Nie - Boska opowieść (II)

Nazca Nazca

15 października 2016

hourglass 1 godz 2 min

W piekle wrze. Władza Szatana Belzebuba jest kwestionowania.
Szemchazaj, upadły anioł otrzymuje od władcy zadanie odnalezienia zdrajcy i złamania woli pięknej, szatańskiej oblubienicy.
Między Szemchazajem, a oblubienicą wybucha uczucie. Tym samym upadły anioł staje przed wyborem pomiędzy miłością, a lojalnością...

Dawno, dawno temu...

... Aniołowie, umiłowani przez Boga, pod wpływem uroku ludzkich kobiet, zapragnęli porzucić niebiańską służbę i związać się z ziemiankami.
Wobec stanowczego sprzeciwu Wszechmogącego, synowie światła postanowili zdradzić swego stwórcę.
Tak zrodził się bunt przeciw Bogu.
Grupa przeszło dwustu aniołów, dowodzonych przez pierwszego spośród równych - Szemchazaja, opuściła niebo i zstąpiła na Ziemię.
Tym samym buntownicy stali się upadłymi aniołami.
Tam, ulegając swemu pożądaniu, poczęli wiązać się z najpiękniejszymi niewiastami, jakie stąpały po Ziemi.
Przywódca upadłych aniołów, Szemchazaj upodobał sobie jedną z tych kobiet, nazywaną Isztar...


— Ooooch Azaaaa — wykrzyczała księżniczka Isztar. Echo jej wrzasków niosło się po kamiennych murach pałacu.
Niewiasta leżała na łożu z szeroko rozłożonymi nogami. Była wycieńczona. Z trudem łapała oddech, pot lał się z jej ciała. Ból rozrywał jej wnętrze.
Rodziła.
— Przyj, przyj kochaniutka — ponaglała ją starsza położna. Wokół nich, niczym mrówki uwijały się służki. — Jeszcze raz, przyj jeszcze raz... Maluszek już wychodzi!
Isztar zawzięła się w sobie. Przed poprzednim parciem nie sądziła, że da radę tyle wytrzymać. Tyle bólu, łez i krwi. Jednak wytrzymała i walczyła dalej.
Zebrała wszystkie nadwątlone siły, ścisnęła drobnymi dłońmi drewniane wykończenie łoża i naparła jeszcze raz.
Naparła z całej siły.
Dzieciątko opuściło jej łono, krzykiem witając nieznany sobie świat.

Do komnaty wbiegł postawny mężczyzna. Miał klasyczne, męskie rysy twarzy, włosy koloru złotego i lekki zarost.
Wyglądał jak anioł.
Służki próbowały go zatrzymać, ale zadanie to przerosło ich siły. Intruz stanął parę kroków od łoża, patrząc to na księżniczkę, to na dziecko znajdujące się w rękach położnej.
— To chłopiec! Książę ma syna! — obwieściła starsza kobieta.
— Mam syna! — oznajmił z lekkim niedowierzaniem mężczyzna. Po chwili, jakby na potwierdzenie własnych słów, powtórzył — mam syna!
Łzy popłynęły z oczu księżniczki Isztar, a zaraz potem tłumiąc trawiący ból, młoda matka zaniosła się śmiechem.
I tak jednocześnie, śmiała się i płakała, aż zasnęła ze zmęczenia.

Gdy ponownie otworzyła oczy, ujrzała swego ukochanego.
Szemchazaja.
Mężczyzna leżał obok niej, jedną ręką gładząc jej włosy, drugą trzymając ich śpiącego syna.
— Szczęście, którym mnie obdarzasz, jest ponad moje siły — wyszeptał książę.
Isztar wtuliła się w tors Szemchazaja, dłonią delikatnie przejechała po swym nowo narodzonym synu.
— Służyłem Bogu i widziałem jego blask, dowodziłem niezliczonymi legionami aniołów i brałem udział w dziesiątkach bitew — kontynuował mężczyzna — nic jednak nie może równać z synem, którym mnie obdarowałaś...
Książę czule pocałował księżniczkę. Isztar zamknęła oczy, pragnąc zapamiętać na zawsze tę chwilę.
Pomyślała, że już bardziej szczęśliwą nie może być...
— Zawdzięczam tobie wszystko, co posiadam — wyszeptała cichutko, nie chcąc obudzić synka. — Szczęście, miłość i bogactwo. To dzięki tobie władam też rozległymi ziemiami, to dzięki tobie mieszkam w pałacu z kamienia!
— Jest to niczym, wobec cudu narodzin naszego syna! — odpowiedział Szemchazaj.
— Uczyniłeś mnie potężną księżniczką i oddałeś mi tysiące ludzi, którymi zarządzam — licytowała Isztar.
— Wszystko to, blednie wobec miłości jaka nas połączyła! — odpowiedział pojednawczo Szemchazaj.

Księżniczka zamyśliła się. Pomyślała, że posiada już wszystko to, co kobieta może sobie wymarzyć. A potem pomyślała o synu i o tym, co mógłby jeszcze otrzymać, a czego nie posiada ani ona sama, ani sam Szemchazaj.
— A nasz syn? jak uświetnisz jego narodziny? — zapytała ukochanego.
Mężczyzna zadumał się przez krótką chwilę. Pomyślał, że skoro najwspanialsza kobieta na świecie, obdarzyła go najwspanialszym synem na świecie, to powinien uczcić to zdarzenie w odpowiednio doniosły sposób.
— Dam mu coś, czego nie otrzymał jeszcze nikt przed nim, ani nie otrzyma nikt po nim — rzekł Szemchazaj. — Nazwę go imieniem Boga...
Upadły anioł wypowiedział niewypowiedzialne imię Wszechmogącego...

Przejawu takiej pychy Bóg nie mógł już darować. Kazał pozbawić życia Szemchazaja i Isztar, a ich dusze skazać na wieczną rozłąkę.
Piękna niewiasta rzucona została do piekła, gdzie jej jaźń od tysięcy lat spada w nieskończonej otchłani Tartaru.
Upadły anioł uwięziony został w odległym zakątku wszechświata, gdzie przebywał aż uwolnił go Lucyfer.






Ogród przy Pałacu Trzeciej Świątyni, siedziby Szatana Belzebuba

Adela rozsypała ziarno na ziemi. Odeszła trzy kroki dalej i usiadła na kamieniu.
Do rozsypanego pożywienia zleciały się licznie wróble, szybko i zachłannie porywając co smakowitsze kęski. Małe ptaszki raz za razem trącały się w przepychance, każdy pragnął uszczknąć jak najwięcej dla siebie.
Rozległo się krakanie. Nagle na pałaszujące ziarno wróble spadła duża, czarna wrona. Większy ptak bez trudu spłoszył drobnych pobratymców i sam, nie niepokojony przez nikogo zaczął pożerać całe pożywienie.
Adela westchnęła, odeszła kilka kroków dalej i rozsypała nową porcję ziarna.
Spłoszone wróble wróciły, wykorzystując nową okazję do posilenia.

Dziewczyna próbowała skupić się na pracy w ogrodzie, ale cały czas, niczym bumerang powracała jej jedna myśl.
Szemchazaj.
Dlaczego nie może pozbyć się go z głowy? Był przecież upadłym aniołem, zdrajcą Boga, poddanym i sługą Belzebuba, rozpustnikiem. Szatan rozkazał Szemchazajowi złamać jej charakter, a on bez słowa sprzeciwu się na to zgodził. Był niebezpiecznym dla niej i powinna mieć to na uwadze.
Czy trzeba czegoś więcej, aby nie darzyć takiego osobnika ... No właśnie czym?
Szacunkiem? Podziwem? A może ... Uczuciem?
Adela pokiwała z niedowierzaniem głową.
Świergotanie ptaków, szum wody wypływającej z kaskady, widok zieleni dookoła uspokajał jej emocje. Sięgnęła po patyk i zaczęła kreślić nim kółeczka w wodzie.
Uświadomiła sobie, że żadne próby negacji nie zmienią faktu, że jednak darzyła Szemchazaja szacunkiem.
A także podziwiała go.
I darzyła uczuciem.
— Szemchazaj... — Wypowiedziała na głos jego imię...
Jeszcze raz westchnęła głęboko. Jej Szemchazaj był podobny do innych w piekle, a tak naprawdę zupełnie różny. Jej Szemchazaj był mądry, łagodny, wrażliwy, przystojny...
— Zakochałam się — uświadomiła sobie tak bolesną prawdę.

A zaraz potem uświadomiła sobie kolejną, jeszcze boleśniejszą prawdę.
Że to wszystko na nic, że jej uczucie do upadłego anioła nie ma prawa się spełnić. Wszechpotężny Szatan Belzebub na to nigdy nie pozwoli, ona jest jego oblubienicą, on jego sługą.
Na dodatek Szemchazaj ma innych kobiet, diablic na pęczki, dlaczego miałby się zainteresować właśnie nią?
Była przecież nikim.
Zawsze była nikim i nikim pozostanie, aż do samego końca.

Świadomość własnej bezsilności zabolała ją. Wypuściła patyk z rąk i pozwoliła mu płynąc z prądem strumyka. Z żalem uświadomiła sobie, że jest jak ten patyk. Płynie z nurtem wody i nie ma na to żadnego wpływu.
A prądem, który ją prowadzi, jest jej właściciel. Szatan Belzebub.
Władca piekieł, który ponad wszystko upodobał sobie jej dręczenie. Mimowolnie Adeli nasunęły się wspomnienia wszystkich okropieństw, które jej wyrządził i ponura myśl, że to się nigdy nie skończy.
Gdyby tylko mogła skończyć ze sobą, zrobiłaby to bez wahania... Jednak nie może, przecież nie żyje... Jest w piekle i cierpi za popełnione grzechy...
Takie jej przeznaczenie...

Nie ma przeznaczenia, mamy wolną wolę. Możemy kształtować obecną rzeczywistość wedle własnego uznania.
Jakby w odpowiedzi przypomniała sobie słowa Szemchazaja. A zaraz potem kolejne...
Piekło jest iluzją życia.
Adelo masz moc sprawczej kreacji.
Dziewczyna oprzytomniała z letargu. Rozejrzała się dookoła.
Nadal była sama.

Wróble wydziobały całe rozsypane ziarno i skryły się w krzewach. Adela zerknęła do koszyka, pragnąc rzucić im jeszcze małą przekąskę, ale ten był pusty.
Pomyślała "a co jeśli Aza ma rację?".
Zamknęła oczy. Wyobraziła sobie ziarno na swej dłoni. Poczuła jego ciężar.
Otworzyła oczy...
W ręce trzymała garść ziarna dla ptaków.
Z trudem mogła dowierzyć temu co zobaczyła. Spojrzała na swoją drugą dłoń.
Wyobraziła sobie ogień.
Dłoń Adeli pokryła się płomieniami, ale ich żar jej nie ranił.
Dziewczyna przez krótki czas przypatrywała się niezwykłemu zjawisku. Zapragnęła, aby ogień zgasł i tak też się stało.

Wstała znad strumyka i ponownie rozrzuciła ziarno dla wróbli. Uznała, że jeśli czarna wrona pojawi się ponownie, to tym razem ją przegoni.
Wiedziała już jak może tego dokonać...




Wieża Oriona, domostwo Szemchazaja

Szatan Belzebub, szpetnie dzierżący władzę w piekle od tysięcy lat, obdarzył mnie swymi łaskami. W zamian za odnalezienie zdrajcy oraz złamanie oporu jego oblubienicy, miałem otrzymać coś, co jak mi się wydawało, utraciłem bezpowrotnie.
Kobietę, z którą spędziłem najlepsze lata swego istnienia. Isztar.
Jednakże, bunt Robin Hooda, poznanie Adeli, równie szlachetnej co nieszczęśliwej oblubienicy Szatana i wreszcie objawienie Pierwszego Anioła spowodowały, że obudziłem się z długiego letargu.
Wielość krzywd, którymi władca hojnie karał swych poddanych, przelała czarę goryczy.
Czy dla własnej, egoistycznej potrzeby, mogłem przymknąć oczy na te wszystkie niegodziwości jakie czynił?
Nie mogłem.
Zapomniałem o Isztar i postanowiłem skierować ostrze swego miecza w Belzebubową władzę.

Z pomocą lojalnego ordynansa, Czterdziestego Czwartego wezwałem do wieży Oriona na naradę, swoich najpotężniejszych sojuszników.
Byłych dowódców z anielskiej armii, którą dowodziłem w czasach swej świetności. Przybyli Sariel, Tamiel, Ramiel i najpotężniejszy z nich wszystkich, Azazel. Towarzyszyła nam również moja mroczna kochanka, Diabla Czerwonooka i mój Mickiewiczowski sługa, Czterdzieści i Cztery.

— A więc podsumowując — rzekł Tamiel po przedstawieniu planu. — Chcesz po prostu udać się z mieczem na audiencję do Szatana i jakby nigdy nic, ściąć mu ten plugawy czerep? A co ze strażnikami? Co z szatańskimi pochlebcami? Belzebub jest nimi otoczony, każdy z nich może być równie potężny jak ty. Wybacz Szemchazaju, ale to brzmi jak szaleństwo! Wszyscy za to zapłacimy!
— Przyjacielu! Setki stoczonych pojedynków nauczyły mnie, że najprostszy plan jest zwykle najskuteczniejszy — zaznaczyłem. — Szatańscy pochlebcy to tchórze, są przy nim tylko ze względu na korzyści, którymi ich obdarza. Jeżeli zabraknie Szatana, nie będą mieli ani odwagi, ani powodu, aby wystąpić przeciwko mnie. Wyzwę Belzebuba na pojedynek, jeżeli zwyciężę, to będę potrzebował waszej pomocy do zapanowania nad pałacem w sytuacji bezkrólewia. A jeżeli przegram... Wtedy nie będziecie musieli podejmować działania... Włos wam z głowy nie spadnie...
— I myślisz, że Belzebub nie będzie szukał zemsty na twoich towarzyszach? — rzucił oburzony Ramiel.
— Jeżeli przegrasz, nasz los tak czy inaczej będzie przesądzony — dodał ponuro Sariel.
Zapanowała cisza, moi anielscy bracia walczyli z własnymi myślami. Stawka była wysoka, ryzyko ogromne, a nagroda najwyższa.
Wszystko albo nic.

— Skamlacie jak psy! — Diabla Czerwonooka wykrzywiła buzię w niesmaku. — Szatan szcza na was z góry, a wy pełzacie obok niego i prosicie o więcej! Kiedyś byliście aniołami, byliście potężni, mieliście świat u stóp! Coś znaczyliście... A teraz? Spójrzcie na siebie? Brzydzi mnie was widok, a jeszcze bardziej brzydzi mnie myśl, że z wszystkimi wami się ruchałam! — Czerwonooka pokazowo splunęła na podłogę. Po czym zwróciła się bezpośrednio do mnie — Szemchazaju, jestem z tobą bez względu na wszystko. Masz mój miecz ... — Oznajmiła, po czym dodała zalotnie — i moją pochwę...
W pomieszczeniu zapanowała konsternacja. Słowa Diabli były ostre jak brzytwa i raniły dumę moich towarzyszy dogłębnie...
Duma dla anioła była wszystkim, nawet po jego upadku...
— Podejmę to wyzwanie! — rzekł Azazel. — Mam dosyć brodzenia po tej kloace na kolanach! Mam dosyć przyglądania się jak Belzebub pomiata moimi anielskimi braćmi! Zwycięstwo albo wieczysta przepaść tartaru. Masz również i mój miecz Szemchazaju!
Kiwnąłem z uznaniem głową.
Wiedziałem, że na Azazela mogę liczyć bez względu na okoliczności, zbyt wiele przeszliśmy w przeciągu tysięcy lat, aby teraz nasze ścieżki miały się rozdzielić. Pozostało przekonać Ramiela, Tamiela i Sariela.
Udziału w spisku Czterdziestego Czwartego oraz Diabli byłem pewien.

— Jeżeli się uda... — zwrócił się do mnie Ramiel — to zostaniesz nowym szatanem?
— Gdy się uda — poprawiłem przyjaciela. — Odnajdę Pierwszego Anioła i zwrócę mu należną władzę nad piekłem. Wróci sprawiedliwość!
Moi upadli bracia zamilkli, walcząc z myślami. Każdy z nich zmagał się z własnymi obawami i nadziejami.
— Niech tak będzie! — przerwał ciszę Tamiel, po czym dobył swojego miecza i złożył przysięgę — zguba Belzebubowi.
— Zguba Belzebubowi — krzyknął Azazel.
— Zguba Szatanowi — przysiągł Ramiel.
— Zguba Belzebubowi — krzyknęli chórem Sariel, Diabla i Czterdziesty Czwarty...

— Z tego wszystkiego aż się podnieciłam — Diabla przerwała podniosły nastrój. — Mam chcicę ... Chce mi się pieprzyć... Weź mnie Szemchazaju teraz... Tutaj... Już...
Diablica nie zważając na towarzystwo, wskoczyła na okrągły stój i zadarła w górę swoją tunikę. Nie mała nic pod spodem...
Podniecenie we mnie buzowało. Kazałem się wynosić pozostałym i szybkim ruchem obnażyłem swoją męskość. Sterczała w pełni swej okazałości.
Złapałem za trzonek i zamoczyłem go w zarośniętym łonie Diabli. Była taka mokra...
— Wiem, że robisz to dla tej dziwki Belzebuba — wysapała Czerwonooka. — Pieprzę to... Tylko weź mnie porządnie wypierdol... Tak jak tylko ty potrafisz...

Nic nie odpowiedziałem.
Przygniotłem ją swoim ciałem. Penis wbił się w cipkę. Była taka ciepła i gościnna...
Moja dłoń zakradła się pod jej podwiniętą tunikę. Odnalazłem dużą, ciężką pierś i zacząłem ją zapalczywie ugniatać.
Miękkość jej ciała doprowadzała mnie do szaleństwa. Pchnąłem lędźwiami raz, potem kolejny raz i kolejny. Podążając za przyjemnością, kroczyłem do ekstazy.

Wiedziałem już, że ją wypierdolę tak jak chciała...
Tak jak tylko ja potrafiłem...

A potem zniszczę Belzebuba...




Pałac Trzeciej Świątyni, sala audiencyjna

— Najszpetniejszy panie, czy nie pokładasz zbyt wielkich nadziei w Szemchazaju? — Balberith zwrócił się bezpośrednio do szatana Belzebuba.
— Skąd mamy mieć pewność, że można mu ufać? — zawtórował mu czarnobrody Mefistofeles.
—Czy łozważnym jest ufać komuś, o kim nie wiemy jakie pobudki nim kiełują? — do grona sceptyków dołączył Cyceron. — Czy łozważnym jest ufanie komuś, dla kogo ważniejsza jest ziemska dziuła od samego Boga?
— Pobudka Szemchazaja wisi mu między nogami — podsumował Lucyfer.
Belzebub rzucił złowrogie spojrzenie na zgromadzonych. Pomyślał, że otaczają go tani pochlebcy, kłamliwi zawistnicy, nieudolni karierowicze, pseudo inteligenci.
Uśmiechnął się.
Właśnie takich diabłów potrzebował!
Takimi postanowił się otoczyć!
Takim diabłom zawsze sprzyjał i będzie sprzyjać!
Tylko poprzez odpowiednie prowadzenie tego stada baranów, tylko poprzez granie na ich ambicji i tylko poprzez skłócenie ich ze sobą, mógł sprawować swe niepodzielne rządy nad rzędami dusz potępieńców.

— Moi niemili "przyjaciele" — Belzebub zwrócił się do zgromadzonych w sali towarzyszy. — Wasza fałszywa troska o mnie, poruszyła moje serce do głębi! Rad jestem, że podzieliliście się ze mną swoją opinią. A jeszcze bardziej rad jestem, że mogę się podzielić z wami swoimi decyzjami. — Szatan dał znak strażnikowi do otwarcia drzwi. — Każdy z nas ma jakieś słabości... Balberith, ty na przykład jesteś tchórzem, ty Cyceronie łasy jesteś na puste komplementy i sławę... Mefistofelesie, ty zbytnio ufasz brutalnej sile... A ty Lucyferze zbytnią wagę przykładasz do słów, zamiast do czynów...
Strażnik otworzył drzwi i do sali weszła wysoka, czarnowłosa kobieta. Odziana była w jasną, długą i przewiewną suknię. Między włosy włożony miała kwiat niebieskiej róży.
Była piękna.
Niepospolita uroda niewiasty nie pozostała obojętna zgromadzonym. Diabły powywieszały jęzory niczym psy na widok mięsa. Pożerały nieznajomą wzrokiem...
— Mój panie — kobieta zwróciła się wprost do Belzebuba — przybyłam na twoje wezwanie. Pragnę tobie jedynie służyć i ulżyć w pełnieniu szatańskiej posługi...
— Na świętego kapucyna! To się świetnie składa! — Władca piekieł rozpoczął swoją grę — albowiem cierpię na straszną chorobę! Chorobę spuchniętych jąder! Trzymam nadmiar szatańskiego nasienia w nich... Może byś mi tak dziecino ulżyła w tych cierpieniach?
Ktoś z obecnych zachichotał, ktoś kaszlnął poirytowany. Belzebub na to nie zważał, postanowił dać diabłom lekcję władzy... I dobrze się przy tym zabawić...

— Jak sobie życzysz mój panie — oznajmiła kobieta i z lubieżnym uśmieszkiem na ustach zaczęła iść w kierunku Szatana.
Żółte, gadzie oczy Belzebuba zabłysły. W jednym momencie skromna suknia niewiasty rozpadła się w drobny pył.
Kobieta zachichotała, była naga. Widok jej ponętnego ciała wzmógł podniecenie u obecnych. Jednak ona na to nie zważała.
Nie spuszczając wzroku z Belzebuba, podeszła do niego i uklęknęła tuż przed nim. Odwinęła pas zakrywający przyrodzenie szatana i obnażyła go, demonstrując świadkom jego długi, zwisający organ.
Wiedziała co ma robić. Obecność innych, świadomość, że patrzą na nią jak na zwierzynę łowną, tylko wzmagała jej podniecenie. Sięgnęła oburącz po kutasa i wprowadziła go sobie do ust.
Belzebub tymczasem płoszył wzrokiem obecnych, uśmiechając się przy tym ironicznie. Na głowie zakwitły mu dorodne rogi...

Kobieta poczęła drażnić rosnącego w jej buzi kutasa języczkiem. Dłońmi złapała za okazałe jądra i na przemian to ugniatała je, to znowu masowała.
Diabelskie podniecenie szybko wzbierało na sile. Po chwili całe usta niewiasty wypełnione były nabrzmiałym, czerwonym organem pokrytym grubymi żyłami. Nie chcąc tracić zbyt wiele czasu, Szatan chwycił jedną ręką nałożnicę za głowę i zaczął nią posuwać rytmicznie w przód i w tył.
Kobieta krztusiła się, dławiła, jej ślina spływała na okazałe piersi. Piekielny władca nie zwracał na to uwagi. Dążył do własnej rozkoszy.

Nie przerywając swych poczynań, Belzebub zwrócił się do zgromadzonych.
— Widzicie, ja nie ufam nikomu. A już zwłaszcza na pewno, nie jakiemuś jebanemu aniołowi. Kogoś innego kupiłbym pieniędzmi, ale Szemchazaja nie da się kupić... Albo podarowałbym niebywałą władzę nad potępionymi, ale Szemchazaja nie interesuje władza... Szemchazaja interesują tylko cipki, podarowałbym mu więc moc cipek, ale Szemchazaj może mieć prawie każdą cipkę jaką sobie tylko zażyczy... — Najmroczniejszy wciąż posuwający gardło nieznanej piękności, odchylił głowę do tyłu dając obecnym znać, że szczęście jego jest blisko... Wciąż jednak kontynuował swój wywód...
— A skoro może mieć prawie każdą cipkę, to muszę mu zapewnić taką, jaką sam zdobyć nie może... Wtedy Szemchazaj będzie mój!
— Genialne! — słowa zachwytu wyrwały się z ust Cycerona, jednocześnie z wytryskiem karmazynowego władcy.
Uścisk ręki Belzebuba na głowie kobiety wzmógł się wraz z jego rozkoszą. Kutas mu zadrżał i zalał usta partnerki diabelską spermą.
Nieznajoma piękność dławiła się, krztusiła, ale dzielnie dawała radę, pochłaniając to czym obdarował ją jej pan.
Widać było, że uwielbiała to robić...

Usatysfakcjonowany orgazmem szatan wyprowadził penisa z kobiecych ust.
— I jak kochanie, zrobisz to, o co cię Belzebub poprosi? — władca czule zwrócił się do niewiasty.
— Zrobię wszystko czego mój pan i władca sobie zażyczy i czego zapragnie! — odpowiedziała kobieta. Wciąż klęczała przed szatanem, włosy miała poszarpane i rozrzucone w nieładzie, z ust wypływała jej strużka spermy... Wyglądała kurewsko podniecająco.
Prawie wszyscy obecni w sali wzrokiem pożerali nagą nałożnicę.
I tylko Lucyfer pomyślał, że gdzieś, kiedyś tę kobietę już spotkał...


Po demonstracji własnej siły Belzebub opuścił salę audiencyjną i udał się na odpoczynek do łaźni.
Para unosiła się znad wrzącego basenu. Powietrze było tak gęste i tak rzadkie, że większość diabłów podusiłaby się niechybnie. Na tę myśl szatan zaśmiał się gromko. Stado debili, którym włada, nie potrafiło nawet zrozumieć, że skoro już nie żyją i nie mają prawdziwego ciała, to nie powinni się udusić...
A jednak, gdyby jakiś pętak tu wlazł, to padłby trupem. Ludzie, a po śmierci demony tak bardzo popadają w niewolę iluzji swego ciała, że giną wraz z tą iluzją. I to nie z powodu braku powietrza w płucach, ale z powodu myśli o braku tegoż, że powietrza...
Wola, myśl, jaźń, tym jest dusza, byt. Ciało jest tylko ułudą.
Belzebub zanurzył się we wrzącej wodzie. Pomyślał, że powinien wyglądać jeszcze potężniej, jeszcze groźniej. A ponieważ symbolem jego władzy był kutas, musiał uczynić go jeszcze straszniejszym, jeszcze niemiłosierniejszym.
Postanowił przyozdobić go odpowiednim insygnium.
Na piekłosiężnym organie zabłyszczał tytanowy kolczyk.

— Kolczyk? Poważnie? — Belzebub usłyszał ironiczne zapytanie. Zerknął w róg łaźni, skąd dobiegł go głos. Zobaczył mężczyznę we wspaniałej złotej zbroi i ze śnieżnobiałymi skrzydłami. Niezapowiedziany gość w ręku trzymał starannie wykonany hełm, ozdobiony piórami podarowanymi przez rajskie ptaki.
Szatan od razu pojął kto zacz.
— Na jaja świętego Alferiusza, tuż to sam archanioł Michał mnie zaszczycił!
— Łamiesz pakt Belzebubie... — rzekł anioł głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji. — Twoje diabły grasują po Ziemi, zabierają ciała śmiertelnikom, roszczą sobie prawa należne Bogu...
Szatan wyskoczył ze wrzącej wody. Jego nagie, czerwone ciało parowało, jakby miało się za chwilę rozpłynąć w powietrzu.
Skoro wieści o zdrajcy, który samowolnie otworzył bramę na Ziemię, dotarły do nieba, to sprawa była niebezpieczniejsza niż sam Belzebub podejrzewał. Sednem jego piekielnej polityki było utrzymywanie równowagi między piekłem, a niebem. Zapewniał to układ, swoisty pakt o nieagresji między obiema stronami. Ów układ przydzielał obu grupom terytoria działania i nakładał na nie pewne obowiązki. Ziemia z żyjącymi ludźmi, była terytorium neutralnym. Anioły mogły namawiać ludzi do dobrego, demony mogły namawiać do złego, ale nikt nie miał prawa przejmować ciał śmiertelników.
— Michale! Po co te oskarżenia? — Władca piekieł stanął tuż przed dostojnym gościem. — Mam tu zdrajcę, prawdziwego chuja, który bruździ mi w ogródku...
— Wieści mówią, że grasujące w ludzkich ciałach diabły planują urządzić Armagedon...
— Poczyniłem już odpowiednie kroki, aby temu zapobiec — szatan poczuł się osaczony. Jego członek nikł w oczach. — Wybrałem najlepszego z najgorszych, do rozwiązania tego problemu...
— Kogo?
— Szemchazaja! — rzucił Belzebub, pewien, że imię dawnego ulubieńca Boga wywrze wrażenie na archaniele...
— Szemchazaja?! — powtórzył z niedowierzaniem Michał. A zaraz potem dodał — hodujesz żmiję na własnej dłoni Belzebubie... Szemchazaja nie da się kontrolować... Szemchazaj jest nieobliczalny... Szemchazaj jak pochwyci za miecz, to nawet w piekle zabraknie stosów, aby puścić z dymem wszystkie zwłoki...
— Znalazłem sposób na niego! — Szatan znów poczuł się panem sytuacji. Był arcydiabłem, władcą piekieł, panem śmierci. A kim był Szemchazaj, aby się z nim równać? — Znalazłem sposób, aby go kontrolować...
— A cóż to jest za sposób ?
— Zapewnię mu to, czego nikt inny dać mu nie może — rzekł z dumą Belzebub. Wraz z powracającą pewnością siebie, kutas znów zaczął rosnąc. — Załatwię mu taką cipę, jakiej nikt inny dać mu nie może!
— Cipę ? — powtórzył archanioł. W ogóle nie rozumiał o czym jego rozmówca mówi...
Szatan zaśmiał się szyderczo.
— Kobietę — wyjaśnił prawemu Michałowi. — Szemchazaj jest od nich uzależniony, a ja załatwię mu taką szparę, która tak go omota, że na mój rozkaz, aby zaczął szczekać, będzie pytał - jak głośno!?
— Szparę? — niebiański gość miał mętlik w głowie. Nic nie rozumiał ze slangu w jakim mówił do niego szatan.
— Cipa, szpara, kobieta, dziura, rura, dziunia, wszystko to jedno i to samo ...
— I to niby wystarczy? Ta ... Dziunia? — archanioł niewiele z tego rozumiał, ale pewność siebie Belzebuba przekonywała go, że ten wie co robi.
— Jak najbardziej... — odpowiedział Belzebub, chciał coś jeszcze dodać, ale archanioł Michał w jednej chwili zniknął.

Szatan w zadumie wrócił do czasów, gdy sam był aniołem służącym w niebie. I gdy nie znał jeszcze ani kobiet, ani ich słodkich cipek.
Aż się wzdrygnął ze wstrętu na samo wspomnienie...
A potem zadumał nad czymś jeszcze. A co jeśli jego działania względem lojalności Szemchazaja nie wystarczą? Jeśli kobieta, o której marzy upadły anioł to za mało, aby zdobyć jego wierność i posłuszeństwo?
I czy mógłby uzależnić utrzymanie całej swej władzy od jakiejś lichej dziury?
Nie mógłby!
Postanowił przyjrzeć się bliżej swojemu podwładnemu, przeanalizować co robi, z kim to robi i po co to robi. A potem znaleźć jego kolejne słabe punkty...

Przypomniał sobie słowa swoich doradców.
Czy nie pokładasz zbyt wielkich nadziei w Szemchazaju? Balberitha...
Skąd mamy mieć pewność, że można mu ufać? Mefistofelesa...
Czy rozważnym jest ufanie komuś, dla kogo ważniejsza jest ziemska dziura od samego Boga? Cycerona...
Pobudka Szemchazaja wisi mu między nogami ... Lucyfera...
Jeszcze raz zadumał się nad słowami swych pochlebców. Doszedł do wniosku, że w słowach tych jest sporo racji. A skoro jest w nich sporo racji, to może nie są tak głupi za jakich ich uważał?
A jeżeli nie są głupi, to pewnie ich nie docenił...
A skoro dotychczas ich nie doceniał, to z pewnością nie może im ufać.
Belzebub postanowił przyjrzeć się swoim doradcom nieco bliżej...

Niestety nie mógł już nikomu ufać. Wyglądało na to, że wszyscy knuli przeciwko niemu i tylko jeszcze strach powstrzymywał ich przed totalną rebelią. Strach lub brak przywódcy.
Zastanawiał się Szatan nad tym problemem dosyć długo, aż doszedł do wniosku, że rozwiązaniem będzie wprowadzenie jeszcze większego terroru. W tym celu pośle swoich pretorianów do domostw, karczm, salonów gry i rozpusty zwykłych diabłów. Niech poznają brzemię jego władzy. Pretorianie będę mordować, będą gwałcić, będą kraść dopóki, dopóty demony skończą albo bez głowy, albo złożą mu poddańczy hołd na kolanach.
A najlepiej jedno i drugie...
Chciał wezwać Mefistofelesa, aby wydać stosowny rozkaz, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie mógł mu przecież ufać, był księciem, generałem, a nawet szatańskim przeorem. Zakręciło mu się w głowie od liczby tych funkcji, tych... Inwektyw. Jak mógł dopuścić, aby jeden diabeł dzierżył w swych rękach taką władzę?
Lucyfer, pomyślał, że wezwie Lucyfera... Jednak ponownie powstrzymał się w ostatniej chwili.
Jego zastępca, był przecież upadłym aniołem, z chóru cherubinów... A ci byli szalenie ambitni, chciwi na władzę... Cherubinem był też przecież Balberith... A co gorsza sam Belzebub, w czasach swej anielskiej niesławy dokazywał w tym chórze! Wiedział więc Szatan, jak nikt inny, do czego zdolne są upadłe cheruby...
Lucyfer był też sprytny, może nawet inteligentny... Stanowczo za sprytny i za inteligentny...
Był również impotentem! Więc się nie uganiał za babami, a skoro się nie uganiał, to znaczyło, że nie miał tej specyficznej męskiej słabości... Jakby tu więc można było go kontrolować?
Nie da się! Lucyferowi stanowczo nie można zaufać!
Postanowił, że osobiście uda się do dowódcy pretorianów i wyda stosowne rozkazy. Nim to jednak uczyni, sprawdzi lojalność swych diabłów.

Parująca woda w łaźni pobudzała jego umysł do intensywniejszej pracy. Wiedział już, że na nikim nie może polegać i sam, osobiście musi wziąć sprawy we własne ręce.
Stanął nagi przed lustrem i ocenił swój wygląd.
Był wysoki, bardzo wysoki, wyższy niż niemal każdy inny diabeł. Skórę na całym ciele miał o karmazynowym odcieniu. Był łysy, głowę ozdabiały mu jedynie dorodne rogi. Żółte, gadzie oczy mogły budzić trwogę. Umięśniony tors pokryty był gęstym owłosieniem, które zakrywało niezliczone blizny będące pozostałością po jeszcze liczniejszych bójkach. Nogi miał mocne i silne, a między nimi majaczył jego diabelski kutas.
Największy w całym piekle...
Pomyślał, że z taką facjatą, którą wszyscy znają, nic nie zdziała. Gdzie się nie pojawi, będzie budził lęk u demonów i będzie słyszał same puste, jałowe pochlebstwa. Musiał się zmienić, tak aby nie budzić swoim wyglądem podejrzeń. Tak, aby móc wydobywać z tej hołoty istotne informacje...
Skoro jego ciało było iluzją, wystarczyło więc dokonać pewnych korekt w tej iluzji, aby postronnym grzesznikom jawić się jako zupełnie inny demon.

Oczy Belzebuba złowieszczo zabłysły. Skóra mu pojaśniała, przybielając ładny, białawy odcień. Rogi znikły mu z głowy, zastąpione przez burzę, lekko falujących czerwonych włosów. Tęczówki oczu przybrały brązową barwę, rysy twarzy znacznie złagodniały, usta nieco się zwęziły, a żółte zęby magicznym sposobem zaczęły razić swą śnieżną bielą.
Przyjrzał się z uwagą swemu odbiciu w lustrze. Miał twarz ślicznej kobiety, tak bardzo się sobie podobał, że gdyby mógł, to dokonałby gwałtu na własnej osobie...
I uznał Belzebub, że to było dobre.
Spojrzał niżej. Owłosienie z torsu, zaczęło znikać. Mięśnie i zbędny tłuszcz także. Zamiast nich pojawiła się wypukłość, pierw po lewej stronie piersi, potem po prawej. Wypukłość rosła, przybierając ostatecznie postać dwóch, zabawnie sterczących na boki piersi.
Złapał za nie i zaczął badać je dłońmi. Szybko doszedł do wniosku, że są za małe. Cycki ponownie zaczęły mu rosnąc. Pęczniały niczym balony, aż wreszcie dostojnie zaczęły wylewać się z jego dłoni.
I uznał szatan, że takich cycków potrzebował!
Zaśmiał się gromko sam do siebie.
Teraz mógł zmniejszyć duże ręce, pozbyć się blizn, odchudzić długie nogi.
Zerknął na kutasa. Był wielki, groteskowo żylasty i posiadał ozdobny kolczyk. Był też zbędny.
Kutas począł niknąc w oczach. Zlewając się z ciałem, tworzył wzgórek łonowy - gładki i subtelny niczym u dziewicy. Nie ostał się ani najmniejszy włosek... Nikłe wargi sromowe ułożone były jakby płatki rajskiego kwiatu. I tylko kolczyk w łechtaczce mógł sugerować potencjalnym partnerom, że mają do czynienia z ostrą suką.
Szatan był zadowolony, zmniejszył jeszcze swoją budzącą grozę posturę, do wymiarów bardziej typowych dla niewiast.
I uznał Belzebub, że jest gotów zasięgnąć języka...




Pałac Balberitha

Misterne wiązania na rękach i nogach pętały ruchy księcia Balberitha. Był niemal ubezwłasnowolniony. Twarz wtopioną miał w krocze Afrodyty. A jego język penetrował z zapałem cipkę kochanki. Wiercił się w niej, jakby od tego zależało jego dalsze istnienie.
Piżmowy zapach łona kobiety doprowadzał do szału jego samego i ten sterczący organ między nogami, którego nazywał Przechujem. Przechuj, niczym osobna cząstka Balberitha żył własnym życiem i chociaż cipka Afrodyty wciąż pozostawała dla niego niedostępna, to jej zapach... Jej subtelna jędrność... Raz za razem doprowadzały organ do spuszczenia, znacząc stopy kochanki lepką mazią.
Grzebiąc w szparze językiem, Balberith dziękował swej żałosnej naturze, że zdecydował się przyjąć pod swój dach, taką diablicę! Wręcz boginię!
Takiej rozkoszy od dawien, dawna już nie zażywał...

Afrodyta, naga i rozpalona, siedziała na kanapie. Wygodnie rozsunęła nogi, przyjmując między nie głowę Balberitha i świdrujący jej wnętrze język.
Po obu bokach siedziały, wtulone w nią roznegliżowane demonice. Ręce Afrodyty obejmowały obie niewiasty, a jej dłonie trzymały ich dorodne biusty. Rozkoszny ciężar tych przymiotów kobiecości, połączony z kolejnymi kuflami piwa podsuwanymi przez obie kobiety, wywoływały uczucie spełnienia u rudowłosej Afrodyty.
Kiedyś zastanawiała się co może być przyjemniejsze od cycka w jednej ręce i kufla piwa w drugiej. Teraz już wiedziała - dwa cycki w obu dłoniach i piwo podsuwane do samych ust!
Myśl ta połączyła się z rozkoszą powodowaną przez penetrujący jej dziurkę język. Cipka się napięła, zadrżała i zapulsowała. Afrodyta kolejny raz miała orgazm. Jeszcze silniejszy, jeszcze donioślejszy, jeszcze dłuższy od poprzedniego. Aż zajęczała, zasapała i niegodziwie ulała z ust złocisty napój.
Strużki piwa zrosiły jej wielkie cycki, zatrzymując się chwilowo na nich, by następnie kropelkami pospadać wprost na obrabianą cipkę kobiety. Smak piwa wymieszał się z łonowym śluzem i śliną Balberitha...

— Błagam pani — wysapał diabelski arystokrata. Wyciągnął język z ciała kochanki, dzięki czemu mógł wyartykułować myśli. — Wpuść mojego Przechuja do swych wilgotnych czeluści...
Afrodyta uśmiechnęła się. Uszczypnęła sutek jednej z kochanek, tak mocno, aż ta podskoczyła w miejscu.
— Mój piekła niegodny niewolniku — zaczęła przemowę — jestem boginią, gdziekolwiek się znajdę odbieram oznaki czci i uniżenia! Kim, że więc jesteś, aby móc błagać mnie o godność dopuszczenia tego obrzydliwego "Przechuja" do mojej słodkiej szparki?
— Jestem Balberith! Książę piekła! Budzący lęk i trwogę u żyjących i pomarłych! U diabłów, jak i aniołów.
Afrodyta ścisnęła mocniej trzymane w dłoniach cycki niewiast. Uwielbiała tę miękką jędrność...
— Doniosłe to słowa jak na niewolnika — oznajmiła mężczyźnie. — Jednak bogini może połączyć się tylko z najpotężniejszym diabłem w piekle. A diabły mówią, że najpotężniejszym jest Lucyfer!
Balberith zarechotał. Tak bardzo pragnął włożyć Przechuja do cipki Afrodyty, że był gotów uczynić wszystko, aby tak się stało...
— Moja pani! Radzę nie słuchać pospólstwa... Zupełnie nie pojmują istoty rzeczy — książę językiem zlizał wyciekającą mu z ust pochwową wydzielinę swej bogini. — Prawdą jest, że Lucyfer jest zwykłym tchórzem i impotentem, kryjącym swą nieudolność za plecami Belzebuba!
Jedna ze służek podsunęła kufel piwa do ust Afrodyty, a ta przechyliwszy głowę opróżniła go jednym, dużym haustem.
— Skoro więc ten Lucyfer jest sługą Belzebuba — Zaczęła rudowłosa piękność. — To jak potężnym musi być ten diabeł, skoro inni książęta mu służą?
Balberith ponownie zarechotał. Wciąż wpatrzony był w rozkoszną szparkę kobiety... I jeszcze ten ozdabiający ją kolczyk...Dawno takiej nie widział, a już w ogóle nigdy takiej nie miał... A teraz wyczuł, że jest bliskim szczęścia... Szczęścia włożenia jej na pełną głębokość...
— Belzebub ? — zapytał retorycznie książę. — To głupiec, pozorant. Uzurpuje czyjąś władzę! Nikt w piekle, na Ziemi, czy w niebie już go nie poważa. Diabły śmieją się z jego karykaturalnych rządów. Odmawiają mu posłuszeństwa, szczają i srają pod jego pałacem! — dziewczyny zaśmiały się na te słowa księcia żwawo. — Chędożą jego niewolnice! On sam ciągnie druta aniołowi Michałowi! Tylko dzięki mnie piekło trzyma się dalej i nie ulega Niebieskim. Mówię pani, Belzebub to mój jebany figurant...
Balberith próbował się zaśmiać, ale nie zdążył. Wpatrzony w cipkę, kątem oka dostrzegł jeszcze błysk oczu Afrodyty i objawienie się potężnych rogów na głowie... Po czym poczuł demonicznie silny uścisk ud na własnej głowie. Pod wpływem takiej mocy, nos znalazł mu się we wnętrzu upragnionej waginy. Próbował się wyrywać, ale ręce i nogi miał spętane...
Potężny chwyt miażdżył jego głowę, przygniecenie do łona pozbawiało go oddechu... Przez chwilę miał nadzieję, że jego służki przyjdą mu z pomocą, ale te widząc straszliwą przemianę Afrodyty, zapiszczały i uciekły na drugi koniec pomieszczenia.
Balberith szamotał się, dusił i zaczął tracić przytomność. Gdzieś tam w głębi jego jaźni zaświeciła mu myśl, że nie może zginąć poprzez uduszenie, skoro jego ciało to tylko iluzja... Był już jednak zbyt słaby, aby móc się przeciwstawić... Próbował się skupić, ale podniecenie i strach sabotowało jego działania.
Ginął, tracąc iluzję ciała i będąc spychanym w przepaść Tartaru, a jednocześnie jego Przechuj miał pełną erekcję i był krok od orgazmu...
Poczuł jeszcze pulsowanie organu pierw swego, potem cipki Afrodyty. Zdążył pomyśleć jeszcze, że głupio tak zatracić się w piździe i stracił przytomność.
Afrodyta wciąż ściskała jego twarz, przyjmując kolejny orgazm... Był jeszcze silniejszy, jeszcze donioślejszy i jeszcze dłuższy od poprzedniego! Aż jej cycki zafalowały wespół z falą rozkosznych spazmów.
Gdy wreszcie orgazm dobiegł końca, uwolniła z uścisku puste ciało Balberitha. Truchło upadło obok jej stóp. Przechuj denata wciąż sterczał, skąpany we własnej spermie.

Belzebub zaśmiał się szyderczo. Jednego zdrajcy właśnie się pozbył...I to w jaki efektowny sposób! Nawet swej ofierze dogodził, posyłając jednocześnie do Tartaru! Czyżby to mogło czynić go ... Dobrym?
Splunął na samą tę myśl.
Teraz wprowadzi w piekle taki terror, że jego imię stanie się synonimem wszystkiego co najgorsze, najbardziej plugawe i niegodne...
Żałosne kreatury szczają i srają mu pod pałacem? Chędożą jego dziwki? Robią z niego ciotę jebanego Michała? On im dopiero pokaże...

A tymczasem rzucił złowieszcze spojrzenie na kryjące się po kątach służki Balberitha. Musiał przyznać, że były nadzwyczaj cycate... Tak jak lubił... I przerażone... Też, tak jak lubił.
Spojrzał na swój wzgórek łonowy, zaświecił oczyma i w efekcie zademonstrował dziewczynom wyrastającego niczym grzyb po deszczu kutasa...
Służki zadrżały i zapiszczały przerażone niewytłumaczalnym zjawiskiem.
Belzebub poprawił jeszcze swe cycki, napiął kutasa i ruszył w stronę niewiast.
— Śmieszy was, że diabły szczają i srają pod pałacem szatana? Że chędożą mu niewolnice? To teraz poczujecie, co to znaczy prawdziwe, szatańskie jebanie!
Postanowił dupczyć je tak ostro i tak zapamiętale dopóki, dopóty ze sklepienia tego budynku polecą cegły, a całość zmieni się w jeden wielki grobowiec Balberitha i jego dziwek...




Szatan Belzebub wezwał diabły i diablice z całego piekła na orędzie.
Przyrzekłem sobie, że orędzie to będzie jego ostatnim.
To była szczególna okoliczność. Więc postanowiłem odpowiednio ją upiekielnić. Po raz pierwszy od dawien, dawna sięgnąłem po swój niebiański miecz, Samerion. Oraz po swoją zbroję, wykutą przez mistrza Hefajstosa. Czarny rynsztunek, stworzony z pokładów piekielnego metalu wytopionego przez wulkaniczną lawę był niemal niezniszczalny. Mój wspaniały napierśnik ozdobiony został złotym wizerunkiem nacierającego anioła z chóru serafinów. Czarne, niczym piekielna noc naramienniki i nagolenniki również wykończone były złotymi wstawkami oraz napisami w języku pierwszego pisma sławiące tego, kto nosi tę zbroję. Czarny hełm, szczelnie chroniący głowę uwieńczony został ognistą kitą feniksa. U boku miałem, schowany w pochwie, miecz.
Wokół nadgarstka owinąłem opaskę Robin Hooda, dzielnego diabła, który dla pomszczenia krzywdy wyrządzonej jego ukochanej, rzucił wyzwanie samemu władcy piekieł.
Robin zginął, ale ja pielęgnowałem pamięć o nim i jego odwadze.
Byłem gotów rzucić wyzwanie Belzebubowi.

Rozkazałem Azazelowi, Sarielowi i Diabli Czerwonookiej udać w różne strony piekła i zgromadzić naszych stronników, upadłych aniołów, którzy służyli pod moją komendą w niebie.
Ja sam, wraz z Czterdziestym Czwartym wstąpić miałem do Pałacu Trzeciej Świątyni, aby stoczyć walkę o wszystko z Szatanem. Tamiel i Ramiel wraz z małą grupką podwładnych, czekać mieli na placu przed pałacem i pozostawać w gotowości do działania.

Chociaż rozprawa z Szatanem była coraz bliższa i wydawała się nieunikniona, moje myśli nieustannie wracały do Adeli.
Zapragnąłem spotkać się z nią, nim to wszystko się rozpocznie. Nasycić oczy jej pięknem, posłuchać brzmienia jej łagodnego głosu, poczuć zapach jej ciała... Wtedy nawet myśl, że mógłbym polec, przegrać z kretesem z Belzebubowej ręki nie wydawała się taka straszna.
Postanowiłem niezwłocznie udać się do pałacu.

Wraz z Czterdziestym Czwartym przybyliśmy, nim jeszcze pod głównym placem zbierać się zaczęło, całe to pożałowania niegodne diabelskie barachło. Tym razem straż wpuściła mnie do środka szatańskiej budowli bez żadnych pytań. Byłem przecież nowym szatańskim faworytem, obdarzonym rozlicznymi zadaniami...
Pałac tętnił od gwaru przewijających się sługusów, żołnierzy i arystokratów. Ktoś próbował mnie zaczepić, ktoś próbował porozmawiać. Był wśród nich mój brat, Lucyfer, była również Lilith. Wszystkich ich zignorowałem i kierowany wewnętrzną intuicją skierowałem się wprost do ogrodu... Wspaniałego ogrodu urządzonego przez Adelę...
Wyszedłem bocznymi drzwiami z mrocznego, wyścielanego kośćmi poległych pałacu i jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odnalazłem się w rajskim zakątku. Prawdziwej oazie zieleni pośród morza szarości i surowości piekielnego krajobrazu.
To był ogród Adeli, naocznie uosabiający jej prawdziwą, nieskazitelną naturę. Urokliwość tego miejsca, potęgowało złoto - krwiste światło naszego piekielnego słońca, jądra Ziemi.
Rozejrzałem się dookoła, ale w mnogości barw wszelakich drzew, krzewów, kwiatów, wód, nie mogłem jej dostrzec. Nie widziałem jej, ale jakimś sposobem czułem, że ona gdzieś tam, pośród tych wszystkich roślin, była i czekała na mnie. Ponownie więc zaufałem intuicji i wstąpiłem na ścieżkę prowadzącą mnie ku Adeli... Mojej Adeli...
Otaczała mnie idylla. Śpiew ptaków, szum płynącej wody, moc kolorów, zapachów wprawiał mnie w relaksacyjny nastrój. Miejsce to tętniło życiem.
Skierowałem się do ławeczki obok kaskady, gdzie poprzednio rozmawiałem z Adelą. Choć od tej poprzedniej mojej wizyty minęło niewiele czasu, to ogród znacznie się zmienił. Rozkwitł jeszcze bardziej, dojrzał, jakimś sposobem upodabniając się do Edenu.
Wiedziałem, że wszystko to spowodowała dziewczyna siłą swej woli. Miała wspaniały, wręcz niebiański dar kreowania rzeczywistości.
Ponownie rozejrzałem się dookoła.

Nad rzeczką ujrzałem Adelę. Serce nagle mi przyspieszyło, a nogi jakby pode mną się ugięły. Miłość bywa trudniejsza nawet od walki. Walki z samym Szatanem we własnej, parszywej osobie...
Dziewczyna stała w oddali, tyłem do mnie. Urywała kawałki chleba i rzucała go stadku małych kaczuszek.
Zawołałem ją, a ona zaskoczona czyjąś obecnością, obejrzała się za siebie. Zobaczyła mnie, a jej twarz rozpromienił śliczny uśmiech. Wyciągnęła rękę przed siebie w moim kierunku.
— Szemchazaju! — zawołała.
Zapragnąłem jej dotknąć.
Idąc w kierunku, gdzie przebywała, pochyliłem się nad krzakiem białej róży i nie bacząc na ostre kolce, oderwałem jeden z kwiatów.
Podszedłem do Adeli. Odłożyłem hełm na ziemi i jedną ręką dotknąłem drobną, gładką dziewczęcą dłoń, drugą uświetniłem jej ciemnobrązowe włosy zerwanym kwiatem róży.
— Skaleczyłeś się — Adela zauważyła ślad na palcu po kolcach. Ujęła oburącz moją dłoń.
Z małej rany miast krwi, zabłysło światło.
— Pamiętaj, że jestem aniołem, wprawdzie upadłym, ale zawsze aniołem — pospieszyłem z wyjaśnieniem. — Nie narodziłem się z kobiecego łona, lecz ze światła. Zamiast krwi, w moich żyłach płynie światłość.
Dziewczyna nic nie mówiąc przejechała palcami po świetlistej ranie. A gdy odsunęła dłoń, skaleczenia już nie było.
— Adelo... Uzdrowiłaś mnie ... — rzekłem, wyciągając rękę ku jej twarzy. Juz się nie bałem. I ona też się nie bała. Pogładziłem śliczną buzię dziewczyny, a ona spojrzała mi w oczy swoim przenikliwym spojrzeniem.
— Aza, zmieniłeś się...
— Zmieniłem się. Zmieniłem dzięki tobie... — powiedziałem łagodnym tonem głosu. Moje palce delikatnie muskały jej policzki. — Uzdrowiłaś moją duszę, tak samo jak teraz uzdrowiłaś moją dłoń.
— Szemchazaju, ja nie wiem co powiedzieć — głos Adeli drżał, podobnie jak jej ciało pod wpływem mojego dotyku. — Nie jestem tym, za kogo mnie uważasz... Ja jestem... jestem Nikim...
— Posłuchaj Adelo, nigdy nie spotkałem równie wyjątkowej osoby... — Pogładziłem ją po włosach. — Jesteś uosobieniem wszystkiego co najlepsze, wszystkiego co dobre i szlachetne. Nie ma złota w piekle, na Ziemi i niebie, które mogłoby równać się wartością z tobą.
Z oczu dziewczyny popłynęła łza, a zaraz potem kolejna i kolejna. Delikatnie ująłem jej twarz obiema dłońmi i wytarłem jej łzy.
— Kocham cię, Adelo — zdradziłem swoje uczucia i poczułem jak spływa ze mnie wielkie brzemię, zastępowane przez poczucie celu i sensu bycia. — Uwolnię cię, pokonam Belzebuba. Zrobię to dla ciebie...
Łzy dalej spływały z jej oczu. Otuliłem dziewczę ramieniem i przycisnąłem do swego ciała. Pozwoliłem aby wypłakała cały tkwiący w niej ból i żal. W odpowiedzi dziewczyna objęła mnie rękoma.
Zastygliśmy na dłuższy czas, przytuleni do siebie. Poczułem, że jestem odpowiedzialny, że tę drobną istotę i że jej ochrona jest celem mojego istnienia.
— Obiecuję, że już nigdy więcej Belzebub cię nie skrzywdzi... Obiecuję, że już nikt, nigdy cię nie skrzywdzi...

— Błagam Szemchazaju, nie podnoś miecz przeciw Belzebubowi... — wciąż wtulona we mnie Adela mówiła słabym, łkającym głosem. — Widziałam okrucieństwo, które czynił, a które nawet nie potrafiłabym opisać... Widziałam jego potęgę wobec, której nie było siły mogącej się jej przeciwstawić...
Złapałem delikatnie ją za podbródek i uniosłem ku swej twarzy. Zagłębiłem się w błękit jej oczu.
— Pokonam go dla ciebie... — odpowiedziałem.
— Aza, co z księżniczką Isztar, twoją ukochaną żoną? — dziewczyna kontynuowała. — Jeśli pokonasz Belzebuba już nigdy ją nie spotkasz!
Ponownie pogładziłem jej gładką skórę opuszkami swych palców.
— Zrozumiałem, że jest złudzeniem, którym żyłem przez zbyt długi okres czasu... Ty natomiast jesteś prawdziwa, realna, najwyższym celem mojego istnienia jest być przy tobie... Bronić cię, opiekować się tobą... Tylko tego pragnę...
Niewiasta przejechała swoimi drobnymi, delikatnymi dłońmi po mojej twarzy i zatrzymała się na złocistych włosach. W tamtej chwili jej dotyk był dla mnie wszystkim.
— Szemchazaju, tak bardzo się boję, że mogłabym ciebie utracić... — oznajmiła łamiącym się głosem.— Jesteś najlepszym co mnie spotkało...
— Ada, pamiętaj o tym co opowiadałem. O bitwach jakie toczyłem, o zwycięstwach jakie odnosiłem. Przypomnij sobie co mówiłem o wolnej woli, o tym że sami determinujemy swój los... Jeżeli uwierzysz we mnie, naprawdę głęboko uwierzysz we mnie i jeżeli ja będę przeświadczony wiarą we własne umiejętności, to nie ma przeszkody w piekle, której byśmy razem nie mogli pokonać... Tylko proszę, uwierz we mnie...
— Aza, wierzę w ciebie... Wierzę, że nie ma dla ciebie rzeczy, której nie potrafiłbyś uczynić...

Pochyliłem się ku jej ustom. Adela zamknęła oczy, a nasze twarze spotkały się w jednym punkcie.
Musnąłem jej wargi, a zaraz potem skradłem kolejny pocałunek. Przez moment zatrzymałem się, pragnąc delektować się tę chwilą, ale nie było mi to dane. Poczułem słodką odpowiedz Adeli na moje poczynania. Nasze usta znów zetknęły się ze sobą i tym razem już się nie rozdzieliły.
Poznawaliśmy się nawzajem pocałunkiem. Nasze myśli zlały się w jedność. Poczułem radość jaką otrzymała Adela podczas swego, jakże krótkiego i nieszczęśliwie zakończonego życia. Odczułem jej rozpacz, gdy bramy niebios zostały dla niej zamknięte i odczułem jej ból zadawany przez Belzebuba.
Ona poznała czar służby Bogu, jaką świadczyłem w czasach własnej chwały. I poznała gorzki smak upadku jaki doświadczyłem, po odejściu z Nieba. I setki lat uśpienia w piekielnych podziemiach...

Rozłączyliśmy usta. Niewiasta otworzyła oczy, a nasza spojrzenia spotkały się.
— Jesteś wszystkim Adelo... — przejechałem palcami po jej gładkiej cerze.
— Aza, kocham cię... — usłyszałem odpowiedzi.
Niczego więcej nie pragnąłem.
— Muszę już iść... — oznajmiłem chociaż tego nie chciałem. — Zaczekaj tutaj na mnie... Wrócę, gdy będzie po wszystkim...
— Będę czekała... — usłyszałem obietnicę. Adela

Nadszedł moment z rozprawy z Belzebubem. Pochyliłem się i zebrałem swój hełm. Zostawiłem ukochaną bezpieczną w ogrodzie i odszedłem.

Spotkanie z Adelą, jej słowa, dotyk, pocałunek... Jej wyznanie miłości przepełniło moje wnętrze światłością. Energia wprost mnie rozpierała, czułem, że mógłbym przenosić góry i niszczyć całe miasta, gdyby tylko nasza miłość tego wymagała. Sam Szatan wydawał się najmniejszym problemem.
Stoczyłem tysiące walk w niebie, na Ziemi i w piekle. Byłem gotów stoczyć jeszcze tę jedną, ostatnią.
Kierowany uczuciem do tej niezwykłej dziewczyny wiedziałem, że i teraz odniosę zwycięstwo.
Albowiem tylko prawdziwa miłość kobiety czyni mężczyznę niezwyciężonym.

Wyszedłem z ogrodu, kierując się wprost do pałacu. Gdzieś tam czekał mój wróg...
Niczym w amoku przemieszczałem się między posępnymi korytarzami. Mijałem rozlicznych strażników, wszyscy byli w pełni uzbrojeni i w pełni gotowości bojowej. Zobaczyłem nefilimów, przeszło trzymetrowych olbrzymów będących owocem związków aniołów z ludzkimi kobietami, a teraz w piekle tworzących doborową gwardię przyboczną Belzebuba.
Zapamiętywałem ich liczbę, rynsztunek i układ poruszenia się po pałacu. Odnajdywałem ich słabe punkty, gotów wykorzystać tę wiedzę w odpowiednim momencie.
Wielka ich liczba mnie zaskoczyła, nie widziałem jeszcze tylu zbrojnych w pałacu i nie rozumiałem celu ich sprowadzenia przez Szatana. Jednak nie zważałem na to, miałem cel i plan do wykonania, żadna przeszkoda nie była wstanie mi przeszkodzić w jego realizacji.
Przeszedłem przez komnatę niesławy, wypełnioną osobliwymi trofeami Belzebuba - odciętymi łbami potężnych diabłów, którzy miast spadać w nieskończonej przepaści tartaru, zachowali rozum po dekapitacji i istnieli dalej, w tej nowej, jakże okrojonej i żałosnej formie.
Gadające głowy przegranych straceńców nieustannie dyskutowały, wypełniając pustą rozmową beznadzieję swego bytu. Próbowały zagadywać też do mnie, ale nie zważałem na nie...
Aż do chwili, gdy ujrzałem głowę Balberitha wbitą na nędzny pal.

Potężny książę, wielki pochlebca Belzebuba doświadczył dekapitacji?
Jeszcze niedawno widziałem go u boku szatana. W jednym kawałku.
Zatrzymałem się w miejscu, próbując zrozumieć co się mogło stać...
— Witaj Szemchazaju! — rzekła gorzko gadająca głowa. — Zawsze tobą gardziłem, nigdy ci nie ufałem, namawiałem władcę do pozbycia się twojej osoby, myślałem, że wkrótce się tego doczekam... A jednak to ty stoisz tu przede mną, w tej wspaniałej zbroi, z tym śmiercionośnym mieczem u boku, a ja jestem tutaj... Pozbawiony ciała, bez jaj, z samą tylko głową... Śmiej się Szemchazaju, okaż swą pogardę, triumfuj... Naszczaj na ten głupi łeb...
Nie śmiałem się, ani nie okazałem mu pogardy. Po wprawdzie też, nigdy nie uznawałem Balberitha za groźnego przeciwnika. Funkcja księcia piekieł i rola pochlebcy była wszystkim co mógł osiągnąć. Chociaż zawsze sam o sobie miał wysokie mniemanie... Za wysokie...
— Nie rozumiem — zwróciłem się do posępnego czerepu. — Cóż, to się stało, że straciłeś cierpliwość szatana? Spośród wszystkich pochlebców, ty zawsze właziłeś mu do tyłka najgłębiej!
— Starałem się! — rzekł stracony książę. — Wstawiałem się na każdy rozkaz władcy! Udzielałem mu wszelkich rad i wypełniałem każdą jego wolę... Ze wszystkich sił próbowałem mu się przypodobać! A pomimo tego Belzebub mi nie ufał... Sprawdzał mnie...
— Co się stało? — spytałem zafrapowany.
— Znalazłem dziewkę pod swoim pałacem — odpowiedziała głowa i rozpoczęła swoją opowieść. — Suka jakich mało! Gdybyś ją tylko widział Szemchazaju! Brałbyś, tak jak stoisz! Ruda, buźka jak malina, cycki jak arbuzy, cipa gładka jak patelnia, nogi do samego nieba! Zabrałem więc ją do pałacu i postanowiłem przelecieć! Spętała mnie, kazała sobie dogadzać językiem, mówiła, że jest boginią a ja jej sługą, więc spełniałem każdą jej zboczoną zachciankę. Prowokowała mnie i podpuszczała. Namówiła do poświadczenia nieprawdziwego świadectwa przeciw panu naszemu, Belzebubowi! A gdy to uczyniłem, dziwka mnie wykończyła. Gdy odzyskałem przytomność, byłem w formie, którą masz przed oczyma. Ruda suka leżała na mojej służce i dupczyła ją wielkim kutasem. Dupczyła tak zawzięcie, aż ta wyzionęła ducha. A gdy wydupczyła ją na dobre i złe, wzięła się za kolejne moje nałożnice. I dupczyła je wszystkie po kolei, aż i one wyzionęły ducha z przechędożenia, lub zginęły pod walącym się z powodu tego całego ruchania pałacu. Wszystko to zrobiła na moich oczach! Rozumiesz? Na moich pieprzonych oczach!
Balberith zamilkł na chwilę, a zaraz potem dał -
— To był Belzebub Szemchazaju, ruda dziwka to był Belzebub!
Byłem zaskoczony. Szatan przechodził w bestialstwie sam siebie. Władca nie ufał nikomu, a to czyniło go nieobliczalnym, a przez to jeszcze bardziej niebezpiecznym.
— Możesz mi wierzyć, bądź nie — zwróciłem się do głowy upadłego księcia. — Jest mi jednak przykro z powodu twojej tragedii. Obyś chociaż tutaj odnalazł spokój istnienia...
— Bez jaj będzie chujowo... — odburknął Balberith. — Już wolałbym skończyć w Tartarze...
Nie wiedziałem jak mógłbym go pocieszyć, zresztą specjalnie nie miałem na to ochoty. Balberith sam długo i wytrwale pracował, aby skończyć w tym stanie...
— Żegnaj — odpowiedziałem więc i ruszyłem dalej.
Odchodząc usłyszałem jeszcze ostrzeżenie byłego księcia.
— Miej się na baczności Szemchazaju! Nie znasz dnia, ani godziny w której Belzebub przyjdzie i po ciebie! A wtedy niech otchłanie tartaru będą dla ciebie gościnne...
Cóż, wystarczyło mi, że to ja znałem termin zguby Belzebuba...

Opuściłem tę ohydną komnatę i krętymi schodami udałem się na samą górę pałacu. Tam gdzie przebywał Szatan.
Stłumiłem emocje, wyostrzyłem wszystkie zmysły. Poddałem się żądzy walki. Czas jakby spowolnił.
Byłem gotowy do starcia.

Właśni wchodziłem na ostatnie piętro, gdy usłyszałem krzyk Czterdziestego Czwartego.
Zatrzymałem się i poczekałem aż mój pomocnik dobiegł do mnie.
— Panie, panie! Stało się coś, o czym musisz wiedzieć...
— Cóż takiego się stało, przyjacielu...
— Szatan, Belzebub wezwał z Tartaru duszę księżniczki Isztar... Ona tutaj jest... Jest z Belzebubem i czeka...
Stanąłem jak wryty. Cała moja pewność siebie rozleciała się jak domek z kart.
Czas ponownie przyśpieszył.
Isztar tutaj była? Moja księżniczka? Moja żona? Po tylu tysiącach lat rozłąki...

Już nie myślałem o Belzebubie, ani o potrzebie zgładzenia go... Liczyła się tylko Isztar.
Poderwałem się do biegu i szybko pomknąłem do ostatniej komnaty, gdzie przebywała moja odwieczna miłość.
Rozpychałem się wśród kręcących się po pałacu arystokratów i słyszałem ich złorzeczenia, ale nie dbałem o to.
Otworzyłem drzwi komnaty i wdarłem się do środka.
Była tam ona.
Isztar. Tak piękna jak ją zapamiętałem.

— Szemchazaju! — krzyknęła i wyrwała się w moją stronę.
— Isztar! — Odpowiedziałem i ruszyłem ku niej.
Po chwili była już w mych ramionach. Przytuliłem ją jak najmocniej tylko potrafiłem, bojąc się, że może okazać się kruchą ułudą.
A jednak była prawdziwa.
Miała długie, kruczoczarne włosy... Jasną, gładką jak jedwab skórę... Smukłą talią... Między włosami miała wspaniały i niespotykany kwiat niebieskiej róży...
— Cóż, to za manieły — usłyszałem pełne zgorszenia słowa Cycerona. — Tak wtałgać do komnaty jego Jebliwości Belzebuba? To się kułwa nie godzi!
Nie zważałem na to, zajęty obcałowywaniem odzyskanej żony. Śliczny uśmiech nie schodził z jej twarzy.
Usłyszałem chropowaty głos Szatana.
— O jest i Szemchazaj... — rozpoczął mowę władca. — Szemchazaj, który nie odnalazł zdrajcy spiskującego przeciwko mnie... Szemchazaj, który nie złamał woli mojej świętoszkowatej niewolnicy, Adeli... Szemchazaj, który teraz cieszy się z mojego daru... Tak, dobrze słyszysz mój żołnierzu... Pomimo twojej nieskuteczności, ja twój Pan, postanowiłem cię wynagrodzić... Albowiem jestem przy całej szpetocie swej natury niezmiernie łaskawy! Ciesz się więc z połączenia z ukochaną...

— To Belzebub, to on uratował mnie z wieczystej przepaści Tartaru — Isztar szeptała mi do ucha, podczas, gdy ja nie przestawałem jej całować. — To on zakończył moje tysiącletnie męki! To jemu zawdzięczamy, że znów jesteśmy razem...
Oderwałem usta od ciała mojej słodkiej ukochanej. I doskoczyłem przed oblicze Szatana. Padłem na kolana przed jego potęgą i wspaniałością.
— Dziękuję panie, dziękuję... Zarzekam się na wszystkie niegodziwości, że będę twą lewą ręką każącą wrogów!
— Wiem Szemchazaju, wiem — Belzebub zaśmiał się gromko. — Bóg ci zabrał, ja oddałem. Więc już rozumiesz komu warto służyć? Kto tu jest wilkiem, a kto pasterzem dbającym o swoją trzodę?
— Ty panie! Ty panie, jesteś pasterzem, który nas prowadzi! — odpowiedziałem swemu władcy.
— W rzeczy samej Szemchazaju, w rzeczy samej... — odpowiedział usatysfakcjonowany odpowiedzią Belzebub. A zaraz potem dodał — teraz muszę zostawić was samych... Moja trzoda na mnie czeka...
Władca much odwrócił się i skierował w stronę otwartej, przestronnej okiennicy. Wyszedł za nią i szedł dalej po powietrzu, zupełnie jakby stąpał jakąś niewidzialną ścieżką.
Zatrzymał się na wysokości kilkunastu metrów. Pod sobą miał zgromadzony na obszernym placu wielki tłum pomazańców diabelnych. Byli tam też Ramiel i Tamiel, moi wierni stronnicy.
Rozpoczął swą przemowę.

Ja tymczasem zostałem sam w komnacie z Isztar. Moja ukochana podeszła do mnie i podniosła z kolan. Przytuliła się mocno, jakby obawiała się że znów zostaniemy rozłączeni.
— Kochanie, tak wiele mam tobie do powiedzenia... — wyszeptałem.
— Mamy całą wieczność Szemchazaju dla siebie! — usłyszałem w odpowiedzi. — Nikt nas już nie rozłączy...
Nasze usta ponownie połączyły się w namiętnym pocałunku.

Szatan Belzebub wygłaszał tłumowi długą przemowę. Mówił o zdrajcy, który spiskuje przeciwko niemu, jak i całemu piekłu. O zdrajcy, który atakuje jego podwładnych. I o szkodach jakie wyrządza swoją działalnością. W dłoniach władcy pojawiły się dwa kamienie, jako dowód ataku zdrajcy na księcia Balberitha.
Szatan zakrył ręką twarz i łkał, lub udawał, w istocie podśmiewając się z całego tego wydarzenia. Płakał i łgał, mówiąc jaką to wielką stratę poniosło piekło, w wyniku zniszczenia pałacu księcia i odesłania Balberitha do Tartaru...

— Tak bardzo brakuje mi naszego syna... — zwróciłem się do ukochanej.
— Został nam tak szybko odebrany... — odpowiedziała Isztar. — Jednak wciąż możemy mieć wiele dzieci, synów i córek, które będą nas uszczęśliwiały!
— Czy to możliwe? Czy tego pragniesz? Ponownie odkryć uroki macierzyństwa? Dać mi kolejnych synów i córki?
— Tego pragnę Szemchazaju... — oznajmiła rwącym się głosem księżniczka i wysunęła się z moich objęć. Spojrzała na mnie z zalotnym uśmiechem, odsuwając ramiączka swej sukni.
Ukochana obdarzyła moje nienasycone oczy swą nagością.

Wiszący nad potępionymi Belzebub kontynuował przemowę. Mówił o nieuchwytności zdrajcy. Mówił także o zwykłych diabłach, którzy kwestionują jego władzę. Szepczą po kątach przeciw niemu, plugawią na wszelakie sposoby jego domostwo. Dają świadectwo swej występnej natury.
Szatan mówił, że zbyt długo już przymykał oczy na te wszystkie niegodziwości. I, że nadszedł czas aby rozliczyć się z tymi, którzy podważają jego nieprawomocną władzę.
Krzykiem dał znak straży pretoriańskiej, a ta w odpowiedzi zaczęła wlewać się na plac w wielkiej liczbie.
Zgromadzeni potępieńcy zanieśli się trwożnymi okrzykami.
Byli otoczeni.

Wtuliłem się w ozdobione ciemnym trójkątem, łono ukochanej. A zaraz potem wbiłem się w nie ustami i rozpocząłem pieszczoty. Isztar położyła dłonie na moich włosach i przyjmowała rozkosze jakie jej fundowałem.
Drżała, jęczała, ciężko oddychała.
Podniosłem się, przenosząc pocałunki na obfite piersi. Były takie, jakie je zapamiętałem. Miękkie, jędrne i gładkie.
Końcówką języka muskałem sutki ukochanej, a ona w podnieceniu, wbijała palce w moją szyję.
Z trudem oderwałem się od rozkosznego ciała Isztar i zacząłem zdejmować zbroję, by wkrótce stanąć przed pożądliwymi oczyma kochanki nago.
Z zewnątrz dobiegały nas odgłosy trwającej masakry...

Pretorianie szatana otoczyli zgromadzone diabły. Uzbrojeni od stóp, aż po sam czubek głowy strażnicy przystąpili do systematycznej masakry skazańców.
Wśród ściśniętych na placu potępieńców zapanowała panika. Demony próbowały wyrwać się z pułapki, jednak każdy próbował robić to na własną rękę. W efekcie zaczęli tratować swych towarzyszy niedoli.
Co niektórzy próbowali walczyć ze strażą, ale z gołymi pięściami, lub lichymi mieczami bez żadnej ochronnej zbroi, nic nie mogli zrobić...
Belzebub wciąż wiszący nad zgubionymi, wił się jednocześnie z ekstazy na widok trwającej rzezi.
Nieustannie zachęcał okrzykami piekielnych rycerzy do mordu, gwałtu i jeszcze większego okrucieństwa.
Był w swoim żywiole.

Gdzieś tam byli, walczyli i ginęli za mnie Ramiel i Tamiel. Moi anielscy towarzysze.
Jednak w tamtej chwili nie myślałem o nich, ani o mojej zdradzie względem ich osoby, lecz o księżniczce Isztar... Ułożyłem ją na wyścielanej futrem podłodze i przygniotłem swym ciałem. Całowałem namiętnie każdy skrawek jej ciała. Żar podniecenia ogarnął mnie niczym gorączka, ogarnia chore ciało. Słodki dotyk krągłości kochanki odbijał się na mojej skórze.
— Wejdź we mnie, błagam wejdź we mnie ... — wysapała moja ukochana.
Złapałem ręką za nabrzmiałe przyrodzenie i przymierzyłem ku wejścia do jej kobiecości.
— Daj mi go, błagam daj mi go... — wyjęczała księżniczka.
Pchnąłem lędźwiami, a jej intymne wargi ustąpiły pod moim naciskiem. Dałem jej to, czego tak bardzo pragnęła...
Nasze ciała i nasze dusze po tysiącach lat oczekiwania, ponownie złączyły się w jedno.


Masakra demonów na placu już dobiegała końca, a żar miłosnych uniesień Szemchazaja i Isztar zastąpiło uczucie spełnienia.
Czterdzieści i Cztery dotychczas pilnujący drzwi do komnaty, w której jego pan obcował cieleśnie z ukochaną, niepostrzeżenie opuścił swój posterunek.
Udał się krętymi schodami na sam parter pałacu. Mijając rozgorączkowanych dokonaną rzezią strażników i arystokratów, skierował się następnie ku drzwiom prowadzącym do przypałacowego ogrodu. Niezatrzymywany przez nikogo opuścił złowieszczy pałac i wstąpił do oazy zieleni.
Błądził ogrodowymi ścieżkami, w zdumieniu nasycając się wspaniałością życia, które w nim rozkwitało.
Przez moment stracił nawet cel swej wizyty, ale po chwili zauroczenia, oprzytomniał.
Musiał odnaleźć szatańską oblubienicę.

Zastał ją siedzącą na trawie, wpatrzoną w świetlne źródło, z którego wypływała przezroczysta woda.
Zdumiał się nad zastanym zjawiskiem. Źródełko najwyraźniej świeciło złotym blaskiem. Było jakby nie z tego świata, zupełnie jakby pochodziło z ... Nieba. Jak to w ogóle możliwe?
W piekle pogrążonym półmrokiem, czerwoną posoką i jękami niezliczonych ofiar?

Dziewczyna usłyszała jego kroki i zareagowała natychmiast.
— Aza! — wypowiedziała życzenie.
Jednak, gdy się odwróciła zauważyła, że Szemchazaja nie było. Zamiast niego był jego wierny sługa.
Czterdzieści i Cztery.
Wyobraziła sobie najgorsze. Nogi pod nią się ugięły, a ziemia jakby rozsunęła się pod ciężarem jej bólu. Upadła na kolana.
Posłaniec złej nowiny podszedł do Adeli. Łzy płynęły z jej oczu.
— Czy on, czy on ... — dziewczyna nie śmiała wypowiedzieć najgorszego.
— Żyje — odpowiedział Czwarty, a oczy niewiasty ponownie przepełniły się nadzieją. — Jednak Szatan go zwiódł, omamił czymś co już dawno temu bezpowrotnie utracił. Niestety Szemchazaj jeszcze tego nie zrozumiał...
Oboje pogrążyli się w milczeniu. Adela zastanawiała się nad znaczeniem słów mężczyzny, a Czterdzieści i Cztery szukał słów pocieszenia jakimi mógł obdarzyć klęczącą przed nim niewiastę.
— On nie jest jeszcze gotowy... — wyszeptał ordynans Szemchazaja.
W myślach Adeli przewijały się słowa ukochanego.

Zrobię to dla ciebie, zniszczę Belzebuba...
Obiecuję ci...
Kocham cię, Adelo...


Poczuła się zdradzona i oszukana. Ból ściskał jej serce.
— Proszę Czwarty, zostaw mnie samą... — wyszeptała słabym, łamiącym się głosem, wciąż klęcząc na ziemi.
Czterdzieści i Cztery chciał pocieszyć dziewczynę, powiedzieć, aby nie traciła ducha, jednak uznał, że w tej sytuacji powinna pobyć sama.
— Bądź silna Adelo, a los jeszcze będzie dla ciebie łaskawy... — powiedział do niej, po czym odwrócił się i odszedł.

Adela ponownie została sama.
W myślach przewijała jej się okrutna myśl, że dla niej już nie ma nadziei...
Jest tylko ból, gorycz i poniżenie zadawane przez Belzebuba...
Dodaj do ulubionych
14,209
Podziel się ze znajomymi
9.65/10

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.65/10 (37 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (21)

MrHyde

MrHyde · 16 października 2016+0

łozważnym jest zaufanie komuś, o kim niewiemy
coś tu jest nie tak.
Poza tym, do tego miejsca tekst dopracowany jak zawsze u Ciebie. 10/10

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 16 października 2016+1

Ćwiczę wyobraźnię i uczę się przelewać, to co widzę na papier. Tym bardziej więc cieszą mnie wasze pozytywne opinie.

Kwiat lotosu -
Poetycki komentarz, dziękuję.

MrHyde
Masz na myśli zamianę "r" na "ł" ? Cyceron ma w opowiadaniu taką wymowę.
Czy może uważasz, by słowo "zaufanie" zastąpić innym słowem, np. "ufać" ???
Sam nie jestem pewien co lepiej brzmi...

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
MrHyde

MrHyde · 17 października 2016+0

Chodziło mi o brak spacji po "nie".
Może być też "obdarzyć zaufaniem",
Swoją drogą, dziwne te diabły. Szemchazaj niekonsekwentny jak typowy człowiek (samiec).
Genialne kreacje Belzebuba i głowy Balberitha!
Nazco, skoro Afrodyta była fejkowa, co z Adelą i Isztar? Czy w przebiegłości swej autorskiej nie przygotowałeś przypadkiem diabłu jakiejś szatańskiej niespodzianki? wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nonieźle

Nonieźle · 17 października 2016+0

Hmm stylistycznie okej, chociaż wkradają sie literówki ale z tym mniejsza. Ode mnie 10. Szczerze powiedziawszy nie jestem do końca przekonana co do przebiegu akcji... Pożyjemy, zobaczymy grin

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 17 października 2016+0

Poprawiłem parę błędów.
MrHyde
Zależało mi na tym, aby każda z postaci była charakterystyczna i w sporym stopniu mi się to udało.
Szemchazaj stoi w jednym rzędzie z najpotężniejszymi diabłami w piekle, z tym, że on do tego towarzystwa średnio pasuje. Być może powinienem opisywać go z perspektywy narratora- wtedy nabrałby cech bardziej tajemniczej postaci, a czytelnik miałby do niego większy dystans, przez co byłby "piekielniejszy". Wciąż się nad tym zastanawiam...
Co z Adelą i Isztar? Nie zdradzę! wink

Nonieźle
Niektórzy zaczynają czytanie opowiadania od komentarzy, więc próbując zbytnio nie spojlerować - masz wątpliwości co do końcowej rewolty w głowie głównego bohatera?
Czyżbyś nie doceniła przebiegłości Pana Ciemności?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nonieźle

Nonieźle · 17 października 2016+0

Nazca ja nie zaczynam od komentarzy jakby co grin mam mieszane uczucia co do Szemchazaja i Belzebuba w sumie nie wiem dlaczego i Cyceron mnie denerwuje grin nie lubię cwaniaków a on mi się taki wydaję. Ogólnie to opowiadania nic nie mam bo jest serio super. Szczerze powiem nie lubie czytać opowiadań na temat fantastyki itd ale to nawet polubiłam, szczególnie pierwszą część. Po prostu poczekam na ciąg dalszy, może wtedy wszystko ułoży się do kupy grin

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
MrHyde

MrHyde · 17 października 2016+0

Szemchazaj 1-osobowy jest diabelsko ok. W 3. osobie też by dobrze biegał, jak by go narrator odpowiednio popędzał. Ten 44-y mnie zastanawia. Czy zdradzisz nam jego prawdziwe imię? wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 18 października 2016+0

Nonieźle, jakoś tak mam, że większość postaci w moich opowiadaniach nie da się jednoznacznie zaklasyfikować jako dobrych lub złych... A Cycerona dobrze odczytałaś - bo on ma być cwaniakiem wink

MrHyde
Początkowo planowałem powiązać Czterdziestego z konkretną historyczną postacią, lecz teraz skłaniam się ku opcji, że lepiej będzie kwestię tożsamości pozostawić niewyjaśnioną,lub ewentualnie udzielić jakąś wskazówkę, aby dociekliwy czytelnik sam odkrył kim jest bohater.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Stefcio

Stefcio · 18 października 2016+0

Bardot dobre opowiadanie. Szczerze zachęcam do napisania kolejnych części!

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
anonim

anonim · 19 października 2016+0

Czterdziesty czwarty nie ma przypadkiem na imię Konrad?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 19 października 2016+0

Dziękuję za komentarze.

Anonim, z tego co pamiętam, to nie należy utożsamiać 40 i 4 z Konradem.
Wiele osób już od dawien dawna próbuje wyjaśnić znaczenie imienia 40 i 4, oraz połączyć je z historycznie żyjącymi osobami. W zasadzie nikomu się nie udało, każdy interpretuje imię po swojemu...
... Dając tym samym spore pole do popisu różnym autorom wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ciri

Ciri · 20 października 2016+0

Dobre, naprawde świetnie mi się czytało, piszesz tak, ze nie ma się do czego doczepić, jedynie chwalić. 10!!! Czekam na kolejną część grin

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 20 października 2016+1

Dziękuję Ciri za dobre słowa. Dla osoby łasej na komplementy jak ja, to bardzo ważne wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ciri

Ciri · 21 października 2016+0

You're welcome wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
MrHyde

MrHyde · 9 listopada 2016+0

Czterdziesty Czwarty to Obama. wink

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 12 listopada 2016+0

MrHyde, mogłeś tego nie pisać. Teraz wszyscy będą wiedzieć, a ja tak bardzo lubię zaskakiwać czytelników smile

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Isha

Isha · 8 grudnia 2016+0

Obie części są świetne!
Co do błędów - wybacz, muszę.... Magnez to pierwiastek, a przyciąga magnes ;-)

Co nie zmienia faktu, że baaardzo liczę na ciąg dalszy, bo masz talent :-)

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 10 grudnia 2016+0

Isha, wytykaj śmiało błędy - dzięki temu ciągle uczę się czegoś nowego, a to z kolei jest jednym z powodów dla których piszę opowiadania.

Co do nowej części, to nie wiem kiedy wrzucę kontynuację. Cały czas tworzę coś nowego, rozwijam nowe wątki, ale też wymyśliłem alternatywną historię i jednocześnie nad nią pracuję. Tej drugiej raczej nie wrzucę na pokątne.
Jak poskładam pewne pomysły, tak aby pasowały do dwóch opublikowanych już części, to wtedy dodam nowe opowiadanie.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Julia

Julia · 30 grudnia 2016+0

Musisz mieć wspaniale rozwiniętą wyobraźnię skoro tworzysz takie cuda.. Jestem pod wielkim wrażeniem.. Zachwycał się nad tym opowiadaniem tak, że gdy czytam inne komentarze, to wreszcie wtedy dostrzegam jakiekolwiek błędy, które wytykają Ci inni wink
Pozdrawiam Cię wspaniały człowieku i życzę weny.
Mam Jeszce małą prośbę.. Napiszesz wkrótce coś czysto romantycznego? Przyznam się szczerze, że jako romantyczna mam nadzieję, że użyjesz swojego geniuszu i napiszesz coś pięknego.
Liczę na Ciebie!

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Nazca

Nazca · 30 grudnia 2016+0

Julia
Dzięki za komentarz i bardzo miłe słowa.
Też jak czytam czyjeś opowiadanie, to zazwyczaj ignoruję błędy autora i całą uwagę skupiam na treści smile Co więcej, jak sam piszę to także skupiam się na treści i popełniam dużo błędów w pisaniu - część wyłapie system, część ja wyłapię, gdy potem sprawdzam tekst, ale coś tam zawsze ucieknie systemowi i mojej uwadze.

Czy napiszę coś czysto romantycznego?
Chciałbym. Od początku mojej pisaniny o czymś takim myślę. Wiele opowiadań ma pewne elementy romantyczne, ale głównym wątkiem jest zawsze coś innego. Także w "Nie - Boskiej" sporo ich jest, ale koniec końców romantyzm przegrywa tutaj z piekielną iluzją rzeczywistości.
Obiecać, że napiszę nie mogę, ale pomysłów mam parę, lubię też wyzwania - a romantyczne opowiadanie takim byłoby dla mnie. A więc ... ?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

lub

Inne popularne opowiadania Nazca: