Upojeni (I)

Adrenalina Adrenalina

13 kwietnia 2018

hourglass 18 min

Zemsta jest słodka, prawda? W takim razie zapraszam na najsłodszą rzecz na świecie. Po więcej zapraszam na adrenalinowyswiat.blogspot.com
Krytyka? Przyjmę na głowę pod każdą postacią.

Gdybyś miał szansę, czy zmieniłbyś coś w swoim życiu? Może wolałbyś jednak pozostawić przy sobie to, co udało Ci się zdobyć dzięki porażkom? One otaczają nas zewsząd, nieprawdaż? Matka wspominała, że gdy poznała ojca to świat rozpadł się na kilka kawałków. Przez wiele lat próbowała pozbierać je do kupy i nawet raz prawie jej się udało. Mimo wszystko nie potrafiła. Z uczuciami nie łatwo sobie poradzić. Łatwo nimi wzgardzić, wyrzucić jeśli są niewystarczające. Ale co z tymi, które przychodzą niespodziewanie? Te, które stanowią nową część nieznanego jutra? Otóż to.

Ile ludzi, tyle opinii. Małżeństwa z rozsądku, związki dla pieniędzy oraz relacje niespodzianki. Te ostatnie nazywane są miłością naszego życia. I tak, jak każda banalna komedia romantyczna, zapewne mogłyby skończyć się pięknym "żyli długo i szczęśliwie". Niestety, to fikcja. Taka miłość to wojna światów. To podmuchy świeżego powietrza, które łapiesz i wpuszczasz do swych płuc, lecz niekiedy jest ono zbyt ostre. Czasami coś nie wystarcza. Czasami czegoś brakuje. Czasami musimy zgubić się w mroku. Bo życie nie jest czarno białe albo w kolorze landrynkowego różu. A miłość? Serce musi wiedzieć, o co walczy. I dla kogo.

***




Marianna weszła do kuchni i odstawiła z gazu, jęczący od kilkunastu sekund czajnik. Wrzątkiem zalała dwa kubki z malinową herbatą, a potem wskoczyła na taboret, by dosięgnąć słoika cukru, stojącego na lodówce. Dlaczego nie mogłam zapamiętać tak podstawowych rzeczy? Ta niewinna istotka przypominała Calineczkę, a ja nieświadomie uwielbiałam naginać granice jej cierpliwości. Kuchnia była sercem tego przestronnego domu. Marianna natomiast była jej szefową i mało brakowało, żebym za jakiś czas dostała od niej po łapach. Taki był ze mnie tajfun. Gdzie bym się nie pojawiła, tam albo coś zostało uszkodzone, albo ginęło w niewyjaśnionych okolicznościach.

Kiedy delikatny dotyk pogłaskał me ramię, a przed nosem pojawił się kubek, mimowolnie się uśmiechnęłam. Kilka sekund później dołączyła do mnie i usiadła na drugim leżaku. Taras wychodził wprost na widok morza, od którego orzeźwiające podmuchy powietrza, rozdmuchiwały włosy i muskały skórę twarzy. Duszność dnia przerodziła się w porywisty wiatr, który zwiastował burzę. Zbliżające się do portu ciemne chmury były drugim znakiem. Dla mnie nie stanowiło to zagrożenia. Niewielu rzeczy się bałam, a raczej niewiele było takich, które mogły mnie zaskoczyć i przerazić.

Łyk słodkiego gorącego naparu spowodował gęsią skórkę. Może to jednak ten wiatr? Połączenie rozgrzewającego napoju wraz z ochładzającą organizm pogodą, skumulowało dany efekt.

- Sprzedał część akcji. - podniosłam głos. Fale stawały się coraz większe, a szum rozzłoszczonej wody dudnił w uszach. Zrozumiałam, że dzisiejszy odpoczynek będzie musiał ograniczyć się do telewizji lub dobrej książki wewnątrz domu. Na samą myśl o takim pożegnaniu, posmutniałam. Morze to wyczuwało. Nadchodzący kataklizm związany był nie tylko ze zmianą pogody.

Gdy machnęłam dłonią i dałam znak, abyśmy obydwie weszły do środka, Marianna natychmiastowo złapała mnie za nadgarstek i wwierciła się we mnie smutnym spojrzeniem. Niebieskie małe oczka próbowały przekonać mnie do zmiany zdania. Rozumiałam, że się boi. Kilka razy proponowałam jej, aby została na miejscu, ale oczywiście to nie wchodziło w grę, nawet przy opcji szantażu. Byłam jej przyjaciółką i vice versa. Blondyneczka była jedyną dobrą rzeczą wynikającą z katastrofy, jaka przydarzyła się mojej rodzinie.

- Nie ma już odwrotu. - włosy zaczęły fruwać we wszystkie strony wraz z naszymi szlafrokami oraz resztą dekoracji na tarasie. Spojrzeniem kazałam wstać i udać się jej do środka. Ja natomiast szybko posprzątałam wszelkie gazety leżące na stoliczku, a potem złożyłam składane leżaki i zaciągnęłam je do specjalnego schowka, znajdującego się tuż obok schodków na taras.

Uwinęłam się w miarę szybko, co pozwoliło, abym uniknęła pierwszej fali mżawki. Po kilku sekundach nadeszło oberwanie chmury. Ostatni raz wychyliłam głowę zza uchylonych, drzwi i spojrzałam na zapierający dech w piersiach obrazek. Morze unoszące się ponad widnokrąg. Niebo w kolorze grafitu i jeden jasny cios, który odznaczył na nim swój ślad. Ile dałabym, aby móc mieć taką siłę? Jak mocno pragnęłam zemsty? Cóż, ilekroć wlepiałam swój wzrok w ciemniejące niebo, ilekroć wiatr popchnął drzwi, a ja usłyszałam złudny trzask zamka, przepełniała mnie złość. Złość będąca paliwem do życia, w którym wegetowałam. Ja. Będąca kiedyś nadzieją wszelkich ludzi pokrzywdzonych przez los. Stawiająca dobro innych nad swoim. Stałam się zemstą. Chodzącą karmą, która musiała w końcu powrócić do odpowiedzialnej za ten stan, osoby.


***




- Potrzebują Panie czegoś jeszcze? - lokaj nie pozwolił dźwigać nam ani jednej rzeczy. Marianna z uśmiechem spoglądała przez duże okna apartamentowca, z którego mogła ujrzeć całe miasto.

- Proszę postawić w korytarzu. - machnęłam dłonią i wyciągnęłam z kieszeni stuzłotowy banknot. Gdy wręczyłam go w dłonie chłopca, ten spojrzał na mnie, jak na czarodziejkę.

- Dziękuję. - w odpowiedzi uśmiechnęłam się i podałam mu dłoń.

- Uprzejmi ludzie zasługują na owoce swojej ciężkiej pracy. Nie zapominaj o tym. - zobaczyłam zawstydzenie, którego spojrzenie przez moment zawirowało na osobie mojej przyjaciółki. - Prosiłabym o wypożyczenie samochodu.

- Oczywiście. Poinformuję recepcję. - kulturalnie ukłonił się i oddalił w stronę wyjścia. Kolejne ukradkowe spojrzenie w stronę Marianny potwierdziło moje przypuszczenia. Gdy chłopak zniknął, a dużą przestrzeń wypełnił jedynie podekscytowany oddech przyjaciółki, zaśmiałam się. Nadal obserwowała miasto. Nie dane było jej poznać życia w samym centrum tętniącego rozrywkami miejsca, które było również nazywane przeze mnie betonową dżunglą. Ja znienawidziłam ją w momencie, gdy pożarła sny o spokojnym życiu. Marianna przeżyła w swojej doczesnej wędrówce nawet większy koszmar. Mimo wszystko nie musiała dzielić swojego bólu z wścibskimi hienami, czekającymi na najmniejszy błąd, byleby mogły coś na tym ugrać. Coś, co dodatkowo zniszczyło moją ufność względem ludzi.

Marianna odwróciła się w moją stronę, a kilka sekund później wylądowałam w jej objęciach. Radość, z jaką patrzyła na najmniejszą, nową dla niej rzecz, rozczuliła mnie.

- No, już. - odwzajemniłam uścisk, a po chwili odsunęłam ją od siebie, dogłębnie patrząc w oczy. - Wiesz, że jesteś w jego typie? - z zaskoczeniem i coraz mocniej czerwoną twarzyczką, machnęła dłonią i udawała, że nie usłyszała mojej sugestii. Bała się. W jej przypadku miłość musiałaby być bardzo wyrozumiała i spokojna.

Obrażona niczym pięciolatka, stała znów naprzeciw wielkich okien z założonymi na biodrach rękoma. Prychnęłam pod nosem i oblizałam wargi. Gdy stanęłam obok i zmierzyłam wzrokiem krajobraz, który podziwiała od dziesięciu minut, musiałam złapać oddech. Tak wiele wspomnień. Tak wiele złych i dobrych rzeczy, które właśnie wlatywały do mojej głowy, jak do odtwarzacza DVD. Chciałam je wyrzucić. Wyrwać każdą pojedynczą stronę z albumu, w którym kolekcjonowałam tysiące chwil z tamtego okresu.

- Muszę jechać tam sama. - gdy szarpnęła za moje przedramię, obdarzyłam ją znanym, gniewnym spojrzeniem. - Maryś. - wystarczyło, by odpuściła i kolejny raz w tym dniu obrażona, próbowała wyegzekwować we mnie złamanie, jasno ustalonych zasad. Reguł, które stworzyłam zaraz przed przyjazdem w to okropne miejsce.

- Pooglądaj telewizje. Wracam za niecałą godzinę. - pogładziłam szczupłe ramię, a wychodząc, zgarnęłam ze stolika torebkę.

Musiałam walczyć. Musiałam dowieźć sobie, że potrafię zamknąć tamten rozdział życia. Nawet jeśli miał on otworzyć nowe, które mnie nie dotyczyły, czułam w tym swój obowiązek. Te zadające ból, o jakim nikomu z ich sfer się nie śniło.

Powinni byli się modlić. Mój powrót łączył się z zawróceniem w to jedno miejsce, o którym najchętniej wszyscy pragnęliby zapomnieć, ale ja im na to nie pozwolę.

***




Drapacz chmur stojący w samym środku centrum był prawdziwą atrakcją dla turystów czy zwykłych gapiów. Ci pomimo codziennego krążenia wokół tego monstrum zapewne nadal, gdzieś w głębi siebie, byli pod wrażeniem jego masywności i budowy. Ja natomiast kopałam o wiele głębiej. Budynek był tylko kawałkiem szkła i metalu. To, a raczej kto dzięki niemu mógł wieść sobie spokojne życie, stanowiło o wiele ciekawszy temat.

Wysiadając z samochodu, spojrzałam do góry. Słońce odbijające się od szklanej powierzchni sprawiało, że budziły się w człowieku raczej te pozytywne emocje. Nic bardziej mylnego, mogę zapewnić. Cyrk na kółkach, a raczej osoby sprawujące nad nim władze, gromadziły swe negatywne siły właśnie w tym na pozór cieszącym oko, miejscu. Gdy zamknęłam samochód i zrobiłam kilka kroków w przód, coś mną wstrząsnęło. Podmuch wiatru rozwiał w miarę ułożoną fryzurę i tym samym dał znak. Igranie z ogniem nie było w moim stylu, ale w tym przypadku nie mogłam czekać, aż wszystko ułoży się samo. Jeśli chciałam chwycić za ogon samego diabła, najpierw musiałam przejść przez czeluście piekła.

Hol wyglądał, jak dworzec centralny, na którym zgubić się było bardzo łatwo. Trzy główne recepcje rozstawione na wzór kątów trójkąta, pracowały dla trzech różnych właścicieli. Firma bowiem rozrosła się nie tylko pod względem budownictwa, ale również sprzedaży materiałów oraz minerałów. Ostatni dział zajmował się finansami. I choć konkurencja na samym początku naśmiewała się z takiego podziału jednej spółki, cóż... przy spadku i wygranej Bond Development, natychmiastowo pożałowali swojej kpiny.

Mnie interesował dział pierwszy i to właśnie tam zamierzałam zarzucić sidła, które pomogłyby mi złapać tę największą z ryb. Blondynka grzebiąca w dokumentacji, nie zwróciła na mnie uwagi do momentu, gdy klasnęłam w ręce. Przerażona wypuściła z dłoni kilka kartek, ale dynamicznie posprzątała bajzel, a po tym zwróciła się w moją stronę.

- Witam. - uśmiech numer pięć. - W czym mogę pomóc?

- Przyszłam na spotkanie w ramach sprzedaży udziałów Bond Development Building. - nie byłam skłonna do uprzejmości. Tym bardziej w tym miejscu. Obojętność oraz powaga dominowały w cechach mego charakteru od zalania dziejów. Może to przez fakt przymusu szybszego dojrzewania? Nie każdy z nas miał kochający dom oraz czułych bliskich. Ja z pewnością nie.

- Pani dokument? - podałam dowód, a następnie skupiłam się na przestrzeni całego holu. Po kilku sekundach bacznej obserwacji, znów się do mnie zwróciła.

- Asystent szefa podejdzie po Panią i zaprowadzi na spotkanie. Prosiłabym aby poczekała... . - straciłam cierpliwość.

- Nie trzeba. Znam drogę. - spojrzała na mnie pytająco. Gdy weszłam przez bramki i oddaliłam się w stronę wind, usłyszałam stukanie obcasów. Że niby chciała mnie powstrzymać? Drzwi windy otworzyły się, a ja szybko pozbyłam się widoku biegnącej do mnie recepcjonistki. Piętro siódme. Byłam niczym agent, który wdarł się do korporacji w celu zdobycia tajnych danych.

Dźwięk symbolizujący dojazd na miejsce, zadudnił w uszach. Głęboki oddech i rozluźnienie kończyn było przygotowaniem przed walką. Walką o początek drogi do sprawiedliwości. Nie czekałam na zaproszenie. Kilka razy zapukałam w drewniane, lakierowane drzwi, a potem wkroczyłam do środka biura.

Brak dodatków, minimalistyczny styl oraz ostry zapach wody kolońskiej, która wbiła się do nozdrzy. Tak. Byłam we właściwym miejscu. Mały korytarzyk prowadzący do głównego biura był również jednym z bardziej oryginalnych projektów. W końcu jednak znalazłam się na środku głównej siedziby prezesa. Obrócony tyłem dużego fotela, nie zdawał sobie sprawy z niespodzianki w postaci mojej obecności.

- Ja też chciałem to zatrzymać. Henryk jednak się nie zgodził. Zaraz mam spotkanie. Ula, proszę Cię... znasz swojego ojca. - uśmiech towarzyszący mi podczas jego wymiany zdań, zmył się przy wspomnieniu imienia. Henryk Walawski zapewne grzał cztery litery na Karaibach albo Majorce. Jeśli dobrze pamiętałam brudną robotę zawsze zostawiał sługusom. Jeden z nich właśnie tłumaczył się żonce, dlaczego jego pensja nie będzie już tak znaczna. - Pa. - po tym krótkim pożegnaniu, odwrócił się w moją stronę. Gdy dotarło do niego, że stoję tutaj dłużej niż powinnam, poczerwieniał ze wstydu.

Ciemne, blond włosy sięgające bez ułożenia do ramion, zaczesane miał do tyłu. Broda w tym samym kolorze wbrew pozorom bardzo dobrze komponowała się z wyglądem biznesmena. Zadbany, charyzmatyczny to tylko jedne z wielu określeń, jakich naiwna i uległa kobieta, by użyła. Nie trafił jednak na ten typ. Czy był przystojny? Niebieskie oczy przypominające barwę oceanu, mogłyby kusić na jakikolwiek sposób, a ja i tak miałam, w głowie jeden obraz tego człowieka. Wyjątkiem był ubiór. Mogłabym wystawić wysoką notę za dobry gust. Pomimo wizualnych zalet, wiedziałam kim jest i jaką osobę skrywa powłoka "ideału".

- Mój asystent... - rozpoczął, ale przerwałam mu w pół zdania.

- Laura Sasin. Byliśmy umówieni na dziesiątą. - uśmiechnęłam się i usiadłam na krześle po przeciwnej stronie jego dość szerokiego, jak na to pomieszczenie, biurka.

- Myślałem, że poczeka Pani na pomoc. Skąd... - zapewne był ciekawy zasobu informacji jaki posiadała moja głowa na temat tego miejsca.

- Powiedzmy, że mam dobrą orientację w terenie. Nie przyszłam jednak rozmawiać tutaj o swoich zaletach.

- Może się przedstawię. Szymon Soldberg. - najmłodszy z rodzeństwa Soldbergów. Zaraz po ukończeniu szkoły rzucono go na głęboką wodę, mając nadzieję na to, że zostanie rekinem wśród finansowego rynku. On? Poszedł w zupełnie inną stronę i okazał się lepszy od Mikołaja. Starszy brat liczący na stołek pożegnał się z tym miejscem zaraz po aferze z kradzieżą, za co opinia publiczna wyrzuciła jego nadęte ego na śmietnik. Rodzinny interes nie wybaczał potknięć i słabych zagrywek. Pan Szymon był niczym maść na ropiejącą ranę firmy. Ułożony, poukładany filantrop, który pragnął jedynie większego kapitału. I zapewne, by go dostał. Jedyne, co przeszkodziło mu w planach to wypadek. Ten, którego firma się wyparła i jednocześnie starała się zatuszować.

- Miło poznać. - nigdy nie widzieliśmy się twarzą w twarz. I choć wewnętrznie wiedziałam, że forma zemsty nie stanowiła bajecznej podróży, to tak, było mi miło. Miło z powodu świadomości, która już zacierała swe ręce na mój kolejny krok, co do sprawy, jaką przyszło mi tutaj załatwiać.

- Więc Pani Lauro... - spojrzał na mnie tajemniczo. - Dlaczego chciałaby Pani zainwestować w tę firmę?

- Jesteście rekinami na rynku budowlanym, deweloperskim oraz finansowym. Czemu miałabym, nie?

- Wie Pani, że ostatnimi czasy Bond Development...

- Przechodzi kryzys? Nie słyszałam o bankructwie z powodu zbyt dużych inwestycji. Prawdą jest, że udziały w firmie są korzystne pod względem zabezpieczenia kapitału firmy. Wiem, że zależy wam na osobie bezstronnej lub jak kto woli, ofierze. Jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli czegoś nie zrobicie...

- Nie jesteśmy laikami. - skwitował. - Trzydzieści procent udziałów w tej firmie musi przypaść komuś z zewnątrz nie ze względu na strach zarządu. Ja chciałbym popchać tę firmę na zupełnie iny tor niż minerały, hale czy osiedla.

- Skończyły się pomysły? Czy może zwyczajnie w świecie boicie się ryzyka i ktoś musi podjąć je za was? - uśmiechnęłam się tak, że tym razem stracił panowanie nad sobą. Wiedziałam, że wybuchnie.

- Swojego mężczyznę też Pani tak testuje? - przekroczył granicę dobrego smaku, ale nie rozjuszył się, tak jak na samym początku sądziłam.

- A chce Pan uratować tę firmę, czy będziemy się bawić w jakieś gierki? - elektryzujące spojrzenie nie zrobiło na mnie większego wrażenia.

- Skąd ma Pani kapitał... - uprzedziłam go.

- Takich rzeczy nie zdradza się przy nie-wspólniku. - pokręcił głową.

- Jaki masz w tym interes? - był bardzo nieufny. Z drugiej strony go rozumiałam. Nie miał pojęcia, kogo przyjmuje pod swój dach.

- Próbuję odzyskać stabilizacje. Pieniądze mam, o to nie musisz się martwić. - pominęłam temat przejścia na "ty" bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Było mi o wiele łatwiej zdzierżyć cały ten proces, nie udając słodkiej i przyjacielskiej.

- W takim razie witamy na pokładzie. - wyciągnął dłoń. Gdy wstałam i odwzajemniłam uścisk kompromisu, coś mrugnęło w jego oczach. Jakaś tajemnica, którą chciałam wyrwać i to choćby siłą. Po "braterskim" rozpoczęciu, wyjął z szuflady plik dokumentów. Wysunął go naprzeciw mnie i spojrzał spode łba. - Trzydzieści procent Pani Lauro.

- Oczywiście. - złapałam za papiery i usiadłam w fotelu. Kiedy podpis znalazł się na każdej stronie, zobaczyłam ogromny uśmiech, który widniał na jego triumfującej twarzy.

- Kiedy spotkam się z szefami innych działów? - odłożyłam dokumenty na miejsce, z którego je zgarnęłam. Nie zamierzałam zostawać tutaj ani chwili dłużej.

- W naszej korespondencji mogłem pominąć jeden ważny szczegół. Oczywiście na umowie jest on widoczny... na samym końcu. - stanęłam, jak wryta.

- Haczyk. - nerwy przedostały się do końcówek palców, które ścisnęły się na materiale płaszcza.

- Nie ma innych szefów działu. Zostaliśmy tylko my. Siedem do trzech. - oniemiałam.

- Firma... - szepnęłam.

- Od samego początku funkcjonuję pod kilkoma nazwiskami Pani Lauro. Teraz akurat pod dwoma. Anonimowy inwestorzy nie wzięli się znikąd. - prychnął.

- Henryk Walewski. Leon Zimioł i Szymon Soldberg to jedna i ta sama osoba. - teraz to ja uśmiechnęłam się w duszy.

- Bingo. - kiwnął głową i wstał, poprawiając krawat. - Zapraszam jutro na dziewiątą.

Nie miał pojęcia, że właśnie wydał na siebie wyrok. Droga do celu stała się o wiele krótsza niż sądziłam.
Dodaj do ulubionych
6,593
Podziel się ze znajomymi
8.5/10

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.5/10 (10 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (1)

Gemini

Gemini · 12 godziny temu+0

Czy wszystko jest czarno-białe? A czy miłość to nie kwestia szczerości? Walczymy tylko wtedy gdy nasze serca popadają w szarość, walczymy o to aby zaistniał kolor.. Dziękuję masz bardzo zręczną aranżację językową i powiem Tobie na ucho że przeczytałem to opowiadanie z przyjemnością. Dziękuję i Pozdrawiam.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

lub

Inne popularne opowiadania Adrenalina: