De Principe (II)
23 marca 2026
De Principe
38 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Dzieje ludzkości decydują się w miejscach nieznanych.
O wsi Hadra w Cesarstwie mało kto słyszał, jednak jej lokalizacja posiadała kluczowe znaczenie. Gdyby tylko wojska Szachatu zdobyły miejscowość, stanęłaby przed nimi równina prowadząca wprost do stolicy Cesarstwa, Wenny. Dlatego ciężkozbrojna piechota trwała na swoich pozycjach, odpierając natarcie za natarciem Południowej Hordy Wielkiego Wezyra Ahmatida Pysznego. Lekka jazda wpierw obrzucała strzałami i oszczepami oddziały Cesarstwa, by następnie przypuścić podstępną szarżę; po chwili walk, oddział się wycofywał i walka trwała do wyczerpania jednej, bądź drugiej strony.
Podobna szarpanina trwała blisko ponad miesiąc, kiedy dowódca koalicji zdecydował się… wycofać spod Hadry.
– Toż to samobójstwo, to się nie godzi!
Hans von Wacht obejrzał się na awanturnika. Odziany był w gustowny kontusz z potężnym wąsem i równie imponującą szablą. Uderzył z całą siłą w stół nie zważając, że od siły ciosu, mapa prawie spadła ku ziemi. Rudowłosy możnowładca rozejrzał się po reszcie zebranych; pomimo bardziej stonowanego charakteru, ten manewr taktyczny zdecydowanie nie przypadł im do gustu.
Jednak to Hans przewodził koalicją antyszachacką i to on posiadał ostatnie słowo…
– Panie Jaqubie, pozwolisz pan, że się z panem nie zgodzę – odpowiedział Hans płynnie w języku latinskim. – Doceniamy zasługi pana pradziada w odparciu poprzedniego szachackiego zagrożenia, lecz teraz tkwimy w bardzo nieciekawej sytuacji. – Hans skinął głową w stronę swojego wiernego sługi Dietricha. Ten bez słowa podszedł do stołu i podał dokument Hansowi. – Na początku roku Szachat dysponował zaledwie podwójną przewagą. Na stan dzisiejszy, nasze siły skurczyły się o jedną trzecią, a siły wroga wzrosły o połowę…
Jaqub chciał już głośno zaoponować, lecz razem z resztą, kiedy usłyszeli o statystykach, zamilkli. Zapanowała cisza, która zakradła się do ich serc. Każdy z mężczyzn wiedział, że jeśli nic się nie zmieni, zostaną prędzej czy później wyrżnięci w pień.
Hans chciał osiągnąć dokładnie ten efekt.
– Możni panowie, nie wszystko jeszcze stracone. – Wskazał palcem na równinę znajdującą się za Hadrą. – Zostawimy lichy oddział we wsi, który Szachat zmasakruję. Gdy nakarmieni pychą wkroczą na równinę, od skrzydeł wjedziemy w nich ciężką jazdą, gdy tylko zaatakują naszą ciężką piechotę na nowych pozycjach.
Możny z Prahi zerwał się w górę.
– Hansie, tylko jaki oddział skażesz na rzeź? – zapytał Petr. Widząc uśmiech na obliczu rudowłosego, zbladł momentalnie.
– Nieprzeszkolony plebs z Mohuncji. – Hans rozejrzał się po zebranym i gdy wypatrzył władykę z tamtych stron, uśmiechnął się jakby dostrzegł najserdeczniejszego przyjaciela. – Twoi ludzie przejdą do historii.
– Tylko szkoda, że jako owce wystawione do mordu – odpowiedział krótko Matteo, Landeshauptmann z Mohuncji.
Hans wzruszył ramionami.
– Mord, rzecz ludzka. – Hans podtrzymywał dobroduszny uśmiech. – Trzeba tylko wiedzieć kiedy do niego sięgać.
– To niemożliwie, cała rodzina Wielkiego Temuha została wymordowana! – oponował zszokowany Dietrich. Nie potrafił odwieźć spojrzenia od nagich pleców nałożnicy. – Przecież to jakiś kompletny absurd!
Layra (a może Moraya?) stanęła wprost przed Landmarschallem, eksponując jędrne piersi. Splotła pod nimi ręce, dodatkowo eksponując biust, uśmiechając się przy tym kokieteryjnie. Nie znała wstydu, a jednocześnie z jej prezencji płonął żar kogoś znającego swoją wartość.
Kogoś, w kim mogła płynąć władcza krew…
– Dietrichu, to i tak obecnie nie ma znaczenia. O władzę walczy ten, który ma siłę, by dzierżyć koronę. – Kobieta zwiesiła głowę, a słyszący to Dietrich niezauważalnie zadrżał. W tym geście było tyleż smutku… co rozwagi? – Obecnie zostałam z niczym, zaledwie z krwią mojego ojca, moich braci, tatuażem dynastycznym i resztkami dumy, którą kalam w burdelu.
Dietrich połknął przynętę. Choć ciało kobiety go zachwycało, a instynkt kazał się na Morayę rzucić, zdusił słabe ciało. Wzniósł się nad zwierzęcy popęd i objął kurtyzanę. Ta z drobnym opóźnieniem, jakby każdy ruch musiała kalkulować, położyła ze spokojem na nim delikatnie dłonie, oddając się w jego ochronę.
Stali tak dłuższą chwilę, nim wrząca błyskawica raziła umysł Dietricha.
– Jednym słowem, jeśli wziąłbym cię za żonę, pośrednio mógłbym sobie rościć prawa do Imperium Temuha?
Moraya uśmiechnęła się jak dziecko, któremu psikus uszedł płazem.
– Pośrednio tak, choć mało kto by taką władzę uznał – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Naparła specjalnie na klatkę piersiową chcąc, aby jej ciało odbiło się na ciele najwyższego urzędnika. – Nie myślmy o tym. Na razie skupmy się na przejęciu absolutnej władzy w Pryssen.
– A od kiedy… – Dietrich zamilkł. Musiał się zastanowić, jak właściwie miał tytułować tę „cesarską prostytutkę”. – Od kiedy działamy razem?
– Gdy zdobędziesz pozycje Landeshauptmanna, zasiądziesz w gronie Elektorów Cesarskich. – odpowiedziała, wiążąc się czule na szyi Dietricha. – Stamtąd zaczniemy grać na to, abyś zdobył koronę Cesarza. Wówczas, gdy odkryjemy moją prawdziwą tożsamość, wypowiesz Szachatowi wojnę… – Oczy Morayi zabłysły krwawym blaskiem. – a gdy położymy na kolanach Szachat, będziemy razem władać największym imperium świata!
Dietrich milczał. Czuł surrealizm sytuacji, gdyż rzadko zdarzało się, że prostytutka komuś proponowała wizję władzy nad światem.
Z drugiej strony, równie rzadko kurwy okazywały się mieć w sobie władczą krew… a przynajmniej tak sądził Dietrich.
W takich chwilach życia, czas zwalnia, a przeszłość nabiera barw. Całe swoje życie Dietrich był skromnym sługą na dworze Hansa. Jego władca lubował się w kobietach, śpiewie i winie, lecz… to nie pasowało Dietrichowi. Pewnie, nie pogardził nigdy dobrym trunkiem, czy towarzystwem pięknej nałożnicy, ale nie stanowiło to dla niego rdzenia władzy. Pełnił honor urzędnika hrabstwa wyłącznie dla innych, siebie w tym równaniu zostawiając z dala od wyniku.
– Wybacz mi Morayo, nie nadaję się do wielkiej polityki, a tym bardziej do spiskowania – stwierdził Dietrich po chwili, gdy racjonalna część duszy przemówiła. – Dostrzegam jednak twoją niezwykłą wartość i nie chciałbym, abyś zmarnowała swoje życie w burdelu. Wykupię cię i…
– Cesarzu, proszę cię – wyszeptała kobieta do jego prawego ucha, gdzie jej ton przypominał intymne wyznania ukochanej do ukochanego. – Ja zajmę się spiskowaniem… a ty zajmij się moralną odnową świata tego.
– Chcesz republiki z rodem z niebios? – zapytał pogardliwie Landmarschall. Nie spodziewał się, że sięgnie odruchowo ku sarkazmowi. Nie poznawał tej części siebie. – Civitas mea non est de hoc mundo.
– Będzie ono w naszym świecie, jeśli tylko połączymy siły. – Moraya nakierowała głowę Dietricha, aby nawiązali kontakt wzrokowy. – Zaufaj mi, proszę…
I nie pytając o zdanie, kobieta związała ich usta pocałunkiem.
Męska natura powiodła masywne dłonie Dietricha na okrągłe pośladki prostytutki. Ten gest jedynie nasilił płonące uczucie rosnące w klatce piersiowej Dietricha. Mężczyzna dawno nie czuł takiego podniecenia, które biło w rytm jego przyspieszonego serca. Nim się obejrzał, zrzucił urzędnicze szaty ku dołowi, obnażając wyprężonego, choć skromnego w gabarytach penisa.
– Stąd ta twoja „skromność” w pożądaniu? – zapytała złośliwie Moraya, schylając się ku kroczu Landmarschalla. Złapała go ruchem pewnym, przypominającym kowala, chwytającego za młot przy kowadle. Bez większej emocji na twarzy, skośnooka włożyła przyrodzenie pomiędzy swój biust. – Jeśli chcesz być kimś, trzeba będzie nad tym popracować… od teraz.
Po wypowiedzeniu tych słów, kobieta przystąpiła do intensywnego masażu. Pomimo skonsumowania wielu owoców z drzewa rozpusty, ten mocny, wręcz wyjątkowy ostry smak wydawał się Dietrichowi wyjątkowy. Sypiał z kobietami, nawet atrakcyjniejszymi od Morayi, lecz nie posiadały tej lodowatej determinacji. Ciało kobiety wydawało się płonąć żywym ogniem. Jej biust otoczył penisa i rozgrzewał go tak, jak krwista lawa konsumowała kostkę lodu.
Zdyszany Dietrich, czując napięcie ciała, chciał przetrwać, zachować twarz. Ciało jednak było zbyt słabe i Landmarschall doszedł, marząc ciemną twarz kobiety.
– Doprawdy, jesteś uczciwym człowiekiem – zachichotała Moraya, gdy już para siedziała ubrana przy stole. Dietrich ugościł kobietę cesarskim winem, które kobieta przegryzała starannie wypieczonym chlebem i wędliną. – Miewałam w swoich alkowach niższych urzędników i zdecydowanie byli większymi ogierami od ciebie.
Dietrich milczał. Nie wiedział, czy traktować ten komentarz jako komplement, czy też wręcz przeciwnie. Po chwili słabości, gdy skosztował trunku, potrafił wrócić na tory racjonalnego myślenia. W dalszym ciągu najwyższy urzędnik nie był w stanie uwierzyć, że trafiła mu się taka osoba.
– Jakim cudem ona przetrwała i dotarła do Pryssenburga? – nie potrafił zrozumieć w myślach Dietrich. Dumał i dumał, ale nie potrafił odnaleźć odpowiedzi. Bynajmniej w procesie myślowym nie pomagała mu obecność jej powabnego ciała. – Przecież… jakoś będę musiał to wykorzystać.
Landmarschall upił spory łyk wina, nim zdecydował się na odpowiedź. Każda sekunda poświęcona na myślenie, gwarantowała przewagę.
– Zdecydowanie lepiej idzie mi prowadzenie obrad parlamentu, niż stosunki międzypłciowe – odpowiedział Dietrich, zdziwiony swoim oficjalnym tonem. – W kwestii realpolitik, bardzo chętnie przejmę parę lekcji.
– Rozumiem. – Moraya obniżyła kokieteryjnie głos, szczerząc zęby w zalotnej intencji. – Należy zatem podjąć wszelkie kroki, abyś nabrał męskości. Stosunki między ars politica, a ars veneris posiada fundamentalne związki.
– Co ma polityka do seksu?! – zawołał zdziwiony Dietrich. – Skoro jestem takim kmieciem w łóżku, to jakim cudem zaszedłem tak daleko?!
Moraya raczyła odpowiedzieć wyłącznie uśmieszkiem.
– Wyżej nie zajdziesz – dodała, odchodząc od przyjemnych dla męskiego ucha niskich tonów, szybując ku wyższym, poważniejszym tonacją. – Mężczyzna, który nie zna siły w łożu, nie posłuży się brutalnością w polityce!
– Wybitnie szanownej pani ta polityka idzie, skoro twój ród został wyrżnięty w pień i podporządkowany Szachatowi.
Dietrich mógłby przysiąść, że te słowa Moraya potraktowała jako cios w policzek. Przez moment straciła rezon, opuszczając maskę zimnej polityczki. Pokazała zdziwienie… W jej oczach zagościł strach, po to, aby na ułamek zawładnęła nimi pustka. Pustka wynikała z traumatycznych doświadczeń, jawnego afrontu Landmarschalla, czy może czegoś kompletnie innego?
Nie znalazł chwili, aby dłużej się nad tym zastanowić. Moraya pomimo chwili słabości, ponownie przybrała maskę cesarzowej, obierając zdystansowane oblicze.
– Moi bracia postąpili nierozsądnie – odpowiedziała lodowato kobieta, podnosząc dumnie podbródek ku górze. – Wydali Szachatowi walną bitwę w momencie, gdzie sami skazali się na porażkę, czego konsekwencją było wyrżnięcie w pień. – Kobieta ciężko westchnęła. Dietrich nie był pewien, czy pochodziło to od szczerych emocji, czy było to działanie obliczone na konkretny skutek. – Ty jednak nie popełnisz ich błędu. – Kobieta ciepłym dotykiem obdarzyła dłoń Landmarschalla. – Co zamierzasz?
– Aktualnie trwa interregnum. Za sześć miesięcy stany zasiądą w Coronationskonvent, aby wybrać następcę Hansa.
– Jakie masz notowania?
– Nienajlepsze – przyznał szczerze Landmarschall. – Posiadam poważne poparcie wśród mieszczaństwa, ale szlachta i duchowieństwo zdecydowanie mnie nie popiera.
Moraya świdrowała wzrokiem oblicze Dietricha. Przyglądała się mu tak, jakby co najmniej w zmęczonej twarzy urzędnika hrabstwa znalazłaby odpowiedź na nurtujące ją wątpliwości.
– Rozumiem, że nie chcesz przejąć władzy siłą? – zapytała rzeczowym tonem Moraya co najmniej, jakby tego rodzaju propozycja nie wywoływała żadnej kontrowersji. – Tak byłoby najprościej, Landmarschallu.
Dietrich westchnął.
– Moja republika nie będzie z tej ziemi, pamiętasz?
Moraya mimowolnie się uśmiechnęła.
– Pamiętam. – Kobieta wstała i usiadła na kolanach Landmarschalla. – Wiedz jedynie, że niczego nie osiągniesz, jeśli nie zbrukasz się krwią.
Dietrich objął jędrności kobiety.
– Obiecałaś, że to ty będziesz się tą krwią brukać.
Moraya złożyła pocałunek na ustach mężczyzny.
– Mamy umowę.
Krótko po tych słowach, złączyli swoje usta w pocałunek, a następnie dwa ciała w jedno.
O poranku jakby nigdy nic, Dietrich pojawił się w kancelarii.
Pomieszczenie znajdowało się w bezpośrednim sąsiedztwie osobistych komnat Dietricha. Jako Landmarschall, Dietrich lubił przynosić pracę do siebie, a może praca przychodziła do niego? Nieistotny szczegół, ważnym jednak była następująca deklaracja:
– Fryderyku, musimy w jakiś sposób pozyskać część nieprzychylnej mi szlachty i duchowieństwa.
Reszta urzędników nawet się nie obejrzała w przeciwieństwie do Landkanzlera. Ten, mocarny mężczyzna nie odpowiedział od razu. Dumał w ciszy, sondując oblicze swojego przełożonego. Widząc strudzenie, wymieszane z pogodą ducha, czuł zaintrygowanie względem Dietricha.
– Większości zwykłej na pewno nie osiągniemy. – Fryderyk podszedł do swoich skrybów i zlecił im pracę na nadchodzące godziny. Objął Landnmarschalla i skierował go ku wyjściu. Mężczyźni zdecydowali się skierować w stronę placu twierdzy. Przyglądali się z góry ćwiczącej Leibgwardii. Oddział młodzików ćwiczył pod surowym okiem Kriegsministra; postawił ich w równym szeregu i bezlitości, przy akompaniamencie krzyków i wrzasków ich musztrował. – Szczyt możliwości, to uzyskanie większości blokującej, lecz… to doprowadzi do obstrukcji działania Landtagu i nie wiem, czy długofalowo wpłynie na naszą korzyść.
– Musimy grać na czas – odpowiedział natychmiast Dietrich. – Zdradzę ci Fryderyku, że posiadamy poważny atut po swojej stronie.
Landmarschall prędko opowiedział o prawdziwej tożsamości Layry. Gdy tylko Landkazler połączył fakty, zamrugał ekspresowo.
– Chcę ją pan sprzedać Szachatowi, aby uzyskać poparcie tych psów z południa?
– Wręcz przeciwnie, Fryderyku. – Dietrich uśmiechnął się. – Zobaczysz w praktyce mój plan. Na razie znajdź środki na biesiadę końcem następnego miesiąca. Niech odbędzie się ona w mojej letniej rezydencji, zaproś czołowych przedstawicieli okolicznych możnych i duchownych.
Landkanzler skinął głową; wcale nie wyraził zdziwienia obecnością kleru w tej grupie, a raczej zainteresowanie dotyczyło fundamentów koncepcji.
– Panie, co planujesz?
– Żadnego „panie” Fryderyku, pamiętasz?
Mężczyzna skinął głową. Dietrich zostawił go i ruszył ku placu boju. Młodzieniec trzymający dwuręczny, ciężki miecz stawał w szranki z Kriegsministrem Pryssenburga. Panowie zamknięci w kwadratowym ringu, czuli presję reszty kadetów Leibgwardii i Landmarschalla, który pojawił się na treningu osobistej gwardii przybocznej.
– Rolą wojownika jest atakować, a nie stać z bronią u nogi, Erich – strofował młodego Gerhard, ściskając mocniej dłonie na rękojeści. – Pokaż, co jesteś w stanie ofiarować Pryssenburgowi.
Piegowaty chłopak zazgrzytał zębami. Wiedział, że pochodził z nizin i awans do osobistej gwardii Landmarschalla stanowił olbrzymi zaszczyt, lecz… nie potrafił ustać ani chwili dłużej. Mężczyźni pojedynkowali się bity kwadrans, a Erich czuł jak jego ciało opuszczają resztki sił.
Już miał się poddać, lecz wtedy poczuł na swoich barkach spojrzenie Ladnmarschalla. Nie myśląc długo, zdecydował się na pchnięcie w stronę tętnicy szyjnej; był to błąd. Gerhard strącił uderzenie młodzika, kierując jego ostrze ku ziemi. Mężczyzna miał wyprowadzić następny cios, lecz nie zauważył w porę zastawionego przez kadeta fortelu.
Chłopak porzucił broń i ruchem zwinnym jak wiatr wyjął z pasa sztylet. Ciężarem żołnierskiego ciała przybił Kriegsministra do ziemi, przywdziewając mu nóż do gardła. Gdy tylko sędziujący inny żołnierz to zauważył, natychmiast dorwał się do pojedynkującej pary i rozdzielił wojowników.
– Przyznaję Erich, sprytne zagranie, jednak nie jest ono godne żołnierza Pryssenburga. – Mężczyzna wypiął dumnie pierś ku górze. – Osobiście dowodziłem ciężką piechotą w bitwie pod Hadrą i nie dzięki sprytowi, a dyscyplinie naszych żołnierzy byliśmy w stanie zwyciężyć siły Szachatu. Pamiętaj o tym: armia to system, a taki numer na polu bitwy przejść nie może!
Erich zaczerwiewiony na całego, wbijał spojrzenie w ziemię. Z jednej strony czuł wstyd wynikający z podstępnego zagrania, ale z drugiej strony rozpierała go duma: pokonał Kriegsministra! Co prawda, metody takiego zwycięstwa nie należały do najczystszych, lecz czy to w obecnej chwili miało jakiekolwiek znaczenie?
– Przyznasz, że młody ma potencjał?
Gerhard obejrzał się na bok, gdzie ujrzał Dietricha. Zasalutował mu, a reszta kadetów Leibgwardii oddała Landmarschallowi cześć.
– Oczywiście, to dobry chłopak.
– Zatem, Erich. – Dietrich skierował ku niemu swoją prawą dłoń. – Zechcesz przyjąć honor zostania moim adiutantem?
Gerhard zagwizdał, a reszta kadetów nie mogła w to uwierzyć: ich kolega miał zostać wyniesiony do tak wielkiego zaszczytu! Rudy Erich… chłopak wątłej i żylastej postury, ale mimo to, Landmarschall to właśnie jemu powierzył osobiste bezpieczeństwo drugiej osoby w państwie.
Eirich nie wahał się ani chwili: chciał przynieść dumę sobie i jego rodzinie.
– Oczywiście Sir, ślubuję wierność i ofiarność. Jeśli przyjdzie położyć życie na szali, nie zawaham się!
Gerhard zazgrzytał zębami.
– Młody, nie rzucaj słów na wiatr. – Kriegsminister położył niedźwiedzią łapę na barku chłopaka. Chwycił go, ścisnął czując frustrację. Co najmniej jakby dzień tamtej bitwy nie dawał mu spokoju… co najmniej jakby coś ukrywał? – Nie znasz pola bitwy, a gadasz takie bzdety, to doprawdy oburzające!
– Zostaw go, Gerhard.
Kriegsminister obejrzał się na Dietricha. Ostatkami wstrzymał się od zarzucenia mu dezercji, gdy tamtego dnia rozstrzygnęły się losy Cesarstwa. Wiedział, że nie każdy został stworzony do wojny, lecz ta ucieczka Landmarschalla spod Hadry tkwiła w duszy wojownika jak drzazga w oku.
Sam też przecież nie był w tej materii święty… musiał to przed sobą obiektywnie przyznać. Tamten dzień miał się kompletnie inaczej potoczyć, lecz zrządzenie losu sprawiło, że bitwa obrała zupełnie inny kierunek, niż zakładał.
Dietrich zabrał Ericha ze sobą, omijając Gerharda i kadetów Leibgwardii. Wspomniał młodemu, że musi odbyć wizytę w „Mokrych Udach”, ale zapomniał landmarschallskiej pieczęci. Poprosił adiutanta, aby udał się do komnat Landmarschalla, na co chłopak prędko przystał. Ruszył ku osobistym biurze swojego przełożonego bez zawahania. Skocznym krokiem odnalazł się tam w oka mgnieniu; bez zbędnego wahania wkroczył do środka.
Gdy tylko Erich złapał z biurka pieczęć, zza pościeli jego łoża, wyłoniła się naga Moraya. Na widok jej ciała, młodzieniec odruchowo zalał się rumieńcem, co niezwykle rozbawiło zdetronizowaną cesarzową.
– Kim jesteś, chłopczyku? – zapytała sugestywnym głosem, opuszczając łoże Landmarschalla. – Dlaczego bez żadnego powodu baraszkujesz w pomieszczeniu naszego władcy?
Erich przełknął głośno ślinę.
– Je… jestem adiu… adiutantem wielce wielkiego Landmarschalla! – wydukał młodzieniec, który nie potrafił zebrać żadnej składnej myśli. – Zapomniał pieczęci i… już mnie nie ma.
Kobieta nie powinna tego robić, lecz nie potrafiła odmówić sobie wprawiania młodych mężczyzn w taką niezręczność. Doskonale wiedziała, że nie mogła być w stosunku do chłopaka bezkarna pomimo faktu, że gdyby chciał, wziąłby ją tutaj bez żadnego problemu. Posiadała coś, czego nie posiadała byle dziewka z burdelu.
Posiadała charyzmę wojowniczego Temuha…
– Jak cię zwą? – zapytała niskim, zadziwiająco stanowczym tonem Moraya.
– Erich
– Zatem Erichu, co według ciebie definiuję prawdziwego mężczyznę?
Chłopak bez zawahania wyrzucił z siebie:
– Męstwo i gotowość do poświęceń.
Moraya zachichotała. Widziała jak jego przyrodzenie nabrzmiało; nie chciała jednak uwolnić go od cierpienia żądzy. Chciała poznać, czy Dietrich wybrał odpowiedniego człowieka. Odkąd ich los splótł się przypadkiem i skierował na jedną drogę, musiała dbać o Landmarschalla…
– A gdyby należałoby się zebrać do podstępu, byłbyś gotowy poświęcić swój honor?
– Byłbym.
Moraya uśmiechnęła się z poczuciem potwornej satysfakcji. Przypominała wilczycę, która zauważyła, że jej potomstwo dorwało bezbronną ofiarę, by zdusić pragnienie głodu. Podeszła do chłopaka i pogładziła go bezwstydnie po twarzy. Złożyła delikatny pocałunek na jego ustach, co wywołało przyśpieszone drganie serca młodziana.
– Wspaniale. – Wyszeptała, posyłając chłopakowi kuszące spojrzenie. – A teraz leć. W swoim czasie pokażę ci, że warto służyć Dietrichowi wiernie.
Erich pokiwał głową i migiem zniknął. Widząc ten pośpiech, kobieta zachichotała. Nie potrafiła pojąć, jak kobiece ciało potrafiło działać na mężczyzn.
Erich razem z Dietrichem prędko załatwili kwestię formalne w „Mokrych Udach”. Rozliczyli wpierw poprzedni wieczór, a następnie zaksięgowali następny wolny termin równo za dwa miesiące. Gromada dziewczynek miała pojawić się w letniej rezydencji Dietricha, która znajdowała się z dala od ciekawskich spojrzeń.
– Od tej pory będziesz mieszkać w moim apartamencie. – Dietrich odprowadził Ericha do drzwi baraków Leibgwardii. – Zgarnij swoje manatki. Zajmiesz nieużywany pokój na drugim piętrze.
Erich prędko wkroczył do baraków. Spędził w nich ostatnie trudne tygodnie. Ciążyło mu się pożegnać ze swoimi druhami, lecz taka dola żołnierza: musiał spełnić rozkaz. Chłopak spakował się paroma ruchami. Nie posiadał za wiele, więc minęła zaledwie chwila, nim Erich razem ze swoim dobytkiem w postaci skromnej torby ponownie widział Dietricha.
Następnie bezsłownie udali się do apartamentów Landmarschalla. Adiutant dopiero teraz miał okazję przyjrzeć się pomieszczeniu. Ten jeden pokój przypominał wielkością cały dom Sołtysa z jego okolic. Na bogato zdobionych ścianach, znajdywały się pojedyncze obrazy, obok których stały półki z księgami i roboczą przestrzenią Dietricha. Osobna przestrzeń została przydzielona na sypialnie, jak i pokój gościnny na piętrze.
Z góry właśnie schodziła Moraya. Ubrana była w krótką spódnicę i wydekoltowaną koszulę. Prezencją skupiła uwagę obu mężów, co wywołało jej oczywisty śmiech.
– Chłopcy widzę, że jesteście styrani. – Podeszła do mężczyzn i stanęła przed nimi w wyzywającej pozie. – Możecie przelać na mnie wszystko, wiecie?
Dietrich podrapał się nieśmiało po głowie, kiedy to Erich rozpalił się na całego. Moraya bezwstydnie to zauważyła i postanowiła przejść do natarcia; złapała za przyrodzenie młodego adiutanta, ściskając je z całej siły.
Skonfundowało to Dietricha.
– Nie mam ochoty, Layro – powiedział Dietrich, używając fałszywie przybranego miana Morayi. – Jednak młodemu należy się „dodatek motywacyjny”.
Nim Erich zdążył zaoponować, jego spodnie wylądowały na ziemi, a jego wielkie przyrodzenie znalazło się między piersiami dzikuski ze wschodu. Erich bywał z wiejskimi dziewuchami, lecz nigdy nie widział w ich oczach takiej śmiałości. Pomimo tego trwał na pozycji, nie chcąc okazać słabości ani kochance, ani swojemu przełożonemu.
Czuł, że Dietrich poddaję go testowi: jeśli nie okaże się mężczyzną, nie będzie godny chronić bezpieczeństwa Landmarschalla.
Dlatego Erich nie mógł pozostać bierny. Złapał za włosy skośnej i postawił ją przy stole. Tam, gdzie kiedyś stały wykwintne dania, oparła się wypięta ku górze Moraya. Młody adiutant przypuścił szturm na cipę wschodniej piękności, co nałożnica skomentowała głośnym jękiem.
– Umiesz ty zadowolić kobietę, co?!
Erich miarowo wyprowadzał kolejne uderzenia. Czuł się jak na placu bojowym, gdzie ćwiczył rzemiosło wojenne. Godzona każdym razem przeciwniczka jednak nie myślała o kapitulacji. Z każdego ciosu wychodziła obronną ręką. Za żadne skarby nie chciała ulec; jęczała wniebogłosy, przyjmując na twarz spazmatyczne miny, zerkając prowokująco w stronę zdębiałego Dietricha.
Moraya widząc w oczach Landmarschalla zdziwienie, pragnęła otworzyć go na rozpustę bez żadnych ograniczeń.
Dietrich pomimo tego trwał niewzruszony, choć nie! Mężczyzna raczej tkwił sparaliżowany. Widok penetrowanej Morayi pobudzał jego wyobraźnie, a serce pompowało szybciej krew do rozchwianego serca. Czuł spływający pot po plecach, lecz w porównaniu do Morayi i Ericha, była to zaledwie skromna część całości.
Młody adiutant w końcu wyszedł ze swojej kochanki zdyszany, jakby ostatkami sił przetrwał ciąg intensywnych ćwiczeń.
– Zajmijmy się teraz naszym przyszłym wodzem – zasyczała ponętnie kurtyzana. Powabnym krokiem podeszła do niczego spodziewającego się Dietricha. Sprawnymi ruchami go rozebrała, a wnet ujrzała jego stojące, skromne przyrodzenie. – Skromnego, wielkie początki…
Moraya zaczęła oblizywać przyrodzenie Dietricha z pasją co najmniej tak, jakby zostali połączeni żywą miłością. Los wówczas nakazywał obu kochankom dawać z siebie wszystko; jednak to nie mogła być tego rodzaju sytuacja. Moraya zżerała fiuta Landmarschalla bynajmniej nie z miłości, o nie. Nie popchnęła go potem na łożę i nie dosiadła go, nie przybierając pełnych obrotów z wyższych uczuć.
Chodziło o to, by zrobić z niego mężczyznę… mężczyznę, który nie będzie wahał się sięgnąć ku najgorszego, by uzyskać władzę.
Zszokowany tym faktem Dietrich, ciężko stęknął z nagłej dawki przyjemności. Całość tak prędko się zmieniła, że wciąż tkwiąc w paraliżu, starał się zachować pozory kontroli. On sam, Moraya, a nawet Erich wiedział, że to bujda, jednak w urzędniczym świecie Landmarschalla pozory były naprawdę ważne.
Mężczyzna objął jędrne pośladki prostytutki i przyglądał się w jej rozpalone oblicze. Oczy kochanki płonęły erotyzmem, a jej biust bujał się sprężyście w rytm dosadnego ujeżdżania. Erich jedynie stał i masturbował się widząc tę scenę. Nie mógł pojąć, jak z jednego dnia surowej, żołnierskiej doli, dostał się do takiego miejsca.
Moraya musiała wyczuć ten przełom w mentalności chłopaka, ponieważ zeszła sprawnie z Dietricha; położyła się ssąc przyrodzenie Landmarschalla w taki sposób, by wypiąć sugestywnie pośladki w stronę Ericha. Młody wojownik wpadł w zastawione sidła; wpierw skrzypnęło łoże, a następnie jaja chłopaka zaklepały o ciało wschodniej piękności. Młody adiutant od razu naparł na rozgrzane ciało kobiety, co wywołało stłumione przez penisa Dietricha jęki.
Landmarschall czując trwający moment, zrozumiał wszystko.
To nie ON posuwał Morayę; jego podwładny właśnie naciskał na jej cipę pełnią sił sprawiając, że potomkini Wielkiego Temuha wyła ze zwierzęcej rozkoszy, a on temu ledwie się przyglądał.
Był bierny… i to był jego błąd.
Nie zdążył jednak z tym faktem wiele zrobić. Pod naporem Ericha, Moraya osiągnęła wymarzony orgazm… co wywołało reakcję łańcuchową: następnie skończył zaskoczony Erich, co również doprowadziło do finału Dietricha. Trójka tkwiła w milczeniu, ciężko oddychając z przyjemności.
Erich poczuł, że jego życie od tej pory będzie tylko lepsze.
Dietrich poczuł, że odkrył podglebie jego kłopotów.
Moraya natomiast utwierdziła się w przekonaniu, że znalazła idealnych pionków do spełniania własnych celów.
Pospolite ruszenie z Mohuncji przyjęło pozycję obronne. Z daleka można było dosłyszeć huk wrogiej jazdy.
Chłopi zabrani ze swoich pól, schronili się za pawężami, wystawiając ku przodowi włócznie. Stali karnie; dotychczas nie przelali wrogiej krwi, a te popołudnie miało być ich chrztem bojowym, kiedy mieli stanąć twarzą w twarz z barbarzyńcami z południa. Pomimo tego, żołnierze byli dobrej myśli.
Tylko Matteo, ich przywódca wiedział, że odgrywają rolę przynęty…
Dlatego, gdy pojawili się konni łucznicy Szachatu, w ostatniej chwili żołnierze skryli się za tarczami. Reszcie chłopów zabrakło refleksu i nie wszyscy zdążyli ukryć się za pawężami. Po salwie strzał, nadeszła fala oszczepów, która nie poczyniła już takich strat jak pierwszy atak. Po dwóch dystansowych ostrzałach, lekka jazda Szachatu sformowana w ostry klin, ruszyła w szarży na chłopów z Mohuncji.
Matteo wydał stosowne rozkazy choć wiedział, że jego ludzie nie będą w stanie ich spełnić i zostaną prędko spacyfikowani…
W tym samym czasie Hans stanął na czele jednej z grup ciężkiej jazdy. Po drugiej stronie wejścia na równiny, stanęli konni Jaquba. Na samym środku drogi prowadzącej do stolicy, stała formacja elitarnej piechoty z Pryssenburga dowodzona przez Kriegsministra Gerharda. Głównodowodzący czuł, że moment kluczowy dla tej wojny zbliża się w mgnieniu oka, lecz to właśnie to czekanie w pasywności było najgorsze.
Konie rżały, jednak reszta wojowników milczała. Panowała absolutna cisza, która została przerwana przez pojawienie się pojedynczego jeźdźca.
– Panie, przekazuję informację z linii frontu! – sapnął czerwony od gorąca Dietrich. Kurczowo ściskał jelce konia, wbijając spojrzenie w grzywę wierzchowca. – Zwiadowca doniósł, że kmiecie z Mohuncji zostali wyrżnięci w pień… co do jednego.
Hans uśmiechnął się; Dietrich natomiast zbladł myśląc, że coś mu się przewidziało. Jego dowódca szczerzył się co najmniej, jakby jego żona oznajmiła mu, że w jej łonie tkwi jego męski potomek.
– Połknęli haczyk – stwierdził chłodno Hans i obejrzał się do swoich ludzi. – Szykujcie się do szarży. Mamy tylko jedną szansę.
Dietrich zaniemówił, gdy Hans wrzasnął:
– Chwała Cesarzowi! Wymordujemy te bezbożne psy, nie dając im pardonu!
Gdy Dietrich poczuł, że spada z konia, reszta otaczających go żołnierzy zawołała spazmatyczny wiwat na cześć wodza. Wywoływali imię Hansa, oddając się radości co najmniej, jakby już zwyciężyli w walnej bitwie. Nikt, oprócz samego Hansa nie widział obolałego Dietricha; gdy spadł z konia legł ubrudzony ziemią, a jego mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa. Dietrich chciał wstać, chwycić za broń i z okrzykiem na ustach ruszyć w bój za swoim wodzem, lecz… nie potrafił.
A Hans nie raczył tego nawet skomentować.
Obdarzył swojego najwierniejszego sługę zaledwie spojrzeniem. Spojrzenie to przeszyło go na wylot. Nie chciał przekazać nim zawodu, wyśmiać Dietricha, czy też upodlić go na oczach wszystkich żołnierzy. Zwyczajnie, przekazywał prosty komunikat:
– Znaj swoje miejsce, tchórzu.
Niedługo potem, Hans doprowadził do miażdżącego zwycięstwa nad Szachatem, kiedy jego wierny sługa zwiał z pola bitwy.
Wiedząc, że nie nadaję się do wielkiej polityki…
Letnia rezydencja Dietricha mieściła się pod Pryssenburgiem. Otoczona gęstym lasem, skrywała się z dala od zewnętrznego świata.
Z dala od ciekawskich oczu, które mogłyby podejrzeć to, co nie powinno zostać dostrzeżone.
– Czy wszystko zostało przygotowane?
Dietrich siedział za biurkiem. Do ostatniej chwili przed “biesiadą” ślęczał nad pracą. Otoczony księgami w ciasnym pomieszczeniu zawsze potrafił skupić się wyłącznie na pracy. Jednak tego dnia, czuł się rozproszony; ręce mu się delikatnie trzęsły, a myśli odlatywały razem ze spojrzeniem ku oknu. Znajdował się tam plac na którym selektywna grupa Leibgwardii przeprowadzała rutynowy trening przed dzisiejszym wieczorem.
– Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, Landmarschallu – oznajmił Fryderyk. Bacznie przyglądał mu się Erich. Obdarzał go spojrzeniem pełnym nieufności, co wprawiało Landkazlera w dyskomfort. – Dziewczynki powinny zaraz dojechać, a za nimi pojawią się możni razem z biskupem Hippusem.
Dietrich skinął ręką. Spojrzał na młodego adiutanta; jego spojrzenie prędko z niechęci przeszło w lodowaty profesjonalizm. Kątem oka Dietrich zerknął też na śpiącą w baldachimowym łożu Morayę. Co prawda mebel był ledwie widoczny przez szparę w drzwiach, ale po fragmencie jej ciała mógł stwierdzić, że kobieta ledwie udaje sen.
Ale musiał przyznać, że robi to bardzo dobrze… co najmniej, jakby zdarzyło jej się kiedyś udawać martwą.
Fryderyk opuścił izbę, lecz kiedy dopiero wyszedł z całości apartamentu Dietricha, dopiero gospodarza rzucił:
– Erichu, czy twoi ludzie są gotowi?
Młody chłopak z zapałem skinął głową.
– Oczywiście, Landmarschallu! – Chłopak wyprostował się w mig. – Każdy otrzymał stosowne rozkazy.
– Musicie pilnować przede wszystkim syna Hansa – polecił Dietrich. – Będzie jak nic próbował coś kombinować. Leć do ludzi, Erich. Powodzenia.
Dietrich wstał i podał podwładnemu rękę. Chłopak nie był w stanie w to uwierzyć; poznał już Landmarschalla, ale znając realia świata nie spodziewał się, że jako sługa będzie mógł być obdarzony aż takim szacunkiem. Erich naładowany entuzjazmem, wybiegł bez zastanowienia. Wtedy, po odliczeniu precyzyjnie stu trzydziestu pięciu, Moraya powstała z łoża. Będąc całkowicie naga, podeszła przed biurko Dietricha. Ciało skośnookiej piękności dalej działało mu na wyobraźnie, lecz postarał się pozostać w skupieniu.
– Masz ochotę na małe co nieco?
– Przestań zgrywać dziwkę, Morayo. – Dietrich westchnął ciężko. – Musimy się skupić. Od tego wieczoru może zależeć, czy zostanę Landeshauptmannem, to nie przelewki.
Moraya podeszła do mężczyzny i nie słuchając go, usiadła mu na kolanach.
– Misiu, właśnie dlatego chcę zrobić ci dobrze. – Sprawnie zeszła pod biurko, dobierając się do spodni Dietricha. – Musisz tego wieczoru być silny… więc kiedy teraz pobaraszkujesz…
– Dosyć! – Landmarschall uderzył pięścią w stół. – Słyszysz co do ciebie mówię, tępa dziwko?! Albo zaczniesz mnie słuchać, albo każe cię wybatożyć!
Zapadła lodowata cisza. Serce Dietricha zaczęło niemiłosiernie kuć; czuł niezwykłe poczucie winy. To, co przed chwilą zrobił zdecydowanie nie było częścią siebie, którą znał. Ta strona duszy… przerażała go po stokroć. Pomimo tego, że jego krew nabrała wrzącego ciepła, a serce zaczęło jakby bić żywszym rytmem.
Moraya natomiast nie czuła przeciągłego strachu. Wcale nie zbladła. Ani trochę nie odskoczyła jak poparzona od Dietricha, rażona wrzaskiem Landmarschalla. Patrzyła mu prosto w oczy, czując dumę… i potworną satysfakcję.
Następnie, Dietrich złapał ją za szyję i bezwstydnie pocałował… a potem brał ją, gdyby pojmał ją jako jeńca. Od każdego ruchu, Moraya czuła, że rozwój jej kochanka zmierza w wybitnym kierunku. To, jak podduszał ją swoim przyrodzeniem przy robieniu loda… jak penetrował ją bez litości na pieska przyciskając głowę nogą do łoża, by na końcu zdjąć pasa i zbić do czerwoności jej pośladki.
Tak, erotycznie stał się mężem… pytanie tylko, czy pozwoli to stać się politycznym graczem… politycznym mordercą…
Nim Dietrich się obejrzał, a damy już zapełniły wszystkie piętra rezydencji. Głównie zalecały się do strażników i służby, lecz trwali oni na posterunkach wiernie. Przypominali wojowników, którzy cierpliwie czekali na rozpoczęcie walnej bitwy. Dietrich widząc ich wierną postawę, mimowolnie się speszył. Postarał się odgonić wspomnienie z przeszłości, aby impresja z bitwy pod Hadrą nie zamydliła mu obrazu przyszłości. Wiedział, że rozgrzebywanie dawnych błędów w żadnym stopniu mu nie pomoże, a przecież musiał przeć dalej bez wątpliwości.
Z przybranym uśmiechem zaczął witać zaproszonych możnych kościoła i szlachty. Wpuścił ich do środka, pozdrawiając wszystkich i nawiązując nić dialogu. W tej prędkiej wymianie słów, odnajdywał się jak ryba w wodzie; miał pamięć do zapamiętywania obskurnych faktów o poszczególnych osobach, co bywało niezwykle przydatne w kontaktach interpersonalnych… szczególnie tych na szczeblu politycznym.
– Biskupie Hippusie, niezmiernie cieszy mnie twoja obecność. Specjalnie dla świątobliwości zamówiłem to czerwone wino, o którym ostatnio rozmawialiśmy.
Duchowny o głowie przypominającej rozdętą dynie, uśmiechnął się; Dietrich nie bez zdziwienia dostrzegł, że dwa siekacze błyszczą złotem.
– Ach, Landmarschallu, doprawdy potrafisz zadbać o swoich gości. – Biskup nachylił się dyskretnie w stronę gospodarza. – Lukrecja… jest we twoich włościach?
– Tak, razem z Eloną na drugim piętrze, w pokoju przy schodach z banią gorącej wody.
Hippus rozszerzył zębiska jak hieny widzące padlinę. Poklepał Dietricha po plecach, a następnie ruszył ku schodom rezydencji.
Dietrich już zamierzał oddalić się, lecz widząc nadjeżdżający orszak, nie mógł odwrócić się na pięcie. Oddział na około dwudziestu ciężkozbrojnych jeźdźców prowadził rudowłosy syn Hansa, Otto. Zimne jak stal i płonące włosy z bujną brodą odziedziczył po ojcu. Ściskał lejce wierzchowca z siłą emanującą wprost z jego serca; organ ten pompował krew nie po to, aby żyć…
A raczej po to, aby się zemścić za śmierć ojca.
– Dietrichu, przyjmij moje najszczer…
– Otto, stop – Landmarschall bezceremonialnie przerwał mężczyźnie. – Nie musimy w sposób surowy przestrzegać protokołu. Wiedz, że byłem z twoim ojcem naprawdę blisko i szczerze czuję pustkę wypełniającą moje se…
– Teraz ty się zamknij, Landmarschallku. – Barczysty mężczyzna zeskoczył z konia, a następnie zmierzył chłodnym spojrzeniem Dietricha. Pod presją spojrzenia czuł się, jakby stał przed nim Hans. – Gówno możesz wiedzieć, co czuję. Śmiesz kandydować przeciwko mnie? W porządku. Wiedz jednak, że z twoim podejściem, kiedy losy Cesarstwa wisiały na włosku, nie wytrwałeś na posterunku. Zwiałeś jak kundel, którym jesteś.
Otto splunął pod buty Dietricha.
– I ja tego psa pokonam, Dietrichu.
Przez ułamek sekundy, Dietrich chciał ukrócić o głowę Otta… jednak wtedy opanował go skrywany głęboko strach. Strach, który rozpłynął się po całym ciele i uniemożliwił mu ruch. Syn zamordowanego władcy mimowolnie się uśmiechnął; musiał wyczuć, że ciało jego oponenta politycznego odmówiło z nim współpracy.
– Masz tupet tutaj przybywać, jeśli mną gardzisz.
– Nie dość, że się rozerwę, to jeszcze za twój koszt. – Z lodowatego knowania, Otto nagle przeszedł w gwałtowny śmiech. – Wspaniale sobie to wykoncypowałeś, Landmarschallku.
Dietrich nienawidził upupiania. Po raz kolejny nabrał chęci, aby dobyć sztyletu i wbić go w wprost w krtań swojego wroga. Chciał zobaczyć jego szkarłatną krew, jak upadłby na ziemię, próbując desperacko złapać oddech.
Lecz… wizja mordu po prostu się nie mogła wydarzyć.
Dietrich przecież nie był mordercą.
– Nie możemy rywalizować w sportowym charakterze?
Otto postawił dwa kroki; wpatrywali się sobie na dystansie do tego stopnia bliskim, jak to robią między sobą kochankowie.
– Skąd ty się urwałeś, Dietrichu? – zapytał z kpiącym uśmieszkiem Otto. – Naprawdę myślisz, że polityka przypomina w jakimś stopniu sport? Jest tylko jeden punkt zbieżny. – Otto ruszył przed siebie, ostentacyjnie stykając się ramionami z Dietrichem. – Może być tylko jeden zwycięzca.
Dietrich zaniemówił.
– Ty się nie… nie boisz, że w środku są skrytobójcy?
Otto sekundę przed tym, nim wybuchnął śmiechem, nie był w stanie uwierzyć w to, co słyszał. Następnie, złapał się za brzuch, a falę radości zaczęły opanowywać całe jego ciało. Śmiech w uszach Dietricha odbijał się jak dzwony kościelne i czuł, jakby ten śmiech był w stanie usłyszeć każdy mieszkaniec Cesarstwa.
– Ty i skrytobójcy? Zatrute wino? Prędzej uwierzę, że dymasz córkę cesarza.
Dietrich w duszy się uśmiechnął.
– Daleko żeś się nie pomylił.
Po tak gwałtownej wymianie zdań, Dietrich postanowił wkroczyć do rezydencji. Jego ręce dygotały, więc złapał niesiony przez sługę kieliszek wina. Opróżnił go jednym łykiem. Mężczyzna czuł, że buzujące w nim emocje przejmują nad nim kontrolę. Mieszanina strachu z przeszłości, wstydu z teraźniejszości i stresu o przyszłość same skierowały go na tyły letniej rezydencji.
Prędko pokonał zadbany ogród, ignorując bawiących się gości. Ktoś popijając szampana, próbował zaimponować językowymi zdolnościami panny lekkich obyczajów. Inni dyskutowali o polityce; według zasłyszanych relacji, Szachat miał finansować bandy Kuhów na pograniczu z Imperium Posmańskim, gdzie odbywały się wiernie cytując „ruchawki śniadych z śniadymi”. Mężczyzna mimowolnie chłonął te wiedzę, ta otwartość na wiedzę wszak wyniosła go do tak wysokiego stanowiska państwowego.
Lecz, czy będzie w stanie sięgnąć jeszcze wyżej, jeśli na szali zostanie postawiona moralność idealisty?
Dietrich odsuwał od siebie te myśli. Wprawnym krokiem ominął labirynt z żywopłotu, starając się ignorować miłosne podboje któregoś z gości w nim się znajdującym. Po drugiej stronie ogrodowej łamigłówki, znajdowała się opuszczona stajnia. Dietrich wkradł się do niej dyskretnie, a następnie poczuł chłód stali na swojej szyi.
– Idioci, to przecież Landmarschall! – zawołał oburzony Erich, który widząc swojego przełożonego, przykląkł żwawo na jednym kolanie. – Coś się stało?
– Syn Hansa się pojawił. – Dietrich nachylił się do ucha swojego przybocznego. – Należy zachować najwyższą ostrożność. Skoro się zjawił, zapewne otoczył okolicę swoimi ludźmi. Musicie to sprawdzić.
Erich zasalutował, a następnie zaczął wydawać komendy swoim ludziom. Z trzaskiem odezwały się wrota stajni, z której wyskoczyła para jeźdźców, a następnie uformowały się dwa oddziały zbrojnych. Wyruszyli oni do okolicznych lasów, gdzie gdy tylko się rozdzielili i odeszli na krótki dystans, napotkali na siły wroga.
Jednak Dietrich nie mógł o tym jeszcze wiedzieć. Nie wiedział, że tego wieczoru, zwanego później w kronikach “Krwawym Burdelem” wielu z jego ludzi nie opuści o własnych siłach.
Hans w ostatniej chwili wstrzymał się z wydaniem rozkazu do szarży.
Zauważył wrogie zastępy jazdy, lecz fakt, że w dalszym ciągu walczyły z pospolitym ruszeniem z Mohuncji nie dawał mu spokoju. Zawołał do siebie zwiadowcę, który podał mu mylne doniesienie. Gdy ten tylko zeskoczył z konia, dowódca koalicji antyszachatowskiej kopnął go prosto w twarz.
– Śmieciu, jak śmiesz raportować sytuację niezgodną z prawdą?
– Pszyszęgam, sze nie wisziałem szadnych sził – zaskomlał wijący się z bólu zwiadowca. – Kurwa, pszyszęgam!
Hans kalkulował prędko; zrozumiał, że wcześniej założony plan może dalej się udać, jeśli tylko przejmą inicjatywę. W wcześniejszym układzie, to Szachat miał rzucić się na siły Gerharda, a w tym układzie wojska koalicji będą musiały ruszyć na wojska wroga, zamykając ich w kleszczach.
– Paul! – Drugi z zwiadowców podjechał do Hansa. – Jedź do naszych piechurów, niech przypuszczą natarcie.
– Przecież oni się okopali, jak mają nagle…
– To nie twoje zmartwienie, synku. – Hans splunął na ziemię, chwytając mocniej za lejce wierzchowca. – Gerhard nie takie manewry wykonywał. Na co kurwa czekasz, zapierdalaj!
Zwiadowca z biegiem wiatru ruszył, a Hans uniósł dwuręczne ostrze ku górze. Żołnierze po bitwie wspominali, jakby nad sylwetką ich wodza w tym momencie bóg zesłał oślepiający blask, ponieważ słońce odbijało światło wokoło zebranych jeźdźców. Hans, dowódca koalicji mającej ocalić kontynent przed najazdem Szachatu, miał być ostrzem światłości na nadchodzące wojska mroku.
Hans nie musiał zatem wiele mówić. Ryknął jedynie słowa, które rozróżniały największych dowódców, od tych miernych:
– Za mną!
Z rykiem na ustach, jazda Hansa wtórowała swojemu wodzu. Prędko gestami przekazał rozkazy dotyczące poszerzenia formacji, które zostały przekazanie reszcie. Zatem, kiedy atak jazdy wyruszał znad wzgórza, przypominał półksiężyc, który momentalnie zwalił się na lewą flankę wojsk Szachatu. Niedługo potem, podobnego uderzenia dokonała jazda pod dowództwem Jaquba, a od frontu po chwili zostało wykonane natarcie piechoty Gerharda.
Krótko mówiąc, walna część wojsk Szachatu została okrążona w pierścieniu walki… a to oznaczało rzeźnię.
Hans wbił się w sam środek sił wroga, siejąc razem ze swoimi przybocznymi spustoszenie. Każdy zadawany cios kończył się śmiercią dla oponentów; mężczyzna przypominał rzeźbiarza, który za każdym ruchem dłuta, zbliżał się tylko bliżej do ukończenia dzieła sztuki. Sztuką Hansa jednak była wojna i widzący to wojownicy Szachatu, zaczęli uciekać przed potęgą jazdy Cesarstwa. Hans jednak szarżował dalej i dalej, aż dotarł do ostatków pospolitego ruszenia z Mohuncji.
Ich Landeshauptmann Matteo zwany później Mateem Skaleczonym, przyjął na napierśnik cios berdysza szachackiego olbrzyma. Powalił go na ziemię, a następny raz odciął mu nogę. Ostatni cios zapewne pozbawiłby go życia, lecz godzony w plecy przez Hansa, wróg nie miał okazji dokończyć dzieła.
– Chłopy, czmychajcie! – ryknął Hans, unosząc utopione we krwi ostrze. – Nadeszła pora zemsty na wrogu!
Poborowi z Mohuncji dwa razy się nie zastanawiały; złapały za swojego dowódcę i wycofali się z pola bitwy. W następnych minutach rozegrała się walna część bitwy, gdzie żołnierze koalicji wymordowali pod Hadrą tysiące wojsk Szachatu. Niedługo później doszło do rozejmu, który doprowadził do Wieczystego Pokoju między państwem południa, a Cesarstwem i resztą państw zachodnio-północnej półkuli.
Pomyśleć, że całość rozejmu w dłuższej perspektywie miał się zachwiać od wydarzeń, które jakiś czas później odbywały się pod Pryssenburgiem.
Gdy tylko uczta w willi Dietricha się rozkręciła, zaczęło się pole do tworzenia polityki.
Najważniejsi ludzie z Hrabstwa i innych państewek Cesarstwa znaleźli się na ostatnim piętrze. Przy długim stole wypełnionym daniami i alkoholem, przy towarzystwie najpiękniejszych kurtyzan, toczyły się dotychczas swobodne rozmowy. Biskup Hippus komplementował nogi jednej z pań, burmistrz Wenny natomiast właśnie kierował jedną z kobiet pod stół, kiedy inna z nałożnic bez zbędnych pozorów dogadzała ustami pierwszemu ministrowi z Bregencji.
Sam Dietrich właśnie miał dobierać się do jednej z pań, nawet włożył jej palce pod majtki. Buszując między jej nogami rozejrzał się po raz ostatni po sali. Po swojej prawicy miał adiutanta Ericha, lewicy drugiego wiernego strażnika. Po obu stronach wejścia stacjonowała również gwardia honorowa. Pomimo faktu obecności Otta, który właśnie obracał na stole drobną chłopkę, Dietrich czuł się stosunkowo bezpiecznie.
Czuł status quo… zostało jednak ono obalone otwarciem się szeroko drzwi, w których pojawił się Matteo Skaleczony.
Całość sali momentalnie zamarła; nawet Otto przestał posuwać prostytutkę, podobnie reszta odzyskała resztki moresu. Widząc przed sobą wysokiego mężczyznę ozdobionego licznymi bliznami, razem z drewnianą protezą nogi, wszyscy zyskali na powadzę.
Szczególnie Dietrich, który obawiał się, że stracił wszystkie asy ze swojego rękawa.
– Cóż to za burdelik tu powstał, co?
To rozładowało atmosferę, jednak waga samego spotkania nagle zauważalnie wzrosła. Bohater spod Hadry zdecydował usiąść się po równoległym końcu stołu, mierząc bacznym spojrzeniem Dietricha. Pogarszał dawnym dezerterem, lecz nie okazywał tego mimiką. Przyjął maskę gościa i spoglądał na pocącego się Landmarschalla.
Reszta przyjęła ten komentarz z głośnym rechotem i kontynuowała zatracanie się w rozpuście. Dietrich czując, że sytuacja zaczyna mu się wyrywać spod kontroli, złapał za kielich. Wstał i uniósł go w górę wołając:
– Pijmy za cześć poległym w wiktorii hadriańskiej!
– Chwała!
Następnie, zaczęły pojawiać się kolejne spontaniczne toasty, a z każdym z nich towarzystwo wyłącznie się bardziej spoufalało. Paru z gości zaczęło już bez zbędnych konwenansów zabierać się za prostytutki. Jeden z nich przygniótł pannę do stołu i penetrował ją, jakby była jego wojennym łupem. Biskup Hippus natomiast dawał się ujeżdżać przez filigranową pannę, klepiąc ją bez opamiętania po okrągłych, małych pośladkach.
Jedynie syn Hansa, Matteo i Erich nie oddawali się rozrywkom. I to zapewne uratowało im życie.
Dietrich mrugnął, a nagle z hukiem wyrywanych drzwi, w pomieszczeniu pojawili się zamaskowane draby. Dietrich ledwie kątem oka dostrzegł poległych przy wejściu strażników, nim padły kolejne trupy. Nożownicy obierali wyłącznie za cel mężczyzn; Hippus przez rzut nożem stracił oko, a burmistrz Wenny właśnie wykrwawiał się na podłodze, godzony w tętnicę szyjną. Fontanna krwi oblała okoliczne panny, które zaczęły spazmatycznie wrzeszczeć… i to właśnie ten krzyk i metalowy chwyt adiutanta Ericha, wybudził z paraliżu Dietricha.
Dwójka mężów stanęła, opierając się o swoje plecy, przyjmując defensywne pozy. Ta dwójka razem z Matteo i rudowłosym Ottem odpierała natarcia morderców odpowiadając mordem za mord.
Dietrich natomiast trzymając w prawej miecz, a w lewej sztylet jedynie parował uderzenia agresorów. Jego adiutant zajmował się sieczką, gdy ten biernie starał się przetrwać. Kątem oka widział, że Matteo pomimo protezy, sprawnie radził sobie z zabójcami; przypominał starego niedźwiedzia, którego dwójka młodszych bezskutecznie próbowała powalić. Natomiast syn Hansa zatopił się we krwi… mordował bez litości wrogów nie dbając, czy nadejdzie jutro.
Widząc tę nienawiść, Dietrich poczuł, że jego dusza otwiera się na nowe doznania. Natarł na skrytego za maską łotra; pchnięcie zostało prędko zrzucone na bok, a nóż Dietricha nie sięgnął skrytobójcy. Morderca objął oburącz miecz, czując triumf i sławę pogromcy Landmarschalla…
Jednak Dietrich ani myślał tutaj ginąc. Bez większego zastanowienia, rzucił się na zabójcę; ten będący w szoku, padł na ziemię, a Landmarschall wiedziony instynktem siał cios za ciosem prosto w twarz skrytobójcy.
Każdy z nich trwał dla Dietricha jak wieczność. Czuł siłę ciosów, ich efekty, a na domiar złego czuł, jak z każdym uderzeniem życie uchodziło z zabójcy. Dietrich jednak nie przestawał, a wręcz tłukł tylko bardziej, nie znając litości. Nawet w momencie, kiedy do sali wparowali strażnicy i wymordowali resztki skrytobójców, Dietrich dalej napastował swojego podstępnego oprawcę.
Choć pytanie, kto tutaj był prawdziwym oprawcą?
– Co to, kurwa, było?! – zawołał roztrzęsiony Otto. Ledwo był w stanie utrzymać z nerwów rękojeść ostrza. – To był twój plan, Dietrichu?! Psi synie, pożałujesz tego. – Syn Hansa podszedł przed oblicze Landmarschalla. – Nie odbędzie się żaden wiec. Sam sobie tę władzę wezmę!
Adiutant Dietricha nie zdążył nawet zareagować; Otto tak szybko jak pojawił się w pomieszczeniu, tak szybko z niego zniknął.
Wtedy Dietrich uświadomił sobie, że był właśnie świadkiem rozpoczęcia wojny domowej w Pryssenburgu.
Gdy tylko Dietrich i Erich wyruszyli do letniej rezydencji, Moraya zaczęła działać.
Pojawiła się w izbie Gerharda kompletnie naga. Możny, który ślęczał nad dokumentacją od razu się rozbudził. Dotychczas nie miał okazji być sam na sam z Morayą; Dietrich w jego rozumieniu zachował tę kobietę dla siebie i bardzo skrupulatnie jej pilnował. Jednak w momencie, kiedy wyruszył do letniej rezydencji, czy miałby się dowiedzieć czegokolwiek, do czego miałoby dojść między nim, a tą wschodnią dziwką?
Zatem bez większego zastanowienia, Gerhard zostawił papiery i ruszył z powagą żołnierza w stronę Morayi.
– Wiem, że zdradziłeś pod Hadrą.
Gerhard zachwiał się, jakby dostał obuchem w tył głowy.
– W momencie szarży wojsk koalicji, miałeś wycofać swoich żołnierzy za cenę przywództwa w Pryssenburgu pod zarządem Szachatu. – Moraya kładła krok za krokiem kręcąc uwodzicielsko biodrami. Ustawiła się w taki sposób, aby jej jędrny biust został eksponowany w stronę Gerharda. Ten, prędko obudził się z letargu i ruszył żwawym krokiem w stronę Morayi. – Jeśli mnie zabijesz, potwierdzisz tylko moje zarzuty, które odpowiednio ukryłam dla Dietricha.
To wstrzymało intuicję Gerharda. Zaczął ciężko oddychać. Pod wpływem ucisku w klatce piersiowej, opadł na krzesło. Czuł, jak życie wymyka się z jego serca. Czuł, że jeszcze moment, a Śmierć zabrałaby go z tego świata i zostałby zapamiętany jako bohater wojenny, ale nic więcej…
A przecież ambicję miał znacznie większe.
– Kim ty… kim ty jesteś, dziwko?!
Moraya uśmiechnęła się złowieszczo; ten widok przeraził Gerharda. Za mrugnięciem oku zniknęła ponętna nałożnica Dietricha, a przed jego obliczem pojawiła się niebojąca się przelania krwi żelazna dama. Wpatrywała się w niego z lodowatą niechęcią, graniczącą z nienawiścią osoby, której zostało odebrane wszystko.
– Zwą mnie Morayą, jestem córką i jedyną dziedziczką Wielkiego Temuha. – Moraya wysoko zadarła podbródek. – A ty psie, sprzymierzyłeś się z państwem odpowiedzialnym za wszystko to, co złego spotkało mnie w życiu. Jestem jednak łaskawa. – Moraya zgrabnym krokiem przeszła do łoża. – Jeśli pozostaniesz mi wierny, nie zdradzę twojego sekretu, a z całą pewnością coś zyskasz.
– Przecież zawarłaś układ z Dietrichem – zwrócił uwagę Gerhard. Opanował bicie serca, lecz adrenalina wciąż ściskała jego głowę. – Jaką mam gwarancję, że nie chcesz mnie wystawić jak na dłoni?
– To bardzo proste. – Moraya wzruszyła ramionami. – Dietrich się zmienia, ale może nie podołać. Jesteś moją polisą ubezpieczeniową.
Gerhard gwizdnął.
– Szczeraś. To cecha szczególna twojego narodku, co?
– Dokładnie. – Moraya po raz kolejny przyjęła swój uwodzicielski, błyszczący uśmiech. – Masz aktualnie dwie możliwości: albo wyruchasz mnie jakby jutra miało nie być i przyjmiesz mój układ, albo jutro zostaniesz ścięty za zdradę stanu.
Cóż mąż takiego stanu jak Gerhard mógł zrobić, jak tylko przyjąć tę korzystną ofertę kapitulacji od wschodniej cesarzowej?
Zamiatacz
Jak Ci się podobało?