Cuckolding Adama
12 sierpnia 2026
37 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Zapraszam.
# ROZDZIAŁ I: Pokój 307
Miała na imię Marta. Czterdzieści pięć lat, mąż Adam — czterdziestosiedmiolatek o konserwatywnych poglądach, który wciąż traktował ją jak porcelanową laleczkę z szafy. Dziś wieczorem myślał, że jest na firmowej kolacji w restauracji na parterze tego samego hotelu, gdzie wynajęli pokój na weekend.
Tymczasem Marta stała w pokoju 307, zupełnie naga, z wyjątkiem czarnych pończoch i szpilek. Jej wysportowane, szczupłe ciało emanowało siłą — nie była już młodą dziewczyną, ale dbała o formę, biegała, ćwiczyła jogę. Jej blond włosy spływały prosto, a makijaż był cięższy niż zazwyczaj — mocna szminka, przydymione oko, jakby chciała zamaskować swoją tożsamość przed losem. Przed mężem.
W pokoju 309, oddzielonym cienką, kartonowo-gipsową ścianą, Adam siedział przy ścianie z kubkiem kawy i słuchawkami nauszników przyciśniętych do malowanej na kremowo płaszczyzny. Dzwoniła do niego pół godziny temu.
— Kochanie, będę późno. Kolacja przeciąga się, rozmowy o budżecie. Jestem w hotelu, ale na parterze, w sali konferencyjnej — kłamała z taką lekkością, że sama się zdziwiła. — A ty co robisz?
— Czytam. Pokój jakiś głośny, sąsiedzi chyba imprezują — odpowiedział Adam, nieświadomy, że “sąsiedzi” to właśnie ona.
Marta uśmiechnęła się do słuchawki. Wiedziała, że Adam ma słaby słuch, ale ściany w tym hotelu były papierowe. Słyszała, jak przesuwa krzesło. Był tuż obok.
W drzwiach pokoju 307 pojawił się pierwszy — Tomek z działu sprzedaży, dwudziestoośmiolatek z lykantropią w spojrzeniu.
— Jesteś pewna, że twój mąż nie podejrzewa? — zapytał, zdejmując marynarkę.
— Siedzi w pokoju obok i myśli, że jestem na kolacji — szepnęła Marta, podchodząc do niego i siadając na toaletce w łazience, rozkraczając nogi tak, żeby widział wszystko. — A ty zamknij mordę i rób to, po co przyszedłeś.
Tomek nie prosił dwa razy. Padł na kolana między jej udami, a jego język natychmiast znalazł się w jej wilgotnym wnętrzu. Marta oparła głowę o lustro, patrząc na swoje odbicie — rozwianą, nieposkromioną, obcą samą sobie. Jęknęła głośniej, niż zamierzała, celowo.
W pokoju 309 Adam podniósł głowę. To był żeński głos. Przycisnął ucho mocniej do ściany.
Marta słyszała, jak Tomek ssał ją zachłannie, wpychając język głęboko, robiąc mokko, nieprzyzwoicie. Jej jęki były teraz teatralne, wyreżyserowane dla Adama, ale podniecenie było prawdziwe. Gdy doszła, zacisnęła dłonie na jego włosach i krzyknęła, nie przejmując się niczym.
— O kurwa, tak!
Adam zmarszczył brwi. Ten głos… był jakoś znajomy. Ale nie, Marta była na dole, w eleganckiej sukience, pijała wino z szefostwem.
W 307 Tomek wstał, rozpinając spodnie. Jego penis był twardy, czerwony, pulsujący.
— Na kolana — rozkazał.
Marta uklękła na dywanie, czując jak włókna drapią jej nagie kolana. Wzięła go do ust bez wstydliwości, głęboko, po same jądra. Tomek jęknął, chwytając ją za włosy i zaczynając ruchać jej gardło. Dźwięki były głośne, mokre, głębokie — charakterystyczne uderzenia warg o skórę, siorbanie, przerywane oddechem.
Adam odłożył książkę. To było… intensywne. Słyszał ciche, uderzenia — pac, pac, pac — i gardłowe jęki kobiety. Czuł dziwne podniecenie, które próbował zignorować.
W 307 Tomek dochodził w jej ustach, trzymając ją za głowę w bezlitosnym uścisku. Marta połknęła wszystko, pokazując mu język pokryty spermą, a potem oblizując go do czysta. Gdy wyszedł, zamknęła drzwi na zamek i spojrzała w lustro. Jej usta były spuchnięte, czerwone, rozpasane.
Drzwi zapukały znowu po dziesięciu minutach. Tym razem to był Krzysiek i Piotr razem — koledzy z działu IT, dwaj trzydziestolatkowie o wyglądzie niczego niepodejrzewających komputerowców, którzy od miesięcy podrzucali jej nieprzyzwoite wiadomości na Slacku.
— Kolejka jak w sklepie — zażartował Krzysiek, wchodząc bez pytania.
Marta położyła się na brzuchu na łóżku, unosząc pupę w górę. Nie była już żoną Adama, nie była panią inżynier Martą z trzeciego piętra. Była tylko ciałem, tylko dziurą, tylko przyjemnością.
— Ruchajcie mnie obaj — powiedziała do lustra, do samej siebie, do Adama za ścianą. — Chcę czuć was obu.
Krzysiek wszedł w nią od tyłu bez wstępnego, brutalnie, głęboko. Marta krzyknęła, uderzając dłonią w ścianę — w tę samą ścianę, przy której siedział Adam. Uderzyła pięścią raz, drugi, trzeci, rytmicznie, z każdym pchnięciem.
Adam podskoczył. Te stuki… dochodziły prosto z pokoju obok. I ten głos, te krzyki… przeszywające, rozpaczliwe, rozkoszne.
W 307 Piotr stanął przed jej twarzą, wpychając się jej w usta. Była teraz między nimi, jak mięso w kanapce, penetrowana z obu stron. Krzysiek uderzał w nią z siłą, która przesuwała łóżko po podłodze, uderzając w ścianę — stuk, stuk, stuk — rytm seksu przenikał przez gips.
— Jesteś tak ciasna, kurwa — jęczał Krzysiek.
— Zamknij się i ruchaj — odpowiedziała Marta, z ust pełnych Piotra.
Adam stał teraz przy ścianie, dłoń nieświadomie zsunęła się na spodnie. Jego serce biło szaleńczo. To było… chore, ale podniecające. Słyszał, jak kobieta jest ruchana przez wielu mężczyzn, słyszał te głuche uderzenia ciał, te krzyki, ten bezład.
W 307 Krzysiek dochodził w niej, wypełniając ją spermą. Gdy wyszedł, natychmiast wszedł Piotr, nie dając jej chwili wytchnienia. Marta była rozcapierzona, wilgotna, pełna cudzej spermy, ale Piotr nie przejmował się tym — wszedł w nią z łatwością, rozpychając to, co zostawił kolega.
— Widzę, że ktoś cię już wypełnił — jęknął Piotr.
— I jeszcze ty to zrobisz. I następny. I następny — odpowiedziała Marta, patrząc w lustro na swoje odbicie — na rozwartą, użytą, szczęśliwą dziwkę.
Adam słyszał teraz wyraźniej. Następny? Kolejka? To był gang bang. Jakaś kobieta dawała się ruchać całej grupie w pokoju obok. Jego dłoń zaczęła masować penisa przez spodnie, niezależnie od jego woli.
W 307 pojawił się czwarty — szef działu, czterdziestolatek z siwiejącymi skroniami, który zawsze patrzył na nią spod oka na korytarzu. Teraz patrzył prosto, z góry, gdy Marta klęczała przed nim, czyszcząc go ustami po poprzednikach.
— Twoja żona to anioł — powiedział, gdy Marta ssała go powoli, ciesząc się każdym centymetrem. — Taka elegancka zawsze. A ty jesteś zwykłą suką.
Marta spojrzała w górę, mrużąc oczy.
— Mąż myśli, że jestem na kolacji — powiedziała, zdejmując go z ust na moment. — A ja ssę ci kutasa w pokoju obok. Jestem twoją suką, szefie.
— Powiedz to głośniej — rozkazał.
— Jestem dziwką! — krzyknęła Marta, celowo, wyraźnie, w stronę ściany. — Ruchaj mnie jak dziwkę, szefie!
Adam usłyszał to wyraźnie. “Jestem dziwką”. Ten głos… ten akcent… ale nie, to niemożliwe. Marta była na dole, w restauracji. Pijała białe wino. Rozmawiała o projektach.
Szef wszedł w nią misjonarsko, na wpół ubrany, ze spodniami w okolicach kostek. Marta rozłożyła nogi szeroko, obserwując własne piersi falujące przy każdym pchnięciu. Była już zmęczona, naciągnięta, ale podniecenie rosło. Słyszała Adama za ścianą — słyszała, jak przesuwa krzesło, jak stuka w ścianę zaniepokojony hałasem.
— Mocniej — krzyczała do szefa, ale patrząc w sufit, w stronę pokoju Adama. — Mocniej, kurwa! Rozryj mnie!
Szef ruchał ją jak zwierzę, uderzając w jej szyjkę macicy z taką siłą, że jęki były teraz przerywane bólem i ekstazą. Gdy dochodził, wypełniając ją trzecią porcją spermy tego wieczoru, Marta doszła razem z nim, krzycząc tak głośno, że cały korytarz musiał słyszeć.
Adam stał przy ścianie, opierając się o nią czołem. Jego penis był twardy, gotowy. Słyszał, jak kobieta dochodzi w pokoju obok — ten długi, niski, gardłowy dźwięk, który… który znał. Znał go z sypialni, z wakacji, z niedzielnych poranków.
To była Marta.
Poklepał ścianę.
— Marta? — zawołał cicho, ale wystarczająco głośno.
W pokoju 307 Marta zamierała, ze spermą spływającą po udach, z penisem szefa wciąż w sobie. Uśmiechnęła się. To nadeszło.
— Tak, kochanie — odpowiedziała głośno, wyraźnie, bez wstydu. — To ja. Wracam za godzinę. Będę pełna. Przygotuj ręczniki.
W pokoju 309 Adam opadł na kolana, słuchając, jak w pokoju obok znowu otwierają się drzwi. Kolejny głos męski. Kolejne stukanie łóżka. Kolejne jęki jego żony, teraz już nie ukrywane, celowo głośne, celowo zniekształcone w rozkoszy.
Wziął do ręki telefon i napisał wiadomość: “Wracaj natychmiast.”
Odpowiedź przyszła po pięciu minutach, podczas których słyszał, jak Marta jest ruchana po raz czwarty, piąty, szósty.
“Nie mogę. Jestem zajęta. PS: Słyszę, jak się masturbujesz. Skończ to przede mną.”
Adam spojrzał na swoją dłoń, na penisa, którego nieświadomie masował. I wtedy usłyszał głos Marty, wyraźny, przebijający przez ścianę:
— Kochanie, właśnie dochodzę na kutasie kolegi z pracy. Chcesz usłyszeć?
I zaczęła krzyczeć. Nie udawała. To był prawdziwy, gwałtowny, wielokrotny orgazm, który znał na pamięć — tylko że teraz wywołany przez obcego mężczyznę, trzy metry od niego.
Adam doszedł przy ścianie, opierając się o nią całym ciałem, słuchając, jak jego żona jest ruchana przez kolejnego, i kolejnego, i kolejnego, aż w końcu, o północy, usłyszał ciche pukanie do drzwi łączących pokoje.
Otworzył. Marta stała w progu, w rozpiętym szlafroku, ze spermą spływającą po udach, z włosami zmierzwionymi, z oczami błyszczącymi dzikim światłem.
— Kolacja była przednia — powiedziała, wchodząc do pokoju. — A teraz chcę, żebyś mnie wylizał. Wszystkich ich wyczuwasz we mnie. To twoja nagroda za cierpliwość.
Adam padł na kolana, nie mówiąc słowa, i zaczął wypełniać polecenie, słuchając jej opowieści o każdym z nich, o każdym wejściu, o każdej porcji, podczas gdy ona gładziła go po głowie jak posłusznego psa.
# ROZDZIAŁ II: Wigilia firmowa
Biuro było puste, tylko światełka choinkowe migotały na korytarzu, rzucając czerwone i zielone plamy na ściany. Wielka choinka stała przy recepcji, pod nią leżały puste opakowania po prezentach — ktoś dostał termos, ktoś zestaw do golfa, a Marta dostała od Adama kolejną porcelanową figurkę. Aniołek z wyszczerzonym uśmiechem, który teraz leżał w jej torebce, przypominając o tym, kim była rano.
Adam siedział przy stole konferencyjnym w sali głównej, przy szklance wina, rozmawiając z dyrektorem o podatkach. Był grudzień, zimno na zewnątrz, a w biurze panowała ta sztuczna, przesłodzona atmosfera świąteczna. Papierowe łańcuchy, zapach mandarynek, cukierki w miseczkach.
Marta stała przy bufecie, w czerwonej sukience — za krótkiej, jak zauważył szef działu IT, za ciasnej w biuście, jak zauważyli wszyscy. Jej szczupła, wysportowana sylwetka prezentowała się znakomicie, a blond włosy spływały proste i lśniące. Od hotelowej nocy minęły trzy miesiące. Od tamtej nocy, gdy Adam wylizywał ją godzinami, słuchając opowieści o każdym z nich, o każdym wytrysku, o każdym centymetrze, którym została wypełniona.
Teraz patrzyła na nich zza kieliszka. Tomek. Krzysiek. Piotr. Szef. Wszyscy wiedzieli. Nie dlatego, że ktoś mówił — ale dlatego, że słyszeli. Że widzieli. Że czuli w powietrzu, gdy przechodziła korytarzem, że była inna. Że patrzyła im prosto w oczy dłużej niż powinna. Że uśmiechała się z tym samym wyrazem, z jakim patrzyła w lustro hotelowej łazienki.
— Idę do toalety — powiedziała do Adama, kładąc dłoń na jego ramieniu.
— Wracaj szybko, zaraz kolęda — odpowiedział, nie odwracając się.
Marta skierowała się ku korytarzowi. Nie poszła do damskiej toalety na końcu korytarza. Poszła do tej przy sali konferencyjnej — tej, która dzieliła ścianę z głównym pomieszczeniem wigilijnym. Tej, której wentylacja była połączona z systemem klimatyzacji biura.
Zamknęła drzwi na zamek. Nie zapaliła światła. W ciemności zaczęła się rozbierać, wieszając czerwoną sukienkę na haczyku, zdejmując majtki — koronkowe, czarne, nowe — i rzucając je w kąt. Została tylko w czarnych pończochach i szpilkach. Zimne płytki podłogi przyjemnie łaskotały jej stopy.
Wzięła telefon. Napisała wiadomość do grupy na Slacku — tej samej grupy, którą założyli po hotelu, do której należało pięciu mężczyzn plus ona.
“Pokój przy sali konferencyjnej. Zamknięte. Słychać wszystko. Przyjdźcie pojedynczo. Pierwszy ma minutę na dojście.”
Wysłała. Odłożyła telefon na umywalkę. Uklękła na podłodze, na zimnych płytkach, rozkraczając nogi tak, żeby była gotowa. Słyszała, jak za ścianą Adam śmieje się z żartu dyrektora. Jak ktoś zaczyna śpiewać “Przybieżeli do Betlejem”.
Drzwi otworzyły się po dwóch minutach. Tomek. Zawsze Tomek był pierwszy. Zamknął drzwi na zamek, nie zapalając światła. W ciemności znalazł ją palcami — jej twarz, jej usta, jej rozchylone wargi sromowe.
— Wszyscy wiedzą — szepnął, rozpakowując spodnie.
— Wiem — odpowiedziała, biorąc go do ust.
Tomek był twardy natychmiast, jakby czekał całą wigilię na to. Marta ssała go głęboko, głośno, celowo. Wentylacja niosła dźwięki. Za ścianą ktoś się roześmiał — czy to był śmiech z żartu, czy śmiech słyszący to, co działo się w łazience?
Tomek jęknął, chwytając ją za włosy. Jego uderzenia o jej wargi były głośne, mokre, rytmiczne — pac, pac, pac — jak bicie serca, jak uderzenia młota. Gdy dochodził, wypełniał jej usta spermą, a ona połknęła wszystko, pokazując mu puste gardło, a potem oblizując się z satysfakcją.
Wyszedł bez słowa. Minęła minuta. Wszedł Krzysiek.
— Słyszeliście? — zapytał ktoś w sali wigilijnej, gdy Krzysiek zamykał drzwi.
— Coś przy wentylacji — odpowiedziała sekretarka. — Chyba ktoś jest chory.
Krzysiek nie tracił czasu. Marta wstała, oparła się o umywalkę, wypięła pupę w jego stronę. On wszedł w nią od tyłu bez wstępnego, brutalnie, jak na komputerowca, który cały dzień siedzi w ciszy i teraz wyrzuca agresję na jej ciele.
— Jesteś tak ciasna — jęczał, nie przejmując się głośnością.
— Mocniej — krzyczała Marta, celowo. — Ruchaj mnie mocniej!
Uderzenia ich ciał były głośne, odbijające się od płytek. Łóżko w hotelu było ciche w porównaniu z tym. Każde pchnięcie Krzyśka było słyszalne w sali obok, każdy jej krzyk przenikał przez wentylację, mieszając się z kolędami i śmiechami.
— O Boże, tak! — krzyczała, gdy Krzysiek dochodził w niej, wypełniając ją spermą.
Wyszedł. Wszedł Piotr. Potem szef. Potem dwóch stażystów, których Marta nigdy wcześniej nie widziała nagich, a którzy teraz stawali w kolejce po tym, jak usłyszeli plotki przy wigilijnym stole.
Każdy wchodził, każdy wychodził, a Marta była coraz bardziej rozcapierzona, coraz bardziej wilgotna, coraz bardziej głośna. Słyszała, jak Adam mówi: “Gdzie Marta? Długo jej nie ma.” Słyszała, jak ktoś odpowiada: “Może w toalecie.”
W toalece tak. W toalece, na kolanach, z ustami pełnymi penisa stażysty, który drżał jak liść, bo nigdy nie robił tego z żoną kolegi. Z żoną kolegi, która teraz ssała go z taką zawziętością, że musiał zacisnąć dłonie na jej głowie, żeby nie krzyknął.
— Zaraz dojdę — szepnął.
— Głośno — rozkazała Marta, zdejmując go z ust. — Chcę, żeby usłyszeli.
I stażysta krzyknął, dochodząc na jej twarz, pokrywając ją spermą, podczas gdy ona uśmiechała się w ciemność, w stronę wentylacji, w stronę sali wigilijnej, gdzie jej mąż właśnie kroił karpia.
Wyszedł. Marta została sama. Spojrzała w lustro — w ciemności widziała tylko zarys, tylko białe plamy spermy na jej twarzy, na piersiach, na udach. Była pełna. Była użyta. Była szczęśliwa.
Umyła się szybko, włożyła sukienkę, poprawiła makijaż. Wyszła z łazienki po czterdziestu minutach, z uśmiechem aniołka z porcelany.
W sali wigilijnej zrobiło się cicho, gdy weszła. Nie całkiem cicho — ktoś grał na gitarze, ktoś nucił — ale te spojrzenia. Wszyscy wiedzieli. Tomek uśmiechał się do karpia. Krzysiek pijał kompot z przejęciem. Szef patrzył na nią z góry, z tym samym wyrazem, z jakim patrzył w hotelu, gdy mówił, że jest dziwką.
Adam podszedł do niej, całując w policzek.
— Długo byłaś. Wszystko dobrze?
— Świetnie — odpowiedziała Marta, biorąc kieliszek wina. — Właśnie dostałam prezent od Mikołaja.
— Jaki?
Marta spojrzała po sali, po wszystkich tych mężczyznach, którzy wiedzieli, po ich żonach i dziewczynach, które nie wiedziały, po Adama, który był niewinny jak dziecko.
— Taki, którego nie da się zapakować — powiedziała, pijąc wino, czując smak spermy mieszający się z grzańcem. — Ale jest we mnie.
I zaczęła śpiewać kolędę, najgłośniej ze wszystkich, ze spermą wciąż spływającą po udach, pod sukienką, z uśmiechem dzikiej kobiety, która właśnie zniszczyła wigilię swojego męża i zbudowała własną.
# ROZDZIAŁ III: Wigilijny wieczór
Adam wrócił z wigilii z czerwonym nosem i zapachem grzańca w płaszczu. Marta siedziała już w łóżku, w białej koszuli nocnej — tej, którą dostała na ślub, z wyszywanym kołnierzykiem, z zamkniętymi guzikami aż pod szyję. Wyglądała jak hostia. Pachniała jak hostia — mydłem i szarlotką.
— Było miło — powiedział Adam, zdejmując krawat. — Szkoda, że tak długo siedziałaś w tej łazience. Chyba coś zjadłaś nie tak.
— Chyba tak — odpowiedziała Marta, śledząc go wzrokiem.
Wiedziała, że wciąż ma ich w sobie. Wiedziała, że czuła to, gdy siedziała przy wigilijnym stole — ciepło spermy, wilgoć, rozpulchnienie. Wiedziała, że gdy Adam ją całował w policzek, to była ta sama twarz, którą pięć mężczyzn widziało w ciemności, na kolanach, z ustami pełnymi.
Adam wszedł pod prysznic. Marta wstała, zdjęła koszulę nocną. Pod nią nie miała nic. Zaszła do łazienki, otworzyła drzwi kabiny. Adam odwrócił się, zaskoczony — woda spływała po jego brzuchu, po tym brzuchu, który znała od dwudziestu pięciu lat, od czasów gdy był chłopakiem z sąsiedztwa, gdy był przyszłością, gdy był jedynym.
— Marta? — zapytał, ocierając wodę z oczu.
— Chcę — powiedziała, wchodząc do kabiny, przyciskając się do niego plecami, czując jak jego penis natychmiast reaguje na kontakt z jej nagim, wysportowanym ciałem.
— Ale... — zaczął.
— Nie mów nic — szepnęła, kładąc dłonie na kafelkach przed sobą, wypinając pupę w jego stronę. — Weź mnie stąd. Teraz.
Adam nie pytał dwa razy. Wszedł w nią z łatwością, która go zaskoczyła — była tak wilgotna, tak rozluźniona, jakby... ale nie, pomyślał, to tylko podniecenie, to tylko wigilia, to tylko wino.
Ale Marta wiedziała. Czuła, jak Adam wchodzi w to, co zostawili inni. Czuła, jak jego penis porusza się w ślad po Tomku, po Krzyśku, po szefie, po tych dwóch stażystach, którzy drżeli jak liście. Czuła, jak jej mąż, nieświadomy, używa ich spermy jako smaru, jak wciska się w ciepło, które oni zostawili.
— Mocniej — krzyknęła, uderzając dłonią w ścianę kabiny. — Ruchaj mnie jak ostatni raz!
Adam przyspieszył. Woda lała się na nich, myła ją, ale nie mogła zmyć tego, co było w środku. Marta jęczała, celowo głośno, celowo rozpaczliwie, patrząc przez parę na lustro — na swoje odbicie, na zdeformowaną przez wilgoć twarz czterdziestopięcioletniej kobiety, która była właśnie ruchana przez męża w ciele, które należało do innych godzinę temu.
— Jesteś taka... inna — szepnął Adam, chwytając ją za biodra.
— Tak — odpowiedziała, patrząc na niego przez ramię. — Jestem twoją dziwką. Jestem twoją suką. Ruchaj mnie jak dziwkę, Adam.
Słowa te brzmiały inaczej teraz. W hotelu powiedziała to do szefa. W biurze powiedziała to do lustra. Teraz mówiła do męża — i to było najbardziej perwersyjne. To było kłamstwo, które stało się prawdą. To była zdrada, która stała się małżeństwem.
Adam dochodził szybko, zbyt szybko, z jękiem, który brzmiał jak płacz dziecka. Gdy wypełnił ją swoją spermą — słabą, małą, znaną — Marta poczuła rozczarowanie. To nie było to. To nie była ta ilość, ta siła, ta obcość.
Wyszli z prysznica. Adam był szczęśliwy, zaspokojony, myślał że uratował małżeństwo, że odzyskał żonę, że wigilia była cudem.
Marta wycierała się ręcznikiem, patrząc w lustro. Jej usta były spuchnięte — od stażysty, który nie umiał się kontrolować. Jej szyja miała siniaka — od Tomka, który chwycił ją za gardło, gdy dochodził. Jej uda były czerwone — od uderzeń Krzyśka, który lubił zostawiać ślady.
— Co to? — zapytał Adam, wskazując na siniaka.
— Wigilijny prezent — odpowiedziała Marta, uśmiechając się. — Od Mikołaja.
Adam zaśmiał się. Nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Wolał wierzyć w cuda niż w to, że jego porcelanowa żona stoi przed nim z ciałem pokrytym śladami po pięciu innych mężczyznach, z ich spermą wciąż w sobie, mieszającą się z jego właśnie teraz, spływającą po udach.
Położyli się do łóżka. Adam zasnął natychmiast, z ręką na jej brzuchu — na brzuchu, w którym nic nie rosło, w którym mogło być cokolwiek, czyjekolwiek dziecko, i nie wiedziałby.
Marta nie spała. Leżała na wznak, patrząc w sufit, słuchając jego oddechu. Wzięła telefon z nocnego stolika. Otworzyła Slacka. Napisała do grupy:
"Jutro, nasze mieszkanie. Adam wyjeżdża rano na narty z kolegami. Przyjdźcie wszyscy. Chcę was w naszym łóżku. W naszej sypialni. Na naszych prześcieradłach. Chcę, żebyście zostawili zapach w jego poduszce."
Wysłała. Zamknęła oczy. Uśmiechnęła się.
Za dwadzieścia minut odpowiedział Tomek: "Będę pierwszy. Przyniosę kajdanki."
Marta odwróciła się do Adama, przytuliła się do jego pleców, wąchając jego zapach — zapach bezpieczeństwa, zapach niewiedzy, zapach męża, którego jutro zdradzi w ich własnym łóżku, na świeżo zmienionych prześcieradłach, z jego fotografią na nocnym stoliku patrzącą na wszystko.
Zasnęła szczęśliwa.
---
# ROZDZIAŁ IV: Następnego dnia
Adam pojechał na narty o szóstej rano, pocałował Martę w czoło, zostawił zapach po goleniu na poduszce. "Bądź grzeczna" — powiedział, nie wiedząc, że to ostatnie słowo, które wypowie do niej jako do swojej żony, zanim wszystko się zmieni.
Marta zamknęła drzwi na zamek. Nie była sama.
W salonie siedziało ich — pięciu mężczyzn, których znała z hotelu i biura, ale teraz nie byli sami. Tomek przyprowadził swoją żonę Kasię — trzydziestolatkę z fryzurą na boba i oczami pełnymi nienawiści, która od razu wiedziała, po co tu jest. Krzysiek przyprowadził Olgę — wysoką blondynkę z działu HR, która miała słuchawki w uszach i udawała, że czyta e-booka. Piotr przyprowadził Anię — ciężarną, w piątym miesiącu, z obrączką na palcu i spojrzeniem, które mówiło "ja też chcę". Szef przyprowadził swoją młodą dziewczynę — Majkę, dwudziestojednolatkę z tatuażem na karku, która paliła papierosa przy oknie i patrzyła na Martę jak na obiad.
I była jeszcze ona. W pokoju obok. Za cienkimi drzwiami sypialni rodziców.
Alicja. Dziewiętnastoletnia córka Marty i Adama. Studencka, przyjechała na weekend z akademika, myślała że odpocznie w domu rodzinnym, że zje maminych pierogów, obejrzy Netflixa. Nie wiedziała, że jej matka zamieniła dom w burdel, że w salonie siedzi dziesięć osób czekających na jej matkę, że za godzinę usłyszy coś, czego nie da się usłyszeć.
Alicja była wysoka, bardzo szczupła, z bardzo jasnymi blond włosami sięgającymi do połowy pleców. Wyglądała jak młodsza, bardziej eteryczna wersja matki — bez jej wysportowanej muskulatury, ale z tym samym złocistym odcieniem włosów i chłodnymi błękitnymi oczami.
Marta weszła do salonu w szlafroku Adama — za dużym, rozpiętym, pod którym była naga. Zapach jej perfum mieszał się z zapachem papierosów i potu.
— Witajcie — powiedziała, siadając na środkowym fotelu, rozkraczając nogi tak, że szlafrok się otworzył. — Żony też chcą zabawy?
Kasia spojrzała na Tomka. Tomek skinął głową. Kasia podniosła się, podeszła do Marty, uklękła między jej nogami bez słowa. Zaczęła lizać. Była w tym dobra — lepsza niż mężczyźni, dokładniejsza, brutalniejsza. Jej język wchodził głęboko, ssał łechtaczkę, robił to z nienawiścią, z zazdrością, z pragnieniem zemsty.
Marta jęknęła. Głośno. Celowo. Za ścianą Alicja podniosła głowę od laptopa. To był dźwięk, którego nie powinna znać — dźwięk matki w rozkoszy, dźwięk, który sugerował coś więcej niż oglądanie telewizji.
— Mamo? — zawołała przez drzwi.
Marta zamilkła, z ustami Kasi wciąż przy swojej waginie. Odepchnęła ją delikatnie.
— Tak, kochanie? — odpowiedziała, zachowując spokój głosu, podczas gdy Kasia zaczęła ssanie ponownie, głębiej, agresywniej.
— Co robisz?
— Odpoczywam. Czytaj książkę. Będę za godzinę.
Alicja nie odpowiedziała. Usłyszała coś — ciche stukanie, jakby uderzenia, jakby ktoś klękał. Wróciła do Netflixa, ale uszy miała nastawione.
W salonie Kasia wstała, otrzepując kolana. — Twoja kolej — powiedziała do Olgę.
Olga zdjęła słuchawki. Spojrzała na Krzyśka. Krzysiek pokazał kciuk w górę. Olga, ta wysoka blondynka z HR, ta, która zwalniała ludzi za spóźnienia, teraz rozebrała się do naga, stanęła przed Martą i zaczęła się masturbować, stojąc nad nią, patrząc w dół z wyższością.
— Lizać mnie — rozkazała.
Marta nie protestowała. Uniosła głowę, zaczęła lizać Olga, która stała nad fotelem, rozkraczona, wilgotna, wydzielająca zapach profesjonalistki, która nigdy nie robiła tego w pracy. Teraz robiła to w domu koleżanki, nad jej twarzą, jęcząc głośniej niż Marta, celowo, konkurencyjnie.
— Tak, tak, kurwo — jęczała Olga, chwytając Martę za włosy i przyciskając jej twarz do swojej waginy. — Zliż to wszystko.
Marta lizała, słysząc, jak za ścianą córka przesuwa się na łóżku. Słyszała każde skrzypnięcie sprężyn. Wiedziała, że Alicja słyszy — te jęki, te uderzenia ciał, ten głos Olgi, który był zbyt głośny, zbyt wyraźny.
Szef podszedł do Ani — ciężarnej Ani, która siedziała z rękami na brzuchu. — Chcesz? — zapytał.
Ania skinęła głową. Wstała, podeszła do Marty, która właśnie wstała z fotela, z twarzą pokrytą sokami Olgi. Ania położyła się na dywanie, rozłożyła nogi — nogi ciężarnej kobiety, z obrączką na palcu, z brzuchem, który falował przy każdym oddechu.
— Wejdź we mnie — powiedziała do szefa. — Ale patrz na nią.
Szef wszedł w Anię, ruchając ją powoli, ostrożnie, jakby mógł zaszkodzić dziecku, ale oczy miał wlepione w Martę. Wszyscy patrzyli na Martę. Ona była centrum. Ona była przedstawieniem.
Marta zaczęła się rozbierać. Zrzuciła szlafrok. Stanęła naga, w centrum salonu, w domu, w którym wychowała córkę, w którym obchodzili święta, w którym teraz pięć osób patrzyło na jej nagie, wysportowane ciało z pożądaniem, a pięć — z zazdrością.
— Kolejka — powiedziała, kładąc się na dywanie obok Ani. — Chcę was wszystkich. Żony też.
Zaczęło się.
Tomek wszedł w nią pierwszy, od przodu, misjonarsko, patrząc jej w oczy, podczas gdy jego żona Kasia ssała jej sutki. Krzysiek wszedł od tyłu, podnosząc ją za biodra, wpychając się w nią razem z Tomkiem, rozpychając ją, napełniając ją, podczas gdy Olga siedziała na jej twarzy, wciskając się w jej usta.
Marta była pełna. Była użyta. Była centrum wszechświata.
I jęczała. Nie przejmowała się już córką. Jęczała celowo, teatralnie, chcąc, żeby usłyszała, chcąc, żeby wiedziała, chcąc zniszczyć to dziecko, które było świadkiem jej porcelanowości przez dziewiętnaście lat.
— Tak! — krzyczała. — Więcej! Ruchajcie mnie! Jestem waszą dziwką!
Za ścianą Alicja wyjęła słuchawki. To nie był film. To była jej matka. Jej matka krzyczała "jestem waszą dziwką" w salonie, w ich domu, w środku dnia.
Alicja wstała. Podeszła do drzwi. Otworzyła je delikatnie, cicho, na tyle, żeby zobaczyć przez szparę.
I zobaczyła.
Jej matka. Czterdziestopięcioletnia, wysportowana blondynka. Naga. Między trzema mężczyznami. Dwie kobiety ssą jej piersi. Trzecia kobieta — ciężarna — leży obok i jest ruchana przez czwartego mężczyznę. Wszyscy są znajomi — wujek Tomek z sąsiedniego biura, ciocia Kasia, pan Krzysiek z działu IT.
A jej matka patrzy w sufit z wyrazem, którego Alicja nigdy nie widziała. To był wyraz świętej, czystej rozkoszy. To był wyraz kobiety, która właśnie ginie i rodzi się na nowo.
Alicja nie zamknęła drzwi. Stała i patrzyła. Coś w niej drgnęło — nie była to nienawiść. Było to... zrozumienie? Była to fascynacja?
Marta odwróciła głowę. Zobaczyła szparę w drzwiach. Zobaczyła oko córki. Nie zamknęła drzwi. Nie krzyknęła. Uśmiechnęła się.
— Widzisz, kochanie? — zawołała głośno, celowo, żeby usłyszała przez zamknięte drzwi, przez szparę, przez cały dom. — Widzisz, czym jestem? Przyjdź. Przyjdź zobaczyć mamusie.
Alicja nie weszła. Nie uciekła. Stała w szparze, patrząc, jak jej matka jest ruchana przez piątego mężczyznę — szefa, tego z siwymi skroniami — który dochodził na jej twarz, pokrywając ją spermą, podczas gdy inni wciąż byli w niej, wypełniając ją, używając jej.
Marta zamknęła oczy. Czuła spermę na twarzy, czuła ją w sobie, czuła spojrzenie córki. To było najbardziej podniecające uczucie w jej życiu. Była matką. Była dziwką. Była obserwowana.
Gdy skończyli, gdy wyszli — żony pomagając mężom zakładać spodnie, Kasia z uśmiechem zadowolenia, Olga z pogardą w oczach, Ania z ręką na brzuchu — Marta została sama na dywanie. Pokryta spermą pięciu mężczyzn, użyta przez trzy kobiety, widziana przez własną córkę.
Drzwi się otworzyły. Alicja weszła. Stanęła nad matką. Spojrzała w dół. Jej bardzo jasne blond włosy spływały jak wodospad, jej szczupła sylwetka drżała lekko.
— To dlatego tata wyjechał? — zapytała cicho.
— Tata nic nie wie — odpowiedziała Marta, nie wstając, nie zakrywając się. — A ty? Co ty wiesz?
Alicja uklękła. Dotknęła twarzy matki. Poczuła spermę na palcach. Przyjrzała się jej z bliska — z bliska jak nigdy. Zobaczyła zmęczenie, szczęście, dzikość.
— Wiem, że jesteś szczęśliwa — powiedziała. — Po raz pierwszy.
Marta uśmiechnęła się. Wzięła dłoń córki. Przyłożyła ją do swojej piersi, do serca.
— Chcesz wiedzieć, jak to jest? — zapytała. — Chcesz, żebym cię nauczyła?
Alicja nie odpowiedziała. Ale nie odeszła.
W pokoju obok telefon zaczął dzwonić. To był Adam. Dzwonił z gór, z hotelu, z pokoju, w którym myślał, że jego żona odpoczywa, że jego córka czyta książki, że jego rodzina jest bezpieczna.
Marta nie odebrała. Pozwoliła, żeby dzwonił, żeby przechodził na pocztę głosową, żeby jej głos — "zostaw wiadomość" — brzmiał ironicznie, gdy leżała naga na dywanie, ze spermą wysychającą na skórze, z córką u boku, z telefonem kolegi — Tomka — który właśnie napisał: "Za tydzień, ten sam hotel, pokój 307. Przyprowadzimy więcej żon. Przyprowadzisz córkę?"
Marta spojrzała na Alicję — na jej wysoką, szczupłą postać, na jej jasne włosy, na jej zdziwione, ale żywe oczy.
— Za tydzień — powiedziała na głos, nie do córki, nie do nikogo, do wszystkich. — Za tydzień dowiesz się wszystkiego.
# ROZDZIAŁ V: Pokój 307 — inicjacja
Minął tydzień. Adam wrócił z gór z połamanym noskiem nart i poczuciem, że uratował małżeństwo. Nie wiedział, że w tym samym czasie Marta pakowała walizkę — nie dla siebie, ale dla Alicji.
— Jedziemy do hotelu — powiedziała do córki, stojąc w drzwiach jej pokoju w akademiku. — Ten sam, w którym byłam z tatą. Pokój 307.
Alicja siedziała na łóżku, owinięta kocem, z laptopem na kolanach. Od tamtego dnia, gdy widziała matkę na dywanie, nic nie było takie samo. Nie rozmawiały o tym. Ale Alicja patrzyła na matkę inaczej — z mieszaniną zdziwienia, strachu i czegoś, czego nie umiała nazwać.
— Dlaczego ja? — zapytała cicho.
— Bo masz dziewiętnaście lat — odpowiedziała Marta, podchodząc i dotykając jej jasnych włosów. — I bo jesteś moja. I bo pokażę ci, czym jest prawdziwa władza.
Alicja nie protestowała. Godzinę później siedziała w samochodzie matki, wpatrzona w autostradę, z walizką w bagażniku, w której Marta spakowała rzeczy, o których Alicja nie miała pojęcia.
***
Pokój 307 pachniał tak samo — stęchlizną, chemią do czyszczenia dywanów i starym dymem papierosowym. Ale tym razem był przygotowany inaczej. Na łóżku leżały kajdanki, nieużywane od tygodnia. Na stoliku stała kamera na statywie. I były kwiaty — białe lilie, jak na pogrzeb.
Marta zamknęła drzwi na zamek. Spojrzała na córkę — wysoką, szczupłą, z włosami jak słoma, spływającymi do połowy pleców. Dziewiętnaście lat. Niewinność w czystej postaci.
— Rozbieraj się — rozkazała.
Alicja zdjęła bluzę. Dżinsy. Stanik. Majtki. Stała naga, zakrywając się rękami, drżąc.
— Nie zakrywaj się — Marta podeszła, odjęła jej dłonie. — Jesteś piękna. Ale dzisiaj nie jesteś dla nich. Jesteś dla mnie.
Z walizki wyjęła bieliznę. Biała, koronkowa, przezroczysta. Stanik z fiszbinami, który unosił piersi Alicji jak ofiarę. Stringi tak cienkie, że ledwo zakrywały łechtaczkę. Pończochy w groszki, do połowy ud, z koronkowymi pasami.
— Ubieraj się.
Alicja ubrała się powoli, czerwieniąc się. Biel kontrastował z jej bladą skórą, z jej jasnymi włosami. Wyglądała jak anioł zepsuty przez grzech, jak hostia przygotowana do profanacji.
Marta wyciągnęła następną rzecz — czarny korek analny, średniej wielkości, z kryształowym oczkiem na końcu.
— Połóż się na łóżku. Na brzuchu.
— Mamo...
— Cicho.
Alicja położyła się. Jej długie włosy rozłożyły się na białej pościeli jak wachlarz. Marta usiadła obok, otworzyła słoiczek żelu. Rozmasowała nim wnętrze policzków córki, wokół otworu, który drżał.
— To zaboli? — szepnęła Alicja.
— To ma boleć — odpowiedziała Marta, wpychając korek powoli, centymetr po centymetrze. — Ból to przypomnienie, że jesteś żywa. Że należysz do mnie.
Alicja jęknęła, zaciskając palce na prześcieradle, gdy korek wszedł na całą długość, a kryształ błysnął między jej pośladkami jak diadem. Marta poklepała ją po udzie.
— Teraz sukienka.
Z walizki wyjęła białą, koronkową sukienkę — ciasną, krótką, przezroczystą. Włożyła ją na Alicję, dopasowując materiał do ciała córki. Sukienka przylegała jak druga skóra, odsłaniając kontury bielizny, zarys korka, wszystko i nic jednocześnie.
— Patrz — powiedziała Marta, prowadząc ją do lustra.
Alicja zobaczyła siebie. Wyglądała jak dziewica do złożenia w ofierze. Jak posąg, który można tylko adorować. Biała koronka na białej skórze, jasne włosy, kryształ błyszczący między udami.
— Dzisiaj nie będą cię ruchać — szepnęła Marta, stojąc za nią, z dłońmi na jej biodrach. — Jesteś nienaruszalna. Święta. Ale będą chcieli. I dlatego będą robić wszystko, co im każę.
Zapukał Tomek. Potem reszta — Krzysiek, Piotr, szef, ich żony. Wszyscy weszli, zatrzymując się w drzwiach, gdy zobaczyli Alicję.
— O cholera — szepnął Tomek.
— Nie dotykać — powiedziała Marta ostro, stając przed córką jak tarcza. — Ona jest tylko do patrzenia. Do podziwiania. Ale nie do brania.
Kasia, żona Tomka, wzięła kamerę. Ustawiła statyw tak, żeby kadrował całe łóżko. Włączyła nagrywanie — czerwona dioda mrugała jak oko demona.
— To dla Adama? — zapytała.
— To dla Adama — potwierdziła Marta. — Żeby wiedział, jaką córkę wychował. I co z nią zrobiłam.
Marta zaczęła się rozbierać. Zdjęła sukienkę, stanik, majtki. Stała naga, wysportowana, szczupła, mięsista — kobieta dojrzała, doświadczona, gotowa na rzeź.
— A teraz — powiedziała, kładąc się na łóżku obok Alicji, rozkraczając nogi szeroko — ruchajcie mnie. Wszystkie dziury. Jak sukę. Jak dziwkę. I patrzcie na nią, jak to robicie.
Zaczęło się.
Tomek wszedł w nią od przodu, bez wstępnego, brutalnie. Krzysiek podszedł od tyłu, wyciągnął korek z jej odbytu i wszedł w to miejsce, rozpychając ją podwójnie. Piotr stanął nad głową Marty, wpychając się w jej usta.
Marta była rozcapierzona, używana, ruchana jak zwierzę. Ale jej oczy były wlepione w Alicję. W jej córkę, która siedziała na krześle w rogu pokoju, w białej koronce, z korkiem w sobie, nieruchoma jak posąg.
— Dotykajcie jej — rozkazała Marta, zdejmując Piotra z ust na chwilę. — Ale tylko dotykajcie. Lizanie. Całowanie. Ale nie zdejmujcie jej bielizny. Nie ruchajcie jej. Ona jest moja.
Faceci podchodzili do Alicji między zmianami. Tomek klękał przed nią, wąchając jej przezroczyste stringi, liżąc materiał mokrym językiem. Krzysiek dotykał jej piersi przez koronkę, szczypiąc sutki, które stawały twarde pod białą tkaniną. Szef całował jej uda, węsząc w zapachu niewinności i strachu.
Alicja drżała. Była mokra — to widać było przez bieliznę. Ale nikt nie mógł jej posiąść. Była świętym Graalem, otoczonym rzeźbionymi ramami, które mogły tylko podziwiać.
— Spuszczajcie się na nią — rozkazała Marta, gdy Tomek dochodził w jej waginie. — Na jej sukienkę. Na jej bieliznę. Chcę, żeby przesiąkła spermą.
Tomek wyszedł z Marty, podszedł do Alicji, zaczął masturbować się nad nią. Jego sperma spadła na białą koronkę sukienki, tworząc prześwitujące plamy na jej brzuchu. Krzysiek dołączył, celując w jej piersi — białe strumienie na białej koronce.
Alicja siedziała nieruchomo, z zamkniętymi oczami, czując jak ciepło spermy, przesiąka przez materiał, dotyka jej skóry. Była pokryta nimi — Tomek, Krzysiek, Piotr, szef, a potem ich żony, które używały dildo na sobie i spuszczały się na jej kolana, na jej dłonie.
Marta była ruchana bez przerwy. W usta, w waginę, w odbyt — czasem wszyscy naraz, czasem na zmianę. Jej ciało było czerwone, naciągnięte, używane. Ale jej umysł był przy córce.
Gdy skończyli — gdy Alicja była cała biała, mokra, przesiąknięta zapachem spermy i soków — Marta wstała. Podeszła do niej. Uklękła.
— Teraz ja cię wyczyszczę — powiedziała głośno, żeby kamera nagrała.
Zaczęła lizać sukienkę córki. Językiem zbierała spermę z koronki, z jej brzucha, z jej piersi. Lizała materiał, przez który prześwitywały sutki Alicji, ssąc je przez tkaninę. Schodziła niżej, liżąc wnętrze ud, tam, gdzie sperma spływała z sukienki na pończochy.
Alicja jęknęła po raz pierwszy. To był dźwięk czysty, niewinny, rozkoszny.
Marta zdjęła jej stringi — tylko je. Teraz, gdy była już użyta, gdy była już pokryta, mogła dotknąć nagiej skóry. Włożyła język w jej waginę, liżąc ją powoli, dokładnie, czyszcząc ją z soków i spermy, które spływały na nią z własnego ciała Marty.
Wszyscy patrzyli. Faceci, żony, kamera. Patrzyli jak na bóstwa — na matkę i córkę, na rytuał oczyszczenia, na profanację i świętość splątane w jedno.
Marta wstała, oblizując się. Alicja siedziała z rozłożonymi nogami, z gładką, wilgotną skórą, z korkiem wciąż w sobie, z włosami rozrzuconymi jak aureola.
— To jest moja córka — powiedziała Marta do kamery, do Adama, do wszystkich. — Nienaruszona. Święta. Ale moja. I wasza — dodała, patrząc na mężczyzn. — Ale tylko tak, jak ja pozwolę.
Alicja otworzyła oczy. Spojrzała na matkę z czymś, co przypominało uwielbienie. I na kamerę — wiedząc, że jej ojciec to zobaczy. Że zobaczy ją białą, czystą, pokrytą, ale nienaruszoną.
— Za tydzień — powiedziała Marta, zakładając córce z powrotem stringi — znowu tu przyjdziemy. I znowu będziesz moja.
Alicja skinęła głową. Po raz pierwszy od tygodnia uśmiechnęła się.
Kamera nadal nagrywała, gdy wychodzili z pokoju 307 — Marta naga, pokryta sperma, szczęśliwa; Alicja w białej koronce, przesiąkniętej, z kryształem między pośladkami, nienaruszona, ale już nie niewinna.
Adam obejrzy to nagranie za trzy dni, siedząc w domu, myśląc, że to kolejne firmowe spotkanie. I wtedy zrozumie, że stracił je obie — że jego porcelanowa żona i jego anielska córka stworzyły własny świat, w którym on był tylko widzem.
A w pokoju 307 zostały białe lilie i zapach spermy, który nigdy nie zniknie.
# ROZDZIAŁ VI: Przebudzenie
Adam nie pamiętał, kiedy ostatni raz pił tak dużo. Był to wieczór po powrocie z gór, gdy Marta nalewała mu koniak po koniaku, uśmiechając się tym swoim nowym, dzikim uśmiechem — nie tym porcelanowym, który znał przez dwadzieścia pięć lat, ale innym, drapieżnym.
— Odpocznij — szepnęła, gdy jego powieki stawały się ciężkie. — Jesteś bezpieczny.
Ostatnie, co pamiętał, to jej dłonie na jego twarzy i zapach lawendy.
***
Obudził się z bólem głowy i uczuciem, że coś jest bardzo nie tak. Nie mógł poruszyć rękami. Ani nogami.
Otworzył oczy.
Siedział na swoim ulubionym fotelu w salonie — tym skórzanym, z wysokim oparciem. Ale był przywiązany. Srebrna taśma klejąca (gdzie ona ją znalazła?) owijała jego nadgarstki i kostki, przyklejając go do metalowych nóg fotela. Nie mógł się ruszyć. Nie mógł wstać.
Przed nim stał telewizor. Czarny ekran odbijał jego przerażoną twarz.
— Dobrze się wyspałeś?
Głos Marty dobiegł z kuchni. Adam odwrócił głowę — ból przeszył skronie — i zobaczył ją.
Stała w drzwiach, opierając się o framugę. Miała na sobie czarną koronkową bieliznę — body, które eksponowało jej wysportowane, czterdziestopięcioletnie ciało, ale nie zakrywało niczego całkowicie. Siatka koronki na piersiach, przezroczysty materiał między udami. Czarne pończochy z czerwonymi szwami. Szpilki, które dodawały jej wzrostu i władzy.
Obok niej pojawiła się Alicja.
Adam przestał oddychać.
Jego córka — dziewiętnastoletnia, wysoka, szczupła, z tymi jasnymi włosami spływającymi jak wodospad — była ubrana identycznie. Czarne koronkowe body, które na jej młodszym, szczuplejszym ciele wyglądało jak profanacja i świętość jednocześnie. Czarne pończochy. Szpilki, w których chwiała się niepewnie, ale determinowanie.
— Co... — zaczął Adam, ale gardło mu zaschło. — Co wy robicie?
— Pokazujemy ci prawdę — odpowiedziała Marta, podchodząc do telewizora.
Wzięła pilot. Włączyła ekran.
Adam zobaczył pokój 307. Zobaczył białe pościele. I zobaczył siebie — nie, to nie był on. To była Alicja. W białej koronce. Z korkiem. I Marta, naga, ruchana przez mężczyzn, którzy potem spuszczali się na jego córkę.
— Wyłącz to — krzyknął Adam, szarpiąc się w pasach. — Wyłącz to natychmiast!
— Cicho — rozkazała Marta, nie odwracając wzroku od ekranu. — Albo zwiążę cię mocniej. I usta też.
Film grał dalej. Adam widział, jak Marta liże spermę z ciała Alicji. Widział wyraz twarzy córki — ten mieszany, zdziwiony, rozkoszny. Widział, jak kamera nagrywa wszystko.
— To było tydzień temu — wyjaśniła Marta, siadając na stole kawowym przed nim, rozkraczając nogi tak, że widział wszystko przez koronkę. — Kiedy byłeś na nartach. Twierdziłeś, że uratowałeś małżeństwo. A my... my zbudowałyśmy coś nowego.
— Jesteś chora — syknął Adam, ale jego oczy nie mogły oderwać się od jej ciała. — Obie jesteście chore.
— Nie — wstała, podeszła do niego, uklękła między jego nogami. — Jesteśmy wolne. A ty... ty jesteś nasz.
Dotknęła jego spodni. Był twardy. Adam nie wiedział, kiedy to się stało — czy to była reakcja na widok Marty, czy na film, czy na Alicję stojącą w rogu z rękami splecionymi przed sobą jak modląca się dziewica.
— Widzisz? — szepnęła Marta, masując go przez materiał. — Twoje ciało wie. Twoje ciało zawsze wiedziało. Tylko ty się opierałeś.
— Proszę — jęknął Adam, ale nie wiedział, o co prosi. Żeby przestała? Żeby zaczęła?
Marta wstała. Podeszła do Alicji. Wzięła ją za rękę.
— Chodź, kochanie — powiedziała głośno, prowadząc córkę do środka pokoju, przed oczy Adama. — Pokażmy tacie, jak bardzo się kochamy.
— Nie — szepnął Adam. — Nie róbcie tego. Proszę.
Ale one go nie słuchały.
Marta objęła Alicję. Pocałowała ją w usta — nie jak matka, ale jak kochanka. Głęboko, z językiem, z pasją. Jej dłonie zsunęły się na biodra córki, na jej szczupłe, wysokie ciało, na czarne koronkowe body.
Alicja odpowiedziała. Niepewnie na początku, potem coraz pewniej. Jej długie, jasne włosy spływały na ramiona Marty, tworząc złoty kokon wokół ich twarzy.
— Patrz na nas — rozkazała Marta, odrywając się od ust Alicji, ale trzymając ją w objęciach. — Patrz, jak się kochamy.
Zaczęły się dotykać. Marta zsunęła ramiączko body Alicji, odsłaniając jej małą, jędrną pierś. Zgarnęła ją dłonią, szczypiąc sutek. Alicja jęknęła, opierając głowę o ramiona matki.
— To złe — szepnął Adam, ale jego głos był słaby. — To jest takie złe...
— To jest piękne — odpowiedziała Marta, zsuwając rękę niżej, między nogi Alicji. — To jest miłość. Bez granic. Bez ograniczeń.
Zaczęła masować córkę przez koronkę. Alicja rozchyliła nogi, opierając się o matkę. Jej twarz była rozpalona, oczy zamknięte, włosy rozsypane.
Adam szarpał się w więzach, ale nie próbował uciec. Próbował dotknąć siebie, ale nie mógł — taśma była za mocna. Był bezradny, przywiązany, zmuszony do oglądania.
Marta położyła Alicję na dywanie. Zdjęła jej body — powoli, ceremoniałowo, jak kapłanka ofiarująca bóstwo. Alicja leżała naga, tylko w pończochach, z włosami rozrzuconymi wokół głowy jak aureola.
Marta zaczęła ją lizać. Najpierw szyję, potem piersi, schodząc niżej. Jej blond głowa zniknęła między udami Alicji. Córka jęknęła głośno, chwytając włosy matki, unosząc biodra do góry.
— Tak — krzyczała Alicja. — Tak, mamo... proszę...
Adam widział wszystko. Widział, jak jego żona liże ich córkę. Widział, jak Alicja dochodzi, trzęsąc się, z twarzą wykrzywioną w ekstazie, której nie powinna znać.
Jego penis był twardy jak nigdy. Pulsował w spodniach, w niewoli, bez możliwości dotyku.
Marta wstała. Spojrzała na niego. Jej usta były wilgotne, twarz rozpalona.
— Chcesz dołączyć? — zapytała, podchodząc do niego. — Chcesz nas dotknąć?
— Tak — jęknął Adam, nie wstydząc się już. — Boże, tak...
— Nie możesz — odpowiedziała, stając tak blisko, że czuł zapach ich obu — jej i Alicji, zmieszanych soków. — Możesz tylko patrzeć. I kochać nas.
Wróciła do Alicji. Tym razem to córka zaczęła lizać matkę. Alicja uklękła, zsunęła body Marty, i zaczęła ssać ją między nogami, nieporadnie na początku, potem coraz zachłanniej.
Marta patrzyła w oczy Adama, gdy córka ją liże.
— Widzisz? — szepnęła. — Ona jest moja. I twoja. Ale przede wszystkim nasza. Nasza mała dziwka. Nasza święta dziwka.
Adam jęknął. Czuł, jak coś budzi się w nim, coś poza kontrolą. Miłość do nich była tak silna, że bolało. Widział je — matkę i córkę, swoje dwie kobiety, splątane w sobie, kochające się, nienasycone, wolne — i czuł, jak jego opór pęka.
Marta i Alicja przeszły do łóżka. Tam było więcej miejsca. Marta położyła się na plecach, a Alicja usiadła na jej twarzy, odwrócona tyłem do głowy matki. Sześćdziesiąt dziewięć. Ich ciała zlały się w jedno — dwie blondynki, dwie pokolenia, jedna rozkosz.
Adam widział tylko ich plecy, ich pośladki, ich włosy splątane razem. Słyszał jęki, słyszał mokre dźwięki ssania, słyszał jak Marta dochodzi pod językiem córki, krzycząc jej imię.
— Alicja! — krzyczała Marta. — Kochana! Moja!
To było zbyt wiele. Adam poczuł, jak jego ciało sztywnieje, jak mięśnie napinają się wbrew jego woli. Orgazm przyszedł bez dotyku, bez pieszczoty, czysty wynik tego, co widział, tego, co czuł.
Jęknął głośno, szarpiąc się w pasach, gdy sperma wybuchała w jego spodniach, mokra, gorąca, hańbiąca. Pulsował w bezładzie, bez końca, strącając łzy z oczu — nie ze wstydu, ale z uwolnienia.
Marta usłyszała. Odwróciła się, patrząc na niego przez ramię, z twarzą pokrytą sokami Alicji.
— Dobry chłopiec — powiedziała łagodnie. — Wiedziałam, że nas kochasz.
Alicja wstała z łóżka. Podeszła do niego, naga, z włosami rozczochranymi, z udami mokrymi. Uklękła przed nim.
— Tato — szepnęła, dotykając jego policzka. — Nie płacz. To dopiero początek.
Marta podeszła z tyłu. Objęła córkę, przyciskając jej ciało do swojego. Razem stały przed nim — dwie blondynki, dwie boginie, dwie władczynie.
— Teraz rozwiążemy cię — powiedziała Marta. — I wyczyścimy. I pokażemy ci, jak może wyglądać nasze małżeństwo. Nasza rodzina.
— Jeśli chcesz — dodała Alicja, kładąc dłoń na jego sercu, które biło jak oszalałe. — Jeśli nas kochasz.
Adam spojrzał na nie. Na ich ciała, na ich oczy, na więź, której nie rozumiał, ale której pragnął bardziej niż czegokolwiek innego.
— Kocham was — szepnął, z głosem złamanym, ze spodniami pełnymi własnej spermy, z sercem rozbitym i złożonym na nowo. — Kocham was obie. Bezgranicznie.
Marta uśmiechnęła się. To był uśmiech zwycięzcy. Uśmiech kobiety, która wiedziała, że ma władzę nie tylko nad ciałem, ale nad duszą.
— Witaj w rodzinie — powiedziała, zaczynając rozciągać taśmę z jego nadgarstków. — Teraz naprawdę zaczynamy.
Alicja pocałowała go w czoło — pocałunek córki, który był błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie.
Ekran telewizora wciąż pokazywał pokój 307. Ale Adam już na niego nie patrzył. Patrzył na przyszłość — na życie, w którym był ich własnością, ich miłością, ich niewolnikiem.
I po raz pierwszy od lat, czuł się wolny.
WesolyJohny
Jak Ci się podobało?