Dziedzictwo Cienia

27 maja 2026

19 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Podróż do posiadłości Juliana przypominała dobrowolne wchodzenie w paszczę bestii. Leonora obserwowała przez szybę taksówki, jak krajobraz za oknem gęstnieje, przechodząc z łagodnych wzgórz w poskręcane, czarne sylwetki drzew, które zdawały się wyciągać sękate palce w stronę pojazdu. Kierowca milczał, a jego nerwowe spojrzenia w lusterko wsteczne mówiły więcej niż jakakolwiek przestroga. Przed nimi wyrósł mur, był wysoki, pokryty mchem i zwieńczony zardzewiałymi kolcami. Wtedy właśnie poczuła pierwszy dreszcz niepokoju.

Wysiadła na dziedzińcu rezydencji, a dom natychmiastowo przytłoczył ją swoim ogromem. Była to budowla z szarego kamienia, pełna ostrych kątów i rzeźbionych gryfów, które zdawały się śledzić każdy jej ruch. Julian czekał na schodach. Jednak nie wyglądał jak potwór z opowieści miejscowych. Stał tam, ubrany w nienaganny garnitur, z dłońmi splecionymi za plecami. Jego blond włosy lśniły w gasnącym świetle dnia, a sylwetka emanowała spokojem, który jakimś cudem był bardziej niepokojący niż jawna agresja.

- Pani Leonora – powiedział wyciągając rękę przed siebie i spoglądając na zegarek, a dźwięk jej imienia w jego ustach sprawił, że powietrze nagle zgęstniało. - Punktualność to cecha ludzi, którzy szanują rzemiosło. Zapraszam do środka. Zapraszam do miejsca w którym twój świat zewnętrzny przestaje istnieć.

Pierwsze dni były nauką przetrwania w ciszy. Posiadłość była labiryntem korytarzy, w których echa kroków Leonory wydawały się zbyt głośne. Gospodarz rzadko się pojawiał, ale czuła jego obecność w każdym pomieszczeniu. To był specyficzny rodzaj obserwacji bo nie widziała nigdzie kamer, ale wiedziała, że on wie, gdzie ona jest. Czasem wręcz czuła na karku ciężar jego spojrzenia, gdy pochylała się nad meblami w warsztacie, który dla niej przygotował.

Wieczory w posiadłości były najgorsze. Mrok nie rozpraszał się tu pod wpływem elektrycznego światła, on zdawał się w nie wgryzać. Julian zaczął odwiedzać ją w bibliotece, gdzie pracowała nad najcenniejszymi okazami. Nie pukał. Po prostu pojawiał się w cieniu drzwi, trzymając w dłoni szklankę z whisky, której bursztynowy odcień korespondował ze złotymi iskierkami w oczach Leonory.


- Dlaczego to robisz? - zapytał niespodziewanie czwartej nocy. Stał tak blisko, że czuła zapach jego perfum: drzewo sandałowe i coś chłodnego, jak stal.

- Przywracam im życie - odparła, nie podnosząc wzroku znad dłuta. - Każdy przedmiot ma duszę, która została stłamszona przez czas.

- Dusze bywają niebezpieczne, Leonoro - mruknął, robiąc krok w jej stronę. - Niektóre rzeczy lepiej zostawić w mroku. Możliwe że są martwe z jakiegoś powodu.

Jego dłoń nagle spoczęła na blacie biurka, tuż obok jej ręki. Julian miał długie, smukłe palce, ale biła od nich surowa, nieokiełznana siła. Poczuła, jak krew uderza jej do policzków. Był w nim magnetyzm, któremu nie potrafiła się oprzeć, choć instynkt przetrwania krzyczał, że ten człowiek jest drapieżnikiem. Pochylił się nad nią, a jego oddech muskający jej ucho sprawił, że drgnęła.

- Jesteś taka drobna w porównaniu do tych ciężkich mebli - zauważył, a w głosie pojawiła się nuta ciemnej fascynacji. - Wyglądasz, jakbyś mogła się złamać pod najmniejszym naciskiem. A jednak... masz w sobie hart ducha, który mnie irytuje i intryguje.

Odwróciła się gwałtownie, a jej twarz znalazła się zaledwie centymetry od jego klatki piersiowej. Był wyższy, szerszy, całkowicie dominujący w tej małej przestrzeni biblioteki.

- Nie jestem przedmiotem do renowacji - syknęła, choć jej oddech stał się rwany.

- Oh, oczywiście, że nie - uśmiechnął się, ale jego niebieskie oczy pozostały lodowate. - Przedmioty można naprawić. Ludzi można jedynie złamać i ulepić na nowo według własnej woli.


Z każdym dniem granice między jej profesjonalizmem a rosnącą obsesją na punkcie gospodarza zacierały się. Leonora zaczęła zauważać szczegóły, które nie pasowały do obrazu bogatego kolekcjonera. Julian odbierał telefony o trzeciej rano, a jego głos, zazwyczaj aksamitny, stawał się wtedy szorstki i bezlitosny. Widziała go przez okno, jak rozmawiał z mężczyznami o twarzach wyciętych z granitu, którzy traktowali go z niemal religijnym lękiem.

Zaczęła nawet o nim śnić. W tych snach biblioteka nie była miejscem pracy, lecz klatką, a Julian nie był pracodawcą, lecz strażnikiem, który zamiast kluczy używał dotyku. Budziła się spocona, z sercem walącym w piersi, czując na skórze fantomowy ucisk jego dłoni.


Szóstego dnia niebo przybrało barwę siniaka. Barometr w holu gwałtownie spadł, a wiatr zaczął wyć w kominach jak potępieniec. Julian stał przy oknie w salonie, obserwując nadciągający sztorm.

- Droga do miasta zostanie zalana w ciągu godziny - powiedział, nie odwracając się. - Nikt nie przyjedzie, nikt nie wyjedzie. Jesteśmy tu tylko my, Leonoro. Sam na sam z naszymi demonami.

Spojrzał na nią przez ramię, a bladość jego oczu w tym świetle była wręcz nieludzka. Leonora poczuła, że to ostrzeżenie. Powinna była spakować się wcześniej. Powinna była uciec, zanim niebo pękło. Ale zamiast tego, pędzona niewytłumaczalnym impulsem, wróciła do biblioteki, by dokończyć pracę nad XVII-wiecznym kabinetem. Chciała ukryć się w rzemiośle, uciec w strukturę drewna przed intensywnością mężczyzny, który sprawiał, że czuła się bardziej żywa i jednocześnie bardziej zagrożona niż kiedykolwiek wcześniej.

Wiatr uderzał co rusz w wąskie, gotyckie okna biblioteki z siłą, która sprawia, że szyby drżały w starych, ołowianych ramach. Deszcz bije w kamienne mury Dworu Juliana jak tysiące igieł, tworząc nieskończoną, monotonną symfonię izolacji. Leonora pochyliła się nad masywnym dębowym biurkiem, w dłoni trzymając delikatny pędzelek z włosia łosia. W świetle lampy naftowej jej wielokolorowe oczy, w których zazwyczaj tańczą złote i zielone iskierki, teraz są skupione tylko na jednym punkcie - na złożeńcu XVII-wiecznego kabinetu, który wymaga jej precyzji. Powietrze pachnie starym drewnem, woskiem pszczelim i dymem z kominka, ale pod tą warstwą historii czuje ona coś innego. Zapach, który nie pasuje do muzealnej ciszy. Metaliczny, ostry zapach prochu i chemikaliów.

Jej palec, pewny i stabilny przy pracy nawet z najdelikatniejszymi porcelanami, teraz drży nieznacznie, gdy dotyka krawędzi wysuwanej szuflady. „To nie powinno tu być”. Wewnątrz, pod warstwą zżółkłego papieru pakowego, leży czarny, matowy pistolet i plik dokumentów opatrzonych pieczęciami, które widziała tylko w filmach gangsterskich. Leonora wstrzymuje oddech. Serce uderza jej o żebra tak mocno, że słyszy szum krwi w uszach, zagłuszający warkot burzy za oknem. Wie, że powinna zamknąć szufladę. Powinna odwrócić się i wyjść, udawać, że niczego nie widziała, że jej oczy są tylko dla zniszczonych fornirów i sęków.

Jednak ciekawość, ta przeklęta cecha, która czyni ją tak dobrą w odnajdywaniu sekretów i przedmiotów, każe jej sięgnąć po papier. Karty które dotyka są chłodne i gładkie. Wzrok ślizga się po tabelkach, liczbach, nazwiskach. Transport broni. Pranie pieniędzy. To nie jest renowacja antyku, to odkrywanie własnego grobu. Nagle drzwi biblioteki otwierają się z hukiem, który nie ma nic wspólnego z wiatrem. Julian stoi w progu. Jego średnia karnacja i blade, niebieskie oczy zdają się wchłaniać słabe światło, a blond włosy są lekko rozwichrzone, jakby właśnie wrócił z długiego spaceru po ogrodach w samym centrum sztormu.

- Nieumiejętne naruszanie prywatności jest tak wulgarne - mówi Julian. Jego głos jest niski, głęboki, ale pozbawiony jakiegokolwiek wyrazu wściekłości. Brzmi raczej jak wykład akademicki o błędach metodologicznych.

Leonora prostuje się gwałtownie, upuszczając pędzelek, który z cichym stukiem ląduje na dywanie. Jej smukła sylwetka napina się pod materiałem koszuli. Próbuje ukryć dokumenty za plecami, ale gest jest dziecinnie naiwny. Julian wchodzi do środka, zamykając drzwi za sobą. Kliknięcie zamka brzmi jak wyrok. Jego obecność wypełnia pomieszczenie, wypierając tlen. Jest elegancki, umięśniony pod dobrze skrojonym garniturem, ale to siła woli, a nie mięśnie, czyni go tak przerażającym. Podchodzi do biurka powoli, bez pośpiechu, jak drapieżnik krążący wokół rannej zwierzyny.

- Myślałam, że to... stare rachunki - wydusza z siebie Leonora. Jej gardło jest suche.

- Kłamstwo do ciebie nie pasuje - odpowiada zatrzymując się tuż przed nią. Jak widać, znał zapach strachu. - Jesteś tu, by naprawiać rzeczy, a nie je psuć. A twoja ciekawość, pani renowatorko, właśnie zepsuła ci życie.

Sięgną ręką, chwytając ją za nadgarstek. Uścisk jest twardy, wręcz stalowy, ale nie bolesny. Odbiera jej dokumenty, nie spuszczając z niej wzroku. Jego błękitne oczy wędrują po jej twarzy, po szyi, schodząc niżej, oceniając nie jako człowieka, ale jako nową, interesującą własność. Leonora czuje ciepło rozprzestrzeniające się pod jego skórą, a jednocześnie lodowaty chód strachu biegnący wzdłuż jej kręgosłupa. Powinna krzyczeć. Powinna walczyć. Ale kiedy on przyciągnął ją do siebie, jej nogi same się poddały. Jego woń - drogiej skóry, whisky i czegoś dzikiego - otula ją, zakłócając myślenie.

- Proszę, ja muszę iść - szepcze, ale jej głos traci siłę.

- Nigdzie nie pójdziesz - przecina Julian. Jego kciuk głaszcze wewnętrzną stronę jej nadgarstka, w miejscu, gdzie bije tętno. Czuje jak przyspieszyło. - Sztorm odciął drogę. A nawet gdyby tak nie było, to teraz jesteś moim gościem. Już na zawsze.

Popycha ją delikatnie, ale stanowczo w stronę ciemnego korytarza prowadzącego do głębi posiadłości. Leonora stara się stawiać opór, ale on jest oczywiście od niej silniejszy. Jego władza jest namacalna, cielesna. Wprowadza ją do wielkiej łaźni. Pomieszczenie jest ogromne, ściany pokrywa ciemny marmur, a woda w basenie na tyle ciepła, że widać unoszącą się parę, tworzącą mglistą aurę. Zapach soli i olejków eterycznych miesza się z ciężkim powietrzem.

Julian zamyka za nimi ciężkie dębowe drzwi. Odwraca się do niej i zaczyna rozpinać swój garnitur. Jego ruchy są celowo powolne a wręcz ślimacze. Zrzuca marynarkę niedbale na kamienną ławę. Potem koszulę. Leonora patrzy, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada w rytm spokojnego oddechu. Jest umięśniony, blizny na jego skórze opowiadają historie, których nie chce zrozumieć. Jej wzrok przykleja się do jego ciała, mimo że umysł krzyczy, by odwróciła wzrok. Czuje dziwne, mokre ciepło rozlewające się w jej dolnych partiach brzucha, nagły przypływ podniecenia zmieszany z przerażeniem.

- Rozbierz się - rozkazuje Julian a ofiara czuje, że nie jest to prośba.

- Nie mogę... - zaczyna Leonora, cofając się krok po kroku, aż jej plecy uderzają o zimną ścianę.

- Możesz i to zrobisz -idzie za nią, blokując ucieczkę swoim ciałem. Silne dłonie opierają się o ścianę po obu stronach jej głowy. Przybliża twarz, tak blisko, że czuje jego oddech na swoich wargach. - Każdy centymetr tej posiadłości jest pod moją kontrolą. Każde drzwi, każdy zamek. A teraz też każda część ciebie.

Jego ręka zsuwa się na jej ramię a następnie na biust, ściskając go mocno przez materiał ubrania. Leonora jęczy, a dźwięk ten jest pełen sprzeczności. Ból i rozkosz, protest i przyzwolenie. Ciało reaguje na jego dominację, sutki twardnieją pod jego dłonią, a uda mimowolnie zaciskają się, szukając ulgi w ucisku. Jego usta rozciągają się w chłodnym, triumfalnym uśmiechu.

- Widzę, że twoje ciało rozumie moją naturę lepiej niż twój umysł - syczy jej w ucho, a jego język powoli, obscenicznie obiega jej małżowinę.

Dłoń zsuwa się niżej, wędruje pod spódnicę, chwyta ją za biodra i przyciąga do siebie, tak że czuje twardość jego kutasa przez materiał spodni. Jest wielki i gotowy do działania. Leonora traci oddech. To nie jest flirt. To jest akt wojny, w którym ona jest ziemią niczyją, a on najeźdźcą. Wie zenie ma niczego czym mogła by się bronić, więc jej ręce same unoszą się w akcie uległości, owijając wokół jego szyi. Palce wbijają jej się w jego mięśnie, przyciągając go bliżej. Nienawidzi tego, co ona czuje. Nienawidzi, że jego mroczna aura jest tak cholernie pociągająca.

Julian chwyta jej koszulę i jednym gwałtownym ruchem rozrywa ją a guziki strzelają we wszystkie strony, odbijając się od marmuru. Odsłania jej piersi, które drżą z każdym jej oddechem. Nie czeka, nie adoruje. Opuszkami palców ściska jej sutek, kręcąc nim mocno, wysyłając fale elektryczności prosto do jej mokrej cipki. Kolana uginają się pod nią ale on ją trzyma.

- Jesteś mokra - stwierdza fakt, wpychając dłoń głęboko pod jej majtki. Jego palce znajdują jej wilgotny otwór, wchodząc w nią gwałtownie, bez przygotowania, a jednak jej ciało przyjmuje go z chciwością, która ją zawstydza. - Tak bardzo mokra dla człowieka, którego powinna się bać.

Leonora jęczy, przechylając głowę do tyłu, wystawiając szyję na jego łakome usta. Julian pochyla się, i gryzie jej skórę, zostawiając po tym akcie ślady zębów, pieczęć posiadania. Jego palec wewnątrz niej porusza się szybciej, masując jej wrażliwe punkty, zmuszając jej biodra do ruchu w rytm jego pchnięć. Leonora czuje jak kawałek po kawałku traci kontrolę. Świat zewnętrzny, sztorm, groźba więzienia - wszystko to znika. Zostaje tylko ten moment, ten dotyk, to uczucie bycia wykorzystywanej i pożądanej jednocześnie.

- Powiedz mi, że chcesz tego - warczy, wyciągając palec i przyklejając go do jej ust. Leonora czuje smak własnej soków, słony i jednocześnie słodki. - Powiedz, że jesteś moja.

- Ja...jestem... twoja - wydaje z siebie przerywany szept, a słowa te brzmią jak kapitulacja.

Julian uśmiecha się, a w jego oczach błyska zwierzęca satysfakcja. Opiera ją o ścianę, a jego noga władczym gestem rozsuwa szeroko jej nogi. Opuszcza swoje spodnie, co ciekawe nie miał na sobie bielizny, i zwinnym ruchem nogi odrzuca je daleko od siebie. Przysunął się do niej a sztywny kutas zaczął się ocierając się o jej mokre majtki. Gra się skończyła. Teraz zaczyna się rzeczywistość, w której on jest panem, a ona jest tylko kolejnym płótnem, które zamierza odtworzyć na własny, brutalny sposób. Burza za oknem cichła w porównaniu do szumu, jaki rósł w jej ciele.

Parująca woda z basenu , osiadała na skórze Leonory jak drobne, gorące perły. Julian nie puszczał jej ani na chwilę. Jego dłoń, wciąż wilgotna od jej własnych soków, powędrowała w załóż linii szczęki, zaciskając się na jej gardle - nie po to, by odciąć dopływ powietrza, ale by poczuć każde gwałtowne przełknięcie śliny, każde drgnienie jej strun głosowych.

- Skoro już wiesz, kim jestem, Leonoro, nie ma sensu udawać, że obowiązują nas jakiekolwiek zasady - wychrypiał, przyciskając ją mocniej do zimnej ściany. Kontrast między lodowatym kamieniem na jej plecach a żarem jego ciała był niemal bolesny. - W tym domu ja jestem prawem. Ja decyduję, kiedy oddychasz, kiedy jesz i kiedy... dochodzisz.

Leonora patrzyła w jego błękitne oczy, które w tej chwili przypominały zamarznięte tafle jeziora, pod którymi czai się potwór. Chciała splunąć mu w twarz, chciała wykrzyczeć swoją nienawiść, ale jej ciało ją zdradzało. Każdy dotyk Juliana budził w niej instynkty, o których nie miała pojęcia. Była jak jedna z tych starych rzeźb, które odnawiała - pod warstwą cywilizowanej ogłady kryło się coś surowego, gotowego na jego dotyk.

Julian puścił jej gardło i gwałtownym ruchem zdjął resztę jej ubrania. Kiedy stała przed nim całkowicie naga w oparach mgły, poczuła się bezbronna, ale też dziwnie wolna. On nie tracił czasu na podziw. Chwycił ją pod uda i uniósł, nakazując jej opleść nogi wokół jego bioder. Leonora jęknęła, czując bezpośredni kontakt swojej mokrej cipki z twardym, pulsującym przyrodzeniem, który napierał na jej wejście

- Błagaj mnie - rozkazał, wbijając palce w jej pośladki.

- Nigdy - szepnęła, choć jej biodra same zaczęły poruszać się w poszukiwaniu ulgi.

- Zobaczymy.

Bez żadnej gry wstępnej, bez ostrzeżenia, wbił się w nią jednym potężnym pchnięciem. Leonora wydała z siebie krzyk, który odbił się echem od wysokiego sklepienia łaźni. Czuła, jak jej tkanki rozciągają się do granic możliwości, przyjmując go w całości. To nie był seks. To była inwazja.

Julian zaczął poruszać się w niej z brutalną regularnością. Każde uderzenie bioder o biodra brzmiało jak wystrzał. Leonora wbijała paznokcie w jego ramiona, zostawiając krwawe pręgi na jego skórze, ale on zdawał się tego nie zauważać. Jego twarz była maską czystego, pierwotnego pożądania.

- Jesteś moja - warczał przy każdym pchnięciu. - Moja mała renowatorka. Teraz ja odrestauruję ciebie. Wyczyszczę cię z tego wszystkiego, co uważałaś za moralne.

W miarę jak tempo rosło, Leonora czuła, że traci kontakt z rzeczywistością. Świat skurczył się do tego jednego punktu, w którym ich ciała się łączyły. Czuła, jak narasta w niej fala, której nie potrafiła powstrzymać. Julian nagle zatrzymał się, tuż przed jej szczytem.

- Patrz na mnie - rozkazał.

Kiedy uniosła powieki, zobaczyła w jego oczach coś więcej niż tylko żądzę. To była chorobliwa potrzeba posiadania.

- Powiedz, że chcesz, bym cię wypełnił. Powiedz, że chcesz mojego nasienia tak samo, jak chcesz mojej ochrony.

Leonora wiedziała, że to moment ostatecznej kapitulacji. Jeśli to powie, już nigdy nie będzie tą samą osobą. Ale ogień w jej podbrzuszu był zbyt silny.

- Chcę... proszę, Julian... wypełnij mnie - wyłkała.

Uśmiechnął się - tym razem nie był to chłodny uśmiech, lecz wyraz triumfu drapieżnika. Wbił się w nią ostatni raz, tak głęboko, że poczuła go w samej duszy, i eksplodował wewnątrz niej gorącą falą, podczas gdy ona wiła się w jego ramionach, przechodząc najintensywniejszy orgazm w swoim życiu.

Kolejne dni w rezydencji przestały być liczone godzinami, a stały się rytmem potrzeb Juliana. Sztorm nie ustępował, odcinając ich od świata zewnętrznego, ale dla Leonory świat i tak przestał istnieć poza murami dworu. Julian nie więził jej w celi. Pozwalał jej poruszać się po domu, ale zawsze czuła na sobie jego cień.

Podczas wspólnych kolacji, konsumowanych w jadalni oświetlonej jedynie świecami, Julian wymuszał na niej absolutne posłuszeństwo. Często kazał jej siedzieć nago pod jedwabnym szlafrokiem, podczas gdy on opowiadał o swoich interesach - o transporcie broni, o ludziach, których musiał uciszyć, o władzy, która nie zna granic. Każde jego słowo było jak dotyk, przypominający jej o niebezpieczeństwie, w jakim się znajduje.

- Boisz się mnie teraz bardziej, niż gdy znalazłaś te dokumenty? - zapytał pewnego wieczoru, przesuwając nożem po brzegu porcelanowego talerza.

- Boję się tego, co we mnie obudziłeś - odpowiedziała szczerze Leonora.

Julian wstał, podszedł do niej i odchylił jej głowę, odsłaniając szyję, na której wciąż widniały sine ślady jego palców.

- Obudziłem prawdę. Jesteś stworzona do tego, by być u boku kogoś takiego jak ja. Kogoś, kto nie prosi o pozwolenie.

Pociągnął ją za włosy, zmuszając, by wstała i poszła za nim. Tym razem nie do łaźni, a do jego sypialni - sanktuarium mroku, gdzie łóżko z czarnego dębu wyglądało jak ołtarz. Tam, przy dźwiękach szalejącej za oknem nawałnicy, Julian pokazał jej, że jego dominacja ma wiele odcieni. Używał jedwabnych krawatów, by unieruchomić jej nadgarstki, i delikatnych piórek, by doprowadzać ją do szaleństwa, zanim znów brał ją brutalnie, przypominając jej, do kogo należy.

Leonora zaczęła rozumieć, że miłość do antyków wynikała z tego samego, co fascynacja Julianem - z pragnienia rzeczy trwałych, potężnych i mających swoją historię, nawet jeśli była ona splamiona krwią. Zaczęła pomagać mu w dokumentach, stając się nie tylko jego kochanką, ale i wspólniczką. Wiedziała, że gdy sztorm ustąpi i drogi zostaną otwarte, ona nie wyjedzie.

Była już częścią Dworu. Była najcenniejszym przedmiotem w kolekcji Juliana - jedynym, który posiadał własne serce, bijące teraz tylko dla swojego oprawcy.

Sztorm w końcu ucichł, zostawiając po sobie lodowatą mgłę i połamane gałęzie, które tarasowały podjazd. Droga została odblokowana, ale dla Leonory wolność stała się pojęciem abstrakcyjnym. Czuła się jak jedna z cennych waz, które odnawiała lśniąca z zewnątrz, ale z pęknięciem w samym rdzeniu, które wypełnił mrok Juliana.

Tego popołudnia, gdy siedziała w bibliotece, katalogując teraz nie antyki, lecz zaszyfrowane numery seryjne transportów, usłyszała dźwięk silnika. To nie był ciężki SUV ludzi Juliana. To był znajomy warkot starego Volvo. Serce podeszło jej do gardła. Wybiegła do holu, gdzie Julian stał już przy drzwiach, z dłonią wsuniętą do kieszeni marynarki - wiedziała, że trzyma tam palec na bezpieczniku pistoletu.

W drzwiach stanął Marek. Jej Marek. Kolega z wydziału konserwacji, człowiek, który dwa miesiące temu pożyczał jej notatki i z którym piła kawę w sterylnych warunkach uniwersyteckiej kawiarni. Wyglądał tu komicznie - w swojej żółtej kurtce przeciwdeszczowej, z okularami zaparowanymi od wilgoci, trzymając w ręku plik dokumentów.

- Leonora! Boże, od tygodnia nie było z tobą kontaktu. Twoja matka odchodzi od zmysłów. Próbowałem dzwonić, ale tu nie ma zasięgu... - Marek urwał, gdy jego wzrok padł na Juliana. Postać gospodarza biła aurą tak gęstą od przemocy, że chłopak odruchowo cofnął się o krok. - Ja... przepraszam. Jestem Marek, współpracownik Leonory. Przypuścili mnie na bramie, bo powiedziałem, że muszę dostarczyć papiery z urzędu zabytków.

Julian powoli wyciągnął dłoń z kieszeni. Nie podał jej Markowi. Zamiast tego położył ją na ramieniu Leonory, zaciskając palce tak mocno, że poczuła, jak jej ciało mimowolnie lgnie do jego boku.

- Leonora jest w trakcie bardzo... absorbującego projektu - powiedział Julian, a jego głos był jak aksamit owinięty wokół drutu kolczastego. - Nie sądzę, by potrzebowała teraz towarzystwa.

- Leonora? - Marek patrzył na nią z przerażeniem. Widział siniak na jej szyi, którego nie zdołała zakryć wysokim kołnierzem. Widział, jak jej oddech przyspiesza, gdy Julian przesuwa kciukiem po jej obojczyku. - Powiedz coś. Zabieraj rzeczy, odwiozę cię. Ten facet... krążą o nim plotki, że policja depcze mu po piętach za handel bronią. Nie możesz tu zostać.

W bibliotece panowała martwa cisza, przerywana jedynie trzaskiem ognia w kominku. Julian kazał Markowi czekać, a sam wciągnął Leonorę do pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi.

- Twój przyjaciel jest irytujący - syknął Julian, przyciskając ją do regału z książkami. - I wie zbyt wiele. Jeśli wypuszczę go przez tę bramę z tym, co wie z plotek i co może sobie wydedukować to za godzinę będę miał tu oddział antyterrorystyczny.

- Nie rób mu krzywdy, proszę - szepnęła Leonora, a w jej oczach wezbrały łzy. Marek był uosobieniem wszystkiego, co w jej życiu było dobre. Był słuszny. Był bezpieczny.

- Masz wybór, moja droga - Julian uśmiechnął się drapieżnie, a jego dłoń zsunęła się pod jej spódnicę, bezlitośnie przypominając jej ciału, do kogo należy. - Albo przekonasz go, że jesteś tu z własnej woli, że go nie potrzebujesz i że ma zapomnieć o tym miejscu... albo ja zajmę się nim w mój sposób. A wiesz, że nie jestem subtelny.

Leonora poczuła fali mdłości zmieszanej z nagłym, perwersyjnym podnieceniem. Julian grał na jej emocjach jak na instrumencie. Pragnęła uratować Marka, ale jednocześnie, gdy Julian wgryzł się w jej ucho, czuła, że moralność jest tylko ciężarem.

Wyszli do holu. Marek stał tam, ściskając kluczyki.

- Idziemy? - zapytał z nadzieją.

Leonora spojrzała na Juliana. W jego błękitnych oczach widziała wyrok śmierci dla Marka. Widziała też obietnicę nocy, która ją spali, jeśli ulegnie. Pragnienie dominacji Juliana było jak narkotyk - niszczyło ją, ale sprawiało, że czuła się ważniejsza niż kiedykolwiek w swoim nudnym życiu konserwatorki.

- Marek, jedź do domu - powiedziała twardym, obcym głosem.

- Co? Leonora, on cię zastrasza!

- Nie - podeszła do Juliana i na oczach osłupiałego kolegi, splotła swoje palce z palcami gangstera. - Kocham to miejsce. I kocham jego. Nie rozumiesz, Marek... ty nigdy nie potrafił byś dać mi tego, co on.

Marek pobladł. Spojrzał na jej dłoń w dłoni Juliana - dłoń ofiary w uścisku oprawcy.

- Jesteś chora - wykrztusił i niemal wybiegł z domu.

Gdy drzwi się zamknęły, a warkot Volvo ucichł w oddali, Julian obrócił Leonorę gwałtownie, rzucając ją na kolana na środku marmurowego holu.

- Dobra dziewczynka - mruknął, rozpinając pasek. - Właśnie spaliłaś swój ostatni most. Teraz nie masz już nikogo poza mną.

Leonora zapłakała, ale gdy poczuła jego twardość na swojej twarzy, jej usta rozchyliły się z chciwością, której nienawidziła i którą uwielbiała jednocześnie. Wybrała potwora zamiast człowieka, mrok zamiast światła. I w tej chwili, klęcząc przed nim, wiedziała, że to był jedyny wybór, jakiego naprawdę pragnęła.

59
9/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9/10 (1 głosy oddane)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.