Wsi spokojna... (III) "Dyskoteka"
17 kwietnia 2026
Wsi spokojna...
1 godz
Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!
Przez kolejne dwa dni czuła się okropnie, ale mimo to chodziła do szkoły. Każdy wzrok mieszkańców wsi, który na nią padał, odczytywała jako pogardliwy, jakby miała wypisane na twarzy, że została upodlona, zbrukana i poniżona. Budziła się w nocy przerażona, mokra od potu, bo w snach wciąż powracały migawki z biblioteki, a w głowie brzmiał rechot obu duchownych, gdy czmychała do domu.
Starała się zepchnąć te myśli w głąb, ale obrazy i słowa nieustannie wracały. To, że nazwali ją kurwą, ladacznicą, a co sami robili? Oni, wzorce dla tej małej wiejskiej społeczności, ślubujący życie w czystości, służbę bliźnim i pomoc w dostaniu się do nieba.
Nie przestała wierzyć w Boga, choć coraz trudniej było jej zrozumieć, dlaczego na nich nie spadła kara, grom z jasnego nieba, za to, co jej zrobili. Owieczce, jak to było zapisane w Biblii. Przecież Jezus przebaczył jawnogrzesznicy, pochylał się nad tymi, którzy upadali, był miłosierny, a oni?
Nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć, nie mieściło jej się to w głowie. Przecież nie cudzołożyła, była dziewicą, a ten petting… To Tomasz ją zmusił, ale jego szybko rozgrzeszyli, czyniąc z niej Ewę, która kusi i sprowadza na złą drogę.
Na zajęciach nie mogła się skupić, a po powrocie do domu starała się nigdzie nie wychodzić. Biblioteka? Prędzej dałaby się wsadzić do szamba, niż udać się tam. Wieczorami czytała książki, które kiedyś pochłonęła, nagrody od Stefanii, ale to nie było to samo. Pamiętała, o czym były, jak historie tam opowiedziane się zakończą.
Z koleżankami, a przede wszystkim z kolegami z klasy, ograniczała rozmowy do niezbędnego minimum. Większość z nich pochodziła z jej wsi lub okolic. Każde dotknięcie w ramię, dłoń przez obcą osobę, wywoływało w niej odruch obronny. Cofała mimowolnie rękę, unikając kontaktu.
W piątek poczuła się lepiej, psychiczna rana nieco przyschła, udało się wypędzić koszmarne obrazy w głąb świadomości. Kiedy wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, w jej rodzinnym domu pojawiła się Kaśka.
„Po co ta cholera przyszła?” — pomyślała Ania, dostrzegając siostrę Tomasza siedzącą za stołem w kuchni z matką, popijającą herbatę. „Chyba nie powiedział siostrze?” — przyszło do głowy po chwili.
Nie wierzyła, że dorosły facet rozmawia z siostrą o swoich seksualnych doświadczeniach. Brat jej się nie zwierzał, ona jemu również. Jednak w rodzinie Kaśki mogło być inaczej, bo Tomaszek był diametralnie inny niż jej brat.
— Proboszcz prosi, żebyś jutro przyszła na sprzątanie kościoła i plebanii. Wychodzi nasza kolej — powiedziała matka, a Ani zrobiło się słabo, zimny pot oblał jej ciało.
— No, ja nie mogę córeczko, pracuję w sobotę, Maria ma wesele, a ojciec do sprzątania? — no tak, decyzja zapadła, a ona nie miała nic do powiedzenia. Kobiety do roboty, tata pod sklep z kolegami, bo miotła go w rękach pali.
— Dobrze — z trudem wyrzuciła z siebie.
— Siadaj córcia, zrobię ci herbaty — matka przymusiła ją, choć nastolatka nie miała ochoty rozmawiać z siostrzyczką Tomasza.
Obserwowała Kaśkę, każdy ruch, każdy gest. Znów wróciło to, co chciała zakopać głęboko w sobie.
Ta trajkotała o nowych witrażach, próbach scholii i innych banałach, które Annę nie interesowały. Słuchała koleżanki jak zgaszonego radia, w myślach błagając, by wyniosła się z ich domu i nigdy tu nie wróciła.
— A, Tomek się pytał o ciebie, dawno nie byłaś w bibliotece, a chwalił się, że ściągnął nowe pozycje, wiesz, takie światowe — to zdanie Katarzyny przeszyło Anię niczym włócznia. Wolałaby spotkać na swej drodze Belzebuba, niż udać się do niego.
— No właśnie, Aniu, wcześniej latałaś tam jak kot z pęcherzem, a teraz? — jeszcze matka podchwyciła temat, kładąc przed nastolatką szklankę z gorącym napojem.
— Jakoś nie mam teraz głowy do książek, dużo nauki — zbyła temat.
— W zawodówce? Tej tutaj? Przestań — jakże to ubodło dziewczynę, nawet w jej domu ta pinda musiała pokazać, że jest uczennicą liceum ogólnokształcącego, kimś lepszym.
Ania pragnęła dać ripostę, chwycić ją za kudły, przydusić do ziemi, bo wszyscy wiedzieli, jakim tuzem intelektu była Kaśka. Gdyby nie matka, która non stop przyłaziła do szkoły i nachodziła nauczycieli, to córeczka jechałaby na dobrych i dostatecznych w stosunku pół na pół. Z WF-u była totalną nogą, nawet przewrotu w przód nie umiała zrobić prawidłowo, a do gier zespołowych nadawała się jak wół do karety.
— Tylko pamiętaj, proboszcz nie lubi, jak dziewczyny przychodzą w spodniach… — rzuciła na odchodne, odstawiając pustą szklankę i zbierając się do wyjścia.
— Przecież Kasiu, to wszystkie baby we wsi wiedzą, goni nas, jak która w portkach przyjdzie na mszę albo na sprzątanie, nieraz to mówił — matka wtrąciła się i odprowadziła gościa do drzwi.
— To widzimy się w sobotę. Cześć — usłyszała od Kaśki i miała zamiar się rozryczeć.
Fobia plebana, który ubzdurał sobie, że kobieta w spodniach to niegodny Bogu obraz. A w czym chodził ów? Bo sutanna raczej kwalifikowała się pod specyficzny rodzaj sukienki. Hipokryta narzucający modę na wsi.
Upiła nieco herbaty. Tej podłej, gruzińskiej, najtańszej, jaka była w sklepie, bo przecież El Greya smakowała ostatnio na weselu kuzynki. Wieczne oszczędności, liczenie każdego grosza. Na nich, na matce i na niej, bo brat był w wojsku i złamanego grosza od rodziców nie otrzymał.
„Ale jutro mamusia da ojczulkowi na wino, bo tatuś musi, a jak ja wezmę wypłatę, to też do córeczki się tatuńcio uśmiechnie” — była wściekła.
Poszła do pokoju i walnęła się na tapczan, który lata swojej świetności miał już dawno za sobą. Ojciec, o dziwo, był trzeźwy i siedział przed telewizorem, oglądając serial. Jak niepijany, to właśnie taki, mający wyjebane na wszystko. Nawet drzewo rąbały do pieca razem z matką, gdy zabrakło brata.
„Tatuś odpoczywa” — jak ją to stwierdzenie rodzicielki wkurzało.
Po czym miał odpoczywać? Po jakiej pracy? Bo gdy do jakiejś lazł, to do piątku fason trzymał, a potem…
Przez niego przylgnęło do niej stwierdzenie „córki pijaka” i każdy we wsi traktował ją jak gorszą, niegodną. Jakie miała tu perspektywy? Słowa brata były szczere i prawdziwe, a ona nie wyobrażała sobie, by zostawić matkę i ojcowiznę.
„Pamiętaj, Aniu, ojcowizna rzecz święta” — to były jeszcze te dobre lata, kiedy ojciec nie chlał, kiedy zapatrzona w niego kręciła się na karuzeli, którą jego dłonie napędzały, kiedy pocałunek najważniejszego mężczyzny w dziecięcym świecie był przyjemnością i nie walił alkoholem jak teraz.
Ile by dała, by te czasy wróciły? Wszystko.
Wstała wczesnym rankiem i, nim matka poszła do pracy, wydoiła krowę i dała zwierzętom paszę. Zauważyła, że „Misia”, królica, stała się grubsza.
— Będziesz miała małe — ucieszyła się i narwała dla niej dodatkową porcję mleczu.
Sprzątanie kościoła wypadało po szesnastej, tak zarządził proboszcz, a tylko w przypadku wesel odbywało się to później.
Obawiała się, cholernie się obawiała, choć informacja, że będzie Kaśka i jakieś baby z okolicy, nieco ją uspokajała. Najbardziej bała się spojrzenia proboszcza i tego kleryka, bo ów do niedzieli siedział w domu, a bardziej na plebanii. Znów stanąć twarzą w twarz z oprawcami.
„Dam radę, zrobię swoje i do domu” — pocieszyła się, wsuwając na siebie sukienkę sięgającą prawie łydek.
To, że nie pasowała, bo bardziej ten trend nadawał się do letnich miesięcy, nie zastanawiało jej. Przecież szła sprzątać, a nie na randkę.
Ten wymysł proboszcza, starsze koleżanki opowiadały, jak przyszły sprzątać w spodniach, a on zabronił im wejścia do świątyni. Rzucił prostą gadkę — albo pozbywają się spodni i wchodzą do kościoła, albo jadą do domu się przebrać. Dwie pojechały, a Aneta, bidulka, która rok później podcięła sobie żyły, zgodziła się pracować w samych rajstopach.
Z jej śmiercią, było jakoś tak dziwnie. Wieść gminna niosła, że była w ciąży, ale nie chciała powiedzieć, kto jest ojcem. Proboszcz latał do tamtej rodziny, pomagał, bo tam też ojciec pił, a matka była sprzątaczką w szkole. Jak umarła, jak makiem zasiał. Nic go nie interesowało. Pochował ciało i tyle.
Wrześniowe popołudnie nie było ciepłe, narzuciła pod sukienkę rajstopy w cielistym kolorze i z bólem serca udała się w kierunku świątyni. Przywitała się z Kaśką i dewotami, które zawsze zaiwaniały na wszystkie dostępne nabożeństwa.
Wyszedł proboszcz, w koszuli z koloratką i w dżinsach, takich markowych.
— Drogie panie, dziękuję za przybycie, młode damy — tu zwrócił się do Kasi i Ani, zapraszam na plebanię, tam roboty sporo — dodał, wskazując dłonią miejsce, gdzie miały się udać.
Dewoty zbliżyły się do księdza, prawie całowały po rękach przewielebnego, a ten, jak paw, puszył się przez chwilę.
— No, no już, do pracy — zarządzał niczym ekonom.
Padło sto pytań do, a on na część odpowiedział, a po części zostawił dewotki w sferze domniemywań.
— No do roboty — rzucił, gdy obie dziewczyny znalazły się na plebani. — Kasia piętro, a Ty na parter — rozdzielił zadania, przydzielając Ani trudniejszą kondygnację.
Zawsze zastanawiała się, po co jednemu człowiekowi cały piętrowy dom. Taki standardowy „kwadraciak”, z piwnicą i strychem. Na dole była kuchnia, łazienka i toaleta, pomieszczenie kancelarii parafialnej, duży pokój, coś na wzór salonu i sypialnia.
Na piętrze znajdowały się dwa pokoje gościnne i sanitariaty, i pokój pracy – jak go nazywał.
Poszedł do góry za Kaśką, pozostawiając Anię samą. Dostrzegła, jak na nią patrzył, jak te ślepia przewiercały ją na wylot. Wolałaby być teraz z dewotami w świątyni niż tutaj, na plebanii. Jednak bała się zaprotestować, wyrazić swoje zdanie, postawić się. Strach powrócił, znów stanęły przed oczami tamte obrazy.
— No, podłogi na mokro, potem polerka, szmaty masz tam — usłyszała jego głos i dostrzegła, jak schodzi po schodach.
— Tak — ledwo wydobyła z siebie głos, unikając kontaktu wzrokowego.
— Potem kuchnia i łazienka albo rób w kolejności, jak uważasz. Pokoje są czyste, trzeba tylko je odkurzyć ewentualnie, no i z regałów kurze pościerać. To mnie zawołaj, pokażę, gdzie drabinka — dyrygował niczym karbowy.
Odetchnęła z ulgą, gdy zostawił ją samą i poszedł do kościoła. Zaczęła od kuchni, a stos brudnych naczyń i sztućców, jakie tam znalazła, przyprawił ją o zawrót głowy. Najwyraźniej Damian i proboszcz nie myli ich, a tylko wrzucali do zlewozmywaka. Zaschnięte resztki jedzenia, przypalona patelnia, brudne kieliszki i szklanki z fusami kawy sprzed kilku dni. No i kuchenka, cała upaćkana w tłuszczu i resztkach zupy.
„Nawet ojciec tak nie świni” — stwierdziła, doprowadzając to do porządku.
Z piętra zszedł kleryk i stanął jak wryty, na jej widok. W dłoniach dzierżył butelkę po piwie. Omiotła go wzrokiem.
— Pracuj, pracuj, odpokutuj swoje grzeszki — usłyszała, gdy otworzył lodówkę i wyciągnął z niej kolejnego „Okocimia”. — Żeś się wystroiła, wieś tańczy i śpiewa — dodał kpiarskim głosem i wyszedł.
„A skąd ty się wywodzisz, szlachcicu herbu pierdziwół?” — wnętrze dziewczyny chciało krzyczeć, a pazurami rozorałaby mu tę prostacką facjatę.
Nie mogła. Był kimś, w przeciwieństwie do niej. Klerykiem, przyszłym księdzem, przewodnikiem duchowym tej społeczności, który niedługo miał poznać sekrety wszystkich mieszkańców, którzy uklękną w konfesjonale i wyznają grzeszki. On będzie pouczał, zadawał pokutę, ganił, strofował i wydawał wyrok, czy Pan odpuszcza grzechy, czy też nie.
Poznała ich siłę i zdawała sobie sprawę, że jej życie, w tej społeczności mogą zamienić w piekło. Bała się i musiała przyjąć pozycję potulnej owieczki.
Łazienka nie wyglądała lepiej. Zacieki na umywalce i wannie, brudne, wilgotne ręczniki. Już po tych dwóch pomieszczeniach była zmęczona, a przed nią były kolejne. Otarła pot z czoła i zabrała spory wór śmieci z kuchni, bo te wysypywały się dosłownie z umieszczonego pod zlewozmywakiem kosza.
Z lubością wyszła na dwór i zaczerpnęła świeżego powietrza. Nagle plastikowy worek, nazbyt napełniony, rozerwał się, a śmieci wysypały się na beton.
„Cholera” — zaklęła w duchu i, pozostawiwszy nieporządek, pobiegła po nowy.
Pakowała do niego puste butelki po piwie, pomięte gazety, najzwyklejsze śmieci, jakieś opakowania, i wtedy dostrzegła… prezerwatywy. Zużyte kondomy, z nasieniem w środku.
Sparaliżowana, przez chwilę nie mogła zdobyć się na żaden ruch. Przecież to znaczyło jedno, a może dwa?
„Czy tu przychodzi jakaś baba, a może dwie? — bo dwa męskie antykoncepcyjne środki znalazła. — Czy oni są homo?
Z obrzydzeniem ujęła oba lateksowe „ubranka robocze” i cisnęła do worka. Pozbierała resztę śmieci i wrzuciła do zewnętrznego pojemnika na śmieci.
— No, no — usłyszała za plecami, gdy na kolanach pokrywała dębową podłogę korytarza środkiem do połysku. Zdała sobie sprawę, że czyniąc to, wypinała zadek, a głos najwyraźniej należał do proboszcza.
Jak na rozkaz podniosła się momentalnie i zrobiła krok w tył. Kątem oka dostrzegła, że proboszcz lustruje jej sylwetkę od stóp do głów. Nie wiedziała, dlaczego, ale zaczęła drżeć ze strachu, na razie tak delikatnie.
— Pracuj, pracuj, jak skończysz korytarz, zawołaj, zbierzesz kurze z meblościanki i po robocie na dzisiaj — usłyszała, a gdy zniknął, odetchnęła z ulgą.
Usłyszała, że udaje się na piętro, gdyż drewniane schody tam prowadzące skrzypiały, gdy ktokolwiek się po nich poruszał.
Znów na klęczkach rozprowadzała specyfik, a potem zaczęła froterować, mając na nogach muzealne kapcie.
— Księże proboszczu — krzyknęła, gdy podłoga lśniła.
Nikt nie odpowiedział. Ponowiła zawołanie, ale znów odpowiedziała jej cisza. Bez obuwia, mając na stopach cieliste nylony, udała się na piętro. Jakoś tak stawiała kroki, że schody nie wydały żadnego odgłosu. Gdy znalazła się na korytarzu piętra, usłyszała z najbliżej znajdującego się pokoju cichy głos Katarzyny.
— Nie, przestań Damian, nie chcę, przestań, tak nie można.
— Można, chyba że chcesz, żeby wszyscy we wsi wiedzieli, że twój brat to stulejarz, bo sama o tym dobrze wiesz — padło stwierdzenie drugiego rozmówcy.
— Księże proboszczu, skończyłam — po raz trzeci wyrzuciła z siebie Ania, mijając delikatnie uchylone drzwi do pokoju kleryka.
Wzrok dziewczyny omiótł wnętrze przez ułamek sekundy, dostrzegając, jak Kaśka poprawia najwyraźniej zadartą wcześniej do góry spódnicę, a Damian w pośpiechu zapina rozporek spodni.
— Już idę — usłyszała Anna, gdy drzwi od pracowni klechy się otwarły i ów wyszedł na korytarz.
Zeszli na parter. Proboszcz wskazał, gdzie znajduje się drabinka, i otworzył drzwi od kancelarii.
— No tam z góry ściągnij szmatą kurz i przetrzyj — powiedział, zostając z nią w pomieszczeniu.
Wchodziła powoli, co chwila, oglądając się za siebie. Znów lęk, strach, bo on był z nią sam na sam.
— Przytrzymam cię, żebyś nie spadła — to zdanie i jego dłonie lądujące na biodrach Ani, gdy wygięła się, by szmatką zebrać kurz, wywołały stres i obawę.
Palce klechy rozszerzyły się i delikatnie po chwili zsunęły, a ona bezbronna tkwiła tam u góry. Po chwili jedna z dłoni nie dotykała już wątłej kibici dziewczyny, a zanurkowawszy pod długą sukienkę, przesuwała się od kostki w górę po prawej nodze.
Otworzyła szeroko usta i starała się zewrzeć uda, bo jasnym było, gdzie to łapsko wędruje.
Rozszerzone palce obmacywały kolano dziewczyny, a dłoń posuwała się wyżej. Bała się, że spadnie, będąc mocno nachylona.
— Nie — zaprotestowała, gdy ta dotarła do uda.
Nic sobie z jej sprzeciwu nie zrobił, obmacując ją przez fakturę rajstop, i błogosławiła w tym momencie fakt, że owe założyła, bo gdyby miała tylko figi, to delikatny ruch, odsunięcie części okalającej krocze, dałoby mu dostęp do cipki.
Nie, nie czuła podniecenia, a paniczny strach i przerażenie. Palce dotarły do krocza i poprzez majtki oraz rajstopy starały się drażnić intymność. Tak jak wtedy, gdy Tomaszek nie mógł dostać się do muszelki.
Zaskrzypiały schody, dając znak, że schodzą nimi przynajmniej dwie osoby. Błogosławiła ten fakt, gdyż, jak na rozkaz, dłoń plebana zsuwała się, tak szybko, jak mogła, i po chwili znów trzymała jej biodra.
— Dokładniej tam, dokładniej, to plebania, a nie twoja chałupa — rzucił, a te słowa zraniły Anię.
— Ja już skończyłam — zaszczebiotała Kaśka, zatrzymując się na chwilę na korytarzu i patrząc na nich.
— Pójdę, sprawdzę, jak posprzątały kościół, bo ostatnio to… — usłyszała głos kleryka.
— Dziękuję Kasiu, idź Damian — odparł, a dziewczyna znów poczuła się nieswojo, gdy ta para wyszła.
Nie zważając na nic, zaprzestała pracy i schodziła z drabinki, co najwyraźniej klesze nie pasowało.
— Nie mam już siły — rzuciła, nie patrząc mu w oczy.
— Dobrze, wystarczy — zdziwiła się, że tak łatwo odpuścił, bo spodziewała się, że każe jej znów się wspinać. — Schowaj wszystko i zapraszam do kościoła — dodał.
Pomyślała, że chce wszystkim podziękować, pożegnać się. Nieraz miał gest i zamiast świętych obrazków po sprzątaniu wręczał czekolady lub cukierki.
„Uspokój się, Ania, uspokój, już po wszystkim” — pocieszała się, układając na swoim miejscu to, czym tu pracowała.
Dewoty plotkowały, skończywszy wcześniej robotę. Gdy zebrały się wszystkie osoby odwalające swoistą pańszczyznę, proboszcz stanął przed nimi i każdej wręczył obrazek, który pozostał mu z poprzedniej kolędy.
— Bóg zapałać dobre kobiety. Kościół to wspólnota i wieś musi dbać o świątynię bożą, to nie obowiązek, to zaszczyt — plótł te swoje androny, a głupie baby słuchały go jak „Wolnej Europy” w stanie wojennym.
Nie byłoby tych słów pochwały, gdyby nie Damian, pełniący funkcję ekonoma. Sprawdził, a że większość dewot była skoligacona z jego matką, nie śmiałby skrytykować ich roboty.
— Dziewczętom też dziękuję, dobry narybek nam tu rośnie, a to zasługa matek, że tak je wychowały. Proszę, to dla was — i najwyraźniej święte obrazki z kolędy już się skończyły, bo Kaśka i Ania dostały wizerunek św. Krzysztofa, patrona kierowców.
Gdy Ania myślała, że to koniec, chwycił ją za łokieć.
— Dawno u spowiedzi nie byłaś córko, mam czas. Wyznaj panu swoje grzechy. Zapraszam — wywalił z siebie, a dziewczynie, aż się nogi ugięły, bo dewotki popatrzyły na nią dziwnym wzrokiem.
Wizja, że popędzi do domu padła, roztopiła się jak śnieg w maju. Rzucił to w obecności innych, a ten wzrok kobiet będących w wieku jej matki, a nieraz starszych, przygniótł ją do ziemi.
— Kasiu, jeżeli ty chcesz, to też czas znajdę — jakże był wspaniałomyślny, jak się poświęcał!
— Ja byłam w tamtym tygodniu, nie nagrzeszyłam pewnie tyle, co Anka.
Anulka poczuła się, jakby ktoś ją uderzył z pięści w twarz, tak mocno, z całej siły.
„Jak śmiesz, jak śmiesz mnie oceniać ty… — ostatni wyraz zachowała dla siebie, zdając sobie sprawę, że jest w świątyni.
I te późniejsze stwierdzenia starych bab, że należy skorzystać, że to wspaniałomyślność proboszcza. Grzechem byłoby…
Klęczała przy konfesjonale, a odchodząc od niego, nie wiedziała, czy to była spowiedź, czy ten podły człowiek czerpie jakąś swoistą podnietę, bo wypytywał ją tylko o wiadome rzeczy, i to te, w których brał udział.
Znów wróciło wszystko, gdy musiała odpowiadać na jego pytania. Czy czuła podniecenie, czy się podobało, dlaczego tak postąpiła, czy fantazjowała?
Musiał z tego czerpać jakąś satysfakcję, dostawać bodziec. Jak mógł dopytywać się o czyn, którego był napędowym motorem, do którego ją przymusił? To nie było normalne.
— A dzisiaj? Czułaś coś? Chciałaś tego?
Która normalna dziewczyna mogłaby marzyć o czymś takim? Chyba tylko desperatka, dewiantka, istota niespełna rozumu.
Zadał pokutę, ale nawet nie pamiętała, jaką. Szybko opuściła świątynię i wróciła do domu. Położyła się spać, zbywając pytania matki ogólnikami.
Około czwartej nad ranem obudziły ją jęki rodzicielki. Najwyraźniej tatuś doszedł do siebie i wywiązywał się z małżeńskich obowiązków.
Nakryła uszy dłońmi, nie chcąc dłużej słuchać.
„Boże, tak ma wyglądać moje życie?” — zapytała się Stwórcy, ale stamtąd odpowiedzi nie usłyszała.
Usnęła w końcu, lecz nie tak spokojnym snem, jakby chciała.
Ostatnia niedzielna msza była o szesnastej i cała rodzina się na nią udała. Ojciec, ledwo ciepły, po wczorajszej imprezie z kolegami, czerwony na gębie, ale poleciał przed mszą do konfesjonału.
„Przecież on jeszcze jest pijany” — wywnioskowała Ania i nie bardzo wierzyła, że taka spowiedź ma sens.
Z czego ojciec miał się spowiadać? Z pijaństwa? Ewentualnie z tego, że klął jak szewc, bo pobicie córki było już u Boga zapomniane i rozgrzeszone. Przecież tata nawet nie wiedział, czy pokute odprawił, a może? Przecież to tajemnica spowiedzi. Mógł dostać dwie zdrowaśki i w tygodniu odklepać.
Zaskoczyło ją, gdy przy ogłoszeniach parafialnych na koniec mszy ogłosił, że w salce parafialnej organizowana jest dyskoteka dla młodzieży. Za tydzień, w sobotę.
Wiernych nie było dużo, to na sumie królowały tłumy. Gdy wychodzili ze świątyni, to ojciec zawsze po spowiedzi, klękał w bocznym ołtarzu i modlił się. Nie zdziwiło jej, że proboszcz zdołał ich dopaść na kościelnym dziedzińcu.
— Aniu, będziesz? — padło bezpośrednie pytanie.
— Na sprzątaniu, nie nasza kolej — odparła, zgrywając głupią.
— Na dyskotece.
— Nie wiem, nie mam się w co ubrać — wypaliła, a matka omiotła ją chłodnym spojrzeniem.
Wyszła, nie czekając na odpowiedź klechy. Nie w głowie jej były zabawy. Owszem, te w remizie organizowane przez OSP, pod egidą strażaków, były fajne i nieraz w nich uczestniczyła, te kościelne nie bardzo jej odpowiadały
Odwróciła się i zlustrowała rodziców. Rozmawiali z księdzem, coś starali mu się tłumaczyć. Ten ujął twarz ojca i przytulił do siebie. Matka całowała dłoń plebana.
Puściła się przodem, nie chcąc wracać z nimi. Czuła, że coś wykombinowali za jej plecami.
— Już ja ci pokażę! — wrzasnął ojciec, gdy wlał w siebie odpowiednią dawkę etanolu.
— Uderz, tylko uderz, a nic nie dostaniesz z mojej pensji! — odpowiedziała, krzycząc.
Zatrzymał wymierzony cios, cofnął dłoń.
— Ania, tak nie można, księdzu powiedzieć, że nie masz się w co ubrać, przecież masz… — matka zaczęła.
— W co mam się ubrać mamo? W co? W sukienkę z komersu? Nie zauważyłaś, że nie mam piętnastu lat, że cycki mi urosły i…
— Ania, ja mam gdzieś…
— Co, mamo, masz? Kreację z lat ubiegłych, gdy ty byłaś młoda? Po co mnie tam wysyłasz, ja nie chcę?
— Dziecko, Ludwik odchodzi ze szkoły, proboszcz obiecał, że tata zajmie jego miejsce. Rozumiesz?
Nie rozumiała, ale nie miała zamiaru postawić się matce.
— Wstyd przynosisz, Aniu, wstyd, takie rzeczy gadać, co ludzie pomyślą — usłyszała, nie wiedząc, o co chodzi.
Wykąpała się, znów poganiana, by nie zużyć zbyt dużej ilości wody z bojlera, który, mając swoje lata, niedomagał.
Gdy wytarła się i zasiadła w pokoju, matka przycupnęła przy niej.
— Nasz proboszcz jest jednak cudowny — rzuciła, a Anna stała się sztywna. — Jutro, po twojej szkole, przyjedzie i pojedziecie razem do Rzeszowa. Obiecał kupić ci sukienkę na imprezę — dodała, a Ania o mało co nie zemdlała.
W nocy nie mogła spać i przewracała się z boku na bok. Przerażała ją wizja wyjazdu z proboszczem do Rzeszowa i była na siebie wściekła, że wypaliła o braku kreacji. Mogła nic nie powiedzieć, obiecać, że przyjdzie, a potem wymyślić bajeczkę, że miała biegunkę, wymioty. Palnęła, nie przewidując, że ksiądz zareaguje w ten sposób.
„Jezu, a jak jeszcze będzie kleryk? Boże!” — tłukło się w jej głowie, a wszystko, o czym chciała zapomnieć, powróciło.
Nie potrafiła zjeść śniadania; gdy ugryzła jeden kęs, od razu go wypluła i zaczęło ją mdlić. Była chodzącym kłębkiem nerwów. Pobiegła do łazienki i zwymiotowała.
— Ania, co jest? — zapytała ją matka kręcąca się po kuchni i prześwietliła przenikliwym wzrokiem, robiąc poważną minę.
— Nie wiem mamo, przytrułam się chyba.
— Ania — matka, delikatnie podniosła głos. — Popatrz na mnie — poleciła.
Dziewczyna spojrzała na rodzicielkę przez sekundę, może dwie, i uciekła wzrokiem, widząc zatroskaną minę rozmówczyni.
— Czy ty, aby nie jesteś…
— Przestań mamo, ja jeszcze z nikim — przerwała jej, zdając sobie sprawę, o co ta chciała zapytać.
— To dobrze, córcia, bo jeszcze tego by nam tu brakowało — matka odetchnęła z ulgą.
Na wpół przytomna pędziła swoim Wigry do szkoły, a w głowie kotłowały się tysiące myśli i obaw.
Bała się, panicznie bała się tego wyjazdu. Ona i on, a może jeszcze Damian. Sami w samochodzie. W myślach kreśliła czarne scenariusze, czasem tak nierealne, że przez nie nakręcała się coraz bardziej.
Na zajęciach też nie mogła się skupić. Gdzieś z podświadomości wylewały się obawy i strach. Najchętniej zostałaby w szkole, zaszyła się gdzieś w ubikacji i nie wróciła do domu.
„Tylko, co to da?”
Proboszcz nie odpuści, wcześniej czy później dorwie ją i wkurzony rozgłosi o jej zainteresowaniach i rozwiązłości, bo pewnie tak to nazwie, a wtedy… Nawet o tym nie chciała myśleć.
„Może niepotrzebnie się martwię? Może, dostał ostatnio, to co chciał? Upokorzył, sponiewierał i tyle mu wystarczy?” — uspokajała się, pedałując w drodze do domu.
W poniedziałek zajęcia kończyła po trzynastej, jedyny dzień w tygodniu, kiedy było ich mniej.
Zdziwiła się, że zastała w domu matkę, przecież o tej porze powinna być w sklepie.
— Mamo, a co ty…
— Jestem, przecież muszę być, bo znów coś palniesz głupiego. Jadzia mnie podmieniła na godzinkę — usłyszała. — A teraz marsz do łazienki i szybki prysznic, bojler włączyłam, bo taka nieświeża nie będziesz kiecki mierzyć — poleciła, tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— Mamo…
— Już, leć, bo prądu szkoda, przyniosę ci ubrania. Smarujże tam wreszcie! — pogoniła, nie dając nastolatce chwili odpoczynku.
Anna nie chciała dyskutować, klamka zapadła, a ona nie miała nic do powiedzenia, bo wizja, że proboszcz załatwi ojcu posadę w szkole, wszystkim, prócz niej, odebrała rozum.
Rozebrała się i weszła do wanny. Miała zamiar wziąć szybki prysznic, bez mycia włosów.
„A może powiedzieć matce, powiedzieć, co się stało?” — zastanawiała się, namydlając ciało.
Znała jej podejście do proboszcza i zdawała sobie sprawę, że ta najpierw doszukiwać się będzie winy córki. Pamiętała ciężkie czasy stanu wojennego, gdy ów wspierał miejscową społeczność darami i słowami otuchy. Wyrobił sobie etos bohatera, niezłomnego. Od początku posługi miał uprzywilejowaną wysoką pozycję, ze względu na autorytet formalny, a potem uzyskał ten ważniejszy — moralny. Był z ludem, wspierał, podtrzymywał w nadziei i dawał wiejskiej społeczności, prócz słów otuchy, to co do egzystencji najważniejsze — płatnicze środki i dary.
Tylko… on nie płacił za nie. Dostawał je za darmo, od Polonii, organizacji pomocowych i czort wie kogo. Wszystko najpierw trafiało do niego, a tam następowała pierwsza selekcja dóbr. Co bardziej wartościowe frukta zostawały, a reszta szła do rozdzielających je zauszników, w osobach członków rady parafialnej.
Tamci, dokonywali kolejnej, zostawiając sobie co lepsze kęsy, a potem… Potem to, co zostało, trafiało do ich bliskich, a na samym końcu tego łańcucha znajdowali się zwykli mieszkańcy wsi, tacy, jak rodzice Ani. Dla nich te okruchy, przebrane dary, jawiły się jako dobra luksusowe.
Dziwnym trafem, jako jedyny we wsi, miał Fiata Mirafiori, podczas gdy reszta zamożniejszych gospodarzy jeździła Fiatami 125p, Skodami 105, czy poczciwymi Wartburgami i Trabantami, o Syrenkach i Warszawach nie wspominając.
Skąd miał? O tym wiedziały „koniki” — handlarze walutą, u których wymieniał dolary i zachodnioniemieckie marki po czarnorynkowym kursie, oraz druga grupa — paserzy, którym sprzedawał „elektronikę”.
Teraz gdy PRL upadł, zbierał owoce swojej pracy, jawiąc się przed społecznością jako dobrodziej, nieugięty bohater — co, parafrazując, komunie się nie kłaniał.
Prawda jednak była prozaiczna. Zarówno wśród jednej, jak i drugiej grupy, z którymi handlował, SB miało swoje wtyki.
Któregoś pięknego wieczora, gdy spędzał czas w hotelu z jedną z rzeszowskich kurewek po udanej transakcji, wpadło trzech smutnych panów, prezentując legitymacje wiadomej służby już od progu. Panienkę lekkich obyczajów wyproszono, a z księdzem, nie dając mu nawet możliwości założenia odzienia, rozpoczęto poważną rozmowę, której finałem była założona teczka tajnego współpracownika o kryptonimie „Salomon”. Dowody jego niegodnych zachowań i działań były bezsporne, utrwalone na fotograficznej kliszy oraz pisemnych zeznaniach.
Dziwnym trafem, kilka dni później nastąpiły zatrzymania kilku działaczy KOR i wpadła tajna drukarnia. Przypadek?
Spłukała detergent z ciała i wygramoliła się z wanny. Ręką sięgnęła najpierw po kąpielowy ręcznik, który był nieco sfatygowany, a potem wyłączyła bojler.
— Mamo! — krzyknęła, wycierając się, ale odpowiedziała jej cisza. Ponowiła, ale to też nie dało zamierzonego efektu.
„Może wyszła?” — pomyślała nastolatka, owijając ciało ręcznikiem, który ledwo zasłaniał intymną część ciała.
Opuściła łazienkę i na paluszkach zaczęła przemykać do swojego pokoju. Nie sposób było, by przez chwilę nie pokazać się na widoku osób siedzących w kuchni.
— O, już wyszła — usłyszała głos matki i na chwilę się zatrzymała. Zamarła, bo przy stole siedział pleban, który właśnie się odwrócił i lustrował jej sylwetkę.
— Przepraszam — rzuciła i w te pędy dopadła drzwi swojego pokoju, a stwierdzenie proboszcza:
— No, no, piękna pannica nam we wsi wyrosła — goniło ją przez cały ten dystans.
Trzasnęła za sobą drzwiami, błagając w myślach, by bielizna i ubrania były w pokoju, a nie w kuchni.
„Są” — odetchnęła z ulgą, widząc je pieczołowicie położone na tapczanie.
Nakładała je szybko, nie dostrzegając, że niebieskie stylonowe figi wciągnęła na lewą stronę. Dłonie drżały, gdy naciągała cieliste rajstopy, obawiając się, że je zaciągnie. Potem zapięła biały biustonosz, koszulę w tym samym kolorze, i wbiła się w kremową spódnicę sięgającą lekko powyżej kolana, z rozcięciem z boku.
Teraz zdała sobie sprawę, że tak ubrana mogła pójść na dyskotekę, ale było za późno. Klamka zapadła. Czuła się jak towar w transakcji wiązanej — rzecz, nie człowiek, istota czująca, mająca swoje zdanie.
Na ten wyjazd, nie ubrałaby się inaczej. Miała zamiar pojechać w dżinsowej sukience midi i białych adidasach, choć te ostatnie, z niemiecka marka miały tyle wspólnego, co ojciec z abstynencją.
Nabrała głęboki haust powietrza i wyszła z pokoju, narzuciwszy na siebie lekki sweterek, który dobrze komponował się z resztą ubioru.
— No, czas jechać, bo nam sklepy zamkną — stwierdził proboszcz, lustrując Annę wzrokiem.
Matka uklękła i chwyciła jego dłoń, całując ją, jakby był co najmniej biskupem.
— Dziękuję, dziękuję za wszystko, co ksiądz dla nas robi i robił, gdyby nie…
— Wstań, wstań! Przecież to moja posługa, pomagać bliźnim, gdy są w potrzebie — odpowiedział, ale jakoś dłoni nie cofnął i nie kazał matce wstać z klęczek, a jednocześnie spojrzał na dziewczynę tryumfującym wzrokiem.
— Jakże my się odpłacimy? — zawodziła kobieta, nadal cmokając go po dłoni.
— Dobrymi uczynkami, to się Panu spodoba — rzuciła sucho, uwalniając rękę z uścisku.
Chwycił Annę za ramię i wyszli przed dom, pozostawiając klęczącą matkę.
— Wsiadaj — rzucił sucho, a po chwili czerwone Mirafiori ruszyło w kierunku Rzeszowa.
Droga do wojewódzkiego miasta upłynęła nadzwyczaj spokojnie, choć kilka razy, gdy zmieniał bieg, jego dłoń zsunęła się na nogę dziewczyny. Skupiony na drodze, nie zadawał nieskromnych i lubieżnych pytań, a co najważniejsze, nie było Damiana. Ten, jak się dowiedziała, wrócił do seminarium, co napawało ją optymizmem.
Ubrany był po „cywilnemu” — w modne dżinsy, bawełnianą koszulę dobrej jakości, markowe obuwie i sweter. Zaparkował samochód przy targu.
Ania była w tym miejscu kilka razy, bo tutaj matka zakupiła jej sukienkę na komers. Nie było sensu przepłacać w butikach. Może i niższa jakość, ale i cena. Coś za coś. Twarde reguły wykluwającego się w Polsce kapitalizmu. Kapitalizmu w najgorszym wydaniu, bo kto patrzył, czy ciuch jest oryginałem? Podrobione metki, niedopuszczalne w dzisiejszych czasach podrabianie znaków towarowych znanych marek. Tak, to było normą i nikt nie miał zamiaru tego ukrócić. Proza życia tamtych lat.
Szła za nim, niczym pies na smyczy, wzrokiem pożerając wystawione ubrania, bieliznę i inne rzeczy, o których mogła zamarzyć.
— Coś ci się spodobało? — zapytał po chwili.
— Nie — skłamała, choć mijali stoiska, gdzie kreacje były w jej guście. Strach ją paraliżował, strach i nuta niepewności — jak oceni, co powie? Wolała nie ryzykować, choć gdyby wybrał jakąś wyzywającą kieckę… No, sama nie wiedziała, czy by zaprotestowała.
Kręcili się jeszcze przez dobre pięć minut w labiryncie stoisk. Ona wystrachana, a on… Nie znał się przecież na damskiej modzie.
W końcu dostrzegł kobietę z nastolatką w wieku Ani i bez zastanowienia zaczepił ją.
— Przepraszam, gdzie mogę kupić kreację na wesele dla córki? Proszę, niech mi pani pomoże. Chodzimy i chodzimy, a nie jesteśmy stąd — usłyszała dziewczyna. — Żona w szpitalu i na mnie zwaliła, a chłop… sama pani wie.
Rozmowa trwała chwilę, a zaczepiona kobieta gestykulowała mocno i tłumaczyła. Proboszcz tylko kiwał głową i na sam koniec podziękował.
— Chodź — rzuciła do Ani i pociągnął ją za sobą.
Szła niczym zwierzę prowadzone na ubój, nie stawiając oporu. W końcu zatrzymali się przy sporym stoisku. Zagadał do sprzedawczyni, starszej, grubszej kobiety, a ta jak nakręcona zaczęła zachwalać swoje produkty.
— To, proszę pana, to hit. Ołówkowy krój przylegający do ciała tak ślicznej córeczki wydaje się wąski, ale nie krępuje ruchów, idealnie dopasowuje się do ciała i nie prześwituje, aby chłopaki — tu zaśmiała się lubieżnie. — Kwadratowy dekolcik nie pozwoli amantom zajrzeć zbyt głęboko, a córcia będzie się czuła komfortowo. Wąskie ramiączka, toż, jak patrzę na nią, to wymarzona kreacja — trajkotała dalej. — Nie ma zapięcia, tylko przez głowę, to nic się tu nie zepsuje, drogi panie. Materiał delikatny, pan dotknie — to mówiąc, podała księdzu sukienkę, a ten musnął palcami fakturę.
— Rzeczywiście, dotknij, Aniu — rzucił, chwyciwszy nastolatkę za nadgarstek prawej dłoni.
Zgodziła się, bo rzeczywiście krój i fason kiecki jej pasowały. Identyczna tkwiła na manekinie. Bała się, że wybierze jakąś rozkloszowaną miniówkę z fiszbinami i koronkami albo, co gorsza, wyuzdaną, króciutką kreację ze sztucznej skóry, ledwo zakrywającą uda.
— Rozcięcie z tyłu daje efekt, ale kiedy, jak nie w tym wieku, troszkę pokusić, dać chłopakom to coś. Nie jest wyzywające, a dodaje szyku i klasy — kontynuowała, wypluwając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. — I nie tylko na wesele, gdzie pannica po nim odłoży i nigdy nie założy. To model uniwersalny…
— Bierzemy — zadecydował ksiądz, przerywając sprzedawczyni. — Potrzebuję do niej bielizny i butów — dodał, a Ania się zdziwiła.
— Czarna włoska, primo marka, delikatna, tak że córeczka nie poczuje, że coś nosi. Kosztuje, ale warto, z ceny zjadę — sprzedawczyni weszła w trans zachwalania, czując pewny pieniądz. — Rajstopy, czy pończoszki? — dodała.
— Rajstopy — po raz pierwszy odezwała się dziewczyna, mówiąc to pewnym tonem głosu.
— Masz rację, popieram, teraz rajstop taki wysyp. Zobacz, te z delikatnymi kropeczkami, o tam są — to mówiąc, wskazała na plastikowe nogi, gdzie nałożone były nylony. — Pasują do sukienki jak ulał, albo te z rombami, trochę bardziej…
— Te mi się podobają — przerwała Ania.
— Dwójki, trójki?
— Wejdę do przymierzalni z córką i ocenię — zza pleców dziewczyny odezwał się proboszcz.
— Ale bielizny nie przymierzamy i rajstop też.
— Proszę panią — pleban zrobił minę zaskoczonego i wyciągnął z kieszeni banknot o nominale dziesięciu dolarów. — To dla pani — dodał, wręczając go kobiecie.
Tyle był wart jej wstyd w tej chwili. Dziesięć dolarów amerykańskich. Przy nim, w tej prowizorycznej zrzucała fatałaszki, a potem paradowała nago. Dotknął krocza, pogładził wargi sromowe, a drugą dłonią obmacywał piersi.
Zdawała sobie sprawę, że tutaj nie pozwoli sobie na więcej. Wyszli.
— Super buciki ma Tadzik, na końcu, o tam, polecam, a jak pan powie, że u mnie kupił, to rabacik pewny.
Na obuwniczym straganie nie spędzili zbyt wiele czasu. Ania szybko wybrała szpilki na niezbyt wysokim obcasie – proste, bez zdobień, bo zawsze stawiała na minimalizm. Przymierzyła je, spojrzała w lustro, a potem na księdza, który kiwnął głową, dając jej do zrozumienia, że zgadza się na zakup.
Zgodnie z zapewnieniem grubszej sprzedawczyni udało mu się wynegocjować pięć procent rabatu.
— Te cienie, lakiery do paznokci, pudry i inne pierdoły to masz? — zapytał, gdy wracali do samochodu.
— Tak — odpowiedziała krótko, nie chcąc narażać duchownego na kolejne wydatki, choć te rzeczy bardzo by się jej przydały.
Czuła się nieswojo, zastraszona i spięta. Coś w jej wnętrzu podpowiadało, że to nie wspaniałomyślność klechy, lecz jego kolejny zaplanowany ruch wobec niej, zmusił go do wydatku. Chciała się mylić, ale…
W mieście nie rozmawiał z nią, skupiając się na prowadzeniu pojazdu. Ruch, jak to w wojewódzkim mieście, był spory, a on przecież nie bywał tu zbyt często. Wolał uważać na swojego wychuchanego Fiata.
Ania patrzyła w boczną szybę. Przelatywały jej przed oczami krajobrazy, upstrzone wielkimi reklamami znanych i kultowych marek. O zakupie tych produktów mogła sobie tylko pomarzyć.
— Zobacz, jak skończysz, gdy będziesz spotykać się z tą pierdolniętą Stefanią. Zobacz! — przy tym ostatnim wyrazie podniósł ton głosu, a dziewczyna dostrzegła stojące na rogatkach miasta „tirówki”. Rumunki, Bułgarki albo te ze Wspólnoty Niepodległych Państw, jak wtedy nazywano byłe ZSRR.
Była bliska płaczu, znów poniżona, porównana do przydrożnych prostytutek, ale one za swoje usługi brały pieniądze. Annę, klechy wtedy wykorzystali za darmo, bo czymże różnił się jej oral, od tego, jaki serwowała stojąca przy drodze prostytutka. Jakością i ceną.
Ona, niedoświadczona, dała im to darmo, i jeszcze miała wyrzuty sumienia oraz wizję potępienia w wiosce. Tamte kasowały klienta i zgodnie z niepisaną umową wykonywały usługę za konkretną stawkę. Kto był poszkodowany, kto miał gorzej?
Nic nie odpowiedziała. Zacisnęła zęby i stłumiła płacz. W głowie wciąż brzmiały słowa matki, że ksiądz załatwi ojcu posadę w szkole, że wreszcie odbiją się od dna, że będzie dobrze. Czy tak jak wcześniej? Tego nie wiedziała.
Po kilku kilometrach, gdy minęli policyjny radiowóz, proboszcz nie używając kierunkowskazu skręcił w lewo, w leśną drogę pożarową. Gdy minęli znak zakazu wjazdu, otrząsnęła się z przemyśleń.
— Gdzie jedziemy? — zapytała cicho, a duchowny uśmiechnął się dziwnie i spojrzał na nią z politowaniem.
— Ty głupia jesteś? — zapytał kpiącym tonem. — Myślałaś, że kupiłem ci te szmaty ot tak? — dodał po chwili, zwalniając, bo droga stawała się nierówna.
Ciało dziewczyny zesztywniało, usta ułożyły się w podkówkę, a do kącików oczu zaczęły napływać łzy. Siedziała w fotelu nienaturalnie naprężona, z przerażeniem w oczach, patrząc, jak pokonują kolejne metry, zagłębiając się w las.
— Ja zapłacę, oddam wszystko, jak mi…
— Ty jednak naprawdę głupia jesteś, nic cię ostatnia lekcja nie nauczyła? — zapytał, zatrzymując się na niewielkiej polanie. Musiał wiedzieć o niej i nie pierwszy raz tutaj bywał.
Zgasił silnik i dziwnym, przerażającym wzrokiem spojrzał na nią. Zaciągnął ręczny hamulec, a potem obie dłonie proboszcza powędrowały na uda dziewczyny.
— Czas zapłaty — rzucił, a Ania poczuła, jak spódnica unosi się ku górze.
— Nie, nie — wyrzuciła z siebie, a twarz plebana zbliżyła się do jej lica. Odsunęła się.
Już macał palcami krocze nastolatki, wykonując znane ruchy, a ona nerwowo jedną dłonią starała się powtrzymać napastnicze zapędy klechy, a drugą majstrowała przy zapięciu pasów bezpieczeństwa.
— Tak jak ostatnio, nie bój się — starał się ją uspokoić, ale dziewczyna nie miała pewności, czy proboszcz nie posunie się dalej.
— Nie chcę, nie — zaprotestowała, gdy usta i język księdza zaczęły dotykać szyi.
Łapska, łapczywie obmacywały krocze i zaczęły wędrówkę w kierunku górnej części rajstop i majtek. Starała się to blokować, coś krzyknąć, ale usta plebana zwarły się z jej wargami. Wpychał język do ust. Gdy jeden z palców znalazł się na wzgórku łonowym i wydawało się, że proboszcz za chwilę dobierze się do cipki, nagle z tyłu dał się słyszeć odgłos policyjnej syreny i komenda przez megafon.
— Tu policja! Wysiąść z samochodu i trzymać ręce nad głową!
W księdza, jakby piorun jasny strzelił, momentalnie wycofał ręce i, zerknąwszy w lusterko wsteczne, dostrzegł policyjnego Poloneza.
— Morda w kubeł, bo pożałujesz, mi nic nie zrobią — syknął, pewnym tonem głosu i otworzywszy drzwi, wysiadł z samochodu, trzymając ręce skrzyżowane za karkiem.
Ania była w szoku, i w tej chwili nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. Tkwiła w fotelu jakby przyspawana, niezdolna do działania.
— Pasażer wysiadaj, kierowca na kolana, przodem do nas! — usłyszała w megafonie, i wreszcie się ruszyła.
Starszy sierżant sztabowy Baran i starszy sierżant Kowalewski służyli ze sobą już od kilku lat i pewne zachowania od razu, tym wytrawnym „psom” — bo tak ich w slangu cywile określali, śmierdziały. Dlatego też, wracając od drobnej kolizji drogowej, dostrzegli w lusterkach radiowozu podejrzane zachowanie kierującego Fiatem Mirafiori.
— Ty albo przerzutka jakaś, albo… bo wyjebał w przesiekę, jak nas minął — zauważył Baran.
— Dawaj, jak chuja trafimy, to przynajmniej sobie punkty u naczelnika najebiemy, nadprogramowy mandat — odparł Kowalewski, zawracając radiowóz i kierując się na przeciwległy pas ruchu.
— Dawać bomby?
— Ochujałeś, po cichu, jedno auto. Zobaczymy — odpowiedział kierujący, skręcając w przesiekę.
Przeżyli taranowanie radiowozu, strzelali uciekającym pojazdom w opony. Baran miał nawet trupa w swoim portfolio, gdy nie zastanawiając się, uratował życie swojemu poprzedniemu partnerowi. Znali robotę od podszewki.
— Ręce nad głową panno, i na kolana — wyrzucił z siebie Kowalewski, przeładowując służbowe P-64 i kierując je w stronę dziewczyny, która wyszła od strony pasażera.
— Ona jest zesrana, patrz na niego — rzucił Baran, zbliżając się do mężczyzny.
— Panowie, o co chodzi, Kuzynka chciała się tylko wysikać — rzucił klęczący facet.
— Zobaczymy — doświadczony policjant, nie wierzył takim bubkom.
Ania tkwiła na kolanach, a igliwie wbijało się przez rajstopy w kolana. Nylony miała rozerwane, bo plebana ręce zdołały je naruszyć, i od części majteczkowej poszło oczko.
— Panowie, może się dogadamy — pierwszy raz słyszała proboszcza proszący głos, i to, w tak dziwnym brzmieniu, a potem sięgnął po portfel.
— Ile? — drugi z policjantów zadał pytanie.
— Dwieście bagsów i po sprawie — klecha, wyciągnąwszy dwie studolarówki, skierował je ku funkcjonariuszom.
— No pięknie, próba przekupstwa funkcjonariusza publicznego na służbie — starszy stopniem się wtrącił. — Stasiu, ile za to mamy punktów? — zapytał kolegę.
— Pincet, wyrobimy normę do połowy następnego miesiąca.
Ksiądz chciał się podnieść, zagadać, lecz mocny kop w brzuch ostudził jego zamiary.
— Na glebę, kurwa, na glebę! — I zamiast klęcząc, padł na twarz. — I leżysz! — nakazał policjant, wyciągając mu komplet dokumentów z tylnej kieszeni spodni. — Yhm, ksiądz, jebie mnie to, niewierzący jestem.
— Ale… — coś chciał powiedzieć klecha.
— Niezatrzymanie się do rutynowej kontroli drogowej, ucieczka, próba przekupstwa. Mało? — zadał pytanie.
— Nie, przepraszam.
— Mam sprawdzić samochód na bębnie? — zadał kolejne pytanie. — A ty dawaj legitymację, czy co to tam masz — zwrócił się do Ani.
— Legitymacja szkolna jest w torebce, w samochodzie — odpowiedziała, mocno przerażonym głosem dziewczyna.
Pozwolił jej wstać i udać się do pojazdu. Drżącymi dłońmi ze sfatygowanej już nieco, niewielkiej kopertowej torebki wyjęła dokument i podała go policjantowi. Ten zerknął na zdjęcie i na nią, i chwyciwszy za łokieć, pociągnął za sobą.
Uszli parę kroków i zatrzymali się przy sporej sośnie.
— Czy to twój znajomy, ktoś z rodziny? Wujek? — padło kolejne pytanie.
— Znajomy, proboszcz z parafii, wracamy z targu, kupiliśmy sukienkę i inne rzeczy na zabawę — odparła zgodnie z prawdą.
Funkcjonariusz przyglądał się jej z wyraźną dociekliwością, jakby wyczuwał, że duchowny mógł mieć nieczyste intencje.
— Mieliście się tu z kimś spotkać, coś stąd zabrać lub kogoś? Mów! — zadawał kolejne pytania.
— Nie, nie — Ania coraz bardziej się denerwowała.
— On chciał ci coś zrobić?
Przypomniała sobie słowa proboszcza sprzed chwili, gdy wysiedli z samochodu. Z drugiej strony, nadarzała się okazja, by wyjawić policjantowi, dlaczego duchowny skręcił w las. Tylko… to byłoby słowo przeciwko słowu, a co warte było jej stwierdzenie w obliczu zaprzeczenia księdza? Czuła się nikim w porównaniu do niego. Dobrowolnie udała się w podróż, a on kupił jej sukienkę, buty i bieliznę.
— Nie, nie — skłamała.
Mundurowy kazał wsiąść Annie do samochodu, a następnie otworzył bagażnik Mirafiori. Nic podejrzanego nie znajdując, podszedł do leżącego na ziemi proboszcza.
— Ktoś tu wspominał o dwustu dolarach — rzucił jakby od niechcenia.
— Tak, są wasze — proboszcz zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji.
Na parafii był kimś ważnym, pierwszym po Bogu, ale dla tych niewierzących funkcjonariuszy z drogówki, którzy z niejednego pieca chleb jedli, był zwykłym śmiertelnikiem. Klechą z zapadłej dziury. Mogli w protokole napisać wszystko, co wcześniej mu uzmysłowili, podając fikcyjne powody kontroli drogowej, bo tak naprawdę popełnił tylko jedno wykroczenie — zignorował znak zakazu wjazdu i wpakował się w leśną przesiekę.
— Dwieście na twarz, ma się rozumieć? — zapytał retorycznie Baran, wyciągając z portfela cztery banknoty studolarowe, a w geście dobroduszności zostawiając jedną setkę.
— Tak — jakże to klesze trudno przeszło przez usta.
— To zakończymy interwencję na pouczeniu. Panie kierowco, patrzymy na drogowe znaki, patrzymy. — Dowódca patrolu dał jasno do zrozumienia, że kontrola się zakończyła, a następnie cisnął na piach obok księdza opróżniony z czterystu dolarów portfel.
— Szerokiej drogi — pożyczył z drwiną w głosie drugi z funkcjonariuszy, chowając do kieszeni dwa banknoty. — Raz, raz, podnosimy się i wyjeżdżamy — dodał, doprowadzając przeładowaną broń do bezpiecznego stanu.
Klecha szybko otrzepał ubranie z piachu i zasiadł za kierownicą. Nerwowo ruszył samochodem, tak, że ten po chwili zgasł. Klnąc, ponownie przekręcił kluczyk i ruszył już nieco spokojniej. Za nimi podążał policyjny radiowóz.
Proboszcz nie odzywał się do momentu, aż Polonez obu „gliniarzy” skręcił po kilku kilometrach w jakąś drogę.
— Jeżeli tylko piśniesz słówko, to cię… — syknął wściekły.
— Nic nikomu nie powiem — zapewniła go.
Nie odzywał się praktycznie do końca podróży.
— Pamiętaj, morda w kubeł, nic nie widziałaś, bo inaczej ciebie i tę twoją Stefanię…
— Przecież ja nic nie widziałam i dziękuję za zakupy — przerwała mu i wysiadła pod swoim domem z Fiata.
Czy to był hak na proboszcza? Annie tak się wydawało, ale co ona bidulka o twardych zasadach życia wiedziała? Wchodziła dopiero w to bagno, zwane dorosłością.
Proboszcz z piskiem opon zatrzymał samochód przed plebanią. Był wściekły, cholernie nabuzowany i wkurzony.
On, taka persona, leżał jak jakiś kmiot, przed dwoma pożal się Boże podoficerami policji. Półgłówkami po zawodówce lub gorzej. Żeby tylko leżał, wcześniej klęczał, a to bolało bardziej, bo to przed nim, ludziska z parafii padali na kolana, czy to na nabożeństwach, czy przy spowiedzi. On, taką postawę przyjmował tylko przed Panem, a teraz…
Trzasnął drzwiami auta i skierował się do domostwa.
— Kurwa, jeszcze to — powiedział, patrząc na ogołocony portfel.
Ta strata też bolała, oj, bolała jak cholera! Nie dość, że na tę siksę wydał sporo, to jeszcze te „jebane psy” — tak ich w myślach nazwał — zainkasowali łapówkę, a on przystał.
Szlag jasny go trafiał. Z lodówki wyciągnął butelkę wódki, a z szafki literatkę. Szybko nalał sporą dawkę alkoholu i momentalnie ją pochłonął. Poprawił drugą, o podobnej objętości.
Gdyby jeszcze był sam i ona tego nie widziała, łatwiej byłoby mu to znieść.
„Taka potwarz, przed takim nikim”.
Chwycił butelkę w dłoń i powędrował na piętro, do swojej pracowni, jak to miejsce nazywał. Zasiadł w wygodnym fotelu i z szuflady biurka wyciągnął pornograficzne niemieckie pisemko, podobne do tego, jakie dał Tomaszowi.
Rozpiął spodnie i razem z majtkami zsunął je do kolan. Penis zwisał swobodnie, lecz wzrokowe bodźce powoli budziły go do życia.
„To wszystko przez nią” — tłukło się w głowie, a dłoń mocniej zacisnęła się na fallusie.
Masturbował się, patrząc na zdjęcia przedstawiające kobiety w wyuzdanych pozach, obciągające i kopulujące z wieloma mężczyznami naraz. To go kręciło, dawało kopa.
„Odpłaci mi za to, odpłaci, i to już niedługo” — poprzysiągł sobie w myślach, wykonując coraz mocniejsze i szybsze ruchy.
Ejakulował, mając zamknięte oczy i generując w podświadomości obraz nagiej Ani… i jego. Pana i władcy jej ciała.
Kolejne dni mijały Annie szybko. Nawet się nie spostrzegła, kiedy nastała sobota, czas organizowanej dyskoteki. Od pamiętnego wyjazdu do Rzeszowa miała z proboszczem spokój. Po części sama o to zadbała, angażując się w dodatkowe zajęcia w szkole. Kobiety z koła gospodyń wiejskich zaproponowały zajęcia kulinarne, by podtrzymać tradycję przyrządzania miejscowych potraw, a na dodatek gmina wysupłała pieniądze na jakieś kółko plastyczne, do którego Ania też się zapisała.
W domu było przyjemniej. Ojciec, omamiony wizją objęcia stanowiska woźnego i palacza w szkole, ograniczył spożycie alkoholowych trunków i częściej bywał trzeźwy, choć walki z nałogiem jeszcze nie wygrał. Starał się, mniej konsumował i nie upijał jak wcześniej, do nieprzytomności. Najważniejszym, jednak było to, że zajął się żywizną, bardzo odciążając obie kobiety.
Brat, ukochany braciszek, wpadł na krótką 48-godzinną przepustkę i wszystko było pięknie, do czasu, gdy oświadczył, że idzie na żołnierza nadterminowego w swojej jednostce. Ojciec się wściekł, bo widział go jako przyszłego gospodarza, i nawalił się jak stodoła po słowach syna, nie przyjmując ich do świadomości.
Matka była rozanielona, widząc kreację, jaką Ani zakupił klecha. Wychwalała go pod niebiosa, wspominając, jak to im pomagał w stanie wojennym, jakim to jest wspaniałym, świętym człowiekiem, i pouczała córkę, że tylko w Bogu nadzieja, że będzie lepiej, i proboszcza ma się słuchać niczym jakiegoś guru.
Gdyby ta bogobojna kobieta wiedziała, co ów zrobił jej córce i co miał zamiar…
W sobotnie popołudnie, po raz pierwszy, biorąc kąpiel, Ania nie usłyszała ponagleń i zawodzeń. Spokojnie zażyła jej i miała przez dłuższy czas łazienkę tylko dla siebie. Braciszek już dawno pojechał, a ona nie wspomniała mu o tym, co ją spotkało. Miał trudną rozmowę z ojcem, zakończoną kłótnią, matka też nie stanęła po jego stronie, a Ania?
Po cichu mu kibicowała i rozumiała jego decyzję. Sama pragnęła wyrwać się z tej dziury, choćby do Żagania, gdzie miał zamiar służyć brat. Drugi koniec Polski, tuż przy niemieckiej granicy. Większa mieścina, nie ta, zabita dechami wioska, jakieś szanse na lepsze życie.
Uśmiechnęła się do odbicia w lustrze, znów dostrzegając w nim fajną, młodą nastolatkę. Zgrabną, szczupłą, śliczną dziewczynę.
Nałożyła delikatny makijaż. Trochę różu, delikatna kreska na brwi, rzęs nie poprawiała, same w sobie były urocze. Delikatny błyszczyk na usta, psiknięcie dezodorantem. Nie lubiła ostrych zapachów, preferowała delikatne, subtelne.
Wysuszyła włosy i okręcona ręcznikiem udała się do pokoju. Ubrała się.
— Ania, Boże, wyglądasz… — matka rozdziawiła usta na jej widok.
Cała w czerni stała przed nią i ojcem. Sukienka dopasowana do sylwetki, rajstopy z delikatnym wzorkiem eksponujące zgrabne nogi i szpilki. Dobrane optymalnie, nie za wysokie i nie za niskie.
— I jak? — zapytała, obracając się wkoło.
— To nasza córka? — słowa ojca mówiły wszystko, w szczególności, że był trzeźwy.
— Ania, cudownie. Niech proboszcza naszego Bóg błogosławi — wykrzyknęła matka. — Idź i baw się dobrze, córeczko — dodała.
Dyskoteki końca lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych. Klimat wojskowych siatek maskujących, wirujących kogutów, zdjętych z milicyjnych wozów, w kolorach niebieskim i czerwonym, napędzanych dwunastowoltowym silnikiem przez prostownik samochodowy. A na suficie kula, kręcąca się powoli, rzucająca swoiste refleksy. Wieża Technicsa — marzenie każdego nastolatka, do tego wzmacniacz i głośniki Tonsil, zwane kolumnami. A reszta…
Panny w spódnicach lub sukienkach z bazaru. Od tych ze sztucznej skóry, ledwo zakrywających uda, po spódnice z pieluch tetrowych, a rajstopy! Tu to była pełnia wyboru. Od siateczkowych, które nagle stały się modne, wcześniej zarezerwowane dla kobiet lekkich obyczajów, przez wzorzyste, w różnorodne desenie, aż po tradycyjne, które jednak zyskały nową kolorystykę. Nie królowały już cieliste, czarne i białe, choć te ostatnie szły do lamusa, królując tylko na komuniach — u dziewczynek i weselach — u panien młodych. To była prawdziwa kakofonia kolorów — od wściekłego różu po seledyn. Sukienki z cekinami — to było coś! Świeciły w rytm wirujących kogutów, aż miło.
Mężczyźni — nieśmiertelny wąski krawat zwany „śledziem”, biała lub kolorowa koszula. Spodnie — dżinsy, sztruksy lub materiałowe w kant, a jeśli były ze śliskiego materiału, to och! Białe adidasy, koniecznie markowe, do tego białe skarpety, ewentualnie lakierki, w których można było się przejrzeć.
Muzyka — królestwo Savage, Modern Talking, Sabriny, CC Catch, a także polskich wykonawców. Od typowych przytulasków, gdzie każdy mocno partnerkę do siebie dociskał, nieraz brodę, kładąc na jej ramieniu i czule obejmował kobiece kształty, po te wściekłe jive’y, gdzie obrotów w kawałku nie policzyłeś, a partnerka wirowała niczym wściekle puszczony dziecięcy bączek.
I rzecz ostatnia, jakby to wtedy nazwać… Logistyka. Zawsze był dobry wujek lub melina, gdzie można było zakupić ognisty trunek. Na dyskotekach, zwłaszcza wiejskich, królowało wino. Swojskie, przemycone do remizy lub innej sali, ale przede wszystkim to produkowane masowo i dostępne w sklepach. Nazw trudno spamiętać, ale były Tury, Byki i inne fikuśne nazwy, które teraz ciężko sobie przypomnieć. Czy miały coś wspólnego z winem? Tym szlachetnym? Niewiele. Typowe mózgotrzepy, których zadaniem było doprowadzić delikwentów do stanu upojenia przy niskich kosztach.
Na taką imprezę przyszła Ania. Gdy weszła do katechetycznej salki, większość męskich spojrzeń, w przedziale od dwunastu do czterdziestu lat, spoczęła na niej.
Dostrzegła Tomasza z Kaśką, proboszcza w „cywilkach” siedzącego pod ścianą, bliźniaków pani Stasi oraz kilku kolegów i koleżanek z podstawówki i obecnej szkoły. Byli starsi i młodsi, słowem, cała młodzież tej wsi zaczynała zabawę.
Na stole leżały paluszki i krakersy, które znikały w zastraszającym tempie. Ksiądz nie miał zamiaru się wykosztować, na nie wiadomo jakie frykasy. Dewoty niby przygotowały jakieś przekąski, ale Ania nie zauważyła żadnych. Zniknęły jak śnieg w maju.
Dostrzegła, że Tomasz ruszył w jej stronę, zostawiając siostrę. Nie miała zamiaru z nim rozmawiać, nie po tym, jak się zachował.
— Cześć Ania, wyglądasz… — zaczął.
— Daruj sobie — przerwała mu, ale dojrzała, że zbliża się proboszcz.
— Nie zatańczycie? — zapytał, przeszywając ją takim wzrokiem, że nie mogła odmówić.
Znów wróciły wspomnienia z biblioteki, gdy wystawił ją im. Z głośników poleciało „Only You” Savage’a, a Tomaszek zabrał dziewczynę do tańca.
Zaczął się tłumaczyć, że nie mógł inaczej, że ksiądz kazał, ale ona nie chciała tego słuchać, kierując ich w stronę głośników, by nie być zmuszoną do odpowiedzi na pytania, które zaczynał zadawać.
— Weź te ręce — zareagowała dosadnie, gdy dłonie Tomaszka zaczęły zsuwać się z linii bioder.
— Ania…
— Powiedziałam.
Zadziałało. Tak jak przypuszczała, był cykorem. Mocnym w gębie i królem, gdy miał kogoś w garści. Czy się go bała? Nie. Oddał swoją wiedzę tamtym, teraz nie mógł jej nic zrobić. Sprzedał. Tylko za co?
Kawałek się skończył i mogła się wyswobodzić z jego objęć. Niezadowolony odszedł na bok, a do niej podszedł Olek, dobry kolega brata, który kilka dni temu zakończył służbę wojskową.
— Kurczę Ania wyglądasz… — zaczął.
— Przestań, zatańczmy — odparła zadowolona.
Może przycisnął ją do siebie parę razy mocniej, może dłoń kolegi brata zsunęła się chwilowo z bioder dziewczyny i wylądowała nieco niżej, ale po chwili, krótkiej chwili, wracała na swoje miejsce.
— Chodź do nas i mów, co u brata — usłyszała i z lubością poszła razem z Olkiem.
Nie poruszyła tematu konfliktu z ojcem, wyznając zasadę, że to, co w rodzinie, w rodzinie zostaje. Powiedziała, że brat ma zamiar zostać nadterminowym i dalej pełnić służbę w Żaganiu.
— Wiesz, podziwiam. Żary, Żagań, Gubin, to trójkąt bermudzki.
— A my tutaj? — zadała pytanie.
— Wiesz młoda, masz rację. My tutaj to… — zaczął — Chodź, zatańczymy — dodał, porywając ją do kultowego „Boys, boys” Sabriny.
Przez chwilę zapomniała o tym, co ją spotkało. Nie trwało to jednak długo. Gdy szła do toalety, zaczepił ją proboszcz.
— Już, następny kawałek z Tomaszem, co ty sobie myślisz? — rzucił bezpośrednio. — I bez tych głupich gadek i zachowań. Jasne!
Poleciał wolny kawałek, a Tomasz wyrósł przy niej momentalnie.
Zrobiło się ciemno, a jedynie kula umieszczona na suficie dawała jakiś blask. Objął ją i przyciągnął do siebie, mocno, konkretnie.
— Ja wtedy…
— Nie, nic nie mów, tańczmy — przerwała jego spowiedź.
Zsunął ręce z bioder i objął jej pośladki, a jedna z dłoni zaczęła podnosić sukienkę.
— Przestań! — syknęła i z barków partnera momentalnie zsunęła swoją dłoń, obłapując rękę Tomasza. Spóźniła się nieco, bo ta już zaczęła macać krocze. — Zacznę krzyczeć — zagroziła.
Spasował, a ona wyrwała się z objęć i otarła się o Kaśkę tańczącą z jakimś kawalerem.
Wróciła do Olka, bo tam czuła się bezpieczna. Czas biegł, godziny mijały, a zabawa miała się ku końcowi. Zatańczyła z jednym z bliźniaków pani Stasi, który też nie omieszkał obmacać jej tu i ówdzie, ale jego rozumiała i gdy fuknęła, przestał natychmiast. Chłopak był niedorozwinięty umysłowo, podobnie jak jego brat. Można było na taki eksces przymknąć oko.
Potem na zmianę pląsała z kolegami Olka, którzy nie pozwolili, by inni partnerzy przejęli tak atrakcyjną tancerkę. Namawiali ją, aby walnęła sobie lufę gorzałki lub kubeczek wina, ale odmówiła. Jeden w rodzinie, nadmiernie pijący wystarczył, a po drugie, nie miała jeszcze osiemnastu lat.
Widziała, że Tomasz miał zamiar jeszcze do niej podejść, poprosić do tańca lub zagadać, ale towarzystwo Olka go peszyło. Tańczył z siostrą lub jakimiś podlotkami w wieku trzynastu, czternastu lat i wyglądało to dość komicznie. On, dorosły, wysoki facet, i drobne małe dziewuszki. Starsze dziewczyny delikatnie dawały mu do zrozumienia, że nie bardzo chcą z nim pójść w tany.
Podobne powodzenie na dyskotece miała Kaśka, i nawet cekinowa sukienka nie pomogła. Kreacja nie pasowała do jej sylwetki, nadmiernie eksponując niezgrabne, grube nogi i delikatny brzuszek. Ciuch był topowy i najdroższy, a to we wsi się liczyło.
Towarzystwo powoli się rozchodziło, zabawa miała trwać do północy. Ania miała zamiar zabrać się z Olkiem i jego kompanami, ale plany pokrzyżowała wizyta Kaśki.
— Ksiądz prosi, żebyśmy zostały po zabawie, bo trzeba posprzątać. To miałam ci przekazać — powiedziała wyniosłym tonem, lustrując rosłych i urodziwych młodzieńców, wśród których przebywała Anna.
— Spadamy młoda, trzymaj się i pozdrów brata — usłyszała od chłopaków na pożegnanie, i po chwili straciła ich z oczu.
Natychmiast obok niej pojawił się Tomaszek.
— Dlaczego jesteś taka? — zapytał, nieco głupio.
— Naprawdę nie rozumiesz? — spojrzała mu prosto w oczy. — Daj mi święty spokój i odczep się wreszcie — dodała, mijając go i kierując się do toalety, pozostawiając mężczyznę z zaskoczoną miną.
Nadal myślał, że się go boi, że zastraszy ją, a ona da mu się wymacać, a może nawet przelecieć.
„Niedoczekanie jego” — postanowiła w duchu.
Gdy po chwili wyszła z WC, w salce pozostały tylko ostatnie niedobitki, powoli zbierające się do wyjścia. Pani Stasia zabierała bliźniaków, którzy nie kwapili się, by opuścić to miejsce. Jeszcze dwie nastolatki i dwóch chłopaków, starszych od niej o rok, zbierało swoje rzeczy i kierowało się do wyjścia.
— No dziewczyny, zbieramy resztki ze stołów, wyrzucamy śmieci, a potem proszę za mną na plebanię, trzeba pozmywać naczynia i sztućce, żeby jedzenie nie zaschło — komenderował proboszcz.
Po kilku minutach w salce zostali: on, Tomaszek, jego siostra i Ania. Pobieżnie doprowadzili pomieszczenie do porządku, i obładowani talerzami, szklankami, kubkami i sztućcami ruszyli za plebanem.
Ania czuła się niespokojna. Duet ksiądz i Tomasz nie kojarzył się dobrze. Była jeszcze Kaśka, która dawała minimalne poczucie bezpieczeństwa, choć nie wiedziała, jakby się ta żmija zachowała w krytycznej sytuacji.
Czuła się jak służąca, zmywając zabrudzone naczynia, ale zacisnęła zęby i robiła swoje. Kaśka patrzyła na nią spode łba, jakby jej coś złego zrobiła. Nie konwersowały. Tomasz w najlepsze rozmawiał z proboszczem. Swoje zrobił, wyrzucając worki ze śmieciami do śmietnika.
Gdy Katarzyna poszła do ubikacji, pleban podszedł do Ani i stanął za nią, nieco się pochylając.
— Pomożesz mi jeszcze przebrać pościel w sypialni, bo jest nieświeża — szepnął do ucha, a Anna momentalnie się wystraszyła. — Mam nadzieję, że nikomu o tym nie mówiłaś?
— Nie, nikomu — odpowiedziała zestrachanym głosem.
— To dobrze — skwitował, a gdy Kaśka wróciła, przemieścił się na piętro razem z Tomaszem, żywo z nim dyskutując.
Ręce Ani delikatnie drżały, ciało mimowolnie stało się napięte, a w myślach powróciły nieprzyjemne sceny z biblioteki. W jednej chwili stała się chodzącym kłębkiem nerwów.
— Myj dokładniej, nie jesteś u siebie w domu — syknęła na nią znienawidzona koleżanka, gdy Ania odłożyła niedokładnie umyty talerz na ociekacz.
Miała ochotę zdzielić ją w ten głupi łeb, ale się powstrzymała.
— Dobrze, dziękuję ci Tomaszu i Kasi, a Ania dokończy resztę. Uciekajcie do domu, bo już późno — usłyszała, a poziom jej stresu urósł w postępie geometrycznym.
Gdy trzasnęły drzwi wejściowe, cała drżała. Pozostała z nim sama. Szybko myła nieliczne sztućce i talerze.
— Wiesz, że wyglądasz ślicznie — usłyszała za plecami.
Nic nie odpowiedziała. Miała suchość w gardle, a serce kołatało jak szalone.
— Dobrze, zostaw już to — poczuła, jak jego dłonie lądują na jej barkach, a twarz ociera się o włosy.
Nie była w stanie wykonać żadnego ruchu, wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Stała jak słup soli, a woda ze zlewozmywakowej baterii lała się na darmo.
— Chodź — dodał i zakręcił kurek. Chwycił za nadgarstek i zaprowadził do sypialni.
— Pościel jest tam, na tej drugiej półce, zmień ją, a ja idę się odświeżyć — rzucił, wskazując palcem miejsce, gdzie tkwiły powłoczki i prześcieradła. Zniknął, zabierając ze sobą świeży ręcznik.
Przysiadła na szerokim łóżku małżeńskim, a w głowie kotłowało się tysiąc myśli. Jeżeli uciekać, to właśnie teraz, kiedy jest w łazience. Nie miała na nogach szpilek, nie usłyszy, dotrze do drzwi, włoży buty i będzie biec, biec ile sił w nogach.
Tylko co to da? Przecież się zemści, a na dodatek rozpowie wszystkim o jej grzeszkach, bo może, przecież wtedy w bibliotece, sam powiedział, że to nie spowiedź. Ludzie przylepią łatkę latawicy, ojciec straci szansę na pracę, matka wyklnie, a ten wstyd…
„Może nic nie zrobi, zmienię mu pościel i pozwoli mi pójść do domu” — jakże była naiwna, tak myśląc.
Usłyszała szum prysznica i zdała sobie sprawę, że musi podjąć ostateczną decyzję. Gdyby nawet usłyszał, w co wątpiła, to przecież nie będzie jej gonił nagi lub przepasany w najlepszym wypadku ręcznikiem, albo w szlafroku.
„A może skończy się tak jak ostatnio, wezmę do buzi…” — już na samą myśl, Ani robiło się słabo.
Czas uciekał, a ona tkwiła w miejscu, nie mogąc podjąć żadnych radykalnych kroków. Coś ją blokowało. Rozum podpowiadał, by czmychnąć stąd, a strach i to coś, kazały zostać.
Wstała i zaczęła zmieniać pościel, zsuwając poszwę i poszewki, a prześcieradło zrzucając na podłogę. Drżącymi dłońmi z pawlacza wydobyła czystą zmianę i zaczęła naciągać ją na poduszki i kołdrę. Pomieszczenie wypełniło się zapachem krochmalu. Gdy pochylona, z tyłkiem wypiętym ku drzwiom, gładziła prześcieradło na łóżku, usłyszała skrzypnięcie drzwi.
Momentalnie podniosła się i wyprostowała, kierując wzrok w tamtą stronę.
Stał w otwartych drzwiach z tacką, na której dostrzegła dwa kieliszki i butelkę wina. Ubrany był w atłasowy szlafrok sięgający za kolano, w kolorze indygo i przepasany paskiem.
— No, spisałaś się, czas na nagrodę — rzucił i gestem dał znak, by podeszła i odebrała od niego to, co przytaszczył.
Zamurowało ją, ale jak te psy Pawłowa, wykonała polecone zadanie i, odbierając z jego rąk tackę, położyła ją na niewielkim stoliku, przy którym stały dwie pufy.
— Ale ja, proszę księdza, nie mogę, nie mam jeszcze…
— Wiem, ale czy to ważne? — zaczął, a Ania dostrzegła, że ma mokre włosy, a potem, przenosząc wzrok niżej, zauważyła, że na wysokości krocza materiał szlafroka jakby odstawał, tworząc swoisty namiot. — Przecież to tylko dla kurażu, żeby się delektować, daję ci dyspensę za tę ciężką pracę — kontynuował.
Przecież ślubowała przed ołtarzem, gdy przystępowała do pierwszej komunii, że nie będzie spożywać alkoholu do osiemnastego roku życia i tego postanowienia się trzymała, widząc, co wódka robi z człowiekiem. Obrazów pijanego ojca miała za dużo, mogłaby obdzielić nimi całą wieś, a i tak sporo, by zostało.
„Czy on ma taką władzę?” — przeleciało w głowie niedoświadczonej dziewczyny, a proboszcz otworzył butelkę wina i napełnił oba kieliszki, jeden z nich podał dziewczynie.
— No, do dna — rzucił i sprawnie wychylił trunek, lustrując, co ona zrobi.
Z bólem serca wlała w siebie dawkę alkoholu, a ksiądz usiadł na pufie przed nią, rozszerzając nieco uda.
Jeden rzut oka wystarczył, by dostrzec, że pod szlafrokiem nie miał bielizny, a penis tkwił w pozycji na baczność, gdyż poły rozjechały się na zewnątrz. W umyśle Anki zapaliła się czerwona lampka.
„Spieprzać stąd” — momentalnie zagościło w myślach nastolatki, i przeklinała siebie, że nie zrobiła tego wcześniej.
— Dziękuję i przepraszam, ja już muszę lecieć, bo późna pora i rodzice… — powiedziała, wstając z pufy, na której wcześniej usiadła.
— Gdzie? — wywalił proboszcz, podnosząc się i chwytając Anie za nadgarstek. — Co ty, kurwa, sobie myślisz? — wyrzucił, całkowicie innym tonem. Przeraziła się, widząc jego dziki wyraz twarzy. — Co ty, kurwa, myślisz, że ja Caritas jestem? Że te szmaty, co ci kupiłem, są za darmo? — teraz z księdza wychodził prawdziwy obraz miłościwego pasterza dusz. — Rozbieraj się, i to już!
— Ja oddam pieniądze, oddam co do grosza, tylko jak wezmę wypłatę w szkole!
— Przecież widzę, że tego chcesz, chcesz suko — jakże ją to ubodło, jak poczuła się podle, a palce proboszcza mocniej zacisnęły się na nadgarstku. — Mówisz nie, ale chcesz, ja to wiem — odparł i przyciągnął ją bliżej siebie.
Zdawała sobie sprawę, że jest na przegranej pozycji. Pleban górował siłą, bo cóż, ona, drobne dziewczątko mogła zrobić? Szarpać się? Krzyczeć?
— Dobrze, ale ręką. Dobrze?
— Ręką, to se sam mogę zrobić. Rozbieraj się!
— Dobrze, wezmę do buzi — starała się negocjować, zdając sobie sprawę, w jakiej sytuacji się znalazła.
— Rozbieraj się! Już! — w księdzu obudziła się bestia, a Ania trzymana w silnym uścisku, zdała sobie sprawę, że nie zdoła się wyrwać.
Spasowała, a on zwolnił uścisk, patrząc na nią lubieżnym wzrokiem. Gdy całkowicie oswobodził jej nadgarstek i majstrował przy pasku szlafroka, skorzystała z okazji i rzuciła się do ucieczki.
Udało jej się otworzyć drzwi na korytarz i wypadłszy tam, swe kroki skierowała do wyjścia. Niestety, gdy wcześniej nieśli gary, to krople oleju lub innej śliskiej substancji rozlały się w płytkach. Prawa noga poleciała w bok i dziewczyna runęła na terakotę, w ostatniej chwili, osłaniając twarz przed uderzeniem.
Nim zdołała się podnieść, nagie ciało plebana nakryło ją, a silne męskie dłonie oplotły wąska kibić.
— Gdzie kurwo? Gdzie? — usłyszała i podniesiona z podłogi, machała chaotycznie dolnymi kończynami. Przeniósł ją z powrotem do sypialni i rzucił na łóżko.
— Nie, nie! — zaczęła krzyczeć, ale jedna z dłoni plebana, zakryła usta, a męskie ciało przywaliło nastolatkę.
Wierzgała nogami, kręciła biodrami, gdy druga z dłoni oprawcy zagłębiała się pod sukienkę. Podniósł swe ciało na chwilę,
— Cicho kurwo, cicho — usłyszała, a druga z dłoni, rozrywała rajstopy w kroku.
Zacisnęła dłonie w pięści i zaczęła nimi okładać go po głowie. Chaotycznie, bez planu. Jednak robiła to delikatnie, tak jakby nie chciała zadać bólu. Przecież nigdy wcześniej się nie biła, nie potrafiłaby żadnej istocie przynieść cierpienia.
— Kurwa! — zaklął i mocnym uderzeniem z otwartej dłoni zadał jej cios w twarz.
Potem drugi, trzeci i czwarty. Walił mocno z „plaskacza”, tak że Ani stanęły łzy w oczach i przypomniało się, że ojciec uderzał w ten sam sposób, choć czasami walił z pięści.
— Ratu… — wyrzuciła z siebie, ale resztę stłumiła dłoń klechy.
— Ty pierdolona suko, już ja ci pokażę! — usłyszała, i mocny cios spadł na jej brzuch. Taki z pięści.
Łapsko znów buszowało w okolicach krocza, a ona traciła siły, by się bronić. Przygnieciona ciałem plebana, próbowała jeszcze ruszać miednicą, gdy paluchy owego, odsunąwszy na bok majtki, bez pardonu wsunęły się we wnętrze cipki.
Zsunął z niej porozrywane rajstopy wraz z majtkami, ledwo zdołała przesunąć twarz na bok, tak aby nosem chwytać powietrze.
Nie była podniecona, wręcz sucha w pochwie, bo stres i strach zrobiły swoje. Czuła ból, gdy paliczki księdza wdarły się we wnętrze i penetrowały pochwę.
Starała się na wszelaki sposób mu w tym przeszkodzić, ale słabo to wychodziło. Parł do wyznaczonego celu, za nic, mając opór dziewczyny.
— Kurwa, tak cię nie wezmę — zdał sobie sprawę po chwili, mając zamiar przerzucić ją na brzuch.
— Nie, błagam, nie — skamlała, prosiła, gdy przez chwilę nie zakrywał jej ust dłonią. — Ja jeszcze nigdy, z nikim… — dodała, gdy zadarł sukienkę do góry, aż pod same pachy i narzucił ją na twarz dziewczęcia.
Wtedy, gdy przewracał ją z pleców na brzuch, dojrzała, że na kutasie ma założoną prezerwatywę. Gdy znalazła się w tej pozycji, zwarła mocno pośladki i uda, starając się mu zblokować wejście do cipki.
— Puść kurwo, dawaj! — usłyszała i poczuła jak chwyciwszy jej włosy, mocno je pociągnął,
— Ałła! — krzyknęła, jednocześnie zwalniając blokadę, i poczuła sztywny organ ocierający się o wargi sromowe
— NIE, NIE, NIE!!! — wyrwało się z ust Anny, gdy penis klechy wszedł we wnętrze, rozrywając dziewiczą błonę.
Kutas penetrował dziewiczą vaginę Ani, a klecha wcale nie miał zamiaru być delikatny, jak oblubieniec wiedzący, że luba jeszcze nigdy nie spółkowała. Każdy ruch, każde pchnięcie, zadawało nastolatce cierpienie. Sapał, leżąc na jej placach, gdy ona zblokowana obcisłą sukienką narzuconą na górną część ciała, nie mogła nic zrobić.
Jęczała biedna, a on, myśląc, że to odgłosy rozkoszy, wykonywał coraz szybsze i głębsze pchnięcia. Tryumfował, posiadł ją, była w jego stadzie. Nie pierwsza i nieostatnia, bo miał upatrzone kolejne, a Ania, była dzisiejszym trofeum.
Przecież ruchał jej matkę w 1984 roku. Przyszła ta wieśniaczka do niego z prośbą.
„Fuj” — wspominał tamto spotkanie, nastawiła się, a on przeleciał ją i rzucił jakieś grosze. Dla niej majątek, dla niego okruchy.
Dużo było takich, teraz już dorosłych kobiet, które posiadł, a te których mu się nie udało, to ze swoich grzeszków spowiadały się regularnie i dobrze wiedział, która sobie palcówkę robi, a która z innym chłopem przyjemności osiąga.
Miał ją wreszcie teraz, bo to dla niego nie był gwałt, tylko dodatkowa pokuta. Zwąchała się z tym bezbożnym elementem, to ma. Tak sobie tłumaczył.
Dochodził, a dziewczyna nie rzucała się tak jak wcześniej. Penetrował ją nadal, sam się sobie dziwiąc, że tak długo mu schodzi.
„Przecież wypiłem trochę”
Strzelił w końcu dawką spermy i wyciągnąwszy penisa spojrzał na kondoma dostrzegając czerwone plamki krwi.
— Dobrze było? — zapytał, a Ania nie odpowiedziała, leżąc jeszcze przez chwilę na łożu.
Podniosła się po minucie lub dwóch i naciągnęła na siebie sukienkę. Nie znalazła fig, a potargane rajstopy nie nadawały się do niczego.
— Dlaczego? — zadała pytanie szeptem.
— Nasz Pan, nie pytał się, dlaczego do krzyża został przybity — odparł, nadal patrząc na nią lubieżnym wzrokiem, a kutas klechy znów nabierał kształtów.
— No maleńka, widzimy się za tydzień, kupię ci takie fajne pończoszki…
— Nie. Nie daruję ci tego, odpowiesz za to. Zgwałciłeś mnie! — krzyknęła waląc na ty, a klecha podniósł się i zaniósł pustym śmiechem.
— Ty? Ty wiesz co ty mi możesz… — zaczął, patrzeć na dziewczynę godnym politowania wzrokiem, a Ania nie wytrzymała.
Chwyciła butelkę wina i uderzyła go nią w głowę. Padł zamroczony, a dziewczyna szybko podniosła się. Butla nie pękła, szybko ją odłożyła.
Wypadła na korytarz i wsuwając szpilki na nogi, była gotowa do ewakuacji. Szarpnęła za drzwi. Były zamknięte.
„Dobra, ucieknę przez łazienkę, tam jest okno” — myślała w miarę trzeźwo, zsuwając z nóg buty i posuwając się w kierunku WC.
— Tego szukasz? — usłyszała i dojrzała proboszcza, który krwawiąc z głowy, w ręku trzymał klucz od drzwi wejściowych.
Pobiegła na piętro, odrzucając obuwie, ale dopadł ją w połowie schodów.
— Ty jebana suko! — usłyszała.
Dociągnął Anię do gabinetu na pięterku i mocno zacisnął palce, na jej nosie. Dobrze pamiętał, że to daje zamierzony efekt w postaci otworzenia ust, a gdy tak się stało, przyłożył butelkę koniaku, która stała na stole i wlewał ów, aż się zachłysnęła.
Broniła się, ale mocno trzymana, czuła jak alkohol odbiera siły, jak powoli traci przytomność. Kręciło się jej w głowie, przed oczami wyrosły ciemne mroczki. Spora dawka, wlana w krótkim czasie powaliła ją w niedługim czasie.
Gdy padła bez świadomości, uchwycił jej drobną dłoń i skierował na penisa. Masturbował się nią, a gdy po kilkunastu minutach trysnął, stwierdził, że czas pozbyć się wykorzystanej dziewczyny.
Zniósł ciało do garażu i wsadził na tylny fotel Fiata.
Obudziła się wczesnym rankiem, nim jeszcze nastał świt. Po raz pierwszy w życiu miała kaca. Była jeszcze pijana, ale nie tak bardzo, by nie zdawać sobie sprawę gdzie się znajduje.
Obok niej grasowały polne myszy, za nic, biorąc sobie jej obecność. Podniosła się i oparła plecy o betonową ścianę, zdając sobie sprawę, że znalazła się w śmietnikowej wiacie przy PGR-owskim bloku.
Pamiętała, co się wydarzyło w nocy, przypuszczała kto ją tu przyniósł lub przywiózł i wyrzucił jak niepotrzebną rzecz, z której skorzystał, a to jeszcze bardziej ją dołowało. Na wpół przytomna, czuła, że nie ma dolnej bielizny i obuwia, a sukienka jest nieco mokra, i śmierdzi alkoholem. Usiadła w kucki, i dłońmi dociągnęła nogi do klatki piersiowej.
Rozejrzała się, starając się w słabym świetlne znaleźć figi i szpilki. Przesunęła dłoń, wsadzając ją w jakąś lepką śmierdzącą wydzielinę, i zorientowała się że to wymiociny. Nie namyślając się długo, wytarła rękę o kieckę.
W głowie szumiało, krocze bolało i piekło tam w środku. Zdała sobie sprawę że we wnętrzu jest niemiłosiernie poobcierana. Łzy napłynęły do oczu, wtuliła głowę między kolana i zaniosła się płaczem.
Ryczała przez kilka minut nie mogąc opanować emocji i zastanawiając się co począć. W końcu wstała i nieco się zataczając wyszła spod wiaty.
Powoli świtało, i w brzasku oceniła swój wygląd. Pomięta, zabrudzona wymiocinami i śmierdząca koniakiem kreacja, zaschnięte strużki krwi na udach i pewnie w okolicach krocza. Nie wiedziała jak wygląda jej twarz, ale z pewnością miała rozmazany od łez makijaż, i być może siniaki, bo pamiętała że uderzył ją parę razy z otwartej dłoni, a w gabinecie, dostała z pieści.
Boso, powłócząc nogami ruszyła, nie bardzo wiedząc w którą udać się stronę. Mózg otępiony alkoholem nie działał jak należy.
Był niedzielny wczesny poranek i cudem byłoby, gdyby spotkała kogokolwiek. Na mszę było jeszcze za wcześnie, ludzie nie jechali do pracy i tylko psy ujadały, gdy mijała kolejne domostwa.
— Nie, nie — szepnęła do siebie i postanowiła, gdzie udać się najpierw…
jamer106
Jak Ci się podobało?