Po drugiej stronie lustra
29 września 2026
25 min
Rozdział 1: Przysługa
— Chyba żartujesz! Po to kazałaś mi tłuc się przez pół miasta? — krzyknęłam, gdy siostra przedstawiła swój niedorzeczny pomysł.
Siedziałam na łóżku, patrząc, jak wsuwa obcisłą, czarną sukienkę na koronkową bieliznę.
— Nie, nie tylko dlatego. Chciałam cię też zobaczyć. Minęło tyle czasu, Madziu. Ale naprawdę potrzebuję tej jednej, małej przysługi — powiedziała, patrząc wzrokiem zbitego psa.
To była cała Sara. Sztandarowy numer. Tekst, którym potrafiła urobić każdego, i to zawsze działało. Rodzice ją ubóstwiali, faceci nosili na rękach.
Byłyśmy identycznymi bliźniaczkami — kropka w kropkę, co do piega. Niewiele osób potrafiło nas odróżnić. Jeśli celowo nie zmieniłyśmy fryzury czy makijażu, nawet rodzice miewali z tym problem.
Sara zawsze była pewniejsza siebie, bardziej otwarta i po prostu popularniejsza. Ja byłam tą drugą. Nie zliczę, ile razy ktoś zaczynał ze mną rozmawiać, po czym widziałam w jego oczach charakterystyczne spojrzenie — zawód, że nie jestem nią. Może przemawiały przeze mnie kompleksy, ale naprawdę tak to odbierałam.
— O tak, jakbym słyszała to pierwszy raz. O co chodzi tym razem? — przewróciłam oczami.
— Dzisiaj mamy wieczór dla siebie, a Jakub wraca z delegacji z Gdańska. Chcę, żebyś poszła zamiast mnie — oznajmiła, oceniając w lustrze, jak leży sukienka.
Szczęka opadła mi, gdy patrzyłam, jak poprawia obfity dekolt. W żołądku poczułam znajome motylki, pojawiające się zawsze na samą myśl o nim.
— Daj spokój, Magda. Jakbyśmy nigdy wcześniej się nie zamieniały. Za dzieciaka robiłyśmy to na okrągło — rzuciła, widząc moją minę w odbiciu.
— Dla żartu! Nigdy w ten sposób! — obruszyłam się.
— To tylko kolacja. Pewnie będzie tak padnięty po pociągu, że przegada cały wieczór o pracy — odparła, poprawiając makijaż.
— A ty dokąd idziesz?
— Wyskoczyła mi sprawa w korpo, z której nie mogę się wymiksować. Jakub dostaje szału, kiedy siedzę po godzinach. Po prostu nie mam siły na kolejną awanturę.
Pomalowała usta krwistoczerwoną szminką i zmierzyła swoje odbicie z uznaniem. Wyglądała niesamowicie seksownie. Nigdy nie miałabym odwagi ubrać się tak do pracy.
— Spotkaj się z nim w knajpie, zjedzcie coś dobrego i wracajcie do nas. Schowam się w gościnnym, a jak czymś go zajmiesz, zamienimy się z powrotem. — Mrugnęła do siebie w lustrze i obróciła się na pięcie. — To jak? — spytała przymilnie.
— Wyglądasz obłędnie — westchnęłam zrezygnowana, wciąż nie dowierzając w to, co słyszę.
— Dziękuję, ale pytałam o zamianę — zaśmiała się.
Wpatrywałam się w nią. Ta sama twarz, którą codziennie rano widziałam w lustrze, patrzyła teraz na mnie z absolutną, bezczelną pewnością siebie. Część mnie chciała odmówić dla zasady. Ale była też inna, cichsza strona. Ta, która wciąż pamiętała spojrzenia Jakuba z czasów, zanim Sara zgarnęła go dla siebie. Ta część szeptała, że to niebezpieczna gra — i wcale nie z powodu ryzyka wpadki. Tej słabości nienawidziłam w sobie najbardziej.
— Nie wiem, Sara. Na pewno się zorientuje — powiedziałam niepewnie.
Byliśmy z Jakubem nierozłączni od zerówki. Kiedy dorósł, zmężniał i wystrzelił w górę, siostra nagle go zauważyła. Kochałam go od zawsze, ale nigdy nie zdobyłam się na odwagę, by o tym powiedzieć. Sara nie miała takich oporów. Chodziła za nim tak długo, aż w końcu uległ. Potem poszliśmy na studia — wyjechałam na UJ do Krakowa, oni zostali razem w Warszawie. Po paru miesiącach byli już parą. Dwa lata temu, zaraz po obronie magisterki, wzięli ślub.
To wesele było koszmarem. Od tamtej pory trzymałam dystans, widując ich tylko na święta. Mimo to Jakub musiał zauważyć różnicę. Był jedyną osobą, której nigdy nie udało nam się nabrać.
— Przez miesiąc był w rozjazdach. Jeśli wyczuje, że coś jest nie tak, zwal winę na zmęczenie.
— A włosy? Przecież to widać na kilometr! — spojrzałam z ukosa. — Ja mam włosy niemal do pasa, a ty niedawno się ścięłaś.
— Od tygodni nie gadaliśmy na wideo, tylko krótkie telefony. Powiesz po prostu, że zatęskniłaś za dawną długością i założyłaś doczepy. Wiem, o co cię proszę, ale naprawdę musisz mnie uratować — przekonywała, sięgając po drogie perfumy. O dziwo, psiknęła nimi nawet pod sukienkę.
— Pamiętasz, jak kryłam cię na maturze z matmy? — uśmiechnęła się z wyższością.
— To cios poniżej pasa — rzuciłam w nią poduszką.
— No ale pomogłam, więc błagam, chociaż ten jeden raz zaopiekuj się moim mężem przez te dwie godziny — uklękła w teatralnym geście.
— Dobra, ale nie mam w co się ubrać — uległam, a siostra rozpromieniła się w mgnieniu oka.
PIIIP PIIIP
— Szlag, to Marek. Weź cokolwiek z szafy, psiknij się perfumami — bierz, co chcesz! Zmykam, do potem! — zachichotała, posłała w biegu całusa i wybiegła z pokoju.
Uchyliłam zasłonę. Pod szeregowcem na Wilanowie stało luksusowe BMW w kabriolecie, a za kółkiem siedział przystojny facet, poprawiając włosy w lusterku. Kiedy Sara podbiegła do auta, zakręciła się zalotnie, nim wsiadła na fotel pasażera. Wiedziałam, że lubi flirtować, ale tłumaczyłam sobie, że to pewnie tylko menedżer z działu. Przecież kochała Jakuba.
Z ciężkim żołądkiem wybrałam sukienkę i poszłam pod prysznic. Ogoliłam nogi, wklepałam balsam i spróbowałam odtworzyć makijaż Sary. Czerwona kreacja idealnie grała ze szminką, choć była o wiele krótsza, ciaśniejsza i miała głębszy dekolt niż cokolwiek, w czym czułam się swobodnie. Swoje długie włosy ułożyłam w miękkie fale, dokładnie tak, jak nosiła je siostra przed ścięciem.
Zatrzymałam się przed lustrem. Nie dało się ukryć — wciąż byłyśmy identyczne. Te same błękitne oczy, delikatne rysy, zgrabny nos i pełne usta. Różnica nigdy nie tkwiła w fizjonomii, tylko w tym, co działo się, gdy ktoś zawiesił na nas wzrok.
Sara uwielbiała być w centrum uwagi. Widząc męskie spojrzenia, natychmiast prostowała plecy i posyłała promienny uśmiech. Ja reagowałam odwrotnie. Gdy ktoś przyglądał mi się za długo, od razu wpadałam w panikę. Sukienka się podwinęła? Rozmazałam tusz? Odruchowo obciągałam materiał, poprawiałam ramiączka albo krzyżowałam ręce na piersiach.
„Nie masz czego chować” — powtarzała zniecierpliwiona siostra.
Moje zahamowania uważała za śmieszne. Miałyśmy identyczne ciała, ale ona zamierzała wycisnąć z tego faktu każdą możliwą korzyść. Czasem po cichu zazdrościłam jej tej odwagi.
Zamykając drzwi, zerknęłam jeszcze raz w lustro w przedpokoju. Przez sekundę nie poznałam własnego odbicia — karminowe usta, obcisła kiecka, staranna fryzura. Wersja mnie stworzona przez siostrę. Albo ta, którą dusiłam w sobie ze strachu, że wymknie spod kontroli.
W Uberze nerwowo obracałam torebkę. Kierowca bez przerwy zerkał w lusterko, przez co bezwiednie skubałam rąbek materiału. Nie byłam przyzwyczajona do bycia na widelcu. Zwykle nosiłam sprane dresy i obszerne bluzy, pracując zdalnie z mieszkania.
Restauracja znajdowała się w modnych rejonach Mokotowskiej i biła po oczach elegancją. Zazwyczaj tylko mijałam takie lokale ze świadomością, że stoliki rezerwuje się tam z tygodniowym wyprzedzeniem. Szatniarz skierował mnie do baru, uprzedzając, że towarzysz jeszcze nie dotarł. Roztrzęsiona zamówiłam ulubionego drinka: z syropem z kwiatów bzu, gruszką i ginem. Gdybym zachowała resztki rozsądku, wzięłabym espresso martini, które uwielbiała Sara. Nie znosiłam jednak kawy — była za gorzka. Siedziałam spięta. Miałam ochotę wyciągnąć telefon i odwołać wszystko.
Nagle za mleczną szybą lokalu dostrzegłam wysoką sylwetkę w doskonale skrojonym szarym garniturze. Mężczyzna szedł szybkim krokiem. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy przystanął tuż przed wejściem. Poprawiłam się na hokerze, próbując emanować pewnością siebie z taką samą swobodą, z jaką zrobiłaby to Sara.
Jakub zamienił słowo z kelnerem, a ten wskazał w moją stronę. Ledwie rzucił okiem ku barowi, twarz rozjaśnił mu szeroki uśmiech. Serce zabiło jak szalone. Zawsze był wysoki, ale w ostatnich latach niesamowicie zmężniał. Szerokie bary i sylwetka faceta regularnie trenującego na siłowni sprawiały, że natychmiast dominował przestrzeń. Wyglądał, jakby z powodzeniem mógł grać w reprezentacji siatkówki albo w rugby. Wzbudzał skrajne emocje — dziewczyny wodziły za nim maślanym wzrokiem, a kolesie w klubach mierzyli niepewnym spojrzeniem.
Biła od niego naturalna siła. Jednak pamiętałam innego Jakuba — faceta, który potrafił zamknąć człowieka w niedźwiedzim uścisku, by sekundę później rozładować napięcie żartem.
Przy jego stu dziewięćdziesięciu paru centymetrach wyglądałam niemal dziecinnie drobno. Podszedł pewnym krokiem, a ja wstałam, by się przywitać.
— Łał. A co ty tu robisz?
Żołądek podszedł mi do gardła. Byłam pewna, że natychmiast mnie przejrzał. Uśmiechał się, ale w spojrzeniu czaiło się badawcze napięcie. Myśli galopowały w głowie. Mogłam się wycofać. Wyznać prawdę. Zadzwonić po Sarę… Patrzył wyczekująco.
— Czekam na ciebie, głuptasie. Przecież to nasza randka — wydusiłam przez ściśnięte gardło, wymuszając lekki ton.
Na ułamek sekundy uśmiech zgasł. Wzrok Jakuba powędrował ku szklance stojącej na ladzie. Gruszka z bzem. Boże, brawo, Magda. Sara nigdy w życiu by tego nie tknęła.
Serce waliło młotem. Zanim jednak zdążyłam spanikować, dziwny wyraz zniknął z jego twarzy bez śladu.
— No tak — uśmiechnął się łagodnie. — Jasne. Wybacz, mała, padam z nóg po podróży.
Odetchnęłam z ulgą.
— Nic się nie stało, kochanie — rzuciłam, choć to słowo przeszło przez usta z trudem.
— Dobrze cię widzieć. Brakowało mi cię — objął mnie mocno.
Utonęłam w zapachu drogiej wody kolońskiej zmieszanej z ciepłem skóry. Chciałam trwać w tych ramionach bez końca, ale zaraz przed oczami mignęła twarz siostry.
— Przecież nie było cię tylko miesiąc — rzuciłam z udawaną kokieterią, klepiąc go lekko w tors, dokładnie tak, jak zrobiłaby to ona.
Spojrzenie znowu na moment spoważniało, po czym znów nabrało ciepła.
— Ciągnęło się w nieskończoność — rzucił, nie zdejmując dłoni z mojej talii. Sięgnął po drinka i podał mi szklankę. — Idziemy do stolika?
Poczułam ciarki, gdy musnął moje palce. Może kupił tę bajkę? Może naprawdę uda się przez to przejść?
Rozdział 2: Kolacja
Odsunął krzesło, poczekał, aż usiądę, i dopiero wtedy zdjął marynarkę. W śnieżnobiałej koszuli z rozpiętym kołnierzykiem wyglądał cholernie dobrze. Karta była krótka, wyselekcjonowana i pozbawiona cen. Schowałam się za nią, próbując opanować rozedrgany oddech.
Dokładnie wiedziałam, na co mam ochotę — solidny, krwisty stek wołowy. Tyle że nie mogłam go zamówić. Sara była na diecie rybnej, odkąd skończyła osiem lat i dowiedziała się, skąd bierze się mięso. Nie jadła niczego, co miało oczy, chyba że wypiła za dużo — wtedy potrafiła po cichu wciągnąć całą paczkę nuggetsów z Maka.
— Hej, chowasz się przede mną? — Jakub delikatnie opuścił brzeg karty, szukając kontaktu wzrokowego.
— Nie, po prostu wybieram. Wszystko wygląda świetnie — rzuciłam, odgarniając długie pasmo za ucho.
Wpatrywał się we mnie z nieskrywanym uwielbieniem. Nie mieściło mi się w głowie, jak siostra mogła przedłożyć nad niego jakieś spotkanie.
— Wprawiasz mnie w zakłopotanie — zachichotałam speszona jak nastolatka.
— Mąż nie może popatrzeć na własną, seksowną żonę?
Poczułam, jak policzki zalewa rumieniec, i znów zasłoniłam się menu. Podeszła kelnerka, wyrecytowała dania dnia i zapytała o zamówienie.
— Kochanie, zacznij — Jakub skinął głową.
— Dla mnie łosoś, poproszę — wydusiłam niepewnie.
— Doskonale. A dla pana? — Kelnerka posłała mu uśmiech numer pięć.
Ukłuła mnie zazdrość, widząc, jak bezczelnie pożera go wzrokiem. Spojrzeniem bez żenady błądziła po szerokich ramionach i męskich rysach.
— Antrykot, średnio krwisty, z sosem pieprzowym podanym osobno — rzucił, zerkając na mnie z ukosa.
Przeszył mnie dreszcz. Zamówił dokładnie to, o czym marzyłam. Tyle że Sara od dawna zmuszała go do wegetarianizmu w swojej obecności. Czyżby mnie sprawdzał?
— Mięso? Naprawdę? — spróbowałam przybrać chłodny, pouczający ton siostry.
— Masz coś przeciwko? W końcu dziś świętujemy — odparł z niewinną miną.
Zgłupiałam. Nie wiedziałam, jak daleko posunęłaby się Sara. Kelnerka rzuciła pobłażliwe spojrzenie, jakbym psuła facetowi wieczór marudzeniem.
— No dobrze… wyjątkowo — ustąpiłam.
Jakub uśmiechnął się pod nosem i zamówił butelkę wytrawnego wina. Gdy obsługa odeszła, zostałam sam na sam z jego badawczym wzrokiem.
— Wyglądasz dziś inaczej.
— Tak? — zamarłam z przerażenia.
— Trudno to ująć, ale bardzo mi się podoba. Dawno nie widziałem cię tak promiennej.
Przykrył moją dłoń. Zadrżałam pod wpływem tego dotyku, chcąc odruchowo cofnąć rękę, ale jednocześnie chłonęłam ciepło skóry.
— Może to przez włosy? Założyłam doczepy. Krótkie zaczęły mnie nudzić — zaśmiałam się nerwowo.
— Od razu zauważyłem. Zawsze wolałem cię w długich włosach. Przypominasz mi dziewczynę z czasów, gdy byliśmy dzieciakami.
Na ułamek sekundy zaciął się, jakby zdał sobie sprawę z dwuznaczności słów.
— To zabrzmiało co najmniej dziwnie — zażartowałam, by rozładować gęstniejącą atmosferę.
— Chodziło mi o to, że wreszcie wyglądasz na szczęśliwą. Brakowało mi tego.
Ścisnął moje palce nieco mocniej. Każdy instynkt podpowiadał ucieczkę do toalety i natychmiastowe zerwanie tej farsy. Zamiast tego siedziałam jak sparaliżowana, uśmiechając się obłudnie, podczas gdy krew szumiała w uszach.
Przeszliśmy do bezpiecznych tematów o gdańskim kontrakcie. Pozwoliłam mu prowadzić rozmowę, bojąc się, że zdradzę się jakimś szczegółem. Siedzenie tak blisko było cudowne. Przez te wszystkie lata potwornie tęskniłam za najlepszym przyjacielem. Zaczęłam powoli zapominać o roli, którą miałam grać.
Kiedy podano dania, z trudem odrywałam wzrok od jego talerza. Mój łosoś był bez zarzutu, ale to stek pachniał obłędnie.
— Chcesz spróbować? Pożerasz go wzrokiem, odkąd kelnerka postawiła talerz — zaśmiał się Jakub.
— Grrr — zamruczałam żartobliwie.
Ukroił soczysty kawałek i podsunął mi widelec pod usta. Wiedziałam, że to błąd, ale nie potrafiłam odmówić.
— Śmiało, jeden kęs cię nie zabije.
Pochyliłam się i zgarnęłam mięso z widelca. Głęboki, maślany smak dosłownie eksplodował na języku. Minęły wieki, odkąd jadłam coś takiego przy kimś bliskim. Jakub wpatrywał się we mnie z taką intensywnością, że aż cierpła skóra. Na jedną sekundę zapomniałam, kim mam być. Byłam po prostu kobietą, która od połowy życia kochała tego faceta i wreszcie jadła mu z ręki. Zaraz potem dopadły mnie wyrzuty sumienia, a on patrzył z dziwnym, nieodgadnionym rozbawieniem.
— Nawet nie wiesz, jak na mnie działasz — mruknął cicho, widząc, jak oblizuję usta.
— Nie prowokuj mnie, Kubuś — palnęłam bez zastanowienia.
Sara nienawidziła tego zdrobnienia. Wszyscy tak do niego mówili, tylko nie ona. Na szczęście nie skomentował, sięgając po kieliszek. Wino powoli uderzało do głowy, a grunt pod nogami robił się coraz bardziej grząski.
Na deser wzięliśmy ciasto czekoladowe na spółkę. Emocje sięgnęły zenitu, gdy zaczęliśmy jeść tą samą łyżeczką. W pewnej chwili odrobina polewy została mi na palcu. Zamiast sięgnąć po serwetkę, Jakub ujął moją dłoń i wsunął ubrudzony palec do swoich ust.
Zamarłam. Czułam wilgoć i ciepło języka, zlizującego słodycz. Wbił we mnie wzrok, czekając na reakcję. Oblałam się purpurą, ale tym razem ten rumieniec pasował do sytuacji. Dreszcz pożądania rozszedł się po ciele, gdy powoli uwolnił palec spomiędzy warg.
Powinnam była cofnąć rękę. Zaśmiać się głośno, tak jak zrobiłaby Sara. Zamiast tego siedziałam z łomoczącym sercem, bezbronna wobec tego gestu.
Gdy zaproponował kawę, odmówiłam, naciskając na powrót. Bałam się, że jeszcze chwila i stracę resztki samokontroli. Przy szatni objął mnie w talii.
— Nie mogę się doczekać, aż będziemy w łóżku. Tęskniłem za tobą — wyszeptał, muskając ustami szyję.
Nogi zadrżały. Strach mieszał się z pożądaniem w niebezpiecznych proporcjach.
— Zaraz wracam, muszę do toalety — rzuciłam nerwowo.
— Tylko szybko — klepnął mnie lekko w pośladek, aż cicho jęknęłam.
Przed lustrem gorączkowo wyciągnęłam telefon. Sara nie odbierała. Żadnych wiadomości na WhatsAppie. Spróbowałam jeszcze raz — cisza.
Wystukałam pospiesznie: „Jedziemy! Jesteś już w domu?!”
Nie było odpowiedzi. Musiałam wracać, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Poprawiłam sukienkę, wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w stronę wyjścia.
— Wszystko w porządku? No to w drogę — ujął moją dłoń.
Miał auto na podziemnym parkingu pod placem Trzech Krzyży. Wkrótce jechaliśmy w stronę Wilanowa. W samochodzie nerwowo zerkałam na telefon ukryty w torebce. Nic.
— Zapomniałem spytać… W firmie nie robili ci wyrzutów, że uciekłaś wcześniej? — zagadnął, zjeżdżając z Trasy Siekierkowskiej.
— Skądże. Wiedzieli, że to ważny wieczór — odparłam wymijająco.
— A ten cały Marek? Nie marudził?
Poczułam ucisk w klatce piersiowej.
— Mmm-mm — mruknęłam pod nosem.
— Ostatnio sporo od ciebie wymaga — rzucił jakby mimochodem.
— Bywa ciężko — szepnęłam, mając przed oczami wzrok, jakim ten facet mierzył siostrę pod domem.
— Kocham cię. Wiesz o tym, prawda? — zapytał miękko, kładąc dłoń na moim nagim udzie.
Patrzył tymi swoimi niesamowitymi, niebieskimi oczami. Ile bym dała, żeby usłyszeć te słowa naprawdę. Zrobiło mi się słabo z żalu i podniecenia. Przecież mówił to do Sary. Nie do mnie.
Zajechaliśmy pod ciemny, cichy szeregowiec. Na telefonie wreszcie mignęło powiadomienie o poczcie głosowej.
— Masz ochotę na małego drinka czy idziemy prosto na górę? — spytał z wymownym uśmiechem, przyciągając mnie do siebie. Zanim zdążyłam zareagować, musnął wargami moje usta, ale odwróciłam głowę.
— Chętnie się czegoś napiję. Muszę tylko odsłuchać wiadomość z biura — wymigałam się.
— Czekam w salonie — rzucił krótko.
Dopadłam kanapy i przyłożyłam telefon do ucha.
„Zejdzie mi do późna. Przetrzymaj go jakoś. Jak będzie nalegał, powiedz, że pęka ci głowa”.
Głos Sary ociekał irytacją, w tle grała cicha muzyka. Po raz pierwszy poczułam czystą wściekłość. Zostawiła mnie z tym samą. Igrała z ogniem, ryzykując całe małżeństwo, a ja miałam zbierać za nią baty.
Rozdział 3: Nocny drink
Wiedziałam już niemal na pewno, że go zdradza. Co powinnam zrobić? Wyznać prawdę? Przecież był przyjacielem. Ale Sara była siostrą. Jeśli się myliłam, zniszczyłabym wszystko jednym słowem.
Postanowiłam zmierzyć się z tym rano, z chłodną głową. Jakub wszedł do pokoju z dwoma kieliszkami prosecco z musem brzoskwiniowym. Górował nade mną, a bijące od niego ciepło i nieukrywane pożądanie sprawiały, że traciłam grunt pod nogami.
Usiadłam na kanapie, a on włączył muzykę. Z głośników popłynęły miękkie, nastrojowe dźwięki. Każdy, kto naprawdę go znał, wiedział, że pod tą całą męską powłoką krył się facet uwielbiający stare ballady i polski pop z lat dziewięćdziesiątych.
Miałam nadzieję, że zajmie fotel naprzeciwko, ale wybrał miejsce tuż obok na narożniku. Uniosłam kieliszek — zapachniało brzoskwiniami. Po pierwszym łyku odetchnęłam z ulgą.
— Bellini. Pamiętam, jak lubiłaś to w liceum — uśmiechnął się.
Trafił w dziesiątkę. To był mój stały zestaw na domówkach. Sara nie znosiła brzoskwiń w żadnej postaci.
— To Magda za tym szalała, nie ja — rzuciłam szybko, odstawiając kieliszek z udawanym niesmakiem.
— Przepraszam, pomyliło mi się — odparł, po czym położył dłoń na udzie i powoli przesunął w górę.
Dreszcz przeszedł wzdłuż kręgosłupa. Odruchowo zsunęłam nogę. Spojrzał z lekkim zaskoczeniem.
— Zapomniałam ci powiedzieć… Magda u nas nocuje. Przyjechała na parę dni. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko — wypaliłam pod wpływem impulsu, licząc na to, że obecność siostry w domu ostudzi jego zapał.
— Naprawdę? Czemu nie mówiłaś od razu? — ucieszył się, zerwał z kanapy i ruszył ku schodom.
— Gdzie idziesz?! — krzyknęłam spłoszona.
— Przywitać się. Wieki jej nie widziałem — rzucił zdziwiony, gdy dopadłam go w kuchni.
— Zostaw ją!
— Niby czemu? Przecież wiesz, że się ucieszy — uśmiechnął się, odwracając.
Znów byliśmy niebezpiecznie blisko. Czułam jego oddech na twarzy. Panika mieszała się z obezwładniającym pożądaniem.
— Źle się czuje. Wzięła leki i poszła spać — skłamałam na poczekaniu.
— Biedactwo. Tylko zajrzę, czy niczego nie trzeba…
— Zostaw ją do rana, Kuba. Zatańczmy — palnęłam pierwszą rzecz, jaka przyszła do głowy.
— Nie musisz prosić dwa razy — spojrzał w sposób, który odebrał mi mowę. Jakby wiedział, kim jestem naprawdę.
Objął mnie mocno i zaczęliśmy kołysać się w rytm muzyki. Oparłam czoło o pierś, wdychając zapach koszuli i czując miarowe uderzenia serca. Dłonie wsparł na biodrach. To było zbyt piękne, by mogło dziać się naprawdę. Zatraciłam się bez reszty.
— Kocham cię — wyszeptał.
— Ja ciebie też — jęknęłam cicho, a do oczu napłynęły łzy.
Jedna z nich spłynęła po policzku, wsiąkając w materiał koszuli. Czekałam na te słowa całe życie.
Ujął moją twarz i pocałował — miękko, głęboko, z czułością odbierającą rozum. Nie cofnęłam się. Nie potrafiłam. Wargi parzyły, a męskie dłonie błądziły po nagich plecach, zjeżdżając coraz niżej.
— Nie powinniśmy… — próbowałam zaprotestować resztkami przyzwoitości.
— Może i nie, ale czekałem na to za długo.
Te słowa były spełnieniem najskrytszych marzeń. Ręce same splotły się na karku. Powinnam była krzyknąć, że nie jestem Sarą, ale gdy tylko wargi znów się spotkały, racjonalny świat przestał istnieć.
Oddałam pocałunek z zachłanną, drżącą desperacją. Jakub zjechał ustami na szyję, kąsając delikatnie skórę, po czym poczułam palce na suwaku. Rozpiął sukienkę jednym płynnym ruchem.
Chwilę później czerwona tkanina leżała u stóp. Nagie piersi znalazły się na widoku. Ze wstydu próbowałam zasłonić się rękami — widywał mnie nad jeziorem w bikini setki razy, ale nigdy tak, nigdy jako obiekt pożądania.
Bez trudu chwycił moje nadgarstki i wykręcił je do tyłu. Z ust wyrwał się krótki, urywany jęk — bezradny, cichy, tak bardzo różny od pewnego siebie śmiechu siostry.
Gdy pochylił się i objął ustami stwardniałą pierś, zakręciło mi się w głowie. Zawsze uważałam swój biust za zbyt duży, wstydziłam się go, podczas gdy Sara potrafiła zrobić z niego atut. Teraz, gdy pieścił go z nabożną czcią, czułam czystą rozkosz.
Trzymając uwięzione dłonie w jednym uścisku, zjechał na pośladek, ścisnął mocno, po czym wymierzył soczystego klapsa.
— Aaa! — krzyk uwiązł w gardle, a przez ciało przetoczyła się fala żaru.
— Podoba ci się? — mruknął.
— Boże, tak… — wyrwało się ze mnie, nim zdążyłam pomyśleć.
Poprowadził mnie ku wyspie kuchennej, zmusił, bym oparła się o blat, i uniósł dłoń. Kolejny klaps zapiekł słodkim, ostrym bólem.
— Kurwa… — westchnęłam, gdy uklęknął za mną.
Zsunął delikatnie pasek stringów. Poczułam gorący, zwinny język. Całował i lizał bez opamiętania, doprowadzając do obłędu. Biodra same uciekały ku jego twarzy, a z gardła wydobył się bezwstydny jęk rozkoszy.
Kiedy wstał i rozpiął spodnie, spojrzałam za siebie. Widok nagiej męskości w pełnej krasie zapierał dech. Bez zbędnych słów ustawił się za mną i pchnął biodrami.
— Aaaach! — krzyknęłam, gdy ciało gwałtownie ustąpiło pod naporem.
To bolało i zachwycało jednocześnie. Po miesiącach samotności byłam ciasna, a on wypełniał mnie tak bezlitośnie, że każdy centymetr czułam jak wypalane piętno. Przygryzłam wargę do krwi. Wiedziałam, że przekroczyłam granicę, zza której nie ma powrotu — pieprzyłam się z mężem siostry na środku nowoczesnej kuchni, pachnąc cudzymi perfumami. I było to najlepszym, co spotkało mnie dotąd w życiu.
Zaczął poruszać się mocniej, dociskając mnie do blatu. Jedną ręką trzymał za biodro, drugą wplótł we włosy. Z każdym uderzeniem wchodził głębiej, a w oczach widziałam dzikie, nieposkromione pożądanie.
— Jesteś taka ciasna… Boże, tak! — warczał, nie zwalniając tempa.
Poddałam się całkowicie. Wypinałam się, jęcząc bez opamiętania. Przestało się liczyć, czy Sara zaraz wejdzie i nakryje nas na gorącym uczynku. Liczył się tylko on.
Orgazm rozszarpał mnie od środka z siłą eksplozji.
— Ach! Kuba! — wrzasnęłam, gdy mięśnie zacisnęły się w gwałtownym skurczu.
Trzymał mocno, dysząc ciężko, po czym powoli wysunął się ze mnie. Opadłam na blat, trzęsąc się jak w febrze.
— Na kolana — rozkazał zachrypniętym, niskim głosem.
Posłuchałam bez słowa. Zsunęłam się na dębowy parkiet, wpatrując się w członka kochanka. Byłam upojona podnieceniem. Objęłam wargami męskość, chłonąc smak i zapach. Nie byłam w stanie wziąć w całości, więc pieściłam czubek ustami, pomagając sobie dłonią.
— Dotykaj się — rzucił z góry władczym tonem.
Palcami powędrowałam w dół, odnajdując nabrzmiałą łechtaczkę. Jakub sapał głośno, ruszając biodrami w rytm ust, aż wreszcie poczułam, jak tężeje. Z gardłowym stęknięciem zalał usta gorącą, gęstą spermą. Część połknęłam, reszta spłynęła po brodzie, gdy wycofał się z westchnieniem ulgi. Zlizałam wszystko do czysta, czując się w tej roli dziwnie naturalnie.
Podniósł mnie za ramiona i pocałował głęboko, nie zważając na smak własnego nasienia.
— Idziemy na górę — mruknął, chwycił za pośladki i bez wysiłku uniósł w powietrze.
Oplotłam go nogami w pasie, chichocząc cicho, gdy niósł mnie po schodach. W sypialni rzucił na łóżko, odwrócił na brzuch i wymierzył kolejnego klapsa.
— Obudźmy twoją siostrzyczkę, niech wie, co traci — warknął, wsuwając palce między mokre wargi.
To zdanie uderzyło jak obuchem. Wiedział? Czy to była tylko gra słów?
Nie miałam czasu na analizę, bo myśl o tym, że Sara mogłaby nas nakryć, zalała nową falą żaru. Wypchnęłam biodra ku czekającej dłoni.
— Chcesz tego? — spytał ostro.
— Tak…
— Powiedz to głośno!
— Pieprz mnie, Jakub! Bierz mnie! — krzyknęłam.
Wbił się bez litości. To było dzikie, ostre tempo. Łóżko skrzypiało miarowo, a każde pchnięcie sięgało głęboko. Zacisnęłam dłonie na prześcieradle, walcząc o każdy oddech. Wbijał w materac z siłą, o jaką nigdy bym go nie podejrzewała. Czułam każdą kroplę potu spływającą po ciałach.
Kiedy nadszedł drugi orgazm, z krzykiem wtuliłam twarz w poduszkę. Jakub pchnął jeszcze kilka razy z całej siły, dochodząc głęboko we mnie. Zalał wnętrze gorącą falą, po czym opadł ciężko na plecy.
Leżeliśmy bez słowa, łapiąc oddech. Odsunął się na bok i przyciągnął mnie do siebie.
— Było niesamowicie — westchnęłam z błogością, wtulając się w ciepłe ciało.
Wyrzuty sumienia miały nadejść rano, ale w tamtej chwili liczyło się tylko to, że nareszcie byłam jego.
— Mhm. Jesteś zaskakująco bezwstydna, mała — zaśmiał się cicho i musnął wargami ucho.
— Twoja bezwstydna dziewczynka — mruknęłam, odpływając powoli w sen.
— A teraz mów, Magda… Gdzie, do cholery, podziewa się Sara?…
Rozdział 4: Wybór
Zamarłam. Świat zawirował przed oczami. Leżałam naga, lepka od potu, z pulsującym żołądkiem i sercem, które chciało rozerwać klatkę piersiową.
Jakub ujął moją twarz. Gładził policzki ze spokojem, który w tej chwili wydawał się wręcz przerażający. W błękitnych oczach nie było cienia zaskoczenia.
— N-nie rozumiem… — wyjąkałam łamiącym się głosem.
Zaśmiał się cicho i ponuro.
— Daj spokój. Nie po tym wszystkim.
Przesunął kciukiem po waginie, wciąż opuchniętej od pieszczot.
— Zamówiłaś gruszkę z bzem. Nazwałaś mnie Kubusiem. Jęczałaś tak, jakby nikt cię wcześniej porządnie nie zerżnął. Sara nie robi żadnej z tych rzeczy.
Próbowałam się wyszarpnąć, ale uścisk natychmiast stężał, trzymając w bezruchu.
— Jest z Markiem, prawda? — zapytał cicho.
To pytanie spadło jak ołowiany odważnik. Resztki zamroczenia zniknęły, ustępując miejsca paraliżującemu chłodowi.
— Ty… wiedziałeś od początku?
— Od pierwszej chwili przy barze.
Pochylił się i pocałował w kącik ust — powoli, pewnie.
— Podejrzewałem ją od miesięcy. Spóźnienia, rzekome wyjazdy do klientów, które nie kleiły się z kalendarzem. Zbyt często słyszałem to nazwisko. A potem weszłaś ty, w tej sukience, wyglądając jak spełnienie snów. Zrozumiałem, że Sara podarowała mi dokładnie to, czego sama od dawna odmawiała.
Odepchnęłam go, ale umięśnione ciało nawet nie drgnęło.
— Wykorzystałeś mnie — rzuciłam z goryczą.
— A ty mnie — odparł bez mrugnięcia okiem. — Mogłaś mnie powstrzymać w ułamku sekundy, gdy odpiąłem zamek. Zatrzymałbym się. Ale tego nie zrobiłaś. Błagałaś o więcej. Doszłaś w ustach, doszłaś pode mną, a potem połknęłaś wszystko do ostatniej kropli. Nie udawaj teraz świętej, Magda.
Słowa paliły żywym ogniem. Miał rację. Niech to szlag, miał całkowitą rację.
Przetoczył się, przyszpilając plecy do łóżka. Znów przygniótł ciężarem, a w powietrzu unosił się zapach potu, seksu i perfum siostry.
— Nie zamierzam ukrywać, że jestem wściekły — powiedział, całując wzdłuż obojczyka. — Ale nie będę też udawał, że nie pragnę cię bardziej niż czegokolwiek na świecie.
Powinnam była uciekać, ale nogi same rozsunęły się na boki. Wszedł powoli, do samego końca, a z gardła wyrwał się zduszony, bezsilny jęk.
— Właśnie tak — mruknął. — Koniec z udawaniem. Zostałaś tylko ty i ja.
Tym razem kochał się ze mną powoli, z niszczącą pewnością siebie, zmuszając do patrzenia prosto w oczy. Drugi orgazm narastał powoli, ciężko, wręcz boleśnie, aż runął paraliżującą falą. Zaszlochałam w ramię, a on doszedł chwilę później, wypełniając wnętrze pulsującym żarem.
Gdy obudziłam się rano, przez szpary w roletach sączyło się blade światło warszawskiego poranka. Jakub siedział oparty o zagłówek i przypatrywał mi się w milczeniu. Prześcieradło zasłaniało go tylko do bioder. Zerwałam się na równe nogi zbyt szybko, aż zakręciło się w głowie.
— Zrobiłem gorącą czekoladę — odezwał się zachrypniętym głosem. — Musimy pogadać.
Wzięłam szybki prysznic, szorując skórę niemal do krwi, by zmyć wszelkie ślady nocy. Gdy zeszłam do kuchni w za dużej, męskiej koszuli, czekał przy wyspie z dwoma parującymi kubkami.
— Masz trzy wyjścia.
Ujęłam ciepły kubek, nie odzywając się ani słowem.
— Pierwsze: mówimy jej o wszystkim. O tobie, o mnie, o Marku i o tym, co działo się w jej łóżku. Małżeństwo idzie w drobny mak. Prawdopodobnie tracisz siostrę na zawsze, a ja pakuję się w koszmarnie długi rozwód z orzekaniem o winie i podział majątku.
Napił się kawy, mierząc mnie wzrokiem.
— Drugie: zapominamy o tej nocy. Wracasz do siebie na Pragę, a ja załatwiam sprawę po swojemu. Jeśli zechcesz, nie zobaczysz mnie już nigdy więcej.
Ścisnęło mnie w gardle. Ta myśl była nie do zniesienia.
— I trzecie — zawiesił głos, przeszywając spojrzeniem na wylot. — Gramy w tę grę dalej. Oficjalnie zostaję w małżeństwie, dopóki prawnicy nie dopną wszystkiego na ostatni guzik. A ty wprowadzasz się tutaj.
Zamarłam.
— Co robię?
— Wprowadzasz się. Wymyślisz pękniętą rurę, remont u sąsiada z góry, cokolwiek. Pracujesz zdalnie, nikt nie będzie nic podejrzewał. Sara pewnie odetchnie z ulgą, że ma alibi i ktoś jest w domu, kiedy ona będzie się urywać na spotkania z kochasiem.
Odstawił kubek z cichym stuknięciem.
— Będziemy pod jednym dachem. Będę mógł brać cię na blacie, kiedy ona bierze prysznic. W pokoju gościnnym, kiedy wisi na telefonie z Markiem. Zatykać ci usta dłonią, żeby nie słyszała, jak dochodzisz. Ilekroć przyjdzie nam na to ochota.
Gorąco uderzyło do głowy i zalało podbrzusze. Poczułam motyle w brzuchu na samą myśl.
— Wybór należy do ciebie — dokończył chłodno. — Zaakceptuję każdą decyzję, ale muszę wiedzieć do wieczora.
Wróciłam do wynajmowanego mieszkania jak we śnie. Sara w ogóle nie pojawiła się w domu, co rozwiało ostatnie wątpliwości. Cały dzień krążyłam bez celu po pokoju, nie potrafiąc skupić się na pracy. W głowie wciąż czułam dłonie Jakuba, ciężar i zapach. Pragnął mnie. Zawsze o tym marzyłam.
O osiemnastej spakowałam walizkę. Napisałam do siostry gładkie kłamstwo o zalaniu łazienki przez sąsiada. Odpisała niemal natychmiast: „Jasne, siedź ile chcesz, Madzia!”. Nawet nie zapytała o wczorajszy wieczór.
Wtedy wysłałam wiadomość do Jakuba: „Wracam. Wybieram opcję trzecią”.
Telefon zawibrował po kilku sekundach: „Grzeczna dziewczynka. Sara znowu wyszła. Drzwi są otwarte, czekam na górze”.
Gdy weszłam do sypialni, leżał na łóżku, w samych dżinsach, jakby nie ruszył się stamtąd przez cały dzień. Nie odezwał się słowem — po prostu skinął palcem.
Upuściłam torbę na podłogę. Podeszłam na miękkich nogach. Jednym ruchem ściągnął ze mnie koszulę, pchnął na materac i zanurzył twarz między udami.
Język był bezlitosny. Pił i pieścił z taką zachłannością, że pierwszy orgazm zwalił z nóg po zaledwie paru minutach. Nie pozwolił odpocząć — obrócił na brzuch, uniósł biodra i wszedł od tyłu jednym potężnym pchnięciem.
Brał mnie mocno, bez taryfy ulgowej, trzymając za włosy tak, bym wygięła się w łuk. Ciała uderzały o siebie w głośnym, wilgotnym rytmie. Krzyknęłam dochodząc w pościeli, która wciąż nosiła ślady perfum mojej siostry. Doszłam kolejny raz, czując, jak mięśnie drżą z wyczerpania.
Wreszcie przewrócił mnie na plecy, spojrzał głęboko w oczy i dokończył dzieła w powolnym, intymnym rytmie. Kiedy doszedł, trzymałam go kurczowo, nie chcąc puścić ani na sekundę.
Opadł bez sił. Po chwili uniósł się lekko i szepnął prosto do ucha z nutą satysfakcji:
— Witaj w domu, mała.
Zamknęłam oczy. Wiedziałam, że stąd nie ma już ucieczki. Prędzej czy później przyjdzie mi spojrzeć w oczy Sarze. Ale skoro to ona wymyśliła to wszystko, to niech poniesie teraz konsekwencje.
Sobicja
Jak Ci się podobało?