End of All Hope

Ravenheart Ravenheart

19 kwietnia 2020

17 min

W tym mieście deszcz pada nieustannie. Miliardy kropel są cierpliwe jak Kosmos. Odrywają się od matczynych, ołowianych chmur i nabrzmiałe swym ciężarem rzucają się samobójczym skokiem w bezdenną przepaść. Z bezlitosną nieuchronnością przecinają powietrze, które – przebite ich prostymi, odwiecznymi ścieżkami – rozstępuje się przed nimi z bolesnym wyrzutem.

U kresu drogi na padające krople czeka kamienna śmierć. Roztrzaskują się o wilgotny beton ścian, giną rozsypując się perłami na metalowych dachach. Ich śmierć jest cicha. Potrzeba miliardów ich bliźniaczych, wodnych istnień, aby puste, mroczne ulice wypełnił jednostajnie miarowy szum. Zimne, wykrzywione gargulce w milczeniu spijają jego nieskończoną wilgotność.

Miasto jest jak żyjący twór oszalałego architekta. To trywialna metafora, ale i niepokojąco prawdziwa. Kamienny Moloch trwa w letargu – nigdy całkowicie się nie budząc, ale i nigdy zupełnie nie zasypiając. Ma swoje świetlane dzielnice, w których bogacze wiodą nieustanną grę o coraz większe szczęście. Ma butne ośrodki władzy, w których opancerzeni w garnitury urzędnicy rozgrywają niekończącą się partię gry o potęgę. Są w nim także wiecznie bijące serca fabryk, rozgrzane wnętrza pieców i kilometry taśmociągów, z których sączy się tłusty olej.

Są też miejsca takie jak to. Zepchnięte na kres egzystencji dzielnice biedoty. Zamieszkałe przez ludzi, którzy jeszcze nie uświadomili sobie swej ewolucyjnej porażki w wyścigu szczurów. A może wiedzą o niej, ale z rozpaczliwą determinacją szukają ochłapów szczęścia. Tu też trwa walka. O własny kąt, o mniej obskurną kuchnię. O prolongatę spłaty czynszu. O własne marzenie, którym jest wzmianka w kolorowej prasie. O namiastkę miłości, która jest tylko igraszką w świecie pięknych i doskonałych, w świecie, który tutaj ukradkiem podgląda się w telewizji.

It is the end of all hope

To lose the child, the faith

To end all the innocence

To be someone like me*

Ulica jest kwintesencją koszmaru pogrążonego w malignie antyglobalisty. Dzielnica, której ciemnymi alejami idę, przypomina starożytną nekropolię. Przemysł, budujący w najbliższym sąsiedztwie swoje mroczne przyczółki, wyssał z niej życie – jak rak toczący ciało. Czarne, oślizgłe mury domów wznoszą się wokół mnie jak ściany wąwozu. Próbują zamknąć mnie w sobie na kształt potwornych dłoni, poznaczonych naroślami balkonów, poprzecinanych żyłami stalowych schodów ratunkowych. Powietrze przepełnione jest zastygłą rezygnacją i mokrymi różańcami deszczu. Chybotliwe, rozchwiane światło nielicznych lamp budzi do życia cienie, przebiegające mi drogę na kształt widmowych pająków.

Kałuże rozstępują się przed moimi ciężkimi butami, gdy zmierzam do celu. Długi, czarny płaszcz chroni przed przenikliwym chłodem powietrza i dojmującym mrozem uczuciowej pustki wypływającej z zaułków. Zatrzymuję się przed domem – takim samym jak setki innych. Drzwi szczerzą się na mnie okratowanymi szybami.

Wspinam się po skrzypiących, drewnianych schodach. Słyszę awanturę, którą ktoś robi administratorowi o nieszczelne okna. Ciepło jest tu ważne i drogie, pozwala poczuć się spełnionym – aż do następnego dnia. Mijam ludzi, których wyblakłe twarze wyginają się w groteskowe maski, gdy przechodzę między nimi. Przynoszę im w darze powiew zimnego powietrza, od którego przechodzi ich dreszcz, więc szybko chowają się w swoich zatęchłych norach.

Wchodzę do mieszkania. Nie jest ani lepsze, ani gorsze od innych. Pokrywa je zastygły w bezruchu dywan siwego kurzu. Wokoło bezładnie porozrzucane rzeczy wznoszą bezustanny, niemy hymn ku czci entropii. Tylko znajomy, szeroki parapet okna, wychodzącego na mokrą ulicę jest już przygotowany. Siadam na nim i zastygam w oczekiwaniu, przytykając czoło do zimnej tafli szyby.

Ściana przyklejonych do siebie domów po drugiej stronie ulicy, odległa o dobre dziesięć metrów, stopniowo wypełnia się światłami. Ja jednak czekam tylko na jedno okno. Wiem, że rozbłyśnie za chwilę. Jeszcze moment. 

Już.

W mroku Miasta rozkwita nagle inny świat.

This is the birth of all hope

To have what I once had

This life unforgiven

It will end with a birth*

Do mieszkania wchodzi dziewczyna. Drobna, nieśmiała w ruchach i uderzająco świeża. Ma krótko przycięte, jasne – prawie białe – włosy; z daleka ktoś mógłby ją pomylić z młodym chłopcem. Jej oczy są błyszczące, pełne oczekiwania i nadziei. Szybko ściąga ubłocone kozaczki i daje nurka do łazienki, porzucając na środku podłogi kurtkę, pokrytą drobnymi łzami deszczu.

Niewielkie, prostokątne okno momentalnie pokrywa się oddechem pary. Prawie słyszę westchnienie ulgi, które wyrywa się z drobnych ust dziewczyny. Strumień gorącej wody spłukuje z niej zapach miasta i spojrzenia obleśnych facetów, których dziesiątki spotyka każdego dnia. Umysł wyrzuca z pamięci prostackie odzywki, sztubackie żarty i niewybredne aluzje. Napięte mięśnie rozluźniają się, błogosławione ciepło rozpuszcza ich zesztywniałe okowy.

Kilka chwil odprężenia musi wystarczyć. Teraz trzeba się umyć. Płyn do mycia – nie jest może luksusowy, ale wystarczająco pachnący i jedwabisty, żeby rozesłać przyjemny sygnał do najdalszych zakątków ciała. Znajome uczucie rodzi się gdzieś w środku, budząc uśpione motylki. Palce same wstępują na dobrze znane sobie drogi. Woda spływa po płaskim brzuchu, wszędobylsko myszkując i wciskając się w spragnione dotyku zakamarki. Ileż siły potrzeba, żeby nie musnąć dłonią oczekującego na pieszczotę miejsca...

Teraz golarka. Przez chwilę przyspieszone bicie serca – czyżby już się skończyły? Nie, na szczęście jest jeszcze jedna. Trzeba się przecież wygolić, żeby szparka wyglądała niewinnie, powabnie i kusząco. A może zostawić taki inspirujący, ciemny pasek? Nie. Najładniejsza jest taka naga, wypachniona i młodziutka. Parę ruchów i gotowe. Teraz tylko spłukać i nakremować. No, może jeszcze dwa delikatne dotknięcia, w nagrodę za to, że jest taka ładna. I że po postrzyżynach od razu na drugi dzień nie pokrywa się jeszcze kłującą szczecinką. I… jeszcze raz, ostatni – na zachętę. I na obietnicę.

Tańczące na mlecznej szybie cienie dają pracować wyobraźni. Teraz pewnie wychodzi spod prysznica, prosto w puszystą gęstwinę pary. Otula się w biały, włochaty ręcznik. Trzeba jeszcze koniecznie wysuszyć włosy. I nałożyć odżywkę. Udać, że nie widzi się stojącej w kącie łazienki wagi, na której miało się stawać co rano. Może od jutra. Która to godzina? Boże, jak późno!

Jeszcze odrobina zapachu. Tu i ówdzie. Gotowe. Krytyczny rzut oka na łazienkę. Posprzątać. Tak, tak – oczywiście. Ale nie teraz. Trzeba się ubrać. Ubranie oczywiście zostało w pioruńsko zimnym pokoju. Otwarcie drzwi cieplutkiej łazienki jest szczytem bohaterstwa. Brrrrr.

Śmignięcie do pokoju w dwóch susach. Okna nie są zasłonięte? Sąsiedzi patrzą? Trudno, niech się pogapią. Przynajmniej mają na co. Ciało nie jest może idealne – tu i ówdzie mogłoby być go mniej, w paru miejscach można by coś dołożyć – ale nie jest też znowu takie najgorsze. Gdzie jest ten golf? Majteczki też powinny tu być. Wciągany pośpiesznie na gołe ciało sweter budzi przyjemne doznania. Podrażnione sutki bezczelnie wysuwają się do przodu. I bardzo dobrze. Będzie czym kusić. Drzemiące w brzuchu motylki budzą się znowu. A może to przeciąga się lubieżnie marcowa kotka? Zegar bije. ZEGAR!!!

Co teraz? Trzeba zadbać o nastrój! Włączyć muzyczkę, żeby delikatna bossanova łagodziła kanciastość tego świata. Spojrzeć w lustro, czy pozostawiony kosmyk nadal łobuzersko zachęca i prowokuje. O niczym nie się nie zapomniało? Wino!!! Gdzie te kieliszki?! Paskudny korkociąg, trzeba go wywalić, przecież on w ogóle nie działa! Chrobot klucza w zamku. Nie zdążę? Zdążę? Zdążyłam!!!

Moja zimna szyba odgradza mnie od świata, ale mimo to czuję, jak serce dziewczyny przyspiesza radosnym oczekiwaniem. Z oddali dzielę więc z nią jej radość, szczęście i kolorowy zawrót głowy. Ukryty w ciemności, wsłuchuję się w dalekie echa jej emocji, chwytam je jak spragniony wędrowiec wyczuwający pierwsze tchnienia oazy niesione w suchym powietrzu.

Drzwi otwierają się i staje w nich druga kobieta. Jest starsza od przyjaciółki o kilkanaście lat, ale w jej wnętrzu płonie ogień, który sprawia, że dla żadnej z nich nie ma to znaczenia. Ma ładną, zadbaną twarz, starannie wykonany makijaż. Młodsza wybiega jej na spotkanie, skacze ku niej jak wytęskniony kociak. Rzuca się jej na szyję – zanim jeszcze zamknięcie drzwi odetnie je od reszty wszechświata. Pierwszy długi pocałunek. Prosty prostotą prawdziwej namiętności; szczery i pełen oddania.

Młoda dziewczyna całuje teraz namiętnie, dziko. Nie ma żadnych zahamowań, przesuwa swój gorący oddech tam, gdzie chce. Jej usta kreślą drogę w kierunku szyi, schodzą coraz niżej, w stronę głębokiego dekoltu. W końcu przytula głowę do piersi kochanki. Ta obejmuje ją rękami, przyciąga do siebie. Patrzy prosto w oczy. Wciąż nie może uwierzyć, co ta druga – nieledwie nastolatka – w niej widzi, w kobiecie dojrzałej i dalekiej od doskonałości. Nieme spojrzenie wydaje się mówić, stawiać pytania, które nigdy nie padną, bo są zbyt bolesne. Popatrz, najdroższa. Dlaczego mnie kochasz? Dlaczego pożądasz? Moje piersi nie są już tak piękne jak twoje. Pełniejsze, tak – ale też i odczuwające skutki swojego ciężaru. Moje uda już nie są tak jędrne jak kiedyś. Ukrywam, maskuję pierwsze zmarszczki – ale przecież noc odrze je z ich ochrony i nad ranem ujrzysz mnie taką, jaka jestem. Dlaczego mnie kochasz?

Młodsza czyta w jej oczach jak w księdze. Ona też ma wątpliwości. Może jest tylko mało znaczącą zabawką? Może nie liczy się, o czym ona myśli, co wie, o czym marzy – a ważna jest tylko potrzeba odmładzającego zjednoczenia z ciałem drugiej kobiety? Nie – odpowiadają sobie nawzajem. Kocham cię.

Dziewczyna przejmuje inicjatywę. Za tę wątpliwość, za te pytania, za niepewność – ukarze ją najlepiej, najczulej, jak potrafi. Doprowadzi ją na szczyt wspólnej wędrówki, zatrzyma ją tam, na długo, balansując na krawędzi, przedłużając miłosną torturę, aż kochanka zacznie ją błagać o koniec, o wyzwolenie, o spełnienie.

Chwyta rękę kobiety, ciągnie ją do pokoju. Miękkie łóżko, pachnące, kuszące – już czeka. Nie, nie pozwolę ci powiesić płaszcza. Zdejmę go z ciebie i rzucę w kąt. Wino też może poczekać. Padają na posłanie. Dziewczyna daje się ponieść swojemu temperamentowi. Kładzie dłonie kobiety na swoich piersiach. Popatrz na nie – może są i małe, ale jak spragnione twojej pieszczoty. Dotknij ich przez ten sweterek – nie mam nic pod nim, bo wiem, że tak lubisz. A może chciałabyś dotknąć mojego skarbu? Też czeka. Na twój wspaniały oddech, na ciepło twojego języka. Na czułe słowa, które tak lubisz mówić, pomiędzy pieszczotami, które twoje usta ofiarowują mojej muszelce. Jest gotowa, gładka, młodziutka – i bardzo, bardzo mokra.

Przyjaciółka poddaje się żywiołowemu erotyzmowi kochanki. Jej ręce odnajdują rytm i czas. Z cichym westchnieniem pozbywa się swojej maski, którą nosi przez cały dzień. Całuje podsuwane jej drobne piersi, wciąga w nozdrza ich intrygujący zapach. Tak, podoba jej się ta dziewczyna. Czuje się z nią pełna, wyzwolona, szczęśliwa. Prawdziwa. Zapomina o tym, że gdzieś tam, daleko, jest kimś innym. Że jeszcze rok temu była przykładną żoną i matką. Zapomina o tym, że kiedyś była innym człowiekiem. Fala zmysłowości unosi je obie i w pulsującym rytmie prowadzi je coraz dalej, w zatracenie i zapamiętanie.

W moim pokoju, za ciemną, niedomytą szybą jest zimno, ale nie zwracam na to uwagi. Fascynuje mnie gra ciał, nieskończone piękno dwóch kobiet splecionych we wzruszającej poezji miłosnego aktu. Piękno najszczerszego dawania i brania, rozkosz zaufania dzielonego przez dwie równe sobie istoty. Nie ma takiego mężczyzny, który potrafiłby przejść bez westchnienia zachwytu wobec takiej doskonałości, wobec tego perfekcyjnego unisono rozpisanego na dwie kobiece dusze. A może właśnie jest inaczej? Może żaden z mężczyzn nie jest w stanie pojąć tej tajemnicy, skrywanej w bliźniaczo podobnych ciałach?

Mijające minuty powoli zamieniają się w godziny. Dwie kochanki powoli szybują wśród gwiazd. Wymieniają szepty, czułe wyznania i delikatne pieszczoty. Dzielą się nanizanymi na łańcuszek pamięci okruchami minionego dnia. W ich łóżku nie ma miejsca na krótki, samczy akt, zakończony przeciągłym stęknięciem ulgi i obowiązkowym zbrukaniem, po którym nastąpi wymowne obrócenie się na drugi bok. W ich świecie istnieją tylko dwie równe połowy. I mimo to – a może właśnie dlatego – jest w nim miejsce na szaleństwo i tkliwość. Rozkosz i ból. Siłę i słabość. Zrozumienie. Miłość. Mógłbym patrzeć na nie godzinami, próbując zrozumieć ich boskość, posmakować choć cząstki łączącej je więzi.

W końcu spływa na nie ociężałość i zmęczenie. Leżą obok siebie, splecione w ostatnim uścisku, złączone wspólną pieszczotą, gładząc swoje nabrzmiałe kobiecości. Młodsza całuje przyjaciółkę. Leniwie podnosi się i wstaje pełnym wzruszającej gracji ruchem. Jest tak naturalnie piękna – jak Afrodyta wyłaniająca się z morskiej piany. Jej drobne piersi są już obolałe od tysięcy pieszczot, ale dumnie nie poddają się grawitacji. Schyla się i zza nocnej szafki wyjmuje małe pudełeczko, przewiązane kolorową kokardą. Wraca na łóżko i podaje prezent kochance. Uczucie, które przepełnia ich spojrzenia jest tak silne, że rozjaśnia cały pokój, jak błysk supernowej rozświetla czarną, zimną pustkę kosmosu.

Pudełko jest małe, bo mała jest torebka z białym proszkiem, które zawiera. Oczy dziewczyny błyszczą kocią ciekawością, ale starsza wie, co robić. Szybko znajduje się stara karta do telefonu. Ty czy ja? Ty pierwsza, kochanie. To moja urodzinowa niespodzianka dla ciebie. Nie. Ty, moja młoda suczko. Uwielbiam patrzeć, jak odlatujesz. Białe ścieżki układają się równymi liniami na brzuchu leżącej kochanki. Odwagi, maleńka. Młodsza całuje nabrzmiałe usta przyjaciółki. Długo. Na szczęście. Na nową drogę. Na nowe doznanie. Dwa ruchy i biały proszek znika w jej nosie. Źrenice rozszerzają się na eksplozję Nieskończoności.

Coś jest nie tak! Ostry ból przenika ciało dziewczyny. Rozżarzony, pędzi z szybkością błyskawicy przez delikatną siatkę nerwów; pali i niszczy wszystko na swojej drodze, jak ognista powódź, jak przerażające tsunami grozy! Serce zalewa strach, krwista czerwień przesłania oczy. Dziewczyna raptownie zrywa się z posłania. Usta, zamarłe w krzyku łakną ożywczego haustu powietrza. Ręce wyciągają się w rozpaczliwym poszukiwaniu ratunku. Daremnie. Mała, drobna blondynka pada podcięta, jej sercem targają straszliwe kurcze. Jej kochanka patrzy na rozgrywającą się scenę w pełnym przerażenia niezrozumieniu.

W jednej chwili spływa na mnie paląca potrzeba działania. Odrywam czoło od lodowatego okna i potężnym szarpnięciem otwieram je na oścież – jakbym musiał to robić. Pusty, nic nie znaczący gest. Czy dotrę na czas? Przenika mnie cios niepokoju. Zdążyć. Muszę zdążyć.

Podeszwy moich butów z metalicznym szczękiem uderzają w zardzewiałą kratownicę schodów przeciwpożarowych. Jeden… dwa kroki. Skok. Zawisam nad szarą pustką rozwierającej się pode mną gardzieli ulicy. Dziesięć metrów. To dużo? Mało? Całe życie.

Czas płynie powoli, omijając mnie szerokim łukiem, a grawitacja wrzeszczy, wyciągając ku mnie zakrzywione palce. Na próżno. Lot jest krótki, choć wydaje mi się wiecznością. Z głuchym jak pęknięty dzwon odgłosem ląduję na balkonie. Rozglądam się, choć przecież wiem, że nikt nie usłyszy tego hałasu.

Janet właśnie odkrywa, że serce jej kochanki nie bije już dla niej. Że nie bije dla nikogo. Krzyk. Uderza w powietrze jak ognisty bicz. Pokój płonie świeżym nieszczęściem, przeraźliwy szloch wznosi się ku niebu. Kobieta okrywa twarz kochanki pocałunkami, jakby jej oddech mógł przywracać życie. Wyjącym przerażeniem, skowycząc, błaga o pomoc, o przebaczenie. Błaga na próżno. Szaleństwo już się skrada, już czeka u drzwi, aby znaleźć drogę do jej duszy.

Blondynka – Denise – stoi obok, patrząc w milczeniu na leżące ciała. Powoli zaczyna rozumieć. Rozgląda się na boki, jakby poszukując wsparcia. Przenikam przez cień i staję obok niej. Spogląda na mnie niepewnie. Drży.

– Nie bój się – mówię. – Nie musisz się już bać.

– Nie boję się – odpowiada smutno. – Zimno mi.

To tylko złudzenie, ale zdejmuję z ramion płaszcz i zarzucam go na jej nagie ciało. Przyjmuje z wdzięcznością. Ogląda się na kochankę, szlochającą nad jej ciałem, wiec obejmuję ją ramieniem i przytulam.

Waha się przez chwile, ale po chwili wspólnie odchodzimy w mrok nocy.

This is

End of hope

End of love

End of time

The rest is silence*

* cytaty pochodzą z utworu End of All Hope zespołu Nightwish

 


Ravenheart

i.ravenheart@gmail.com

Opowiadanie ukazało się premierowo w serwisie Najlepsza Erotyka w 2007 roku. 

 

6,832
8.4/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.4/10 (5 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (14)

Agnessa Novvak

Agnessa Novvak · 19 kwietnia 2020

0
0

Piękne. Przejmujące. Smutne. Poetyckie. Rewelacyjne!

A za Nightwisha masz u mnie @Ravenhearcie dodatkowe uznanie!

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ravenheart

Ravenheart · Autor · 19 kwietnia 2020

0
0

@Agnessa: dziękuję. Nightwish jest kopalnią inspiracji. :-)

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
starski

starski · 19 kwietnia 2020

+2
-4

Kolejny amerykański autor decyduje się przetłumaczyć dla nas swe dzieło, ale zapomina o tytule i trzeba go sobie przeguglotranslatować.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Indragor

Indragor · 19 kwietnia 2020

+1
-3

End of All Hope


Że co?

It is the end of all hope
To lose the child, the faith
To end all the innocence
To be someone like me


Że co?

This is the birth of all hope
To have what I once had
This life unforgiven
It will end with a birth


Że co?

This is
End of hope
End of love
End of time
The rest is silence


Że co?

Dobry obyczaj nakazuje przetłumaczyć obcojęzyczne fragmenty tekstu, szczególnie te potrzebne do lepszego zrozumienia całości, jak tu, aby czytelnik nie poczuł się lekceważony przez autora. Widocznie jednak nie wszyscy autorzy uważają, że to dobry obyczaj.

Tytuł w języku angielskim to już zupełne kuriozum, jeśli opowiadanie jest po polsku. Następnym razem, proponuję autorze, abyś cały tekst napisał po angielsku. Może nawet zbierzesz więcej zachwytów. W końcu, po co komu taki lokalny język, jak polski? Angielski to przecież światowy, prawda autorze?

Opowiadanie zręcznie napisane, chociaż tematyka to w sumie nic odkrywczego. Świat przyszłości umierającej cywilizacji. Naszej cywilizacji.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Agnessa Novvak

Agnessa Novvak · 19 kwietnia 2020

0
0

Powiem tak - o ile tłumaczenie cytatów powinno zostać umieszczone gdzieś w tekście (najlepiej na końcu, bo w trakcie rozbija to nieco strukturę), o tyle czy przeszkadza mi tytuł opowiadania, identyczny z tytułem piosenki? Powiem wprost, że w takim przypadku - nieszczególnie. Gdyby to było tylko nawiązanie, jak w przypadku mojej "Ballady o trzech nieznajomych", gdzie są odniesienia do utworu "Ballad of the weird sisters", to tak. Ale tutaj mam wątpliwości. Nawet jeśli nie lubię nadmiaru anglicyzmów, nie mówiąc o korpobełkocie w postaci asapów, dedlajnów, efai (efajów?) i innych tego typu szkaradztwach, z którymi spotykam się w pracy i zwalczam, ile mogę.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Ravenheart

Ravenheart · Autor · 19 kwietnia 2020

+2
0

Szanując zdanie Czytelników, pozwolę sobie zachować swoją opinię.

Tytuły polskich utworów (zarówno prozatorskich jak i poetyckich) zapisane w języku obcym nie są niczym szczególnym. Pozwolę sobie przypomnieć: Sienkiewicz napisał "Quo vadis" (a nie "Dokąd idziesz") a Kasprowicz "Dies irae" (a nie "Dzień gniewu"). Oczywiście, język łaciński ma inny status niż angielski - choćby przez to, że tchnie historycznością.

Dodam także, że w wielu wypadkach tekstów cytowanych w utworze także się nie tłumaczy. Przykładowo, w wierszu Jacka Kaczmarskiego "Krótka lekcja historii klasycznej", pobrzmiewa długi cytat z Komentarzy do wojny galijskiej Cezara (w oryginale!). W opowiadaniu Lema "Ananke" Pirx cytuje Poego (także w oryginale): "Thou art the man!", choć mógłby przecież napisać "Tyś jest tym człowiekiem!". Nienacki użył w Panu Samochodziku "Ici Chacal" - nie tłumacząc tego zwrotu (właśnie dlatego, że jest to nawiązanie do francuskojęzycznej książki/filmu).

Dlatego sądzę także, że tłumaczenie tytułów piosenek także jest usprawiedliwione. Popatrzmy:

Jacek popatrzył w dal i zagwizdał na melodię "Winds of change".
czy
Jacek popatrzył w dal i zagwizdał na melodię "Wiatr zmian".

Ulubionym utworem porucznika był amerykański szlagier "It's a long way to Tipperary"
czy
Ulubionym utworem porucznika był amerykański szlagier "Długa droga do Tipperary"

W moim odczuciu pozostawienie oryginalnej treści utworu Nightwish jest uzasadnione - choćby przez to, że Czytelnik może przywołać sobie linię melodyczną, może u Niego/Niej w głowie rozlegnie się piekny, operowy głos Tarji Turunnen. Jeśli przełożę to na polski - to pozostanie tylko wiersz.

Ale, oczywiście, wezmę sobie do serca krytyczne opinie i spróbuję się nad nimi zastanowić. Może na moją obronę poczytane mi zostanie to, że moje opowiadanie liczy już 13 lat... ;-)

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Agnessa Novvak

Agnessa Novvak · 19 kwietnia 2020

+1
0

W moim odczuciu pozostawienie oryginalnej treści utworu Nightwish jest uzasadnione - choćby przez to, że Czytelnik może przywołać sobie linię melodyczną, może u Niego/Niej w głowie rozlegnie się piekny, operowy głos Tarji Turunnen.



"Eeend ooof oool hooołp" 😀

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
XXX_Lord

XXX_Lord · 19 kwietnia 2020

0
0

Nightwish było kopalnią inspiracji, tekstową i muzyczną za czasów "Oceanborn", teraz to popłuczyny po niezłym, momentami dobrym zespole.
Co do tłumaczenia tekstu - nie zgadzam się z zarzutami, iż cytat powinien zostać przetłumaczony na język polski. Tekst był napisany w oryginale po angielsku, w dobie Internetu każdy może sobie wygooglować tłumaczenie (jeśli nie zna w wystarczającym stopniu angielskiego) albo przetłumaczyć samodzielnie, tym bardziej, że nie jest to staroangielski, jak np. na dwóch pierwszych płytach Theatre of Tragedy czy zaawansowany, poetycki język, w którym pojawiają się teksty w Cradle of Filth. Tłumaczenie przez Autora (jakkolwiek biegły w języku obcym jest Autor) może wypaczyć/zmienić oryginalne znaczenie tekstu.
Natomiast tytuł - tutaj tak jak w przypadku bohaterów niepolskich jakoś to do mnie nie trafia, ale to kwestia gustu.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Indragor

Indragor · 19 kwietnia 2020

+2
-1

Ravenheart rzekł:
Oczywiście, język łaciński ma inny status niż angielski - choćby przez to, że tchnie historycznością.


Może raczej dlatego, że korzenie języka polskiego tkwią w łacinie.

Dodam także, że w wielu wypadkach tekstów cytowanych w utworze także się nie tłumaczy. Przykładowo, w wierszu Jacka Kaczmarskiego "Krótka lekcja historii klasycznej", pobrzmiewa długi cytat z Komentarzy do wojny galijskiej Cezara (w oryginale!)


No jasne, przecież to piosenka. Trudno byłoby dodać tłumaczenie, bo niby jak zaśpiewać „gwiazdkę” i przypisy do niej.

W moim odczuciu pozostawienie oryginalnej treści utworu Nightwish jest uzasadnione


Powtórzę jeszcze raz: „Dobry obyczaj nakazuje przetłumaczyć obcojęzyczne fragmenty tekstu, szczególnie te potrzebne do lepszego zrozumienia całości, jak tu, aby czytelnik nie poczuł się lekceważony przez autora”. Być może nie wyraziłem się dość precyzyjnie. Nikt nie zabrania umieszczania jakichś elementów w obcym języku. Ważne by czytelnik mógł zapoznać się również z tekstem w ojczystym języku bez kombinowania jak koń pod górkę (szukania jakiego tłumacza w sieci). Może to być wolne tłumaczenie, nie musisz kombinować z rymami, byle zachować sens.
Tak, nie ma obowiązku tłumaczenia, to tylko DOBRY OBYCZAJ, który autor może uznać lub zlekceważyć. A czytelnik może przeczytać utwór lub zniechęcony niezrozumiałymi fragmentami, zlekceważyć go.

A co do tytułu, wydaje mi się, że tytuł „Koniec wszelkiej nadziei” robi znacznie mocniejsze wrażenie niż „End of All Hope”. Skoro jednak wyjaśniłeś, że pochodzi od tytułu piosenki, to nie będę się dalej czepiał 🙂

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Erotia Pąs

Erotia Pąs · 19 kwietnia 2020

0
0

O niczym nie się nie zapomniało?


Tylko to złapało się na wędkę, nadziało na haczyk z rzeczy przyczepnych. 😉

Widzę, że mam się tu od kogo uczyć. 😀

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
starski

starski · 20 kwietnia 2020

+2
-1

Aha, czyli tytuł jest całkowicie zapożyczony? To znaczy, że opowiadanie jest ilustracją literacką piosenki?
Są odniesienia fabularne? Te same postaci czy sytuacje? Czy piosenka jest tylko tłem, a jej obecność w wersji oryginalnej w tekście - pretensjonalną wstawką, która równie dobrze mogłaby brzmieć Blablablacośtamcośtam byle po angielsku?

Mnie lansowanie się na Amerykanina trochę smuci, trochę mierzi, ale ogólnie zniechęca.
Nie irytuje mnie łacina, czeski czy serbski, bo to nie inwazja, tylko egzotyka.

Sam mówię płynnie, w tym z resztą uwielbianym przeze mnie języku już od kilkudziesięciu lat. Jako chłopiec, pewnie jak większość dzieciaków, miałem "amerykańskie" przezwisko, wstawiałem angielski, gdzie tylko było to możliwe (i nie tylko) wyrosłem z tego gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych, a dziś widzę, jak to, co dla mnie zdawało się fascynacją, jest objawem kompleksu, na który sobie nie zasługujemy.

Nie pozujcie, wypieprzcie tę angielszczyznę z głów i twórczości, odszukajcie tę stronę samych siebie, której żaden John czy Bill nigdy nie dosięgnie.

Nazwij się KrucząDuszą Ravenhearcie, jeśli bliski ci mrok istnienia, czy inna nostalgia i będziesz potężniejszy niż kiedykolwiek.


pozdrawiam

AS

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Diabełwgłowie

Diabełwgłowie · 20 kwietnia 2020

0
0

Nie wiem. Może się nie znam, ale ja bym tego angielskiego nie demonizował. W końcu czytelnicy rozsądzą, czy miało to sens, czy było to nadużycie. Na szczęście, lektura jest fakultatywna. Ja tylko wspomnę, że bardziej mi pasuje głos Sharon den Adel niż Tarji 😀

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Mjishi

Mjishi · 1 maja 2020

+3
-2

Może raczej dlatego, że korzenie języka polskiego tkwią w łacinie.


Że tak sparafrazuję Indragorze...

Że co?

Polecam zapoznać się troszkę głębiej z "tak uwielbionym" językiem polskim. c:
Kontynuując Twoje - Indragorze; porównanie polskiego do roślin... Łacina to może być co najwyżej inwazyjnym pnączem, które wspięło się po młodzieńczym pniu języka polskiego i zaczęło oplatać drzewo. Nieco tym modyfikując jego wzrost i przemiany jakie w nim zachodziły. Ale z korzeniami, ten inwazyjny, acz krótko żyjący chwast niewiele miał wspólnego. Nawet nie było go jeszcze na świecie, kiedy drzewo języka słowiańskiego (bo to z tego właśnie wywodzi się polszczyzna) rodziło swoje pierwsze owoce.
Takie tam małe szczególiki. ;P

A co do samego tekstu...
No depresja od samego początku.
Ale jak zawsze przepiękna narracja. Dziękuję.

Jeśli idzie o wstawki angielskie zaś - mi tam nie przeszkadzają. Efekt był dokładnie taki jaki mógł być. Piosenka sama zaczęła lecieć w mojej głowie dodatkowo dodając klimatu. I jako, że jest to odniesienie do istniejącego utworu (tytuł i zespół zostały podane) to uważam, że prościej to byłoby tylko podać linka do piosenki na youtube.... O, przepraszam - tytubie (żeby się nikt nie przyczepił, że zapożyczenia stosuję 😀 )! i każdy by mógł sobie puścić dla klimaciku.

Smaczek taki z piosenką, że jak ktoś zna to wie, a jak nie zna, to może poznać. No różni ludzie w rożnych sytuacją mają różnie, jak to ktoś kiedyś powiedział. Jedni słuchają takiej, inni innej muzyki. Jeśli idzie zaś o tzw. DOBRY OBYCZAJ, to dobry obyczaj to takie też pojęcie względne. Dla jednego jest dobre oryginalne, niezmienione, a dla drugiego przetłumaczone. Dla mnie dobry obyczaj to oryginał i podanie źródła. Nawet pomimo zamiłowania do polszczyzny.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?
Indragor

Indragor · 1 maja 2020

0
0

@Mjishi, zauważ, że tam napisałem „może”, ale dobrze, że tę sprawę wyjaśniłeś, bo ważna.

Mjishi rzekł:
Jeśli idzie o wstawki angielskie zaś - mi tam nie przeszkadzają. (…) Dla jednego jest dobre oryginalne, niezmienione, a dla drugiego przetłumaczone.


Jeśli odnosisz się do mojej wypowiedzi, to prosiłbym przeczytać ją uważnie, a nie po łebkach. Nie mam nic przeciwko wstawkom/cytatom w obcym języku, jeśli mają uzasadnienie. Jednak moim zdaniem autor powinien również zamieścić tłumaczenie, choćby w formie przypisów.
Tak się złożyło, że kilka dni temu dotarła do mnie książka „Cień karaweli”, Krapiwina. I co mamy na końcu? Objaśnienia, co to jest brygantyna, bryg, karawela, wraz z rysunkami, i wiele innych. Rysunków mogłoby nie być, objaśnień również, ale są. O ile przyjemniej i płynniej czyta się książkę, jeśli można zajrzeć do objaśnień, zamiast grzebać po różnych stronach w Internecie czy też w encyklopedii.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Opowiadania o podobnej tematyce:

Pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.