Króliczek (remastered)
15 marca 2026
1 godz 17 min
Klik, klik. Wibracja.
Wiadomość z Messengera.
Naughty Bunny: Jesteś tam? (emotikon znak zapytania).
Alex the Dominator: Tak.
NB: Dlaczego nie odzywasz się od prawie tygodnia? Pisałam do Ciebie kilka razy na Pokątnych, ale nie zareagowałeś (emotikon złość).
AD: Miałem sporo pracy, poza tym chyba masz chłopaka, który powinien Cię zabawiać, prawda?
NB: Chłopaka–sropaka. Dzieciaka, dla którego ważniejsze jest zrobienie skilli w jakiejś grze sieciowej od wyjścia z dziewczyną do kina. Albo na imprezę (emotikon smutek).
AD: I co, szukasz pocieszenia, korespondując ze stetryczałym, starym zbokiem (zdziwiony)?
NB: Oj, mój zboczku, przecież rozumiesz mnie lepiej, niż większość rówieśników. Twoja żona na pewno musi być dumna, mając za męża mężczyznę, wykazującego taką kreatywność w sypialni (puszczanie oczka).
AD: Moja żona to oziębła flądra, dla której seks ze mną to zło konieczne. Woli spotykać się ze swoimi koleżankami z cyckami wielkości pinezek, plotkując pół wieczoru i paląc papierosy jak lokomotywa. Śmierdzi potem kotłownią, a ja nie mam ochoty całować się z popielniczką (irytacja).
Pięć minut przerwy. Zniknęła? Wpatruję się w ekran telefonu, niecierpliwie bębniąc palcami w udo i rozglądając się po pokoju.
… (w aplikacji pojawiają się kropki symbolizujące pisanie tekstu przez rozmówcę po drugiej stronie)
NB: Sorry, ale ten dzieciak nawet nie wie, jak włączyć pralkę. A zrozumienie faktu, że ciuchów białych nie można prać z kolorowymi, jest dla niego na tyle skomplikowane, niczym rozwiązanie przeze mnie równania matematycznego trzeciego stopnia w pamięci. Z kim ja, do cholery, mieszkam? (zła)
AD: Wiesz, niektórzy rodzą się geniuszami w pewnych dziedzinach, a nie potrafią zrobić zakupów albo dobrać sobie odpowiednich ubrań prezentując się niczym klowny. Pokaż mu, jak to się robi, ale opieprzaj za brak inicjatywy, nie za niewiedzę.
Chwila przerwy, znowu kropki.
NB: Kiedy napiszesz coś nowego? Ostatnie opowiadanie było bardzo podniecające (uśmiech).
AD: Podniecające? Po tylu latach wciąż czujesz się podniecona moimi chorymi fantazjami?
NB: Gdybym była Twoją żoną, z chęcią zrealizowałabym większość z nich z Tobą w realu. Pokazałeś wreszcie Iwonie to, co piszesz? Po tylu latach może wprowadziłoby to trochę pikanterii w Wasz związek.
AD: Dwudziestojednoletnia dziewczyna, która mogłaby być moją córką, udziela porad małżeńskich. Świat oszalał (zaskoczenie).
NB: Ta dwudziestojednoletnia dziewczyna zna Cię lepiej, niż Twoja druga połowa.
AD: Jedno muszę Ci przyznać, masz tupet, Króliczku.
NB: Nie znoszę, jak mnie tak nazywasz, repie (złość). Nie odpowiedziałeś na pytanie. Jak zamierzasz ratować małżeństwo?
AD: Chciałaś powiedzieć, smutne jak pizda małżeństwo. Nie wiem, czy to w ogóle da się uratować. Dzieci wyprowadziły się na swoje, nic nas ze sobą nie trzyma. I odpowiadając na Twoje wcześniejsze pytanie, nie, nie pokazałem jej żadnego z tekstów. Odnoszę wrażenie, że to nie byłby dobry pomysł (brak emocji).
NB: Dlaczego?
AD: Iwona (chwila pauzy) nie sypia ze mną od dawna.
NB: Przepraszam, nie chciałam być wścibska i sprawić Ci przykrości.
AD: Nie przejmuj się, poza tym przecież rozmawiamy o takich sprawach od dawna. Nie mówiłem o tym wcześniej, bo… – chwila pauzy – bo po prostu się wstydziłem. To trwa od tak długiego czasu, że przestałem zwracać na to uwagę. Nie ma o czym rozmawiać, o czym pisaliśmy?
NB: O Twoim opowiadaniu. Było bardzo, bardzo podniecające. Zwłaszcza fragment, gdy główny bohater wylizał cipkę księżniczce (puszczanie oczka).
AD: Tak? Jak bardzo?
NB: Tak bardzo, że zamiast zrobić to z dzieciuchem, który ze mną mieszka, wolałam włożyć w siebie palec, myśląc o Twoim języku, zanurzającym się i wydostającym się z mojego wnętrza (szeroki uśmiech).
AD: I co, pomyślałaś sobie, że to Ty jesteś księżniczką? (pokazywanie języka).
NB: Pewnie! A główny bohater to Ty. Najpierw liżący mnie ze smakiem, a później rżnący wielkim, twardym drągiem (śmiech).
AD: Niepoprawna erotomanka. Zapomniałaś, że już od dawna nie jesteś dziewicą (chichot)…
NB: Sugerujesz, że jestem puszczalska, dziadku (złość)?
AD: Raczej masz bujne życie erotyczne, moja muzo (zadowolenie).
NB: Ale pięknie! Powinnam poczuć się doceniona, że mój ulubiony autor i internetowy kochanek uważa mnie za inspirującą go do erotycznych fantazji młodocianą dziwkę (szatański uśmiech)?
AD: Twoja twórczość sugeruje, że kręci Cię ten sport, dziecko.
NB: Wkurzasz mnie, dziadku! Myślisz, że jak jesteś taki mocny w gębie, to wszystkie na Ciebie lecą? Pewnie nie możesz go do końca postawić i wkładasz w zwisie do połowy kolan (złość).
AD: Gdybym miał zwis do połowy kolan, byłbym inwalidą, Króliczku.
NB: Rozłączam się, denerwujesz mnie jeszcze bardziej, niż Bartek (złość).
AD: Strasznie się dzisiaj złościsz! Całuski i buziaczki od jednookiego węża (śmiech)!
NB: Niedoczekanie Twoje, możesz sobie zrobić dobrze ręką. Ewentualnie ustami, jeśli jesteś wygimnastykowany!
AD: Przed chwilą chciałaś rozkładać przede mną nogi, a teraz każesz męczyć kapucyna łapą (zdziwienie)?
NB: Zmieniłam zdanie, spadaj!
AD: Napiszę coś specjalnie dla Ciebie i wyślę na priv. Coś wyjątkowego, tylko dla mojej muzy.
NB: Na pewno to będzie tak perwersyjne, że Iwona czytając, to wezwie księdza na egzorcyzmy (śmiech). Muszę uciekać, pranie i różne ważne, domowe sprawy czekają. Buziak, Aleks (buziak)!
AD: Pa, Króliczku.
Telefon milknie. Bateria i ekran rozgrzały się od częstego klikania. Zniknęła, czuję pustkę i zniechęcenie. Zejdę na dół i znowu będę musiał znosić jej obecność.
Mojej żony.
Schody.
W salonie świeci się światło.
– Michał, jesteś tam? – Słyszę głos Iwony.
– Tak, chcesz coś zjeść? Mam ochotę na porządną kolację.
– Nie, umówiłam się z Grażyną na zakupy. W lodówce masz obiad, jeśli jesteś głodny, możesz się poczęstować. – Wychodzi z przedpokoju. Granatowa, przylegająca do ciała kiecka ze sporym dekoltem, kolczyki i czarne szpilki. Ciekawe, czy Grażyna będzie ubrana podobnie.
Na zakupach.
A może to nie Grażyna jest jej dzisiejszym towarzyszem? Może to jakiś cwaniaczek, trzydziestoletni, napakowany trener fitnessu. Dawid, Kewin, Brajan albo inny aparat z kutasem gabarytów cukinii, uśmiechem modela i łapskami jak imadła? A na zakończenie udanej imprezy będzie rżnął ją jak dziki, gdzieś w hotelu pod miastem, w wynajętym pokoju?
Powinienem być zazdrosny.
A jedyne co czuję, to zobojętnienie.
A niech idzie, przynajmniej nie będę się wkurwiał, że zrzędzi mi nad głową przez pół wieczoru, gadając o tym, jak to jest znudzona i wyczerpana życiem.
– Lecę, jestem już spóźniona. – Dostaję oschłego buziaka na pożegnanie i już jej nie ma.
Trójka dorosłych dzieci, czterdzieści trzy lata na karku, dwadzieścia dwa lata małżeństwa i zero perspektyw. Ten związek to Titanic bez kapitana i sternika, dryfujący gdzieś pomiędzy lodowymi górami północnego Atlantyku. W końcu pierdolnie w jedną z nich i rozbije się z hukiem.
Zaglądam do lodówki, faktycznie zrobiła obiad, przynajmniej nie będę głodował albo zamawiał żarcia. Trzeba przyznać, że gotować potrafi. W jej przypadku powiedzenie „przez żołądek do serca” zdało egzamin, przynajmniej przez pierwsze kilka lat małżeństwa. A później, to równia pochyła się zaczęła robić, ot co.
Pochłaniam lasange i… co dalej? Jest piątek, na pisaninę nie mam ochoty, wyjść do knajpy i zachlać gębę? Chętni pewnie by się znaleźli, ale… za stary się czuję. Murowany kac przez pół weekendu, a na umieranie z bólem głowy szkoda mi czasu i życia. Przeglądam kontakty w telefonie.
Sylwia!
Cholera! Jest nadzieja!
Dzwonię.
Jeden sygnał.
Dwa.
Trzy.
Cztery.
Kurwa.
Piąty.
– Halo? – Słyszę zalotny i ciepły, wysoki, damski głos. – Już myślałam, że o mnie zapomniałeś, Michałku.
– Sylwuś, jak mógłbym zapomnieć o mojej najwspanialszej dupci. – Kokietuję ją. – Znajdziesz dzisiaj dla mnie czas, kochana? – Mam nadzieję, że desperacja w moim głosie nie jest aż tak słyszalna.
– No wiesz, niby jestem już umówiona. – Śmieje się prosto w słuchawkę. Wisisz na mojej smyczy, samcze. – Zawsze mogę jednak odwołać spotkanie. Chcesz przyjechać do mnie, czy ja mam pojawić się w twojej rezydencji, ogierze?
– Tym razem u ciebie, za ile mam być? – Zdaję sobie sprawę, że słyszy, w jakiej jestem potrzebie.
– No cóż, pół godziny i ani chwili dłużej, bo inaczej wiesz, co cię czeka?
– Tak, wiem. Kara. Spóźnię się o godzinę. – Słyszę śmiech w słuchawce. – Do zobaczenia niedługo.
– Paa! – Żegna się ze mną.
Biegiem wpadam do łazienki, szybki, pięciominutowy prysznic i po chwili wychodzę z domu.
Droga z Kabat na Mokotów nie jest na szczęście zbyt długa, a późnym wieczorem korki nie dokuczają tak jak w ciągu dnia. Taksówka parkuje pod blokiem, a ja raźnym krokiem ruszam w kierunku zabudowań.
Dzwonek.
Ciche i melodyjnie „Cztery Pory Roku” Vivaldiego ledwie przebijają się przez zbrojone, ciężkie drzwi. Czekam kilkanaście sekund i w końcu wrota lokalu rozpusty otwierają się. Sylwia, trzydziestotrzyletnia brunetka z narzuconym, przezroczystym, białym szlafrokiem na koronkową halkę z uśmiechem wita mnie w progu, całując na przywitanie. Znamy się od sześciu lat, traktuje mnie chyba jak przyjaciela i tylko fakt, że płacę jej za seks, powstrzymuje nas od nadania naszym stosunkom bardziej intymnego charakteru. Może nawet związku?
Ależ ona ma ciało. – Obserwuję ją podczas nalewania wódki. – Koronkowa halka z trudem zakrywa duże piersi, krągła pupa co rusz powoduje przyspieszenie oddechu, wysuwając się spod ciemnego, koronkowego materiału. Brązowe, kręcone włosy falują na ramionach, a ciemne oczy wpatrują się we mnie, sondując nastrój.
– Zastanawiałam się ostatnio, czy nie znalazłeś sobie innej? – Podchodzi i podaje szklankę. Jako eks barmanka robi świetne drinki, zawsze dziwiłem się, dlaczego została damą lekkich obyczajów. Kobieta z jej inteligencją, wiedzą i urodą powinna być dużo wyżej.
Gasi górne światło i zostawia włączone dwa kinkiety na ścianach.
Choć z drugiej strony, może tak jest jej po prostu dobrze? Lubi seks, a pieniądze są na tyle atrakcyjne, że nie musi martwić się, żeby przeżyć od pierwszego do pierwszego?
Mam ważniejsze sprawy na głowie, nie przyszedłem tu w celu rozprawiania nad życiem i przyszłością Sylwii.
– Iwona. – Zaczynam mówić i próbuję drinka. – Mhmm, jest świetny, wow. – Uśmiecham się z uznaniem.
– Specjalny klient, wyjątkowy drink. – Zastałem Sylwię w dobrym humorze. – Nie odpowiedziałeś na pytanie.
– Nie ma o czym za bardzo mówić – wyjaśniam. – Pracuję po kilkanaście godzin, a w dodatku mieszkam z wiedźmą, którą muszę tolerować, wysłuchiwać jej zrzędzenia i wylewania żółci. Jak to nie jest jej ciężko i czego ona w życiu nie przeżyła. Sylwia, kurwa mać, to nie jest łatwe, wierz mi.
– Michał, wiem, że nie powinnam się wtrącać i wypowiadać na ten temat. – Uchyla szklankę i patrzy na mnie brązowymi oczami. – Może czas zastanowić się nad nią?
– Co masz na myśli? – Zadając pytanie, w zasadzie znam odpowiedź.
– Zastanawiałeś się nad rozstaniem? Rozwód w tym wieku to nie jest ewenement. Masz czterdzieści lat i jesteś naprawdę łakomym kąskiem. – Wysuwa prowokująco języczek.
– Czterdzieści trzy. – Poprawiam ją, wywraca oczami do góry. – Chcesz założyć obrączkę? – Z Sylwią mogę rozmawiać jak z kumplem.
– Kokietujesz mnie, Michciu. – Śmieje się, sącząc drinka. – Wiesz dobrze, że nie wytrzymalibyśmy razem tygodnia i nie mówię nawet o małżeństwie, a o zwykłym związku. Mam za bardzo władczy i dominujący charakter. A mój Michaś nie da się zdominować, prawda? – Przysuwa się i głaszcze mnie po ramieniu.
– No nie dam. – Zerkam na dłoń z kilkoma małymi pierścionkami, zjeżdżającą niebezpiecznie w kierunku mojego krocza.
– Mhm. – Odstawia szklankę na komodę obok. – I chciałbyś, żeby twoja Sylwuś wygoniła wszystkie demony z głowy, prawda? – Krąży palcami po podbrzuszu. Czuję, jak dżinsy stają się mocno obcisłe.
– Z obu głów. – Chwytam ją za brodę i całuję delikatnie w usta. Zawsze tłumaczyła mi, że nie daje całować się klientom i tylko dla mnie robi wyjątek. Czuję się prawdziwie wyróżniony.
Oddaję pocałunek i po chwili nasze usta spotykają się jak dopasowane do siebie połowy idealnego kształtu. Wyczuwam dyskretną woń kosmetyków i zapach waniliowego balsamu do ciała, użytego po kąpieli.
Wstaje, podchodzi do niedaleko znajdującego się stołu, odwraca się do mnie i wypina pupę. Między dwoma naprężonymi pośladkami rozchylają się różowe, idealnie wydepilowane wargi. Członek za chwilę przebije się przez spodnie i pozbawi mnie dolnego uzębienia.
– Spóźniłeś się – mruczy, zachęcając wzrokiem do działania. – A za spóźnienie się jest kara.
– Tak, moja pani. – Na klęczkach powoli zbliżam się do niej. – Zrobię wszystko, co każesz.
Bez słowa chwyta za pośladki i palcem wskazującym dotyka lekko powierzchni swojej świątyni między nimi. To sygnał do działania. Na kolanach docieram do stołu i zaczynam całować wewnętrzną stronę ud na wysokości kolan, Sylwia, żeby ułatwić zadanie, staje w większym rozkroku i wypina pupę. Język cierpliwie wędruje coraz wyżej, rękami dotykam chłodnych pośladków i ściskam je dość mocno, wywołując ból i zaczerwienienie skóry.
Wreszcie docieram do celu podróży i odwracając ją do siebie przodem, wsuwam między nogi. Czuję zapach i ciepło miejsca, które za chwilę przeżyje apokalipsę po ataku moich ust. Zaczyna drżeć, kiedy czubek języka rozchyla wargi i łagodnie penetruje wnętrze, co rusz zagłębiając się coraz dalej. Halka wędruje do góry i całkowicie naga stoi nade mną z pożądaniem w oczach. Pełne piersi z zawadiacko stojącymi sutkami, niczym dwie, potężne chmury gradowe zasłaniają światło z kinkietu nad nią.
Jest idealnie wygolona, studiuję cipkę niczym jubiler dwudziestoczterokaratowe diamenty, nie dostrzegam nawet jednego włoska.
Zuch dziewczyna.
Czubek języka zaczyna wędrówkę w górę i w dół, a głowa porusza się, raz po raz zwalniając i przyspieszając. Zerkam na Sylwię. Jedną z dłoni opiera się o stół, trzymając drugą za pierś i mocno ściskając napięty sutek. Napieram ostro na łechtaczkę, czując twardniejący guziczek pod powierzchnią języka, co wywołuje spazm rozkoszy.
– Mhmmm – jęczy przez zaciśnięte usta. – Och, jeszcze wsuń palec, błagam!
Spełniam życzenie. Sprawienie przyjemności kobiecie wbrew pozorom nie jest tak trudne. Trzeba tylko i aż obserwować i dotykać tam, gdzie ona odpowiednio reaguje. Palec jest mokry, czuję, jak śluz sączy się w dół, po dłoni, a czubek języka muska coraz szybciej płatki.
– Wspaniale! – Zaczyna oddychać szybko i instynktownie zaciskać nogi.
Czyżby taka profesjonalistka jak ona, dała się tak łatwo doprowadzić jakiemuś amatorowi?
Uznaję, że nadszedł odpowiedni czas i dokładam drugi palec. Nieprawdopodobne ciepło, niczym powietrze w upalny dzień w lesie równikowym otacza dłoń, która momentalnie zaczyna się poruszać w rytmie przeciwnym do głowy.
– Tak, zrób to szybciej ręką! – Podnosi głos coraz bardziej, zamyka oczy i puszcza czerwoną od uścisku pierś. Biodra wysuwają się do przodu i zaczynają podrygiwać w nerwowym tańcu.
Pracuję ręką coraz szybciej, język wykonuje szalone esy–floresy.
Nadchodzi szczyt. Krzyk, spazmy, chwyta mnie mocno za włosy.
– Michał! – Zaciska nogi, odchyla głowę do tyłu, drżąc. Język pracuje jak mrówki w gnieździe, a pokryte sokami palce, wsuwają się i wysuwają z jej śliskiego wnętrza.
Fantastyczny orgazm, nieskromnie mówiąc, jeden z lepszych, jaki zafundowałem ustami kobiecie.
– Och! – Powoli dochodzi do siebie, przyciąga moją twarz i całuje głęboko. – Wspaniale się spisałeś, ogierze. Czas na rewanż.
Klęka przede mną.
– Zdejmij górę, zajmę się resztą. – Czuję dłonie na podbrzuszu. Nerwowo ściągam koszulę, prawie zrywając guziki.
– Całkiem nieźle jak na czterdziestolatka. – Ocenia wprawionym okiem, pocierając przez materiał dżinsów napiętego do granic możliwości członka, po czym odpina guzik, chwyta krawędź spodni w zęby i rozpina rozporek.
Portki pozbawione ściągacza w postaci zapięcia przy jej wydatnej pomocy lądują na podłodze. Groteskowo sterczący penis zadziornie stara się przebić przez materiał czarnych slipek. Sylwia zbliża do niego twarz i głęboko wciąga powietrze przez nos.
– Czuję zapach rozpalonego kutasa, czy właściciel chciałby, żebym się nim zajęła?
– Tak! – Potwierdzając żądze, odczuwam ból w jądrach, spowodowany ogromnym podnieceniem.
– A czy właściciel zamierza mnie ładnie o to poprosić?
Jeśli nie przestanie, złapię ją za głowę i wepchnę go do gardła, a później zaleję morzem spermy!
Opanowuję się ostatkiem sił.
– Droga pani Sylwio. – Drżącym głosem zaczynam grę, czując, jak dłonie chwytają i ściskają moje pośladki. – Chciałbym zaprosić panią na lody.
– Bardzo mi miło, panie Michale, a jakie smaki są dostępne? – Ręce przesunęły się w kierunku bioder. – Bo widzi pan, kierują mną określone preferencje i chciałabym spróbować smaku, którym już mnie pan częstował.
– Dzisiaj mam przygotowaną specjalność zakładu, ten, który pani najbardziej zachwalała. – Przez ciało przechodzą błyskawice, kiedy zaczyna całować penis przez materiał slipek.
– Proszę mnie nie trzymać dłużej w niepewności, panie Michale. – Wkłada palce wskazujące od spodu pod nogawki, unosi je do góry i powoli zaczyna ściągać. Naszym oczom ukazuje się czubek czerwonej, naprężonej główki.
– Lody o smaku laski waniliowej z dodatkiem bitej śmietany. – Oddycham ciężko.
Sylwia gwałtownym ruchem ściąga slipy i oswobodzony z ciasnej niewoli penis z plaskiem uderza ją w policzek.
– Och, jaki on jest niecierpliwy. Spragniony. – Droczy się ze mną, obejmując go opuszkami palców u nasady i leniwie poruszając dłonią wzdłuż powierzchni.
– Lody gotowe, proszę pani. Proszę się częstować. – Napięcie rośnie, a oddech przyspiesza. To będzie wyjątkowo krótkie fellatio.
– Skoro tak, to spróbuję. Na początek tylko troszkę, żeby sprawdzić, czy aby nie są kwaśne. – Wysuwa koniuszek języka i delikatnie drażni wędzidełko. Drżę z podniecenia i oczekiwania na ciepło i wilgoć ust, które za chwilę obejmą go od główki, przez trzon, aż do nasady.
– Hmm, całkiem niezłe. – Układa język w rurkę i szoruje spód główki.
– Proszę spróbować więcej – szepczę podniecony. – W głębi są smakowite dodatki.
– Tak pan mówi? – Zerka na mnie spod oka, uśmiechając się prowokacyjnie. – Całkiem duże gałki pan oferuje.
Obejmuje go całą dłonią.
– No dobrze, liczę, że środek będzie równie smaczny jak to, co spróbowałam do tej pory – odpowiada i niespodziewanie wkłada go sobie całego do gardła.
Po nasadę.
Odczuwam pieszczoty jak chory, który rozgrzany od podwyższonej temperatury dostaje nagle okład z chłodnego, przynoszącego ulgę kompresu na rozpalone czoło. Kompres Sylwii zamiast leczyć, wzmaga gorączkę i absolutnie nie pomaga. Robi mi się ciemno przed oczami, chwytam za długie, kręcone włosy i dopycham kutasa do końca, czując, jak główka rytmicznie uderza w podniebienie. Dociera do mnie charczenie, dławienie się i urywany oddech Sylwii, która po kilkunastu ruchach wyciąga intruza i łapczywie chwyta cząstki powietrza.
Jestem na krawędzi orgazmu, wystarczy jeden ruch dłonią i wystrzelę jak napięta do granic możliwości cięciwa łuku.
I wtedy ona chwyta lewą dłonią jądra, ściska, a prawą przejeżdża kilka razy w górę i w dół wzdłuż członka.
To w zupełności wystarczy.
Świat dookoła zwalnia, jakby miał ochotę się zatrzymać na stałe, a nasienie, przez ostatnie minuty płynące i wracające do i z czubka penisa jest pompowane do główki. Gromadzi się w niej niczym pociski artyleryjskie przed wystrzałem. Z oka armaty wypływa kilka słonych kropel, a wraz z ciężkim oddechem uwalniam z siebie moc i zaczynam bombardować gotową na eksplozję twarz gorącymi ładunkami.
Sylwia zamyka oczy i przyjmuje na siebie kolejne porcje kleistej, gorącej mazi. Kiedy jestem opróżniony i czuję się lekko, jakbym miał skrzydła, bierze go do ust i zlizuje pozostałość z główki.
– Ale dzisiaj było dużo polewy na lodach – mówi przytłumionym głosem, zbierając nasienie palcami z policzków. – Kiedy ostatni raz się kochałeś? Przyznaj się.
Umysł nie doszedł jeszcze do siebie po niedawnych turbulencjach. Muszę zastanowić się dłuższą chwilę.
– Nie pamiętam – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Chyba jak ostatni raz byłem u ciebie.
– Trzy tygodnie temu? – Zdziwiona unosi brwi. – I nic w międzyczasie? Nawet robótki ręcznej?
– Nie robię tego, odkąd skończyłem siedemnaście lat.
– A to bardzo niedobrze. – Kiwa palcem jak niezadowolona z ucznia pani belfer. – Trzeba sobie ulżyć, nawet kosztem dumy osobistej. Brak uwolnienia się od napięcia seksualnego ma niedobry wpływ na zdrowie i to jest udowodnione przez naukowców, panie Michale.
Uśmiecham się, nie odpowiadając. Pustka w głowie po opróżnieniu worka nie zachęca do intelektualnej konwersacji.
– Następny raz nie wahaj się i dzwoń do mnie. – Kończy wykład. – Jeśli nie będziesz miał czasu na bzykanie, umówimy się na loda albo przynajmniej ulżę ci dłonią, biedaku.
– Bartek, ty leniwy gnoju! – drę się z przedpokoju. – Zostawiłeś brudne skarpety na podłodze w łazience! Posprzątasz to w końcu?!
Zza ściany dochodzą odgłosy strzałów i okrzyków.
– Wyłącz tę cholerną grę! – Czuję, jak ciśnienie skacze mi coraz bardziej i za chwilę osiągnie poziom wrzenia.
Zero reakcji.
Kurwa.
Podchodzę do skrzynki z przełącznikami prądu w przedpokoju i wyłączam zasilanie.
Zalega cisza.
– Natka, chyba wysiadł nam prąd! – słyszę wrzask. – Akurat wtedy, kiedy byłem blisko awansu na kolejny level, kurwa jebana mać! Kurwa, kurwa! – Kolejny krzyk i uderzenia w klawiaturę.
Przełącznik wraca do pozycji ON.
– Pewnie elektrownia na chwilę wyłączyła, czasem tak robią. – Wchodzę do pokoju, udając niewiniątko. Gnojek od trzech godzin siedzi w samych gaciach i koszulce przed monitorem, świata poza grą nie widząc, a ja skaczę wokół niego jak koło księcia.
Wstaje od biurka, przeciąga się i spogląda na mnie czerwonymi od ciągłego patrzenia w ekran oczami.
– Jesteś zła?
Poziom wkurzenia osiąga zenit.
– Nie! Uwielbiam, jak ciągle grasz, robiąc wokół siebie pierdolnik, a ja sprzątam syf. To moje ulubione zajęcie, obok prasowania, gotowania i mycia kibla. Dobrze, że jeszcze nie muszę wynosić śmieci, bo byłby komplet. – Jestem bliska płaczu.
Po wyrazie twarzy widzę, że właściwe zwoje mózgowe zaczęły ze sobą kontaktować. Podchodzi do mnie i próbuje się przytulić. Wyrywam się gwałtownie.
– Zostaw mnie!
– Natka, przepraszam.
– Ciągle powtarzasz to samo. Wciąż słyszę “przepraszam” i za chwilę odgłosy strzelaniny i twoich przekleństw. Jak tak dłużej nie wytrzymam. A ty przy okazji zawalisz semestr.
– O moje oceny się nie martw. – Próbuje grać twardziela. – Poprawię się, obiecuję.
– Bartek, mam tego naprawdę dosyć. Jeśli nic się nie zmieni, ostrzegam cię, że się wyprowadzę. – Stawiam sprawę jasno. Miarka się przebrała.
Otwiera szeroko oczy.
– Nie zrobisz tego. – Szept jest bardzo cichy, a na twarzy widnieje niedowierzanie.
– Masz to jak w banku, to ostatnie ostrzeżenie.
Dwie godziny później wyglądam przez okno w kuchni, pijąc herbatę. Między nami zapanowała cisza.
– Natalia. – Rozlega się za mną cichy głos. – Chciałem porozmawiać.
Odwracam się. Wygląda zupełnie inaczej niż w trakcie awantury. W końcu założył uprasowany T–shirt i spodnie, uczesał też strzechę włosów. Jeśli chce, to potrafi. Czarne jak studnia źrenice pochłaniają mnie bez reszty, wyższy o głowę, barczysty szatyn jest przystojny i męski. Tylko ten charakter, dwudziestodwuletni mężczyzna z mentalnością czternastolatka.
Z wyczekującym spojrzeniem czekam, aż zacznie.
– Posłuchaj. – Waha się przez chwilę. – Wiem, że przegiąłem. Daj nam szansę. Przecież oboje dobrze się ze sobą czujemy i mamy wiele wspólnych tematów.
Wbijam w niego wzrok i milczę. Akurat w kwestii wspólnych zainteresowań ma sporo racji. Uwielbiam pisać opowiadania, a Bartek jest moim oddanym czytelnikiem i pierwszym recenzentem. Kino i teatr to nasz wspólny konik. Nawet kierunek studiów mamy identyczny–dziennikarstwo. Zresztą tam poznaliśmy się kilka miesięcy temu.
Z drugiej strony czy jestem wobec niego w stu procentach fair? Przecież on też ma prawo do relaksu, niekoniecznie zawsze ze mną.
– Bartek, nie mam nic przeciwko twojemu graniu w wolnych chwilach, ale nie kosztem czasu, który powinieneś poświęcić na inne, ważniejsze czynności. – Okręcam włosy wokół palca. – Sprzątanie i zakupy są na mojej głowie. Jeśli nie jemy na mieście, a jak wiesz, nie śmierdzimy pieniędzmi, bo moje stypendium wystarcza nam do połowy miesiąca, a ty zarabiasz jako kelner niewiele, gotowanie również jest moim obowiązkiem. Odpowiedz sobie na pytanie, jakie masz priorytety, bo może mnie nie potrzebujesz i wolisz pozostać singlem. Na tym etapie życia albo w ogóle. Może lepiej będzie, kiedy rozejdziemy się w pokoju i bez niepotrzebnych awantur. Bądźmy dorośli.
Widzę strach w jego oczach.
– Natka, nie mów tak, proszę. Porozmawiajmy rozsądnie i na spokojnie.
– Jak widzisz jestem spokojna, jeszcze. – Zaczyna mi się podnosić ciśnienie. – Odpowiesz na pytanie? Na czym ci zależy?
– Na tobie – odpowiada bez wahania. – Wiem, że to tylko słowa, ale będę nad sobą mocno pracował. I zmienię się, obiecuję.
Zbliża się do mnie, klęka i bierze mnie za ręce.
– Zostaniesz?
– Tak, zostanę. – Patrzę mu w oczy.
Bartek całuje mnie w kącik ust, później w wargi.
– Dziękuję – szepcze i uśmiecha się nieśmiało. Oddaję uśmiech i wstaję z pytaniem, czy chce herbaty. To nasz wieczorny rytuał.
– Pisałaś coś nowego ostatnio? – pyta, siadając naprzeciw.
– Nie, za to Aleks napisał fajne opowiadanie. Powinieneś przeczytać.
– Ten twój mentor z Pokątnych? – W głosie Bartka słyszę lekceważącą nutę i bardzo mi się to nie podoba.
– Nazywaj go sobie, jak chcesz, to bardzo inteligentny i zabawny facet.
– I przy okazji czterdziestoletni pierdziel, śliniący się do twoich zdjęć.
– Nie ma pojęcia, jak wyglądam, ja również go nie widziałam. Znamy się tylko w wirtualu.
– Aha. I rozmawiasz na temat seksu z czterdziestoletnim gościem, którego na oczy nie oglądałaś? Na nasz temat też rozmawiasz? Skąd wiesz, że to nie jakiś zboczeniec! – I znowu to samo, podnosi głos i zaczyna się denerwować.
– Tak, rozmawiam. To mój przyjaciel, rozumiesz? – Ze złości prawie krzyczę. Czuję, jak krew burzy się w żyłach. Kiedy tylko poruszamy temat Michała (Bartek nie poznał jego prawdziwego imienia), dochodzi zawsze do kłótni. – Lubisz się ze mną pieprzyć, prawda? Ja z tobą też, ale przyjmij do wiadomości, że lubię o tym rozmawiać z Aleksem i pisać o seksie. Zaakceptujesz ten fakt albo twoją kobietą zostanie Renia Grabowska. Rozumiesz?
Stoję przed nim, oddychając szybko z nerwów.
– Rozumiesz?!
– Co się z tobą dzieje? – Przestraszony wybuchem cofa się o krok. – Bardzo się zmieniłaś, ostatnio. – Przeczesuje nerwowo włosy palcami. – Właściwie to od kiedy zaczęliśmy razem mieszkać.
– Nie wiem, co się dzieje. – Zdziwiona i zaskoczona własnym zachowaniem, waham się, ale nie mogę już wykonać kroku wstecz. – Jestem jednak pewna, że to ostatnia szansa, jaką mamy. Razem.
Kilka dni później sytuacja normuje się na tyle, że nie warczę na niego przy każdej okazji, ale w dalszym ciągu trzymam go z dala od siebie i nie pozwalam dotknąć się w łóżku. Pod koniec tygodnia zmęczona wracam po zajęciach do pustego mieszkania. Potrzebuję męskiego ramienia i dobrej kolacji. Po otwarciu drzwi czeka mnie niemiła niespodzianka. Na stole znajduję kartkę wypełnioną nierównym pismem (pisownia oryginalna), szlag by to trafił.
„Natka.
Pojechałem do Piotrka uczyć się do sesji, wracam jutro po południu.
W lodówce masz obiad, mam nadzieję, że zjadliwy (uśmiech)
Całusy
Bartek”
Akurat wtedy, kiedy go potrzebuję, wyniósł tyłek z domu, wkuwać przed egzaminami. Świetnie.
Klik, klik. Wibracja. Kogo nosi o tej porze?
W ciemności sięgam po telefon leżący na podłodze obok tapczanu.
Michał.
AD: Natka? Śpisz?
NB: Nie śpię.
AD: To dobrze.
NB: Dlaczego?
AD: Napisałem coś specjalnie dla Ciebie. Jesteś z Bartkiem?
NB: Nie. Pojechał do kolegi uczyć się do sesji. Czy to ma znaczenie?
AD: Tak, powinnaś to czytać w samotności. Zaloguj się do poczty i sprawdź. Proszę.
Szum wentylatorów laptopa zakłóca ciszę w pokoju, czekam na załadowanie się systemu. Powtarzam sobie po raz kolejny, że muszę w końcu zainstalować program do poczty w smartfonie.
Loguję się. Jest nowa wiadomość z adresu AlexTheDominator@gmail.com.
O matko, to wiersz! Piękny! Jestem tak wzruszona, że aż ściska mnie w gardle.
NB: Nie wiedziałam, że oprócz talentu do prozy i erotyki masz zadatki na poetę (zaskoczenie).
AD: Nie mam, ten wiersz jest pierwszy i pewnie ostatni.
NB: Ostatni? Jest tak niebiańsko śliczny, że niemal się popłakałam. Nie możesz na nim poprzestać (wykrzyknik).
AD: Kilka dni temu uprzedzałem, że napiszę coś specjalnie dla Ciebie. Myślałaś, że to będzie tani pornos? (puszcza oczko).
NB: Pornos może nie, ale spodziewałam się, że czytając, będę miała mokro (szatański chichot).
AD: A teraz jak się czujesz?
Jak się czuję? Znam cię ponad cztery lata tylko z rozmów na Facebooku, maili i Pokątnych. Śpię i mieszkam z chłopcem w skórze przystojnego dwudziestodwulatka, a kocham mężczyznę, znajdującego się kilkaset kilometrów dalej, którego nie widziałam i nie słyszałam.
NB: Gdybyś był obok, chciałabym się z Tobą kochać (puszcza oczko).
AD: Z czterdziestotrzyletnim ramolem?
NB: Wiek nie ma znaczenia. Jesteś bardzo romantyczny, wiesz? A to czasem bywa bardzo podniecające dla kobiet (uśmiech).
AD: Jesteś podniecona? (zadowolenie)
Czy jestem? Tak, ale w inny sposób niż zawsze. Nigdy się tak nie czułam.
Kropki.
AD: Natka, jesteś tam?
NB: Jestem. Chciałbyś zobaczyć moje zdjęcie?
Boże, mam nadzieję, że nie odmówi. Już dawno powinnam to zrobić.
Cisza.
Kropki.
AD: Czy to aby nie narusza zasad, które między sobą ustaliliśmy?
NB: Czyli nie chcesz? (płacz)
AD: Bardzo chcę, ale obawiam się, że w ramach rewanżu będziesz chciała zobaczyć moje (sceptycyzm).
NB: Oczywiście (radość).
AD: I nasza znajomość gwałtownie się skończy (smutek).
NB: Dlaczego?
AD: Na pewno chcesz zobaczyć wieloryba o wzroście przeciętnego Japończyka i wadze zawodnika sumo?
NB: Nie wierzę, że tak wyglądasz! Znowu sobie ze mnie żartujesz! (złość)
AD: Poważnie! Lustrzyca trzeciego stopnia (śmiech).
NB: Co to jest lustrzyca?
AD: No tak, zapomniałem, że dzisiejsza młodzież ma kaloryfery na brzuchu. Lustrzyca, Króliczku, to taka choroba, która objawia się w chwili uprawiania seksu oralnego z kobietą.
NB: O, Boże! Problemy z erekcją? Nie masz napletka? (szok)
AD: (chichot) Leżę na podłodze (chichot).
NB: Nie śmiej się ze mnie, łajdaku!
AD: Nie mogę przestać, przepraszam (chichot). No dobrze, kiedy facet nie widzi kobiety robiącej mu dobrze ustami, wtedy ma trzeci stopień lustrzycy.
NB: (znak zapytania).
AD: Ma tak wielki brzuch, że zasłania całą jej głowę (szatański śmiech).
NB: Nienawidzę Cię! (złość)
AD: Przed chwilą chciałaś się ze mną kochać (mruga okiem). Sprawdź pocztę.
Zaskoczenie.
Drżącymi dłońmi wciskam F5. W skrzynce widzę nowego maila wysłanego z adresu AlexTheDominator@gmail.com.
Jest załącznik.
Klikam.
AD: Otworzyłaś?
Jest. Oczywiście oszukał mnie z tą lustrzycą.
Pożeram wzrokiem mocne ramiona i ostre rysy. Modelem to on nie jest, ale fascynują mnie oczy. Piękne i duże. Orzechowe.
AD: Natka, żyjesz? Czy po obejrzeniu musiałaś zwymiotować w ubikacji? (śmiech)
Zadbane dłonie i czyste paznokcie. Lekka siwizna na ciemnych włosach.
NB: Jestem. Masturbuję się przed Twoim zdjęciem (chichot).
AD: Wariatka (szeroki uśmiech). Poproszę o Twoje.
NB: Poczekaj, muszę coś wybrać, żebyś się jeszcze do mnie odezwał.
No dalej dziewczyno, dlaczego się tak grzebiesz?
Kropki.
NB: Wysłałam (zadowolenie).
Dostaję notyfikację o nowej wiadomości z adresu NaughtyBunny@gmail.com.
Klikam w załącznik.
Piękna.
Głęboko osadzone, niebieskie oczy, długie, jasne blond włosy, wąskie usta i mały nos.
Błękitna sukienka.
Patrzę niżej.
Duże piersi, szerokie biodra, zgrabne nogi, czerwone sandałki.
Śliczna blondyneczka.
I do tego inteligentna i zabawna.
Za stary dla niej jesteś, szkoda.
AD: Pewnie mówi Ci to każdy facet, ale jesteś nieprawdopodobnie piękną kobietą, wiesz?
Kropki.
NB: Dziękuję, Michałku (szczęśliwa). W Twoich ustach brzmi to jak najwspanialszy komplement.
AD: Powieszę sobie nad biurkiem w pracy i będę Cię pożerał wzrokiem cały dzień (szeroki uśmiech).
NB: A ja nie będę mogła przez Ciebie zasnąć (uśmiech). Muszę się położyć, jutro rano mam zajęcia na uczelni. Dobranoc (ziewa).
AD: Śpij słodko, Króliczku. Dobranoc.
Nagi staję przed lustrem w przedpokoju i wciągam brzuch. Nie ma tragedii, przydałaby się siłownia, jak na wiek inżyniera Karwowskiego chyba nie muszę się wstydzić wyglądu.
Sypialnia to ostatnie miejsce, w którym chciałbym spędzić noc. Lubię tam przebywać, ale osoba, z którą śpię w jednym łóżku od dwudziestu lat, stała się dla mnie obca. Niepewność co do przyszłości gnębi i wierci niepokojąco w podbrzuszu niczym ból żołądka po zatruciu.
Iwona w zasadzie codziennie znika gdzieś wieczorem lub nie wraca po pracy.
Jestem pewien, że ma romans.
Muszę coś z tym zrobić.
JAKIŚ CZAS (PRAWDOPODOBNIE KILKA TYGODNI) PÓŹNIEJ.
Sobotni ranek. Ubrany w szorty i białą koszulkę piję kawę, wyglądając przez kuchenne okno. Jest słoneczny i ciepły, majowy dzień.
Iwona śpi, wróciła do domu bardzo późno. Od dawna wychodzi, w zasadzie nie tłumacząc, dokąd i z kim. Ma kogoś na boku. Zresztą nie dziwię się, w zasadzie od roku nie uprawiamy seksu, rozmawiamy o pierdołach, ignorując trudne tematy, a w łóżku śpimy wspólnie z przyzwyczajenia. Nasze małżeństwo to rozpędzony na bocznicy pociąg towarowy, bez maszynisty i jakiejkolwiek kontroli nad lokomotywą.
Słyszę za sobą kroki. Nadeszła chwila ostatecznej konfrontacji.
– Już wstałaś? – pytam zaskoczony. – Myślałem, że będziesz spała do południa.
– Chce mi się pić. – Wygląda na skacowaną. Włosy w nieładzie i cienie pod oczami.
– Obok mikrofali stoi otwarta butelka wody.
Drżącymi dłońmi odkręca korek i wypija jedną trzecią.
– Muszę się jeszcze położyć. – Woda powędruje z nią do sypialni. – Obudzisz mnie w południe?
– Wychodzę po zakupy, powinienem wrócić, ale na wszelki wypadek nastaw sobie budzik.
Trzy godziny później wchodzę na górę. Śpi na kołdrze, sukienka nocna podwinęła się pod jej pupą, jest prawie naga. Patrzę na nią ze smutkiem, to już naprawdę koniec.
– Iwona. – Trącam ramię. – Jest dwunasta. Miałem cię obudzić.
– Mhmh. – Otwiera z trudem oczy. – Już wstaję.
Pięć minut później siedząc w kuchni przy stole, słyszę jej kroki po schodach.
– Musimy porozmawiać.
Opróżnia butelkę wody do dna i spogląda na mnie.
Jej twarz wyraża obojętność i… zrozumienie? Chyba tak.
– Wiem, że masz romans.
Otwiera szeroko oczy. Nie tego się spodziewałaś?
– Skąd?
– Ciężko się nie zorientować. Znikasz wieczorami i wracasz rano. Nie mówisz, dokąd wychodzisz. Nie mam ci tego za złe. – Beznamiętnie wyrzucam z siebie słowa, zaraz będzie po wszystkim. – Chcę rozwodu.
Milczy, wpatrując się we mnie.
– No tak, mogłeś się domyślić. Nie będę robiła z ciebie idioty, mam kogoś i chyba nadszedł właściwy czas rozmowy o rozstaniu.
Cieszy mnie, że jest szczera. Po dwudziestu latach małżeństwa zachowujemy wobec siebie otwartość.
Przez dłuższą chwilę mierzymy się wzrokiem, obojętnym, zblazowanym i bez uczucia. Z naszego związku pozostały popioły i gruz.
– Rozejdźmy się w pokoju i bez kłótni. – Trzeba to zakończyć szybko, zanim się rozmyślimy. – Podzielimy majątek po połowie, możesz zabrać domek na Mazurach, ja zostanę tutaj. Dostaniesz też część akcji, które są w naszym posiadaniu, tak aby zrekompensować różnicę w wartości domów.
– Widzę, że wszystko obmyśliłeś. – Ma smutny głos. – Tak, to koniec. Żałuję, że tak wyszło, ale sam przyznasz, że od kilku lat coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy, prawda?
Kiwam głową na znak zgody. Bałem się, że będzie nerwowo od strony finansowej, ale nie jestem zaskoczony wzajemną obojętnością. Wypaliliśmy się jak świece na ołtarzu.
– Dzisiaj się wyprowadzę. – Odwraca się i kieruje w stronę schodów.
Cholerne upały wykańczają mnie. Jestem przez nie wycieńczona, a na domiar złego od rana wymiotuję. Nie mam pojęcia po czym, wczoraj jadłam zwykle potrawy, nic podejrzanego, a czuję się jak wymięta ścierka.
– Jedziemy do lekarza. – Bartek, o dziwo, zachowuje się tym razem jak dojrzały mężczyzna. Ostatnio trochę się zmienił, ale czuję, że między nami wyrósł mur nie do przeskoczenia. I zbliża się koniec.
Tak bardzo chciałabym, żeby był przy mnie teraz Michał!
W przychodni kłębi się tłum ludzi. Rejestrację musi dokończyć za mnie Bartek, z trudem zdążam do toalety i znowu zwracam zawartość żołądka. W zasadzie nie mam już czym wymiotować, ale i tak ten wredny, niespokojny organ nęka mnie jak złośliwy duch.
W końcu wypada moja kolej, wchodzę do gabinetu. Młoda, około trzydziestoletnia lekarka jest bardzo miła i empatyczna. Mimo gigantycznej kolejki za drzwiami sprawia wrażenie, jakby bardzo jej zależało na tym, aby mi pomóc.
– Dobrze, czyli od rana regularnie pani wymiotuje. Gorączka?
Zaprzeczam, kręcąc głową.
– A jak się pani czuła przez ostatnie dni?
Zastanawiam się.
– Osłabiona, nie mam apetytu. Na szczęście była przerwa w zajęciach na studiach przy okazji weekendu majowego, więc mogłam zostać w domu. Dużo śpię, nawet kilkanaście godzin dziennie. I jestem nieco obolała, może to jakaś infekcja?
– Może się pani rozebrać od pasa w górę? – Notuje coś w komputerze. – Zbadam panią.
W spodniach i biustonoszu siadam na łóżku. Lekarka osłuchuje mnie, mierzy ciśnienie i naciska w podbrzusze.
– Boli tutaj?
– Nie.
– A tutaj? – Schodzi niżej.
– Również nie. – Znowu zaczyna chcieć mi się wymiotować.
– Proszę otworzyć szeroko usta.
– Aaa.
– Dobrze, może się pani ubrać. – Siada przy biurku. – Kiedy ostatni raz pani miesiączkowała?
Zaczynam się zastanawiać. Jakiś miesiąc temu? Może dłużej?
Oblewa mnie zimny pot.
– Myśli pani – głos drży – że jestem w ciąży??? Ale ja stosuję antykoncepcję, biorę pigułki! – Czuję piekące łzy w oczach.
– Proszę się nie denerwować, chcę sprawdzić wszystkie możliwe warianty. – Uśmiecha się przyjaźnie. – Najprawdopodobniej to zwykłe zatrucie, chociaż objawy nie wskazują na poważny problem żołądkowy.
Sięga do szuflady i wręcza mi małe pudełko.
– Za moimi plecami jest toaleta, proszę tam wejść i skorzystać z zawartości znajdującej się w środku.
Biorę test do ręki, zamykam za sobą drzwi i wyjmuję instrukcję. Wynik ujemny – jedna kreska, wynik dodatni – dwie kreski.
W środku znajduje się pojemnik, pipeta i płytka.
Żeby tylko była jedna. – Modlę się w duchu. – Boże, błagam cię, spraw, żeby była jedna!
Oddaję mocz do pojemnika i przy pomocy pipety nanoszę kilka kropli na płytkę. Niemal słyszę dudniące w piersi serce i ściskam ręce tak mocno, że kostki zmieniają kolor na biały. Dwie minuty zamieniają się w wieczność.
– Dobrze się pani czuje? – Słyszę zaniepokojoną lekarkę, stojącą pod drzwiami.
– Wszystko w porządku, za chwilę wychodzę. – Głos mam spokojny, w przeciwieństwie do rąk, które drżą jak w alkoholowym delirium.
Na płytce pojawia się pierwsza kreska.
I chwilę później druga.
O mój Boże!!!
Zaczynam płakać.
– Halo? Wszystko w porządku? Proszę się odezwać!
Nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Lekarka zdenerwowana brakiem odpowiedzi naciska klamkę i wchodzi do toalety.
– Co się stało? – Bierze mnie za rękę.
Bez słowa wskazuję na płytkę. Na jej twarzy pojawia się uśmiech.
– Proszę nie płakać, ciąża to nie choroba. – Przytula mnie i próbuje pocieszać. – Musi pani o siebie dbać i jak najmniej denerwować. Będzie pani mamą, a to najpiękniejszy stan, w jakim może znaleźć się kobieta.
Wychodzimy wspólnie z toalety, wracam na krzesło.
– Przypuszczałam po zakończeniu badania, że nosi pani w sobie małego człowieczka. Ma pani powiększone piersi, a stan podbrzusza wyklucza zatrucie lub grypę żołądkową. Przepiszę witaminy i kwas foliowy. Nie wiemy, który to tydzień, więc proszę koniecznie stosować się do instrukcji. W siódmym tygodniu kończy się formowanie mózgu płodu i bardzo ważne jest, aby utrzymała pani odpowiednie dawki, dobrze? – Jak szalona stuka w klawiaturę. Ocieram łzy chusteczką i potakuję głową.
– Czy ojciec dziecka jest tutaj z panią?
– Tak. – Co zrobi Bartek, kiedy się dowie? Przecież on nie potrafi zająć się sobą, a co dopiero kobietą w ciąży.
– Powinna z nim pani od razu porozmawiać. Jego rola jest bardzo ważna, musi dbać o panią i dziecko. W zasadzie będzie musiał się zająć domem za dwoje, przypuszczam, że pierwsze tygodnie mogą być dla was obojga bardzo trudne.
To dziwne, ale pod wpływem spokojnego głosu przestaję płakać.
– Czy istnieje wytłumaczenie na mój stan? Brałam regularnie antykoncepcję i jestem pewna, że nie popełniłam błędu. – Wyjaśnienie niczego nie zmieni i jestem z tym pogodzona. Muszę jednak wiedzieć.
– Pigułki nie zabezpieczają w stu procentach. Zawsze istnieje minimalna szansa, że nie zadziałają. W pani przypadku najprawdopodobniej właśnie tak się stało. Proszę. – Wręcza mi recepty. – I jeśli to panią pocieszy, również zaszłam w ciążę, będąc na studiach. – Odpowiadam uśmiechem na jej uśmiech. – Mam dziewięcioletnią córeczkę, poza którą świata nie widzę. Proszę się nie martwić, przed panią prawie trzy kwartały najwspanialszego dla kobiety okresu w życiu. Sama się pani przekona, że będzie dobrze.
– Dziękuję. – Wstaję. – Jest pani najlepszą lekarką, u jakiej kiedykolwiek byłam.
– Będzie pani świetną mamą. – Ściska lekko moją dłoń. – Powodzenia.
Głęboki wdech i wychodzę na korytarz. O dziwo, wymioty zniknęły, jak ręką odjął. Czyżby żołądek na swój przewrotny sposób chciał mi zakomunikować ważną wiadomość?
– I jak? – Bartek ma zaniepokojoną minę. – Wszystko w porządku?
– Tak. – Silę się na uśmiech. – Idziemy.
Majowe słońce grzeje mocno w plecy. Slalomem mijamy samochody na parkingu, kierując się w stronę przystanku tramwajowego.
– Bartek. – Zatrzymuję się obok wiaty. – Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
Patrzy na mnie, krzywiąc się od oślepiającego blasku. Chce mi się płakać, gdy widzę jego bezradny wyraz twarzy.
– Coś się stało? Jesteś chora?
– Nie, jestem w ciąży.
Zamienia się w słup soli i kilkanaście sekund spogląda na mnie w kompletnym bezruchu, wstrzymując oddech.
– Cco? – jąka się. – Na pewno? Skąd wiesz?
– Zrobiłam test w gabinecie u lekarza. Policzyłam, że okres spóźnia mi się o prawie miesiąc. Mam powiększone i nabrzmiałe piersi. To są objawy ciąży.
Strach i przerażenie w jego oczach są jednoznaczne. W co ja się wpakowałam?
– O kurwa. – Wzdycha ciężko. – Co my zrobimy?
Wiedziałam, cholera! Potrzebuję wsparcia, a on zachowuje się jak dzieciak!
– Jedźmy do domu. – Bierze mnie za rękę.
Pół godziny później wchodzimy do mieszkania. W trakcie drogi powrotnej nie odezwaliśmy się do siebie nawet jednym słowem.
– Usuniesz? – Robi mi się słabo.
– Słucham? – Nie wierzę w to, co słyszę. – Bartek, potrzebuję, żebyś był teraz ze mną i wspierał mnie, a ty – zaczynam płakać – rzucasz mi kłody pod nogi. Ty gnoju, ty niedojrzały gówniarzu! Ty pieprzony dzieciaku! – Uderzam go pięścią w tors.
– Przecież brałaś pigułki, jak to się stało? – Panika w jego głosie jest aż nadto słyszalna. Cofa się i podnosi ręce, broniąc się przed ciosami.
– Brałam i co z tego?! To nie ma już żadnego znaczenia! Żadnego, rozumiesz?! Nie zadziałały! Noszę w sobie twoje dziecko, a ty chcesz, żebym zabiła cząstkę siebie i ciebie?! Tego niewinnego maluszka, który rośnie we mnie z każdą chwilą? – Łzy płyną po mojej twarzy.
– Natka, jak sobie to wyobrażasz? Nie pracujesz, oboje studiujemy, nie mamy pieniędzy na utrzymanie siebie, a co dopiero dziecka. Musisz to zrobić. – Zniża głos do szeptu. – Mam oszczędności. Pojedziemy do Czech albo Holandii i usuniesz. Będę z tobą do samego końca.
– Nigdy tego nie zrobię! Nigdy! Poza tym – waham się chwilę – wiem, że mnie nie kochasz, a ja nie kocham ciebie. To, co się wydarzyło dzisiaj…
Płacz odbiera mi mowę. Opuszczam przedpokój, nie kończąc zdania. Wyciągam walizkę z szafy i zaczynam wrzucać do niej ciuchy.
– Co ty robisz? Przestań się wygłupiać, Natka! – Jest bliski paniki.
– Odchodzę. – Ocieram łzy dłonią. – Dałeś mi do zrozumienia, że nie chcesz tego dziecka, a ja nie potrafię i nie chcę już z tobą być.
Kilka minut później bagaż jest spakowany, w głowie układa się plan.
– Natka, proszę. – Bartek klęka przede mną, chwytając się ostatniej deski ratunku.
– Wstań. – Całkowicie uspokojona biorę go za rękę. – Jesteś dobrym i miłym chłopakiem. Znajdź sobie dziewczynę i baw się życiem. – Całuję go w usta. – Było nam dobrze ze sobą, ale czasem tak bywa. – Tłumię płacz.
Ostatni rzut oka za plecy. Stoję w drzwiach, wygląda, jakby dostał mocny cios w podbrzusze.
– Żegnaj. Przykro mi, że tak się to skończyło.
– Żegnaj, Natalio – odpowiada poważnym głosem.
Zamykam za sobą drzwi.
W drogę.
Na dworcu kupuję bilet. Liczę i gorąco wierzę, że w jedną stronę.
Wiadomość z Messengera.
NB: Michał, jesteś?
Ostatnio rzadko się odzywała. Brakowało mi jej.
AD: Jestem Natka, jestem.
NB: Masz plany na dzisiejszy wieczór (uśmiech)?
AD: Nie mam, czemu pytasz?
NB: Bądź o 22:30 na Dworcu Centralnym, peron drugi.
AD: Dlaczego? Co tam się wydarzy?
NB: Nie pytaj i po prostu przyjedź, proszę. Będziesz?
AD: Tak, będę.
NB: Super (buziak).
AD: Natka, co się dzieje? Powiesz mi?
Zniknęła, diablica. Chce przyjechać? Prawie pięć lat po tym, jak objechała mnie za publiczne skrytykowanie jej opowiadania, wreszcie ją zobaczę?
To już nie jest niewinna licealistka, którą uczyłem podstaw pisania, z którą żartowałem i wspólnie przeżyłem w ramach wirtualnej znajomości pół dekady. Najlepsza przyjaciółka stała się dumną i piękną kobietą, świadomą swojej wartości. I do tego diablo inteligentną.
Sprawdzam zegarek, jeszcze pięć godzin.
To będzie najdłuższe trzysta minut w moim życiu.
Patrzę na zdjęcie Natki, stojące nad biurkiem. Odkąd Iwona wyprowadziła się miesiąc temu, nie ma potrzeby, żeby kryć się przed kimkolwiek i postawiłem fotkę Natki w domu.
Czego ona chce od takiego pryka jak ja? Mam córkę w jej wieku.
Została godzina. Stoję przed lustrem w przedpokoju. Bordowa koszula, czarne spodnie i buty w takim samym kolorze. Okulary przeciwsłoneczne.
Czas w drogę.
Dworzec Centralny, wyremontowany przed piłkarskim Euro cztery lata wcześniej sprawia nieco lepsze wrażenie, niż w ubiegłym dziesięcioleciu, ale i tak czuć tam nieprzyjemną woń mieszczącego się niedaleko McDonalda. Nie znoszę fast–foodów. Jesteś tym, co zjesz, to moja maksyma, więc nie tykam śmieciowego jedzenia.
Nerwowo krążę wzdłuż peronu, obserwując twarze towarzyszy niedoli. Pociąg kończy trasę w Warszawie, wszyscy będący tu ze mną na kogoś czekają. Z większym lub mniejszym zniecierpliwieniem.
Wreszcie wagony z hukiem wtaczają się po torach i zatrzymują, piszcząc jak setka nastoletnich fanek na widok ulubionego boysbandu. Drżą mi ręce i z niepokojem rozglądam się za NIĄ. Ze składów zaczynają wychodzić pasażerowie, w amoku wyglądam jasnych, długich blond włosów i smukłej figury.
Jest!
O Boże, naprawdę przyjechała! Ta sama, błękitna sukienka ze zdjęcia, sportowe buty, srebrna walizka. Ma nieco krótsze włosy, jest bledsza. Ale to ona!
Szuka mnie wzrokiem i kiedy zauważa, na jej twarzy zakwita niepewny początkowo uśmiech, rozszerzający się w rytm kroków. Jest wyższa, niż sobie ją wyobrażałem i nieprawdopodobnie piękna. Prawdziwa, klasyczna blondynka. Dla osób postronnych wyglądamy jak ojciec witający się z córką, wracającą z weekendu majowego u koleżanki.
A kim jesteśmy dla siebie?
– Dobry wieczór. – Głos Natalii wibruje w moich uszach. – Wiedziałam, że przyjedziesz. – Uśmiecha się po raz kolejny, a mnie serce bije jak szalone. Czterdziestoletni facet, śliniący się na widok dwa razy młodszej dziewczyny.
– Ślicznie wyglądasz. – Całuję ją w policzek i biorę uchwyt walizki w dłoń. – Jak minęła podróż, jesteś zmęczona?
– Trochę spałam w pociągu. – Ruszamy w kierunku ruchomych schodów. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że w końcu cię widzę.
– Ja też. – Wciąż nie mogę ochłonąć. – Jedziemy od razu do mnie. Pewnie będziesz chciała odświeżyć się po podróży i przespać, przygotuję coś na kolację.
– A Iwona? Nie będzie miała nic przeciwko?
– Nie. – Unosi brwi zdziwiona, słysząc krótką ripostę. – Rozwodzimy się. Nic ci nie mówiłem, bo jakoś nie było okazji. Od miesiąca nie mieszka ze mną.
Blask mijanych latarni oświetla bladą, zmęczoną podróżą i dzisiejszymi zdarzeniami twarz. Patrzę na odbicie w szybie wagonu i uśmiecham się do siebie. Czuję szaleńczą radość, połączoną z niepewnością i niepokojem. Wreszcie go zobaczę, po tylu latach. Najpierw był dla mnie jak ojciec, później stał się kolegą, przyjacielem. A teraz? Wirtualnym kochankiem? Najbliższą mi osobą?
I co z tego, że jest dwa razy starszy? Czy to cokolwiek zmienia?
Przez całe życie musiałam stawiać czoło przeciwnościom. Sierota z domu dziecka, przygarnięta przez rodzinę zastępczą w wieku pięciu lat, w szkole wyzywana od przybłęd, ignorowana przez klasową „elitę”. Dopiero w liceum, gdy zaczęły mi rosnąć piersi i brzydkie kaczątko przeistoczyło się w blond łabędzia, zaczęli za mną biegać koledzy, a koleżanki zauważyły, że istnieje ktoś taki jak Natalia i przestały traktować jak powietrze.
Na szczęście nie zachłysnęłam się nagłą popularnością i nauczona przez życie pokory, jestem tą samą dziewczyną, która pięć lat temu zaczęła amatorsko pisać. Spodobało mi się na tyle, że mogę pochwalić się autorstwem kilkunastu opowiadań erotycznych i kilku mini–dramatów. To wszystko dzięki Michałowi, gdyby nie on, pewnie już dawno rzuciłabym to w diabły. Mimo że to Bartek w ostatnich miesiącach był moim głównym recenzentem i pierwszy czytał wszystko, co z siebie wyrzuciłam, Michał ukształtował, ulepił i wyrzeźbił mój styl, niczym zręczny artysta posąg z gliny.
Dwudziesta druga dwadzieścia pięć. Wyglądam przez okno, Dworzec Zachodni. Pierwszy raz w życiu jestem w Warszawie, urodziłam się i wychowałam we Wrocławiu. Pociąg rusza i gwałtownie przyspiesza. Wjeżdżamy do tunelu.
Zdenerwowana i podekscytowana zdejmuję walizkę z półki i kieruję się w kierunku wyjścia. To już za chwilę! Będzie na mnie czekał? A jeśli nie przyjedzie?
Nie wiedziałam, że Dworzec Centralny mieści się pod ziemią. Wagony w trakcie hamowania piszczą z taką mocą, że muszę zatkać uszy. Mężczyzna przede mną mocuje się chwilę z drzwiami, w końcu z wysiłkiem udaje mu się je otworzyć. Patrząc pod stopy, powoli schodzę na peron.
Rozglądam się, szukając ciemnych włosów lekko przyprószonych siwizną i barczystej sylwetki.
Nasze spojrzenia spotykają się.
Jest!
Czuję, że adrenalina buzuje jak szalona w ciele. Uśmiech samoistnie pojawia się na twarzy.
– Dobry wieczór. – Głos drży. – Wiedziałam, że przyjedziesz.
Oczy mam na wysokości jego ust, jest nieco niższy, niż sobie to wyobrażałam, ale i tak czuję motyle w brzuchu, a we wnętrzu ciepło.
Wygląda na onieśmielonego.
– Ślicznie wyglądasz – odpowiada niskim głosem, od którego miękną mi nogi.
Wiem, że zachowuję się jak napalona nastolatka, ale czekałam na tę chwilę bardzo, bardzo długo. Nigdy nie przypuszczałbym, że widok mężczyzny może tak na mnie działać.
– Jak minęła podróż? – Odbiera walizkę i przypadkowo lekko muska wierzch mojej dłoni. Błyskawica przeszywa ciało. – Jesteś zmęczona?
– Trochę spałam w pociągu – odpowiadam machinalnie, nie zastanawiając się nad treścią. Jedyna myśl, jaka kołacze mi się w tej chwili w głowie to słowo: MICHAŁ. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę.
– Ja też. – Sprawia wrażenie, jakby z pleców spadł mu stukilogramowy ciężar. – Jedziemy od razu do mnie. Pewnie będziesz chciała wykąpać się po podróży, przygotuję coś na kolację.
Do niego? Przecież ma żonę.
– A Iwona? Nie będzie miała nic przeciwko?
– Nie. – Krótka i ostra odpowiedź zbija mnie z tropu. Zdziwiona unoszę brwi. – Rozwodzimy się. Nic ci nie mówiłem, bo jakoś nie było okazji, byłaś zajęta, ja też i nie chciałem zawracać ci głowy swoimi problemami. Od miesiąca nie mieszka ze mną.
Jest wolny?
Nie powinnam się cieszyć z cudzego nieszczęścia, ale w głębi duszy cichutki głosik mruczy sobie pod nosem radosną piosenkę.
– Przykro mi. – Patrzę na niego, choć wcale nie jest mi przykro i mam nadzieję, że głos o tym nie świadczy.
Michał wrzuca walizkę do bagażnika i otwiera przede mną drzwi. Ruszamy.
– Nie przejmuj się, to małżeństwo od dawna było martwe. Mówiłem ci wiele razy, że wszystko zmierza do końca i oboje z Iwoną doprowadziliśmy związek do rozstaju dróg, z której wariant kontynuacja był zablokowany przez zwalone na jezdnię drzewa. – Zerka na mnie raz po raz, zmieniając pasy na drodze. – Jedyne, co pozostało, to rozstanie.
Milczę, trawiąc jego słowa.
– A dzieci? Powiedzieliście im?
– Jeszcze nie. – Przez twarz Michała przechodzi cień. – Wszyscy są w tej chwili poza Warszawą, a to nie jest temat na telefon. Pojutrze spotykam się z Moniką, chciałbym, żebyś ją również poznała.
– Twoją córkę?
– Tak, mam nadzieję, że się dogadacie. Bardzo mi na tym zależy.
Spróbuję, ale nie na wszystko mam wpływ. Jak zareaguje, jeśli dowie się, że jej ojciec spotyka się z jej rówieśniczką?
– Jesteśmy na miejscu. – Głos Michała wyrywa mnie z rozmyślań.
Gorąca woda w wannie ma kojący wpływ na zmęczone ciało. Dzisiejszy dzień był niczym jazda na rollercoasterze, najpierw wymioty od rana, później wiadomość o ciąży i rozstanie. Wreszcie Michał. Kładąc się wczoraj spać obok Bartka, nie przypuszczałabym, gdzie znajdę się dobę później.
Pukanie.
– Natka, mam dla ciebie ręcznik. Wejdę na chwilę, schowaj się pod pianę, dobrze? – Słyszę zza drzwi.
– Możesz wejść.
Chłodne powietrze, które wtargnęło z korytarza do środka, owiewa ręce, oparte o boki wanny, powodując gęsią skórkę.
– Nie wygłupiaj się i otwórz oczy. – Wygląda komicznie, próbując po omacku znaleźć brzeg wanny.
– Zostawię go tylko i uciekam. – Kładzie ręcznik na krawędzi i nie patrząc, chce wychodzić.
– Michał, zaczekaj – proszę. – Umyjesz mi plecy? Zapomniałam zabrać ze sobą myjkę z domu, ty chyba nie korzystasz, a rękami nie dam rady.
– Dobrze. – Oczy Michała kurczowo trzymają się w mej twarzy, starając się nie patrzeć niżej, ale męski instynkt w końcu bierze górę i zerka na zarys biustu nad wodą. – Pochyl się – Staje za mną, mydli dłonie i zaczyna kolistymi ruchami szorować z tyłu, nad biodrami.
– Mmm. – Zamykam oczy i mruczę pod wpływem delikatnego dotyku ciepłych palców. – Bardzo przyjemnie, masz wprawę.
Przesuwa się nieco wyżej i wykonując koliste ruchy, jest już wysokości łopatek. Przypadkowo dotyka boku piersi, a mnie przeszywa dreszcz i czuję, że w podbrzuszu zaczyna rozlewać się ciepło.
– Przepraszam. – Speszony cofa ręce.
– Nie szkodzi, jeszcze tutaj nie masowałeś. – Pokazuję palcem na okolicę ramion. Wraca do pieszczot, ale jest bardzo ostrożny, starając się nie dotknąć mnie w miejscu, do którego jego zdaniem nie powinien dotrzeć.
Chciałabym, żeby dotykał mnie tam, gdzie czuję ciepło i pożądanie. Marzę o tym i pragnę, żeby to zrobił.
– Muszę iść na dół, bo spalę kolację. – Zabiera ręce i ucieka, nie patrząc na mnie. Stara się iść tak, żebym nie widziała jego przodu, ale kątem oka zauważam wybrzuszenie w spodniach.
A jednak na niego działam. – Uśmiecham się w duchu i zadowolona zamykam oczy.
Kolacja jest pyszna, o dziwo żołądek nie buntuje się i zmiatam dwie porcje świetnej zapiekanki z sosem beszamelowym. Pychota. Organizm po przyjęciu takiej ilości jedzenia komunikuje mi, że czas odpocząć. Na siedząco zasypiam przy stole.
– Natka, obudź się. – Słyszę szept w uchu. – Przygotowałem dla ciebie łóżko w pokoju Moniki.
– Dobranoc. – Całuję go w policzek, stojąc w progu i zamykam drzwi.
Potwornie zmęczona nie daję nawet rady umyć zębów, przebieram się w piżamę i opadam w puszystą pościel, zasypiając w sekundę.
Kawa ma tego ranka wyjątkowy smak. Rozgrzane od upału czerwcowe powietrze przyjemnie owiewa mi twarz, bardzo wyraźnie słyszę każdy zaśpiew ptaków w pobliskich drzewach. I kolory są jakby mocniejsze.
Nie, nie jestem pod wpływem narkotyków. Chyba że słowo rozpoczynające się literą m to narkotyk.
Jeszcze wczoraj jadąc do pracy, miałem poważne wątpliwości, co zrobić z życiem i dokąd zmierzam. Dzisiaj, w jakże odmiennym stanie, jestem pełen radości i nadziei. Wszystko dzięki niej. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, czy będziemy umieć ze sobą żyć – w końcu ona jest ode mnie dwadzieścia dwa lata młodsza.
To przepaść.
Po w połowie nieprzespanej nocy jednego jestem pewien – zrobię wszystko, żeby nam się udało. Boję się powiedzieć jej słowo na literę k, ale to zrozumiałe. Widzę i jestem prawie pewien, że ona czuje to samo do mnie.
– Dzień dobry. – Słyszę dźwięczny głos za plecami. – Piękny poranek.
Czuję, jak staje za mną i obejmuje ramionami za szyję. Pełne piersi, ukryte pod piżamą ciężko opadają na moje barki.
– Bardzo dobry. – Uśmiecham się w odpowiedzi. – Wyspana?
– Tak. – Odrywa się na chwilę, ziewa i przeciąga się, mrucząc, po czym tuli się ponownie. Z rozkoszą wdycham zapach młodego ciała. – Jestem głodna jak wilk. Wczoraj ty przygotowałeś kolację, dziś moja kolej, zrobię śniadanie.
Całuje mnie w czoło i z żalem pozwalam drobnym dłoniom opuścić moją szyję. Słyszę odgłos stóp tuptających w kierunku kuchni, włączanego radia i Natkę nucącą pod nosem piosenkę.
Kilkanaście minut później zwabiony zapachami zaczynam szukać ich źródła, moja blond piękność najwyraźniej jest w swoim żywiole.
– Pewnie dawno nie jadłeś w ten sposób, postanowiłam zaserwować ci jajecznicę po studencku.
Wybucham śmiechem.
– Jajecznica po studencku jest wtedy, gdy student otwiera pustą lodówkę, drapie się po jajach i po chwili ją zamyka. – Rzucam starego jak świat suchara.
Jej wzrok mówi wszystko, stary i głupi ramol.
– Dochodzę do wniosku, że niektórzy mężczyźni nawet w późnym wieku zachowują się jak małe dzieci. – Z politowaniem odpowiada na czerstwy dowcip.
– Oj tam, oj tam, panno poważna i mądralińska. – Ignoruję prztyczek na temat liczby lat na liczniku, od dawna nie byłem w tak dobrym nastroju. – Co tam jeszcze przygotowałaś?
– No więc – tłumaczy zadowolona z siebie. – Jajecznica ze szczypiorkiem, tosty, biały ser, talerz warzyw, mango i kawa.
– Wow. – Pełen podziwu oglądam zastawiony jedzeniem stół w kuchni. Tak wiele żarcia nie stało tam od… nie pamiętam, kiedy…
Pewnie z dziesięć lat temu, kiedy jeszcze robiliśmy imprezy z Iwoną.
Wracam do rzeczywistości. Burczenie w brzuchu jest jednoznaczną reakcją na zapachy i widoki.
– Jestem tak głodny, że aż skręca mnie w żołądku. – Siadam do stołu i w okamgnieniu zajmuję się konsumpcją. Natka dołącza i konsumujemy wspólnie, uśmiechając się do siebie co rusz.
– Dziękuję, było przepyszne. Posprzątam ze stołu i wstawię naczynia do zmywarki. – Podnoszę się.
– Michał, zaczekaj. – Głos Natalii jest dziwnie przytłumiony. – Muszę ci o czymś powiedzieć.
Siadam przed nią z niepokojem w sercu.
– Obiecaj, że zanim mnie osądzisz, wysłuchasz do końca tego, co mam do powiedzenia. Ufam ci jak nikomu innemu. Obiecaj, proszę.
– Obiecuję. – Gumowa kula strachu rośnie w żołądku. – To coś złego, prawda?
– Nie. – Niebieskie oczy Natalii są poważne. – Musisz jednak o tym wiedzieć, zanim zdecydujemy o naszej przyszłości.
Skóra dłoni Natki jest chłodna.
– Dobrze, słucham.
Spoglądając w stronę okna, zaczyna mówić.
Śniadanie udało mi się jak nigdy, ale mimo głodu mam problem, żeby przełknąć kilka porcji jajecznicy i łyków kawy. Na szczęście Michał nie zauważa zdenerwowania i zmiata pozostałość z talerzy. Jak przez mgłę słyszę podziękowania za posiłek.
– Michał, zaczekaj. – Z trudem wypowiadam słowa, tłumiąc strach czający się w podbrzuszu. – Muszę ci o czymś powiedzieć.
Odwraca się i patrzy na mnie z powagą.
– Obiecaj, że zanim mnie osądzisz, wysłuchasz do końca tego, co mam do powiedzenia. Ufam ci jak nikomu innemu. Obiecaj, proszę. – Boję się tego, co za chwilę nastąpi.
– Obiecuję. – Dotyk dłoni Michała jest ciepły i miły. – To coś złego, prawda?
– Nie, ale musisz o tym wiedzieć, zanim zdecydujemy o naszej przyszłości.
– Dobrze, słucham.
Biorę głęboki oddech.
– Jestem w ciąży.
Milczy, wbijając we mnie wzrok.
No powiedz coś, cokolwiek! Krzycz, wściekaj się, klnij, ale nie patrz tak! Nie osądzaj bez słowa!
– Chcesz tego dziecka? – Reakcja zaskakuje. Spodziewałam się pytań o ojca, wyrzutów i kazania. – Natka. – Przybliża twarz do mojej i trzyma ręką za podbródek. – Odpowiedz, kochanie – szepcze miękko, czuję dotyk na ustach i policzkach, a łzy zamazują mi widok.
– Tak, chcę. – Zaczynam płakać. – Bardzo się boję, ale chcę. Nawet nie wiesz, jak pragnę tego maluszka. Wczoraj dowiedziałam się, że będę miała dziecko i z początku byłam przerażona, ale z każdą chwilą utwierdzałam się w przekonaniu, że chcę urodzić. Jeśli każesz mi się wynieść, zrozumiem to i odejdę.
Wpatruje się we mnie bez słowa.
– Błagam, powiedz coś, nie patrz tak!– Ocieram łzy. – Nie mam nikogo bliskiego, oprócz ciebie.
– Cii. – Budzi się z letargu. – Nikt nie powie ci, żebyś odeszła. – Całuje moje powieki i policzki. Obejmuję dłońmi twarz Michała i głęboko spoglądam w oczy.
– Kocham cię. – Dwa magiczne słowa wirują w powietrzu jak pierwsze płatki śniegu na inaugurację zimy. – Zostań ze mną – dodaje i nasze usta spotykają się w połowie drogi.
Odrywam się od niego.
– Pokaż mi. – Zdejmuję górę od piżamy i staję przed nim półnaga. – Pokaż mi, jak bardzo mnie kochasz.
Mój ukochany wstaje i ściąga z siebie koszulkę. Splatamy się ponownie w tańcu warg i języków. Wszystkie emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne odeszły, teraz liczy się tylko on i to, czego za chwilę razem dokonamy. Spodnie zsuwają się na podłogę i naga kładę się na stole w kuchni, szeroko rozkładając nogi.
– No już, staruszku. – Uśmiecham się. – Chcę w końcu zobaczyć i poczuć tę armatę, o której tak skrycie przez lata marzyłam.
Michał śmieje się głośno i powoli zdejmuje szorty. Uwolniony z nich penis z czerwoną, napiętą główką znajduje się idealnie na wprost rozpalonej księżniczki. Dotykam jej i czuję wilgoć pod palcami. Jak na komendę oboje przestajemy się uśmiechać i zamykam oczy, kiedy główka powoli wsuwa się między wargi, nabrzmiałe od wpompowanej w nie krwi.
Dopiero teraz rozumiem, jaka jest różnica między uprawianiem seksu, a kochaniem się z osobą, którą darzysz miłością.
Rollercoaster myśli w głowie nie pozwala się skupić.
Kochasz ją? No to do dzieła!
Nieskalane jeszcze zębem czasu, kobiece kształty Natalii kuszą jak Książę Ciemności Ewę w Edenie.
– No już staruszku – słyszę. – Chcę w końcu zobaczyć i poczuć armatę, o której tak skrycie marzyłam przez lata.
Niekontrolowany śmiech wydobywa się z moich ust. Między innymi za to pokochałem tę dziewczynę.
Chwilę później radość znika z naszych oblicz. Członek, tak chętny do zapoznania się z jej wnętrzem, wreszcie zanurza się w ciepłym i otoczonym wilgocią zagłębieniu.
– Cii, już nie musisz się bać – szepczę jej do ucha w rytm ruchów biodrami. – Zaopiekuję się tobą, Króliczku. – Zamykam usta pocałunkiem.
Oddychamy coraz szybciej.
Natalia obejmuje mnie mocno nogami i rękami. Piersi są cudownie miękkie, niczym puchowe poduszki w babcinej sypialni. Tors zapada się w nie, czuję twarde sutki wbijające się w skórę.
– Zostaw to we mnie – dyszy mi do ucha. – Chcę poczuć w sobie twoje nasienie.
W niebieskich oczach widnieje bezgraniczna rozkosz i pożądanie, otwiera usta, a cipka zaciska się jak miękka, śliska obejma na członku.
– Teraz! – szepcze miękko, zamyka oczy i finiszuje.
Drżąc, spełniam życzenie. Zostawiam we wnętrzu nasiona miłości, które nie zakiełkują. Zasiane w ziemi, zajętej od pewnego czasu przez inny owoc.
Zespoleni uspokajamy oddechy, podziwiając wzajemnie nasze spowite miłością i seksem oblicza.
– Ja też cię kocham – szepcze Natka, dotykając opuszkami palców moich ust.
Maluszek jest bardzo absorbującym lokatorem. Sen, który zawsze bardzo lubiłam i zazwyczaj zajmował osiem, dziewięć godzin na dobę, jest obecnie głównym zajęciem w ciągu dnia i nocy. Nie byłam zdziwiona zmęczeniem po porannym wygibasach z Michałem i odpłynięcie w niebyt zajęło kilka minut.
Dwie godziny później wchodząc do kuchni, znajduję na stole kartkę.
“Natka.
Pojechałem spotkać się z Moniką, cały dom jest do Twojej dyspozycji. Odpoczywaj i czuj się jak u siebie. Gdybyś czegoś potrzebowała – dzwoń.
M.
P.S. Kocham Cię (uśmiech)”
– Cześć, tato.– Monika zrywa się z krzesła w knajpce na Starówce i całuje mnie w policzek.
– Monia, a od kiedy ty, córeczko, nosisz rude włosy? – Nie widziałem jej trzy miesiące i mam poważne wątpliwości, czy zdołałbym rozpoznać na ulicy. Oddaję całusa i opadam na krzesło obok. Koszmarny upał.
– Postanowiłam coś zmienić w swoim życiu i zaczęłam od fryzury. – Śmieje się perliście. – Chcesz coś zamówić? Mają świetne drinki.
– Przyjechałem samochodem, muszę wracać później do domu. Opowiadaj, co u ciebie.
– Rozstałam się z chłopakiem i jestem wolna jak ptak… – szczebiocze, a ja słucham jednym uchem, zastanawiając się, jak do cholery mam jej powiedzieć o rozwodzie z Iwoną.
W międzyczasie przy stoliku pojawia się kelner, zamawiam herbatę, a może kawę? Po jego odejściu staram się sobie przypomnieć, którą pozycję w menu wskazałem.
– Tato, coś się stało? Wyglądasz, jakbyś miał coś poważnego na głowie.
Spoglądam na Monię. To moje ukochane dziecko. “Córeczka tatusia” jak własnoręcznie się nazwała. Krzysiek, najstarszy syn i Patryk, najmłodszy, mieli lepszy kontakt z Iwoną, ale to Monika zawsze była moją dziecinką, gdy tylko chciała wypłakać się w rękaw albo poradzić – przychodziła do ojca, nie matki. Teraz ja potrzebuję pomocy. W rękaw chlipać nie będę, ale córka jest jedyną osobą, której mogę się zwierzyć.
Rozwód.
I Natalia.
– Córeczko, posłuchaj. – Zaczynam i szybko tracę rezon. – Stało się coś, o czym powinnaś wiedzieć.
– Coś złego?
– Chyba tak. – Na twarzy Moniki maluje się strach. – Rozwodzę się z twoją matką. – Postanawiam wyłożyć karty na stół.
Otwiera szeroko oczy i zakrywa ręką usta.
– Dlaczego? Przecież byliście szczęśliwi. Spędziliście ze sobą ponad dwadzieścia lat!
– Nie byliśmy, kochanie, właśnie w tym problem. – Staram się, by mój głos był delikatny. – Uczucie między nami wypalało się i w końcu całkowicie zgasło. Od dłuższego czasu traktowaliśmy się, jak obcy ludzie. – Monika przestała oddychać i zaaferowana wpatruje się we mnie. – Nie żyjemy już jak małżeństwo. Mieszkaliśmy razem, jak współlokatorzy. A teraz matka znalazła sobie kogoś i chyba jest z nim szczęśliwa. Jeśli to cię pocieszy, rozstajemy się w pokoju i bez awantur.
Patrzy gdzieś w punkt na końcu ulicy i ma łzy w oczach.
– Tato. – Ciałem córki wstrząsa szloch. – Naprawdę nie da się już nic zrobić?
– Słoneczko, gdyby istniała taka możliwość, na pewno bym spróbował. Znasz mnie, nie podejmuję pochopnych decyzji. Naprawdę nie było innej drogi.
Dmucha nos w chusteczkę i ociera łzy z twarzy.
– To wszystko? Czy jest coś jeszcze? – Ma głos wyprany z emocji.
Powiedz jej o Natalii. Nie ukrywaj tego, bo będzie jeszcze gorzej.
– Nie. – Rzucam kolejną kłodę pod nogi córki. – Chciałbym, żebyś kogoś poznała, pojedziesz ze mną do domu?
Relaksujący śpiew ptaków i szum wiatru ponownie wpędza w sen. Michała nie ma od ponad trzech godzin, ale nie zamierzam do niego dzwonić.
Czeka go ciężka rozmowa z córką na temat rozwodu i… przypuszczalnie również na mój. Powinien przejść przez nią sam, Monika mnie nie zna i mogłabym tylko pogorszyć sprawę.
Musisz sam rozegrać tą partię, Michałku. – Bujam się w ogrodowym hamaku i po chwili ponownie zasypiam.
Budzi mnie szum silnika samochodu, parkującego pod wjazdem do garażu. Słońce schowało się za domem, przespałam połowę popołudnia.
Z samochodu wysiada Michał z niską, chudą dziewczyną o wściekle rudych włosach. To chyba ona. – Dochodzę do wniosku, ma zapuchnięte oczy, wygląda, jakby długo płakała.
Wychodzę na ich powitanie. Michał zostaje z tyłu, dając nam szansę na wzajemnie poznanie się.
– Monika. – Wyciąga dłoń i ściska moją, dość mocno jak na kobietę. – Miło mi cię poznać.
– Natalia. – Oddaję uścisk i nieśmiało uśmiecham się do niej. Na szczęście reaguje w ten sam sposób, a kątem oka w tle na twarzy Michała widzę ogromną ulgę.
– Chodźmy do środka, pora na kolację.
– Tato, powiedz, kto jest w domu? – Manewrując wśród samochodów ślimaczących się w korku, czuję badawcze spojrzenie. – Masz kogoś?
Cały czas waham się. Jak mam to wytłumaczyć? Jak wyjaśnić córce, że kocham dziewczynę w jej wieku, która w dodatku jest w ciąży z innym?
– Córeczko. – Zerkam w prawo, z trudem kontrolując to, co dzieje się na drodze. – Obiecaj, że zanim mnie osądzisz, wysłuchasz do końca tego, co mam do powiedzenia.
Zabawne, to samo powiedziała do mnie rano Natalia.
– Nie wiesz o mnie wszystkiego. Od kilku lat zajmuję się amatorsko pisaniem opowiadań i wierszy. – Monika chłonie każde słowo. – Pięć lat temu poznałem pewną kobietę. W Internecie.
Urywam na chwilę i chowam się na prawym pasie.
– Skrytykowałem jej debiutanckie opowiadanie. Odpisała mi dość ostro i na dzień dobry pokłóciliśmy się. Potem zaczęliśmy ze sobą dyskutować i odkryliśmy, że mamy wspólne zainteresowania. Kino, książki, pisanie. Od słowa do słowa polubiliśmy się i zaczęliśmy ze sobą korespondować. Ta znajomość przerodziła się w wirtualną przyjaźń. To moja bratnia dusza, prawdziwa przyjaciółka.
– Zdradziłeś mamę? – pyta szeptem.
– Nie, nie zdradziłem z nią twojej matki – odpowiadam zgodnie z prawdą. O Sylwii nigdy się nie dowiesz, moje dziecko. – Do chwili, gdy Iwona nie wyprowadziła się z domu, nawet nie wiedziałem, jak ona wygląda. Dopiero niedawno nawiązaliśmy… bliższy kontakt. Chcę, żebyś ją poznała. – Zaciskam ręce na kierownicy i czuję jak mimo włączonej klimatyzacji, po plecach płynie strużka potu.
Zatrzymuję się na poboczu. Czas na najtrudniejszy moment.
– Powinnaś wiedzieć jeszcze o czymś bardzo ważnym. – Biorę ją za rękę. – Natalia jest w twoim wieku. I jest w ciąży.
Oczy Moniki rozszerzają się gwałtownie.
– Tato. – Zaczyna znowu płakać. – Co ty narobiłeś? Masz kochankę w wieku własnej córki?! I w dodatku zrobiłeś jej dziecko?!
– To nie jest moje dziecko – wypowiadam słowa, po których zalega cisza.
– Nic z tego nie rozumiem! – Monika podnosi coraz bardziej głos. – Co się z tobą dzieje?! Nie było mnie trzy miesiące w domu, wracam szczęśliwa, z nadzieją, że spotkam się z rodzicami. I świat usuwa mi się spod nóg! Mama odeszła, ty romansujesz z jakąś siksą, która mogłaby być twoją córką i na dodatek puściła się z innym?! A teraz będziesz wychowywał bachora jej gacha?! Nienawidzę cię, bydlaku! – Wyrywa się i szarpie za klamkę. Na szczęście zamknąłem drzwi. – Wypuść mnie, bo zacznę krzyczeć! – Grozi ze łzami w oczach.
– Monika, zamknij się i posłuchaj! – Ostrym głosem sprowadzam ją na ziemię. Zszokowana otwiera szeroko oczy i milknie. – Tak, ktoś, z kim była związana, zrobił jej dziecko! Zabezpieczała się, ale jakimś cudem nie zadziałały pigułki! Nigdy go nie kochała i chciała od niego odejść, zamierzała go zostawić. Dla mnie! Po tym, kiedy dowiedziała się o ciąży, zażądał od niej, żeby usunęła. Nie zgodziła się i uciekła. Córeczko, zrozum. – Dotykam ponownie jej dłoni, tym razem na szczęście nie zabiera ręki. – Chcę ułożyć sobie życie po tym, jak twoja matka odeszła. Zdaję sobie sprawę, że trudno ci to pojąć, ale naprawdę ją kocham. Do dzisiaj nie wiedziałem nawet, że jest w ciąży. Bała się, że jeśli mi o tym powie, każę jej wracać do Wrocławia. Uwierz, że to cudowna, ciepła i kochana dziewczyna, nie ma nikogo oprócz mnie, chcę się nią zaopiekować i żyć razem.
Milczymy, patrząc na samochody stojące przed nami w korku.
– Daj jej szansę, proszę. – Kończę szeptem. – Nie wymagam od ciebie, żebyście stały się najlepszymi przyjaciółkami, ale przynajmniej spróbuj. Zawsze, kiedy potrzebowałaś mojej pomocy, stałem obok, jak skała. Teraz to ja szukam twojego wsparcia.
Po tym, jak wyrzuciłem z siebie cały stres, pożerający wnętrze przed spotkaniem z córką, czuję się lekki jak ptak. I niespodziewanie pewny, że wszystko dobrze się skończy.
– Ma na imię Natalia, tak? – odzywa się w końcu. – Skoro mam ją poznać, to jedźmy już. Muszę jeszcze wrócić do wynajętego mieszkania. Jutro się przeprowadzam.
– Dziękuję, córeczko. – Włączamy się do ruchu.
– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, tato – szepcze, patrząc przed siebie.
Córka Michała. Byłam pełna obaw, jak zareaguje na moją obecność. Początkowo wykazywała rezerwę, którą powoli i systematycznie udało mi się zniwelować. Ciepłem, które potrafię dać, żartami, uśmiechem i pogodną osobowością. Pod koniec kolacji udało jej się parę razy uśmiechnąć.
Po wyrazie twarzy mojego mężczyzny poznałam, że zrzucił z barków duży ciężar.
– Natalia. – Monika, wychodząc, woła mnie z przedpokoju. – Mogę cię prosić na słowo?
Staję przed nią.
– Lubię cię – oznajmia bez ogródek. – Dobrze patrzy ci z oczu i czuję z tobą flow. Dobrze nam się rozmawiało. – Uśmiecham się w duchu na tę uwagę. – Ojciec bardzo cię kocha, widzę to po nim. Nigdy go takiego nie widziałam. Zadurzył się w tobie, jak uczniak w szkolnej nauczycielce.
Chcę coś powiedzieć, ale Monika podnosi rękę i ucisza mnie.
– Mam nadzieję, że ty kochasz go równie mocno. Obserwuję cię, pamiętaj o tym. Jeśli go skrzywdzisz. – Zawiesza głos, patrząc mi prosto w oczy. – Jeśli go skrzywdzisz, będziesz miała ze mną do czynienia. Cześć.
Trzaska drzwiami.
Córeczka tatusia. Jakże miłe pożegnanie.
KILKA MIESIĘCY PÓŹNIEJ
Maluszek rośnie w brzuszku, a uczucie między mną i Michałem rozprzestrzenia się jak pożar sawanny.
Pół roku temu byłam studentką, dzieckiem mieszkającym z innym dzieciakiem. Przeszłam w kilka miesięcy kurs ekspresowego dojrzewania i teraz to ja noszę w sobie dziecko.
– Natka! – słyszę krzyk dochodzący sprzed domu.
– W kuchni! – W półmroku wieczoru lokalizuję go wzrokiem przez okno. Zamknął drzwi od samochodu i niesie coś małego w dłoni.
– Jak minął dzień mojej pani? – Całuje mnie na dobry wieczór i ręką dotyka dłonią rosnącej pod żebrami piłki. – I naszemu chłopcu?
– U mnie fantastycznie, Same ulubione czynności: spanie, jedzenie, spanie, jedzenie. I spanie. I jedzenie – śmieję się. – Jeśli utrzymam tendencję, to po porodzie będę mogła startować w sumo. Ewentualnie w podnoszeniu ciężarów.
– Wreszcie będę mógł pożartować z twojego wyglądu, do tej pory nie mam z czego. – Puszcza do mnie oko i dostaje kuksańca. – A nasz bohater? Szaleje tak jak wczoraj?
– Bawi się w piłkarza, łobuz. – Uśmiecham się. Nie dostrzegam w dłoni Michała przedmiotu, który wyjął z samochodu.
– Widziałam, że coś niosłeś w drodze do domu, co to było?
Poważnieje momentalnie.
– Jak zwykle ciekawska i spostrzegawcza. – Wyraźnie niezadowolony, próbuje się wymknąć. – Muszę skoczyć jeszcze po coś do garażu, zaraz wrócę, to porozmawiamy.
– Ty mnie tu nie zagaduj. – Chwytam go za nadgarstek i przytrzymuję. – Gadaj, co niosłeś.
– Nie mogę, to niespodzianka.
– Skoro już o tym wiem, to straciła status niespodzianki i możesz wyjawić mi, co to jest. – Wiercę dziurę w brzuchu. – Misiek, proszę. Nie będę mogła zasnąć.
– Nie, Natka, nie teraz. – Upiera się.
– Misiaczku, proszę. – Przytulam się, sięgając dłońmi między jego uda. – A może zadziała taka perswazja?
– Ech, dobrze. Zamknij oczy. – Macha dłonią zrezygnowany.
Świat staje się szary, przez powieki przebija się szczątkowe światło, odbijające się od kuchennej szyby. Czuję, jak ujmuje moją dłoń, ręce ma chłodne i spocone ze zdenerwowania. Czym tak się martwi?
Wsuwa coś na palec.
– Możesz otworzyć. – Całuje mnie w powieki.
Spoglądam w dół, czując, że chyba wiem, co to.
W głowie wybucha supernowa.
Świat przestaje istnieć, zostaje tylko on, ja i ten malutki przedmiot na palcu. Mam ochotę tańczyć i krzyczeć w ekstazie.
– Czy to jest to, o czym myślę? – Uśmiecham się przez łzy radości.
– Zgadasz się? – odpowiada niepewnie pytaniem na pytanie.
– Tak! – Rzucam mu się na szyję. – Zgadzam się!
Przywieramy do siebie, całując się powoli, głęboko i coraz intensywniej.
– Chodźmy do sypialni. – Z trudem bierze mnie na ręce i wchodzi po schodach.
Z radości dotykam jego twarzy.
– Postaw mnie na ziemię dziadku, bo jeszcze dostaniesz zawału i nici z seksu.
– Mała diablica. – Sapie z wysiłku. – Zobaczymy, czy za chwilę twój języczek będzie równie cięty i wygimnastykowany.
W sypialni stawia mnie na podłogę i zrzuca z siebie ubranie. Chwilę później obnażony, z wyzywająco owłosionym, unoszącym się w szybkim oddechu torsem i prowokująco skierowanym w moją stronę członkiem, który jest tak napięty, że niemal uchodzi z niego para, wodzi wzrokiem po odsłoniętych, nagich kształtach.
Mam mokro między nogami. Całuję go, chwytam za penis i przesuwam powoli po nim dłonią.
– Muszę iść pod prysznic – szepcze, miętosząc piersi.
– Nie musisz – mruczę – pobawię się nim trochę, a później będę chciała, żebyś kochał się ze mną, mój prawie mężu. Mhmm, nie mogę się doczekać go w środku. – Przyspieszam ruchy dłonią, Michał odchyla głowę do tyłu i oddycha coraz szybciej.
– Wiesz, może zwolnij trochę, bo cała zabawa zaraz się skończy. – Przytrzymuje mój nadgarstek i liże sutek. Staję w bezruchu, oczekując na ciąg dalszy. Michał ujmuje w obie dłonie moją twarz i całuje głęboko, oddając całą miłość, pasję i zaangażowanie w związek, jaki wniósł. Uwielbiam jego język w różnych miejscach ciała, a usta nie są wyjątkiem. Bawimy się przez dłuższą chwilę, całując leniwie i czule, po czym, nie odrywając się ode mnie, przesuwa ręce po skórze, niby przypadkowo muskając erogenne miejsca.
– Co robisz? – Klęka przede mną, głaszczę go po łysiejącej głowie.
– Chcę cię posmakować, zanim pojedziemy się kochać. – Wysuwa język i przejeżdża po cipce.
– Widzisz, jaka jestem mokra? – Zaczynam oddychać szybko, czując go w sobie. – Och, Misiaczku. Kochanie. – Błagalnie pojękuję, licząc na więcej, może na orgazm. Bezwiednie opieram się o kredens, rozchylam uda, na co Michał rozciąga ją palcami i liże, niczym kot miskę mleka. Z podniecenia kręci mi się w głowie, chwytam się za piersi i ściskam, jęcząc coraz głośniej. Dołożenie palca we wnętrzu niemal natychmiast kończy zabawę – szczytuję powoli, długo, z początku myśląc, że orgazm zaraz się skończy, ale tym razem czeka na mnie niespodzianka. Na pewno zwiedzaliście kiedyś muzea, jaskinie lub kościoły, gdzie wchodzicie do pokoju, okazującego się zachwycającym pomieszczeniem i myślicie, że nic lepszego was nie spotka. Tymczasem za drzwiami otwieracie szeroko oczy z zachwytu.
To właśnie jestem ja, tuż po orgazmie, będącym rzeczonym pierwszym pokojem, drzwi do drugiego otwierają się i dochodzę po raz kolejny, hiperwentylując i krzycząc na cały regulator. Wnętrze i całe ciało zaciska się tam mocno, że łapie mnie skurcz w lewej łydce i zaczynam jednocześnie śmiać się, podskakiwać z bólu i pojękiwać dzięki wciąż obecnej, ale powoli znikającej rozkoszy.
– Och, Misiu. – Przyciągam go do siebie z kolan i całuję, wpychając język daleko w usta. – Doszłam dwa razy, ależ to było mocne i dobre!
Twarz Michała obrazuje zachwyt, a na policzkach błyszczy się mój orgazm.
– Chodź do sypialni, chcę widzieć, słyszeć i czuć w sobie, jak dochodzisz, jak jest ci dobrze. Pragnę dać ci orgazm, mężu – szepczę, na co reaguje uśmiechem. Bierze mnie na ręce i po chwili kładzie na łóżko, w którym co noc oboje śpimy.
Dodam, że nowe. Stare, to, na którym spała Iwona sprzedał.
– No chodź. – Przyciągam Michała do siebie, chwytam za majtający się między udami członek, kieruję do wnętrza i z cichym jękiem oraz błagalnym, proszącym o więcej spojrzeniem wsuwam do cipki. Rozkosz uderza niczym obuch i rozlewa się na całe ciało, a Michał, opierając dłonie obok moich ramion, pompuje powoli, obserwując bujające się w rytm ruchów piersi. Dotykam napiętego torsu i mięśni brzucha, wydając z siebie dźwięki, dające jednoznacznie do zrozumienia, jak dobrze i przyjemnie czuję się w tej chwili.
– Natka, nie dam długo rady – oddycha ciężko, a na twarzy widnieje grymas.
– Skończ we mnie. – Dotykam policzka Michała lewą dłonią, prawą chwytam za biodro, członek pracuje we mnie bardzo szybko i kiedy Misiek zaczyna szczytować, dochodzę po raz drugi i ja, w międzyczasie będąc wypełniona owocem miłości, który mi przekazał.
– Wiesz. – Kilka minut później uspokajając oddechy, odpoczywaliśmy zadowoleni i zmęczeni. – Kiedy kochamy się, zawsze muszę powstrzymywać się z orgazmem.
– Jak to powstrzymywać? – Spogląda na mnie zdziwiony.
– Mam ochotę cały czas szczytować, zwłaszcza kiedy jesteś we mnie.
– To szczytuj, po co powstrzymujesz. – Wzrusza ramionami i ziewa.
– No jak, a co ja maszyną jestem? Poza tym wiesz, co za dużo, to niezdrowo.
– Wy, kobiety, macie dobrze. Możecie tyle razy, ile chcecie. My raz strzelimy i jest po jabłkach.
– Aż tak źle nie jest. – Unoszę się i opieram na łokciu, przesuwając palec po torsie i brzuchu. – Przecież często kochamy się po dwa razy i masz dwa orgazmy.
– No tak, ale moje dwa w porównaniu z twoimi ośmioma to nic.
Tak, miałam osiem orgazmów. Podczas ciąży miewam dni, w które napada mnie szał i mogłabym cały dzień kochać się z nim. Bez przerwy. W dwie godziny doszłam osiem razy, doprowadził mnie na różne sposoby. Ręką, językiem, będąc w środku. Sama raz też to zrobiłam, przed nim, mimo że strasznie na początku się wstydziłam, potrafię jednak przełamywać własne bariery, on ze mną również.
Między innymi również dlatego tak mocno go kocham i tak mi z nim dobrze.
Brzuszek jest już naprawdę ogromny, jest mi coraz ciężej chodzić. Maluszku, chcę, żebyś już wyszedł.
– … i ogłaszam państwa mężem i żoną. Może pan pocałować pannę młodą.
– Mężu, nie ociągaj się – zachęcam Michała. W odpowiedzi dostaję lekkiego buziaka.
– W domu poprawię się, obiecuję – szepcze do ucha i mruga porozumiewawczo okiem.
Zerkam na leżący na stole dokument.
“W dniu siedemnastym grudnia dwa tysiące szesnastego roku przede mną, Kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński złożyli:
– Michał Aleksander Koman, urodzony siedemnastego sierpnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku w Warszawie.
– Natalia Przybylska, urodzona dwudziestego drugiego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku we Wrocławiu.”
– Gratulacje. – Uśmiechnięta Monika, która z rudej diablicy zmieniła się czarnowłosą piękność, całuje mnie w policzek. Wygląda na to, że udało mi się przekabacić nieufną córkę męża. – Bardzo się cieszę, macocho. – żartuje.
– Dziękuję. – Oddaję całusa. – A jak jeszcze raz powiesz do mnie macocho, to będzie z tobą naprawdę źle. To ostatnie ostrzeżenie. – Śmiejemy się.
– Dziękuję państwu i gratuluję potomka. – Urzędnik spogląda na brzuch gabarytów pięciokilowej piłki lekarskiej. – Kiedy rozwiązanie?
– Zaraz po świętach, termin jest wyznaczony na dwudziestego dziewiątego grudnia.
– Trzymam kciuki, żeby wszystko się udało – odpowiada, żegnając nas w progu. – Wesołych Świąt.
Dziś jest ten dzień.
Dzień, w którym nasz synek pojawi się na świecie.
Wszystko mnie boli i czuję się naprawdę kiepsko, ale adrenalina i ekscytacja porodem nie pozwalają o tym myśleć.
– Gotowa? – Michał jest opanowany i spokojny. To jego czwarte dziecko, co prawda ostatnie urodziło się ponad dwadzieścia lat temu i jest młodsze ode mnie raptem o rok, ale w porównaniu ze mną jest weteranem.
– Tak, gotowa. – Uśmiecham się z trudem. – Jedźmy już, czuję, że maluch jest gotowy do ewakuacji.
Środek zimy utrudnia szybką jazdę, zwłaszcza że akurat dzisiaj musiał spaść śnieg i pogoda jak zwykle zaskoczyła drogowców. Mój mąż stara się jak może, samochód to jednak nie helikopter i wkrótce po wyjeździe z domu tkwimy w potężnym korku.
– Natka jak tam? – Nerwowo bębni palcami w kierownicę.
– Na razie bez tragedii, ale dobrze byłoby, gdybyśmy się pospieszyli. – Mam nadzieję, że moja twarz nie okazuje bólu, jaki niespodziewanie mnie przeszył. Ruszajmy już! Nie chcę urodzić w samochodzie!
Toczymy się powoli i w końcu docieramy do zjazdu. Michał gwałtownie skręca w prawo i wciska pedał gazu w podłogę.
– Michałku, nie za szybko? Nie chcę się rozbić po drodze. – Mocno ściskam uchwyt nad głową.
– Spokojnie, samochód ma ABS i kontrolę trakcji. Poza tym jeżdżę od ponad dwudziestu lat i przeżyłem gorsze warunki. – Zagaduje mnie, starając się zatuszować rozmową pogarszający się stan i skierować emocje na inny tor.
Pędzimy bocznymi uliczkami z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, mijając zaparkowane samochody jak tyczki. W innych warunkach skrzyczałabym go za narażanie nas na niebezpieczeństwo, ale czuję, że jeśli się nie pospieszymy, to może być ze mną kiepsko.
– Michał! – Z przerażeniem zauważam, że mam mokre spodnie, a siedzenie pode mną jest nasiąknięte. – Odeszły mi wody! Daleko jeszcze?!
– Najwyżej dwie minuty. – Skręcamy z piskiem opon w lewo i wjeżdżamy w kolejną uliczkę. Rozpoznaję to miejsce, faktycznie prawie jesteśmy na miejscu. – Przygotuj się, za chwilę wysiadamy, dasz radę? – Patrzy na mnie z niepokojem.
– Tak. – Uśmiecham się słabo. – Jeśli będziesz ze mną, wszystko skończy się dobrze.
– Zawsze będę z tobą, Króliczku. – odpowiada z miłością w głosie i gwałtownie hamuje przed szpitalnym wejściem.
Otwieram drzwi samochodu, z trudem wytaczając się na parking, zaczynam szybkim krokiem iść w kierunku szpitalnych drzwi.
– Natalia, uważaj! – Słyszę krzyk Michała – zaczek…
– Michał! – Jak przez mgłę dociera do mnie zdenerwowany głos Natki.– Odeszły mi wody! Daleko jeszcze?!
– Najwyżej dwie minuty. – Bądź opanowany, nie spinaj się, powtarzam w myślach. – Przygotuj się, za chwilę wysiadamy, dasz radę? – Jest blada jak ściana.
Cholerne korki! – Klnę w myślach.
– Tak. – Słaby uśmiech uspokaja mnie nieco. – Jeśli będziesz ze mną, wszystko dobrze się skończy.
– Zawsze będę z tobą, Króliczku. – Tego akurat jestem pewien jak faktu, że Ziemia jest okrągła. Hamuję gwałtownie przed wejściem do szpitala i wypadam z samochodu, zamierzając otworzyć przed nią drzwi.
Kątem oka zauważam jadący za nami niebezpiecznie szybko jak na oblodzoną nawierzchnię samochód.
O Boże, tylko teraz nie wysiadaj! Kochanie, nie rób tego!
Drzwi od strony pasażera otwierają się, świat zwalnia, niemal zatrzymując się. Czuję się jak uczestnik filmu, którego widzowie wcisnęli pauzę i poszli do toalety. Doskonale, jak w idealnie oświetlony słońcem letni dzień, jestem w stanie dostrzec wśród opadających płatków śniegu wielką czapę z pomponem, której właścicielka, czyli Natalia rusza w kierunku drzwi wejściowych szpitala.
Zamieram przerażony, widząc, jak samochód jest już kilka metrów od niej. Co, do kurwy nędzy, robi kierowca?! Wreszcie kretyn za kierownicą Forda zaczyna hamować. Odzyskuję mowę.
– Natalia, uważaj! – krzyczę najgłośniej, jak potrafię. Za późno, odpowiada połowa umysłu, druga nie chce przyjąć do wiadomości tego, co się za chwilę wydarzy. O kurwa, nie! – Zaczekaj! – Wraz z wykrzyczanymi słowami widzę parę unoszącą się przed twarzą.
W chwili, gdy wywrzaskuję ostatni wyraz, Ford z impetem uderza moją żonę.
Ciało Natki zostaje podbite do góry jak lalka i spada na ziemię obok samochodu w ogromną zaspę.
Zamieram. Skamieniały i niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Procesy myślowe w mózgu zatrzymują się i bezwiednie obserwuję, jak kierowca, młody, przerażony chłopak wypada z samochodu, krzycząc coś do mnie. Co on mówi? – Zastanawiam się. Tak właściwie to nie ma żadnego znaczenia. Przecież przed chwilą ją zabił.
Rusz dupę, ona żyje! – Gwałtowny krzyk w głowie pobudza do działania. – Obiecałeś, że będziesz z nią zawsze i do końca. Walcz!
Odzyskuję świadomość i rzeczywistość wraca do normalnego stanu. Ze szpitala wypada dwóch lekarzy w kitlach, nie zważając na niską temperaturę i sypiący śnieg.
– To pana żona? – pyta jeden z nich, młodszy z wąsami. Pan Wołodyjowski. Myśl jest absurdalna jak na powagę sytuacji, ale faktycznie jest niemal kopią Małego Rycerza.
– Tak. – Potwierdzam drżącym głosem. – Uratujcie ją, błagam! Miała za chwilę rodzić!
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy – odpowiada drugi wysoki jak tyczka brodacz. – Proszę się odsunąć. Z nosa Natki płynie krew, wygląda jak śpiący aniołek. Zaczynam płakać.
Pan Wołodyjowski bada ją pobieżnie.
– Żyje, trzeba ją natychmiast zabrać na blok! Gdzie jest, kurwa, transport?! – krzyczy.
Chwilę później łóżko z Natalią pędzi szpitalnym korytarzem w kierunku sali operacyjnej, biegnę za lekarzami, słuchając ich poleceń, wydawanych pielęgniarzom i anestezjologom.
Przed drzwiami zatrzymuje mnie rosły blondyn.
– Musi pan czekać tutaj, przykro mi. – Jest stanowczy, ale mięknie na mój widok. – Kurski i Jagoda to nasi najlepsi chirurdzy, mamy też świetnych ginekologów. Uratują pańską żonę i dziecko, proszę być dobrej myśli.
– Mogę zrobić cokolwiek oprócz czekania?
– Tak. – Obejmuje mnie barczystym ramieniem. – Proszę się pomodlić. Ja zrobię to samo. – Odchodzi.
Czekam dwie godziny.
Trzy.
Pielęgniarz mija mnie w korytarzu.
– Jeszcze nie skończyli, proszę być dobrej myśli. – Próbuje mnie pocieszyć. – Kurski z Jagodą nigdy nie odpuszczają i zawsze walczą o pacjenta. Szczęście w nieszczęściu, że trafił pan na nich. – Znika po raz kolejny.
Zapadam w letarg.
– Proszę pana. – Słyszę głos nad głową, mam ukrytą twarz w dłoniach. – Chce pan herbaty?
Obok mnie stoi starszy człowiek w okularach, z wąsami i w staromodnym swetrze.
– Proszę. – Podaje mi kubek. – Niech pan się napije.
– Dziękuję – odpowiadam machinalnie i biorę solidny łyk. Napój herbatopodobny z automatu szpitalnego jest obrzydliwy, ale ciepło płynu przyspiesza cyrkulację krwi w żyłach i pobudza myślenie.
– Modliłem się za pańską żonę. – Spoglądam na niego zdziwiony szeroko otwartymi oczami. – Widziałem, jak potrącił ją samochód przed szpitalem. Taka młoda dziewczyna, jeśli Bóg da, przeżyje. I dziecko też.
Ponownie ukrywam twarz w dłoniach i czuję słony smak łez spływających po policzkach.
– Chce pan pójść ze mną, do kapliczki szpitalnej? – pyta.
– Jestem niewierzący – odpowiadam, połykając kolejne łzy.
– To nie ma znaczenia, niech pan tam po prostu pójdzie.
Waham się, obiecałem sobie, że będę warował pod drzwiami jak pies. Podświadomość podpowiada mi jednak, żebym poszedł.
– A jeśli skończy się operacja i będę potrzebny? – Opór kruszeje niczym mury Jerycha.
– Lekarze pana znajdą. Proszę. – Dłoń staruszka jest sucha i ciepła. – To nie zajmie długo. Mam na imię Józef, niech pan mówi mi po imieniu. – Uśmiecha się.
– Michał.– Ściskam wyciągniętą rękę. – Chodźmy.
Kapliczka jest zaciemniona, panuje w niej zaduch, a w powietrzu krążą drobinki kurzu. Mały ołtarz oświetlono kilkoma lampkami.
Klękam wspólnie z Józefem.
– Nie musisz odmawiać modlitwy, jeśli nie czujesz takiej potrzeby – szepcze. – Po prostu powiedz Mu, co leży ci na sercu.
Ogarnia mnie dziwne wrażenie, jakby nieznana siła otaczała ciało i próbowała dostać się do wnętrza głowy. Nie czuję strachu, a w serce zaczyna wlewać się pewność, że dopóki istnieje szansa, trzeba walczyć.
Zmagam się ze wstydem, nie modliłem się od czasów szkoły podstawowej.
Józef, trzymając różaniec w palcach bezgłośnie mamrocze.
Raz kozie śmierć.
Boże, jeśli gdziekolwiek jesteś i mnie słyszysz – zaczynam mówić w myślach – nie pozwól, aby ona i dziecko odeszli. – Wbijam wzrok w ołtarz. – Nie zabieraj mi ich! To wszystko, co mam! Jeśli oni umrą, moje życie straci sens. Błagam!
Klęczę jeszcze chwilę w ciszy, wpatrując się w figurki i światełka. Wrażenie zniknęło, podobnie jak magia sytuacji.
– Idziemy? – Towarzysz niedoli podnosi się ciężko, pomagam mu wstać.
W korytarzu przed salą operacyjną żegna się ze mną.
– Bądź dobrej myśli, chłopcze. – Mocno ściska mą dłoń. – I kiedy twój maluszek i żona będą bezpieczni, odwiedźcie mnie w piątce. – Wskazuje pokój po drugiej stronie korytarza.
– Dziękuję. – Czuję nieprawdopodobną moc w sercu.
Natka, walcz, kochanie!
Kolejne minuty, kwadranse mijają niezauważalnie. Pogrążony w letargu zapadam w dziwny stan jakby pośredni między snem a jawą. Sam nie wiem, czy śpię z otwartymi oczami, czy dopadły mnie majaki i omamy.
Koniec szóstej godziny. W dalszym ciągu żadnych informacji. W końcu dopada mnie sen i nie jestem w stanie się mu oprzeć. Odpływam.
– Proszę pana, proszę się obudzić. – Czuję potrząsanie ramieniem. Gwałtownie otwieram oczy i zrywam się z krzesła. Obok stoi Wołodyjowski. Ze strachu nie jestem w stanie wypowiedzieć ani słowa.
– Proszę mnie nie trzymać dłużej w niepewności, skończyliście? – Dukam wreszcie, drżąc ze strachu. Ręce mam tak lodowate, że nie czuję palców, a usta drżą.
– Tak – odpowiada. – Gratulacje, ma pan pięknego syna. – Ściska mi dłoń.
Jego twarz, nie uśmiecha się.
Czuję, jak serce zamienia się w wielką bryłę lodu.
Nie, proszę, nie…
– A Natalia, co z moją żoną? – Głos grzęźnie mi w gardle.
Milczy.
– Przykro mi – odpowiada po chwili z grymasem bólu na twarzy. – Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Nie udało się jej.
Świat zaczyna wirować przed oczami. Łzy, dotychczas z trudem powstrzymywane, wypływają ciurkiem z oczu, opadam na krzesło i zsuwam się na ziemię.
Ogarnia mnie czerń.
Stoję na cmentarzu obok grobu Natalii, na ławeczce siedzi kilkuletni chłopiec o twarzy i włosach cherubinka. To nasz syn, jego rysy są niemal kopią twarzy żony.
Na nagrobku widnieje wygrawerowany napis:
„Natalia Przybylska–Koman
urodzona 22 września 1994
zmarła 28 grudnia 2016
Śpij, Aniołku.
Kochający mąż i syn”
– Mamusia była bardzo piękna, prawda? – Nawet głos ma do niej podobny.
– Tak. – Dławiący ból pali mnie w gardło. – Szkoda, że nie miałeś okazji jej poznać, synku.
– Jest w niebie, tato?
– Tak. – Łzy płyną po policzkach. Mały na szczęście tego nie zauważył. Nie chciałbym dokładać mu stresów. I tak żyje w niepełnej rodzinie. – Chodźmy do domu. Monika czeka na nas ze swoimi córeczkami. Pobawicie się razem.
Droga powrotna to jedno pasmo bólu. Mały niczego nie widzi, obserwując drogę przez szyby, zagryzam wargi do krwi, próbując powstrzymać płacz, nie ma jej już kilka lat, a ja cały czas próbuje nieudanie dojść do siebie.
Monika mówi mi, że gdybym spróbował spotkać się z kimś, jakąkolwiek kobietą, to może byłoby mi łatwiej.
Nie chcę tego robić. Czułbym się jak zdrajca, wiarołomca i niegodny tej biednej dziewczyny dziad, który nie dochował pamięci o niej. Los ukarał mnie stratą Natalii, ale w spadku zostawił jej dziecko, które usynowiłe…
Przemyślenia przerywa gwałtowne potrząsanie za ramię. Obracam się zdziwiony, kto próbuje zwrócić uwagę, przecież jadę sam z Olkiem, który nie ma szans dosięgnąć mnie z fotelika z tyłu. Szarpnięcie po raz kolejny wzbudza jeszcze większą irytację, a kiedy odwracam głowę…
O, kurwa! To był sen! – Otwieram zaspane oczy i próbuję wstać. Przeszywający ból pleców osadza ciało w miejscu. Nade mną stoi Wołodyjowski, uśmiechnięty od ucha do ucha.
Po krótkiej chwili klejenia faktów orientuję się, że poprzednia wizyta lekarza była senną marą!
O mój Boże, czyżby moje modlitwy…
Przyniosły efekt?
Nadzieję wzbudza wyraz twarzy mężczyzny przede mną, jest uśmiechnięty, jakby to jemu urodziło się dziecko.
– Gratulacje! – Potrząsa gwałtownie moją dłoń. – Ma pan syna!
Połowa serca skacze z radości, lecz druga jego część, pomna przeżytych przed chwilą majaków, jest czujna i niepewna swego.
– A Natalia, co z moją żoną? – Głos grzęźnie w gardle.
– Będzie żyła! Uratowaliśmy ją cudem, ale udało się! – Rzucam się na niego jak szalony i podnoszę w powietrzu.
– Postawię panu pomnik za życia! Kocham pana! – Wariuję z radości.
Kątem oka widzę Józefa, który uśmiechnięty podnosi kciuk i wraca do sali.
– Spokojnie, bo połamie mi pan żebra! – Wołodyjowski śmieje się, ocierając obolałe boki.
Stawiam go na ziemi.
– Mogę ich zobaczyć?
– Oczywiście, ale tylko przez szybę. Muszą leżeć przez jakiś czas w sterylnej sali. Jutro będziemy próbowali wybudzić żonę ze śpiączki farmakologicznej, a synka przeniesiemy z OIOM–u na patologię dla noworodków.
Biegnę jak szalony w kierunku wskazanego przez niego pokoju i otwieram drzwi.
Za szybą inkubatora śpi mały, pokryty zmarszczkami chłopczyk, a na łóżku obok leży Natalia. Oplątana kablami, z wystającymi rurkami z nosa. Sina i poobijana na twarzy. Ale żyje!
Żyje, moja kochana Natka!
Ogarnia mnie uczucie nieopanowanej miłości.
Już zawsze będziemy razem, Króliczku!
We trójkę!
KONIEC
Jak Ci się podobało?