.

Jan poluzował węzeł. Emilia patrzyła, jak materiał wysuwa się spod kołnierzyka. Kiedy podał jej krawat, nie odłożyła go na bok. Przeciągnęła jedwab między palcami, a potem zawiesiła sobie luźno na szyi.

— Pasuje? — zapytała.

— Bardziej, niż powinien — odpowiedział Jan.

Emilia roześmiała się i zostawiła jeden koniec krawata między piersiami.

Zazdrość ukłuła ostrzej niż wcześniej.

Nie była nieprzyjemna. Przypominała chłodne powietrze wpadające do nagrzanego pokoju — budziła wszystkie zmysły. Patrzyła na męża i przyjaciółkę, odkrywając, że znajome spojrzenie może nabrać innego znaczenia, kiedy zatrzymuje się na obcej kobiecie. Zwykle Jan patrzył na nią ze swobodą wynikającą z tysięcy wspólnych wieczorów. Teraz był uważniejszy, bardziej powściągliwy. Ta różnica niczego nie odbierała ich bliskości. Czyniła tę chwilę nową.

Następną kartę wyciągnął Tomasz.

— „Wskaż detal stroju osoby, której dotyku jesteś dziś najbardziej ciekaw”.

Nie odpowiedział od razu. Spojrzał na Emilię, potem na Jana, lecz wzrok zatrzymał na odsłoniętym brzegu pończochy Niny.

— Podwiązka.

Wypowiedział to bez uśmiechu, przez co jedno słowo zabrzmiało poważniej, niż powinno. Nina poczuła gorąco na karku. Mogła poprawić sukienkę i zakończyć ten moment. Zamiast tego wsunęła dwa palce pod dzianinę, uniosła ją jeszcze odrobinę i pokazała niewielkie zapięcie łączące pasek z pończochą.

Tomasz patrzył tylko kilka sekund. Nie pochylił się ani nie wyciągnął ręki. Ta powściągliwość działała mocniej niż pośpieszny dotyk.

— Wystarczy? — zapytała.

— Na razie.

Opuściła materiał, ale nie zakryła nogi całkowicie.

Karta Emilii proponowała, by poprosiła osobę, która nie była jej partnerem, o poprawienie jednego elementu stroju. Dotknęła jedwabnego krawata wiszącego między piersiami i odwróciła się do Jana.

— Skoro to twój krawat, chyba wiesz, jak powinien leżeć.

Jan przysunął się. Rozluźnił węzeł, wyrównał oba końce i ułożył materiał przy kołnierzyku bluzki. Robił to powoli, uważając, by knykciami nie dotknąć piersi Emilii. To ona pochyliła się odrobinę bliżej. Zielona tkanina otarła się o grzbiet jego dłoni, a oddech obojga zmienił się w tej samej chwili.

Nina obserwowała męża bez odwracania wzroku. Znała te palce, ale nigdy nie widziała ich tak ostrożnych. Czuła zazdrość, jednak tym razem nie przypominała ukłucia. Była raczej napięciem rozciągniętym między czterema osobami, coraz wyraźniejszym z każdym gestem.

Kiedy przyszła kolej Niny, przeczytała kartę dwa razy.

— „Zadaj wybranej osobie pytanie, którego nie zadałabyś przy zwykłej kolacji”.

Odłożyła kartę i zwróciła się do Tomasza.

— Gdy tańczyliśmy, gdzie naprawdę chciałeś położyć dłoń?

Tomasz oparł przedramiona na kolanach.

— Na biodrze. Niżej, niż ją trzymałem.

— Dlaczego tego nie zrobiłeś?

— Bo chciałem zobaczyć, czy sama skrócisz dystans.

Odpowiedź spodobała jej się bardziej, niż zamierzała pokazać. Przesunęła się w fotelu i ponownie założyła nogę na nogę. Tym razem sukienka podjechała jeszcze wyżej. Tomasz zauważył ruch, lecz nie przerwał kontaktu wzrokowego.

Jan wylosował kartę, która proponowała, by przez pół minuty trzymał dłoń wybranej osoby i niczego przy tym nie mówił. Wybrał Emilię. Położyła rękę na jego otwartej dłoni, a on przesunął kciukiem od środka nadgarstka ku palcom. Nie był to jeszcze intymny dotyk, ale cisza sprawiła, że wszyscy śledzili najdrobniejszy ruch. Emilia obróciła dłoń i sama splotła z nim palce.

Nina zerknęła na Tomasza. Siedział naprzeciwko, z kolanami rozstawionymi odrobinę szerzej niż wcześniej. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, przesunęła palcem po widocznym zapięciu podwiązki. Nie odsłoniła niczego więcej. Obietnica wystarczała.

Wyciągnęli jeszcze kilka kart. Jedna proponowała wyszeptanie wybranej osobie krótkiego komplementu, inna — opisanie pierwszej fantazji, która pojawiła się po wejściu do domu. Odpowiedzi stawały się krótsze, a przerwy między nimi coraz dłuższe. 

W końcu Emilia odłożyła talię na skraj stolika. Nikt nie ogłosił końca gry. Po prostu gesty zaczęły mówić więcej niż kolejne karty.

Nina wstała i podeszła do stołu, żeby nalać wody. Tomasz znalazł się obok. Nie wiedziała, czy podszedł po szklankę, czy za nią. Kiedy się odwróciła, stał tak blisko, że materiał sukienki otarł się o spodnie.

Za jego ramieniem widziała Jana. Mąż nie wyglądał już na spiętego. Emilia siedziała obok niego, z krawatem nadal przewieszonym przez szyję, i coś mówiła mu cicho do ucha.

Odstawiła szklankę.

Tomasz uniósł dłoń, lecz zatrzymał ją kilka centymetrów od jej twarzy. Sama pokonała pozostałą odległość. Oparła policzek o palce i na moment zamknęła oczy. Potem odwróciła głowę i musnęła ustami wnętrze dłoni.

Wybrała sama.

Tomasz pochylił się. Pierwszy pocałunek był krótki, jak próba dźwięku przed koncertem. Cofnęła się o pół kroku, spojrzała na niego, a następnie chwyciła za koszulę i przyciągnęła ponownie.

Drugi pocałunek nie był już próbą.

Smakował wodą, miętą i decyzją, którą podjęli wspólnie wcześniej, a ona właśnie podejmowała ponownie dla siebie. Tomasz objął ją w talii. Pod palcami poczuła napięcie jego karku. Pocałunek miał inny rytm niż pocałunki Jana — mniej znajomy, ostrożniejszy na początku, a potem coraz pewniejszy.

Porównanie przyszło naturalnie, lecz nie miało formy rankingu. Jan znał każdy oddech żony i potrafił przewidzieć, kiedy Nina skróci dystans, a kiedy zwolni. Tomasz musiał ją czytać w tej chwili. Ta konieczność sprawiała, że skupiał na niej całą uwagę.

Kiedy Nina odsunęła usta, spojrzała na męża.

Jan stał już przy kanapie. Emilia znajdowała się przed nim, jedną dłonią opierając się o jego pierś. Ich spojrzenia spotkały się. Nina zobaczyła w oczach Jana to samo pytanie, które nie wymagało słów.

Uśmiechnęła się i skinęła głową.

Jan odpowiedział uśmiechem. Potem objął Emilię za kark i pocałował ją.

Przez krótką chwilę Nina tylko patrzyła. Znała profil męża, linię szczęki i sposób, w jaki pochylał głowę. Nie znała widoku tej dłoni wsuniętej w ciemne włosy innej kobiety. Emilia przysunęła się bez wahania. Krawat zsunął się z jej szyi i opadł na dywan.

Tomasz stanął za nią. Nie zasłonił widoku. Położył dłonie na jej biodrach i przyciągnął plecami do swojej piersi. Oparła głowę o jego ramię. Patrzyli razem na drugą parę.

— Piękna jest — powiedziała Nina cicho.

— Twój mąż też robi wrażenie.

W głosie Tomasza nie było rywalizacji. To rozluźniło coś w jej wnętrzu. Cztery osoby nie musiały tworzyć dwóch walczących par. Mogły pozostać sobą, ciekawymi różnic i świadomymi więzi, z którymi przyjechały.

Odwróciła się w jego ramionach.

— Chodź.

Zaprowadziła go do sypialni po lewej stronie korytarza. Kątem oka zobaczyła, że Emilia prowadzi Jana do pokoju po prawej. Nie zamknęli drzwi. Ustalili wcześniej, że otwarte przejścia będą znakiem, iż nikt nie zostaje odcięty od reszty, nie zaproszeniem do zaglądania. Od tej chwili każda para miała pozostać po swojej stronie korytarza.

W sypialni paliła się mała lampka. Na łóżku leżała narzuta w kolorze piasku, a na stoliku stała woda. Nina zatrzymała się przy oknie. W szybie widziała własną sylwetkę i Tomasza stojącego kilka kroków dalej.

Sięgnęła do zamka sukienki.

Tomasz patrzył, ale nie podchodził. Rozpięła zamek do połowy, po czym odwróciła się do niego plecami. Ten gest był wystarczającym zaproszeniem. Poczuła palce na karku, potem powolny ruch suwaka. Sukienka rozluźniła się na ramionach.

Pod nią miała czarny komplet z miękkiej koronki. Stanik podkreślał pełne piersi, a wysoki pas do pończoch obejmował talię i prowadził wzrok ku krągłości bioder. Wybrała go razem z Janem. To on zapiął rano drobne haftki i powiedział, że będzie o nich myślał przez całą drogę.

Teraz patrzył na tę bieliznę ktoś inny.

Pozwoliła sukience opaść na podłogę. W odbiciu szyby zobaczyła, jak Tomasz bierze głębszy oddech.

— Jan miał dobry gust — powiedział.

— Ja ją wybrałam. Jan tylko zatwierdził.

Tomasz uśmiechnął się.

— To brzmi bardziej wiarygodnie.

Nina odwróciła się, podeszła do niego i zaczęła rozpinać guziki koszuli. Nie spieszyła się. Chciała widzieć każdą zmianę w jego twarzy i czuć, że to ona wyznacza tempo. Gdy odsunęła materiał, przesunęła dłonie po klatce piersiowej Tomasza. Objął jej nagie ramiona.

Pocałowali się ponownie.

Z drugiego pokoju dobiegł cichy śmiech Emilii, a potem nieokreślony szmer. Nina na moment przymknęła oczy. Wyobraziła sobie męża z przyjaciółką, zieloną koronkę i znajome dłonie uczące się obcych reakcji. Zazdrość wróciła, ale teraz miała w sobie także czułość.

Tomasz musnął ustami jej skroń, szyję i ramię. Odpowiedziała ruchem, przyciągając go bliżej. 

Usiadła przed nim na łóżku i sama rozpięła koronkowy stanik. Nie zdjęła go od razu. Pozwoliła, by ramiączka zatrzymały się na ramionach, a jego spojrzenie dokończyło gest. Potem odłożyła bieliznę na krzesło obok sukienki. Pas i pończochy pozostawiła na sobie.

Tomasz wyciągnął do niej dłonie, lecz zatrzymała go lekkim ruchem głowy. Najpierw dokończyła rozpinanie jego koszuli, guzik po guziku, po czym zsunęła ją z szerokich ramion. Wydawał się cięższy i bardziej spontaniczny niż mąż, a jednocześnie pozostawał zaskakująco nieruchomy, kiedy to ona przejmowała inicjatywę.

Ta różnica podobała jej się właśnie dlatego, że nie próbowała niczego rozstrzygać.

Posadziła go głębiej na łóżku i usiadła na jego kolanach. Pocałunek zaczął się wolno, lecz szybko zmieniła tempo. Kiedy dłonie Tomasza zacisnęły się na jej talii, cofnęła się o kilka centymetrów i spojrzała mu w oczy. Rozluźnił uścisk. Dopiero wtedy sama wróciła bliżej.

Nina przesunęła się z kolan Tomasza na brzeg łóżka. Pozwoliła mu całować szyję, ramiona i miejsce nad koronkowym pasem, ale nadal kierowała tempem dłonią na karku. Kiedy nowy dotyk stawał się zbyt szybki, zwalniała go naciskiem palców. Gdy chciała więcej, sama przybliżała biodra.

Zszedł niżej. Zatrzymał się przy jej piersiach dłużej, niż się spodziewała — brał sutek do ust, przytrzymywał, puszczał, wracał, aż odchyliła się na łokcie i straciła poczucie czasu. Potem przesunął usta wzdłuż żeber, przez brzuch, do koronkowej krawędzi pasa. Tam się zatrzymał i podniósł wzrok.

Pytał bez słów.

Odpowiedziała, unosząc biodra o kilka centymetrów.

Zsunął jej figi jednym powolnym ruchem, przełożył je przez pończochy i odłożył na krawędź materaca. Potem ukląkł na dywanie, ułożył jej nogi na swoich ramionach i przyciągnął ją do samego skraju łóżka.

Wciągnęła powietrze przez zęby.

Jan miał własny, dobrze jej znany rytm, wypracowany przez cztery lata; potrafiła w nim dojść niemal na komendę. Tomasz dopiero szukał. Był wolniejszy, cięższy, mniej precyzyjny i przez to nieprzewidywalny; nie wiedziała, co zrobi za trzy sekundy, i właśnie ta niewiedza trzymała ją w napięciu tak wysokim, że przez chwilę bała się, iż skończy się to za szybko.

Kiedy odnalazł miejsce, na które jej ciało odpowiedziało najmocniej, wydała dźwięk, który poniósł się przez otwarte drzwi aż na korytarz.

Zatrzymała go dłonią we włosach. Nie z zawstydzenia — chciała tylko odzyskać kilka sekund. Posłuchał natychmiast, oparł policzek o wnętrze jej uda i czekał, oddychając nierówno w rozgrzaną skórę.

— Jeszcze — poprosiła po chwili.

Nie potrzebowała wielu słów. Tomasz uczył się jej reakcji na bieżąco.

Po chwili Nina wstała i stanęła przy oknie. Nocna szyba odbijała ich sylwetki. Tomasz znalazł się za nią. W odbiciu widziała czarny pas na własnej talii i jego nagi tors, ale nie to, co działo się po drugiej stronie korytarza.

To właśnie brak pełnego obrazu działał najmocniej. Nie wiedziała, czy mąż nadal całuje Emilię, czy pomaga jej zdjąć bieliznę, czy może na chwilę zatrzymał się tak jak ona. Zamiast pozwolić wyobraźni zamienić ciekawość w lęk, odwróciła się do Tomasza i sama poprowadziła go z powrotem na łóżko.

Nina rozpięła pasek Tomasza i zsunęła mu spodnie oraz bieliznę, a on odłożył je obok koszuli. Z krawędzi materaca podniosła własne czarne figi i położyła je przy staniku, pozostając w pasie i pończochach.

Odwróciła się i przez moment po prostu na niego patrzyła.

Jan był szczuplejszy, a jego ciało nie kryło przed nią żadnych niespodzianek — oswoiła je tak dobrze, że od dawna przestała patrzeć. Tomasz był cięższy, szerszy i większy, na tyle wyraźnie, że w brzuchu poczuła ten sam ostry dreszcz, który spadł na nią wcześniej przy widoku dłoni męża na obcym materiale.

Tomasz dostrzegł jej spojrzenie, lecz nie skomentował go.

— Jesteś większy od Jana — powiedziała Nina.

Tomasz nie poruszył się. Obserwował jej twarz, czekając na dalszy gest. Przesunęła dłonią po jego udzie i uklękła między jego kolanami.

— Chcę cię spróbować, zanim pójdziemy dalej.

Objęła go dłonią u nasady i przez moment patrzyła mu w oczy, zostawiając mu czas na reakcję. Kiedy pochyliła głowę, Tomasz wciągnął powietrze i oparł dłoń o materac.

Nie spieszyła się i nie próbowała niczego udowadniać. Brała go do ust stopniowo, po każdym ruchu odsuwając się na tyle, by widzieć zmianę w jego twarzy. Większy rozmiar wymagał ostrożności, ale właśnie to skupienie sprawiało jej przyjemność. Gdy biodra Tomasza drgnęły, położyła drugą dłoń na jego udzie i utrzymała własny rytm.

Po chwili przerwała, zanim napięcie zdążyło znaleźć finał. Otarła kciukiem kącik ust, uniosła się i sama przyciągnęła go do pocałunku.

Na stoliku czekały zabezpieczenia. Wyjęła jedno zamknięte opakowanie i podała mu je. Folia zaszeleściła, po czym Tomasz odłożył puste opakowanie do małego kosza przy łóżku.

Położyli się na środku łóżka, twarzą do siebie. Objęła Tomasza, uniosła kolano na jego biodro i pierwsza przyciągnęła go do siebie, sama go w siebie wprowadzając.

Wszedł w nią powoli, a mimo to w połowie drogi zatrzymała go dłonią na piersi. Nie czuła bólu, tylko intensywną pełnię, do której jej ciało nie było przyzwyczajone. Zamknęła oczy i oddychała, aż napięcie ustąpiło.

— Poczekaj — szepnęła. — Jeszcze chwilę.

Tomasz czekał. Kiedy w końcu skinęła głową, dokończył jednym powolnym ruchem, a ona wypuściła powietrze wprost w jego szyję.

Przez pierwsze minuty pozostali na boku, blisko i niemal nieruchomo. Utrzymywali kontakt wzrokowy; każde pchnięcie było krótkie, płytkie i mierzone. Potem obróciła Tomasza na plecy i usiadła nad nim, przejmując pełną inicjatywę. Teraz sama decydowała, ile z niego przyjmie, i przez długi czas nie przyjmowała wszystkiego. Włosy opadły jej na ramiona, pończochy przesunęły się po jasnej narzucie, a dłonie Tomasza zatrzymały się na jej talii. Nie narzucał tempa. Odpowiadał na rytm, który nadawała.

Nina zwolniła celowo. W małżeńskiej sypialni z Janem potrafiła pozwolić sobie na roztargnienie, śmiech i znajomą niedbałość; wiedziała, kiedy dojdzie, jeszcze zanim zaczęli. Tutaj nowość wymagała pełnej obecności. Każdy oddech Tomasza był informacją, każdy gest — wskazówką, a każde zejście do końca — decyzją podejmowaną osobno. To skupienie miało własną zmysłowość.

Stopniowo przestała kontrolować każdy ruch. Pozwoliła Tomaszowi obrócić ją na plecy i przez kilka chwil prowadzić — a robił to inaczej niż Jan: wolniej, do samego końca i z krótkim zatrzymaniem przy każdym powrocie, po którym musiała złapać oddech. Podłożył dłoń pod jej krzyż i uniósł biodra, aż pończochy napięły się na udach, a palce Niny zacisnęły się na jego przedramieniu.

Potem posadziła go przy wezgłowiu, usiadła na nim, zwrócona twarzą do niego, i znów przejęła rytm. Nie patrzyła już ku korytarzowi. Chciała pozostać całkowicie w tym pokoju i w wyborze, którego dokonała. Oparła dłonie na barkach Tomasza, przyspieszyła, po czym nagle zwolniła, przedłużając ostatnią fazę zbliżenia.

Przyjemność narastała etapami, raz cofając się, raz wracając. W końcu przestała się cofać. Nina wyprostowała się, oparła jedną dłoń za sobą na jego udzie, drugą przycisnęła do siebie i zaczęła poruszać się krótko, mocno, całkiem już bez elegancji. Pas i pończochy przesuwały się po pościeli. Tomasz oddychał w tym samym rytmie i trzymał ją za biodra tak, żeby nie mogła zsunąć się ani o centymetr.

Gdy Nina osiągnęła kulminację, poczuła ją najpierw w udach, potem wszędzie naraz — długo, falami, z tym jednym dodatkowym uderzeniem na końcu, którego nie znała z małżeńskiej sypialni. Tomasz przytrzymał ją blisko, a ona schowała twarz w jego szyi i przez kilkanaście sekund nie potrafiła się poruszyć. Chwilę później, kiedy nadal obejmowała go udami, Tomasz także osiągnął kulminację i przytulił ją do siebie całym ciężarem.

Włożył spodnie. Podał Ninie wodę. Wypiła połowę szklanki, siedząc pod lekką narzutą. Po kilku minutach założyła jego koszulę. Materiał sięgał do połowy ud, ale między rozchylonymi połami wciąż było widać czarny pas, a poniżej ciemniały pończochy.

— Chcę zobaczyć Jana.

— Jasne.

Nie wyszli od razu. Nina dała drugiej parze tyle czasu, ile sama chciałaby dostać.


Zanim Emilia zaprowadziła Jana do sypialni po prawej stronie korytarza, podniosła z dywanu jego krawat i zabrała go ze sobą. Położyła jedwab na nocnym stoliku, obok karafki z wodą, po czym wysunęła bluzkę ze spódnicy. Jan patrzył, jak zielony materiał unosi się, odsłaniając koronkowy stanik i miękką linię talii. Nie sięgnął pierwszy. Zdjęła bluzkę przez głowę i ułożyła ją na fotelu.

— Teraz możesz patrzeć — powiedziała.

Podszedł i pocałował ją spokojniej, niż robił to wcześniej w salonie, ale Emilia wyczuła pod tym spokojem napięcie. Przesunęła dłonią po jego karku, a drugą wsunęła pod rozpiętą koszulę. To ona skróciła dystans i poprowadziła ich w stronę łóżka.

Z żoną Jan znał wszystkie skróty. Po sposobie, w jaki odkładała książkę, rozpoznawał jej nastrój; wiedział, kiedy żartować, a kiedy pozostawić ciszę. Emilia nie dawała mu tej pewności. Musiał obserwować oddech, napięcie ramion i dłoń, która raz przyciągała go mocniej, a chwilę później zwalniała. Brak znajomych skrótów skupiał na niej całą jego uwagę, a ona odbierała to niemal fizycznie — jak światło skierowane wyłącznie na nią.

Emilia rozpięła mu koszulę do końca, guzik po guziku. Zsunęła materiał z jego ramion, a następnie wsunęła palce pod biały podkoszulek i ściągnęła go przez głowę. Jan odpowiedział pocałunkiem w szyję. Prowadził usta powoli, od miejsca pod uchem ku obojczykowi, podczas gdy palce wędrowały po nagich plecach i zatrzymywały się przy pasku spódnicy.

Usiadła na skraju łóżka i pociągnęła go ku sobie za pasek spodni. Zielona koronka, czarna spódnica i jedwabny krawat leżący obok tworzyły obraz, który zapamiętywał mimo narastającej ciekawości tego, co działo się po drugiej stronie korytarza.

Wtedy z oddali dobiegł przytłumiony głos Niny. Dłoń Jana znieruchomiała na ramieniu Emilii. Nie udawała, że nie rozumie.

— Ja też o nim myślę — przyznała cicho. — I nadal chcę być tutaj.

Przyciągnęła go do siebie, kończąc chwilę zawahania pocałunkiem. Jan przesunął dłonie po jej bokach, rozpiął spódnicę i powoli zsunął ją z bioder. Emilia odsunęła ubranie stopą. Przez moment została przed nim w zielonej koronce, świadoma jego skupionego spojrzenia. Obróciła się, pozwalając mu odpiąć stanik, lecz gdy ramiączka opadły, sama odwróciła się z powrotem i przycisnęła do jego piersi.

Nie spieszyli się. Uczyli się reakcji drugiej osoby w pocałunkach i dotyku, zatrzymując się przy każdym geście, który zmieniał oddech. Dopiero kiedy oboje przestali spoglądać ku drzwiom, Emilia zsunęła figi, a Jan pozbył się spodni i bielizny. Tym razem żadne z nich nie potrzebowało porównań. Wystarczało to, co działo się między nimi.

Kiedy był gotowy, usiadła okrakiem na jego biodrach.

Naprowadziła go dłonią i zaczęła się opuszczać.

Zajęło to więcej czasu, niż przewidywała. Co pewien czas zatrzymywała się z czołem opartym o jego czoło, oddychając powoli i pozwalając ciału nadążyć. Jan trzymał dłonie na jej udach i ani razu nie pociągnął jej w dół. Kiedy w końcu usiadła do końca, położyła mu dłoń na piersi.

— Nie ruszaj się jeszcze. Jest mi bardzo dobrze.

Pozostał nieruchomo, dopóki sama nie uniosła bioder. Zaczęła poruszać się powoli, ledwie na tyle, żeby poczuć każdy powrót osobno. Jan, zwykle pewny przy żonie, oddał jej inicjatywę bez próby udowodnienia czegokolwiek.

Później Emilia pozwoliła mu obrócić ich na bok i przejąć tempo. Z tej strony wchodził w nią głębiej i po kilku ruchach wydała dźwięk, którego nie zdążyła zatrzymać. Jego opanowanie zaczęło pękać, lecz uwaga pozostała. Kiedy chciała zwolnić, kładła dłoń na jego piersi, a on odpowiadał natychmiast. Gdy ponownie przyciągała go biodrami, wracał do mocniejszego rytmu.

Po chwili ułożyła go na plecach, ponownie usiadła nad nim i sama poprowadziła ostatnią część zbliżenia. Rytm stał się mocniejszy, lecz nadal uważny. Emilia nie tłumiła reakcji i nie próbowała brzmieć jak ktokolwiek poza sobą. Gdy przyjemność osiągnęła szczyt, pochyliła się nad Janem, z włosami opadającymi mu na twarz, i przytrzymała go blisko. Niedługo później również on znieruchomiał w jej ramionach. Pozostał przy niej, aż ich oddechy się uspokoiły.

Po wszystkim  włożył podkoszulek i spodnie, a Emilii podał swoją koszulę. Usiadła obok niego, dopiła wodę i przez chwilę trzymała jego dłoń. Dopiero po kilku spokojnych minutach oboje wstali i wrócili do salonu.

W salonie ogień przygasł. Emilia i Jan siedzieli na dywanie, oparci o kanapę. Ona miała na sobie jego koszulę, on zaś biały podkoszulek i spodnie. Kiedy weszli Nina i Tomasz — ona w jego koszuli — wszyscy czworo wybuchnęli śmiechem.

Napięcie pękło.

Nina usiadła obok męża, a ten objął ją ramieniem i pocałował w skroń. Emilia przysunęła się do Tomasza, opierając głowę na jego barku.

Przez chwilę nikt nie mówił. Nie była to jednak cisza pełna wstydu. Raczej spokój ludzi, którzy wrócili z osobnych brzegów i upewniali się, że wspólny most nadal stoi.

— I co? Wszyscy cali? — odezwała się w końcu Emilia.

— Zazdrosny — przyznał Jan. — Ale nie tak, żebym żałował. Jakbym zobaczył Ninę po raz pierwszy, a jednocześnie znał ją lepiej niż wcześniej.

Nina ścisnęła jego dłoń.

— Miałam podobnie, kiedy patrzyłam na ciebie z Emilią. Przez sekundę chciałam podejść i zabrać cię tylko dla siebie. A sekundę później chciałam patrzeć dłużej.

Tomasz pokiwał głową, zapatrzony w przygasający ogień.

— Ja się bałem, że zacznę się porównywać.

— I porównywałeś? — spytał Jan.

— Trochę tak. Potem dotarło do mnie, że przecież nikogo tu nie zastępujemy.

Emilia przesunęła palcem po obrączce Tomasza.

— To chyba najważniejsze.

Rozmawiali jeszcze długo, już bez kart. O tym, co ich zaskoczyło, co chcieliby zachować tylko jako jednorazowe wspomnienie, a co być może kiedyś powtórzyć. Nikt nie składał deklaracji w imieniu drugiej osoby. Nikt też nie udawał, że zazdrość zniknęła. Stała się czymś, o czym mogli mówić, zamiast czymś, co pracowało za zamkniętymi drzwiami.

Przed snem każde małżeństwo wróciło do swojej sypialni.

Nina zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Nadal miała na sobie koszulę Tomasza. Mąż podszedł, rozpiął pierwszy guzik i popatrzył na czarną koronkę.

— Cały wieczór myślałem o tym komplecie.

— Przecież widziałeś go rano.

— Rano wyglądał inaczej.

Objęła go za szyję.

Pocałunek z mężem był znajomy, ale nie rutynowy. Niósł wszystko, co wydarzyło się tej nocy: cudze spojrzenia, zazdrość, odwagę i ulgę. Znał ten rytm, lecz teraz zwracał uwagę na każdy szczegół tak, jakby naprawdę odkrywał ją ponownie.

Zdjęła koszulę Tomasza i położyła ją starannie na krześle.

— Jutro mu oddam.

— Krawat pewnie wróci do mnie w podobny sposób.

Roześmiała się i pociągnęła męża w stronę łóżka.

Następnego ranka obudzili się późno. W kuchni pachniała kawa, a Emilia smażyła jajka w zbyt dużej koszuli Jana. Jego krawat wisiał już na oparciu krzesła. Koszula Tomasza leżała złożona obok.

Granatowa szkatułka nadal stała na stole.

Nina otworzyła ją i spojrzała na niewykorzystaną połowę talii. Potem zamknęła wieczko.

— Nie gramy dalej? — zapytał Tomasz.

— Nie dzisiaj. Dzisiaj wolę śniadanie.

Mąż podał jej kubek kawy.

— Rozsądna kobieta.

— Nie przyzwyczajaj się.

Emilia usiadła naprzeciwko i uniosła kubek. Wszyscy wymienili uśmiechy, w których było więcej porozumienia niż skrępowania.

Karty spełniły swoje zadanie. Nie powiedziały im, co mają robić. Pomogły jedynie wyłożyć na stół pragnienia, które wcześniej trzymali blisko piersi.

Resztę wybrali sami.

Opowiadanie jest fikcją. Wszystkie osoby uczestniczące w opisanych relacjach mają od dwudziestu siedmiu do trzydziestu lat, są niespokrewnione i działają dobrowolnie.
 

70
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.