Ilustracja: AI

Marta i hebanowy rycerz

8 lutego 2026

20 min

Nazywam się Marta, jestem córką poddanego z Doliny Wrzosów, lecz od siedmiu lat noszę suknię dwórki z herbem królewskiego domu Rodericów. W moich żyłach nie płynie błękitna krew, ale za to mam coś, czego brakuje innym na tym dworze: pamięć jak pergamin i język, który potrafi ożywiać dzieje martwych królów.

Każdego ranka przechodziłam przez chłodne krużganki zamku Therenwald, niosąc pod pachą stare księgi – pełne bitew, zdrad, porwań białogłów, tudzież gwałtów na bezbronnych niewiastach oraz  legend o zapomnianych królestwach. Uczyłam królewskie dzieci historii – tej prawdziwej, nie tej, którą wyśpiewuje bard w sali tronowej.

Dzieci były pojętne, choć rozkapryszone. Najstarszy, książę Elandar, zasypiał na lekcjach, gdy tylko przestawałam opowiadać o rycerzach i wojnach.  Mimo, że uprzednio zuchwale gapił się w mój biust, a nawet zerkał w dekolt, a raz, gdy przeglądałam starą mapę, złapałam go na tym, że próbował mi zajrzeć pod spódnicę…  Młodsza księżniczka Lysandra chłonęła wszystko z oczami jak jeziora – mądrzejsza, niż wypadało w jej wieku.

Ale tego ranka było jakoś inaczej.

Strażnik przy bramie pokłonił mi się głębiej niż zwykle, a służka wyszeptała, że do zamku przybył „Gość z Południa”. Król zwołał radę, a rycerze mieli na twarzach ten osobliwy rodzaj napięcia, który zwiastuje albo ślub, albo wojnę.

Po skończonej lekcji, gdym wychodziła z biblioteki, nagle zza filaru wyłonił się On – o postawnej sylwetce w połyskującej zbroi, ciemnoskóry rycerz o spojrzeniu głębszym niż mrok w lochach zamku.

Zatrzymał się i spojrzał na mnie – tak przenikliwie. Jak na kobietę, której się pożąda. Jak na zdobycz, którą chce się posiąść. Poczułam, jak przeszywa mnie dreszcz. Wydał mi się niebezpieczny i to mnie w nim pociągało… Odrzuciłam natychmiast grzeszną myśl, która pojawiła się w umyśle – a jakby to było, gdyby taki mąż zabłąkał się w nocy i trafił do mojej sypialni…?

– Jesteś Martą od ksiąg? – zapytał głosem miękkim jak jedwab, ale z nutą dominacji. Skinęłam głową, choć serce uderzyło o żebra jak ptak w klatce. W jego oczach nie było pytań.

Nazywał się Ser Kaelan, choć nikt z dworu nie śmiał wypowiedzieć jego imienia bez tytułu. Rycerz, czarny jak heban, z Królestwa Cienia, jak mówili szeptem dworzanie, gdzie prawo pisane jest mieczem, a wierność mierzy się krwią. Nikt wtedy nie wiedział jeszcze, dlaczego naprawdę przybył. Miał ponoć złożyć królowi jakąś propozycję. Ale jaką?

A jednak… tego wieczora, gdy wieczerza dobiegła końca, niespodziewanie  Kaelan zaprosił mnie – dwórkę, nauczycielkę, kobietę spoza ich sfery – do zamkowej małej sali z kominkiem. Pretekst był tak mało istotny, że nie warto nawet wspominać. Chciał mnie zapytać o jakieś wątki dotyczące relacji dwóch naszych królestw. Jak okazało się, nie były zbyt istotne.

– Mówią, że znasz każdy wers historii, nawet ten, który inni chcą zapomnieć – smakował słowa, wodząc palcami po rękojeści miecza, jakby dotykał nie oręża, lecz mojego ciała. Jakby suwał dłonią po moim udzie… pod spódnicą… Natychmiast skarciłam się za tak niegodne myśli. 

– Historia nie zapomina niczego, ser – odpowiedziałam nieśmiało.

Milczał chwilę. Gdy zbliżył się o krok, powietrze zgęstniało. Czułam ciepło jego ciała przez tkaninę sukni, jakby zbroja, którą nosił, parowała. Patrzył na mnie jak na tajemnicę, którą chciał odkryć.

– Czy uczysz też… historii… dotyku? – zapytał, ledwie słyszalnie, ale głęboko, jakby słowa wypływały spod powierzchni jeziora.

Moje gardło zaschło. Absurdalne pytanie zbiło mnie z tropu. Jednak natychmiast zrozumiałam, że on ma ochotę… mnie dotykać!

– Dotyk jest najstarszym językiem świata – odparłam cichutko.

Ujął moją dłoń. Nie był to gest dworski. Był zbyt pewny, zbyt nachalny. Przez ułamek chwili chciałam się wyrwać – dla pozoru, dla zasad.

I wtedy usłyszałam coś. Krok. Skrzypienie drzwi. Nie byliśmy sami.

Drzwi do salki pozostały uchylone tylko przez moment, a cienie za nimi zniknęły tak cicho, jak się pojawiły. Ktoś nas widział – tego byłam pewna. Ale Kaelan nie puścił mojej dłoni.

Nie cofnął się. Wręcz przeciwnie – sunął palcami po mojej skórze z takim skupieniem, jakby badał starożytną mapę, jakbym była terytorium, które pragnął odkryć. Eksplorować…

– Twoje ciało opowiada historię, Marto – powiedział cicho, zniżając głos do szeptu, który był bardziej dotykiem niż dźwiękiem. – Ale nie tę, którą czyta się w księgach.

Czułam, jak ogień pełznie po mojej szyi, rozlewając się ku dekoltowi. Serce biło nierówno, a słowa, którymi całe życie się posługiwałam, nagle stały się zbędne. Czułam podniecenie. Czułam ciepło.

– A ty… jakiej opowieści szukasz, Ser Kaelanie? – Udało mi się odpowiedzieć, przełamując nieśmiałość.

Jego usta były już przy moim uchu, a oddech muskający skórę wywoływał dreszcze.

– Takiej, w której nie jesteś tylko nauczycielką królewskich dzieci. I w której mężczyzna może uklęknąć nie dla króla… ale dla ciebie.

Jego dłoń przesunęła się wzdłuż pleców, aż do talii. Mój oddech przyspieszył, nie z lęku, lecz z napięcia. Oczy zamgliły się od ciepła, które narastało między nami jak burza gotowa runąć z nieba.

Uniosłam głowę. Wtedy wykorzystał to i natychmiast przyciągnął ją do siebie. Mimo, że starałam się go odepchnąć, mimo, że udawałam opór.

Pocałował mnie bez pośpiechu. Delikatnie, ale z siłą mężczyzny, który wie, czego pragnie – i wie, że może to dostać tylko w tej chwili. Dzierżąc krzepko moją głowę, z góry zapowiadając, że nie mogę mu się wyrwać, choć próbowałam uciekać ustami, ale on dopadał ich, jak drapieżny jastrząb dopada bezbronną gołębicę.

Ciało odpowiedziało szybciej niż myśli. Zadrżałam, a w dole poczułam ciepło. Gdzieś w oddali dzwon wybił godzinę – nie wiedziałam którą, nie obchodziło mnie to. Czas przestał istnieć.

Zamek spał. Przesiąknięte historią mury milczały, jakby przewidując, że tej nocy rodzi się coś, o czym nie wolno mówić za dnia. Mimo moich protestów, Kaelan poprowadził mnie schodami w głąb zamku, do starej wieży, gdzie tymczasowo przydzielono mu kwatery. Trzymał mnie tak mocno za dłoń, że czułam się wręcz uwięziona, musiałam iść za nim, krok w krok. W mroku…

W jego komnacie szczapy głośno trzaskały w kominku. Dopiero tu uwolnił mnie z uchwytu, jednocześnie obdarzając siarczystym pocałunkiem  prosto w usta. Stałam przy oknie, opierając dłonie o zimny kamień. Mrok oplatał mnie jak szal, ale obecność wojownika była ciepła, natarczywa i pewna. Zbliżył się powoli. Czułam każdy jego krok – dźwięk skóry zbroi, oddech, który zbliżał się do mojej szyi.

Nie dotknął mnie od razu. Najpierw pozwolił, by napięcie rosło – jakby każde spojrzenie na moją sylwetkę było aktem rozbierania mnie. Aktem lubieżnym. Krok po kroku.
Gdy spojrzałam na niego przez ramię – z pytaniem – uniósł rękę i odgarnął moje włosy.

Pocałunek, który złożył na moim karku, nie był niewinny. Był jak akt ekspansji.

A jednak, mimo mojego oporu, zsunął ramiączko mojej sukni powoli, z czułością niegodną wojownika. Ale w jego dłoniach była siła –  brutalna, stanowcza. Gdy materiał zsunął się z ramiona, dłonie objęły mnie w talii i przyciągnęły.

Oddychał głęboko, jakby zapamiętywał zapach mojej skóry.

Nie rozmawialiśmy wówczas. Język słów stał się zbędny. Teraz mówiły tylko dłonie i usta. W jego spojrzeniu widziałam pożądanie, ale też coś, co zaskoczyło mnie bardziej – dzikość. Zwierzęca wręcz dzikość. I jakby deklaracja: „Już jesteś moja. Nie wywiniesz mi się. Zrobię z tobą wszystko, cokolwiek zechcę. A wiedz, że zechcę wiele…”

Jego usta prowadziły podbój. To napadały na mój kark, to szyję. Atakowały policzki, schodząc niżej, ku dekoltowi.
Próbowałam go powstrzymywać, ale zbyt słabo… Wzdychając, ujawniałam swoje uniesienie.
Wtedy szarpnął drugie ramiączko sukni. Agresywnie, bezceremonialnie.. Jakby jednocześnie chciał obnażyć mnie, ale też wykazać swą gwałtowność.

Suknia natychmiast zsunęła się na kamienne płyty, pozostawiając mnie nagą w blasku ognia.

Byłam tak zawstydzona, gdy oglądał mnie obnażoną. Wyraźnie najbardziej przyglądał się moim piersiom. Napawał się nimi. Widziałam w jego wzroku uznanie, głód, który sprawił, że moje sutki stwardniały pod wpływem chłodu i jego spojrzenia.

Często mężczyźni, niegdyś nawet wędrowny bard, chwalili mój biust. Bard, próbując mnie uwieść, szeptał mi do ucha, że mam piersi duże i piękne, jako owoce z ogrodu rajskiego – ciężkie, pełne słodyczy, skryte pod lnianą tkaniną jak zakazany owoc, ale chciałby je zobaczyć bez sukni… Zaś pijany podczaszy, podczas którejś z uczt królewskich przydybał mnie w spiżarni i tam pchnął mnie na beczkę, po czym po prostacku wygniótł moje cycuchy, jak jakiś narwany obłąkaniec, komplementując, że mam „Cycuszki jak bochny pszennego chleba… ciepłe… i miękkie”…

Tymczasem hebanowy rycerz zdjął swoją zbroję powoli, jakby każdy element był częścią rytuału. Metalowe płyty opadały z brzękiem na podłogę, odsłaniając wyrzeźbione ciało: szerokie ramiona, umięśniony tors naznaczony bliznami jak mapą.

 I kiedy w końcu stanął przede mną bez niej – zbliżył się, i zatrzymał palce tuż nad moimi biodrami.

– Jeśli powiesz „nie”… nic ci to nie da. Wprost przeciwnie – powiedział stanowczo, patrząc mi prosto w oczy, jakby już wzrokiem starał się wymusić moją uległość. Jego głos brzmiał jak grzmot, niski i wibrujący.

– Ależ ser… proszę… nie… błagam… jam skromna i bogobojna niewiasta, oszczędź mą cnotę… – prowokowałam, bo sprawiało mi to olbrzymią przyjemność, choć cała moja dusza krzyczała: „Panie… bierz się za mnie. Bierz hożo… Bez zbędnego pytania. Bez mojego pozwolenia. A najlepiej… wbrew mej zgodzie. Posiądź mnie. Zabierz mą cnotę!”

Noc była bezgwiezdna, jakby sama nie chciała podglądać to, co miało się wydarzyć. Wiatr zawodził za oknem, jak lament dawnych dusz.

Rycerz nieśpiesznie przesuwał dłońmi wówczas po moim ciele, z uwagą człowieka, który nie tylko dotyka, ale poznaje tym dotykiem – jakby każda krągłość zdradzała mu tajemnicę, której nie znał jeszcze nikt. Bawił się mną…

Wdech. Mój. Wydech. Jego. I znowu.

Kaelan nie miał w sobie pośpiechu mężczyzn, którzy brali niewiastę od razu, byle ją ucapić, zawlec do łożnicy i czym prędzej wychędożyć. Był jak ogień płonący powoli, z premedytacją. Jego usta opadłwszy na mą szyję, posuwały się niespiesznie,  po czym zatrzymały się na obojczyku, miękko i pewnie, jakby coś sprawdzały. Czułam, jak cała drżę pod wpływem tego, co robił – jakby budził we mnie najgłębsze pokłady uniesienia.

Powodował, że stawałam się tam wilgotnaa, gotowa na niego.

Palce rycerza przesuwały się po moich biodrach, linii ud, ramionach. Dotykał mnie jak trofeum, zwłaszcza, gdy szeptałam” „nie… nie…”, -ale jednocześnie jakby składał hołd. Delikatnie, a jednak z siłą, która dawała mi dziwne poczucie podległości wobec zdobywcy.

Nasze ciała dopasowały się jak dwa wersy tej samej pieśni – stworzone, by być razem, choćby przez chwilę. Czułam ciepło jego skóry, napięcie mięśni, bicie serca przy moim.

Jęknęłam cicho, bezwiednie, gdy jego dłoń odnalazła miejsce, którego nikt przed nim nie śmiał dotknąć. Nie bał się. Nie pytał. Ale patrzył – uważnie, głęboko, jakby chciał zapamiętać mnie taką, jaką jestem właśnie teraz: rozpaloną, rozedrganą. Palce badały mnie intensywnie. I głęboko. Przy akompaniamencie westchnień. Rycerz z zadowoleniem przyjął wilgoć między moimi nogami.

Jego wargi ponownie spotkały się z moimi – tym razem całował głębiej, śmielej, z całą mocą pragnienia, które narastało od pierwszego wymienionego spojrzenia. Język zdobywcy wbijał się w me usta. Eksplorował je…

Nie było już nic poza ciałem. Ciepłem. Oddechem.

Jego dłoń – czarna jak najgłębsza północna noc, szeroka, poorana bliznami – objęła moją lewą pierś z taką pewnością, jakby od zawsze należała do niego. Kontrast był niemal bolesny dla oka: hebanowa skóra na mlecznej bieli, jak atrament wylany na najczystszym pergaminie. Palce rozcapierzyły się szeroko, obejmując całą półkulę, ważąc ją, poznając ciężar i sprężystość.

Nie pieścił. Badał. Gniótł.

Najpierw powoli – kciuk i palec wskazujący zamknęły się na sutku, delikatnie, ale zdecydowanie, obracając go, ciągnąc lekko w przód, aż poczułam, jak krew pulsuje mocniej, jak sutek twardnieje pod wpływem tego bezlitosnego, precyzyjnego uścisku. Westchnęłam cicho, mimowolnie – a on uśmiechnął się kącikiem ust, bo właśnie to chciał usłyszeć.

Potem ścisnął mocniej. Całą dłonią. Palce wbiły się w miękką tkankę, ugniatając pierś jak ciasto, które ma się uformować na jego własne życzenie. Czułam, jak skóra ustępuje pod naciskiem, jak krągłość zmienia kształt w jego garści – raz spłaszczona, raz uniesiona wysoko ku górze. Każdy ruch był zdecydowany, niemal brutalny. 

Prawa pierś nie została pominięta. Druga dłoń powędrowała tam chwilę później – i wtedy już obie moje kule były w jego władaniu. Ugniatał je naprzemiennie, raz jedną, raz drugą, czasem obie naraz, przyciskając je do siebie, tworząc głęboką dolinę między nimi, w której jego kciuki mogły się spotkać. Gdy chciał wydobyć ze mnie głośniejszy dźwięk – nie prosił słowami, tylko siłą. Ścisnął wtedy obie piersi równocześnie, mocno, a ja nie zdołałam powstrzymać długiego, urywanego jęku. Wyraźnie upajał się tym dźwiękiem.

Widziałam to w jego oczach – ciemnych, nieruchomych jeziorach, w których odbijał się ogień kominka. Im głośniej wzdychałam, im bardziej wyginałam plecy, tym bardziej mu się to podobało. 

Te obfite, ciężkie półkule, które kiedyś były powodem szeptów pachołków, teraz stały się jego trofeum – czymś, co mógł kształtować, ugniatać… Czasem zwalniał na ułamek sekundy – tylko po to, by zaraz potem chwycić jeszcze mocniej. 

Wreszcie, z westchnieniem, które wibrowało w powietrzu jak struna łuku, Kaelan położył się na mnie całym ciężarem swojego ciała. Poczułam na sobie kamienną twardość jego mięśni.

Piersi przywarły do moich piersi, brzuch do brzucha, biodra do bioder – wszędzie tam, gdzie dotykał, czułam stal mięśni i pulsującą żądzę. Oddychał ciężko, urywanie.

Był prężny i spragniony, jak drapieżnik, który wreszcie dopadł swą ofiarę. 

Spojrzałam w bok – w stare, lekko matowe lustro wiszące na ścianie komnaty. Widziałam nas oboje jak w mrocznej ikonie: na dole moja jasna sylwetka, rozpostarta na skórach, nogi rozchylone w bezwstydnej uległości, włosy rozsypane jak jasny jedwab; na górze on – hebanowa góra mięśni, ramiona napięte, plecy lśniące od potu w świetle ognia, biodra jakby już w gotowości do pierwszego pchnięcia. Kontrast był tak uderzający, że przez chwilę zaparło mi dech.

Pożądanie w jego oczach płonęło niczym ogień w kuźni. Tym razem nie było delikatności, nie było czułych przygotowań. Nie muskał, nie drażnił, nie przedłużał…

Po prostu chwycił swoją męskość – grubą, długą, nabrzmiałą, ciemną jak reszta jego ciała – i nakierował ją pewnym ruchem tam, gdzie byłam już mokra, gorąca i gotowa, choć jednocześnie przerażona tym, co zaraz nastąpi.

A potem zadał pchnięcie. Jedno, mocne, zdecydowane.  Zdecydowanym ruchem nakierował swoją długą włócznię – twardą, gorącą i gotową – tam, gdzie zamierzał zadać pchnięcie. I zadał. Mocno, bez wahania, z impetem, niczym na rycerskim turnieju, kiedy kopia zakutego w stal męża z hukiem uderza w tarczę przeciwnika, rozbijając ją w drzazgi. 

Krzyknęłam głośno, ostro, głosem, którego sama się nie spodziewałam – mieszanka bólu, zaskoczenia i nagłej, palącej rozkoszy. Poczułam, jak mnie rozpycha, jak wchodzi głęboko, bez pardonu, wypełniając mnie całą swoją długością i grubością. Moje wnętrze rozstąpiło się przed nim gwałtownie, a jednocześnie zacisnęło wokół niego instynktownie, jakby chciało go zatrzymać na zawsze.

Wchodził we mnie z niecierpliwością, z drapieżną siłą, a jego ciemne oczy wpatrywały się prosto w moje, jakby chciał z nich wyczytać każdą najskrytszą myśl, odgadnąć moje uczucia.

Nie odrywał wzroku ani na chwilę. Chciał widzieć wszystko: jak rozszerzają mi się źrenice, jak drżą mi wargi, jak z nadmiaru doznańł zy napływają mi do krawędzi powiek. Upajał się każdym moim dźwiękiem – każdym westchnieniem, każdym urywanym jękiem, każdym wysokim „ach!”, które wydobywał ze mnie kolejnym pchnięciem.

Poruszał się jak wojownik w szale bitwy: szybko, głęboko, bez litości. 

Biodra uderzały o moje biodra z mokrym, rytmicznym plaśnięciem. Każde pchnięcie wbijało mnie głębiej. Poruszał się we mnie z siłą i determinacją człowieka, który walczy na śmierć i życie

Czułam, jak główka jego członka uderza w sam koniec mojego wnętrza, jak napiera na najwrażliwsze miejsca, wywołując fale gorąca, które rozlewały się od łona aż po czubki palców u nóg.

W mojej głowie nie było już myśli – tylko jeden krzyk, powtarzany w rytm jego ruchów: – O tak… mój hebanowy wojowniku…

Dźgaj mnie… mocniej… głębiej…

Rozpychaj moje łono… rozciągaj mnie do granic…

Przebij mnie na wylot…

Chcę być przez ciebie wychędożona…

Chcę być twoją zdobyczą… twoją białą niewolnicą…

Weź mnie całą… bez reszty…

Każdy jego ruch odbierałam tysiąckrotnie intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej. Czułam napięcie jego mięśni brzucha, gdy napierał na mnie całym ciężarem. Czułam, jak drżą mu ramiona, gdy podpierał się nade mną. Czułam jego pulsowanie wewnątrz mnie – jak żywa, gorąca włócznia, która za każdym razem wchodzi głębiej, szybciej, brutalniej. Czułam zapach jego potu – słony, męski, zmieszany z wonią egzotycznych olejków.

Byłam jego zdobyczą. Jego łupem wojennym, który właśnie brał – i brał – i brał – aż w końcu moje ciało zaczęło drżeć w niepowstrzymanym skurczu, a z gardła wyrwał mi się długi, wysoki krzyk rozkoszy, który odbił się echem od kamiennych ścian wieży. A on… on nie zwolnił.

Tylko uśmiechnął się drapieżnie  – i pchnął jeszcze mocniej, jakby chciał wbić się we mnie na zawsze.

Moje ciało już dawno przestało należeć do mnie. Było tylko polem walki, na którym on triumfował raz za razem – każde pchnięcie wbijało się jakby chciał dosięgnąć samego dna mojej duszy. 

W pewnym momencie rytm się zmienił. Nie był już równy, mechaniczny. Stało się coś dzikiego, niekontrolowanego. Jego biodra uderzały o moje z taką siłą, że skóry pod nami przesuwały się z szelestem. Oddychał jak ranne zwierzę – chrapliwie, gardłowo, z niskim pomrukiem, który wibrował mi w uszach. 

Zwolnił na ułamek sekundy – tylko po to, by spojrzeć mi w oczy. Uśmiechnął się – drapieżnie, triumfalnie – i wtedy dał mi ostatnie, najgłębsze pchnięcie. Wbił się we mnie tak, że poczułam, jakby naprawdę przebił mnie na wylot.

Drżałam jak liść na wichurze. Mięśnie ud drgały niekontrolowanie, brzuch falował… A on… on nie przestał.

Kontynuował ruchy – wolniejsze teraz, ale wciąż głębokie, przeciągające każdy skurcz, każdą falę, jakby chciał wycisnąć ze mnie ostatnią kroplę rozkoszy.

Jego oddech stał się urywany, a mięśnie ramion napięły się jak stalowe liny. Wtedy poczułam to – gorący, obfity strumień wewnątrz mnie. Wypełniał mnie raz za razem, pulsując w rytm jego rozkoszy. Każdy wybuch był jak uderzenie młota – ciepły, gęsty, głęboki.

A ja wciąż drżałam, wciąż wydawałam z siebie ciche, urywane „ach… ach… ach…”, jakby moje ciało nie potrafiło przestać.

***

Kaelan odjechał, zanim słońce zdążyło przeciąć horyzont. Bez słowa, bez dotyku, bez pożegnania, które mogłoby ukoić drżenie moich dłoni. Nie pozwolono mi nawet wejść na mury; strażnicy, jeszcze wczoraj obojętni, dziś patrzyli na mnie z drwiącym błyskiem w oku, blokując przejście skrzyżowanymi halabardami. Stałam w ciemnym korytarzu, tuląc się do zimnego kamienia. 

Przez następne dni błąkałam się po Therenwaldzie niczym duch potępiony. Wróciłam do lekcji z królewskimi dziećmi. Recytowałam daty, opisywałam strategie wielkich wodzów, podczas gdy pod moim własne serce pękało.

Z początku karmiłam się zaprzeczeniem. Poranne mdłości kładłam na karb bezsennych nocy, a nagłe zawroty głowy przypisywałam ciężkiemu powietrzu biblioteki. Ale pewnego dnia, gdy schyliłam się, by podnieść upuszczony pergamin, świat zawirował tak gwałtownie, że musiałam wesprzeć się o regał. Wtedy, prawda uderzyła we mnie z siłą pięści. Zrozumiałam.

Nie minął tydzień, a zamek zaczął tętnić jadowitym życiem. Dwór w Therenwaldzie był jak głęboka, wyschnięta studnia – każde słowo wrzucone w mrok powracało zwielokrotnionym, zniekształconym echem. Plotki pełzały po ścianach niczym pleśń.

– Podobno nasza „uczona” Marta już nie jada w jadalni z innymi – syknęła kucharka, wycierając tłuste ręce w zaplamiony fartuch, nie dbając o to, że stoję tuż za drzwiami. – A co tam… niedługo sama będzie karmić? – parsknęła jej pomocnica, wybuchając grubiańskim śmiechem. – Chyba tego nie wyczytała w tych swoich mądrych księgach. Taka święta, a pod spódnicą nosi pamiątkę po dzikusie.

Szeptali wszyscy: od stajennych po damy dworu, które jeszcze niedawno prosiły mnie o przepisanie miłosnych poematów. Nie miałam żadnej tarczy. Ani rodziny, ani przyjaciółki, ani protektora, który uciszyłby te języki. Byłam sama.

Słowa, którymi mnie smagano, były ostre i brudne, niczym piki maczane w rynsztoku. Każde wyjście na korytarz było jak przejście przez rzędy katów. – Puściła się z czarnym – cedzili rycerze pod nosem. – Wychędożona przez czarta! – rzucały za mną praczki. – Zmajstrował jej bękarta, czarnego jak sam diabeł! Kurew! Zwykła dworska kurew, co udawała panią!
 

Z każdym dniem mój lęk pęczniał, stając się cięższy niż dziecko, które nosiłam pod sercem. Bałam się już nie tylko jadowitych szeptów i sprośnych żartów, które ciskały we mnie dworskie pachołki. Przerażała mnie myśl, że w ich mniemaniu stałam się “łatwą dziewką”. 

Skoro ja, dumna i niedostępna dla nich dotąd panna od ksiąg, poszłam do łoża z obcym i to czarnym rycerzem, to w ich oczach upadłam tak nisko, że każdy z nich mógł spróbować zaciągnąć mnie do swojej brudnej izby. „Skoro raz dała rycerzowi, to dlaczego nie da i nam?” – widziałam to w ich oczach.

Co gorsza, widziałam w ich wzroku także tę odrażającą kalkulację – rozzuchwalał ich fakt, że skoro już byłam brzemienna, nie musieli się lękać konsekwencji swych chuci. „Drugiego brzucha jej przecie nie zmajstrujemy”, zdawały się mówić ich szydzące gęby.

Pierwszy odważył się Pietrek, psiarczyk – chudy, piegowaty chłopak o lisich oczach i uśmiechu, który zawsze wyglądał, jakby coś ukradł. Gdy szłam przez dziedziniec, z naręczem ksiąg, dogonił mnie od tyłu. Nachylił się tak blisko, że poczułam zapach siana i psiej sierści na jego kubraku.

 – Słuchaj no, uczona panno – wyszeptał, a jego oddech cuchnął kwaśnym piwem. – Przyjdź no wieczorem  do stajni. Na sianko… Ciepło tam, miękko… Może sprezentuję ci zausznicę… Tylko nie udawaj teraz świętej, bośmy wszyscy słyszeli… kto na tobie hasał… – Parsknął cicho.

Zacisnęłam zęby, przyspieszając kroku, ale moje serce waliło z przerażenia. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a potem wraca falą gorąca do policzków.

Nie odpowiedziałam. Tylko przyspieszyłam kroku, przyciskając księgi mocniej do piersi, jakby mogły mnie osłonić.

Za plecami usłyszałam jego stłumiony śmiech i gwizd – taki, jakim wzywa się sukę.

Kilka dni później napatoczyłam się na starego łowczego – Gwidona z blizną na policzku, tego samego, który kiedyś wygniatał mi piersi w spiżarni. Tylko że teraz nie był pijany. Gwidon to człowiek wszeteczny, o oczach wiecznie przekrwionych i palcach jakby wiecznie lepkich od krwi oprawianej zwierzyny. 

Przydybał mnie w wąskim zaułku korytarza, tam gdzie schody do piwnic skręcają w ciemny korytarz prowadzący do starej zbrojowni. Nikt tamtędy nie chodził o tej porze. Zanim zdążyłam krzyknąć, przyparł mnie do zimnego muru, a jego potężne, żylaste cielsko unieruchomiło mnie niczym sidła.

– Cicho, mała sarenko – wycharczał mi prosto w ucho, a jego szorstka broda drapała mój policzek. – Po co ma się marnować to, co już ktoś napoczął?

Złapał mnie za nadgarstek. Drugą ręką – wielką, szorstką – wepchnął mi pod kaftanik. Palce od razu znalazły pierś. Ścisnął mocno, bez ceregieli, jakby sprawdzał, czy nadal jest taka sama. – No proszę… – sapnął mi prosto w twarz, a oddech miał kwaśny od starego wina. – Jeszcze większe niż dawniej. Ładnie ci rosną, gołąbko… 

Próbowałam się wyrwać. Szarpnęłam całym ciałem, ale on był silniejszy – przycisnął mnie plecami do zimnej ściany, a kolanem rozchylił mi uda. Druga ręka powędrowała pod spódnicę. Szybko, bez wahania.

Palce sunęły po udzie w górę, szorstkie, natarczywe. – Cicho… – warknął, gdy zaczęłam się szamotać. – Nie próbuj się wyrywać. Wszyscy i tak wiedzą, kto tu sobie harcował między tymi nogami. Przecie ona się nie zużywa…

Kopnęłam go w goleń, najmocniej jak umiałam.

Wyrwałam się, odepchnęłam go obiema rękami i rzuciłam się do ucieczki korytarzem. Słyszałam za sobą jego przekleństwo i chrapliwy śmiech. – Uciekaj, uciekaj… Jeszcze sobie ciebie poużywam! 

Dobiegłam do schodów, wbiegłam na górę, zamknęłam się w swojej izdebce i oparłam czołem o drzwi. Serce waliło mi jak oszalałe.

 

                                                                         ***

Kaelan nie wrócił. Dni zmieniały się w tygodnie, a horyzont pozostawał pusty, wolny od kurzu wzbijanego kopytami koni. 

A jednak, wraz z zaokrąglającym się brzuchem, rosło we mnie coś więcej niż tylko nowe życie – pęczniała we mnie złość, paraliżujący lęk i ta dziwna, niemal masochistyczna, bolesna duma. Byłam nosicielką dziedzictwa człowieka, którego ponoć bali się królowie.

Kiedy królowa Elinora wezwała mnie do swojej prywatnej komnaty, zapach palonych ziół i wosku wydał mi się gęsty jak dym na pogorzelisku. 

Stała tyłem do mnie, przy wąskim oknie, oparta o kamienną framugę. Jej sylwetka była nieruchoma, a twarz, którą ujrzałam z boku, zbyt spokojna. Panowała cisza, jaka zalega tuż przed uderzeniem pioruna.

– Znasz historię Eleonory z Północy, Marto? – zapytała, nie zaszczyciwszy mnie nawet spojrzeniem. Jej głos był jak tarcie marmuru o marmur.

– Wydano ją za mąż za starego grafa, bo powiła dziecko królewskiego stryja, by uciszyć skandal – odparłam mechanicznie, choć dłonie splotłam ciasno na brzuchu, jakbym chciała go ukryć przed jej wzrokiem.

– Mylisz się. To wersja dla bardów – ucięła, odwracając się gwałtownie. Jej oczy były zimne i puste. – Prawda jest taka, że Eleonorę zakopano żywcem w biały dzień pod murami starej dzwonnicy. A dziecko… dziecko po prostu zniknęło.

W komnacie zapadła cisza tak ciężka, że ledwo mogłam złapać oddech. Moje serce dudniło w piersi niczym bęben wojenny, wzywający do ostatniej szarży.

– Marto – powiedziała cicho, podchodząc o krok. – Jesteś, że się tak przewrotnie wyrażę – przy nadziei. Za sprawą tego czarnego rycerza. Czy mam rację?

Nie zaprzeczyłam.

147
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.