Post mortem

28 maja 2026

5 min

Krótka tejotowa miniaturka - gdy cisza nie jest milczeniem.

Zapatrzony w załzawione deszczem okno stoisz nieruchomy. Twoja obecność jest niemal niewidoczna. To niezwykłe i niepasujące do ciebie. Zawsze brałeś przestrzeń w posiadanie, wchodziłeś i powietrze robiło miejsce, by twój głos, śmiech, mogły wybrzmieć. Każdym gestem, zawsze, udowadniałeś, że wszędzie jesteś u siebie. Takim cię poznałam i takim chcę zapamiętać.

Odwracasz się od okna. Nieobecnym wzrokiem błądzisz po korytarzu. Widzę dłonie zaciśnięte w pięści, drżące wargi i te cudowne błękitne oczy, błyszczące łzami, którym nie pozwalasz popłynąć. Nigdy nie pozwalałeś. Kciuk lewej dłoni schowałeś w pięści, prawy dociskasz do pozostałych palców. Zawsze tak robiłeś, a ja do dziś nie wiem dlaczego. 

Ej. Przestań! Przecież obiecałeś! To nie tak miało wyglądać!

Wiem. Ja też zawiodłam. Nie dotrzymałam słowa. Moje ciało… a może nie moje, to coś we mnie, obce… nie miałam nic do powiedzenia. Nie chciałam w to wierzyć, ale nie zawsze wszystko toczy się tak, jak sobie tego życzymy.

Nie bądź taki smutny! Nie mogę patrzeć! 

Przecież wiedziałeś. To się musiało tak skończyć. Nie mogło być inaczej. 

Tak wiem, obiecałam. Przyznaję się do kłamstwa, ale tak bardzo chciałam jeszcze raz zobaczyć twój uśmiech. To było dobre kłamstwo.

Uśmiechnij się. Proszę. Obiecałeś! Nie chcesz, chyba bym odeszła smutna. 

Pospieszne kroki niosą się korytarzem. Kobieta w białym kitlu, rzuca ci krótkie, zawodowo troskliwe spojrzenie i znika w sali, z której dopiero co wybiegłeś. Dla niej jesteś tylko jednym z wielu. Nie wie, że pod tą zastygłą w bólu maską, jest człowiek, który potrafi śmiechem zarazić cały świat. Który tańczy w kuchni, kiedy myśli, że nikt go nie widzi.

Deszcz za oknem gęstnieje. Opierasz czoło o szybę. Robiłeś tak samo, gdy nie mogłeś zasnąć. Stałeś przy oknie, zapatrzony w ciemność, a ja patrzyłam na ciebie z łóżka, udając, że śpię.

Wiem, że będziesz tu stał, długo, choć już nie ma na co czekać. A ja… chyba mam jeszcze chwilę. Chcę się napatrzeć. Na ciebie. 

Wiesz, o czym myślę? 

O tym ostatnim razie. Na pewno pamiętasz. To dziwne, ale wciąż czuję twój dotyk, pieszczoty. Pamiętam każdy pocałunek.

Nie byłam już sobą taką jak kiedyś. Tego ranka, zanim przyszedłeś, długo patrzyłam w lustro. Nie wiem po co. Może wciąż szukałam tej dziewczyny, którą kiedyś poznałeś, ale jej już nie było. Zostały tylko rzadkie, bezbarwne włosy, zapadnięte policzki i niezdrowa cera. Widziałam ciało, które przestało być moje na długo przed tym, zanim miało przestać być w ogóle. Chciałam się zakryć, schować. Nie zdążyłam. 

Stanąłeś w drzwiach. Milczałeś. Sekundę, może dwie. Wystarczająco długo, żebym zapragnęła umrzeć. Szukałam w twoich oczach zaskoczenia, zawahania. Potwierdzenia tego, że widzisz to samo, co ja zobaczyłam w lustrze. Znalazłam jedynie twój uśmiech. Nie ten szeroki, głośny, znany wszystkim, lecz ten cichy, rozświetlający też oczy, który był tylko mój. 

Zobaczyłeś wszystko. A ja… leżałam tak bezbronna, odkryta i czekałam. Nie wiem na co. Na litość? A może obrzydzenie? Układałam w głowie kolejne kłamstwa. Byle tylko zasłonić to, co widzisz. Niepotrzebnie. 

Patrzyłeś, jak wtedy, na łące, gdy tańczyłam nago dla ciebie. Jakby nic się nie zmieniło. I to chyba było najgorsze. Bo ja wiedziałam, że zmieniło się wszystko. Bo tak bardzo chciałam, jak na łące, zedrzeć z ciebie ubranie i wziąć cię na własność, a mogłam tylko spróbować niezdarnie usiąść.

Nie pozwoliłeś. Twoje spojrzenie… błysk ognia spod zmrużonych powiek. Cichy szept, dotyk. Sprawiłeś, że zapomniałam. Na chwilę znów byłam piękna, pożądana. 

Dłonie na moich biodrach, ostrożne, lecz nielękliwe muśnięcia. Tak różnie można dotykać. Dotykałeś mnie, tej z łąki. Pochyliłeś się. Poczułam twój oddech, miękkość warg na szyi. Nie rozumiałam, jak możesz tego chcieć. W myślach błagałam, byś nie przestawał.

Mogłeś przecież pójść od innej. Nie byłabym zła, tak się umówiliśmy, od początku. Sama korzystałam z życia… dopóki mogłam. Wolałeś męczyć się ze mną, z moim niereagującym ciałem.

Chciałam tego tak bardzo, tak bardzo się wstydziłam. Moja skóra była sucha i szorstka, piersi, które zawsze lubiłeś pieścić, nie były już tym, czym uwielbiałam cię kusić. Najbardziej jednak wstydziłam się momentów, gdy musiałam oderwać się od twoich ust, bo nie mogłam złapać tchu. Tych chwil wieczności, kiedy leżałam z otwartymi ustami, jak ryba wyciągnięta z wody, a ty czekałeś. Nie odwracałeś wzroku. Czekałeś, aż wrócę.

Zrobiłam tak niewiele. Ledwie kilka muśnięć. Wziąłeś wszystko na siebie. Byłam ci wdzięczna, szczęśliwa, a jednocześnie tak cholernie wściekła. Na los, na siebie, na to, że wciąż potrafię pragnąć, ale już nie umiem dać. Czegokolwiek. 

Naprawdę chciałam odwzajemnić dotyk, poczuć twój smak, ciężar. Wyjść na spotkanie biodrami, przyciągnąć, zatrzymać. Spleść kostki na twoich plecach, wpuścić jak najgłębiej. Wyłam w sobie z bezsilności. 

Zabrałeś mnie tam swoją miłością i troską. Delikatnie, czule, krok po kroku, zaprowadziłeś w miejsce, którego już nie spodziewałam się odwiedzić. Zanurzyłeś mnie w morzu traw, pozwoliłeś zatańczyć pod księżycem, na naszej łące. 

Pamiętam tamtą noc. Ciepłe powietrze, wilgotna trawa pod stopami, księżyc w zasięgu ręki. Byłam młoda, pełna życia, cała twoja. Tańczyłam i śmiałam się widząc, jak pożerasz mnie wzrokiem, jakbyś chciał zapamiętać każdą krzywiznę mojego ciała, każdy gest. Jakbyś już wtedy wiedział, że kiedyś będziesz tego potrzebował. Nie wiedziałeś. Ja też nie. 

Dzięki tobie, choć na chwilę, znów miałam dwadzieścia lat i całe życie przed sobą. 

Muszę ci się do czegoś przyznać. Dopiero wtedy, w tamtej chwili, pojęłam, zrozumiałam tak do końca, że twoje „kocham” nie było tylko słowem, które chciałam słyszeć. Było wszystkim…

Cisza zaczyna mnie przytłaczać. Jest zupełnie inna od tej nocnej, wypełnionej twoim oddechem. Nie jest pusta. Wydaje się pełniejsza. Dziwna.

Mój czas się kończy. Czuję to coraz wyraźniej, jak falę, która chce cię unieść ze sobą.

Nie boję się. To chyba najbardziej zaskakujące. Wiem, zgrywałam odważną, ale ostatnie miesiące… bałam się… tak bardzo… tak rozpaczliwie. 

Chciałabym tylko móc cię jeszcze dotknąć. Poczuć pod palcami ciepło. Nie mogę, choć próbuję. 

Drgnienie mięśnia. Unosisz dłoń do policzka. Jakbyś coś poczuł. Czy to możliwe? 

Łzy zaczynają płynąć. Widzę je. Nareszcie. Musisz wypłakać żal. Żyć. Dla mnie.

Ale wiesz co? To nie koniec. Ty jeszcze o tym nie wiesz. Ja tak. Czuję to, tak samo cudownie, jak twój dotyk na biodrach. Jest coś dalej.

Muszę już iść. Wybacz. 

Nie spiesz się do mnie. 

Daj mi czas.

Muszę znaleźć łąkę, na której znów będę mogła dla ciebie zatańczyć.

Kocham cię.

120
10/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 10/10 (1 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.