Ilustracja: chloecamilla.wordpress.com

Przeciwieństwa się przyciągają, czyli do trzech randek sztuka (II)

10 lipca 2022

1 godz 1 min

Tym razem tylko zachęcam do lektury! Na serio!

(I zawiadamiam, że jeśli wcześniej kogoś rynsztokowe słownictwo bardzo bolało, to w tej części będzie go mniej. Co nie oznacza, że wcale!)

 




 

Przebudziłam się dopiero o świcie. Zwinięta w precel, spragniona, głodna i z ledwie dającym się powstrzymać parciem na wizytę w kiblu. A jeżeli już musiałam tam dojść – choć wizja odlania się do doniczki na balkonie kusiła z każdą chwilą bardziej – stwierdziłam, że doprowadzę się do stanu choćby przypominającego człowieka. A przynajmniej z zewnątrz, bo w środku byłam kompletnym wrakiem, funkcjonującym już chyba tylko siłą inercji. I o ile kawa z rogalikiem pozwoliły mi na jako taki powrót do rzeczywistości, to jednocześnie uświadomiły w pełni, jak byłam wykończona. I fizycznie, i psychicznie. Całym światem.

Nie chciałam znów popaść w fazę użalania się nad sobą i tysięcznego wywlekania przykrości, które mnie spotkały, jednak miałam autentycznie dość. Przede wszystkim jakiegokolwiek starania się. Olewano mnie w gronie rodziny, olewano w pracy i olewano wśród znajomych, a teraz – i to z całą dosłownością – olała mnie kobieta, której oddałabym całą siebie. No i oddałam. Czy raczej ona mnie wzięła, wykorzystała i upokorzyła. Ot tak, bo miała na to ochotę.

Pozostawało pytanie: co dalej? Musiałam przecież się ogarnąć i za niewiele ponad dobę iść do roboty. Musiałam prędzej czy później zobaczyć się z Becią, która na pewno nie odpuści, póki wszystkiego ze mnie nie wyciągnie. Musiałam też… no właśnie, czy powinnam jeszcze porozmawiać z Aną? Dowiedzieć się, dlaczego tak postąpiła? Co nią kierowało? Być może tylko poniosły ją emocje i po solennej obietnicy, że to już nigdy się nie powtórzy, wszystko sobie poukładamy? Bo przecież jeśli tylko będziemy chciały ze sobą być, pokonamy każdą przeszkodę! I nieważne, jak bardzo różniłyśmy się wiekiem, statusem społecznym oraz materialnym. Nieistotne, że Ana miała rodzinę, którą – jak sama jasno zadeklarowała – stawiała ponad wszystko, w tym oczywiście i mnie. Nie liczyło się, że już na drugim spotkaniu potraktowała mnie jak seksualną zabawkę. To były zupełnie pomijalne…

O, nie! Nawet ja nie byłam tak omamiona jej urokiem, zdesperowana i najzwyczajniej durna, by wierzyć w pierdolenie rodem z kretyńskich romansideł dla równie przygłupich czytelniczek, że „miłość pokona wszystko”. Chuja tam! Nawet w najlepszej z najlepszych opcji pełniłabym rolę co najwyżej okazjonalnej kochaneczki Any. Mniej lub bardziej interesownie wykorzystywanej zapchajdziury, służącej tylko i wyłącznie spełnianiu wyuzdanych fantazji po tygodniu wypełnionym prowadzeniem firmy, kolacyjkami w towarzystwie córeczek, małżeńskimi seksikami i pierdylionem innych, dalece ważniejszych niż ja spraw.

Mało tego – jak zaczęłam się głębiej zastanawiać nad kawiarnianymi deklaracjami Any, cała ta jej „niepisana umowa” zaczęła mi brzmieć co najmniej dziwnie. Że niby ona mogła się umawiać z innymi kobietami do woli, a jej mąż przyjmował to jakby nigdy nic? Jakoś niespecjalnie chciało mi się w to wierzyć. A co, jeśli kryło się za tym drugie, a może i trzecie dno? Może to była jego perwersyjna inicjatywa, by wpychać żonę w cudze ręce? A jeśli lubił sobie nie tylko posłuchać pikantnych opowieści z alkowy, ale i samemu chciał czasami popatrzeć? Pomacać? Wziąć udział na całego? Owszem, to mogła być jedynie moja nadinterpretacja, ale nie o takich rzeczach już w życiu słyszałam, więc wolałam dmuchać na zimne. Zwłaszcza że wciąż nie potrafiłam jednoznacznie określić, jak daleko posunęłaby się Ana, gdyby jej na to pozwolić. Bo już teraz wyszła z niej kłamliwa manipulantka, najwyraźniej przyzwyczajona do tego, że inni mają bez zająknięcia spełniać jej zachcianki. A to zdecydowanie nie wróżyło dobrze.

 

Mimowolnie zerknęłam przez okno i po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że co jak co, ale w tak pięknie zapowiadający się poranek nie będę kisnąć w czterech ścianach! Owszem, raczej nie oczekiwałam, że dzięki jakiejś boskiej interwencji wszystkie problemy rozwiążą się same, niemniej łyk świeżego powietrza powinien dobrze mi zrobić. A przynajmniej taką miałam nadzieję.

Ostatecznie odwiedziłam nie tylko lokalny park, ale przede wszystkim kawiarenkę. I lodziarnię. I piekarnię, w której poza bułkami na drugie śniadanie do pracy kupiłam także torbę słodkości wszelakich. Skutkiem tego wracałam tak zacukrzona, że jeszcze dosłownie jeden donut, a lukier poleciałby mi nosem. A obiecałam ograniczać… w dupie to miałam! Dosłownie! Całe życie byłam krągła, pełniejszej figury czy jakim jeszcze – zgodnym z body positive, poprawnością polityczną oraz całą resztą doprowadzonych już dawno do absurdu trendów, by nikogo, niczym i choćby przypadkiem nie urazić – określeniem można nazwać bycie po prostu grubą. Grubą, grubą i jeszcze raz grubą! I poza wspomnianym licealnym epizodem całe życie bezskutecznie z tym walczyłam. A skoro tak, najwyższa pora, bym przestała się oszukiwać, że kiedykolwiek będzie inaczej. Otóż nie będzie. Za to ja będę gruba do końca swoich dni.

A właśnie – jeśli już o pustych nie tylko kaloriach, ale i postanowieniach mowa, to doszłam w międzyczasie do kolejnego jedynie słusznego wniosku, że jednak mało mnie interere, co powie Ana. Jak i tak wiedziałam swoje, a cała reszta świata niech się ode mnie łaskawie odpierdoli! Raz na zawsze! Bo jak nie, to nie ręczę za siebie!

 


 

Z takim oto mocnym przyrzeczeniem stanęłam przed klatką i zaczęłam nierówną walkę z wiecznie zacinającym się zamkiem, gdy nagle drzwi się otwarły i wypadła z nich… nie, nie Ana. Becia. Znaczy Ana właściwie też, tyle że zamiast wzorem bratowej rzucić mi się na szyję, obserwowała dalszy rozwój sytuacji z bezpiecznej odległości.

Dopiero po dobrych paru minutach udało mi się cokolwiek zrozumieć z przerywanego to podziękowaniami Matce Boskiej Częstochowskiej, to wyzywaniem mnie od głupich cip trajkotania Beci. Okazało się, że jeszcze poprzedniego wieczoru Ana zadzwoniła do niej i powiedziała, że sprawiła mi przykrość swoim zachowaniem i chciałaby przeprosić, ale nie może się ze mną skontaktować. W związku z tym obie postanowiły złożyć mi wizytę zaraz z samego rana, akurat wówczas gdy w błogiej nieświadomości przechadzałam się po mieście.

Wiedziałam, że Becia – choć nie przebierająca w słowach skończona panikara – naprawdę szczerze się o mnie martwiła. Co innego natomiast Ana, wciąż czająca się za jej plecami. Owszem, nadal nie miałam ochoty na jakiekolwiek dyskusje, niemniej odstawianie wzajemnych pretensji na widoku publicznym też mi się nie uśmiechało, więc ostatecznie zaproponowałam pójście do mnie. Wówczas jednak bratowa mnie zaskoczyła, mówiąc, że powinnyśmy porozmawiać jedynie we dwie. Znaczy ja i Ana.

Wtem nabrałam ochoty na popełnienie morderstwa z zimną krwią i już rozglądałam się za narzędziem zbrodni… tyle że przecież ona miała rację! Znowu! I tak nie mogłyśmy cofnąć tego, co już się wydarzyło, a jedyną możliwością na jeżeli nie pogodzenie się, to przynajmniej kulturalne zakończenie znajomości, była właśnie rozmowa w cztery oczy. Chcąc nie chcąc pożegnałam się więc z Becią, a Anę zaprosiłam na górę. W końcu i tak wiedziała już, gdzie mieszkam.

 

W parę minut zaparzyłam herbaty, przełożyłam przekrój przez cukierniany asortyment na talerz i siadłam naprzeciwko Any. I czekałam, co miała mi do powiedzenia, przy okazji kasując na dopiero co włączonym telefonie kolejne, pełne zaniepokojenia wiadomości. Ciekawe, na ile szczerego. O dziwo, Ana nagle przestała być tak pewna siebie, a jej tłumaczenia przypominały bardziej naiwne wykręty dzieciaka, który przyniósł ze szkoły uwagę za złe zachowanie i stara się zwalić winę na wszystkich poza sobą. Bo oczywiście nie miała niczego złego na myśli, bo czasami jej się tak zdarzało, bo przecież mnie uprzedzała, że bywa zdecydowana, bo to, bo tamto. Pitu, pitu!

W końcu nie wytrzymałam, przerwałam jej i odparowałam, co o tym sądzę, powtarzając na głos wszystko, o czym myślałam przed ledwie paroma godzinami temu. Teoretycznie najspokojniej, jak tylko potrafiłam, praktycznie natomiast nie szczędząc słownictwa godnego pijanej Beci. Zwłaszcza we fragmentach dotyczących choćby rodzinnych, kurwa pierdolona w dupala mać, obiadków.

Widziałam, że Ana w paru momentach chciała mi przerwać, jednak mimo wszystko zaczekała, aż skończę. A potem odpowiedziała najwidoczniej typowym dla siebie chłodnym, niemal bezczelnym tonem:

– Jesteś niesprawiedliwa!

– Ja? Serio? A gdzie niby? – odbiłam piłeczkę.

– Wszędzie. Powiedziałam ci szczerze, jak to wyglądało z mojej perspektywy, i tak samo szczerze przeprosiłam. I przepraszam raz jeszcze, Olimpio, bo faktycznie byłam zbyt bezpośrednia i jak najbardziej miałaś prawo poczuć się co najmniej niekomfortowo. Natomiast moim zdaniem to wyolbrzymiasz. W końcu obie jesteśmy dorosłe, obie na dzień dobry wyjaśniłyśmy sobie parę kwestii i obie doskonale wiedziałyśmy, w jakim kierunku zmierza nasza znajomość. Dlatego wybacz, ale nie mam zamiaru posypywać głowy popiołem do końca życia, a i żałowała też nie będę, bo nie mam czego.

– Czyli co? Wszystko według ciebie jest w porządku? – rzuciłam kpiąco.

– Nie, nie jest. Ale zrozum, że taka już moja natura. Jeśli będę miała na ciebie ochotę, to powiem, że mam na ciebie ochotę, a nie będę się czaiła przez miesiąc i wysyłała wierszyki, kwiatuszki czy inne serduszka, żeby dostać buzi. – odparowała.

– No, właśnie zauważyłam! – westchnęłam tylko w odpowiedzi.

– Czyli nareszcie się rozumiemy? Wyjaśniłyśmy już sobie wszystko i możemy przejść do minetki na zgodę?

Propozycja padła tak niespodziewanie, aż mnie zatkało. A przecież ani ton, ani mina żadną miarą nie sugerowały żartu. Powiedziałabym raczej, że dokładnie odwrotnie. A że zdążyłam się już przekonać, do czego Ana naprawdę była zdolna, postanowiłam dłużej zastanowić się nad odpowiedzią.

– Prosiłam cię, żebyś nie stawiała mnie w takiej sytuacji! – zaczęłam wreszcie, czując podchodzący do gardła żołądek. – Zdaje sobie sprawę, że dla ciebie takie rzeczy może i są całkiem zwyczajne, ale dla mnie nie! Ja nie mam takiej odwagi i potrzebuję dużo więcej czasu, zanim się przed kimś otworzę. Żeby w ogóle pocałować moją pierwszą dziewczynę, zbierałam się dobry miesiąc, a chociaż byłyśmy ze sobą w sumie prawie rok, to ani razu nie widziałam jej nagiej! Nigdy! A ty już na drugim spotkaniu pokazałaś gołą dupę i wzięłaś z zaskoczenia – spróbowałam obrócić to w żart, choć nijak nie było mi do śmiechu – a teraz, mimo że wiesz, jak jest mi z tym niezręcznie, jeszcze mnie uwodzisz! Zrozum, że ja naprawdę chciałabym, żeby między nami pojawiło się coś więcej niż tylko przyjaźń, ale nie jestem na to gotowa! Nie tak szybko i nie w taki sposób!

– To o co ci właściwie chodzi?

– Ja…

 


 

Mimo najszczerszych chęci nie potrafiłam odpowiedzieć na tak banalne w gruncie rzeczy pytanie. Jakby tego było mało, nagłe pojawienie się obrazu jakże niezdarnej, przepełnionej wstydem, kompleksami i nierzadko zwyczajnie bolesnej przeszłości dodatkowo mnie dobiło. Spojrzałam tępo na siedzącą naprzeciw Anę, starając się przynajmniej trochę okiełznać rozbiegane myśli. O niej, o mnie, o Kamie i jeszcze na dodatek o wspomnianej pierwszej miłości, która (nie wiedzieć właściwie dlaczego) postanowiła nagle przypomnieć o swoim istnieniu. I wówczas dotarło do mnie, że relacja z Aną, mimo oczywistych różnic związanych choćby z podejściem do intymności, znacznie bardziej przypomina nie tę z Kamą, a właśnie…

Kamę poznałam, gdy po licencjacie przeniosła się ze studiów zaocznych na stacjonarne i los chciał, że dołączyła akurat do mojej grupy. Tak naprawdę przez dłuższy czas traktowałam ją jako najzwyklejszą znajomą, z którą na dodatek nie utrzymywałam bliższych kontaktów – ot, poplotkowałyśmy sobie czasami niezobowiązująco, natomiast praktycznie nigdy nie schodziłyśmy na tematy osobiste. Aż do pewnego całkiem zwyczajnego dnia, gdy zamiast znów marudzić o kolejnej poprawce kolejnego kolosa, ewidentnie przygaszona Kama zaczęła mi się nieoczekiwanie zwierzać z problemów osobistych. Konkretnie rozstania. Z dziewczyną. Mało tego – na pytanie, dlaczego właściwie mnie to mówi, bo w końcu nie było między nami żadnej wielkiej zażyłości, odpowiedziała: „myślałam, że lesbijka lesbijkę zrozumie”. A mnie zatkało.

Fakt, w tamtym czasie nie zaprzeczałam już własnej orientacji, niemniej uważałam ją za kwestię prywatną, nieszczególnie przeznaczoną do publicznej dyskusji. Kto miał wiedzieć, że wolę płeć piękniejszą, ten wiedział. Koniec tematu. I choć zdawałam sobie sprawę, że owa wiedza zdążyła dawno rozejść się pocztą pantoflową poza grono najbliższych, to mimo wszystko nie spodziewałam się, że dotarła także do Kamy, która wcześniej nigdy nie zająknęła się o niej ani słowem. Tak czy inaczej, skoro ona mi zaufała, chcąc nie chcąc odwdzięczyłam się tym samym i opowiedziałam o własnych doświadczeniach w kwestii relacji damsko-damskich, oraz, mimo że nijak nie czułam się ekspertką, spróbowałam jakoś pomóc.

O dziwo, owo wybitnie nieprofesjonalne doradztwo uczuciowe okazało się najwidoczniej skuteczne, gdyż od tamtej chwili nie dość, że Kamie wyraźnie poprawił się nastrój, to zaczęła spędzać ze mną coraz więcej czasu. Z własnej nieprzymuszonej woli oraz inicjatywy. Czasami wręcz wpraszała się do mnie na stancję pod pretekstem wspólnej nauki, która jednak zazwyczaj szybko ustępowała miejsca zgoła innym sprawom, na czele z nocnymi rozmowami Polaków. Znaczy Polek.

I tak od spotkania do spotkania i od słowa do słowa, mój stosunek do Kamy zaczął się powoli zmieniać. Nie traktowałam jej już jedynie jako miłej, sympatycznej i całkiem atrakcyjnej, lecz jedynie koleżanki, a coraz częściej zastanawiałam się „co by było, gdyby”. Zdawałam sobie też sprawę, że przecież z moimi preferencjami erotycznymi i wyglądem – a w międzyczasie zdążyłam na powrót dołożyć parę iksów do rozmiaru „L” na metce – nie mam i nie będę miała zbyt wielkiego wyboru. Owszem, mogłam marzyć o wielkiej miłości, jaka spłynęłaby na mnie wprost z niebiesiech, tylko czy miało to jakikolwiek odzwierciedlenie w realnym świecie? No właśnie.

 

Co zaskakujące, podejście Kamy było podobne, rzekłabym wręcz: identyczne. No, może poza jednym – ja, mimo najszczerszych chęci i paru daleko posuniętych prób, nigdy wcześniej nie kochałam się z kobietą, podczas gdy ona bez krępacji opowiadała kogo, gdzie oraz w jaki sposób wylizywała, względnie wsadzała różne ciekawe rzeczy w jeszcze bardziej intrygujące miejsca. Nieraz z taką anatomiczno-fizjologiczną szczegółowością, aż uszy więdły. Chociaż… może to i dobrze, bo przynajmniej tym razem nie musiałam zastanawiać się tygodniami, czy powinnam ją już wziąć za rączkę, czy może lepiej jeszcze zaczekać na tak odważny krok? A jeżeli tak, to jak długo?

Okazało się, że wyjątkowo krótko. Owszem, musiałam oddać Kamie sprawiedliwość, bo do niczego nie tylko mnie nie przymuszała, ale nawet zbyt usilnie nie namawiała, niemniej nie mogłam przeciągać struny i udawać, że mnie to nie rusza. Bo ruszało. I to znacznie bardziej, niż mogłam się tego spodziewać. Nie broniłam się już nie tylko przed coraz odważniejszymi słowami, lecz także i dotykiem. Ba, sama zachęcałam Kamę, by odsłaniała za każdym kolejnym razem więcej i więcej, w miarę możliwości próbując nie pozostać dłużną.

Zgadza się – w miarę możliwości i próbując. Mimo bowiem najszczerszych chęci długo nie potrafiłam się przemóc i pokazać w całkowitym negliżu. Kiedy zaś już wreszcie to zrobiłam… cóż, wszystko potoczyło się tak szybko, że nie miałam nawet czasu na jakieś głębsze przemyślenia. Ledwie dzień po pierwszej takiej prezentacji Kama wręczyła mi wybitnie niegrzeczną koszulkę, składającą się głównie z półprzezroczystej satyny i nijak nieprzesłaniających więcej koronek, po czym oświadczyła, że chciałaby, abym założyła ją na nasz pierwszy raz.

Pozostawało pytanie, co przez to rozumiała. Owszem, zdążyłyśmy się w międzyczasie posunąć do całkiem intymnych pieszczot, tyle że wciąż nie tylko byłam dziewicą w pełnym tego słowa znaczeniu, ale i nie odważyłam się na minetkę. W żadną ze stron. Nigdy. Skoro jednak Kama postawiła sprawę tak otwarcie, co innego miałam zrobić? Zwłaszcza że, jak wspomniałam, zaczynałam traktować nasz związek coraz poważniej. A to wiązało się z równie poważnymi decyzjami.

Najistotniejsza w tym wszystkim była jednak nie jej naprawdę robiąca wrażenie uroda przystrzyżonej na blond jeżozwierza chłopczycy o niewinnie dziewczęcym uśmiechu, za którym skrywała najwyraźniej iście perwersyjną naturę. Nie poczucie humoru oraz objawiający się najtrudniejszych nawet sytuacjach optymizm, których jakże mi brakowało. Nie zdolność do odnajdywania prostych rozwiązań nawet najbardziej skomplikowanych problemów. Nie dziesiątki wspólnych tematów, o których mogłyśmy dyskutować godzinami.

Doceniałam przede wszystkim naturalną otwartość Kamy na sprawy, które wciąż były dla mnie tabu, oraz akceptację, jaką mnie obdarzała i którą manifestowała na każdym kroku. Publicznie brała mnie za rękę, przytulała czy nawet skradała całuski, nie bacząc przy tym zupełnie na reakcję otoczenia. Natomiast gdy byłyśmy jedynie we dwie, obsypywała komplementami, podziwiała i otwarcie dawała do zrozumienia, jak mocno mnie pragnie. Dokładnie taką, jaka byłam. Z moimi wadami, niedociągnięciami, niełatwym charakterem, nieoczywistą fizycznością oraz wszystkim pozostałym.

Na moje obiekcje, że przecież nie jestem ani szczupła, ani zgrabna, ani nie wiadomo jak ładna, odpowiadała: „no jakbym nie widziała!” albo inne: „i co z tego?”, po czym przyciągała do siebie i zaczynała obcałowywać. Czy raczej obśliniać, bo to określenie znacznie lepiej odzwierciedlało rzeczywistość. W podbródek, dekolt, boczki biustu oraz oczywiście same piersi, choć ledwo mieściły się w jej dłoniach. Obu naraz. Wbijała palce w brzuch, ugniatała pośladki oraz uda i wręcz domagała się, bym to ja była na górze, bo chciała poczuć mój ciężar na sobie. A jak kiedyś dostałam jakiegoś paskudnego uczulenia, nie mogłam się przez jakiś czas golić i z każdym dniem coraz bardziej wstydziłam pokazać taka rozczochrana, dosłownie mnie zwyzywała. Po czym poleciła zdjąć majtki, rozłożyć szeroko nogi i na moich oczach jedną dłonią zrobiła sobie dobrze, podczas gdy drugą cały czas trzymała właśnie na mojej kobiecości. Znaczy cipie. Zarośniętej. I taka właśnie bezpośrednia, naturalistyczna wręcz szczerość, choć chwilami niełatwa czy wręcz krępująca, pozwoliła mi na stopniowe wyzbywanie się kolejnych zahamowań. A skoro tak…

 

Oczywiście obawiałam się na wpół mitycznego pierwszego razu, jednak czuły język i jeszcze delikatniejsze palce Kamy sprawiły, że mimo bólu oraz świadomości poplamienia prześcieradła było mi naprawdę przyjemnie. A gdy już oswoiłam się z nowym uczuciem… zapragnęłam więcej! Mało tego, szybko nauczyłam się czerpać dodatkową satysfakcję z całowania mej ukochanej nie tylko w usta, lecz także inne, momentami wcale nieoczywiste części ciała. Jak najczęściej i jak najbardziej namiętnie. Bywały tygodnie, w których spotykałyśmy się praktycznie co wieczór i już od progu zaczynałyśmy obściskiwać, a gdy wraz z początkiem piątego roku postanowiłyśmy zamienić wynajmowane osobno pokoiki na coś większego i przeznaczonego jedynie dla nas, nieraz całymi dniami nie wychodziłyśmy z łóżka, oddając się wspólnemu wyczerpywaniu baterii we wszelkiej maści maszynkach ssąco-ciupciających.

Ba, żeby tylko! Nie skończyłyśmy jeszcze nawet dobrze się nawzajem poznawać, a już zaczęłyśmy eksperymenty. Z każdym kolejnym podejściem odważniejsze. I nawet jeśli okazało się, że coś nie bardzo nam odpowiada – zwłaszcza mnie, bo Kama była zdecydowanie bardziej otwarta na mocniejsze doznania – to mimo wszystko sprawdziłyśmy to na sobie, a nie tylko polegałyśmy na czysto teoretycznych dywagacjach. A niektóre z owych przyjemności były o tyle zaskakujące, że mogłyśmy je wprost nazwać fetyszami.

Nigdy bym na przykład nawet nie podejrzewała, moje stopy mogą się komukolwiek podobać. Fakt, były zadbane i nawet całkiem ładniutkie (a przynajmniej na tyle, ile mogłam to sama ocenić), ale żeby stanowiły od razu obiekt podniecenia? Tymczasem Kama potrafiła zajmować się nimi z takim namaszczeniem, aż czułam się niezręcznie. Myła je, peelingowała, masowała i oczywiście wycałowywała. A gdy stwierdzała, że na przykład aktualnie oglądany film ją nudzi, podciągała sukienkę i kładła się tak, by mieć moją nogę pomiędzy swoimi. I prosiła, bym ją delikatnie pobudzała przez majtki. Czasami pięć minut, innym razem pół godziny. Potrafiła tak przeżyć rozkosz nawet kilkukrotnie, mimo że przecież dotykałam ją dosłownie jednym palcem!

Mnie natomiast dla odmiany podniecały jej… dłonie. Smukłe, o szczupłych palcach i pomalowanych zazwyczaj w mniej lub bardziej krzykliwe wzorki paznokciach. Gładziutkie, cudownie ciepłe, które wprost uwielbiałam nie tylko obsypywać całusami, ale i wkładać sobie do ust. Całe. I nie tylko zresztą tam. Co ciekawe, o ile Kama sama nieraz mi wypominała pół żartem, pół serio, jaka jestem ciasna, o tyle gdy już odpowiednio się rozluźniłam, byłam w stanie przyjąć ją aż po nadgarstek. A szczytem szczytów perwersji był podwójny fisting, na który kiedyś się w przypływie wyjątkowo zboczonego nastroju odważyłam. I chociaż potem przez parę dni ledwo byłam w stanie siedzieć, nie żałowałam niczego. No, może tego, że nie zaaranżowałam sceny w anturażu typowego BDSM, podczas którego leżałabym związana na łóżku ze skrępowanymi na plecach rękoma i wypiętym tyłkiem, a Kama rżnęłaby mnie od tyłu.

A właśnie, w kwestii owego rżnięcia, to o ile z początku nawet myśli o jakichkolwiek zabawach „druga dziurką” mnie odrzucały, to po pewnym czasie i ze szczerze niekłamanym zaskoczeniem odkryłam, jakie mogą być one przyjemne. Mało tego – jeśli kiedykolwiek stałam się w czymkolwiek bardziej odważna niż Kama, to właśnie w kwestiach związanych z, nazywając ją już po imieniu, dupą. Czy raczej dupami, bo zdecydowanie nie ograniczałam się do bycia tylko po jednej stronie barykady. Obie solidarnie próbowałyśmy mniejszych i większych koreczków, wszelkiego możliwego oraz niemożliwego asortymentu dildosów oraz straponów – włącznie z rozmiarami w rodzaju „extreme black power xxxl” – aż wreszcie doszłyśmy do bezprzewodowych wibratorów, sterowanych aplikacją. I prześcigałyśmy się, która jest w stanie wytrzymać dłużej. Albo i krócej, zależnie na co akurat miałyśmy większą ochotę. A kiedy zupełnie nas ponosiło, korzystałyśmy z kilku takich wybitnie niegrzecznych akcesoriów jednocześnie.

Apogeum owych (s)ekscesów stała się całkowicie zwyczajna, a przynajmniej do pewnego momentu, sobota. Zaczęłyśmy ją od leniwego śniadania, potem bardziej z konieczności – bo letnie upały atakowały już od samego rana – wzięłyśmy wspólny prysznic, aż około południa zaczęło nam się po prawdzie nieco nudzić. A skoro miałyśmy czas, chęci i tyle co wyszorowane pusie… Naciągnęłam siateczkowe pończochy, Kama wynalazła skądś zabawkowe kajdaneczki z futerkiem, ja ją obcałowałam, ona mnie zaspokoiła dłonią i już-już miałyśmy odpalić maraton jakiegoś serialu, kiedy zapragnęłam więcej. Konkretnie oddania intymnego pocałunku. Przetoczyłam się więc na brzuch, podłożyłam dodatkowo pod biodra poduszkę i zachęciłam Kamę, by sprawiła mi jeszcze choć troszkę przyjemności. No się zaczęło. Ani się obejrzałyśmy, a leżałam na plecach z rękoma przykutymi wspomnianymi kajdankami do ramy łóżka. Z kneblem w ustach, rozkręconym na maksa wibratorem w piczy i największym straponem, jaki znalazłyśmy w szufladzie, w tyłku. Kama natomiast mnie ujeżdżała, wpychała obie stopy do ust naraz i jeszcze jakimś cudem dawała radę robić sobie palcówkę.

Pod koniec nie wiedziałam już na dobrą sprawę, co się dzieje. Zresztą nie tylko ja. Obie byłyśmy upocone, zziajane i tak oszołomione pożądaniem, aż przestałyśmy kontrolować własne reakcje. Ja dosłownie wyłam, Kama śliniła się tak, aż piana spływała jej po dekolcie, ja tryskałam na lewo i prawo, ona drapała pazurami to mnie, to siebie samą. Szczęście, że żaden z sąsiadów – a na pewno niejednemu zniszczyłyśmy spokojne oglądanie powtórki kabaretonów do schaboszczaka z ziemniaczkami i mizerią – nie postanowił wezwać policji, opieki społecznej i najlepiej od razu też egzorcysty, bo po prawdzie repertuar naszych odgłosów można było baaardzo różnie interpretować.

 

Cóż więc się stało, że – jak mawiają mędrcy – się zesrało? Mimo iż było tak pięknie, cudownie oraz ogólnie zajebiście, słonko świeciło, ptaszki ćwierkały a jednorożce puszczały tęczowe piardy? Może zawinił odczuwalny od samego początku znajomości brak głębszego uczucia, które próbowałyśmy zastąpić dzikim seksem z jednej strony i chłodną kalkulacją z drugiej? A może fakt, że Kama najzwyczajniej się mną znudziła? I to zarówno mentalnie, jak i czysto fizycznie?

Owszem, nigdy nie dała mi odczuć, że jestem dla niej w jakikolwiek sposób nieatrakcyjna – zresztą ledwie tydzień przed rozstaniem najpierw wyciągnęła mnie na romantyczny, pełen czułości spacer do parku, a po powrocie dla odmiany kazała usiąść sobie na twarzy i zafundowała takie analne lizanie, że nie wiedziałam, gdzie jest sufit, a gdzie podłoga – jednak przecież nie bez powodu zostałam ostatecznie porzucona. I to dla laluni o figurze modelki, że o jej równie żurnalowej twarzy nie wspomnę. Na dodatek Kama musiała się z nią spotykać dużo wcześniej, skoro zdążyły podjąć decyzję o wspólnym zamieszkaniu. A jeżeli tak, to – znając jej temperament – na pewno przez ten czas nas obie dotykała, całowała i wolałam nawet nie wiedzieć, co jeszcze.

 


 

Wzdrygnęłam się tak mocno, aż Ana to zauważyła. Wciąż jednak czekała cierpliwie, aż wreszcie coś powiem. A ja milczałam, szukając tym razem nie różnic między nią a Kamą, a podobieństw z moją pierwszą miłością. Na tyle prawdziwą i płynącą z głębi serca, że nigdy później nie doświadczyłam podobnej. Choć naprawdę bardzo się starałam.

 


 

Spotkałam ją na dyskotece, na którą wybrałam się z koleżankami z okazji rozpoczęcia klasy maturalnej. Co prawda nie bawiłam się źle, ale dobrze też jakoś niespecjalnie, i zaczęłam nawet rozważać wcześniejsze wyjście, gdy dostrzegłam stojącą samotnie przy barze drobniutką, zaczesaną na bok pięknotkę. Niczym w scenie wyjętej żywcem z wybitnie tandetnego romansidła dla nastolatków, ona przyglądała się mnie, a ja jej. Ona uśmiechała się coraz szerzej, unosząc w przecudnym uśmiechu obsypane piegami policzki, a ja usilnie próbowałam nie zapaść się pod ziemię. Ona… oczywiście nie miałam pojęcia, co czuła, natomiast ja nagle jej zapragnęłam. Tak całkowicie na serio.

Tylko jak to się miało do rzeczywistości? W jaki sposób powinnam się do niej w ogóle odezwać, a już zwłaszcza wyznać, że jestem lesbijką… bo niby już wtedy czułam, że wolę kobiety, jednak była to jedynie teoria, bo w praktyce nigdy nawet porządnie się nie całowałam. No i oczywiście pozostawał może nie najważniejszy, za to najbardziej rzucający się w oczy problem, mianowicie mój wygląd. Owszem, to właśnie w owym czasie byłam najszczuplejsza w życiu, co jednak wciąż nie znaczyło, że w jakikolwiek sposób zgrabna. Za to chodziłam półprzytomna ze zmęczenia, włosy wypadały mi garściami, a worów pod oczami nie dawał rady przykryć nawet makijaż na modłę skacowanej pandy. I to takiej z mocno satanistycznymi odchyłami, bo oczywiście jako klasowy odmieniec musiałam ubierać się w trzy numery za duże szmaty rodem z pomocy dla powodzian w jedynym słusznym kolorze węgla oblanego smołą.

Nie miałam jednak czasu na dalsze dywagacje, bo owo nieziemskie śliczności najwidoczniej postanowiło przejąć inicjatywę i samo do mnie podeszło, przedstawiło jako „hej, jestem Joasia”, zagadało o szkołę, zainteresowania, takie tam… A ja nie miałam bladego pojęcia, jak się zachować. Na wyciągnięcie ręki miałam dziewczynę, która nie dość, że zawróciła mi w głowie jak żadna inna wcześniej, to jeszcze była mną wyraźnie zainteresowana. Tyle że absolutnie nic nie potrafiłam z tym zrobić poza wydawaniem z siebie odgłosów typu: „eee, yyy, taaak, nieee” i unikaniem kontaktu wzrokowego. Dobrze, że na koniec rozmowy przynajmniej numer telefonu podałam poprawny.

 

Niestety, ale kolejne nasze spotkania – a okazało się, że mieszkamy w sąsiednich miejscowościach i mamy podobny gust filmowy, muzyczny oraz literacki, co już samo w sobie zachęcało do wspólnego spędzania wolnego czasu – wcale nie sprawiły, że zmądrzałam. Ba, wciąż bałam się zapytać wprost, jak się mają jej sprawy sercowe, a i własne obawiałam się ujawnić. Aż w końcu nadszedł ów pamiętny dzień, gdy Joasia wzięła mnie za rękę i przytuliła. Ot tak, bez żadnej wyraźniej przyczyny i w wybitnie nieromantycznych okolicznościach, gdy jechałyśmy razem pekaesem na zakupy do galerii handlowej w niedalekim mieście. A mnie aż przeszył prąd. I chyba tylko świadomość, że współpasażerowie wezmą mnie za ewidentnie rozchwianą emocjonalnie przedstawicielkę „ech tej dzisiejszej młodzieży”, powstrzymała mnie od rozpłakania się ze szczęścia.

Próbowałam być dzielna i nawet jako tako mi to wychodziło, mimo że ta wszeteczna kusicielka namówiła mnie na przemierzanie nie tylko spodni czy kurtek, ale także mocno wydekoltowanych bluzek. Próbowałam powstrzymywać się choćby jeszcze przez godzinę, aż wreszcie wrócimy do domu jednej z nas i pod pretekstem wspólnej nauki zamkniemy jedynie we dwie w pokoju. Próbowałam tłumaczyć sobie, że przecież o życiu osobistym Joasi wiedziałam w zasadzie tylko tyle, iż bez wątpienia miała starszego brata i młodszą siostrę, za to zdecydowanie nie posiadała chłopaka. Próbowałam też nie zwracać uwagi, że w pewnym momencie wszyscy dookoła zdawali się patrzeć tylko i wyłącznie na dwie całujące się przy kawiarnianym stoliku nastolatki.

Cóż, może nie wszyscy, natomiast kelnerka próbująca przyjąć zamówienie na pewno. I właśnie wówczas zrozumiałam, że roztrzepotane motylki w brzuchu motylkami, jednak na przyszłość powinnyśmy bardziej uważać. Po pierwsze dlatego, że może i pół szkoły oraz co najmniej tyle samo rodzinnej wioski już teraz miało mnie za kryptolesbę, jednak nie musiałam od razu dostarczać im dowodów w postaci własnej głowy na srebrnej tacy. Dupy tym bardziej. A po drugie, chciałam ochronić Joasię, bo o ile mnie aż rozpierała duma, że jestem z taką pięknością, to gdyby ją ktoś znajomy zobaczył ze mną, byłby wstyd i hańba na co najmniej całą gminę, a może i powiat.

Kiedy jednak byłyśmy same… cóż. Równie mocno, jak jej pragnęłam, tak bardzo nie wiedziałam, w jaki sposób zabrać się za urzeczywistnianie owych żądz. Trzymanie za rączki miałyśmy już za sobą, mniej lub bardziej ukradkowe pocałunki także, tylko co dalej? Czy w takim razie powinnam sięgnąć pod bluzkę? Złapać za pośladki? Wsunąć dłoń w spodnie? I oglądane ukradkiem na telefonie filmy przyrodnicze wcale mi w tym nie pomagały, a wręcz powodowały dalsze frustracje. Bo jak to tak, że znałyśmy się z Joasią już od kilkunastu tygodni, a wciąż wstydziłam się ją bardziej namiętnie dotknąć nawet przez ubranie, gdy tymczasem tam po najdalej trzech minutach gołe cycki aż fruwały po ekranie!

 

Niemniej, mimo obustronnej nieśmiałości i najzwyklejszego młodzieńczego wstydu, posuwałyśmy się małymi kroczkami do przodu. Aż wreszcie nadarzyła się okazja, by zamienić owo dreptanie na jeden, jakże wielki i ważny skok. Mianowicie na kilka dni przed sylwestrem Joasia oznajmiła nagle, że jej rodzice wybierają się do znajomych na domówkę, brat zostaje na stancji a siostra robi sobie jakieś gimbaza-party z koleżankami, skutkiem czego ona przez te kilkanaście godzin pozostanie jedyną panią na włościach. A skoro tak, może byśmy skorzystały z wolnej chaty?

Nie miałam zamiaru ukrywać ani przed sobą, ani Joasią, że pragnęłam przeżyć tego wieczoru coś więcej. Mało tego – rozweselona bąbelkami zaczęłam wprowadzać ów niecny plan pozbawienia nas obu ubrań w życie, co do pewnego momentu całkiem nieźle mi się udawało. Tyle że na ostatniej prostej zwyczajnie stchórzyłam. Już propozycja zdjęcia biustonoszy ledwo przeszła mi przez gardło, a gdy miałam ściągnąć własny, nie potrafiłam złapać zapięcia spoconymi ze stresu palcami. Zresztą także Joasia, choć ledwie kilka minut wcześniej obcałowywała mnie od uszu po sam dół dekoltu, nagle zgubiła gdzieś cały animusz. Ostatecznie jednak obie rozebrałyśmy się do majtek i ona przez chwilę pomiętosiła moje (już wtedy bardzo konkretnych rozmiarów) piersi, ja podotykałam jej (dla odmiany malutkiego) biustu, lecz nic ponadto. Leżałyśmy półnagie, milczące i wyraźnie skonfundowane tym, co właśnie się wydarzyło.

Choć wciąż miałam cichą nadzieję, że było to jedynie chwilowe przesilenie i wszystko uda się nam poukładać od nowa, to z każdym kolejnym spotkaniem dostrzegałam coraz wyraźniej, że okłamuję samą siebie. Bolesna prawda była taka, że związek mój i Joasi skończył się, zanim naprawdę zdążył zacząć. I choć wciąż czułam, że szczerze ją kocham, a i ona z wilgotnymi oczami wyznała mi to samo, nie potrafiłyśmy się przemóc, by do owego uczucia dołożyć cielesną namiętność. Jeszcze tylko jeden jedyny raz posunęłyśmy się tak daleko, kiedy z okazji zdanej matury znów spróbowałyśmy obudzić w sobie pożądanie – mówiąc sobie wówczas „dość” na etapie wyjątkowo niezgrabnego lizania sutków – po czym dałyśmy spokój. Czy nam się to podobało, czy nie, byłyśmy się dla siebie może i bliskimi, lecz jedynie przyjaciółkami. I nic nie było w stanie tego zmienić.

Co gorsza, nawet taka znajomość stała się niemożliwa do utrzymania. Ja zostałam na wakacje w domu, by pomagać rodzicom w gospodarstwie, Joasia natomiast wyjechała dorobić sobie przy zbiorze truskawek czy innych szparagów płatnych w euro. No i przede wszystkim wybrałyśmy różne uczelnie – ja może mało poważaną, za to najbliższą z możliwych, by w razie potrzeby móc szybko wrócić, ona zaś znacznie bardziej prestiżową na drugim końcu kraju. Z początku co prawda starałam się utrzymywać kontakt i dzwoniłam do Joasi w każdy weekend, lecz szybko okazało się, że działa to tylko w jedną stronę. I tak z czasem ograniczyłyśmy się jedynie do zdawkowych smsów „heja co u cb u mnie ok” oraz grzecznościowych życzeń na święta, aż wreszcie kontakt zupełnie się urwał.

Po paru latach, będąc już z Kamą, dowiedziałam się przypadkowo, że Joasia jeszcze przed magisterką wyszła za mąż, urodziła trójkę dzieci i wyjechała z kraju na dobre. A mnie pozostały jedynie wspomnienia.

 


 

Pełna rezygnacji spojrzałam na Anę i stwierdziłam, że nie będę jej oszukiwała. Siebie zresztą też. Jedyne, co mi pozostało, to bycie szczerą, nawet jeżeli miałoby mnie to doprowadzić donikąd.

– Pewnie uznasz, że to głupie, bo przecież ledwo skończyłam trzydzieści lat, a już jojczę jak jakaś stara baba – zaczęłam cicho – ale naprawdę nie mam pojęcia, co mam ze sobą zrobić. Bo czego się w życiu nie dotknęłam, to prędzej czy później musiałam spieprzyć. I dlatego boję się znowu zaryzykować, znowu się nie wiadomo jak starać i znowu przegrać. Boję się własnych uczuć. Boję się mojej słabości do ciebie, którą już zdążyłaś wykorzystać. Boję się tego, o czym ci powiedziałam: że stanę się dla ciebie taką chwilową zabawką i że się mną nacieszysz, a potem znudzisz i zostawisz. Boję się, że narobię sobie wielkich nadziei i naobiecuję nie wiadomo czego, a potem się zawiodę. Po prostu się boję, Ana! – wyliczałam, aż zeszło ze mnie całe powietrze.

– A co, jeżeli ci powiem, że mnie też na tobie zależy? I także ze swojej strony postaram się zrobić wszystko, żebyśmy obie znalazły w tej relacji szczęście? Wtedy mi uwierzysz?

– Nie wiem… – westchnęłam ciężko. – Chcę ci zaufać. Bardzo chcę. Ale muszę się z tym oswoić.

– Na co więc czekasz? Ile jeszcze masz zamiar zastanawiać się nad tym, co przecież i tak doskonale wiesz? Ile będziesz się zadręczała? Tydzień? Pół roku? Ja powiedziałam ci bez owijania w koronki, że mam ochotę na seks, i ponawiam propozycję. Chcę, żebyś pokazała mi tyle siebie, ile jesteś w stanie. Ale nie kiedyś tam. Tutaj i teraz. I bardzo, ale to bardzo mi na tym zależy.

– Tylko że… – znów nie wiedziałam, jak mam się do tego przyznać, więc i tym razem wybrałam otwartość, choć przyszło mi to jeszcze trudniej niż poprzednio. – Ja od czasu rozstania z Kamą nikogo nie miałam. Ale tak na serio nikogo. Od ponad roku nikt mnie nie dotykał, nie całował, nic. I dopiero ty… wtedy… wczoraj…

– Rozumiem. – Ana wyraźnie się zmieszała, zamilkła na moment i kontynuowała już znacznie mniej natarczywym tonem. – Dlatego powtarzam, Olimpio, że będzie tylko i wyłącznie tak, jak sama zechcesz.

– Naprawdę? Bez żadnych numerów i niespodzianek jak ostatnio?

– Bez.

Być może takie postawienie sprawy nie było zbyt grzeczne, jednak nauczona doświadczeniem wolałam dmuchać na zimne. A nawet jeśli Ana znów miała zamiar mnie znienacka podejść, to wyjaśniłam chyba wystarczająco jasno, że kolejnej szansy nie dam ani jej, ani sobie. Wciąż natomiast pozostawała najważniejsza kwestia: czy powinnam od razu zgodzić się na tak postawioną propozycję? Niby sama chwilę wcześniej zadeklarowałam, że potrzebuję więcej czasu, tylko czy faktycznie kolejne, pełne przemyśleń popołudnia, nieprzespane noce i samotne spacery cokolwiek by zmieniły? Po prawdzie bardzo w to wątpiłam. Dlatego ostatecznie zebrałam w sobie calutką odwagę, jaka jeszcze mi pozostała, i powiedziałam:

– W takim razie zgadzam się, ale mam jedną prośbę. Chciałabym, żebyśmy zapomniały o tamtej… niezręczności i zaczęły od nowa. Tak na serio. Wiem, że pewnie nazwiesz mnie zaraz naiwną idiotką, ale zależałoby mi, żeby właśnie to był nasz pierwszy raz. Taki, jaki powinien być od początku. Romantyczny, zmysłowy, delikatny, czuły… – wyliczałam. – Chcę, żebyś taka właśnie dla mnie była, bo ja bardzo tego potrzebuję.

– Nie, Olimpio! – aż mnie zmroziło na to zaprzeczenie, ale szczęśliwie Ana miała coś zupełnie innego na myśli. – Nie nazwę cię idiotką, ani nie uważam tego, co powiedziałaś, za głupie. Za to obiecuję ci, że będę dla ciebie najczulsza, najdelikatniejsza i najbardziej zmysłowa jak tylko potrafię. A teraz wybacz, ale tym razem mało romantycznie zapytam, czy mogę skorzystać z łazienki?

Oczywiście nie miałam zamiaru bronić Anie wizyty w świątyni dumania, za to postanowiłam czym prędzej skorzystać z okazji i ogarnąć sypialnię. Cóż, niby daleko było jej do przepychu na poziomie „Pretty Woman”, a i ja nieszczególnie przypominałam Julię Vivian Ward Roberts, niemniej głośniczek bluetooth, parę zapachowych tealightów i zaciągnięta zasłonka naprawdę robiły robotę. A przynajmniej taką miałam nadzieję, szczególnie w połączeniu z tym, co wyjęłam z szafy. Konkretnie cokolwiek nieprzyzwoitym komplecikiem, składającym się z odsłaniającego biust gorsetu z kremowej koronki, pończoch oraz dwóch rozpinanych koszulek. Jednej pod kolor dla mnie, a drugiej bordowej dla… Na szczęście przyłapana w drzwiach toalety Ana, mimo że wyraźnie zaskoczona, zamiast zadawać zbędne pytania bez wahania zgodziła się na przymierzenie nowej kreacji. Poprosiłam więc tylko, by zaczekała na mnie już na łóżku, a ja w tym czasie czym prędzej sama się ogarnę, przebiorę i za parę minut wrócę.

 

Co prawda trwało to nieco dłużej, jednak wreszcie wypachniona, wystrojona i wyczesana we wszystkich miejscach, stanęłam w progu sypialni. Owszem, było to teatralne, pretensjonalne i na odległość waliło wybitnie niewymagającymi umysłowo powieścidłami, z których zazwyczaj darłam łacha, jednak naprawdę zawahałam się przed ostatnim krokiem. A co, jeśli nie spodobam się Anie? Jak stchórzę w ostatnim momencie? Co będzie…

– Ja tu czekam na ciebie! Gotowa i chętna!

Takiemu wezwaniu nie mogłam odmówić, wzięłam więc tylko głębszy oddech i weszłam do środka. Z ewidentnie poprawioną fryzurą i podmalowanymi pod kolor wspomnianego peniuaru ustami, Ana wylegiwała się na kocu w pozie wyjątkowo lubieżnej kocicy, nawet nie próbując ukrywać, że pod zwiewnym materiałem nie ma ani kawałeczka bielizny. A ja tylko stałam i nie mogłam się napatrzeć na jej niedoskonale doskonałe ciało. Opadające niezbyt równo piersi o dużych, płaskich sutkach. Brzuch ze zdecydowanie więcej niż jedna zmarszczką. Przyciężkie uda i takie same kostki. I jeszcze…

Na wszystkie grzechy i świętości, jaka ona była piękna! Nie zdążyłam się jednak nawet porządnie pozachwycać, gdyż Ana, widząc moje zawahanie, podniosła się na kolana, obróciła i zsunęła materiał. I wtedy dopiero zatkało mnie na całego. Od dołu pośladków, przez cały bok aż po górę łopatki Any biegł tatuaż. Ale nie jakiś minimalistyczny, złożony z paru czarnych kresek na krzyż, a przedstawiający kwieciste pnącze w pełnym kolorze, zakrywające sobą dosłownie jedną trzecią pleców.

– Podoba ci się?

Znowu nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. Jeszcze w liceum kusiło mnie, by wzorem koleżanek „machnąć se fajową dziarę”, ale zawsze znajdowałam wymówki, by tego nie zrobić. A to bałam się, co powiedzą rodzice, a to szkoda mi było kasy, a to dochodziłam do wniosku, że czegokolwiek nie wymaluję na tym utytym baleronie, i tak będzie wyglądało do bani. W końcu Kama, choć zajęło jej to dobre dwa lata, namówiła mnie na malutki, schowany dyskretnie pod nadgarstkiem wzorek, ale to wszystko. Tymczasem Ana…

Dobrze, że w półmroku nie było widać, jak płoną mi policzki. Tym razem z podniecenia, a bardziej złości. Na siebie samą. Co jeszcze miało się okazać wydumanym – żeby nie powiedzieć: wyjętym z dupy – problemem, który bezcelowo roztrząsałam przez pół życia i na pokonanie którego najzwyczajniej nie miałam odwagi?

– Ty mi się podobasz! – wydukałam.

– Olimpio, czy na pewno chcesz, żebyśmy… – Ana przysunęła się do mnie na wyciągnięcie ręki i spojrzała prosto w oczy.

– Tak! Chcę! – przerwałam jej i z wściekłości aż zacisnęłam pięści – Tylko tak bardzo mi zależało, żeby ta chwila była wyjątkowa, a znowu czuję się jak ostatnia idiotka! I to z powodu jakiegoś głupiego tatuażu! To znaczy nie twojego, bo on jest super i tak bardzo mi się podoba, ale… chciałam powiedzieć…  – zmieszałam się.

– A może wreszcie przestaniesz przejmować się jakimiś pierdołami i zajmiesz wreszcie tym, po co mnie wciągnęłaś do tego łóżka? – roześmiała się.

Zaledwie centymetry dzieliły nasze usta. Wiedziałam, że zgodnie z własną obietnicą to ja powinnam zrobić ten ostatni krok, jednak wciąż nie mogłam się przemóc. Zbyt wiele niepotrzebnych myśli, przykrych wspomnień i najzwyklejszego zawstydzenia.

 

Czy Ana smakowała jakoś wyjątkowo? Tak szczerze, to nieszczególnie. Czułam głównie ciastka oraz herbatę, przykryte miętową płukanką z mojej własnej szafki. I to wszystko. Tylko jakie to miało znaczenie? Dla mnie mogłaby nawet palić ekstra mocne bez filtra, a i tak bym ją taką pragnęła. Dlatego raz po razie zsuwałam się ku uszom i szyi, by po chwili powracać do ust. Ana też nie pozostawała dłużna, podążając dłońmi coraz dalej i dalej. W końcu bez ogródek rozsunęła mi halkę, chwyciła za biust i pochyliła się.

Mogłam mieć setki i tysiące uwag do własnego ciała, jednak tym razem absolutnie mnie to nie obchodziło – poprawiłam się tylko i po prostu pozwoliłam pieścić. Ssać pobudzone już sutki. Zataczać językiem kręgi dokoła nich. Sięgać pocałunkami aż pod ramiona. Nie miałam zamiaru ukrywać, że sprawiało mi to niewypowiedzianą przyjemność, a przecież także Ana nie robiła tego bezinteresownie. Czyżby faktycznie nie była to z jej strony jedynie pusta deklaracja, a naprawdę nigdy nie kochała z kobietą o podobnej mi figurze? Tak czy inaczej, wcale nie zamierzałam jej powstrzymywać.

Całkowicie pozbyłam się koszulki, pozostając jedynie w gorsecie, objęłam Anę ramionami i dosłownie wcisnęłam twarz w piersi… czy raczej kołyszące się pod najlżejszym dotykiem cycki rozmiaru z okolic połowy alfabetu. I ani myślałam protestować, gdy próbując się wyrwać z uścisku zsunęła się niżej i dotarła do brzucha, powodu moich największych upokorzeń, złości i płaczu. Tym razem jednak w żaden sposób nie czułam niczego podobnego. Przeciwnie – Ana z nieukrywaną ciekawością obcałowywała mnie i ugniatała każdy odsłonięty fragment ciała. Zdawałam sobie sprawę, że gdybym jej nie powstrzymała, zapewne dotarłaby aż do…

Wyprostowałam się, spojrzałam jej w oczy i w emocjach powiedziałam wprost:

– Chciałabym pójść dzisiaj z tobą na całość! – Aż zmieszałam się własną odwagą.

– Nic już nie mów, kochanie…

Nie wiedziałam, czy to dzięki temu jednemu, pozornie całkiem niewinnemu słowu Any, czy bardziej jej językowi, znów oblizującemu moje uwolnione z miseczek piersi, ale aż zrobiło mi się gorąco. Choćbym nawet chciała, nie byłam już w stanie dłużej się powstrzymywać. Uniosłam się ostatni raz, rozłożyłam wygodnie na poduszkach i rozchyliłam nogi.

 

Pierwszy dotyk faktycznie był niezwykle delikatny, podobnie zresztą jak i wszystkie kolejne. Ana właściwie nie tyle mnie całowała, co ledwie muskała ustami, krążąc po wzgórku i wewnętrznej stronie ud. Docierała pod samą krawędź kobiecości, po czym w ostatnim momencie się oddalała, by za chwilę znów powrócić. W pewnym momencie byłam właściwie pewna, że celowo się tak ze mną drażni, więc leciutko podniosłam biodra.

Nad wyraz skutecznie. Zwinny język rozchylił mnie i wniknął tak głęboko, aż zadrżałam. Tak długo nie doświadczałam w sobie niczego poza własnymi palcami, względnie jakąś silikonową zabawką, że niemal zapomniałam, jak piękne potrafią być takie pieszczoty. Niezwykle subtelne, czułe, wręcz na granicy łaskotek. Bez żadnego pośpiechu. Tyle że z każdą chwilą pragnęłam więcej. Jakby całe pożądanie, które zebrało się we mnie przez ostatni rok, nagle zaczęło szukać ujścia. Wprost w usta Any.

Niesiona żądzą, wbiłam palce w nastroszone włosy i przyciągnęłam ją do siebie. Tak mocno, że ledwo mogła złapać oddech, z twarzą wciśniętą w… a i owszem, piczę! I to na dodatek nieogoloną! Jednak mimo tego – a może właśnie dzięki temu? – Ana pojękiwała, wpychając we mnie nie tylko język, ale i palce. A ja postanowiłam czerpać z tego tyle satysfakcji, ile tylko byłam w stanie. Nie miałam zamiaru już się powstrzymywać i nawet jeśli daleko było mi do nazwania siebie w jakikolwiek sposób dominującą, nagle nabrałam ochoty na coś bardziej… odważnego? Perwersyjnego? A może całkowicie zwyczajnego, do czego jak zwykle musiałam dorabiać nikomu niepotrzebne teorie?

Odsunęłam zaskoczoną Anę od siebie, odwróciłam się i wypięłam. I tym razem już bez cienia zakłopotania nakazałam:

– Zrób mi tak dobrze!

Celowo nie powiedziałam, co dokładnie miałam na myśli. Chciałam sprawdzić, w jaki sposób Ana zareaguje na tę cokolwiek dwuznaczną propozycję, i przekonałam się o tym bardzo szybko. Choć w głębi wyjątkowo mokrej duszy miałam nadzieję na więcej, ona i tym razem postępowała ze mną nadto zachowawczo. Owszem, klepnęła mnie parokrotnie po krągłościach, rozchyliła uda dłońmi i znów objęła ustami kobiecość, jednak tylko i wyłącznie ją. Tak, jakby czekała na moje przyzwolenie, by posunąć się choćby centymetr dalej. I choć kusiło mnie, by już teraz pójść na całość, chwycić Anę za kark i kazać sobie – mówiąc wprost – wylizać dupę, stwierdziłam, że tym razem to ja potrzymam ją w niepewności. A przede wszystkim skupię się wreszcie na własnych doznaniach, a nie jakichś do wspomnianej dupy niepodobnych rozkminach.

Poprawiłam się nieco, opuściłam swobodnie głowę i zamknęłam oczy. Teraz już nie obchodziło mnie to, że przecież widziałyśmy się dopiero trzeci raz, a już pozwoliłam na minetkę. I to od tyłu. Mało tego – mimo przygaszonego światła, gorsetu i pończoch Ana musiała przecież doskonale widzieć, jaka jestem. Jaki mam cellulit, rozstępy, zmarszczki, fałdy, fałdki, fałdeczki oraz całą resztę niedoskonałości. Jak mocno opadają mi piersi, że o brzuchu nie wspomnę. W jaki sposób smakuję i pachnę z tej najbardziej wstydliwej strony.

Choć miałam pewne obawy, czy nie przesadziłam, Anie najwyraźniej odpowiadała moja bezkompromisowa naturalność. A jeśli tak, nie miałam najmniejszego zamiaru powstrzymywać ani jej zdecydowanego języka, ani pełnych pasji palców, ani nawet noska, łaskoczącego mnie w…

Dość! Za dużo myślałam. Dużo za dużo! Ana chciała mnie, ja chciałam ją, obie byłyśmy mocno roznegliżowane, wystarczy!

 

Także i tym razem nie mogłam powiedzieć, że opętał mnie demon żądzy, który wypełnił mą duszę oraz ciało nieprzebraną niebiańską rozkoszą, niemniej jak najbardziej przeżyłam orgazm. I to całkiem udany. Na tyle, że chcąc nie chcąc musiałam obrócić się na plecy i chwilę odsapnąć przed dalszym ciągiem. A przynajmniej taki miałam plan, bo Ana znienacka podniosła się i kucnęła nade mną.

Cóż, widocznie tyle pozostało z jej obietnic, że zda się całkowicie na moje wybory i decyzje, ale czy faktycznie mi to jakoś szczególnie przeszkadzało? Po prawdzie niespecjalnie. Nawet biorąc pod uwagę nasze niełatwe początki, wciąż bardziej odpowiadało mi, by to Ana była tą bardziej dominującą stroną – oczywiście dopóki będzie nie przekraczała pewnych granic i nie starała się zrobić ze mnie kogoś, kim nie byłam i nie będę. Poza tym najzwyczajniej nie mogłam się doczekać, by jej skosztować. Objąć ustami. Wsunąć język w wyraźnie oczekującą więcej, ociekającą wilgocią intymność.

Co prawda daleko było mi do wysublimowanej koneserki, a ilość wylizanych w życiu cipek mogłam policzyć na ledwie dwóch palcach, lecz gdybym miała określić swój ideał, bez cienia zawahania postawiłabym na Anę. Owszem, miałam świadomość, że będzie się zmieniała zależnie od fazy cyklu, płynu do higieny intymnej, diety oraz stu różnych innych czynników, jednak już teraz czułam, że będzie mi odpowiadała jak żadna inna wcześniej. Intensywna i jakże delikatna jednocześnie. Słodka, lecz niepozbawiona namiętnego pazura. Od razu zaczęłam sobie wyobrażać, co będzie, jak otworzymy się przed sobą bardziej i kiedyś, w przypływie perwersyjnie naturalistycznej odwagi, wycałujemy się po całym dniu. Albo jeszcze lepiej – nocy. I to absolutnie wszędzie.

Zapewne znów zatraciłabym się w kolejnych marzeniach, gdyby nie sama Ana. A konkretnie jej dłonie, które zaczęły nieoczekiwanie krążyć po moim ciele. Piersiach, udach, wzgórku… Nie wiedziałam za bardzo, w jaki sposób na to zareagować, bo z jednej strony chciałam skupić się jedynie na dawaniu przyjemności, natomiast z drugiej owo „dawanie” było cudowne także i dla mnie. Tak bardzo, że gdyby teraz Ana zaczęła mnie dopieszczać, najpewniej nie dałabym rady powstrzymać kolejnego orgazmu. Oczywiście gdybym chciała to zrobić, bo kusiło mnie coś absolutnie odwrotnego. Dlatego rozchyliłam uda i na tyle, ile byłam w stanie, podciągnęłam kolana.

Może tak wiele nas dzieliło, obie byłyśmy wyraźnie spięte i przecież dopiero uczyłyśmy się siebie, a już potrafiłyśmy porozumieć się bez słów. Ja strzelałam Anie minetę. Ona mi równocześnie palcówkę. Ona przyspieszała, ja zwalniałam, to znów ona nieco odpuszczała, podczas gdy ja intensyfikowałam starania, aż w końcu znalazłyśmy się na samej krawędzi rozkoszy. A wtedy wystarczyło tylko wyjęczane przez Anę „zaraz dojdę”, byśmy obie ją przekroczyły. W tym samym momencie.

 


 

Nie miałam najmniejszego zamiaru oddawać się kolejnym w gruncie rzeczy bezsensownym rozważaniom, co wydarzy się choćby jutro. Czy mimo wszelkich przeciwności losu uda się nam zbudować trwały, wypełniony wspólnymi radościami, namiętnością i przede wszystkim szacunkiem związek, czy rozejdziemy się po ledwie paru spotkaniach w atmosferze wzajemnych żali oraz pretensji. Nie chciałam myśleć, w jaki sposób będą wyglądały moje relacje z mężem i dziećmi Any, których przecież będę musiała prędzej czy później poznać. No i co zrobimy z tak z pozoru prozaiczną, a przecież jakże istotną kwestią w postaci różnicy w grubościach naszych portfeli, bo co jak co, ale nie miałam zamiaru być na niczyjej łasce!

Musiałam też wreszcie przestać porównywać Anę i do Joasi, i tym bardziej Kamy. Zarówno moja pierwsza, jak i druga kobieta miały szansę napisać własne, definitywnie już zamknięte historie, teraz natomiast tworzyłam od nowa trzecią. Nie opartą o dawno przebrzmiałe wspomnienia, nie puste nadzieje lub pobożne życzenia, lecz jedynie słuszną w bieżącym momencie. Najaktualniejszą i najprawdziwszą. A to, że kiedyś coś z kimś się wydarzyło… skoro w ciągu mniej więcej roku znajomości z Joasią posunęłyśmy się jedynie do niewinnych w gruncie rzeczy pocałunków oraz wybitnie wstydliwych macanek przez ubranie, to widocznie tak miało być. Koniec. Kropka. Podobnie jak trwające mniej więcej tyle samo przejście z Kamą od etapu pierwszej w życiu, jakże niezręcznej, cichutkiej minetki, do ordynarnego ryczenia na pół bloku podczas jebania straponem w dupę. To się już stało i nie odstanie, nie wróci i nie ma sensu dłużej zaprzątać sobie tym głowy. O, nie!

W tym momencie zupełnie mnie to nie obchodziło! Liczyło się jedynie, że byłyśmy razem. Ja i Ana. Obie umęczone, rozczochrane i dosłownie całe mokre, lecz jakże spełnione. Wtulone w siebie głaskałyśmy się wzajemnie po włosach, obsypywałyśmy czułymi całuskami dłonie, ramiona i dekolty, szeptałyśmy czułe słówka. A gdy brakło nam weny na dalsze wymyślanie komplementów, a wszystkie co bardziej interesujące miejsca zostały już wyprzytulane, wydotykane i wycałowane, po prostu patrzyłyśmy na siebie.

 

I te właśnie drobne rzeczy sprawiały mi najwięcej przyjemności. Owszem, seks był istotny, nawet bardzo, jednak zdążyłam się już w życiu przekonać, że nie mogę uzależniać wszystkiego jedynie od niego. Kto wie, jak potoczyłaby się znajomość z Joasią, gdyby nie moje zdecydowanie nieprzemyślane oraz zbyt szybko wprowadzone w życie pragnienie zaciągnięcia jej do łóżka i zrobienia z nas regularnej lesbijskiej pary? Z kolei z Kamą ostatnim, na co mogłam narzekać, były właśnie wspomniane wspólne erotyczne szaleństwa. Tylko co z tego, skoro finalnie nawet owo wzajemne pożądanie nie uchroniło naszego, wydawałoby się zgodnego i poukładanego związku, przed całkowitą dezintegracją?

Pozostawało pytanie, czy będę potrafiła wyciągnąć z tego wszystkiego odpowiednie wnioski i na jakich zasadach ułożę może niekoniecznie od razu całe życie, ale przynajmniej intymną relację z Aną. Czy powinnam już teraz rzucić się bezprzytomnie w szaleństwo namiętności, zaangażować w pełni, oddać całą siebie do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę i liczyć na rewanż? A może zachować daleko idący dystans oraz ostrożność, traktując wspólne spotkania jako niezwykle przyjemny, lecz z założenia jedynie okazjonalny dodatek do codziennej szarej harówki?

 

Dlatego właśnie postanowiłam nie snuć żadnych odklejonych od rzeczywistości planów, które i tak najpewniej nigdy by się nie spełniły, tylko cieszyć bieżącą chwilą. Wiedziałam, że choćbym nie wiadomo jak się starała, Ana może za godzinę, a może ledwie kwadrans powie: „muszę wracać”. Do męża, córek, domu, pracy. Do poukładanego i jakże ustabilizowanego życia. A ja znów zostanę sama aż do następnego razu, gdy znajdzie dla mnie tych kilka wyrwanych z całego tygodnia pojedynczych godzin.

Zanim to jednak nastąpi, wstanę z łóżka i poproszę, by poszła ze mną do łazienki. Weźmiemy wspólny prysznic, ja umyję jej plecy, ona pomoże mi rozczesać jeszcze wilgotne włosy. Usiądziemy na sofie ubrane w ubrane jedynie w szlafroki lub nawet same ręczniki. Przytulimy. Pocałujemy. Może nawet znów chwilę popieścimy. Zastanowimy, jak zaplanować kolejne spotkanie w taki sposób, żeby poza herbatą i ciasteczkami mieć czas także na kolację. A najlepiej także śniadanie w zestawie. Bym zasnęła przy Anie, a ona obudziła się przy mnie. Byśmy mogły być razem.

 

We dwie. Tylko ona i ja. Tak różne, a przecież jakże wspólnie szczęśliwe.

 




 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione!

Ilustracja w tle: chloecamilla.wordpress.com

 


 

Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

Agnessa

9,760
9.92/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.92/10 (8 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

brak komentarzy

Opowiadania o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.