Firmowa impreza. Materiały promocyjne i testy jakości
1 listopada 2026
26 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
We wrześniu na Mazurach nagle okazuje się, że wszyscy mamy mniej pieniędzy i więcej czasu.
W lipcu człowiek nie ma, kiedy usiąść. W sierpniu obiecuje sobie, że we wrześniu przez tydzień nie wstanie. A potem przychodzi wrzesień i już w środę zaczyna się zastanawiać, czy do soboty naprawdę muszą zostać jeszcze trzy dni.
W klubie pracowałam wtedy tylko w weekendy. Skończyli się żeglarze, warszawscy prezesi i panowie, którzy po trzeciej kolejce zapewniali, że koniecznie powinnam przyjechać do nich do Gdańska. Została miejscowa klientela, znająca ceny na pamięć i traktująca napiwek jak niebezpieczny precedens.
Latem zarabiałam dobrze. Byłam szybka, pamiętałam zamówienia i umiałam śmiać się z dowcipu tak, żeby człowiek przez chwilę uwierzył, że naprawdę mu się udał. Miałam też biust i nie widziałam powodu, żeby w pracy udawać, że go nie mam. Odpowiednia bluzka pomagała w sprzedaży skuteczniej niż połowa naszych promocji. Pomagał też wygląd. Mam pełne usta, zgrabne nogi, wyraźną talię, szerokie biodra. Wiedziałam, w jakiej bluzce wyglądam dobrze i o ile częściej klient zostawia wtedy tipy. Robiłam to tylko dla kasy, taka jest prawda. Nie znam nikogo, kto nie pracuje dla kasy albo sławy, natomiast bez wątpienia trudno zostać sławną kelnerką.
Na piknik firmowy Pawła założyłam jednak sukienkę. Jasnożółtą, z kopertowo układającą się górą, sporym dekoltem w serek i odcięciem pod biustem. Dalej materiał opadał swobodnie, marszczył się lekko i kończył falbaną tuż nad kolanami. Luźne rękawy sięgały łokci. Była wygodna, miękka i dostatecznie pogodna, żeby udawać, że druga połowa września nadal jest latem.
W pracy najczęściej nosiłam spodnie albo krótką spódniczkę. Przy tacach, skrzynkach i schodach na zaplecze zwiewna sukienka tylko by przeszkadzała. Tutaj miałam wreszcie usiąść, dać sobie coś podać i przez kilka godzin olewać wszystko.
Ciemne włosy zebrałam luźno na bok, zostawiając kilka pasm przy twarzy, to też inaczej w klubie zazwyczaj spinam je w kok. Miałam pełne policzki, duże oczy, mocno zaznaczone łuki brwi i ponętne wydatne usta. Lubię duże kolczyki, ciemne okulary i makijaż, który było widać dokładnie z drugiego końca baru. Brwi, kreski i kolor ust miałam permanentne. Do tego trochę tuszu, pomadka i koniec przygotowań. Makijaż musiałam mieć bardzo trwały. Po całej nocy ciężkiej pracy w klubie bardzo często połączonej z większym lub mniejszym melanżowaniem nadal chciałam mieć tę samą twarz, z którą do klubu przyszłam, a nie rozmazaną paletę barw farb Nobiles.
Przed wyjściem obejrzałam się w lustrze. Sukienka dobrze leżała na biuście, a żółty kolor pasował do opalenizny, która jeszcze mi została.
- Ładnie wyglądasz – powiedział Paweł.
- Wiem. Masz klucze? – spojrzałam na niego jak na pięciolatka.
Miał. Był to ostatni moment tego dnia, kiedy mogłam bez sprawdzania powierzyć mu jakiś przedmiot.
Jego zakład stał przy przelotowej ulicy, w tej części miasta, przez którą zwykle tylko się przejeżdżało. Do centrum było za daleko, żeby wyskoczyć na chwilę piechotą. Wokół hurtownie, warsztaty, parkingi i ogrodzenia. Jedynym powszechnie odwiedzanym miejscem w pobliżu był cmentarz po drugiej stronie przelotowej drogi wojewódzkiej.
- Jak będzie nudno, można iść do sąsiadów – powiedziałam.
- Gdzie?
Wskazałam bramę między drzewami.
- Tam przynajmniej nikt nie prowadzi konkursów przez mikrofon. A i uczestnik mniej awanturujący się. – może dlatego, że większość w krawacie, już w myślach sparafrazowałam słynny filmowy tekst.
Paweł uznał, że przesadzam. Przecież impreza jest super. Czemu super? Bo wszystko jest za darmo i są koledzy i wszystko jest za darmo, jest piękna pogoda i to wszystko jest za darmo. Ale głupiec ciekawe czy kiedyś słyszał o funduszu socjalnym. Irytował mnie, ale to jednak mój mąż, bardzo dobry chłopak, by na starość posiedzieć przy kominku i pić kakao. Tylko trzeba jeszcze na ten kominek zarobić, by go mieć. No ale ja też idealna nie byłam. Pięć minut później prowadzący zaprosił wszystkie dzieci do wspólnego okrzyku na cześć firmy.
Firma robiła okna, drzwi, meble i ogromne stoły konferencyjne, przy których, jak podejrzewałam, ludzie omawiali kupowanie kolejnych stołów konferencyjnych. Na placu między halą a biurowcem rozstawiono namioty, grill, scenę i dmuchany zamek. Nad wejściem wisiał transparent „Budujemy razem”.
- Co wy tu kurwa budujecie? – zapytałam.
- No, firmę.
- Aaaa. Myślałam, że ten zajebisty zamek.
Już machał do swoich kolegów. No debil.
Nie miałam do nich szczególnych pretensji. Jeden opowiadał zawsze o samochodzie, drugi o człowieku, który źle zaparkował, trzeci zaczynał każde zdanie od „ja ci powiem”. Mogłam z nimi wytrzymać dziesięć minut, jeśli miałam coś w szklance. Przy ich stole siedział między innymi Mirek, człowiek, na podstawie którego powstał viral „Mój ojciec to fanatyk wędkarstwa:. Kamizelka z kieszeniami, telefon w futerale przy pasku i przekonanie, że wszystkie rozmowy można ostatecznie sprowadzić do ryb. Zanim zdążyłam odłożyć torebkę, dowiedziałam się, że ktoś zastawił mu dojście do łowiska, ktoś inny nie umie dobrać żyłki, a szwagier wystraszył szczupaka zamykaniem bagażnika.
Miał zdjęcia zdobyczy. Osobny album.
- Pokaż jej tego z czerwca – powiedział Paweł.
- Nie trzeba – zapewniłam. – Wiem, że był baaaardzo duży, jak zawsze wielki.
Żony kolegów biegały już między dmuchańcem, toaletami a dziećmi, które jednocześnie marzły i nie chciały zakładać bluz. Kiełbaska była ble, a tata obiecał, że nie będzie pił. Tyle informacji przetworzył mój mózg i najgorsze było to, że nie miał pojęcia co z nimi zrobić. Ludzie jednak żyją w różnych światach i znalezienie płaszczyzny porozumienia jest bardzo trudne. W zasadzie nie miałam o czym z nimi rozmawiać, matki polki, ideały. Choć niektóre z nich znałam bardzo dobrze z klubu, gdzie już tak grzeczne nie bywały, ale nie o tym i to nie moja sprawa, by kogokolwiek oceniać. Mężczyźni pilnowali stołu. Wyglądało na zadanie wymagające pełnego składu osobowego oddziału szybkiego reagowania. No cóż, jak się ma IQ temperatury pokojowej, to proste rzeczy stwarzają problemy.
- Siadasz? – zapytał Paweł.
- Pójdę się przywitać z Sylwią.
Nie zapytał nawet, na jak długo. Właśnie dostawał piwo. To wielkie, darmowe i równie chujowe piwo.
Bar z Sylwią był najlepszą częścią całej imprezy. Wykonali go specjalnie na ten dzień: solidna konstrukcja skręcona z płyt meblowych, front obłożony jasnymi panelami, na górze piękny, gruby blat z wyraźnym logo firmy. Przed nim ustawiono hokery ich własnej produkcji, z drewnianymi siedziskami i metalowymi podnóżkami. Nawet półki za plecami Sylwii wyglądały jak fragment salonu wystawowego. Normalnie „show room”, który miał pokazywać, że są w stanie umeblować każdy bar w tym kraju. Ta firma naprawdę ma renomę i robi solidne rzeczy.
Przesunęłam dłonią po blacie.
- No. Nareszcie coś tu ma sens.
Sylwia spojrzała na mnie znad pojemnika z lodem.
- Cześć, pizdo. Co ty dziś taka wystrojona? Chłopa szukasz?
- Jak masz arabskiego szejka to chętnie. Dzisiaj to ja siedzę, a ty zapierdalasz. Chciałam godnie wyglądać, by pastwić się nad twym marnym losem psiuto!
- Piękna przyjaźń.
- Zrób mi dobrego drinka, to jeszcze cię pochwalę.
- Dobrego czy mocnego?
Usiadłam wygodnie, przeczesując ręką włosy.
- Nie każ mi wybierać między szczęściem a szczęściem. Niech będzie dobry i podwójny!
Roześmiała się i sięgnęła po szklankę.
- Ładna sukienka.
- Wiedziałam, że ktoś tu w końcu zauważy istotne szczegóły.
- Twój zauważył?
Spojrzałam w stronę namiotu.
- Mój to jedyne co zauważył to darmowe piwo i wódkę – powiedziałam dobitnie, podkreślając słowo darmowe. – Od tej chwili ma bardzo niewielkie pole widzenia.
Sylwia postawiła przede mną drinka.
Spróbowałam.
- Kocham cię.
- Wiem. Zawsze mi to mówisz po pierwszym razie.
- Po drugim mogę się oświadczyć.
- Najpierw rozwód.
- Kurwa, ile to trzeba formalności, żeby człowieka ktoś dobrze obsłużył.
Rozmawiałyśmy o klubie, zaległej wypłacie za jedną sobotę i nowym ochroniarzu, który miał posturę szafy.
Zaczęłam się nawet dobrze bawić, bo kilku drinkach.
Wtedy pojawił się Wiktor – szef Pawła, gospodarz tego całego burdla.
Miał jasną koszulę z podwiniętymi rękawami, granatową kamizelkę i buty, których nie założyłabym na taki kurwidołek, gdybym sama za nie płaciła. Był trochę starszy ode mnie, zadbany, spokojny. Podobał mi się właściwie. Świadomość, że te wszystkie budynki należą do niego, niewątpliwie dodawała mu dużo więcej uroku, ale umiał też po prostu stanąć przy kobiecie i nie zacząć rozmowy od głupoty.
Towarzyszyły mu dyrektorka personalna i dyrektorka od marketingu oraz komunikacji. Jedna trzymała telefon, druga harmonogram. Korbiurwy, widzące tylko czubek swojego nosa, ewentualnie fiuta szefa który im akurat da possać i pasek wypłaty, który interesuje je najmocniej. Co ciekawe podobno pielęgniarki i kelnerki to najbardziej sexualnie aktywne zawody. Obie co chwilę potrzebowały jego opinii.
- Jak bar, jak obsługa się podoba szanownej Pani? – zapytał.
Był bezpośredni poczułam perfumy, piękny zapach tego letniego złotego Versace. Uwielbiam te cytrusy, które czuć w promieniu używającej ich osoby. Znałam go z klubu, często go obsługiwałam jeśli akurat w moim rewirze były loże VIP.
- Znakomita. Ewidentnie widać, że rekomendująca tę pracownicę osoba zna się na ludziach i wie jakie umiejętności się liczą.
- To zawsze wiedziałem, otaczam się tylko ekspertami.
W sumie to nawet zrobiło na mnie wrażenie. Dwie korpiary poczuły uczucie dumy, jakby mówił o nich. Odsunął stołek obok mojego. Pani od marketingu przypomniała mu o wspólnym zdjęciu kierownictwa. Poprosił o pięć minut i usiadł. Patrzyłam na niego trochę już wstawiona.
- Paweł gdzieś tutaj?
Wskazałam na namiot.
Mirek właśnie pokazywał szczupaka z czerwca.
- Tam! Integruje się i na pewno bardzo dobrze się bawi, poznaje tych samych ludzi ciągle od 1o lat – powiedziałam.
- To dobrze.
- Bardzo intensywnie.
Wiktor zamówił drinka, whisky sour. Wbrew pozorom, by zrobić tego drinka trzeba mieć skille. Rozmawiał dobrze, potrafił słuchać odpowiedzi i nie wyglądał na urażonego, kiedy się z nim nie zgadzałam a ja lubiłam się niezgadzać dla samej przekory. Kilka razy musiał odejść: do zdjęcia, przemówienia, wręczania nagrody. Wracał.
Przy kolejnej rozmowie wspomniał coś o klubowych gadżetach.
- Te wachlarze były świetne.
- Te świecące w ultrafiolecie z możliwością ładowania telefonu i wsparciem AI?
- Właśnie.
- Badziewie. Poszły wszystkie. Okulary też. Te z napisem „Jutro mnie tu nie będzie”.
Powiedział, że zamówił coś podobnego dla firmy, tylko bardziej użytkowego i jednak z klasą. Termosy, porządne parasole, notesy z drewnianymi okładkami i peleryny przeciwdeszczowe w małych pokrowcach.
- Miarki też powinny być – powiedziałam. – U was każdy przecież lubi komuś udowodnić, że tamtemu brakuje dwóch centymetrów.
Sylwia schyliła się pod bar, prychając ze śmiechu.
Wiktor uśmiechnął się delikatnie.
- Powinnaś pracować w marketingu.
- Ja wolę dostawać napiwki od razu. Kasa misiu, kasa. – rozejrzałam się po okolicy, unosząc na stołku, nie działo się nic godnego mej uwagi.
Później zrobiło się chłodniej. Dzieci wyjeżdżały z matkami, a przy stole Pawła pojawiła się wódka. Mój mąż siedział z rozpiętą bluzą i czerwonymi policzkami, zaangażowany w rozmowę tak bardzo, jak rzadko bywał zaangażowany w cokolwiek w domu.
Wiktor położył dłoń na moim przedramieniu. Kciukiem przesunął lekko po skórze, a wzrok zatrzymał na dekolcie żółtej sukienki. Zauważyłam. On też zauważył, że zauważyłam. Natomiast na pewno nie zauważył stanika, którego nie miałam.
- Zgubiłeś wątek? – zapytałam.
Podniósł oczy.
- Na chwilę. Ale znalazłem coś innego, ciekawszego.
- Zdarza się. – wzruszyłam ramionami.
Nie cofnęłam ręki. Czas płynął, dzieci jeszcze gdzieś pokrzykiwały.
To był już kolejny drink. Sylwia podała mi coś dziwnego, co jednak po ilości wlanej we mnie zupełnie mi nie przeszkadzało, a Wiktor nadal siedział obok. Zrobiło się spokojniej. Mniej krzyków dzieci, więcej brzęku butelek. Pochylił się przy moim uchu i wyszeptał.
- Widzę, że się zmęczyłaś. Mam u siebie w gabinecie dobrą rzecz, taką białą tabaczkę, by upudrować nosek – powiedział. – Pamiętam, że lubisz takie rzeczy.
- Pamiętasz zaskakujące rzeczy. – zamrugałam od niechcenia oczyma.
- Chodź, pokażę ci przy okazji te notesy. Wybierzesz sobie fajne rzeczy. Wszystko co tylko chcesz.
Spojrzałam na niego.
- Cały czas mówimy o materiałach promocyjnych?
- Oczywiście.
- To chodźmy, zanim marketing je wszystkie przywłaszczy.
Przy wejściu do biurowca spotkaliśmy panią od personalnych.
- Idziemy po gadżety – wyjaśnił Wiktor.
- Ja tu tylko sprawdzam jakość – dodałam i będąc już dobrze najebana, pokazałam jej język, tak by nikt inny tego nie widział.
W gabinecie było zaskakująco cicho i ciepło. Po kilku godzinach przy głośnikach odruchowo ściszyłam głos.
Jedną ścianę zajmowały przeszklone drzwi prowadzące na niewielki taras, drugą regał z katalogami, próbkami drewna i kilkoma nagrodami. Pod oknem stała niska szafka z ekspresem. Obok stolika dwa skórzane fotele, dalej zdjęcia realizacji: hotelowe wnętrza, restauracja, sala konferencyjna tak wielka, że z jednego końca stołu trzeba było chyba dzwonić na drugi.
Biurko było ogromne, oczywiście ich produkcji. Gruby dębowy blat, ciemna podstawa, żadnych papierów poza zamkniętą teczką. Na środku monitor, po prawej ciężki przycisk do papieru. Wszystko ustawione tak równo, jakby ktoś przed chwilą przygotował gabinet do zdjęć.
Pod ścianą stały kartony z gadżetami. Zajrzałam do środka bez jego zgody.
Wyjęłam notes. Okładka była gładka, logo dyskretne. Patrzył na mnie Musiał mieć zamiłowanie do krawiectwa, bo bardzo dokładnie oglądał wykończenie mojego kopertowego dekoltu.
- Ładny – przyznałam. – A gdzie ten puder, czy tabaka, który obiecałeś? Nie szłam tu chyba dla jednego notesu. – spojrzałam na niego z wyrzutem, poprawiając dekolt, który ciągle przykuwał jego największą uwagę.
- Już daje spokojnie laleczko.
- Na razie pokazujesz mi artykuły papiernicze, takie są w Empiku, sama widziałam. Mam prawo czuć się zwabiona podstępem. Powinnam wezwać policję.
- Bardzo wygadana jesteś jak na miejscową. Ale z policją to raczej nie masz dobrych kontaktów.
Uśmiechnął się pod nosem i wyciągnął pudełeczko z szuflady. Po chwili już miałam katar i kichnęłam tak, że oboje zaczęliśmy się śmiać.
Oparł dłoń o blat.
- Możemy jeszcze sprawdzić solidność biurka.
Popatrzyłam na niego, uważnie, tak jak nauczycielka patrzy na ucznia, który czymś ją zaciekawił.
- Macie tu wyjątkowo rozbudowaną kontrolę jakości.
- Staramy się. Wybieram najlepszych testerów.
Przez moment obracał jeszcze pudełeczko w palcach. Podsunął się do mnie blisko, bardzo blisko.
- A Pawłowi przydałaby się premia. Po sezonie pewnie wam ciężej? – powiedział, wkładając ręce w dekolt mojej sukienki. Zrobił to zupełnie bez emocji. Zaschło mi w gardle, oddychałam coraz szybciej. Uśmiech zszedł mi z twarzy tylko trochę. Czułam jego ręce bezpośrednio na moich cyckach. Sutki zareagowały skurczem natychmiast po zażyciu białej tabaki, wiec były już i tak twarde. Ściskał je, tarmosił, patrząc na mnie z szelmowskim uśmiechem.
- Po sezonie zawsze jest ciężej. Ale premię daj mu za robotę. – powiedziałam, odwracając się od niego bokiem. Przy tym ruchu jedna z piersi pozostała na wierzchu, wyjęta przypadkiem przez jego dłoń, w momencie, kiedy przesuwałam swoje ciało. Nie chowałam jej.
- Jasne, jak słońce. Ale przestań, nie raz widziałem, jak wkładali ci między cycki solidne napiwki, przecież ci to nie przeszkadza, lubisz to.
Odłożyłam notes. Popatrzyłam na niego.
- Solidne cycki, czy solidne napiwki? – zapytałam, nie dając mu czasu na odpowiedź – Ze mną rozmawiaj o mnie, a nie premii mojego męża – powiedziałam, patrząc na biurko – żebyś ty wiedział, co tam mi w życiu wkładali, to byś nie uwierzył.
Odpowiedziałam bezczelnie, wysiliłam się przy tym na szczyty spokoju i zobojętnienia. Podszedł bliżej. Tym razem patrzył mi w oczy i to mimo tego, że jedna pierś z mocno sterczącym sutkiem była na wierzchu. Mój biust charakteryzuje się nie tylko solidnym rozmiarem, mam też olbrzymie brodawki, które zajmują sporą jego powierzchni, a i sutki są dobrze zauważalne.
- Madziu, słoneczko, widzę, że chcesz się ruchać. To naprawdę widać po tobie. Chcesz mi się oddać kurewko i ja dobrze to wiem. – tłumaczył jak tatuś dziecku, które nie chce założyć czapki, mimo że pizga jak w kieleckim, tylko bardziej intensywnie. – Chcesz, bo lubisz się ruchać, plotki nie biorą się znikąd.
Chciałam, fakt. Taki mój urok, że po używkach zawsze mi się chce. Podobał mi się, miałam ochotę zostać i nie potrzebowałam do tego obietnicy przelewu dla Pawła.
- Czyli prawdą jest, że jesteś chujem i mało płacisz ludziom. – znów chciałam mu dogryźć, dziś był taki dzień. Nie jestem kurwą. – odpowiedziałam, ale bez oburzenia.
- Nie, tak nie powiedziałem! Jesteś po prostu ładna, z tego, co wiem puszczalska i masz zajebiste cycki, z których jeden pięknie wystaje z sukienki. Nie powiesz mi że jesteś od świadków jehowy i przyszłaś mnie nawracać.
- Nie jestem, oni chodzą parami – odparłam, potrząsając głową, tak by włosy nie zasłaniały mi oczu.
Podszedł i bez pytania pocałował wiszącą na wierzchu pierś delikatnie, a potem mocniej, ssąc i zostawiając na niej ślad. Wtedy, kiedy nie protestowałam, złapał mnie za głowę i całą mocą dossał się do wyjętej piersi, wszystko to z pewnością mężczyzny, który wie, czego chce i nie wątpi, że właśnie to dostanie. Strasznie mnie to podniecało Czułam dokładnie jego język, krążący po brodawce, był jak wąż owijający się w koło swej zdobyczy, wreszcie poczułam jego zęby, delikatnie podgryzające sutka.
Wszystko to podniecało mnie jeszcze bardziej. Nie mogłam się powstrzymać, ręką odszukałam jego krocze rozpięłam suwak w spodniach i włożyłam w otwór rękę. Odnalazłam go bez trudu. W zasadzie stał dumnie czekając, aby symboliczny poszukiwacz skarbów, w postaci mojej ręki znalazł tę włócznię przeznaczenia i chwycił ją silnie w geście zwycięstwa.
Nie pozostawał mi dłużny. Jego ręka szybko zawędrowała pod sukienkę, nie było to trudne w związku z tym, że miałam ją tylko do kolan. Poczułam, jak jego zimne palce zaczynają drażnić moją cipkę, która oznajmiała to dużą ilością wilgoci. Oddychałam szybko i gorączkowo, teraz jeszcze wyraźniej czułam moje ulubione, letnie, męskie perfumy Versace.
Bardzo szybko jego druga ręka uwolniła również moją drugą pierś z więzienia przylegającej do niej sukienki. Teraz biust był wolny, a wielkie brodawki przypominały oczy, oczy obserwujące wszystko do koła. Zaczęłam cicho pojękiwać.
- Lubisz to! – powiedział, odsysając się do drugiej piersi. Jęczałam coraz głośniej, jego dwa palce wirowały już w mojej cipce, a mi było coraz przyjemniej.
- Wyruchaj mnie – powiedziałam cicho, unosząc oczy do góry. W mojej głowie wirował cały świat.
- Zaraz, spokojnie. Najpierw to ty mi obciągniesz – powiedział, przerywając pieszczoty. – No szybko, na co czekasz laleczko! Na pewno jesteś w tym dobra.
Nie przypominał teraz tego miłego, błyskotliwego biznesmena, z którym rozmawiałam przy barze. Traktował mnie teraz jak jakiś gangus, a to mnie jeszcze bardziej kręciło. Zawsze miałam słabość do złych chłopców. On musiał o tym dobrze wiedzieć.
Chwycił moje ramiona i praktycznie siłą zmusił, żebym uklękła. Spowodowało to ból w okolicy karku, który przypomniał mi, że jestem w realnym świecie i nie jest to sen.
Klęcząc przed nim, mogłam już dokładnie dostrzec wystającego ze spodni kutasa. Niczym jakiś smok lub morski potwór wyglądał ze swojej jaskini, czekając na należną mu ofiarę. Miał pecha, dziewicą już dawno nie byłam, ale to chyba było mu wyjątkowo na rękę. Widziałam dokładnie jego nabrzmiałe żyły i gładką, purpurową główkę, czyli tę część męskiego penisa, która jest niebywale gładka. Zawsze zastanawiałam się, czemu akurat ten fragment ciała tak niesamowicie czuć mając go w ustach. Był taki lśniący i wilgotny, wydawał się niemal apetyczny, chciałam go szybko włożyć między moje wargi i poczuć jego smak. Chwyciłam go w dłoń. Nie imponował może długością, ale robił pozytywne wrażenie. Jego fiut, prosty, majestatyczny i sztywny – niczym włócznia pikiniera czekającego na szarżę kawalerii – kołysał się lekko na boki. Przez chwile wpatrywałam się jak zahipnotyzowana, ale on nie pozwolił sobie czekać.
- No dawaj kurwa, nie mamy czasu! – rzucił zniecierpliwiony.
Bez jakiegokolwiek kolejnego poganiania, zaczęłam poruszać miarowo głową, w tył i przód, równo i sprawnie, jednocześnie dając nieopisaną przyjemność stojącemu przede mną Wiktorowi. Ciągle pracowałam, ruszając głową, a usta starannie i szczelnie obejmowały penisa. Spojrzałam mu w oczy i wreszcie wsunęłam jego kutasa w usta tak głęboko, że brodą dotykałam jąder. Jednocześnie umiejętnie wkoło prącia, poruszałam językiem, chcąc dać mu maksimum satysfakcji.
- Oooo taaak laluniu. Jednak faktycznie umiesz w te sprawy.
W sumie uwielbiałam, kiedy faceci tak reagowali. Gdy w taki sposób mnie traktowali. Ustami pracowałam na kutasie, ślina mi lekko ciekła po brodzie na nagi biust. Nieprzerwanie pracowałam głową, moje ruchy stawały się głębsze, jednak nadmiar alkoholu sprawiał, że nie potrafiłam tego robić tak sprawnie, jak bym sobie życzyła.
- Pomogę ci zapracować na tę premię dla męża!
Co on kurwa z tą premią, nie miałam jednak czasu długo myśleć. Chwycił mnie dłońmi za głowę, po czym sprawnym pchnięciem bioder wepchnął prawie na siłę między moje półotwarte wargi. Tempo, jakie wypracował, było o wiele wyższe od tego, jakie narzuciłam sobie wcześniej, to było szalone. Wreszcie wyjął go zaczął trzepać przed moją twarzą
W tym momencie otworzyły się drzwi a do gabinetu weszła Pani z marketingu
- Panie prezesie… – nagle ją zamurowało, patrzyła zszokowana – Wiktor…
- Aneta, kurwa, wypierdalaj! – rzucił do niej, nie przerywając walić.
Wybuchłam śmiechem, nie wiem, co mnie tak rozbawiło, ale nie mogłam się powstrzymać. W ogóle nie przejmowałam się jej obecnością.
- Co… ona robi… – dziwnie z przerwami i niedowierzaniem mówiła pani dyrektor, nie kończąc zdania.
- To samo co ty wiele razy więc bądź łaskawa i idź sobie – powiedział wyjątkowo spokojnie Wiktor. Kiedy jego chuj w zasadzie oparł się na moim czole.
Stała jak wryta i patrzyła przez moment. Moment na tyle długi, że zdążyłam przeczesać zasłaniające mi twarz włosy, wziąć penisa w usta i chwile possać.
- Widzisz, tak to się robi Anetko! Jeszcze podobno sporo musi się pani dyrektor uczyć. Więc patrz i się ucz albo wypierdalaj, jak nadmienił pan prezes – powiedziałam po wypuszczeniu kutasa z ust.
Anetka zatrzepotała rzęsami, strzeliła focha i faktycznie wyszła, trzaskając drzwiami. Nie wiem czemu, ale strasznie mnie to rozweseliło
- Jesteś pojebana – roześmiał się Wiktor – Anetka akurat dobrze ciągnie – dołożył jeszcze to irytujące zdanie, w czasie, kiedy znów brałam mu do buzi. Akurat nie to chce usłyszeć kobieta ssąca ci fiuta baranie.
- Starczy! Mamy przetestować biurko a prawie się zlałem. Wstawaj! – rozkazał kapitan dzisiejszego rejsu.
Podniosłam się z kolan. Obrócił mnie tyłem do siebie. Pchnął mnie na to wielkie, solidne biurko. Moje mocno sterczące sutki, boleśnie otarły o pięknie wylakierowany blat. Zgięłam się w pół, wypinając do Wiktora w górę swoje pośladki, nie ściągał mi majtek, odsunął je tylko na bok. Przyłożył penisa do mojej dziurki, pocierał nim moment o wargi. Robił tak, nakierowując kutasa dokładnie na dziurę, aż wreszcie wszedł we mnie zdecydowanym, mocnym pchnięciem. Wyrwało to ze mnie ogromny jęk rozkoszy. Czułam, jak mnie wypełnił. Poruszał się we mnie szybko, wręcz z furią.
- O kurwa mhmmm! Tak! – jęknęłam, gdy penis zaczął coraz mocniej wypełniać moją cipę.
Wiktor też stękał głośno. Chwycił mnie w talii i posuwał rytmicznie. Jęczałam jak pojebana, ale właśnie tak mam, kiedy ktoś mnie dobrze dyma. Nie jestem w stanie tego opanować. Ruchał mnie mocno i postanowił uderzyć w pośladek z taką siłą, że pozostawił na nim czerwony ślad dłoni, a głośny wyraźny dźwięk rozległ się w gabinecie a ja tylko stęknęłam z bólu. Lubiłam to. Co ciekawa biurko nawet nie drgnęło, faktycznie było solidnie wykonane.
Posuwając mnie rytmicznie, włożył pod moje ciało swoją rękę i chwytał nią piersi. Zaczął je ugniatać, ciągnąć sutki, wykręcać. W takiej pozycji byłam rżnięta kilka minut. Czułam, jak jego penis wypełnia mnie mile, jak ociera się o moje wnętrze. Sama zaciskałam cipkę mocniej i jęczałam jak oszalała, starając się z trudem złapać oddech. W końcu przyszedł do mnie orgazm. Wiktor wykonał kilka dodatkowych ruchów, po czym wyszedł ze mnie z wyrazem radości na twarzy.
- Jęczysz jednak jak kurwa Madziu. Ty naprawdę lubisz ten sport. Czyli plotki jednak nie kłamią. – wydyszał zmęczony, pochylając twarz przy moim uchu.
- Przeszkadza ci to?
- Mi nie ale Paweł musi być dumny – szyderczo się zaśmiał i obrócił mnie przodem do siebie i pchnął na biurko.
Leżałam teraz na plecach podziwiając jasność lampki witrażowej w stylu Tiffanyego, której podświetlane witrażowe szybki, rzucały na okolicę niesamowitą grę świateł i cieni. Moje wielkie piersi rozlały się na boki, starałam się przysunąć do siebie ramiona, by wyglądały lepiej. Wiktor zsunął ze mnie stringi i rzucił je pod drzwi tarasowe. Złapał za moje biodra tak silnie, jakby znalazły się w imadle. Po tym zaczął mnie posuwać w taki sposób, jakby za chwilę miał skończyć się świat. Odchyliłam swoją głowę do tyłu, jęczałam ciężko, łapiąc powietrze do płuc. Jednocześnie oplotłam go swoimi nogami. On sprawnie zaczął dodatkowo masować moją cipkę, tego było już dla mnie za dużo, doszłam po raz kolejny, co obwieściłam głośnym krzykiem całemu światu. Gdyby nie głośna muzyka na festynie, na pewno obudziłabym mieszkańców pobliskiej nekropolii.
Ale, że muzyka grała, nie miałam szans na dokonanie hurtowego wskrzeszenia Łazarza i nie przeszłam do historii. Ciekawe czy Maria Magdalena też była ruchana na biurku, zrobionym przez Józefa, bądź co bądź cieślę. To ciekawe, że większość ludzi uznaje moją imienniczkę za cudzołożnicę, a w rzeczywistości takową nie była. To błąd już dawno wyjaśniony, ale kogo obchodzi prawda. Przez głowę przebiegały mi idiotyczne skojarzenia, które mogą powstawać tylko w głowie szaleńców, jak i osób mocno pobudzonych substancjami psychoaktywnymi. Było mi bardzo dobrze, odleciałam daleko stąd.
Wiktor tylko się uśmiechnął, złapał mnie za włosy, obrócił w swoją stronę, sprowadził po raz kolejny na kolana. Wyrwał mnie z moich jakże filozoficzno-teologicznych rozważań, a byłam tak blisko absolutu. Ciężko oddychałam, ledwo mogąc usiedzieć na piętach, cycki na wpół sterczały, na wpół leżały, na pogniecionej sukience.
- Dawaj ściśnij te cyce! – nie wiedziałam o co mu chodzi, widać mój mózg wyłączył obieg zbędnych informacji.
- Ogarnij się i napluj na nie! Głucha kurwa jesteś! – przywołał mnie do porządku, dzięki czemu wykonałam jego polecenie, posyłając na moje piersi zapas śliny jaki jeszcze pozostał w moich ustach.
Złapał mój biust obiema rękoma i zacisnął go mocno na swoim kutasie. Tym sposobem zaczął posuwać mnie między moje wielkie cycki. Dzięki ślinie kutas sprawnie poruszał się między piersiami przy odpowiednim tarciu. Ruchał je, uśmiechając się. Kiedy, po kilkunastu intensywniejszych ruchach zrozumiał, że lada moment się spuści, chwycił penisa w rękę i zaczął go walić.
Siedziałam jak oszołomiona, patrząc na faceta, który tuż przed moją twarzą trzepie sobie konia. Ogarnęłam się i wzięłam samą końcówkę do ust, obrabiałam ją sprawnie, liżąc tę cudowną, śliską powierzchnię bardzo dokładnie.
Wiktor nie wytrzymał, odsunął penisa od mojej twarzy i strzelił prosto na cycki. Kilka mocnych strzało pokryło je, tak jak lukier pokrywa pączki w pracowni cukierniczej, na tłusty czwartek. Sperma ściekała po nich, dokładnie je pokrywając.
- No dobre kurwisko z ciebie jest naprawdę, nie dość, że można pogadać, to jeszcze umie się ruchać. Moja laleczka z porcelany – zabrzmiało to, jak komplement.
- Gdyby nie makijaż to jeszcze bym się zarumieniła – odpowiedziałam mu, wciąż ledwo łapiąc oddech.
- Wytrzyj się! Chyba tak do ludzi nie wyjdziesz – rzucił mi wyciągniętą z kieszeni paczkę nawilżanych chusteczek.
- Czemu nie, sperma to najlepsza maseczka ujędrniająca, a mi to potrzebne – powiedziałam niczym doktor polecający kosmetyk.
- Ty kurwa dobra jesteś, takie już się nie rodzą – powiedział, wycierając fiuta w mokrą chusteczkę.
Zaczęliśmy się zbierać, nie było nas już jakieś pół godziny. Jeszcze jedna kreska białej tabaki, mogliśmy wychodzić.
Później, gdy poprawiałam w wielkim lustrze włosy, z placu dobiegł ten sam refren, który słyszałam już kilka razy. Ktoś śpiewał do mikrofonu z dużym przekonaniem i bez znajomości melodii „Ach wymasuj mnie Romanie…”.
Sprawdziłam twarz w lusterku. Brwi na miejscu, kreski na miejscu, kolor ust też. Starła się pomadka. Poprawiłam ją, schowałam do torebki i sięgnęłam po termos i bidon do kartonu z gadżetami.
- Ten biorę. – powiedziałam z przekonaniem.
Wiktor podał mi jeszcze parasol.
- Notes też wezmę – zaczęłam już się przekomarzać.
- Notes szczególnie weź! Testowałaś jakość.
- Biurko też ma dobrą, czy powiedzieć Pawłowi by jutro zabrał? – rzuciłam, puszczając oczko.
Wyszliśmy z gabinetu.
Na zewnątrz dmuchany zamek leżał już płasko na ziemi. Dzieci prawie nie było. Przy stołach zostali najbardziej wytrwali uczestnicy firmowego życia rodzinnego.
Paweł zauważył przede wszystkim parasol.
- O! Skąd masz?
- Z biura marketingu i promocji.
- Dają?
- Jak widać.
Wziął termos, próbował odkręcić pokrywkę i założył ją krzywo i ni chuja nie mógł sobie poradzić.
- Porządny – ocenił.
- Tak.
- A dla chłopaków są?
Przy stole zrobiło się nagle uważniej.
- Paweł no, musicie sami zapytać. Najlepiej Anetki, ona ma szerokie kompetencje i możliwości.
- Ty już byłaś, to może…
- Nie, Paweł. O nic nikogo nie będę pytać.
Powiedziałam to spokojnie. Wrócił do oglądania termosu. Zostawiłam go z jego nowym skarbem. Jak znam życie, to naleją do niego wódki, żeby wynieść z imprezy i nawet nie będzie to pomysł mojego męża. On by na to nie wpadł.
Obie dyrektorki stały przy barze. Zerknęły na mnie, potem na drzwi biurowca. Pani od marketingu zauważyła notes.
- Jeszcze ich nie rozdajemy – rzuciła z oburzeniem.
- Tego właśnie nie rozumiem. Z tego, co wspominał prezes, to podobno panie tu są od dawania. Nawet się staracie, trenujecie, chyba codziennie. Tylko nie wychodzi wam to najlepiej – kontynuowałam na jednym wdechu jak ekspert wykład na historii sztuki. – Musicie Panie dużo ćwiczyć, by osiągać życiowe cele. Bo to bardzo ładne notesy są – dodałam jakby od niechcenia, obracając go w rękach.
- Pfff, jaka kurwa! – miałam wrażenie, że fuknęły jednocześnie.
- Upsss, wyrwało mi się! – rzekłam zadowolona. Nawet w tym jestem od was lepsza! – znów mi się wyrwało.
Sylwia patrzyła na mnie z uśmiechem i błyskiem w oczach.
- To, co mi koleżanki powiecie? Zróbcie miejsce…
Usiadłam obok nich, jakby na żadnym etapie nie przyszło mi do głowy, że miałabym szukać innego miejsca. Wydawało mi się, że z obu dam, wyrwał się istny krzyk cierpienia. Taki jaki wydają z siebie demony, które właśnie przepędzone egzorcyzmami. Odwróciły się i zniknęły.
- Oho, ktoś tu ma dziś dobry dzień – zagaiła z uśmiechem Sylwia.
- Nie przesadzaj, nie mów, że damulki cię nie wkurwiają. Bawimy się jak damy, jak nie damy, to się nie bawimy. Księżniczki z kijem w dupie – powiedziałam, odpalając zasłużonego papierosa.
Sylwia postawiła przede mną drinka.
- I jak poszła kontrola jakości?
Położyłam notes na blacie.
- Nie mam uwag. Idealna robota.
Spojrzała na mnie, uniosła brew.
- To jeszcze usuń kilka plamek z sukienki „porcelanowa laleczko”. – uśmiechnęła się i wróciła do pracy.
Spojrzałam wystraszona na sukienkę, faktycznie wcierałam spermę w biust, może coś gdzieś zostało. Ale nie, kopertowy dekolt był, a nie było żadnych widocznych plam, ale zaraz, kurwa… Sylwia parskała śmiechem.
- Skąd wiesz?!
- Znamy się nie od dziś, a ja rano odbierałam już wypłatę za wieczór u Wiktora. – uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo – Byłam pierwsza! – pokazała mi język.
- Ty pizdo! – wypaliłam pełna miłości i roześmiałyśmy się razem. – Co za szon!
Nie miałam ochoty analizować zajścia w gabinecie, w końcu nie był to gabinet owalny, a mnie nie pierdolił prezydent. Za to coraz bardziej drażniła mnie perspektywa zbierania Pawła z tej ławki. Przez całe popołudnie ani razu nie podszedł zapytać, jak się bawię. Nie zauważył, kiedy wyszłam. Zauważył tylko ten jebany termos.
Spojrzałam przez ogrodzenie na drugą stronę ulicy. Przy cmentarzu nie działo się nic. Prawie nic, jedynie kruki krążyły nad nim, szukając czegoś, o czym nigdy nie będę miała pojęcia. Dalej drogą wojewódzką przejeżdżały samochody, normalni ludzie jechali załatwiać swoje bardzo ważne sprawy. Ja pierdole – marnuję się tu – pomyślałam, dodając sobie otuchy.
- Daj mi numer do taksówkarza – powiedziałam do Sylwii.
Z końca placu dobiegł głos męża.
- Kochanie! Chodź, zdjęcie robimy! Fajmili foto! – krzyczał uradowany.
- Family foto, wsadź se chuja w błoto. – kochałam go. Nie zrozumiecie, ale go kochałam.
Stali już, objęci za ramiona, kołysząc się przed telefonem. Paweł machał wolną ręką. W drugiej trzymał mój nowy termos.
- Zróbcie beze mnie! Kocham was wszystkich! – przesłałam im ręką soczystego buziaka.
Sylwia wyjęła swój pięknie obłożony drewnem notes, z logiem firmy mojego męża. Otworzyła na pierwszej stronie. Zapisała numer taksówkarza firmowym długopisem.
WU&ER
Jak Ci się podobało?