Rachunek z Chorwacji (I)

13 sierpnia 2026

Opowiadanie z serii:
Rachunek z Chorwacji

24 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

I

Czy można chcieć czegoś więcej?

To miały być piękne wakacje. Wspaniały hotel nad samym morzem, chorwackie słońce, bałkańskie specjały, upojny czas we dwoje. Miało tak być…

        Przyznam, że byłem zapracowanym człowiekiem. Od studiów minęło kilka lat. Znalazłem świetną pracę, która niemal całkowicie pochłaniała mój czas – ciągłe podróże, późne powroty z biura. Rodzice pomogli mi kupić samochód, a mieszkanie nabyłem bardzo korzystnie, choć na kredyt. Ale kto dzisiaj nie ma kredytu? Powoli je umeblowałem i wyposażyłem. Nie miałem niestety czasu, by cieszyć się własnym kątem, a tym bardziej myśleć o kobiecie na stałe. Jaka praca, takie życie…

        Żonę poznałem przez szczęśliwy przypadek, na imieninach wspólnej znajomej. Wcześniej nawet nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. Była czarującą brunetką, nieco młodszą ode mnie. Zaskoczyło mnie, że od razu między nami zaiskrzyło. Prosto z przyjęcia poszliśmy na długi wiosenny spacer i tak to się zaczęło. Spacery były coraz częstsze i dłuższe, kiedy tylko czas mi na to pozwalał. Rozmawialiśmy o muzyce, filmach, kabarecie. Snuliśmy marzenia o egzotycznych wyprawach. Mieliśmy zbliżone gusta i podobne poczucie humoru. Faceci niejednokrotnie oglądali się za nami, kiedy szliśmy razem. Za nami? No nie, to za nią się oglądali, a ja kroczyłem dumny jak paw.

        Jola ukończyła studia pedagogiczne, ale nie była pewna, czy chce pracować w szkole. Zrobiła sobie rok przerwy i zatrudniła się w prywatnym przedszkolu. Po dwóch latach przedszkole zamknięto, bo brakowało dzieci. Znów roczna przerwa i rozterka: co dalej? Okazało się, że w przyszłym roku w miejscowej podstawówce polonistka odchodzi na urlop macierzyński. Część godzin miała zostać rozdzielona między innych nauczycieli, ale wszystkich nie dało się obsadzić. Rozpoczęto poszukiwania na zewnątrz i natrafiono na Jolę. Zdecydowała się przyjąć ofertę, już się nie wzbraniała przed szkołą.

        Moja nowa sympatia mieszkała dwadzieścia parę kilometrów ode mnie, w sąsiednim miasteczku. Z czasem poznałem jej rodzinę, przesympatycznych ludzi. Zapewne przypadłem im do gustu, bo przyjmowali mnie z radością. Znakomicie nam się rozmawiało. Młodszy brat, Benek, nadawał na tych samych falach co ja, rozumieliśmy się niemal bez słów. Nie odczuwałem z ich strony wyrachowania, że oto trafił się dobry kandydat, warto wydać Jolę za mąż. O tym mieliśmy zdecydować tylko we dwoje. I zdecydowaliśmy!

        Ślub odbył się już we wrześniu, bez zbytniego rozmachu, a wesele w gronie najbliższych. W podróż poślubną do Chorwacji postanowiliśmy pojechać na początku czerwca następnego roku. Udało się zarezerwować świetny hotel w pięknej okolicy. Nie było to tanie, ale na podróży poślubnej nie wypadało oszczędzać. Kupiliśmy kilka przewodników i szukaliśmy w internecie niedalekich atrakcji. Nigdy wcześniej nie byliśmy nad Adriatykiem, zresztą żadne z nas nie mogło się dotąd pochwalić zbyt wieloma wyjazdami.

        Rodzice byli zachwyceni Jolą, a mama, kobieta bardzo dociekliwa, często wypytywała mnie o szczegóły naszego wspólnego życia. Nie potrafiłem niczego ukrywać, bo byłem naprawdę szczęśliwy.

        Kolejne miesiące wypełniała nam radość z bycia razem. Choć nie mogłem poświęcić żonie tyle czasu, ile bym chciał, każdą wspólną chwilę staraliśmy się wcześniej zorganizować. Zwykle harmonogramy i tak brały w łeb, bo gdy mieliśmy siebie blisko, do czego miałyby być nam potrzebne jakieś plany? Mijały tygodnie, a moje szczęście dodawało mi sił do pracy i podróży.

        Wreszcie nadszedł czerwiec, a wraz z nim wyczekiwany przez nas z utęsknieniem dwutygodniowy wyjazd. Bagaże czekały przy drzwiach, a nam dopisywały świetne humory – w głowach mieliśmy już tylko lazurowe morze. Na lotnisko podrzucił nas Benek i pożegnał z uśmiechem, nie ukrywając zazdrości.

II

Warto było?

        Do celu dotarliśmy wczesnym wieczorem, płacąc krocie lotniskowemu taksówkarzowi. Trudno, ceny już wakacyjne. Hotel nas nie zawiódł – był znakomity, a przy tym niezbyt duży. Elegancko wykończony, z dbałością o każdy szczegół, z mnóstwem zieleni wokół i wąskim, podłużnym tarasem wychodzącym wprost na plażę. Leżał nad niewielką, urokliwą zatoczką. Po jej drugiej stronie pysznił się ogromny kompleks, a nad wysokim parterem, dokładnie naprzeciw nas, znajdowała się rozległa kawiarnia z częścią otwartą na zewnątrz. Z pewnością było z niej widać w całej okazałości ośrodek, w którym mieszkaliśmy. Dzielił nas w zakolu zatoki piękny park z wąskim, piaszczystym pasem plaży od strony wody. Rozlokowaliśmy się w sympatycznym apartamencie na drugim piętrze, obejmującym salon z balkonem oraz przytulną sypialnię z łazienką.

        Pierwsze wrażenia były znakomite. Widok z balkonu na zatokę, ale też na otwarte morze, lśniące w blasku zachodzącego słońca, wzbudził w nas radosne podniecenie. Cieszyliśmy się, że wybór miejsca na romantyczny wyjazd był ze wszech miar trafiony. We wspólnym, milczącym zachwycie była pełna zgoda, że to jest dokładnie to, na co czekaliśmy niemal cały rok.

        Zaraz po rozpakowaniu bagaży postanowiliśmy pójść na kawę. Beztrosko zbiegliśmy schodami na parter, ignorując windę – trochę ruchu po podróży dobrze nam zrobiło. Przeszliśmy przez kawiarnię i zajęliśmy stolik przy zewnętrznej barierce tarasu, by napawać się widokiem morza. Zamówiliśmy podwójne espresso i jakiś firmowy napój z lodem. Oprócz nas na tarasie siedziało starsze małżeństwo zajęte rozgorączkowaną dyskusją. Dwa stoliki dalej rozparł się ostentacyjnie typek usiłujący uchodzić za playboya i światowca. Kiedy usiedliśmy, zaczął natarczywie wpatrywać się w Jolę i od czasu do czasu posyłał jej szerokie uśmiechy. Widać było, że mojej żonie to nie przeszkadzało, może nawet zaczęło się podobać, bo starała się przyjaźnie odwzajemniać te gesty.

        Goguś mógł mieć około czterdziestki. Był dobrze zbudowany, z owłosioną klatą i kilkudniowym zarostem. Wystrojony w drażniące jaskrawymi kolorami kąpielówki, tanie, piankowe klapki oraz szpanerskie okulary przeciwsłoneczne we włosach. Małe, złote kolczyki w uszach, zdecydowanie zbyt gruby łańcuch na szyi i niezliczone bransoletki uzupełniały ten osobliwy zestaw. Popijał kawę, a podnosząc filiżankę, odchylał mały palec w geście, który w jego mniemaniu stanowił szczyt salonowego obycia. Przed nim, niewątpliwie dla kamuflażu, leżała złożona gazeta. Nietrudno było się domyśleć, że nie zamierzał do niej zaglądać, bo co innego stanowiło sferę jego zainteresowań. Ale mogło być tak, że rozumienie czytanych tekstów przekraczało jego możliwości.

        Ogólnie sprawiał fatalne, kiczowate wrażenie podmiejskiego alfonsa – człowieka, któremu tandetny blichtr mylił się z elegancją. Mimo to przypuszczałem, że niektórym kobietom musiał się podobać i być może wcale takich nie brakowało. Byłem zupełnie pewny, że moja żona ma znacznie lepszy gust. Dlaczego więc w ogóle zwracała uwagę na kogoś takiego? Śmiałem się w duchu z jego zabiegów: Nie rób sobie żadnych nadziei, naiwny człowieczku!

        Następnego dnia po śniadaniu, gdy Jola zdecydowała się pójść na kawę, wróciłem do pokoju, by popracować kilka godzin na laptopie. Nie chciałem, żeby urlop spowodował zaległości, których później nie będę w stanie nadrobić. Minęło sporo czasu, a ona nie wracała. Wyszedłem na balkon – roztaczał się z niego widok na całą, nieosłoniętą markizami część tarasu. Ku mojemu zaskoczeniu i nieodpartej irytacji, przy jednym ze stolików dostrzegłem ją w towarzystwie tego infantylnego macho. Żywo gestykulując, prowadzili radosną, raczej głośną rozmowę; dolatywały do moich uszu strzępy łamanego angielskiego.

        Trochę mnie zmroziło, ale pomyślałem: Niech się przekona, co to za facet. Niemożliwe, żeby mógł ją oczarować. Nie ktoś taki! Niebawem wróciła, a ja nie przyznałem się, że widziałem ich razem. Po południu czekała nas ciekawa eskapada wynajętym w hotelu samochodem – to było najważniejsze. A wieczorem smakowite owoce morza, później miło spędzony czas w łóżku.

        Kolejny poranek nie przyniósł zmiany. Ja przy laptopie, a szczebiocząca para przy kawie. Jakoś to zniosłem, choć nie umknęło mi, że dogadują się coraz lepiej, niemal jak starzy znajomi. Raz po raz dochodził mnie śmiech i podniesione głosy. Czy chciałem, czy nie, zaczęło rosnąć we mnie rozdrażnienie. Nie przyjechałem tu z żoną po to, aby adorowali ją jacyś koszmarni osobnicy. Musiałem jakoś odreagować, więc najlepszym wyjściem była następna wyprawa w teren i powtórka wczorajszego wieczoru.

        Czwarty dzień zaczął się podobnie – do obiadu ten sam schemat. Później czas upłynął nam głównie na opalaniu się na pobliskiej plaży, bo postanowiliśmy wykorzystać uroki słonecznej pogody. Hotelowy amant oczywiście też rozłożył koc, tak by dobrze nas widzieć. Nie starczyło mu odwagi, żeby podejść. Może zdecydowałby się, gdyby mnie nie było. Na moje towarzystwo nie miał ochoty i sprawiał wrażenie niezmiernie rozczarowanego, że przepadła mu kolejna okazja na sam na sam z nową znajomą.

        Standardowo po śniadaniu wróciłem do pracy, a Jola została na tarasie. Postanowiłem być bardziej czujny i nie minęło pół godziny, gdy spojrzałem z balkonu. Siedzieli tam i paplali w najlepsze, patrząc sobie w oczy, a on delikatnie poklepywał jej dłoń leżącą na stoliku. Co to, to nie! Zbiegłem na dół i stanąłem naprzeciw niej. Udała zaskoczenie, ale wcale się nie zmieszała.

        – Pozwól, że ci przedstawię… – zaczęła ze swobodnym uśmiechem.

        Typek wyszczerzył zęby i wyciągnął do mnie rękę. Zignorowałem to całkowicie. Przerwałem jej, niemal sycząc z wściekłości:

        – Powiesz mu delikatnie, żeby sobie poszedł, czy ja mam mu brutalnie oznajmić, żeby spierdalał?

        Znieruchomiała, uśmiech gwałtownie zgasł na jej twarzy. On też na moment zamarł i wolno cofnął rękę. Bez wątpienia pojął, o co chodzi, nie rozumiejąc słów. Moje spojrzenie i ton głosu nie pozostawiały wątpliwości. Spuścił wzrok, wstał i w milczeniu oddalił się, kłapiąc klapkami. Zero manier, zero klasy. Niby taki kozak, a nie wytrzymał ciśnienia.

        – Jak możesz! – Jola chciała wybuchnąć, ale tylko pisnęła.

        – Jak ja mogę? – dźgnąłem się palcem w pierś, wyrzucając z siebie słowa na jednym wdechu. – Czy ty nie widzisz, kim on jest? Że poluje na naiwne kobiety i ma nadzieję zaciągnąć cię do łóżka? Nie potrafisz się oprzeć jego taniemu urokowi?

        – Zwariowałeś? Za kogo ty mnie masz? – prawie wykrzyknęła z oburzeniem.

        – Otóż mam cię za swoją żonę – zaznaczyłem z naciskiem – i nie zamierzam się z nikim dzielić. A jeśli taki układ ci nie pasuje, to powiedz mi wprost. Nie mogę się nadziwić, że flirtujesz z kimś takim i całkiem o mnie zapominasz. Pozwalasz mu się dotykać? Na co jeszcze byłabyś gotowa mu pozwolić?

        Milczała, zbierając myśli. Wreszcie się odezwała powoli, dobierając słowa:

        – Wiem, kim jestem, i nic tego nie zmienia. A ty masz przerost fantazji! Do tego zachowujesz się jak cham, choć to do ciebie niepodobne.

        – No to sobie wyjaśniliśmy: ja jestem chamem, a ty rozsądną, pełną dobrych manier kobietą – odparowałem.

        – Jarek, nie zamierzałam cię urazić. Miałam na myśli, że stajesz się napastliwy i robisz dramat z niczego. Dajmy już spokój, wróćmy do pokoju.

        Tak zrobiliśmy. Reszta dnia upłynęła nam w milczeniu. Nie odzywaliśmy się nawet przy kolacji. Nie mieliśmy już ochoty na nic, zwłaszcza na rozmowę. Sen miał przywrócić spokój. Zanim zasnąłem, długo zastanawiałem się, co może przynieść następny dzień. Załatwiłem sprawę i temat zamknięty? Jola się opamiętała, a natręt przestraszył? Może i tak, ale kto dałby za to głowę?

        Kiedy rano wyszedłem na balkon, odrywając się na chwilę od swoich zajęć, kawiarniany ogródek od razu sprowadził mnie na ziemię. Przy najbardziej oddalonym stoliku, jak gdyby nigdy nic, siedziała z tym samym facetem. Na pozór wszystko wyglądało podobnie, lecz brakowało w rozmowie tego radosnego ożywienia, czułych gestów i patrzenia sobie w oczy. Sprawiali wrażenie niemal obcych sobie ludzi, którzy z braku lepszego zajęcia postanowili razem wypić kawę. Dostrzegłem też coś nietypowego: od czasu do czasu rzucali wokół ukradkowe spojrzenia. Jak ludzie, którzy boją się tego, co robią, ale za nic nie zamierzają przestać. A może po prostu chcieli uniknąć mojego następnego „wejścia smoka”?

        Nie mogłem wywołać kolejnej awantury, bo wyszedłbym na gbura i paranoika. Bo cóż złego było na pozór w ich spotkaniu? Siedzieli, rozmawiali spokojnie i pili kawę – po prostu kulturalni ludzie przy porannej czynności. Jak uwierzyć, że ten flirt nie będzie się dalej rozwijał? A jeśli zmierza ku zdradzie – jak nabrać pewności i wkroczyć, zanim będzie za późno?

        Jola po godzinie wróciła, a ja nie zamierzałem zostawić bez reakcji tego, że znowu widziałem ich razem. Od słowa do słowa doszło do dość ostrej sprzeczki. Argumenty padały te same, co wczoraj. Ja wyrażałem obawy co do jej rozwagi i uczciwości wobec mnie, ona nie szczędziła mi zarzutów o chorą wyobraźnię i niezrozumiałą agresję. Skutkiem naszego spięcia było popołudnie i wieczór spędzone w osobnych pokojach. A mnie w tej samotności przyszedł do głowy pewien plan.

        Zaraz po śniadaniu rzuciłem pomysł, byśmy pojechali do pobliskiego miasta i rozejrzeli się za pamiątkami dla bliskich. Dokładnie tak, jak się spodziewałem, Jola wolała zostać w hotelu – zwłaszcza po wczorajszej nieprzyjemnej rozmowie. Byłem pewny, że gdy zniknę jej z oczu, znów wybierze się na kawę, by go spotkać. Od samego początku nie podobała mi się ta niezrozumiała, ryzykowna zażyłość. Czy nie była świadoma, do czego może doprowadzić i postanowiła mimo to płynąć z nurtem wydarzeń? A ten facet niewątpliwie wykorzystywał jej przychylność. Widział, jak przesiaduje samotnie i zapewne nie ma nic przeciwko czyjemuś towarzystwu. Może nabierał przekonania, że trafia mu się łatwa zdobycz i byłby głupi, gdyby odpuścił. Czułem niepokój i wolałem mieć się na baczności. Gdyby ta znajomość miała przybrać groźną formę, chciałem uciąć to raz na zawsze.

        Zajechałem pod obiekt naprzeciwko i usiadłem w kawiarnianym ogródku. Zamówiłem przy bufecie colę i wybrałem ustronne miejsce, w cieniu wielkiej palmy w donicy. Wyciągnąłem lornetkę, która miała nam służyć do podziwiania widoków, lecz dopadły mnie wątpliwości: do cholery, czy to nie początek jakiejś paranoi, podglądać z ukrycia własną żonę? Z drugiej strony – czy nie było głupotą narażać ją na zaloty obcych facetów? Zostawiać samą i być przekonanym, że nikt nie spróbuje wykorzystać okazji? Trudno, pozostało mi obserwować nasz hotelowy taras.

        Obawy sprawdziły się niestety zbyt szybko. Zobaczyłem, jak pożal-się-boże donżuan dosiada się do Joli, a ona wita go z rozpromienioną twarzą. Rozmawiali, wymieniając uśmiechy i patrząc sobie prosto w oczy. Ich dłonie momentami się stykały, nawet splatały, a co jakiś czas jego ręka znikała pod stolikiem, lądując na jej udzie. Nie protestowała, odpowiadała jedynie delikatnym rozbawieniem. Te gesty nabierały intensywności. Bez pośpiechu, bez presji, jakby w jakimś naturalnym rytmie.

        Sytuacja stawała się aż nazbyt jednoznaczna. Mój niepokój ustępował miejsca wściekłości. Obraz w lornetce miałem tak ostry, że widziałem nawet zmarszczki wokół ich maślanych oczu. Zero złudzeń – to działo się naprawdę!

        Kwadrans później on niespodziewanie wstał i odszedł. Skierował się do bocznego wejścia, a niedługo potem moja żona ruszyła z powrotem do hotelu, przechodząc przez kawiarnię. Czy to po prostu koniec randki, czy chytra maskarada przed innymi gośćmi hotelowymi? Może jednak nic złego się nie wydarzy, może tylko panikuję.

        Przesunąłem wzrok wyżej, na nasz pokój, którego balkon miałem dokładnie na wprost. Cóż miałaby teraz robić Jola, niezrozumiale rezygnując z tej podniecającej gry, którą zaczęli przy stoliku? Niebawem przez szeroko otwarte drzwi zobaczyłem ją w smudze światła. Stała w bezruchu, jakby na kogoś lub na coś czekała. Nie minęła minuta, gdy przy niej pojawił się ten sam typ i pewnym ruchem ją objął. Zaczęli się całować. Patrzyłem, jak rażony piorunem, gdy zdjął z niej bluzkę, pozbawił stanika i pochylił się, by całować piersi. Nie stawiała najmniejszego oporu, przylgnęła do niego bez cienia wahania. Dłońmi gładziła go po karku, wplatając palce we włosy. Chwilę później zsunęła szorty i majtki, zrobiła mały krok w tył i przejęła inicjatywę.

        Zesztywniałem, nie będąc w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Krew dudniła mi w skroniach, jakby za moment miał rozlecieć się mózg. W ustach czułem obrzydliwy, gorzki smak. Ale wzrok miałem przykuty do lornetki.

        Moja żona przykucnęła i powoli, centymetr po centymetrze, opuściła mu slipki. Gdy ujrzała przed sobą jego przyrodzenie w całej okazałości, ujęła je delikatnie palcami. Pełna zachwytu, bez pośpiechu przeszła do wyrafinowanych pieszczot.

        Oszołomiony śledziłem jej bezgraniczne zaangażowanie i naprężony profil jego ciała. Odchylił się leniwie do tyłu i z satysfakcją splótł dłonie za głową – przyjmował te starania kobiety niczym należną usługę. Wszystko robili tak naturalnie, jakby to nie był ich pierwszy wspólny raz.

        Ale ci dobrze, sukinsynu, żebyś tak zawału dostał z rozkoszy! – przeleciało mi przez głowę. Niespodziewanie oderwał Jolę od swojego krocza, wziął ją na ręce i nie zwlekając ruszył w stronę sypialni. Zaczął się spieszyć – widocznie bał się, że zaraz może być po wszystkim i musiał natychmiast sam zabrać się do dzieła.

        – No to mam was, napalone gołąbeczki – warknąłem sam do siebie, wyrwany wreszcie z letargu. Pora się pozbierać!

        Wstałem, rzuciłem na stolik banknot i popędziłem do samochodu. Pięć, może sześć minut i byłem pod hotelem. Wbiegłem schodami na drugie piętro i cicho, z kartą w drżącej dłoni, otworzyłem drzwi pokoju. Starałem się poruszać bezszelestnie. Na środku salonu leżała porzucona przez nich bielizna, a z sypialni dochodziły odgłosy, których nie można było z niczym pomylić.

        Chwyciłem jego slipki. Ciekawe, jak dupek sobie bez nich poradzi. Wyszedłem na balkon, zmiąłem je w ręku i cisnąłem przed siebie. Za nimi poleciały klapki. Gdzie spadły? Nie wiem. Może na markizę nad tarasem, a może komuś na stolik. Albo na głowę. Jaka to dla mnie różnica?

        Zastygłem w drzwiach sypialni ze ściśniętym gardłem. Erotyczny amok trwał w najlepsze. Pościel została bezceremonialnie zrzucona na podłogę, a środek wielkiego łóżka zajęła naga, kopulująca para. On rytmicznie poruszał biodrami i dyszał z podniecenia, opierając szerokie dłonie na jej piersiach. Jola mocno oplatała go smukłymi nogami, a pośladki miała podparte poduszką. Zamknęła oczy i pojękiwała namiętnie, rzucając energicznie głową z boku na bok. Ramiona rozpostarła szeroko, palcami wczepiła się w wymięte prześcieradło, a na jego plecach zdążyła już zostawić czerwone ślady paznokci. Była w ich ruchach niesamowita ekspresja, coś niemal zwierzęcego. Spoceni, jakby sklejeni ze sobą, skupieni jedynie na własnej rozkoszy. Świat wokół nich przestał istnieć – a już na pewno nie zauważyli, że wszedłem do pokoju.

        – Brawo, jak dobrze wam idzie! – krzyknąłem głośno i klasnąłem w ręce.

        Para zastygła w bezruchu, a ja wykonałem lekki ukłon.

        – Jaka cudowna, romantyczna scenka – dodałem nieco ciszej, celebrując każde słowo. – Moje ogromne uznanie.

        Jola gwałtownie otworzyła oczy i dotarło do niej, co się dzieje. Zaskoczenie natychmiast ustąpiło miejsca przerażeniu. Zebrała siły i zdecydowanie odepchnęła kochasia. Ten klęknął na łóżku ze sterczącym członkiem uzbrojonym w prezerwatywę. Fakt, nie najgorzej wyposażyła go natura, ale skąd, do diabła, wziął tę gumkę? Przygotował się? Był aż tak pewny swego? Jak widać – nie mylił się!

        Wszedłem dalej.

        – Przyznaję, niezmiernie urokliwy widok – zauważyłem spokojnie. – Taka jesteś rozpalona, cała w rumieńcach. Wyglądałabyś wręcz na spełnioną, gdybym nie zepsuł upojnej zabawy. Cóż za nietakt z mojej strony! Szkoda, że nie zdążyłem zrobić wam fotki, mielibyśmy niezwykłą pamiątkę z wakacji do rodzinnego albumu.

        Obróciła się plecami do mnie, kurczowo zaciskając drżące uda i obejmując twarz dłońmi. Zapewne chciała się czymś przykryć, ale pościel leżała w nieładzie obok łóżka, więc musiała znosić swoją nagość i czekać na kolejne szyderstwa. Zdezorientowany i rozdrażniony typek, łypiąc na mnie z ukosa, niezbyt zgrabnie wycofał się do salonu. Po minucie zajrzał i bez żenady, wciąż z durną miną, zapytał o swoje slipki. Był zaskoczony, że nie może ich znaleźć, a chciał jak najszybciej stąd zniknąć.

        – Powiedz mu, że dostały skrzydeł i pofrunęły na dół. Niech ich szuka w kawiarni, może mu nikt nie ukradł – roześmiałem się kwaśno, zwracając się do żony. No to masz, facet, problem.

        Jola, nie odwracając się, przetłumaczyła cicho moje słowa i zamilkła. Rzucił mi wściekłe spojrzenie i już otwierał gębę, ale nie dałem mu szansy.

        – Masz dwie możliwości – warknąłem po angielsku. – Albo wyjdziesz natychmiast, albo dzwonię do recepcji. Rozumiesz, dupku?

        Nieporadnie zasłonił ręką kurczącą się męskość i wyszedł pospiesznie, trzaskając drzwiami.

        – Śmiało, narób więcej hałasu, będziesz miał zachwyconą widownię – krzyknąłem za nim, choć raczej nie mógł już tego usłyszeć.

        W powietrzu wisiała gęsta, lepka woń niedawnego seksu, mieszając się z chłodem, który mnie ogarnął. Powoli cedziłem słowa, nie siląc się na delikatność:

        – Włóż coś na siebie, ćwiczenia cielesne na dziś zakończone, a twój amant uciekł bez gaci, z podkulonym ogonem. Zresztą to, co cię w nim szczególnie urzekło, zdążyło już zmarnieć. Ja jestem, jak widzisz, chamem, bo wam brutalnie przerwałem zupełnie niewinne igraszki, a ty pozostałaś porządną kobietą, moją wierną żoną. Odpocznij teraz spokojnie, musisz być bardzo zmęczona po takim intensywnym wysiłku. Kosztował cię z pewnością mnóstwo energii i emocji.

        Chciała odpowiedzieć, ale zaniosła się płaczem. Szloch przechodził w spazmy, a ja miałem wrażenie, że przestaje mnie to obchodzić. Skąd nagle taka rozpacz? Bo ich nakryłem, czy dlatego, że nie udało się dokończyć erotycznej gimnastyki? Wykazałem zaskakujący spokój i zachowałem zimną krew, choć miałem prawo nie panować nad nerwami. Do tego ten cynizm i obojętność. Czy jestem całkowicie pozbawiony uczuć?

        Odwróciłem się i wyszedłem bez słowa. Zjechałem windą do kawiarni – nogi niemal odmawiały mi posłuszeństwa. Zamówiłem piwo. Casanovy ani śladu. Nie znalazł slipek, a nie miał zapasowych? Jego zmartwienie. Dopiero teraz ogarnęła mnie wściekłość na żonę. Starałem się ją stłumić, wyobrażając sobie groteskową sytuację, jak koleś przemyka goły i bosy po hotelu z żałośnie obwisłym siusiakiem, nie tak dawno obiektem podziwu ze strony mojej żony. Główna atrakcja dnia dla reszty gości. Naraził się na wstyd? Był w ogóle zdolny do odczuwania wstydu? A może ewentualną kompromitacją niespecjalnie się przejmował? Jego dotychczasowy sposób bycia mógł na to wskazywać. Sprawiał raczej wrażenie pozbawionego zasad tupeciarza, który brnie nachalnie do celu, zupełnie nie dbając o zachowanie pozorów.

        Po drugim piwie, może po trzecim, już niemal całkowicie wyciszony, wróciłem do apartamentu. Nie miałem siły na nic: ani na awanturowanie się, ani na rzeczową rozmowę. Reszta dnia była nijaka. Jola tkwiła w sypialni. Udawała, że czyta książkę, i co jakiś czas pochlipywała cicho. Ja siedziałem przed telewizorem i bezwolnie oglądałem, co popadło, aż późnym wieczorem usnąłem na kanapie. Ten fatalny dzień wreszcie się skończył.

        Rano oznajmiłem krótko, że jadę do miasta, może uda mi się przebukować bilety na następny dzień, bo zamierzam jak najszybciej wrócić do domu. Na odchodnym nie oszczędzałem żony:

        – Będę z powrotem za dwie, góra trzy godziny. Masz okazję zaprosić ponownie swojego kochasia i dokończyć to, w czym wam przeszkodziłem. Druga taka sposobność może ci się już nie trafić. I powiem ci wprost: mam to gdzieś.

        Wciąż jeszcze pełen emocji dotarłem taksówką na lotnisko. Ku mojemu zaskoczeniu, sprawę z biletami udało się załatwić wyjątkowo szybko. Zamieniłem je i celowo wybrałem dla nas osobne miejsca. Miałem dużo szczęścia – w końcu sam środek sezonu wakacyjnego i ruch spory, również w samolotach.

        Po powrocie, dzięki dziesięcioeurowemu banknotowi, uzyskałem od recepcjonisty sporo informacji o amancie. To Darko, brat właściciela obiektu. Mieszka w pokoju służbowym, a czas wypełnia mu bezczynne przesiadywanie w kawiarni. Ze wszystkiego korzysta bezpłatnie, za milczącą zgodą szefa. Wzorcowy pasożyt – pomyślałem z niesmakiem. Zresztą recepcjonista opisał go bez oporów, nie potrafiąc ukryć niechęci, a jego skłonność do erotycznych podbojów skwitował wzruszeniem ramion i szerokim gestem dłoni. No to trafiliśmy, nie ma co! Gdybym to wiedział wcześniej, nie dałbym gnojkowi tak gładko odejść od stolika. Trudno, stało się, co się stało, i roztrząsanie tego nie miało już sensu.

        Następnego dnia pożegnaliśmy hotel i zamówioną wcześniej taryfą, nie odzywając się do siebie, dojechaliśmy na terminal odlotów. Jola zadzwoniła do brata, żeby o umówionej godzinie czekał na nas w Polsce. Podróż samolotem była udręką. Wreszcie z całą mocą dotarła do mnie potworność wydarzenia, które miało miejsce w sypialni. Natrętnie powracały pytania: dlaczego tak się stało? Gdzie tkwi błąd? Kto zawinił? Dam radę wyjaśnić to sobie z żoną? Za jakiś czas czy nigdy? Na pewno tego chcę?

        Po przylocie powiedziałem Benkowi, że musi zabrać siostrę do rodzinnego domu, a ja wrócę ze znajomym do mieszkania. Zdziwił się, ale widząc, że nie żartuję, bez słowa zgodził się zrobić tak, jak prosiłem. Postanowiłem od teraz skupić się na pracy, zamiast rozdrapywać rany. Czekało mnie niestety nieprzyjemne zadanie – wizyta u teściów. Moja żona wróciła do nich niespodziewanie, a przy tym sama. Należały im się wyjaśnienia, choć to nie ja powinienem się tłumaczyć.

III

I wszystko jasne?

        Nazajutrz nastało pogodne przedpołudnie. Słońce mnie tylko drażniło, przypominało o urlopie, który skończył się katastrofą. A rozmowa z rodzicami Joli też raczej nie miała poprawić mi humoru.

        Wszedłem na posesję, lekko popychając furtkę. W głębi podwórza zobaczyłem ojca Joli i jej brata – majstrowali przy motocyklu. Dostrzegli mnie i skinęli głowami. Benek uniósł dłoń w geście pozdrowienia. Pomachałem im i skierowałem się w stronę drzwi wejściowych do domu. Miałem nadzieję zastać teściową, która od wielu lat miała problemy z poruszaniem się. Chodziła co prawda o własnych siłach, pomagając sobie laską, ale nie wyprawiała się pieszo za bramę. Wolała unikać nie tylko ryzyka upadków, ale też ciekawskich spojrzeń sąsiadów.

        Przywitała mnie w kuchni nieśmiałym uśmiechem, w którym była zarówno niepewność, jak i obawa, z czym przychodzę. Siedziała za stołem, trzymając w lekko drżącej ręce filiżankę z herbatą.

        – Dzień dobry, mamo. Przyjechałem, bo muszę się czymś ważnym podzielić.

        – Witaj, usiądź. Trochę się boję, co za wieści masz dla mnie. Wczoraj wróciła Jola, cała zapłakana, nic nie mówi, nie je, zamyka się w pokoju i nikogo nie wpuszcza. Co się stało, Jarek? Co z wami jest?

        – Nie wiem, czy mama jest gotowa na te wieści. Zdecydowanie lepiej dla Joli, że nie próbowała opowiadać mamie kłamstw lub półprawd.

        – Śmiało, ty opowiedz mi wszystko, bo od Joli niczego nie mogę się dowiedzieć.

        Złość, która we mnie tkwiła, teraz niemal eksplodowała. Darowałem sobie wstęp:

        – Czyli Jola nie pochwaliła się swoim trofeum? Tym niezwykłym sukcesem miłosnym?

        – O czym ty mówisz? – Twarz teściowej przybrała wystraszony wyraz.

        – Mówię o tym, jak zaliczyła w hotelu tandetnego donżuana. Niesamowita wręcz historia – dorzuciłem drwiąco. – Można by z tego zrobić instruktaż dla nieśmiałych panienek.

        – Jarek, litości! Albo mówisz, co się stało, albo nie mów nic – widać było, że teściowa zaczyna tracić siły. – Czyli Jola cię zdradziła? Jesteś pewny? Mówisz tak, jakbyś przy tym był.

        – W sumie można tak powiedzieć. Dopadłem ich w trakcie miłosnego uniesienia, chociaż już wcześniej czułem, że może do tego dojść. Niestety moje obawy się sprawdziły.

        – Tak po prostu poszła z nim do łóżka?

        – O nie, to nie był odruch, to niezwykłe misterium. Poprzedziły je wstępne czułości. Gdyby mama widziała, jak ona go pieściła, co mu pieściła…

        – Przestań. Daruj sobie szczegóły – przerwała mi teściowa słabym głosem. – Wolę ich nie słyszeć.

        Głos jej się łamał, wychodził gdzieś z wnętrza, niemal z otchłani.

        – Taki mam zamiar, mamo. Za każdym razem, kiedy mi się przypomni tamto zdarzenie, robi mi się niedobrze. Ciężko mi unieść ten balast.

        – Ale dlaczego? Potrafisz mi powiedzieć, dlaczego? – westchnęła głęboko teściowa.

        – Nie potrafię. Myślę, że dałoby się zrozumieć pewien rodzaj zdrady, wynikającej z fascynacji czyjąś osobowością, poprzez dłuższe przebywanie z tym kimś i poznanie go… Czy ja wiem? Może jestem naiwny. Ale nie da się – ja nie potrafię – racjonalnie wyjaśnić absurdalnego, wręcz prymitywnego puszczenia się z pierwszym napotkanym, napalonym buhajem. Tak bezrefleksyjnie, bezmyślnie, kierując się zwykłą chucią. To mi się nie mieści w głowie.

        – Mój Boże, to straszne! – Twarz teściowej przybrała kolor pergaminu. – Na kogo ja ją wychowałam? Powiedz mi, czy coś się między wami wcześniej psuło? Można było przewidywać jakieś problemy?

        – Nie, no skądże! Gruchaliśmy zgodnie jak dwa gołąbki – roześmiałem się gorzko. – Spokój, idylla niemalże, miłość jak z obrazka. Wychodziłem z siebie, żeby miała wszystko, dobrze jej się żyło i była szczęśliwa. Ech… brak słów.

        Zaczęło mi też brakować tchu, jakieś mroczki przelatywały mi przed oczami. Bałem się, że zaraz stracę świadomość.

        – I to miała być ta wasza wymarzona podróż poślubna? – jęknęła mama Joli.

        – Tak, wymarzona podróż poślubna… z niezbyt upragnionym zakończeniem – przytaknąłem ponuro – wyjazd, który miał przynieść nam tak wiele radości.

        Teściowa opuściła głowę i podparła ją splecionymi dłońmi. Widziałem, że chce coś powiedzieć, ale nie może wydobyć głosu. Jej dostojna twarz straciła jakikolwiek wyraz. To musiał być szok. Ukochana córeczka, oczko w głowie, a tu taka historia.

        Do kuchni wszedł Benek. Spojrzał niepewnie:

        – Mamo, coś się stało? O co chodzi z Jolką?

        – Wyjdź, proszę wyjdź natychmiast! – resztką sił wydusiła teściowa.

        Benek oniemiał. Stał bez ruchu, a my milczeliśmy, nie patrząc na niego. W końcu obrócił się i wyszedł, zamykając cicho drzwi.

        – Jarek, to co będzie teraz z waszym małżeństwem? – Mama żony postanowiła przejść do konkretów.

        – Z naszego małżeństwa chyba po prostu już nic nie będzie. Tak się nie da żyć. Ja mam mnóstwo pracy, sporo wyjazdów. Mam przyzwoitkę zatrudnić czy założyć żonie pas cnoty? Zawsze poza domem mam się niepokoić, że przyjmuje kolejnego, przygodnego gacha?

        – I nie widzisz żadnych pozytywnych perspektyw?

        Przez chwilę milczałem, bo odpowiedź nie przyszła mi łatwo. Z trudem powstrzymałem drżenie głosu, poczułem, że jestem bliski łez.

        – Na razie musi być tak, jak jest teraz. To znaczy Jola u siebie, ja u siebie. Czy kiedykolwiek sytuacja wróci do normy? Nie wiem. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy tego chcę.

        – Przecież się kochacie… kochaliście – teściowa próbowała załagodzić. – Nie da się puścić tego złego w niepamięć?

        – Chyba lepiej nie używać słowa „puścić” – wypaliłem bez zastanowienia.

        Niepotrzebnie tak się odezwałem, zbyt okrutnie. To musiał być koniec rozmowy. Teściowa tkwiła w bezruchu, nie patrząc na mnie, a jedynie na blat stołu przed sobą. Na szczęście ochłonąłem.

        – Bardzo mamę szanuję i jest mi przykro, że musiała mama tego wszystkiego wysłuchać. Przepraszam, ale chciałem to opowiedzieć, żeby przekazać fakty i nie było niedomówień… Ale na mnie już pora. Do widzenia.

        Chciałem uciec z tego domu jak najszybciej. Nie odpowiedziała, wtuliła tylko twarz w dłonie. Wyszedłem na zewnątrz. Teść i Benek patrzyli na mnie sprzed komórki, stojąc niemal na baczność. Kiwnąłem niedbale ręką na pożegnanie. Teść próbował unieść dłoń, ale zrezygnował – nie był pewny, czy powinien. Z wyrazów ich twarzy wyczytałem, że liczyli na jakieś wieści. Nie chciałem również im sprawiać bólu, więc nie zamierzałem niczego powtarzać. W sumie to zacna, sympatyczna rodzina, teraz z małym wyjątkiem. Jaki diabeł mnie tu przygnał? Co chciałem osiągnąć? Warto było skarżyć się, jak jakiś niedorostek?

        Rozdrażniony wsiadłem do auta i odruchowo spojrzałem w stronę domu. Byłem pewny, że w oknie na piętrze, za firanką, przemknęła twarz Joli. Ścisnęło mnie w gardle, a przez całe ciało przebiegł przejmujący dreszcz. Czy to możliwe, że ja ją nadal kocham? Dlaczego?

        Ruszyłem przed siebie. Już po kilku kilometrach dopadły mnie wątpliwości: naprawdę chciała mnie zobaczyć? A może sprawdzała tylko, czy wreszcie odjechałem?

8,574
8.64/10

Fabuła

8.65/10

Erotyka

8.64/10

Warsztat

8.63/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Konstrukcja, prowadzenie historii, zakończenie.
Atrakcyjność scen erotycznych, napięcie, zmysłowość, sposób przedstawienia intymności.
Język, styl, dialogi, interpunkcja, technika pisania.

Z tej serii

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.