Masaż w spa — opowieść dla męża

30 lipca 2026

41 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

To moje drugie opowiadanie publikowane tutaj. Tym razem sięgnąłem po trudniejszą konstrukcję: całość ma formę relacji, którą bohaterka składa mężowi już po fakcie, więc historia toczy się jednocześnie w dwóch planach. Chętnie poznam - jak zawsze - Waszą konstruktywną krytykę, szczególnie co do tego, czy taka forma się broni i czy napięcie jest dobrze poprowadzone.

Bohaterowie tej historii są fikcyjni, a wszelkie podobieństwo do osób rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe.

Wracam do pokoju kilka minut po dwudziestej, z mokrymi włosami i ciałem, które wciąż pachnie olejkiem migdałowym.

Krzysztof leży na łóżku w szlafroku, z tabletem na kolanach i okularami zsuniętymi na czubek nosa. Podnosi wzrok znad ekranu i uśmiecha się po swojemu – tym uśmiechem, który przez dwanaście lat nauczyłam się czytać jak partyturę.

– Pięć godzin – mówi. – Dziewięćdziesiąt minut masażu, pół godziny sauny i trzy godziny tajemnicy. Myślałem, że cię tam zapakowali w folię i wywieźli.

– Prysznic, basen, herbata w strefie ciszy – wyliczam, rzucam ręcznik na fotel i kładę się obok niego. – I jeszcze jedna rzecz.

Wsuwam mu pod udo zimną stopę, bo wiem, że tego nie znosi.

– Iwona!

– Cicho. Odłóż to.

Odkłada tablet. Zdejmuje okulary, składa je i kładzie na szafce. Robi to z charakterystyczną starannością – jedną z setek drobnych cech, za które go kiedyś wybrałam.

Muszę ci powiedzieć, jak to u nas wygląda, bo bez tego nie zrozumiesz reszty. Dwa lata temu, na tarasie w Chorwacji, po drugiej butelce wina, mój mąż powiedział, że woli znać prawdę niż karmić się domysłami. Następnego ranka wróciliśmy do tej rozmowy przy kawie, już całkiem trzeźwi. Powtórzyliśmy wszystko bez śmiechu i bez wygodnych niedopowiedzeń. Ustaliliśmy cztery zasady: wyłącznie dorośli partnerzy, świadoma zgoda, zawsze prezerwatywa przy penetracji z innymi osobami oraz cała prawda jeszcze tego samego dnia, jeśli któreś z nas przekroczy ustaloną granicę. Każde z nas mogło w dowolnej chwili powiedzieć, że nie chce tej gry.

Przez dwa lata nie było czego opowiadać. Umowa leżała w szufladzie jak polisa, której się nie czyta, lecz oboje pamiętaliśmy, gdzie ją schowaliśmy.

Jego dłoń rozwiązuje pasek mojego szlafroka, wsuwa się pod materiał i układa płasko na brzuchu. Nie robi nic więcej. Czeka. Palce suną powoli w dół, ale zatrzymuję je dłonią, zanim zdążą znaleźć odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadał.

Kładę mu drugą dłoń na piersi i zaczynam kreślić palcem kółka wokół guzika szlafroka.

– Powiedzieć ci, co dzisiaj robiłam?

Zna ten ton. Zamyka oczy i wypuszcza powietrze.

– Tak – mówi. – Powiedz mi wszystko.


Sala numer cztery była na końcu korytarza, za tą częścią, gdzie kończą się doniczki i zaczyna zapach eukaliptusa. Wiedziałam, gdzie jest, bo byłam tam już dwa razy w tym tygodniu: we wtorek przez trzydzieści minut na masażu pleców i karku oraz w środę przez godzinę na masażu całego ciała. W czwartek spotkaliśmy się przy barze. Dzisiaj wróciłam na dziewięćdziesiąt minut i gorące kamienie. Po raz pierwszy zobaczyłam go jednak już w poniedziałek.

To nie jest historia o jednym popołudniu. To historia o pięciu dniach.

W poniedziałek stał przy leżakach z ręcznikiem przewieszonym przez ramię i rozmawiał z kimś z obsługi, a ja płynęłam leniwie żabką. Mam trzydzieści dziewięć lat, pełne piersi, miękką talię i biodra, które zawsze wolały sukienki od spodni. Moje uda są mocne od pływania, brzuch lekko zaokrąglony, a jednoczęściowy kostium podkreśla wszystko, czego nie mam potrzeby ukrywać. Nie wyglądam jak dziewczyna z hotelowego folderu. Wyglądam jak dojrzała kobieta, która dobrze zna swoje ciało, choć przez ostatnie lata zbyt rzadko pamiętała, że może się ono komuś podobać.

Zobaczyłam siebie w szklanej ścianie basenu i dopiero w tym odbiciu zauważyłam jego spojrzenie. Nie patrzył w wodę. Patrzył na mnie: na piersi unoszące się przy każdym ruchu ramion, na talię i krągłość bioder pojawiających się nad powierzchnią przy nawrocie. Trwało to kilka sekund, może trochę dłużej. Wystarczająco długo, żebym następne dwie długości przepłynęła wolniej.

Nazywał się Bartosz. Miał około trzydziestu pięciu lat, przedramiona człowieka, który zarabia rękami, i tę spokojną ekonomię ruchów, jaką mają ludzie pracujący z ciałem. Tancerze, chirurdzy, fizjoterapeuci. Ludzie, którzy nie robią ani jednego gestu za dużo.


We wtorek rano recepcjonistka zapytała, czy mam preferencję co do masażysty. Powiedziałam, że nie mam. To była pierwsza nieprawda tego tygodnia i wyszła mi zupełnie gładko, jakbym ćwiczyła.

Wtorek był zwyczajny i właśnie dlatego muszę ci o nim opowiedzieć.

– Proszę się rozebrać do bielizny i położyć na brzuchu – powiedział. – Przykryję panią prześcieradłem. Wyjdę na dwie minuty.

Wyszedł. Zostałam w prostym cielistym komplecie, który wybrałam rano, nie myśląc nawet, że zobaczy go obcy mężczyzna. Rozpięłam biustonosz, bo tak się robi przy masażu pleców, i położyłam się. Wrócił, nakrył mnie, zsunął płótno do pasa i przez pół godziny nie powiedział ani jednego zdania, które nie dotyczyłoby mięśni.

Wylał olej między moje łopatki i rozprowadził go całymi dłońmi, od karku wzdłuż kręgosłupa aż do brzegu prześcieradła. Miał ręce tak ciepłe, że po kilku przejściach przestałam rozróżniać, gdzie kończy się olej, a zaczyna jego skóra. Znalazł węzeł pod prawą łopatką, ten, który mam od siedemnastu lat i o którym nie powiedziałam ani słowa, i pracował nad nim, aż stanęły mi łzy w oczach.

– To boli – wystękałam z twarzą w otworze stołu.

– Wiem. Proszę oddychać w dół. Nie w klatkę, w brzuch.

Oddychałam w brzuch.

I nic. Absolutnie nic. Podziękował, zebrał ręczniki i podszedł do drzwi.

A przy drzwiach zrobił jedyną rzecz tego dnia, która nie była procedurą. Wziął z półki hotelowy bloczek z małymi karteczkami i zapisał trzy rzeczy: dzień, godzinę, numer sali. Środa, dwunasta, sala cztery. Oderwał kartkę, złożył ją na pół i podał mi jak receptę, nie dotykając mojej dłoni.

– Żeby pani nie musiała pytać w recepcji.

Wyszedł. Do zamkniętych drzwi odpowiedziałam, że mam bardzo dobrą pamięć. Karteczkę wzięłam jednak ze sobą i wsunęłam do książki na stronie sto szóstej. Wtedy była tylko kawałkiem papieru z godziną.

Byłam wtedy wściekła i nie wiedziałam, na kogo.

W korytarzu, przy windzie, było o pięć stopni chłodniej niż w sali. Zerknęłam w lustro przy drzwiach i zobaczyłam, co ten chłód zrobił z cienkim materiałem sukienki. Ładnie. Bardzo ładnie. Zimno ma to do siebie, że jest doskonałym alibi.

Poza tym poniedziałek i wtorek minęły zwyczajnie: basen, twoje maile, moja książka, jedna kłótnia o wypożyczalnię rowerów i dwie kawy na tarasie. Wieczorami jedliśmy razem.


– Wszystko? – przerywa mi Krzysztof, unosząc się na łokciu. – W środę też rozebrałaś się do bielizny?

– W środę zdjęłam wszystko.

Milczy.

– Wszystko?

– Położyłam się naga na brzuchu i naciągnęłam prześcieradło do pasa. Tak mnie zastał.

– I nic nie powiedział?

– Zawahał się. Widziałam to w lustrze. Potem powiedział: „Zaczniemy od pleców” – i zaczął od pleców.


Zdziwiłam się sama sobie, ale rozbieranie się do naga w pustym pokoju, ze świadomością, że za chwilę wejdzie obcy mężczyzna, podnieciło mnie bardziej niż wszystko, co robiliśmy w tym hotelu od początku pobytu.

W środę byłam naga, przykryta tylko jednym kawałkiem płótna, i wtedy zaczęły się schody. Najpierw plecy: ten sam olej, ta sama muzyka z misami tybetańskimi, ten sam dźwięk wracający w zapętlonym nagraniu. Potem nogi. Odsłonił prawą do pośladka, podwijając prześcieradło zgodnie ze sztuką. Zaczął od stopy, przeszedł przez kostkę i łydkę, a przy zgięciu kolana zadrżałam.

– Wrażliwe?

– Bardzo.

– To ominę.

– Proszę nie omijać. Chcę, żeby pan tam został.

To było pierwsze zdanie tej środy, które nie dotyczyło wyłącznie mięśni. Przyjął je jednak dosłownie: wrócił do zgięcia kolana, nie przesuwając dłoni ani odrobinę wyżej.

Przy kolanie zatrzymał się jeszcze raz. Położył dwa palce tam, gdzie pod skórą biegnie tętnica, i znieruchomiał.

– Co pan robi?

– Sprawdzam puls. Sto dwa. Po dwudziestu minutach masażu powinno być mniej.

Nie uśmiechnął się porozumiewawczo ani nie skomentował wyniku. Zdjął palce i pracował dalej, jakby właśnie wpisał liczbę do karty zabiegowej. A ja poczułam się przyłapana przez człowieka, który nadal nie zrobił nic niewłaściwego.

Potem udo. Pracował od zewnątrz do środka, długimi ruchami przedramion, za każdym razem zatrzymując się w bezpiecznym miejscu. Po którymś powtórzeniu rozsunęłam kolana. Świadomie. Nie „jakoś tak wyszło” – sama zmieniłam pozycję i czekałam, czy zrozumie.

Zauważył, ale nie uznał gestu za pozwolenie na wszystko. Zatrzymał dłonie.

– Mam pracować wyżej?

– Tak – odpowiedziałam. – Ale nadal tylko masaż.

Skinął głową i dopiero wtedy przesunął dłonie odrobinę wyżej. Na natłuszczonym udzie pojawiła się gęsia skórka.

– Zimno pani?

– Nie. Wręcz przeciwnie.

Usłyszałam zmianę w jego oddechu, lecz dłonie pozostały tam, gdzie im pozwoliłam.

W pewnym momencie prześcieradło zsunęło się z biodra na bok stołu. Zobaczyłam to w lustrze i nie poprawiłam.

– Okryć panią? – zapytał.

– Nie trzeba.

Tym razem nie zasłaniałam się przypadkiem ani wygodnym wytłumaczeniem. To była odpowiedź.

Wtedy się odezwał – i to jest ta część, przy której musisz uważać.

– Grała pani na wiolonczeli – powiedział, przechodząc na drugą nogę.

Nie zapytał. Stwierdził. Zamarłam z twarzą w otworze.

– Skąd pan wie?

– Bo pani prawa łopatka ma siedemnaście lat historii, a lewy nadgarstek zupełnie inną. To się widzi.

Chwila ciszy, jego kciuki na mojej łydce, muzyka zataczająca kolejne kółko.

– I dlatego, że masowałem panią kiedyś. Dziewięć lat temu, w Łańcucie, na akademii. Byłem tam na zastępstwie, dwa tygodnie. Miała pani wtedy zapalenie pochewki ścięgna i lód na przedramieniu.

Chciałabym ci powiedzieć, kochanie, że pamiętałam. Nie pamiętałam. Nie pamiętałam ani jego twarzy, ani rąk, ani nawet tego, że ktoś taki tam był.

– Powiedziała mi pani wtedy – dodał zupełnie beznamiętnie, jakby wymieniał godziny odjazdu autobusów – że nie ma pani czasu, bo ma próbę. I poszła pani na próbę. Ja miałem dwadzieścia sześć lat i uważałem, że jest pani najbardziej niedostępną kobietą, jaką widziałem.

Czy powinnam była się zawstydzić? Powinnam. Ale coś zupełnie innego przebiegło mi wtedy wzdłuż kręgosłupa, od karku w dół, i wcale nie był to wstyd.

Bo popatrz, jak to się ładnie ułożyło. Dziewięć lat temu ja byłam kimś, a on był chłopakiem od lodu i taśmy kinezjologicznej. A teraz leżałam przed nim goła jak święty turecki, w oleju, z twarzą w dziurze, i to on decydował, gdzie postawi kciuk.

Chciałam zobaczyć moment, w którym role się odwrócą. To był mój prawdziwy powód i mówię ci go teraz, żebyś potem nie musiał zgadywać.

Pod koniec tamtej godziny zapytał, czy chcę, żeby rozluźnił mi jeszcze przeponę od przodu, bo przez sposób, w jaki oddycham, tworzą mi się napięcia w barkach.

– Dziś nie – powiedziałam.

Nie nalegał. Nie skomentował, nie westchnął, nie zrobił żadnej z tych żałosnych rzeczy, które robią mężczyźni, kiedy słyszą „nie”. Podał mi szlafrok, odwrócił się i zaczął składać ręczniki.

I nie sięgnął po bloczek. Stałam przy krześle, zawiązując pasek szlafroka znacznie wolniej niż zwykle, i patrzyłam, jak wyrównywał brzegi ręczników i ani razu nie spojrzał na półkę przy umywalce. Wyszłam z sali numer cztery z pustymi rękami. Dopiero na korytarzu do mnie dotarło, że przez trzy dni pilnowałam, żeby dostać kawałek papieru z godziną, i że właśnie sama sobie go odebrałam. To „dziś nie” kosztowało mnie potem niemal trzydzieści godzin czekania na następną kartkę, ale o tym za chwilę.


Krzysztof leży bardzo cicho. Znam tę ciszę – ciszę człowieka, który liczy.

– Środa – mówi w końcu. – W środę wieczorem ty byłaś…

– Byłam – potwierdzam. – Byłam i wiesz doskonale, jaka byłam.

Bo teraz muszę ci opowiedzieć twoją własną środę, żebyś zobaczył ją z drugiej strony.


Po godzinie masażu wróciłam do pokoju, a ty pisałeś do wydawnictwa. Poszłam pod prysznic i stałam pod nim czternaście minut. Nie zrobiłam nic z tym, co miałam w sobie, bo uparłam się, że tego nie zrobię. Kiedy wyszłam, stałeś w łazience i myłeś zęby. Mieliśmy do kolacji dwadzieścia minut, a za ścianą Niemcy oglądali mecz. Podeszłam do ciebie od tyłu, mokra, i nie powiedziałam ani słowa. Popatrzyłeś na mnie w lustrze, wyplułeś pastę i to była cała rozmowa.

– Chcesz? – zapytałeś, już z dłonią na moim biodrze.

– Tak – odpowiedziałam i oparłam ręce na blacie.

Wziąłeś mnie przy umywalce, kochanie, i nigdy ci tego nie powiedziałam, ale to był najlepszy seks na tym wyjeździe – przynajmniej do dzisiejszego popołudnia. Stałam z dłońmi na chłodnym blacie, z brzuchem przyklejonym do zimnej krawędzi, i patrzyłam, jak z twojej twarzy znika ta twoja uprzejmość. Podwinąłeś mi ręcznik aż na plecy i zsunąłeś go jednym ruchem. Kopnięciem rozsunąłeś mi stopy. Wszedłeś we mnie od razu, do końca, bez żadnego przygotowania, bo nie było potrzebne, i to cię chyba zdziwiło, bo przystanąłeś.

– Gorąca jesteś – stwierdziłeś ze zdumieniem. – I mokra jak nie wiem co.

Nie odpowiedziałam. Co miałam odpowiedzieć?

Za ścianą krzyczeli po niemieckim golu, a ja gryzłam się w wargę i patrzyłam w lustro na twoje ramię. Byłeś szybki i niegrzeczny, uderzałeś biodrami tak, że blat drżał, a szczoteczki podskakiwały w kubku. Złapałeś mnie za włosy przy karku i odchyliłeś mi głowę, żebym musiała patrzeć w lustro. Nie robiłeś tego od lat.

Kiedy zaczęłam być za głośna, sama przyciągnęłam twoją dłoń do ust. Spod twojej dłoni wydobył się stłumiony dźwięk, którego u siebie nie znałam. Ty myślałeś, że to od tego, co robiłeś.

– Mmmmm – mruknęłam ci w rękę.

– Widzisz? – wysapałeś z dumą. – A mówiłem, że umywalka. Zawsze mówiłem.

Nie, kochanie. To nie była umywalka.

Zamknęłam wtedy oczy i przez cztery, może pięć sekund miałam pod powiekami cudze ręce – te ciepłe dłonie rozprowadzające olej od karku w dół – i doszłam, przygryzając ci palec, zaciskając się na tobie tak mocno, że przestałeś nad sobą panować.

I wtedy wyszedłeś ze mnie w ostatniej chwili.

Nigdy tego nie robisz. Tamtego wieczoru zrobiłeś, i nawet nie wiem, czy świadomie. Doszedłeś na moje plecy i pośladki, trzymając się jedną ręką krawędzi blatu, i patrzyłam na to w lustrze przez cały czas: na twoją twarz, na własne rozchylone usta i na ciepłe ślady spływające mi po krzyżu. Potem oparłeś czoło między moimi łopatkami i przez chwilę żadne z nas się nie odezwało.

Sam wytarłeś mnie ręcznikiem, bardzo dokładnie, jakbyś sprzątał coś, co zrobiłeś przez nieuwagę. Stałam nieruchomo i pozwalałam ci na to.

A potem umyłam twarz, zrobiłam kreskę, zjedliśmy kolację przy stoliku numer jedenaście i rozmawialiśmy o wypożyczalni rowerów.

Czułam się nieprzyzwoita i wyuzdana; chodziłam z tym przez cały wieczór. Najdziwniejsze było to, że nie miałam najmniejszej ochoty z tym kończyć. Chciałam, żeby ten człowiek mnie po prostu dotknął. Nie – poprawiłam się w myślach, już w łóżku, w ciemności, przy twoim równym oddechu. Chciałam, żeby mnie zerżnął na tym swoim stole.


– Iwona – mówi Krzysztof, a jego dłoń zaczyna schodzić niżej.

– Jeszcze nie – mówię, łapiąc go za nadgarstek. – Słuchaj dalej.

– Iwona.

– No dobrze – wzdycham. – Ale mów mi, że słuchasz.

Mój mąż wydaje z siebie dźwięk, jakby osuwał się po ścianie, po czym przesuwa się niżej i po chwili czuję jego usta dokładnie tam.

Rozsuwam kolana, żeby mu ułatwić, i przez pierwszą minutę nie mówię nic, tylko leżę z rękami w jego siwiejących włosach i pozwalam sobie widzieć w głowie oba pokoje naraz – ten z misami tybetańskimi oraz ten z klimatyzacją i widokiem na parking.

Robi to tak, jak robi wszystko: dokładnie, cierpliwie, od zewnątrz do środka, jakby miał cały wieczór. Bo ma cały wieczór. Najpierw same wargi, płasko, bez języka. Potem szeroki, powolny ruch z samego dołu do góry, po którym mimowolnie unoszę biodra. Zna mnie dwanaście lat i wie, że nie wolno mu iść prosto do celu, bo wtedy zamykam się jak muszla; więc krąży, wraca, schodzi niżej, wsuwa we mnie język i dopiero potem – kiedy sama zaczynam poruszać biodrami – obejmuje ustami łechtaczkę i zostaje tam.

Wciąż pachnę olejkiem migdałowym i mam w sobie cudze popołudnie. Jestem tak wrażliwa, że pierwszy mocniejszy ruch jego języka wyrywa mi z gardła dźwięk, którego nie planowałam.

Krzysztof to słyszy i zwalnia. On zawsze zwalnia.

Podnosi głowę.

– Ty przestałaś mówić.

– Bo mi dobrze.

– Iwonko. – Opiera brodę na moim udzie i patrzy na mnie tym swoim wzrokiem znad nieobecnych okularów. – Znamy się dwanaście lat. Jak ty przestajesz mówić, to znaczy, że dochodzimy do części, której się boisz.

– Boję się jednej rzeczy – przyznaję.

– Której?

– Że kiedy opowiem ci o czwartku, przestaniesz to traktować jak zabawę.

Wsuwa mi dłoń pod pośladek i przyciąga mnie bliżej.

– Mów o czwartku – rozkazuje, opierając usta o moje udo. – I nie oszczędzaj mnie. Oszczędzanie mnie jest jedyną rzeczą, która mnie w tym wszystkim boli.


Na czwartek nie zapisałam się na żaden zabieg. Nie dlatego, że nie chciałam, lecz dlatego, że chciałam za bardzo, a ja jestem kobietą, która przez siedemnaście lat ćwiczyła po sześć godzin dziennie i wie, jak działa pauza.

Zeszłam po południu do baru przy basenie, ty poszedłeś po gazetę i klucz do roweru, i wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy w cywilu. Szara bluza, dżinsy, telefon położony ekranem do dołu i espresso. Bez uniformu wyglądał młodziej i trochę mniej imponująco, co mnie ucieszyło. Był po zmianie. Oboje byliśmy trzeźwi i nie mogliśmy później zrzucić żadnej decyzji na alkohol.

Usiadłam dwa stołki dalej i zamówiłam wodę z cytryną. Klimatyzacja w tym barze jest ustawiona jak w kostnicy, a ja miałam na sobie tę cienką lnianą sukienkę, tę zieloną, w której lubisz mnie fotografować. Nie musiałam robić absolutnie nic. Zimno zrobiło wszystko za mnie. Poczułam ostry, prawie piekący ból, kiedy materiał otarł się o brodawki, i dopiero z tego bólu dowiedziałam się, co się ze mną dzieje. Ciało wiedziało pierwsze. Ono zawsze wie pierwsze.

Zobaczył. Popatrzył chwilę za długo i przeniósł wzrok na filiżankę.

– Zimno tu – powiedziałam, patrząc prosto przed siebie.

– Bardzo zimno – zgodził się.

To była cała nasza rozmowa o cienkiej sukience i była wystarczająca.

Potem rozmawialiśmy o zupełnie zwyczajnych rzeczach, jak dwoje ludzi przy barze.

– Długo pan tu pracuje?

– Cztery lata. Przedtem miałem swój gabinet w Krakowie.

– I?

– I nie wyszło – powiedział bez cienia użalania się, mieszając kawę, choć nie było już w niej czego mieszać. – Trzy lata i dwieście czterdzieści tysięcy kredytu. Teraz robię tu dwanaście zabiegów dziennie i mam pełen grafik do listopada. Wtedy w Łańcucie myślałem, że w wieku trzydziestu pięciu lat będę kimś. – Zawahał się tylko na moment. – I jestem kimś. Jestem najlepszym masażystą w tym hotelu i wszyscy tu o tym wiedzą.

Powiedział to zupełnie spokojnie, bez skargi, i przez jedną sekundę zrobiło mi się go zwyczajnie żal, a to jest najgorsza rzecz, jaka może się kobiecie przydarzyć.

– Powinna pani kiedyś spróbować sali szóstej – dodał po chwili. – Wanna z solą i chromoterapią. Jest większa, dobra dla dwojga.

– Może następnym razem przyjdę z mężem.

Powiedziałam to lekko, ale on spojrzał mi prosto w oczy.

– W takim razie sala szósta – odparł.

W tym momencie wszedłeś na taras z gazetą pod pachą i mnie zawołałeś. Odwróciłam się do ciebie i pomachałam.

– Znajoma? – zapytałeś potem, przy stoliku.

– Ktoś z obsługi – powiedziałam.

Druga nieprawda tego tygodnia i też wyszła gładko.

Wcześniej, zanim wstałam ze stołka, pochyliłam się nad barem i powiedziałam tym samym tonem, którym zamawiałam wodę:

– Na jutro poproszę dziewięćdziesiąt minut. Całe ciało, gorące kamienie. Sala numer cztery, godzina piętnasta.

Popatrzył na mnie i przez chwilę nie był ani masażystą, ani pracownikiem po zmianie.

– Piętnasta. Zapiszę panią sam.

Otworzył w telefonie hotelowy formularz rezerwacji, wpisał moje imię i podał mi telefon.

– Numer do potwierdzenia. System wyśle wiadomość, jeśli godzina się zmieni.

Wpisałam własny numer. Wiedziałam, że od tej chwili będzie go miał, i nie podałam fałszywego.

Potem wyjął bloczek hotelowych karteczek, zapisał: piątek, godzina piętnasta, numer sali, po czym przesunął papier po blacie w moją stronę. We wtorek był to zwykły termin kolejnego zabiegu. Przy barze, kilka metrów od ciebie, kartka stała się czymś innym.

To ja się zapisałam. Nie on mnie zaprosił. Przez całą kolację karteczka leżała w kieszeni zielonej sukienki, a ja czułam jej krawędź przy każdym ruchu.


– Czekaj – mówi Krzysztof, siadając. – Ten w szarej bluzie przy barze? Ten, którego pytałem o godziny otwarcia siłowni?

– Ten.

– Stałem obok niego.

– Wiem. Widziałam.

Patrzy na mnie z odległości pół metra. Przestał słuchać opowieści o nieznajomym. Teraz słucha historii o człowieku, z którym przed chwilą rozmawiał.

– Iwona.

– Tak?

– Mów dalej – mówi zupełnie innym głosem i kładzie się z powrotem. – Tylko wolniej.


Piątek, piętnasta. Sala numer cztery. Przyszłam kilka minut za wcześnie i usiadłam na tapicerowanej ławce między doniczkami, w zapachu eukaliptusa. Kiedy zobaczyłam Bartosza na końcu korytarza, wstałam zbyt szybko. Materiał sukienki podwinął się na biodrze i odsłonił wysoko wycięty bok czarnych koronkowych fig.

Zauważył. Zatrzymał wzrok na czerni odcinającej się od skóry, po czym odwrócił się ku drzwiom sali, dając mi czas na poprawienie materiału. Niczego nie skomentował. Ten krótki, przypadkowy widok powiedział mu jednak, że dzisiejszą bieliznę wybrałam staranniej niż tę wtorkową.

W środku wszystko było takie samo. Ta sama temperatura, ten sam półmrok, to samo nagranie z dźwiękiem mis, lampka na ściemniaczu, wielkie lustro na całej ścianie, stół nakryty świeżym płótnem i tylko jedna rzecz się zmieniła: pod oknem stał podgrzewacz z bazaltowymi kamieniami, a w powietrzu unosił się zapach rozgrzanego kamienia i oleju. Reguła tego tygodnia była prosta – jedna rzecz na wizytę. We wtorek prześcieradło do pasa. W środę wszystko pod prześcieradłem. W piątek kamienie.

– Proszę się rozebrać. Ja wyjdę na dwie minuty.

Zdjęłam sukienkę i przez chwilę zostałam w czarnym komplecie, który kupiłeś mi w marcu. Miękka koronka biustonosza unosiła pełne piersi, nie próbując ich pomniejszać, a wysoko wycięte figi obejmowały biodra i podkreślały ich krągłość. Komplet kosztował czterysta osiemdziesiąt złotych, lecz tego popołudnia ważniejsze było to, jak się w nim czułam: kobieco, świadomie i bez potrzeby przepraszania za własne kształty.

Zdjęłam biustonosz, potem figi i złożyłam komplet na krześle. Z bocznej kieszeni sukienki wyjęłam również prezerwatywę, którą rano zabrałam z naszej kosmetyczki. Położyłam ją na półce obok telefonu i karteczki. Nie wiedziałam jeszcze, czy jej użyję, ale wiedziałam, że jeżeli przekroczę granicę, zrobię to zgodnie z naszą umową.

Położyłam się na brzuchu i naciągnęłam prześcieradło niżej niż poprzednio. Zrobiłam to celowo.

Wszedł i spojrzał na mnie, ale zanim poprawił płótno, zapytał:

– Tak ma zostać?

– Tak.

Podwinął prześcieradło pod biodro i rozpoczął zabieg zgodnie z procedurą.

Pierwsze dwadzieścia minut przebiegło absolutnie profesjonalnie – i to muszę podkreślić. Plecy, kark, ramiona, ten mój węzeł, kilka słów o łopatce, oddychanie w brzuch. Potem wziął pierwszy kamień. Usłyszałam ten dźwięk – mokry stuk, kiedy wyjął go z wody i przełożył z ręki do ręki, żeby ostygł do temperatury, którą skóra mogła jeszcze znieść. Położył mi go płasko na krzyżu.

Gorący kamień działa jak łyk czegoś mocnego wypity od zewnątrz. Ciepło wniknęło w okolicę kości krzyżowej i rozeszło się w dół, w miejsca, które z krzyżem nie mają nic wspólnego. Jęknęłam z twarzą w otworze stołu.

– Za gorący?

– Nie. Idealny.

Cały on. Nie miał pojęcia, że przez ostatnie trzy sekundy myślałam o tym, co powiedziałeś mi w środę przy umywalce.

Potem nogi. Stopa, kostka, łydka, kolano. Przy zgięciu kolana znowu położył dwa palce na tętnicy.

– Sto dwadzieścia sześć – powiedział. – A jeszcze nic pani nie zrobiłem.

Tym razem w jego głosie nie było już wyłącznie zawodowej informacji.

Pracował nad udem od zewnątrz do środka, lecz kiedy zbliżył się do miejsca, w którym masaż przestałby być tylko masażem, zatrzymał obie dłonie.

– Iwona – powiedział pierwszy raz po imieniu. – To już nie będzie masaż. Powiedz, czego chcesz.

Odwróciłam głowę na bok, żeby widzieć go w lustrze.

– Chcę, żebyś mnie dotknął – powiedziałam wyraźnie. – Nie jako masażysta. Chcę ciebie.

Dopiero wtedy jego dłoń ruszyła wyżej.

W pewnym momencie ktoś w korytarzu zapalił górne światło i pod drzwiami pojawiła się jasna kreska. Przecięły ją dwa cienie stóp. Ktoś stał tuż za drzwiami i nie wchodził. Co ta osoba tam robi? Czeka na windę? Winda jest w drugą stronę. Sprząta? O tej porze nie sprzątają. Boże… ona po prostu słucha. Cienie pozostały nieruchome może przez pięć sekund, potem przesunęły się w bok. Światło zgasło, a ja przez ten czas nie oddychałam. Byłam wtedy bardziej podniecona niż przez cały poprzedni rok.

– Ktoś stał – powiedziałam cicho, kiedy zrobiło się ciemno.

– Wiem – odpowiedział, nie przerywając. – Pewnie Marta z recepcji. Robi obchód przed siedemnastą.

Nie powiedział o tym ani słowa więcej i nie zdjął rąk z mojego uda. To mi wystarczyło.

Potem druga noga, wolniej, z dłuższymi przerwami pomiędzy ruchami. Kiedy skończył, przytrzymał prześcieradło.

– Obróć się na plecy.

Zrobiłam to. Patrzył w bok, dopóki nie byłam okryta. Dopiero wtedy odsłonił jedną nogę i rozpoczął masaż jej przedniej części. W tej pozycji nie było już bezpiecznej anonimowości pleców. Widział moją twarz, każdy skurcz brzucha i sposób, w jaki zaciskałam palce na brzegu stołu.

Telefon na ścianie zadzwonił w najgorszym możliwym momencie. Bartosz odsunął dłonie natychmiast, podszedł do aparatu i przez chwilę rozmawiał o ręcznikach oraz odwołanym zabiegu.

– Zwolniła mi się siedemnasta – powiedział po odłożeniu słuchawki. – Nie musimy się spieszyć.

Nie użył słowa „zabieg”. Oboje to zauważyliśmy.

Wrócił do stołu i położył dłoń płasko na mostku, rozpoczynając pracę nad przeponą, o którą pytał w środę.

– Głęboki wdech. Nie pomagaj sobie barkami.

Wzięłam wdech. Prześcieradło zsunęło się z piersi. Nie poprawiłam go. Leżałam przed nim z pełnym biustem odsłoniętym w ciepłym świetle lampki, z brodawkami twardymi od chłodniejszego powietrza i napięcia, którego nie zamierzałam już udawać.

Bartosz cofnął dłoń. Nasze spojrzenia spotkały się w lustrze.

– Nie odwracaj wzroku – powiedziałam.

Przez moment tylko patrzył. Nie pożerał mnie wzrokiem i nie rzucał komplementów. Patrzył spokojnie i z uwagą, przez co czułam się jeszcze bardziej naga.

Zawahał się.

– Wiem, gdzie jesteśmy – powiedziałam, nie odrywając od niego wzroku. – Jeśli coś będzie nie tak, powiem.

Skinął głową.

Podszedł do drzwi i przekręcił zamek. Potem wrócił na środek sali, ale nadal mnie nie dotknął.

Serce waliło mi tak, że mógłby policzyć puls bez dotykania skóry.

Zeszłam ze stołu i przeszłam przez salę naga, lśniąca od olejku. Podniosłam z półki prezerwatywę.

– Do penetracji tylko z nią.

– Oczywiście.

Odłożyłam opakowanie w zasięgu ręki, po czym wróciłam do stołu.

– Teraz – powiedziałam.

Zsunęłam prześcieradło na podłogę sama. Zostało tam, gdzie spadło, a karteczka, telefon, prezerwatywa i czarny komplet leżały osobno, każde na swoim miejscu.

Leżałam przed nim naga, pokryta olejkiem, w ciepłym półmroku. Wciąż miał na sobie biały uniform, zapięty pod szyję, i ten kontrast działał na mnie mocniej niż pełna nagość. Ja byłam całkowicie odsłonięta, on nadal osłonięty rolą, którą właśnie świadomie porzucał.

Stanął przy moim biodrze.

Wzięłam jego dłoń i poprowadziłam po wewnętrznej stronie uda. Nie położyłam jej od razu w najczulszym miejscu. Zatrzymałam ją kilka centymetrów wcześniej, drażniąc nas oboje napięciem ostatniego dystansu.

To on pokonał ten dystans.

Najpierw dotykał mnie wierzchem palców, lekko, prawie ostrożnie. Było w tym jeszcze echo masażu: spokojne sprawdzanie napięcia, ciepła skóry i reakcji mięśni. Potem odwrócił dłoń i dotknął mnie całą dłonią. Nie przyspieszał. Przesuwał palce wzdłuż wilgotnej szczeliny, zatrzymywał się przy łechtaczce, wracał niżej i dopiero po chwili wsunął jeden palec do środka.

Uniósł wzrok, a ja pociągnęłam go za uniform.

– Głębiej.

Wsunął go do końca, a po chwili dołączył drugi. Nie wykonywał od razu szybkich ruchów. Wygiął palce i zaczął naciskać od wewnątrz, jakby naprawdę szukał miejsca odpowiedzialnego za całe napięcie mojego ciała. Znalazł je szybciej, niż chciałam. Biodra oderwały mi się od stołu, a z gardła wyrwał się krótki okrzyk.

– Tutaj – powiedział.

Drugą dłoń położył na mojej piersi. Podtrzymał ją od dołu, przesunął kciukiem po brodawce i ścisnął ją dopiero wtedy, kiedy sama wypchnęłam pierś w jego rękę. Jednocześnie palce wciąż poruszały się we mnie w spokojnym, niezmiennym rytmie. Czułam, jak przyjemność zbiera się nisko w brzuchu, nie gwałtownie, lecz warstwa po warstwie.

– Szybciej – poprosiłam.

Posłuchał. Jego kciuk odnalazł łechtaczkę, palce przyspieszyły, a ja rozsunęłam nogi szerzej i przestałam kontrolować oddech. Pierwszy orgazm przyszedł nagle. Zacisnęłam się na jego dłoni i wygięłam plecy, a on prowadził mnie przez kolejne skurcze, nie dokładając już siły. Kiedy dotyk stał się zbyt intensywny, powiedziałam:

– Dość.

Zatrzymał się natychmiast, wycofał palce i cofnął dłoń.

Przez chwilę leżałam z zamkniętymi oczami, czując pulsowanie w całym podbrzuszu. Stał obok bez ruchu, dopóki sama nie dotknęłam jego nadgarstka.

– Jeden – mówię Krzysztofowi.

– Liczysz?

– Tym razem warto.

A teraz uważaj, bo tego jeszcze nie było w żadnej naszej rozmowie.

Kiedy przestałam drżeć, Bartosz przysunął stołek do stołu i usiadł. Nie zapytał. Ujął moje kostki, ułożył sobie moje nogi na ramionach i przyciągnął mnie za biodra na sam brzeg stołu, tak jak przez cały tydzień przyciągał do siebie moje udo, żeby lepiej pracować nad mięśniem.

Tylko że tym razem nie chodziło o mięsień.

Przez trzy sekundy po prostu tam był, oddychając wprost na rozgrzaną, lśniącą od olejku skórę. Wiesz, jak długie potrafią być trzy sekundy, kiedy leży się rozłożoną przed obcym mężczyzną w pokoju bez okien.

Potem mnie pocałował – naprawdę, tak jak całuje się kogoś w usta.

Nie czułam czegoś takiego od lat, kochanie. Ty też robisz to dobrze, lecz jak człowiek, który zna drogę. On robił to jak człowiek, który przez pięć dni wyobrażał sobie tę jedną rzecz i wreszcie mu wolno. Trzymał mnie przedramieniem w poprzek bioder, żebym nie mogła uciec, i pracował powoli, całym językiem, od dołu w górę, raz za razem, aż zaczęłam wydawać dźwięki, których sama u siebie nie znałam.

Nagranie z dźwiękiem mis zatoczyło pełne koło. Przez ten czas nie wypowiedziałam ani jednego pełnego słowa.

Kiedy wsunął we mnie z powrotem dwa palce i jednocześnie zaczął ssać, złapałam obiema rękami krawędź stołu nad głową. Nie doprowadził mnie do końca. Dwa razy doprowadził mnie do samej granicy i za każdym razem zwolnił dokładnie tak, jak podczas wcześniejszych masaży – wtedy zrozumiałam, że od początku tygodnia robił to celowo.

– Ty draniu – wysapałam.

– Wiem.

Podniósł głowę, otarł usta wierzchem dłoni i patrzył na mnie z twarzą całkiem mokrą.

Podniosłam się i usiadłam na brzegu stołu. Nogi miałam miękkie, ale to ja przyciągnęłam Bartosza za uniform. Rozpięłam pierwszy guzik, potem kolejne. Pod białą tkaniną zobaczyłam napięty brzuch i ciemne włosy schodzące pod pasek. Położyłam jego dłonie na swoich biodrach i przycisnęłam je mocniej, aż palce wcisnęły się w skórę.

Odpięłam pasek i rozpięłam spodnie. Był już twardy, wyraźnie pobudzony, lecz przez cały czas czekał na mój kolejny ruch. Objęłam go dłonią i przez chwilę tylko sprawdzałam ciężar, ciepło oraz sposób, w jaki reagował na nacisk palców. Nie porównywałam go z tobą, Krzysiu. To nie był konkurs. Był innym mężczyzną i właśnie ta obcość działała na mnie najmocniej.

Zsunęłam się ze stołu na kolana. Najpierw musnęłam ustami sam czubek, patrząc w górę. Maska zawodowego spokoju pękła: zacisnął szczękę i zamknął oczy.

– Patrz na mnie – powiedziałam.

Otworzył oczy.

Wzięłam go głębiej, powoli, pozwalając językowi przesuwać się po spodniej stronie. Smakował solą i skórą, z delikatną nutą olejku migdałowego przeniesionego z mojej dłoni. Jedną ręką obejmowałam go u nasady, drugą położyłam na jego biodrze. Chciałam wyczuć moment, w którym przestanie stać nieruchomo.

Wzięłam go tak głęboko, jak potrafiłam, aż musiałam rozluźnić gardło i oddychać nosem. Zostałam tak przez dwie sekundy, patrząc mu w oczy. Kiedy się cofnęłam, usłyszałam, jak wypuszcza powietrze przez zęby.

Klęczałam nago na podłodze w sali numer cztery, cała lśniąca od olejku, z rozmazanym tuszem, przed mężczyzną w częściowo rozpiętym białym uniformie. Nigdy w życiu nie czułam się jednocześnie tak nieprzyzwoicie i tak bardzo u siebie.

Nie wytrzymał długo. Jego biodra drgnęły po raz pierwszy, lecz natychmiast je zatrzymał. Wyjęłam go z ust i włożyłam jego dłoń w swoje włosy.

– Trzymaj mnie tak – szepnęłam. – Ja prowadzę.

Wplótł palce między pasma i zebrał je na karku. To ja nadawałam tempo, przyjmowałam go głębiej i cofałam się za każdym razem, gdy chciał więcej. Im dłużej patrzył mi w twarz, tym mniej przypominał opanowanego masażystę. Oddech rwał mu się, mięśnie brzucha drżały, a dłoń we włosach zaciskała się coraz mocniej.

Kiedy poczułam, że jest blisko, cofnęłam głowę i wykonałam jeszcze kilka ruchów samą dłonią.

– Jeszcze chwila – wyszeptał.

– Wiem.

Zatrzymałam się.

Popatrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Teraz nie – powiedziałam. – Chcę cię poczuć gdzie indziej.

Podniósł mnie z klęczek, obejmując pod ramionami, i posadził z powrotem na stole. Pochylił się ku mojej twarzy. Odwróciłam głowę.

– Nie w usta.

Zamarł i odsunął się.

– Dobrze.

– Pocałunki w usta zostają dla mojego męża. I żadnych śladów tam, gdzie będzie je widać.

– Rozumiem.

Pocałował mnie pod piersią, potem na brzuchu, w miejscach ukrytych pod sukienką. Ani razu nie zbliżył się ponownie do ust.

Wskazałam półkę.

– Prezerwatywa.

Podał mi ją. Rozerwałam opakowanie bez odrywania wzroku od jego twarzy.

Sama założyłam mu prezerwatywę, przesuwając ją powoli aż do nasady. Patrzył na moje dłonie. Ten prosty gest był bardziej ostateczny niż zamek w drzwiach. Gdy skończyłam, zacisnęłam dłoń u nasady i przyciągnęłam go bliżej.

Bartosz rozsunął moje kolana i stanął między nimi.

– Powiedz, kiedy.

Objęłam go nogami i przyciągnęłam bliżej, aż poczułam twardą główkę przy wejściu.

– Teraz.

Wszedł wolno. Początkowo leżałam bez ruchu, świadoma każdego centymetra i tego, jak stopniowo mnie rozciągał. Zatrzymał się w połowie, obserwując moją twarz.

Powiem ci to, kochanie, bo obiecałam ci całą prawdę: był duży. Na tyle, że musiałam wziąć oddech i policzyć do trzech, zanim pozwoliłam mu wejść głębiej. Nie mówię tego, żeby cię z nim porównywać. Chodzi tylko o to, że moje ciało musiało nauczyć się czegoś od zera, a ja nie uczyłam się niczego od zera od dwunastu lat.

Oplotłam go ciaśniej nogami.

– Nie zatrzymuj się.

Wsunął się głębiej, centymetr po centymetrze, aż jego biodra dotknęły wewnętrznych stron moich ud. Przez chwilę oboje znieruchomieliśmy. Po pieszczotach jego dłoni i ust byłam gotowa, lecz pełnia tego doznania i tak odebrała mi oddech. Czułam go w miejscu, o którym zapomniałam.

– Boże – powiedziałam, patrząc w sufit.

Pierwsze ruchy były powolne. Wycofywał się prawie całkowicie i wracał długim, płynnym pchnięciem, za każdym razem obserwując moją twarz. Nie chciałam kolejnego masażowego rytmu, więc złapałam go za pośladki i przyciągnęłam mocniej.

– Mocniej.

Posłuchał. Następne pchnięcie przesunęło mnie po płótnie. Poczułam jego siłę po raz pierwszy: nie wyuczoną precyzję dłoni, lecz ciężar całego ciała. Uderzał biodrami w równym tempie, coraz mocniej, aż w pustym pokoju oboje zaczęliśmy zagłuszać nagranie z dźwiękiem mis. Odpowiadałam, unosząc się ku niemu. Stół skrzypnął pod nami i przesunął się o kilka centymetrów po kafelkach.

Pomyślałam wtedy o tych dwóch cieniach pod drzwiami i o tym, że sala numer cztery jest na końcu korytarza, ale nie na końcu świata.

Nie zwolniłam.

Wsunął jedną dłoń pod moje plecy, drugą położył nisko na brzuchu. Zmienił kąt, dociskając mnie do siebie przy każdym ruchu, i trafił w miejsce, które przed chwilą odnalazł palcami. Krzyknęłam.

Zwolnił odruchowo, lecz zacisnęłam nogi na jego biodrach.

– Jeszcze raz.

Powtórzył ten sam ruch, potem kolejny. Moje uda zaczęły drżeć, ale nie chciałam jeszcze dochodzić. Chciałam zobaczyć, jak długo zdoła zachować kontrolę. Zacisnęłam mięśnie wokół niego i obserwowałam, jak marszczy brwi, jak walczy z własnym ciałem.

– Robisz to specjalnie – powiedział zduszonym głosem.

– Oczywiście.

Wtedy podniósł moje nogi i oparł je sobie na ramionach. Uniosłam biodra ku niemu, ułatwiając mu zmianę pozycji.

W tej pozycji wszedł głębiej. Tempo zwolniło, ale każde pchnięcie było pełniejsze, przeciągnięte od początku do końca. Jedną ręką trzymał mnie pod udem, drugą zaczął pocierać łechtaczkę. Próbowałam zachować otwarte oczy, lecz przyjemność narastała zbyt szybko.

– Patrz na mnie – wyszeptał.

Patrzyłam. Widziałam, jak biała koszula porusza się na jego piersi, jak pot zbiera mu się na skroni i jak uważnie śledzi każdą zmianę mojej twarzy. Nie powtarzał bez końca tego samego ruchu. Kiedy oddech mi się rwał, zwalniał. Kiedy unosiłam biodra, odpowiadał mocniejszym pchnięciem. Dopasowywał się do mnie, aż oboje znaleźliśmy wspólny rytm.

Drugi orgazm narastał wolniej niż pierwszy. Najpierw poczułam napięcie głęboko w brzuchu, potem drżenie ud opartych na jego ramionach. Wgryzłam się we własne przedramię, żeby stłumić głos. Bartosz nie przyspieszył; utrzymał ten sam kąt i pozwolił, żeby fala sama mnie dosięgła.

Doszłam, wymawiając jego imię z ustami przyciśniętymi do własnego przedramienia. Skurcze zaciskały się wokół niego, a on trwał nieruchomo, aż przestałam drżeć.

– Dwa – mówię.

Krzysztof unosi głowę znad mojego uda.

– Pokaż rękę.

Wyciągam przedramię. W świetle lampki widać ciemniejący ślad w kształcie półksiężyca po moich zębach.

– Sama?

– Sama. Słuchaj dalej.

Bartosz wysunął się powoli i opuścił moje nogi. Podał mi rękę, pomógł zejść ze stołu i przez chwilę podtrzymywał, dopóki kolana nie przestały się uginać.

– Chcę cię zobaczyć w lustrze – powiedział.

Wzięłam go za rękę.

– To patrz.

Stanęłam przed wielką taflą zajmującą prawie całą ścianę. Kafelki były chłodne, a ciało rozgrzane i śliskie od olejku. Tusz rozmazał mi się pod jednym okiem, włosy przykleiły się do karku, piersi unosiły się szybko przy każdym oddechu. W lustrze wyraźnie widziałam miękkość brzucha, wcięcie talii, szerokie biodra i cięższe, dojrzałe piersi. Nic nie było ukryte, wygładzone ani ustawione pod korzystnym kątem.

I właśnie dlatego wyglądałam seksownie.

Nie pomimo trzydziestu dziewięciu lat i kobiecych krągłości. Dzięki nim. Zobaczyłam ciało, które nie udawało młodszego: silne uda, pełny biust, zaokrąglone pośladki i skórę zaróżowioną od dotyku. Widziałam też jego spojrzenie ponad moim ramieniem. Patrzył na mnie tak, jakby nie potrafił zdecydować, której części chce dotknąć najpierw.

– Podoba mi się? – zapytałam.

– Bardzo.

– Nie pytam ciebie. Pytam siebie, czy podoba mi się ta kobieta.

Zrozumiał i nie odpowiedział za mnie.

Położyłam dłonie na chłodnym szkle.

– Podoba mi się – powiedziałam do własnego odbicia.

Bartosz stanął za mną. Ujęłam go za nadgarstki, ułożyłam jego dłonie na swoich biodrach, a potem ugięłam kolana i wypięłam się ku niemu.

– Tutaj – powiedziałam. – Chcę patrzeć.

Cofnęłam biodra, prowadząc go do siebie. Wszedł ponownie jednym spokojnym pchnięciem – całym, do samego końca, bez pytania, bo znał już odpowiedź.

W lustrze zobaczyłam, jak rozchylają mi się usta i jak jego dłonie zaciskają się na miękkich krągłościach bioder. Tym razem jego ruchy nie przypominały masażu i nie były już ostrożne. Rytm stał się bardziej nierówny, cielesny, przerywany naszym oddechem. Moje dłonie zostawiały na szkle mokre ślady, które natychmiast się zamgławiały; przy każdym pchnięciu przesuwałam się odrobinę do przodu, a on natychmiast ściągał mnie z powrotem.

Widziałam w lustrze wszystko: własne piersi kołyszące się w rytm uderzeń jego bioder, jego zaciśniętą szczękę oraz częściowo rozpięty biały uniform na tle ciała zupełnie nagiej kobiety. Ten kontrast działał na mnie mocniej niż sam ruch.

Przez kilka ruchów obserwowaliśmy wyłącznie odbicia. Potem jedną rękę przesunął z biodra na brzuch, objął mnie wpół i przyciągnął do swojego torsu. Drugą uniósł ku piersi, obejmując ją całą. Nie ściskał od razu. Najpierw poczułam ciężar dłoni, potem ruch kciuka po brodawce.

– Nie spuszczaj wzroku – powiedział cicho.

Mogłam zamknąć oczy. Nie chciałam.

Patrzyłam na kobietę poruszającą biodrami naprzeciwko mnie. Widziałam przyjemność na swojej twarzy, napięte mięśnie ud i piersi kołyszące się w jego dłoniach. Obraz był bardziej intymny niż sama nagość. Po raz pierwszy tego popołudnia nie myślałam o tym, jak widzi mnie Bartosz ani jak później ci to opiszę. Patrzyłam dla siebie.

Jego palce zsunęły się z brzucha niżej. Zaczął pocierać łechtaczkę w rytmie przeciwnym do ruchów bioder. Przez chwilę próbowałam nadal wszystko kontrolować, lecz ciało znalazło własne tempo. Napierałam na niego pośladkami, a on przytrzymywał mnie mocno, wchodząc głębiej za każdym razem, kiedy się cofałam.

Kiedy jego palce drgnęły, jakby chciał zmienić rytm, przycisnęłam je własną dłonią.

– Nie zmieniaj niczego.

Trzeci orgazm zaczął się od dreszczu biegnącego po kręgosłupie. Widziałam pierwsze oznaki w lustrze: szeroko otwarte oczy, napiętą szyję i usta, z których nie wydobył się jeszcze żaden dźwięk. Potem fala zeszła w dół. Kolana zaczęły mi drżeć, brzuch napiął się pod jego ramieniem, a wnętrze zacisnęło się wokół niego w serii mocnych skurczów.

Patrzyłam na siebie przez cały czas.

– Trzy – mówię do Krzysztofa.

Mój mąż nie przerywa. Jego dłoń mocniej obejmuje moje udo.

Po orgazmie opadłam czołem na lustro. Bartosz zwolnił, ale nadal był twardy i najwyraźniej jeszcze daleki od finału. Obróciłam głowę.

– Ty jeszcze nie.

– Nie.

– To dokończ.

Odeszłam od lustra i sama pochyliłam się nad stołem. Oparłam przedramiona o skórzane obicie, rozstawiłam nogi i spojrzałam na niego przez ramię.

– Mocniej niż wcześniej. Jeśli będzie za dużo, powiem.

Wszedł we mnie od tyłu jednym mocnym ruchem, aż uderzyłam biodrami o krawędź stołu. Tym razem nie szukał subtelnego kąta ani nie sprawdzał każdej reakcji. Objął mnie w talii i zaczął poruszać się energicznie, wchodząc głęboko, pozwalając, by wcześniejsza staranność ustąpiła urywanemu oddechowi i mocniejszym pchnięciom. Stół przesuwał się odrobinę po kafelkach. Olejek sprawiał, że zsuwałam się do przodu, więc chwycił mnie za biodra i przyciągał z powrotem do siebie – mocno, całą dłonią, tak że przez chwilę widziałam na skórze cztery jasne ślady po palcach.

Potem zebrał moje włosy i owinął je sobie raz wokół nadgarstka. Nie pociągnął. Po prostu je trzymał, a ja przez ten uchwyt czułam każde jego pchnięcie dwa razy.

Moje ciało było już zbyt wrażliwe na kolejną kulminację. Każdy ruch przechodził przeze mnie jak intensywne echo trzech wcześniejszych fal, momentami na granicy bólu, ale chciałam właśnie tej ostrości. Raz rzuciłam „wolniej”; zwolnił bez wybijania nas z rytmu. Po kilku ruchach sama cofnęłam biodra mocniej, a on wrócił do wcześniejszego tempa.

Pochylił się nad moimi plecami, tak że jego tors dotknął mojej mokrej skóry. Jego oddech stał się krótki, a rytm zaczął się łamać.

– Nie zatrzymuj się – powiedziałam. – Skończ we mnie.

Jego rytm rozsypał się całkowicie. Ostatnie pchnięcia były już bezładne, po prostu głębokie i szybkie; przy każdym wydawałam dźwięk wprost w skórzane obicie. Zacisnął palce na moich biodrach, wcisnął się we mnie do samego końca i doszedł we mnie, zabezpieczony prezerwatywą. Poczułam pulsowanie i ciężar jego ciała, kiedy na moment oparł się na moich plecach. Potem znieruchomiał, oddychając mi w kark, i przez kilkanaście sekund żadne z nas nie potrafiło się poruszyć.

Odczekał, aż oboje odzyskamy równowagę, i wysunął się ostrożnie. Przytrzymał prezerwatywę u nasady, zdjął ją, zawiązał i zawinął w papierowy ręcznik, zanim wyrzucił do zamkniętego kosza. Potem wrócił do mnie, nadal oddychając ciężko.

Usiadłam na krawędzi stołu. Bartosz przyniósł ciepły ręcznik i podał mi go. Wytarłam brzuch, uda i piersi. Potem napiłam się wody z małej butelki przeznaczonej dla klientów. Przez minutę żadne z nas nic nie mówiło. Nagranie z dźwiękiem mis zdążyło rozpocząć kolejną pętlę.

W końcu podszedł do krzesła i wziął mój czarny komplet. Nie zwijał go w kulkę. Przesunął kciukiem po koronkowej miseczce biustonosza i spojrzał na mnie.

– Chciałbym go zatrzymać.

– Do jutra – odpowiedziałam. – Jeśli wrócę, oddasz mi go przy mężu.

– A jeśli nie wrócisz?

– Wtedy odeślesz go do recepcji w kopercie. Bez nazwiska na wierzchu.

– Umowa.

Dopiero po tej odpowiedzi złożył komplet i schował go do głębokiej kieszeni fartucha.

Potem sięgnął po karteczkę. Na odwrocie karteczki z piątkowym terminem napisał: „sobota, 15:00, sala 6”. Niżej dopisał jeszcze jedno słowo: „dwoje” – i znak zapytania. Tym razem niczego mi nie narzucał.

– Jutro rano wyślę wiadomość na numer podany przy rezerwacji – powiedział. – Jeżeli nie odpowiesz, termin zniknie.

– Dobrze.

Włożył kartkę w moją dłoń i zamknął na niej palce. Ja zdecydowałam, że jej nie wyrzucę.


Wyszłam z sali numer cztery w zielonej lnianej sukience i bez bielizny. Przeszłam obok recepcji, gdzie Marta zapytała, czy zabieg był satysfakcjonujący.

– Bardzo – odpowiedziałam.

W windzie jechałam z parą starszych Niemców. Stałam pomiędzy nimi, świadoma, że moje ciało od ich spojrzeń oddzielał tylko cienki len, a czarny komplet spoczywał w kieszeni fartucha Bartosza. Karteczkę trzymałam w dłoni, ale tym razem jej nie zgniotłam.

Było dopiero po osiemnastej. Poszłam pod prysznic, dokładnie umyłam ciało i sprawdziłam, czy oprócz śladu po własnych zębach nie mam innych widocznych śladów. Potem spędziłam pół godziny w saunie, wypiłam dwie szklanki wody i usiadłam w strefie ciszy z herbatą. Potrzebowałam czasu, żeby oddzielić wydarzenie od opowieści i wrócić do ciebie z prawdą, a nie z chaosem.

Dlatego weszłam do pokoju po dwudziestej.


Krzysztof podnosi głowę znad mojego uda. Ma potargane włosy i ten wyraz twarzy, który nie ma już nic wspólnego z wysłuchiwaniem fantazji.

– To wydarzyło się naprawdę.

– Tak.

– Wiedział, że tego chcesz?

Wiem, o co pyta.

– Nie musiał zgadywać. Powiedziałam mu wyraźnie, czego chcę. Kiedy powiedziałam „dość”, zatrzymał się od razu. Użyliśmy prezerwatywy.

Krzysztof powoli wypuszcza powietrze. Nie jest spokojny, lecz po jego reakcji poznaję, że te informacje były mu potrzebne.

– Trzy razy? – pyta po chwili.

– Trzy.

– Liczyłaś.

– Tym razem tak.

Siadam i całuję go. Nie delikatnie ani przepraszająco. Całuję go tak, jak całowałam dwanaście lat temu na kanapie w moim wynajętym mieszkaniu, zanim nauczyliśmy się siebie nawzajem i zanim którekolwiek z nas zaczęło udawać, że zna wszystkie odpowiedzi.

Jego dłoń wędruje pod szlafrok i tym razem jej nie zatrzymuję. Palce schodzą po brzuchu i przesuwają się po biodrze.

– A ten czarny komplet? – pyta, nie odrywając ode mnie wzroku. – Gdzie go masz?

Wyciągam z kieszeni szlafroka złożoną karteczkę i podaję mu ją zamiast odpowiedzi. Rozprostowuje papier. Z jednej strony widzi piątek, piętnastą i salę numer cztery. Na odwrocie: „sobota, 15:00, sala 6” oraz pytanie „dwoje?”.

– Bartosz chciał zatrzymać komplet – wyjaśniam. – Zgodziłam się, ale tylko do jutra. Jeśli wrócimy, ma mi go oddać przy tobie.

– Jeśli wrócimy?

– Niczego nie postanowiłam za nas oboje. Dlatego jeszcze mu nie odpowiedziałam.

Krzysztof odkłada kartkę obok okularów, zapisaną stroną do góry. Jest zazdrosny; widzę to i nie próbuję nazywać tego inaczej. Jest także podniecony, zraniony, zaciekawiony i poruszony tym, że dotrzymałam umowy. Wszystkie te rzeczy mieszczą się w nim jednocześnie.

– Potrzebuję czasu – mówi.

– Masz go.

– Ale teraz chcę ciebie.

Rozwiązuję szlafrok do końca.

Kochamy się długo w pokoju pachnącym olejkiem migdałowym. Nie odtwarzamy tego, co zrobiłam z Bartoszem. Krzysztof nie próbuje z nim rywalizować ani udowadniać, że potrafi mocniej. Najpierw całuje mnie w usta, bo takie pocałunki zachowałam tylko dla niego. Potem poznaje na nowo ciało, które przez kilka godzin należało wyłącznie do moich decyzji.

Kiedy siadam na nim okrakiem i opuszczam się na niego powoli, patrzy na moje piersi, brzuch i biodra z uwagą, jakiej brakowało mi od dawna. Prowadzę jego dłonie po swoich krągłościach, pokazuję, gdzie chcę być trzymana i jak mocno. Nie pytam, czy nadal mu się podobam. Widzę odpowiedź na jego twarzy i czuję ją w każdym ruchu.

Na początku jest staranny, jak zawsze. Później pochylam się do jego ucha i opowiadam mu o jednym szczególe z lustra, o którym wcześniej nie wspomniałam – tym o białym uniformie – i wtedy całkowicie traci rytm.

Obejmuje mnie mocniej, przewraca pod siebie i wchodzi we mnie tak, jak nie wchodził od lat. Potem, kiedy proszę, obraca mnie na brzuch, podkłada mi poduszkę pod biodra i bierze mnie od tyłu, przyciskając dłonią mój kark do materaca. Mówi mi do ucha rzeczy, których nigdy wcześniej mi nie mówił, i połowa z nich to pytania o tamto popołudnie, na które odpowiadam prawdą, bo tak się umawialiśmy.

Nie kończy we mnie. W ostatniej chwili odwracam się, siadam przed nim i sama go dokańczam, patrząc mu w oczy, kiedy dochodzi na moje piersi i uniesioną szyję – drugi raz w tym tygodniu i zarazem drugi w ciągu dwunastu lat. Przez chwilę żadne z nas nic nie mówi.

Potem Krzysztof przynosi z łazienki ciepły ręcznik i sam mnie wyciera, tak samo dokładnie jak w środę. Przez resztę nocy nie jest już ani odrobinę uporządkowany.


Rano nie idziemy od razu na śniadanie. Siedzimy przy otwartym oknie w szlafrokach i pijemy kawę z małych hotelowych filiżanek. Karteczka leży między nami.

– Przypomnij zasady – mówi Krzysztof.

– Tylko dorośli. Świadoma zgoda wszystkich uczestników. Przy penetracji z innymi partnerami prezerwatywa. Cała prawda. Każdy może się wycofać w dowolnej chwili.

– Po alkoholu nie podejmujemy nowych decyzji. Możemy tylko zostać przy tym, co ustaliliśmy na trzeźwo, i każde z nas nadal może się wycofać.

– Możemy to dopisać.

– Dopisz.

Biorę hotelowy długopis i na brzegu karteczki zapisuję nową zasadę. Nie dlatego, że wypicie wina jest czymś złym, lecz dlatego, że odpowiedzialności za żadną późniejszą decyzję nie można zrzucić na butelkę.

Dopiero potem schodzimy do restauracji. Przy śniadaniu Krzysztof jest cichszy niż zwykle, ale nie unika mojego wzroku. Karteczkę kładzie obok swojej filiżanki, nie pod spodkiem.

Telefon wibruje o dziewiątej siedemnaście. Na numer podany w formularzu rezerwacji przychodzi wiadomość od Bartosza:

„Dzień dobry. Dzisiejszy termin o 15:00 w sali 6 pozostaje wstępnie zablokowany. Wcześniej wspomniała pani o przyjściu z mężem. Jeżeli to nadal aktualne, zanim cokolwiek się wydarzy, spokojnie ustalimy granice i zgodę całej trójki. Jeśli nie dostanę potwierdzenia do 11:00, anuluję termin bez pytań. Bielizna czeka.”

Przesuwam telefon przez stół. Krzysztof czyta wiadomość dwa razy.

– On pisze jak regulamin przeciwpożarowy – stwierdza.

– W pracy jest bardzo uporządkowany.

– Zauważyłem.

Po raz pierwszy od początku opowieści oboje się uśmiechamy.

– Chcesz tam wrócić? – pyta.

– Tak. Ale tylko jeśli ty naprawdę chcesz pójść ze mną. Nie dlatego, że boisz się zostawić mnie samą albo czujesz się do tego zobowiązany.

Milczy przez chwilę, mieszając kawę, choć nie wsypał cukru.

– Chcę zobaczyć tę salę – mówi w końcu. – Chcę zobaczyć ciebie w tej sytuacji i sam sprawdzić, gdzie przebiegają moje granice. Nie obiecuję niczego więcej.

– To wystarczy.

Biorę telefon, ale jeszcze nie dotykam klawiatury.

– Odpowiadamy?

Krzysztof obraca karteczkę na stronę z pytaniem „dwoje?”. Potem bierze długopis i zamiast skreślać znak zapytania dopisuje pod nim jedno słowo: „tak”.

– Odpowiadamy – mówi.

Piszę: „Aktualne. Przyjdziemy oboje o piętnastej. Najpierw rozmowa i zasady.”

Pokazuję mu ekran. Czyta, przytakuje, a dopiero wtedy naciskam „wyślij”.

Nie ma przy nas Bartosza. Nie przechodzi przez restaurację, nie daje żadnego tajemniczego znaku i nie odbiera nam tej decyzji swoim pojawieniem się. Jesteśmy tylko my dwoje, dwie filiżanki kawy, telefon i karteczka, która przez pięć dni zmieniała znaczenie.

Krzysztof składa ją na pół i wkłada do kieszeni własnego szlafroka.

– Żebyś nie zgubiła – mówi.

Tym razem to on będzie ją niósł.
 

129
7.5/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 7.5/10 (2 głosy oddane)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.