Przymknięte oczy
26 października 2026
27 min
Marek zamknął laptopa o wpół do szóstej, choć w raporcie wciąż brakowało trzech wykresów i podsumowania, którego od rana nie potrafił napisać. Siedział na rozkładanej kanapie w salonie, wśród papierów, które Elena kazała mu uprzątnąć, bo Adam miał tu spać. Odłożył je razem z komputerem na stolik. Wrzesień był tego roku ciepły. Przez otwarte drzwi balkonowe wpadało niskie, pomarańczowe światło i kładło się skosem na podłodze.
Od kilku miesięcy pracował dłużej, niż powinien. Zaczęło się od nowego projektu, potem zmienił się szef, aż w końcu praca po godzinach weszła mu w nawyk. Wieczorami przenosił się z biurka na kanapę, żeby przynajmniej siedzieć w tym samym pokoju, w którym toczyło się ich życie. Elena wychodziła z sypialni po wodę, siadała obok na pięć minut, opierała stopy na jego udzie i patrzyła, jak pisze, aż któreś z nich uznawało, że czas iść do łóżka. Czasem budziła się po północy i przychodziła tylko po to, żeby go zobaczyć. Lubił to bardziej, niż jej mówił.
Z seksem było podobnie. Wciąż sprawiał im przyjemność, kiedy już znaleźli na niego czas, ale coraz częściej odkładali go na weekend, a w weekend któreś zasypiało przed drugim. Nawet bez pośpiechu trudno było o zaskoczenie. Znali swoje upodobania i zwykle wiedzieli z góry, jak potoczy się wieczór. Elena raz powiedziała, że tęskni za tym, żeby czasem nie wiedzieć.
Pierwszą poważną rozmowę o swoich fantazjach Marek pamiętał sprzed paru lat. Wracali ze spotkania ze znajomymi. Jeden z gości niemal przez cały wieczór szukał okazji, żeby z nią porozmawiać.
— Podobałaś mu się — zauważył już w domu.
— Myślałam, że tylko ja to widzę.
— Trudno było nie zauważyć. Przyniósł ci chyba wszystkie przekąski ze stołu.
Spojrzała na niego uważniej.
— Przeszkadzało ci to?
— Trochę byłem zazdrosny — przyznał. — Ale podobało mi się, że tak za tobą chodził.
Tamtej nocy dopytywała, czy mówi poważnie. W końcu sam zapytał, czy ona miałaby ochotę spotkać się z kimś innym. Odpowiedziała dopiero po chwili: czasem sobie to wyobrażała, choć nigdy nic z tym nie zrobiła. Nie chciała go zranić. Marek też nie był pewien, ile naprawdę chciałby usłyszeć, ale nie zmienił tematu.
W następnych tygodniach wracali do rozmowy coraz swobodniej. Początkowo żartowali o poznanych gdzieś ludziach; później zaczęli wymyślać całe spotkania. Najczęściej opowiadała Elena, a w tych historiach to ona poznawała innego mężczyznę. Marek słuchał, czasem o coś dopytywał. Sam był zaskoczony, że zazdrość nie odbiera mu ochoty na dalszy ciąg. Cieszyła go też swoboda, z jaką żona mówiła o swoich pragnieniach. Przedtem wiele takich rozmów urywali śmiechem.
Któregoś wieczoru Elena przysunęła się bliżej, oparła głowę na ramieniu Marka i zaczęła przesuwać palcami po jego przedramieniu. Mówiła powoli, dopowiadając szczegóły wyjścia do klubu z koleżankami.
— Byłyśmy z dziewczynami na urodzinach Kasi, w klubie na Mokotowie. Miałam granatową sukienkę, pamiętasz, tę cienką, z odkrytymi plecami. Kasia ciągnęła mnie na parkiet, ja się opierałam, aż w końcu poszłam.
Marek leżał obok z ręką pod głową i nie przerywał.
— Po jakimś czasie podszedł do mnie chłopak od strony baru. Wysoki, w ciemnej koszuli, z zegarkiem, który błyskał w kolorowych światłach. Zapytał, czy zatańczę. Powiedziałam, że się zastanowię. — Uśmiechnęła się w ciemności. — Zastanawiałam się dość długo. Zagrali wolną piosenkę. Przyciągnął mnie do siebie i obrócił tyłem, plecami do swojej piersi. Jego dłonie leżały na moich biodrach, a potem wyżej, na nagiej skórze pleców, tam gdzie sukienka się kończyła. — Zrobiła krótką pauzę. — Po chwili czułam już wyraźnie, że mu się podobam. Przez cienki materiał czułam, jak twardnieje. Nie odsunęłam się. Oparłam się o niego i zaczęłam poruszać się razem z nim, w rytm piosenki.
Marek położył dłoń na jej biodrze. Oddychał wolniej niż zwykle, jakby się pilnował. Elena nie przerywała opowieści. Przesunęła palce po jego brzuchu i pod kołdrą odnalazła go, ciepłego i twardego. Poruszała dłonią powoli, obserwując, jak przymyka oczy i zaciska szczękę.
— I co dalej? — zapytał.
— Nic, dopóki nie szepnął mi do ucha, że chciałby gdzieś ze mną wyjść. Odwróciłam się, spojrzałam mu w oczy i powiedziałam, że tak. Wyszliśmy na tyły klubu, pod metalowe schody przeciwpożarowe. Całował mnie powoli, z dłońmi na moich plecach, i co jakiś czas spoglądał mi w oczy, sprawdzając, czy nadal tego chcę. Mogłam przerwać w każdej chwili. Nie przerwałam.
— Wróciłaś do dziewczyn?
— Po kwadransie, z rozpuszczonymi włosami. Kasia zrobiła wielkie oczy i nic nie powiedziała.
Gdy skończyła, przyciągnął ją do siebie i przewrócił na plecy. Jej śmiech urwał się w pocałunku. Kochali się bez pośpiechu, a później leżeli przytuleni, wciąż zbyt rozbudzeni, żeby zasnąć.
Innego wieczoru, już po zgaszeniu lampki, zaczęła opowiadać o zatłoczonym autobusie. Leżała twarzą do Marka i przesuwała kciukiem po wnętrzu jego dłoni.
— Stałam przy drzwiach, bo nie było gdzie usiąść. Ktoś stanął za mną, blisko, tak że czułam jego oddech przy szyi. Nie odsunęłam się. Przez płaszcz czułam jego ciepło, a kiedy autobus szarpnął na zakręcie, oparł się o mnie odrobinę mocniej.
— I?
— Odwróciłam głowę. Spojrzał na mnie bez słowa, z pytaniem w oczach. Przesunęłam się, tak że oparłam się o niego plecami, i tak zostałam. Wtedy położył mi dłoń na biodrze. Skinęłam głową. — Zawahała się. — Na następnym przystanku wysiedliśmy razem. Nie rozmawialiśmy. Szliśmy obok siebie aż do klatki schodowej jakiegoś bloku i tam…
Elena ścisnęła jego dłoń. Przysunął się bliżej i po chwili zapytał:
— Myślisz o tym, kiedy jedziesz autobusem?
— Czasem — odpowiedziała.
Kiedyś Marek leżał z głową na jej kolanach, a ona, przesuwając mu palcami po włosach, zaczęła mówić o wymyślonej delegacji do Gdańska. W tej historii wracała z konferencji i przed pójściem do pokoju zatrzymała się w hotelowym barze. Wypiła dwa drinki więcej, niż planowała.
— Byłam podchmielona, ale wiedziałam, czego chcę. Jechałam windą na czternaste piętro. W środku stał mężczyzna w ciemnym garniturze, bez krawata, z identyfikatorem z konferencji. Zapytał, na które piętro. Powiedziałam. Patrzyliśmy na siebie w lustrze na ścianie. Na siódmym wysiadła para, potem winda znowu ruszyła i zostaliśmy sami.
— I co zrobił?
— Nic. Czekał. Wtedy ja się odwróciłam. — Mówiła dalej wolniej. — Pocałowałam go, zanim zdążyłam się zastanowić. Oparł mnie o ścianę windy, jedną dłonią trzymał mnie za szyję, a druga spoczywała na moim boku. Pytał szeptem, czy wszystko w porządku. Odpowiadałam, że tak, i przyciągałam go bliżej. Kiedy winda stanęła na czternastym, wyszłam pierwsza i obejrzałam się przez ramię. Szedł za mną. Otworzyłam drzwi pokoju i zostawiłam je uchylone.
Marek przymknął oczy. Elena na chwilę przerwała i spojrzała na niego.
— Nie śpisz?
— Słucham.
Położył dłoń na jej brzuchu, pod koszulką, i zostawił ją tam, nieruchomą. Nic więcej nie powiedział.
Te opowieści działały na Elenę równie mocno jak na Marka. Czuła to w jego oddechu przy szyi, w niecierpliwości dłoni i we własnym oczekiwaniu na chwilę, kiedy mąż przestanie już tylko słuchać. Przez długi czas obojgu wystarczało, że fantazje o innych przyciągały ich do siebie. Dopiero później zaczęli pytać, czy naprawdę chcieliby czegoś podobnego doświadczyć. Najczęściej odpowiadali sobie, że nie wiedzą. Łatwiej było o tym mówić, kiedy nikt konkretny nie miał przyjechać.
Dwa tygodnie wcześniej, gdy Marek wspomniał, że Adam przyjedzie na konferencję i przenocuje u nich, Elena zapytała z ciemności:
— Ten, który patrzy mi w dekolt, kiedy myśli, że nie widzisz?
— Widzę.
— I?
— Podoba mi się, że patrzy. Nie wiem, jak to inaczej powiedzieć.
Przez chwilę milczała.
— Mnie też się podoba — przyznała. — Adam, nie tylko to, że patrzy.
— Od kiedy?
— Nie wiem. Od dawna. Na tamtym grillu też.
Pamiętał ten wieczór. Rozmawiali we troje, później Adam pomagał jej zbierać ze stołu. Wtedy Marek nie przywiązał do tego większej wagi.
— Czemu wcześniej nie mówiłaś?
— To twój przyjaciel. Myślałam, że akurat o nim nie chciałbyś słuchać.
Nie odpowiedział od razu. W dotychczasowych opowieściach rzadko pojawiał się ktoś, kogo dobrze znał. Z Adamem widywał się od lat; wiedział, o czym pewnie będą rozmawiać przy kolacji.
Mimo to sam wrócił do tematu następnego wieczoru. Przez kilka kolejnych dni Adam pojawiał się w ich rozmowach coraz częściej. Elena mówiła wprost, że pociąga ją fizycznie, i nie udawała obojętności, kiedy Marek milkł na chwilę.
W końcu zapytała:
— A gdybym naprawdę chciała do niego pójść?
— W czwartek?
— W czwartek. Skoro i tak tu będzie.
Usiadł, opierając się o zagłówek.
— Nie wiem, jak bym to zniósł.
— Ja też nie wiem, czy bym poszła. Dlatego pytam teraz.
Tej nocy niczego jeszcze nie postanowili. Wracali do tego przez kolejne trzy wieczory, czasem na kilka minut, czasem dłużej. Marek myślał także o tym, jak później będzie rozmawiał z przyjacielem. Elena zastanawiała się, czy Adam w ogóle potraktuje jej zainteresowanie poważnie.
Wreszcie umówili się, że Elena zdecyduje dopiero w czwartek. Podczas wizyty nie musiała ukrywać, że go lubi: mogła przy nim zostać dłużej, pozwolić sobie na flirt i sprawdzić jego reakcję. Nie zamierzali uprzedzać gościa o planie. Mężczyźni mieli spędzić wieczór jak zwykle, przy kolacji i whisky. Jeśli Elena nadal będzie chciała do niego pójść, zrobi to w nocy, kiedy Marek uda, że zasnął po alkoholu — tak jak nieraz zdarzało mu się na studiach.
Dopiero pod koniec jednej z tych rozmów Marek poprosił, żeby mógł patrzeć z korytarza. Na tę odpowiedź czekał dłużej.
— Jeśli będę chciała, żebyś patrzył, dam ci znać — powiedziała w końcu. — Ale do salonu nie wchodź, chyba że cię poproszę.
— Dobrze.
Elena weszła do salonu o siedemnastej czterdzieści, w legginsach i starej koszulce z uczelni, z włosami spiętymi ołówkiem. Cały dzień siedziała nad plikami dla klienta z Norwegii i miała na palcu ślad po tuszu.
— Papiery zabrane?
— Zabrane.
Rozejrzała się po pokoju. Przesunęła krzesło, poprawiła koc na oparciu kanapy, zamknęła okno od strony kuchni.
— Pamiętasz, co powiedziałam? — zapytała, nie patrząc na niego.
— Że zdecydujesz wieczorem.
— I że mogę zmienić zdanie w każdej chwili. — Odwróciła się. — Ty też.
— Wiem.
— Gdybyś jednak nie chciał, powiedz. Po prostu spędzimy razem wieczór.
— Dobrze.
Przez chwilę mu się przyglądała. Potem podeszła, pocałowała go mocno i poszła się przebrać.
Adam zadzwonił domofonem o osiemnastej dziesięć. Przyjechał z walizką na kółkach i butelką szkockiej w papierowej torbie. W przedpokoju uściskał Marka, a potem odsunął się i obejrzał go uważnie.
— Wyglądasz jak ktoś, kto od pół roku nie widział słońca.
— Widziałem. Przez okno biura.
— To się nie liczy.
Miał trzydzieści trzy lata, tak jak Marek. Poznali się trzynaście lat wcześniej na politechnice. Był wysoki, szeroki w barkach, z krótko przystrzyżoną ciemną brodą i wyraźnie zarysowaną szczęką. W rozpięciu czarnej koszuli widać było fragment opalonego torsu. Regularnie trenował. Marek nieraz zazdrościł mu wyglądu, ale przyjaciel nigdy nie dawał mu odczuć tej przewagi.
— A gdzie gospodyni?
— Tu jestem.
Elena stała w drzwiach sypialni. Przebrała się w błękitną sukienkę z cienkiej bawełny, krótką, na wąskich ramiączkach, z dekoltem, który nie był głęboki, ale miękko układał się wokół obojczyków i co chwilę zmieniał kształt. Nie miała stanika. Marek zauważył to wcześniej. Adam zorientował się dopiero, gdy ruszyła ku niemu z rozłożonymi rękami: cienka bawełna przesunęła się na piersiach. Była boso. Jasne włosy opadały jej na ramiona.
— Ostatni raz widzieliśmy się na grillu — powiedziała, wtulając się w jego ramię. — Piętnaście miesięcy temu.
— Piętnaście. Liczyłem.
— To miło. — Odsunęła się z uśmiechem, zostawiając na chwilę dłoń na jego piersi.
W kuchni sięgnęła po szklanki z górnej półki kredensu. Wspięła się na palce i wyciągnęła ramię, a sukienka podjechała do połowy pośladków. Adam niósł z przedpokoju torbę z butelką i przystanął w drzwiach. Zobaczył tył jasnych, umięśnionych ud i czarną koronkę majtek, której brzeg przecinał dolną część pośladków. Gdy Elena opuściła rękę, materiał zsunął się z powrotem.
— Podasz mi lód z zamrażarki? — zapytała przez ramię.
Marek stał w drzwiach salonu. Nie widział Eleny od tyłu, za to obserwował twarz Adama: napiętą szczękę i spojrzenie, które przyjaciel odwrócił odrobinę za późno. Poczuł jednocześnie zazdrość i podniecenie. Elena nie poprawiła sukienki. Miał wrażenie, że zauważyła zainteresowanie gościa, choć nie obejrzała się na niego.
Elena nalała mężczyznom whisky z colą, sobie białego wina. Marek dostał słabszego drinka. Miał później wyglądać na pijanego, nie upić się naprawdę.
Siedli w salonie. Adam rozłożył się w fotelu naprzeciw kanapy, z szeroko rozstawionymi kolanami. Opowiadał o awansie, o podwyżce, o mieszkaniu, które chciał kupić na Woli, o Ani, z którą się rozstał („Nie wyszło”), i o konferencji, na której jutro miał mówić dwadzieścia minut o czymś, co sam uważał za nudne. Elena opowiadała o Norwegii, o dużym projekcie dla firmy ekologicznej, o kliencie, który co tydzień zmieniał zdanie co do odcienia zieleni. Marek odzywał się rzadziej i patrzył, jak ona się śmieje, z głową odrzuconą do tyłu, jak sięga po kieliszek, jak poprawia włosy. Dawno nie widział jej tak rozluźnionej przy kimkolwiek poza nim.
Około dziewiętnastej Elena pochyliła się nad stolikiem, żeby dolać Adamowi coli, a dekolt sukienki rozchylił się. Zobaczył wewnętrzną stronę lewej piersi aż po jasny brzeg otoczki, a kiedy sutek, drażniony cienką bawełną, napiął się pod materiałem, nie musiał już niczego zgadywać. Podniosła wzrok, spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła się, jakby nie zrobiła nic niezwykłego.
— Powiedz, kiedy.
— Kiedy… — Odchrząknął. — Wystarczy.
Niskie słońce oświetlało kanapę przez drzwi balkonowe. Elena usiadła w kącie, podciągnęła nogi i zwinęła się z kieliszkiem w dłoni; Adam siedział w fotelu naprzeciwko. Cienka bawełna sukienki przestała cokolwiek ukrywać. Widział kontury ud, linię bioder, a kiedy zmieniła pozycję i kolano uniosło brzeg materiału, zobaczył wnętrze uda i czarny trójkąt koronki. Bielizna zdradzała więcej, niż powinna: gładką, jasną skórę, zupełnie nagą, i ledwie dostrzegalną, cieniutką kreskę ciemniejszych włosków, jedyny niewydepilowany fragment. Adam przełknął ślinę. Przeniósł wzrok na okno, potem na szklankę, w końcu na Marka, który przyglądał mu się spokojnie.
Elena zauważyła spojrzenie Adama i nie poczuła wstydu. Podobało jej się jego zainteresowanie, choć co chwilę próbował je ukryć. Nie poprawiła sukienki. Zmieniła pozycję tak, by słońce oświetlało ją wyraźniej.
O dwudziestej zjedli na balkonie to, co Elena zdążyła przygotować: pieczone warzywa, ser, chleb. Nad miastem zapadał zmierzch. Adam pił szybko, z apetytem, tak jak zawsze. Marek udawał, że dotrzymuje mu kroku, i coraz częściej zerkał na żonę. Raz, odkładając nóż, dotknął kolanem kolana Eleny pod stołem i poczuł, że nie cofnęła nogi.
O dwudziestej pierwszej trzydzieści powiedziała, że idzie pod prysznic, i zostawiła ich z whisky i krótkim, nagle niezręcznym milczeniem.
— Masz szczęście, Marek — odezwał się Adam cicho, nie odwracając głowy od korytarza, w którym zniknęła.
— Wiem.
Adam pokiwał głową. Chciał jeszcze coś dodać, ale zamiast tego dolał im obu.
Wróciła po kwadransie. Wilgotne włosy skręcały jej się w drobne loki przy karku. Miała na sobie halkę z satyny w kolorze szampana, cienką, do połowy uda, na wąskich ramiączkach, a na nią narzucony jedwabny szlafrok barwy kości słoniowej, niezawiązany. Usiadła na kanapie, podciągnęła nogi i szlafrok rozsunął się po obu stronach, odsłaniając to, co cienki materiał zasłaniał tylko z grubsza: udo, łydkę, linię biodra, ciemniejsze kółka sutków pod satyną. Halka przylegała do ciepłej skóry.
Marek obserwował gościa, który nie potrafił oderwać wzroku od Eleny. Ona siedziała zwrócona ku wyłączonemu telewizorowi.
Kiedy sięgała po kieliszek, rozchyliła szlafrok szerzej, jakby przypadkiem, a halka podjechała po biodrze i odsłoniła wąski pasek jasnej koronki. Gdy zakładała nogę na nogę, przez ułamek sekundy Adam zobaczył to, co koronka miała przed nim ukryć i czego nie ukrywała wcale. Odwrócił głowę i ostrożnie odstawił whisky.
O dwudziestej drugiej piętnaście wstała.
— Idę się położyć. Nie przesadzajcie.
Pocałowała Marka w czoło, krótko, ciepło, a potem pochyliła się nad fotelem i pocałowała Adama w policzek. Jej usta zostały na jego skórze o ułamek sekundy dłużej, niż wymagała grzeczność. Adam zamknął oczy, jakby chciał to zapamiętać.
— Dobranoc, Elena — powiedział, a głos miał grubszy niż zwykle.
Przez następne dwie godziny siedzieli przy kuchennym stole. Wspominali studia: dawne dziewczyny, ledwo zdane egzaminy i plany, z których niewiele zostało. Adam wyobrażał sobie wtedy, że przed trzydziestką założy firmę; Marek liczył, że do tego czasu będzie miał więcej spokoju. Whisky ubywało. Marek dolewał sobie głównie coli. Stopniowo zaczął też mówić wolniej i odpowiadać z opóźnieniem.
Kwadrans po północy położył czoło na przedramionach i zamknął oczy. Siedział nieruchomo, oddychał głęboko i słuchał, jak przyjaciel odstawia szklankę.
— Marek? Stary?
Ręka na ramieniu, potrząśnięcie. Marek jęknął niewyraźnie i odwrócił głowę na drugą stronę. Adam roześmiał się cicho, bez złośliwości, tak jak w akademiku, kiedy pomagał mu trafić do łóżka po kolejnej imprezie.
— Dobra. Chodź, zaprowadzę cię.
Podniósł Marka z krzesła i przerzucił sobie jego rękę przez kark. Marek powłóczył nogami, wspierając się na przyjacielu. Szli korytarzem powoli, krok za krokiem, mijając walizkę Adama i buty zostawione przy wejściu.
Z korytarza padał na łóżko wąski pas światła. Okno było otwarte; w sypialni pachniało kremem do rąk. Elena leżała na brzuchu, na wierzchu kołdry, z twarzą zwróconą do ściany. Halka podciągnęła się tuż pod dolną krawędź pośladków. Adam zobaczył jasną koronkę majtek i odsłonięte uda. Na moment przystanął, wciąż podtrzymując Marka.
Przy łóżku stał szeroki fotel z rozkładanym oparciem i podnóżkiem. Adam podprowadził do niego Marka, nie chcąc budzić Eleny.
Usadził go ostrożnie, odchylił oparcie i uniósł podnóżek. Przykrył go kocem. Marek mruknął coś o sprawozdaniu i znieruchomiał. Spod przymkniętych powiek widział stojącego przy łóżku Adama. Przyjaciel przez chwilę przyglądał się sylwetce Eleny w półmroku.
Leżała nieruchomo. Słyszała go obok, ale nie otworzyła oczu ani nie zmieniła pozycji.
W końcu odwrócił wzrok. Poprawił koc na Marku i wycofał się z sypialni, ostrożnie przymykając drzwi. Poszedł do łazienki i odkręcił wodę.
Gdy usłyszeli szum prysznica, Elena usiadła na łóżku. Marek otworzył oczy i przesiadł się na jego brzeg. W półmroku patrzyli na siebie.
— Patrzył na mnie? — wyszeptała.
— Tak.
— Dalej chcesz?
— A ty?
Spoważniała. Przez chwilę nie odpowiadała.
— Tak — powiedziała w końcu. — Chcę. Ale jeśli w którymś momencie coś mi się nie spodoba, wracam.
— Wiem.
— Korytarz? — zapytała jeszcze.
— Korytarz.
Skinęła głową. Pocałowała go, wygładziła halkę na biodrach i usiadła obok. Przez kwadrans trzymali się za ręce, nie odzywając się do siebie. Marek próbował uspokoić oddech. Myślał o Elenie, o kanapie, o zdaniu „Ty też możesz zmienić zdanie w każdej chwili” i o tym, że gdyby teraz wstał i powiedział, że to głupota, ona by się nie obraziła. Nie wstał.
Po dwudziestominutowym prysznicu Adam wyszedł z łazienki w szarych dresach i czarnej koszulce. Z mokrych włosów kapało mu na ramiona. Poszedł do salonu.
W sypialni jeszcze przez kilka minut siedzieli obok siebie. Wreszcie Elena wstała i wyszła. Marek odczekał kilka sekund, po czym poszedł za nią boso i stanął w cieniu za framugą.
Kilka minut wcześniej Adam położył się na rozłożonej kanapie, którą Elena zawczasu zaścieliła. Leżał w dresach i koszulce, z jedną ręką pod głową, i czuł zapach świeżej pościeli. Salon oświetlała tylko przyciemniona lampa w kącie. Przez uchylone drzwi balkonowe wpadało chłodniejsze, nocne powietrze.
Nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok, ale wciąż wracały te same obrazy: czarna koronka w kuchni, miękki dekolt, słońce w drzwiach balkonowych, a potem ciemna sypialnia i jej postać na łóżku. Marek był jego najstarszym przyjacielem. Na myśl o nim robiło mu się wstyd.
W końcu przestał z tym walczyć. Wsunął rękę pod gumkę dresów. Był twardy od kilku godzin i dotyk, który miał przynieść ulgę, od pierwszego ruchu pogorszył sprawę. Zamknął oczy. Wyobrażał sobie, że drzwi się otwierają, że Elena wchodzi bez szlafroka, z rozpuszczonymi włosami, siada mu na kolanach, całuje go w szyję i szepcze, że od dawna o tym myślała. Poruszał dłonią wolno, z ustami rozchylonymi w ciemności, i na chwilę przestał myśleć o przyjacielu.
Podłoga w korytarzu skrzypnęła.
Zamarł. Ręka została w dresach, serce zabiło tak mocno, że poczuł je w skroniach. W drzwiach salonu stała Elena.
Była w samej halce, bez szlafroka. Światło z korytarza padało jej na plecy i satyna, rozjaśniona od tyłu, nie ukrywała niczego: ani linii bioder, ani ciemniejszych kółek sutków, ani zarysu bielizny między udami. Włosy miała rozpuszczone. Stała bardzo spokojnie, z jedną dłonią na framudze, i patrzyła na niego. Nie umiał ocenić, ile dostrzegła w półmroku.
— Adam.
Wyciągnął dłoń z dresów tak szybko, jakby go sparzyło, i usiadł, naciągając koc na kolana.
— Elena, ja… to nie… Chodź, odprowadzę cię. Powinnaś wrócić do Marka.
Wstał, owinięty w koc, i chwycił ją ostrożnie za łokieć, żeby ją zawrócić w stronę korytarza. Nie ruszyła się. Położyła mu dłoń płasko na piersi, tam, gdzie serce biło najmocniej, i spojrzała prosto w oczy.
— Jestem tu, bo chcę.
Whisky wciąż lekko szumiała mu w głowie. Nie chciał jednak rano siadać naprzeciwko przyjaciela i udawać, że nic się nie wydarzyło.
— To mój przyjaciel, Elena. Nie chcę go oszukiwać.
— Wiem. Ale z Markiem jesteśmy w otwartym związku.
Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Patrzył na nią uważnie, po czym puścił jej łokieć.
— Chcę — powiedział ochryple.
Pocałowała go pierwsza. Usta miała miękkie i smakowały winem oraz miętą z pasty do zębów. Koc zsunął mu się z bioder. Objęła go za szyję, on ją w pasie, i przez cienką satynę poczuł wszystko: żar jej skóry, napięte sutki przy swojej piersi, miękkość brzucha. Jęknął w jej usta. Elena odsunęła się odrobinę i popchnęła go lekko w stronę kanapy.
— Usiądź.
Usiadł. Uklękła między jego kolanami na dywanie i położyła obie dłonie na jego udach. Nie spieszyła się. Przesunęła palcami po dresie, po całej długości, w górę, i zatrzymała dłoń tam, gdzie materiał napinał się najmocniej. Adam wciągnął powietrze przez zęby.
— Jesteś twardy — szepnęła. — Większy, niż myślałam.
Wsunęła palce pod gumkę. Pomógł jej, unosząc biodra, i spodnie dresowe zsunęły się do kolan razem z bielizną. Zdjął je do końca i odłożył na podłogę. Wzięła go w dłoń, ciepłą i pewną, i przez chwilę tylko patrzyła, z lekko rozchylonymi ustami. Potem zaczęła poruszać ręką: powoli, w górę i w dół, z kciukiem krążącym po gładkiej, wilgotnej główce.
— Chyba ci się to podoba — szepnęła.
Nie odpowiedział. Odchylił głowę na oparcie kanapy, a kiedy poczuł jej język, najpierw na samym czubku, szybki, lekki, potem wzdłuż całej długości, od nasady aż do góry, jęknął na głos i położył dłoń na jej włosach. Elena wzięła go w usta powoli, głęboko. Poczuł otaczające go ciepło. Poruszała się najpierw wolno, jakby smakowała, potem pewniej, z dłonią zaciśniętą u nasady i z rytmem, który przyspieszał i zwalniał tak, że nie umiał go przewidzieć ani wstrzymać. Spojrzała w górę. Jej oczy w świetle lampy były wilgotne i ciemne. Nie odrywała od niego wzroku.
Wytrzymał kilka minut. Czuł wypitą whisky, ale uwagę skupiał na jej ustach i spojrzeniu. Napięcie w dole brzucha narastało.
— Elena… jeśli nie przestaniesz…
Nie przestała. Przyspieszyła, wzięła go głębiej i kiedy szczytował, długo, falami, z głową odchyloną do tyłu i dłonią zaciśniętą na jej włosach, przyjęła wszystko. Czuł, jak przełyka, spokojnie, bez pośpiechu. Dopiero kiedy przestał drżeć, wysunęła go z ust, otarła kącik warg kciukiem i spojrzała na niego z bezwstydnym uśmiechem.
— Teraz ty zajmij się mną — powiedziała.
Wstała i stanęła przed nim w świetle lampy. Chwyciła dół halki obiema rękami i ściągnęła ją przez głowę jednym ruchem. Satyna spłynęła na podłogę. Została w jasnych, koronkowych majtkach.
Adam patrzył na jej pełne piersi z ciemnoróżowymi sutkami i płaski brzuch z delikatnie zarysowanymi mięśniami. Pod jasną koronką rysował się wyraźnie wąski paseczek ciemnych włosków, wcześniej ledwie widoczny.
Położyła się na rozłożonej kanapie, na plecach, i uniosła biodra.
— Zdejmij.
Zsunął koronkę po jej udach, powoli, centymetr po centymetrze, a kiedy materiał opuścił jej stopy, nie rzucił go na podłogę, tylko przez chwilę trzymał w dłoni, ciepły i wilgotny. Elena rozchyliła nogi. Wszystko było takie, jak odgadywał przez koronkę: gładkie, różowe, błyszczące od wilgoci, z tym jednym wąskim paseczkiem włosków.
Pochylił się nad nią. Pocałował najpierw jedną pierś, potem drugą; obwodził językiem sutek i delikatnie go ssał, aż westchnęła i wplotła palce w jego włosy. Zszedł niżej: po mostku, po płaskim brzuchu, po mięśniach, które drżały pod jego ustami. Pocałował zagłębienie pępka. Dotknął wargami paseczka włosków, cienkiego i miękkiego, i przesunął po nim nosem, wdychając zapach mydła i jej własny, ciepły, lekko słodkawy.
Na wewnętrznej stronie ud skóra była gorąca i lekko wilgotna; całował każde z ud, wolno, od kolana w górę, i słyszał, jak jej oddech rwie się za każdym razem, gdy był bliżej. W końcu, nie spiesząc się, bo już raz doszedł i wiedział, że ma czas, pocałował ją tam, gdzie czekała.
Smakowała słono i trochę słodko. Przesunął językiem w górę, po całej długości, i Elena wciągnęła powietrze. Zrobił to jeszcze raz, szerzej, i jeszcze, aż jej biodra zaczęły unosić się mu naprzeciw. Nie przyspieszał. Znalazł łechtaczkę i okrążył ją czubkiem języka, lekko. Zareagowała od razu: głosem i mocniejszym uściskiem palców w jego włosach.
— Tak… — szepnęła. — Właśnie tak. Nie przerywaj.
Nie przerywał. Pieścił ją długo, cierpliwie, słuchając. Kiedy jej oddech przyspieszał, nie zmieniał niczego; kiedy biodra szły mu naprzeciw, obejmował je dłońmi i zwalniał, dokładnie tak, jak chciała. Wsunął w nią palec, potem drugi, wygiął je ku górze. Kiedy trafił w miejsce, które wywołało cichy krzyk w poduszkę, nie zmienił już rytmu. Jej uda drżały mu przy policzkach, brzuch napinał się falami; jedna dłoń zjechała z jego włosów na prześcieradło i zacisnęła się na nim tak mocno, że pobielały kłykcie.
— Adam… Adam…
Szczytowała falami: wygięła plecy w łuk, wcisnęła kark w poduszkę i jęknęła tak głośno, że przycisnęła do ust nadgarstek. Został przy niej, aż napięcie ustąpiło, a jej uda opadły mu na barki.
Leżała chwilę z zamkniętymi oczami, z szybko unoszącą się klatką piersiową.
Marek stał metr od framugi, w cieniu, oparty plecami o ścianę, i wsłuchiwał się w odgłosy z salonu. Słyszał wszystko od początku: kroki Eleny, szept Adama, jej „Jestem tu, bo chcę”, które zabolało, a zarazem podnieciło go bardziej, niż oczekiwał. Z miejsca, w którym stał, widział tylko wycinek pokoju: róg kanapy, głowę Adama odrzuconą do tyłu, jasne plecy żony, kiedy klękała. Był twardy tak, że bolało. Chciał wejść. Chciał uciec.
Nadal mieszały się w nim złość, wdzięczność, wstyd i pożądanie. Wsunął rękę w spodnie.
— Jeszcze mi mało — wyszeptała do Adama, kiedy odzyskała oddech. — Chodź do mnie.
Adam uklęknął obok niej i obrócił ją na brzuch. Ujął ją za biodra i uniósł je; podciągnęła kolana pod siebie, a czoło oparła na poduszce, wyciągając ręce przed siebie. Gdy przesunął się za nią, spojrzała na niego przez ramię spod rozsypanych włosów.
Przez dłuższą chwilę tylko patrzył: na jasne plecy z zarysem kręgosłupa, na szerokie biodra, na rozchylone w tej pozycji pośladki, a pod nimi, w świetle lampy, na wilgotną, różową, otwartą na niego Elenę. Skóra była gorąca pod palcami. Ustawił się przy niej.
Marek przesunął się pół kroku bliżej framugi i widział teraz więcej. Po raz pierwszy zobaczył Adama całego: nie twarz i ramiona, które znał od lat, tylko to, co miał między nogami, ciężkie, sztywne, o wiele większe od jego własnego. Ścisnęło go w żołądku. Nie przestał patrzeć. Kiedy Adam wszedł w nią powoli, centymetr po centymetrze, a Elena wydała niski, głośny jęk, jakiego Marek nie słyszał od lat, jego dłoń zaczęła poruszać się w rytmie, który tamten nadawał jej biodrom.
Adam zatrzymał się, żeby mogła przywyknąć; sam też potrzebował chwili, by opanować podniecenie. Potem zaczął się poruszać: długo, głęboko, w wolnym rytmie, któremu towarzyszyły jej westchnienia. Odpowiadała biodrami, wypychała się ku niemu, nabijała się na niego i po kilkunastu ruchach zaczęła mówić, cicho, zachłannie, bezwstydnie:
— Tak… głębiej… właśnie tak… nie przestawaj…
Dostosowywał się do jej ruchów. Po kilku minutach, kiedy jej plecy pokryły się cienką warstwą potu, a głos zaczął łamać się przy każdym ruchu, sięgnął ręką pod jej brzuch. Dłoń zjechała po gładkiej skórze, przez wąski paseczek włosków, który wyczuł pod palcami, i dalej, do łechtaczki. Elena krzyknęła w poduszkę. Krążył po niej kciukiem w rytmie bioder, aż zaczęła drżeć na całym ciele.
— Wstańmy — wydyszała.
Wysunął się z niej. Pomógł jej wstać, bo kolana ugięły się pod nią. Podeszła do szafy z lustrzanymi drzwiami i zatrzymała się bokiem do wejścia, pamiętając o Marku. Oparła dłonie o taflę, a Adam stanął za nią. W lustrze spotkały się ich spojrzenia; za nimi odbijała się kanapa, ale nie korytarz. Stamtąd Marek widział ich oboje z profilu. Adam wszedł w nią znowu, tym razem stojąc. Reagowała gwałtowniej, niż się spodziewał: odchylała głowę i śmiała się bez tchu. Poruszał się w niej mocno i głęboko, z biodrami, które pracowały równo, i czuł stopniowo narastające napięcie jej ciała.
— Dotknij mnie — poprosiła.
Sięgnął przed jej biodra i odnalazł łechtaczkę kciukiem. Krążył po niej w rytmie pchnięć, najpierw lekko, potem mocniej, kiedy zaczęła oddychać urywanymi, krótkimi haustami, i wyczuł drżenie jej nóg. Nie zmieniał rytmu. Oparła czoło o lustro i wyszeptała „teraz”, a po chwili zaczęła szczytować: krócej niż za pierwszym razem, ale mocniej, z głośnym, urwanym jękiem, który przeszedł w śmiech, a potem znowu w jęk. Wyprostowała się i oparła o niego całym ciężarem, a on, żeby nie dojść razem z nią, zwolnił i przez chwilę oddychał głęboko, z zamkniętymi oczami.
Wysunął się z niej, a kiedy się odwróciła, zaniósł ją z powrotem na kanapę. Położył na plecach, na zmiętej pościeli, i uniósł jej nogi, jedną po drugiej, na swoje ramiona. Patrzyła na niego z dołu: z policzkami zaróżowionymi, z włosami rozsypanymi na poduszce, z ustami rozchylonymi i opuchniętymi od pocałunków.
— Mocno — wyszeptała. — Teraz mocno.
Wszedł w nią do końca, głęboko, jak nigdy dotąd, i Elena krzyknęła tak głośno, że sama przycisnęła do ust przedramię, ale po chwili je opuściła. Nie obchodziło jej już, kto słyszy. Poruszał się w niej mocno, z rękami opartymi po obu stronach jej głowy, i patrzył, jak zmienia się jej twarz: brwi zbiegły się, usta otworzyły się szeroko. Zacisnęła powieki, po czym znów na niego spojrzała. Jej piersi drżały przy każdym pchnięciu. Z gardła dobywały się urywane, niskie dźwięki, na granicy płaczu i śmiechu. Powtarzała przeciągłe „tak”, a on przyspieszył.
W korytarzu Marek zrozumiał, że nie wytrzyma ani chwili dłużej. Zobaczył twarz Eleny w tym ułamku sekundy, w którym zamknęła oczy, zobaczył Adama nad nią, usłyszał własne imię, wykrzyczane razem z imieniem tamtego, i nie potrafił się już powstrzymać. Doszedł bez dźwięku, z czołem przyciśniętym do chłodnej ściany i dłonią zaciśniętą na ustach, a kolejne fale sprawiały, że uginały się pod nim nogi. Był to najmocniejszy orgazm w jego życiu i nie wiedział jeszcze, co o tym myśleć.
Adam poczuł, jak Elena zaciska się na nim tak mocno, że przez ułamek sekundy nie mógł się ruszyć. Przeszło przez nią wszystko naraz: wygięła się w łuk, uda zadrżały mu na ramionach, krzyknęła jego imię albo imię męża, albo oba razem, i szczytowała długo, falami. Poruszał się w niej jeszcze trzy, cztery razy, tak długo, jak potrzebowała, potem wysunął się, bo wiedział, że za chwilę nie da rady.
— Na mnie — wydyszała. — Chcę to poczuć.
Uklęknął nad nią, ścisnął się dłonią, jeszcze raz, jeszcze dwa, i doszedł z jękiem, który wydobył się z niego jakby z głębi piersi. Trysnął na jej brzuch, na piersi, wyżej, na szyję, a ostatnia fala dosięgnęła brody i kącika ust. Elena roześmiała się cicho, bez tchu, tym leniwym, ciepłym śmiechem, który miała zawsze po wszystkim.
Leżała jeszcze chwilę, ciężko oddychając. Potem sięgnęła po chusteczki ze stolika obok kanapy, otarła się bez pośpiechu, z lekkim, zmęczonym uśmiechem, usiadła i pocałowała Adama w czoło. Podniosła z podłogi halkę.
— Rano masz wystąpienie — powiedziała, wciągając satynę przez głowę. — Powodzenia.
— Elena… — Miał głos zdarty do szeptu. — Co teraz?
— Teraz nic. — Poprawiła ramiączko. — Dziękuję, Adam.
— To ja…
— Wiem.
Pocałowała go jeszcze raz, krótko, i wyszła. Szła powoli, boso, z rozwichrzonymi włosami i halką przylegającą do wilgotnej skóry, a w progu zatrzymała się na ułamek sekundy, patrząc w głąb korytarza. Był pusty.
Marek zdążył wrócić do sypialni, zanim podeszła do drzwi. Wycofał się, gdy usłyszał szelest chusteczek. Przemknął boso przez korytarz, przymknął za sobą drzwi i położył się pod kołdrą. Dopiero wtedy poczuł, jak mocno drżą mu ręce.
Weszła po minucie. Zamknęła drzwi, oparła się o nie plecami i przez chwilę stała bez słowa. Marek leżał na plecach z otwartymi oczami.
— Jestem — powiedziała cicho.
— Widziałem.
— Wiem. — Podeszła do łóżka i usiadła na jego krawędzi. — Czułam twoje spojrzenie.
— Doszedłem tak, że prawie upadłem na kolana.
— Domyśliłam się.
Zaśmiała się cicho i wsunęła pod kołdrę. Położyła głowę na jego ramieniu, tak jak wiele razy wcześniej.
— Wszystko w porządku? — zapytała po chwili. — Naprawdę?
Zastanowił się. Podniecenie jeszcze nie opadło; zazdrość także nie zniknęła.
— Zabolało, kiedy do niego poszłaś — powiedział wolno. — Potem już nie. Potem było tylko… nie mam na to słowa.
— Chciałam tego — powiedziała. — A teraz chcę być z tobą.
Przez chwilę leżeli w ciszy. Gdzieś za ścianą, w salonie, skrzypnęła kanapa, kiedy Adam przewrócił się na bok, i oboje, nie patrząc na siebie, uśmiechnęli się w ciemności. Elena wzięła dłoń męża i położyła ją sobie na brzuchu, gdzie skóra była jeszcze gorąca.
— Rano zrobimy mu śniadanie. — Zawahała się. — Nie wiem, co mu powiem.
— Ja też nie.
— To będzie dziwne.
Zaśmiali się cicho.
O trzeciej w nocy w mieszkaniu nie było już żadnego dźwięku poza ich oddechami. Marek leżał z otwartymi oczami i po raz pierwszy od miesięcy nie sprawdzał w głowie, co jeszcze zostało do zrobienia.
Jmalkowich
Jak Ci się podobało?