Gdy opadnie kurz

23 stycznia 2026

46 min

Kolejny wytwór tejotowej wyobraźni. Tartaku nie ma, jedynie konsekwencje. I trochę trocin w tle.

Wieczór wypełnił się ciszą. Ciemność za oknem srebrzył blask księżyca. Pokój Dagmary tonął w półmroku, przełamanym jedynie ciepłym światłem nocnej lampki. Czuć w nim było zapach lawendowego żelu, ale też coś bardziej surowego – cielesnego, organicznego. Siedziała na łóżku z podwiniętymi nogami, owinięta w szlafrok, wciąż wilgotne blond włosy spływały jej na twarz. Nie chciała na sobie niczego więcej – żadnej bielizny, ochrony. Każdy ruch biodra, każda zmiana pozycji wzmagała uczucie pulsowania. Między udami – wciąż wilgoć. Ciepła, lepka. Nie wiedziała już, czy to wspomnienie, czy reakcja – a może jedno i drugie? Nie bolało, już nie, ale mięśnie, mimo długiej, gorącej kąpieli wciąż pozostawały lekko napięte. Ciało wciąż rezonowało echem niedawnych wydarzeń.

Broniła się długo, ale natrętne myśli w końcu zwyciężyły. Ciężko, powoli, z mocą lawiny, której już nie da się zatrzymać, powracały obrazy, emocje, jakże sprzeczne z tym, co myślała o sobie jeszcze rano.

Bo przecież to miało wyglądać inaczej.

Miało być ciepło, czule, przewidywalnie. Spokojnie, bez pośpiechu, bez osób trzecich. Miało być uczucie, bliskość, może trochę ciepłego uśmiechu, odrobina nieśmiałości, ostrożność, ciekawość, ale nie głód. Miała mieć kontrolę, prawo decyzji i ten magiczny moment wymiany spojrzeń mówiących: „Tak. Teraz. Z tobą”.

A jednak… wydarzyło się inaczej. Nieplanowane. Nieskładne. Szybkie. Mocne. Niekontrolowane. Co więcej, każde wspomnienie, każde napięcie mięśni, mimowolna reakcja ciała, której nie potrafiła zatrzymać, czyniły obraz z wyobrażeń coraz bardziej mglistym, odległym. Nie potrafiła już do niego wrócić.

Nie czuła się wykorzystana ani złamana, ale czuła ciężar tego, co zrobiła, lub raczej, czemu pozwoliła się wydarzyć. Mimo to — i to było najdziwniejsze — nie potrafiła znaleźć w sobie choćby cienia żalu czy poczucia winy. To wszystko stało się tylko dlatego, że nie chciała się zatrzymać.

Nie rozumiała, nie znajdowała logicznego wyjaśnienia. Przecież znała siebie, wiedziała, kim jest i czego chce – a przynajmniej tak jej się wydawało. A teraz… wszystko rozsypało się w jedno długie, pulsujące wciąż pod skórą: „tak”. Bez uzasadnienia, bez planu, możliwości powrotu. Najbardziej zaskakiwała ją świadomość, że nawet gdyby mogła cofnąć czas, nie zrobiłaby tego. Nie czuła ani żalu, ani skruchy – tylko ciężar nowego, nieznanego „ja”.


Drgnęła, gdy usłyszała ciche pukanie. Dwa krótkie stuknięcia w drewnianą framugę – wystarczające, by wyrwać ją z wiru myśli, lecz zbyt łagodne, by uznać je za nachalne. Nie zdążyła odpowiedzieć, zanim drzwi uchyliły się lekko i do środka zajrzała Kinga.

– Mogę? – zapytała, stojąc w drzwiach.

Skinęła powoli głową. Dziewczyna weszła bezszelestnie, przysiadła na skraju łóżka, nie za blisko. Odgarnęła z czoła farbowane, ciemne włosy i przez chwilę przyglądała się Dagmarze uważnie, z nieco zmęczonym, ale ciepłym uśmiechem. Nie zapytała: „co się stało” – przecież wiedziała.

Blondynka siedziała bez ruchu, z dłońmi splecionymi na kolanach. Szlafrok lekko rozsunął się na udach, ale nie poprawiła go. Nie miała już czego zasłaniać.

Otoczyła je cisza. Nie ta ciężka, niezręczna, lecz ta, która przychodzi po biegu, po krzyku, po dotyku. Pozwala zdjąć ciasną obrożę strachu, zaczerpnąć głębiej powietrza.

– Jak się czujesz? – zapytała w końcu Kinga, niemal szeptem.

Nie odpowiedziała od razu. Przełknęła ślinę. Powróciło to znajome napięcie pod mostkiem.

– Nie wiem – odparła w końcu. – Gubię się w tym wszystkim. W sobie.

Brunetka skinęła głową.

– To było… dużo. Prawda?

Dagmara wypuściła powietrze przez nos. Zaśmiała się krótko, sztucznie.

– Dużo – powtórzyła. – I jeszcze więcej. Właściwie nic nie wiem, nie rozumiem. Otworzyło się coś, co nie powinno. Przynajmniej nie w ten sposób.

Ton głosu jedynie maskował napięcie.

Starsza z dziewczyn przysunęła się nieco bliżej.

– Daguś, nie ma jednego właściwego sposobu – powiedziała łagodnie. – Często to, co się dzieje pod wpływem impulsu, jest prawdziwsze niż to, co planujemy miesiącami. Może nie było tak, jak sobie wyobrażałaś, ale… to było twoje.

Młodsza wciąż wpatrywała się w swoje dłonie.

– Właśnie tego nie rozumiem – szepnęła. Nie umiem tego potępić, żałować. Nawet jeśli próbuję.

Uniosła głowę. Spojrzała na rozmówczynię. Słowa ugrzęzły jej w gardle. Cisza zgęstniała, nabrała ciężaru.

– Jak to możliwe, że… ty? – zapytała w końcu.

Nie musiała mówić nic więcej, nie było potrzeby. Chwila, gdy zajrzała do pokoju i zobaczyła więcej, niż kiedykolwiek powinna zobaczyć, zawisła między nimi.

– Ewelina… – dodała po chwili, trochę bezradnie. – To mnie nie zaskoczyło, to do niej pasuje. Ale ty?

Kinga przesunęła spojrzeniem po ścianie, milcząc. Kąciki jej ust lekko drgnęły – uśmiech bez wesołości.

– Zobaczyłam cię… klęczałaś przed nim – słowa Dagmary zawisły w powietrzu, rozedrgane niepewnością. – To był szok. I nie, nie chodzi o seks. Tylko… to byłaś ty. Zawsze taka ogarnięta, poukładana, studentka psychologii… Nigdy bym się tego nie spodziewała.

Starsza uniosła lekko brwi, nie ze zdziwienia – raczej jakby potwierdzała, że słyszy.

– Naprawdę niewiele widziałaś. Rozumiem, że to, co tam się działo było dla ciebie szokiem, ale… to również ja. Ani lepsza, ani gorsza. Po prostu część mnie, której nie pokazuję każdemu.

Spojrzała na młodszą tak, jak się patrzy na kogoś, komu chce się wyznać sekret.

– Nie jesteśmy jednowymiarowi. Nie wszystko mieści się w jednej szufladzie, jednym stylu czy wersji. Ja też próbowałam kiedyś tak funkcjonować. Być spójna, logiczna, stała. Ale to tylko iluzja. Życie, ciało, pragnienia – one nie działają w jednym rejestrze. Tłumienie ich, udawanie, że ich nie ma, to tylko okłamywanie samej siebie.

Dagmara nie odpowiedziała. Siedziała z lekko pochyloną głową.

– To trochę jak z jedzeniem – ciągnęła Kinga. – Czasem mam ochotę na prostą jajecznicę. Ciepłą, znaną, bezpieczną. A czasem… na coś zupełnie innego. Co wypali gardło. Pieprz, chili, intensywność, która jeszcze długo zostaje na języku. Jedno nie jest ani lepsze, ani gorsze od drugiego. To nadal ja, tylko inny dzień, inna potrzeba.

Uśmiechnęła się lekko. Chciała dodać młodszej otuchy, choć był w tym również pewien wyraz bezbronności.

– W seksie jest tak samo. Czasem chcę bliskości i czułości, kiedy indziej, żeby było ostro, mocno, nawet brutalnie. Ale to wciąż jestem ja – ta sama.

Dagmara odetchnęła cicho. Poruszyła się lekko, próbując dopasować się do własnego ciała. Wciąż czuła się trochę jak w nowym ubraniu, takim, które, zanim się ułoży, uwiera lub gniecie. Nie potrafiła się w pełni pogodzić, z tym, co słyszy, czy raczej od kogo to słyszy, ale nie mogła też tego odrzucić.

– Nie sądziłam, że jestem zdolna do czegoś takiego – powiedziała w końcu. – Że nie ucieknę, nie powiem stop. Że nie powiem nic.

– A jednak zostałaś – Kinga znów uciekła spojrzeniem, unikając wywierania presji.

– Zostałam. Najpierw tylko patrzyłam, a potem… po prostu dałam się prowadzić. To wszystko wydarzyło się tak szybko, a jednak… Wstyd, rozum, wyobrażenia – wszystko gdzieś zniknęło, a ciało… chciało i… wiedziało, co robić.

Zamilkła na chwilę szukając słów, które pozwoliłyby domknąć zdanie. Nie znalazła puenty, tylko dziwne, rwące napięcie.

– W tym wszystkim najdziwniejsze jest to, że zrobiłam to świadomie. Nikt nie musiał mnie przekonywać ani namawiać… chciałam. Tam i wtedy. I tego właśnie nie umiem sobie wytłumaczyć.

Starsza dziewczyna położyła dłoń na jej ręce. Lekko, bez zaciskania palców.

– To naturalne – odparła. – To rzadko kiedy jest racjonalne i rzadko kiedy pasuje do wyobrażeń. Czasem to, co w nas najprawdziwsze, przychodzi bez ostrzeżenia. Nie pytając, czy jesteśmy gotowe.

Dagmara przymknęła oczy. Przełknęła ślinę. Wolno wypuściła powietrze nosem, jakby bała się, że wypuści za dużo.

– Wiesz, co mnie najbardziej rozwala? Że zrobiłabym to jeszcze raz. Może odrobinę inaczej, ale… tak. Nie uciekłabym.

Kinga uśmiechnęła się. Nie z pobłażliwością – z ulgą.

– To też jest w porządku.

– Serio?

– Serio Daguś. Jesteś taka, jaka jesteś. Nie taka, jaka miałaś być według czyjegokolwiek scenariusza.

Młodsza milczała. Wydawało się, że już nic nie powie, że może ten moment zostanie tam, gdzie był – w zawieszeniu. W końcu jednak odezwała się, powoli, walcząc z wewnętrznym oporem.

– Wróciłam z uczelni tylko na chwilę. Po telefon. Po prostu weszłam i…

Zawahała się.

– Usłyszałam te… dźwięki. Surowe, cielesne. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, ale… zatrzymały mnie w miejscu.

Kinga słuchała bez słowa.

– Drzwi były lekko uchylone. Wystarczyło się przesunąć o krok. Tylko spojrzeć… na sekundę.

Dagmara odetchnęła ciężko.

– Nie chciałam podglądać. Przysięgam. A potem… patrzyłam. I nie mogłam przestać. Nie wszystko widziałam, ale… wystarczająco dużo. Was… wasze ruchy… drżenie mięśni, ślady na twoim ciele. To wszystko było tak… intensywne.

Nie podniosła głowy, ale mówiła dalej.

– I wtedy… zaczęłam czuć. W brzuchu, między udami… Tylko od patrzenia. Coś się we mnie samo włączyło. I to było… najdziwniejsze. Nie bałam się, nie czułam obrzydzenia. Tylko ciepło, pociąg i… zaczęło mnie rozsadzać od środka.

Zamilkła. Nie dlatego, że skończyła. Po prostu reszty nie potrafiła ubrać w słowa.

– To wtedy wszystko się zaczęło – dodała tylko.

Kinga nie odpowiedziała od razu. Zostawiła miejsce na oddech. Wiedziała, że w chwili, gdy ujawniasz to, co tak długo tkwiło niczym drzazga pod skórą, nawet jeśli nie zdawałaś sobie z tego sprawy, nie potrzebujesz od razu komentarza. Tylko obecności.

– Najwięcej o człowieku mówi to, co go zatrzymuje – odezwała się w końcu. – Nie to, przed czym ucieka. Nie to, co wybiera, gdy wszystko jest pod kontrolą. Tylko to, przed czym staje i nie potrafi odejść.

Dagmara nie odezwała się, ale nie uciekała spojrzeniem.

– To, że zostałaś pod drzwiami… że patrzyłaś, że czułaś… To było prawdziwe. Nieplanowane, może nawet w jakiś sposób przez ciebie niechciane. Ale twoje. Ciało nie kłamie, nie potrafi. Ono często wie, zanim zrozumiemy. Czasem wystarczy drobny impuls, żeby coś się przestawiło – żeby obudziło się w nas to, co już nigdy nie zaśnie.

Jej głos przepełniał spokój. Pewność wynikająca z dojrzałości i wiedzy.

– Nie musisz jeszcze wszystkiego rozumieć. To, że nie uciekłaś… to, że nie odwróciłaś wzroku… to znaczy więcej, niż teraz umiesz nazwać.

Zamilkła. Nie po to, by postawić kropkę, lecz by dać dziewczynie czas i przestrzeń na to, by odpowiedziała sobie, jeśli w ogóle będzie potrafiła.

Blondynka nie odzywała się, z dłonią zaciśniętą na materiale szlafroka, jakby ten skrawek tkaniny miał być kotwicą, utrzymać ją w środku siebie. Jednak nie odwróciła się, nie uciekła wzrokiem, nie zaprzeczyła.

Cisza, która między nimi zapadła, miała swoją temperaturę, rytm i ciężar. Kingę kusiło, by ją przerwać, kontynuować, ale zdawała sobie sprawę, że zrozumienie czasem nie wynika z wypowiedzianych słów, lecz ze wspólnego milczenia. Bez pośpiechu, nacisku. Po prostu bycia obok.

Dwie dziewczyny, które czuły, że właśnie coś się zmienia. Coś się powoli przesuwało, układało i dopasowywało do nowego kształtu.

– Poczułaś, że tam jestem, zanim spojrzałaś? – zapytała w końcu Dagmara.

Jej głos brzmiał nie tylko ciekawością, ale również strachem, niepewnością. Czy Kinga pozwoliła jej patrzeć, czy tylko zignorowała? Odpowiedź mogła zmienić znaczenie wszystkiego, co się wydarzyło.

Starsza nie była zaskoczona. Wyglądało, że wręcz oczekiwała tego pytania.

– W takich chwilach coś się zmienia i po prostu czujesz, że ktoś patrzy – odparła. – Więc tak, wiedziałam, może nie od razu, ale bardzo szybko. Ale nie spojrzałam.

– Nie byłaś zła?

– Nie. Nie byłam – Kinga pokręciła głową. – Ani gdy się zorientowałam, ani później. Twoja obecność… nie była zła. Nie była nie na miejscu. Była prawdziwa. Wiem, że to dla ciebie zaskakujące, ale dla mnie… to nie było naruszenie. Nie czułam się podglądana.

Dagmara, skuliła się, nie wiedząc, jak zareagować.

– Kiedy spojrzałaś – szepnęła znów. – Poczułam się tak… miałam wrażenie, że mnie rozebrałaś. Ściągnęłaś wszystko i nagle zostało tylko to, co czułam. Ciało. Reakcja. Podniecenie. Strach. Ale najmocniej… podniecenie.

Zamilkła, odetchnęła płytko i dodała:

– To mnie przeraziło najbardziej.

Znów milczenie. Nie dłuższe niż kilka oddechów, ale gęste. Wydawało się, że świat na moment zwolnił, zatrzymał się, czekając na dalszy ciąg.

Kinga spojrzała tylko na Dagmarę tym swoim charakterystycznym, miękkim i ciepłym spojrzeniem.

– Wiesz, Daguś – odezwała się w końcu. – Czasem to, co nas najbardziej przeraża, mówi nam o nas najwięcej. Nie o tym, co złe, tylko o tym, co prawdziwe. Głębokie, silne… ale nieoswojone.

Przerwała na moment, upewniając się, że Dagmara wciąż z nią jest.

– To, że coś cię poruszyło, zmieniło… nie znaczy, że coś w tobie zostało zniszczone. Wręcz przeciwnie. Tylko takie poruszenie może boleć. Bo otwiera. I nie pyta o pozwolenie.

Dagmara wciąż zaciskała dłoń na materiale szlafroka, jakby to była ostatnia rzecz chroniąca ją przed samą sobą. A jednak coś znów drgnęło, jakieś drobne, wewnętrzne przesunięcie. Jeszcze nie odwaga ani świadomość – raczej potrzeba odpowiedzi.

– Co dokładnie wtedy zobaczyłaś? – zapytała, nie patrząc. – Jak mnie… jak mnie odebrałaś.

Przerwała, zawahała się, a potem dodała ciszej:

– Bo w tamtym momencie, gdy nasze spojrzenia się spotkały… poczułam się nie tylko naga… ale też bezbronna. Miałam wrażenie, że widzisz wszystko. Nawet to, czego ja boję się zobaczyć.

Kinga patrzyła na nią uważnie, wciąż z tym samym spokojem, z jakim trzyma się za rękę kogoś, kto próbuje uporać się z własnymi demonami.

– Zobaczyłam cię taką, jaką byłaś chyba pierwszy raz – odezwała się. – Nie ograniczoną wychowaniem, grzeczną, zamkniętą w klatce, w jakimś obrazie samej siebie, tylko obecną. Rozedrganą, niepewną, ale prawdziwą. W twoim spojrzeniu nie było jakiejś chorej podniety, czy czegokolwiek złego. Tylko niepewność, potrzeba i coś jeszcze.

– Co? – Ciałem Dagmary wstrząsnął lekki dreszcz.

Starsza dziewczyna odchyliła głowę nieco w bok, próbując zajrzeć głębiej w oczy. Nie spieszyła się z odpowiedzią. Kiedy w końcu padły słowa, były niczym strzał bicza. Boleśnie prawdziwe.

– Tęsknotę.

Młodsza zamrugała, czując nagłą suchość pod powiekami. Milczała, próbując na nowo poukładać myśli. Pogodzić to, co przed chwilą usłyszała, z tym, co wciąż czuła pod skórą, w sobie.

Kinga zaczęła mówić dalej.

– Wiesz, to był ten moment, kiedy człowiek widzi więcej niż tylko ciało. Twoje oczy… były głodne. I nie chodzi mi tylko o pożądanie. To wyglądało jak coś, co w tobie od dawna czekało na prawdę, intensywność, dotyk. Część ciebie była gotowa znaleźć się po drugiej stronie, chciała wreszcie przestać tylko patrzeć… i zacząć żyć.

Blondynka, słuchała bez słowa.

– W twojej obecności było coś… boleśnie pięknego. Miałam wrażenie, że wreszcie odkrywasz w sobie te miejsca, w które już dawno powinnaś zajrzeć, lecz się bałaś. A może nie chciałaś nawet wierzyć, że w tobie są… I może właśnie dlatego nie odwróciłaś wzroku, nie uciekłaś. Bo tam, pod drzwiami, byłaś bliżej siebie niż kiedykolwiek wcześniej.

Dagmara jakiś czas wpatrywała się w miejsce między podłogą a własnymi dłońmi. Kinga czekała, nie ponaglając. Wiedziała, że nie każda odpowiedź może przyjść od razu.

W końcu młodsza odetchnęła i lekko pokręciła głową.

– Nie wiem, czy tak to wyglądało od środka – szepnęła niemal bezgłośnie. – To, że nie uciekłam, że nie odwróciłam wzroku… Nie dlatego, że moje ciało krzyczało: „chcę”. Nie miałam żadnej świadomości, czego chcę. To wszystko… to było za dużo.

Podniosła wzrok. Mówiła dalej, już pewniej, choć wciąż z napięciem w głosie:

– Ja po prostu… zamarłam. Strach mnie przygwoździł. Nie mogłam się ruszyć. Ani cofnąć. Ani wejść. Nie czułam się gotowa… byłam… miałam wrażenie, że zrobiłam krok za daleko, ale nie umiałam się cofnąć. Może dlatego nie odwróciłam wzroku. Bo ciało odmówiło współpracy.

Postawiła kropkę, nie po to, by zakończyć, lecz by się nie zgubić.

– Może to nie była tęsknota – dodała po chwili. – Może tylko… coś pękło i nie wiedziałam, jak się pozbierać.

Kinga zareagowała pełnym uwagi milczeniem. Dopiero później zapytała:

– Sparaliżował cię strach, bo zostałaś przyłapana na oglądaniu czegoś, czego – w twoim przekonaniu – nie powinnaś była oglądać? Czy raczej… to był strach przed tym, co poczułaś, co twoje ciało zaczęło wyczyniać, zanim zdążyłaś nazwać to, co czujesz?

W tym pytaniu nie było prowokacji. Jedynie poszukiwanie prawdy, która powinna wybrzmieć. Siedziała nieruchoma, nie chcąc nawet najdrobniejszym gestem sugerować odpowiedzi. To Dagmara powinna ją odkryć, jeśli nie zabraknie jej odwagi.

Blondynka spuściła wzrok. Jej palce poruszyły się nerwowo, zaciskając w dłoni rozmówczyni. Milczała dłużej, szukając odpowiedzi.

– Nie wiem – powiedziała w końcu niemal bezgłośnie. – Naprawdę nie wiem.

Westchnęła, a potem zaczęła mówić, powoli, drżącym głosem, niemal walcząc o każde słowo:

– To wszystko działo się tak szybko… W jednej chwili wróciłam tylko po telefon, w następnej, znalazłam się w innym świecie. Czułam każdy mięsień, ich drżenie. To nie był tylko strach, czy podniecenie. To było pomieszane. Nie do odróżnienia – zatrzymała się na chwilę. – Nie wiem… czy bardziej bałam się, że mnie zobaczycie, czy tego, co się ze mną działo. Ale nie potrafiłam, nie umiałam… nie chciałam przestać patrzeć…

Urwała nagle, wystraszona własnymi słowami, nie tyle ich sensem, ile tym, że powiedziała to na głos. W końcu przemogła się i kontynuowała:

– Nie chciałam, bo im dłużej patrzyłam, tym mniej w tym było ciekawości, a więcej… czegoś. Miałam wrażenie, że każda sekunda spędzona pod tymi drzwiami pozwala mi zajrzeć głębiej w siebie. Czułam, jak każdy wasz ruch, oddech, każdy jęk, staje się mój.

Przymknęła oczy, nabrała głęboko powietrza i po raz pierwszy pozwoliła słowom płynąć:

– To było najdziwniejsze. Wydawało mi się, że już tam jestem. W środku, między wami, chociaż nawet nie drgnęłam.

Spojrzała na brunetkę. W jej oczach nie było wstydu, tylko pytanie: „czy to mogło być prawdziwe?” Nie czekała jednak na odpowiedź, lecz kontynuowała:

– W pewnym momencie już nawet nie patrzyłam… czułam. Jakby to, co widzę, stało się… moim własnym przeżyciem. A potem…

– Potem zobaczyła mnie też Ewelina…

W tych słowach nie było skruchy, wyznania. To było stwierdzenie, jednak niosące ze sobą więcej niż mogło się wydawać.

– Wystarczyło jedno spojrzenie. Krótkie, cięte. Bez żadnej czułości. A jednak… nie było w nim pogardy czy złości. Ona… tylko patrzyła, a ja czułam, jak coś mi się zaciska w brzuchu. Nie dlatego, że się wstydziłam, że zostałam przyłapana, tylko… poczułam się jeszcze bardziej naga. I wtedy… wszystko się posypało.

Umilkła, lecz tym razem tylko dla zaczerpnięcia tchu. Dalsze słowa popłynęły coraz szybciej.

– To było jak piorun. Przeszyła mnie na wylot. Widziała wszystko, co się we mnie działo. Wiedziałam to… i zamiast zostawić mnie tam, pod drzwiami… po prostu podeszła i otworzyła je na oścież.

Wzięła głęboki wdech. Potem kontynuowała, wciąż przyciszonym głosem.

– Nie pytała, nie próbowała mnie przekonać. Po prostu złapała mnie za rękę i wciągnęła do środka. Tak jak wyrywa się kogoś z miejsca, z którego nie umie wyjść sam. Z jednej rzeczywistości do drugiej.

Uśmiechnęła się gorzko.

– I nie próbowałam… nie chciałam się opierać. Ani przez sekundę. Serce waliło mi jak oszalałe, nogi miałam jak z waty, trzęsłam się jak galareta, ale… pozwoliłam jej na to. Weszłam. Nie wiem, może już nie chciałam zostać tam, gdzie byłam, a może… może bałam się, że jeśli nie pójdę za nią teraz… to już nigdy.

Przerwała, lecz tylko na moment.

– W środku… w pokoju, już nie byłam tą, która wróciła po telefon. Miałam wrażenie, że coś się ode mnie odkleiło i zostałam tylko ja. Bez filtrów, hamulców, tarczy. Całkowicie odsłonięta… Kiedy wyciągnęła rękę, to nie było pytanie, propozycja. Tylko rozkaz. Fakt, ruch. Jestem pewna, że od dawna wiedziała o mojej obecności i tylko czekała na właściwy moment.

Sprawiała wrażenie, że wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało.

„Chcesz patrzeć? To patrz z bliska, nie przez szparkę w drzwiach” – zacytowała cicho, z lekkim, niemal ironicznym uśmiechem. – Powiedziała to tak, jakby cały świat był jej sceną, a ja tylko kolejnym widzem, którego wciąga do swojego spektaklu bez scenariusza.

Słowa wypływały same, chaotyczne, pełne powtórzeń. Kinga nie ośmieliła się przerywać, bojąc się, że Dagmara zamilknie i już się nie otworzy.

– Nie zapytała mnie o nic. Po prostu pociągnęła za rękę. Wiedziała, że pójdę. I miała rację, poszłam. Bez słowa, z miękkimi nogami, ściśniętym gardłem i sercem łomocącym jak oszalałe.

Wzruszyła lekko ramionami, w geście będącym mieszaniną poddania i akceptacji.

– Nie wiem, czy wtedy jeszcze się bałam, czy już byłam za daleko, żeby czuć strach. A potem… Ewelina… – zacisnęła palce na materiale szlafroka, odruchowo zakrywając odsłonięty fragment ciała. – Naga, pewna siebie… i pozbawiona wstydu, stworzona do bycia oglądaną, wystawioną na spojrzenia. Na mnie…

Zająknęła się, oblizała suche usta i zaczęła mówić dalej:

– Usiadła na nim. Na Krzyśku. Twarzą do mnie. Nie spuszczała ze mnie wzroku, sprawdzając, czy patrzę. Chciała, żebym widziała. Nie ukradkiem, przez szparkę w drzwiach, tylko dokładnie, ze szczegółami… każdy ruch… a ja… nie potrafiłam się odwrócić.

Oddech jej wyraźnie przyspieszył, ale po chwili ciszy mówiła dalej:

„Patrz. Zobacz, jak wchodzi, jak się rozpycha, wypełnia”. Ewelina powiedziała to tak spokojnie, beznamiętnie, jak o pogodzie… A ja patrzyłam… chłonęłam… jak… jak się w niej zagłębia, lśni od jej wilgoci… znika i pojawia się z każdym ruchem, każdym szarpnięciem bioder. Czułam ich rytm… gdzieś w sobie… nie ruch, nie seks, tylko ten pulsujący rytm…

Głos jej się załamał. W oczach jednak nie było wstydu. Tylko napięcie. Gęste. Ciężkie. Wibrujące.

– Czułam to. W brzuchu, w piersiach, w gardle. Byłam brana, a ona… tylko użyczyła swego ciała, żebym mogła to zobaczyć… i wtedy… nie wiem w którym momencie, ale… zaczęłam się dotykać.

Głos Dagmary zadrżał, ale nie zatrzymała się. Mówiła powoli, a każde słowo kryło w sobie coraz większe napięcie.

– Dłonie same zjechały na uda. Ścisnęłam je mocno, chyba po to, żeby się powstrzymać, ale potem jedna ręka powędrowała wyżej. Pomiędzy… – zacisnęła powieki. – Nie myślałam, nie analizowałam. Po prostu to zrobiłam. Poczułam wilgoć, gorąco. Palce same zaczęły się poruszać. Ostrożnie. Ale… nie umiałam przestać. To, co widziałam… działo się we mnie, w środku. Czułam każde pchnięcie Krzyśka.

Ton głosu blondynki stawał się coraz bardziej szorstki, cięższy.

– Patrzyłam, jak się na nim porusza. Jak unosi biodra, pochyla się w odpowiedzi na jego ruchy, zaciska mięśnie. Słyszałam jej jęk, głośny, bezwstydny i… dla mnie to brzmiało jak… modlitwa.

Zatrzymała się, przez chwilę zmagając ze słowami, które nie chciały przejść przez gardło.

– I choć cała się trzęsłam, chyba jednak ze strachu, to w tamtej chwili tak bardzo chciałam być nią – wyrzuciła w końcu z siebie na jednym oddechu.

– I dokładnie w tym momencie – podjęła po sekundzie ciszy – dołączyłaś ty.

Słowa popłynęły coraz szerszym strumieniem niczym przez przerwaną tamę.

– Podeszłaś. Klęknęłaś przy nich. To było tak naturalne, tak normalne. Bez żadnego zawahania, zastanowienia… A oni nawet nie spojrzeli. Po prostu miałaś tam być – zaczerpnęła głęboko powietrza. – Zaczęłaś… zaczęłaś ustami… pieścić ich, wciąż zespolonych. Myślałam, że zwariuję. Byłam spięta do granic, ale jednocześnie… taka mokra, taka gorąca.

Zamknęła oczy i kontynuowała.

– Widziałam, jak poruszasz głową. Jak… dzielisz pocałunki między nich. I po chwili Ewelina… taka nieposkromiona, taka dzika… zaczęła drżeć, krzyczeć. Zacisnęła dłoń w twoich włosach, przyciągnęła cię do swojej… a ty… pieszczotą… kontrolowałaś to, co się z nią dzieje. Miałaś ją na języku… dosłownie.

Oddech Dagmary stał się szybki, płytki.

– Już nie chciałam być na miejscu Eweliny. Chciałam być tobą. Poczuć to samo, smakować ich oboje, jej rozkosz. Być w środku. Nie obok, pod drzwiami czy na progu. W środku, w samym centrum.

Ostatnie zdanie zawisło w powietrzu. Opowieść zmieniła temperaturę w pokoju. Stało się nagle duszniej, goręcej. Kinga czekała jeszcze chwilę, zanim się odezwała.

– To, co zrobiłam, było dla mnie naturalne. W pełni. Nie planowałam, nie wymuszałam. Po prostu chciałam tego. Czułam to całą sobą i dlatego to się wydarzyło. Tylko dlatego – spojrzała w oczy blondynki. – To, co teraz powiedziałaś… Jest twoją prawdą. Nie powiem ci, co z nią zrobić, powiem tylko, że cokolwiek czułaś, czujesz. Masz prawo czuć.

Cisza znów wypełniła na chwilę przestrzeń. Echo wypowiedzianych słów wciąż wibrowało w powietrzu. Patrzyły na siebie, potwierdzając wzajemne zrozumienie.

– Czasem ciało wie więcej, szybciej niż głowa – podjęła brunetka. – Czasem zaczynasz czuć szybciej, niż rozum zdąży włączyć hamulce. I to jest najuczciwsze, co można przeżyć. Ten brak filtra to, że nie próbujesz już wszystkiego tłumaczyć, zastanawiać się co wypada, co powinnaś, czego inni oczekują, lub się spodziewają… Zrobiłaś coś niesamowicie trudnego, Daguś. Nie tylko, gdy zostałaś w pokoju, ale teraz. Gdy odważyłaś się mówić, tak jak czujesz. Bez półsłówek, przemilczeń, bez słodzenia. Dzięki temu jesteś jeszcze silniejsza. Nie dlatego, że chciałaś być mną, czy Eweliną… ale dlatego, że w tamtej chwili byłaś bliżej siebie, tej prawdziwej… i nie uciekasz przed tym.

Przerwała, ale nie dlatego, że skończyła. Podskórnie czuła, że Dagmara potrzebuje przestrzeni. Nie analizy, nie prostych odpowiedzi, tylko przestrzeni i klucza, który pozwoli jej lepiej zrozumieć to wszystko, co zaszło. I samą siebie. Po chwili odezwała się znów:

– To wszystko nie wzięło się znikąd. To nie był przypadek, kaprys. Te pragnienia, potrzeby, były w tobie od zawsze, tylko schowane. Zakopane pod wieloma warstwami zakazów, oczekiwań i zasad, które nawet nie pozwalały zadawać pytań. Aż przyszła ta chwila. Impuls, który pozwolił ci wypłynąć na powierzchnię – zatrzymała się, pozwalając słowom nabrać znaczenia. – I teraz już wiesz, jeszcze nie wszystko, o nie. Ale już nie musisz udawać, że nie czujesz, że tego nie ma. A to, co robisz, to że nie uciekasz, nie próbujesz się znowu schować, to pokazuje, całą twoją siłę.

Mówiła cicho, ale wyraźnie.

– Zrozumienie i akceptacja, że mamy w sobie wiele sprzeczności, nie jest łatwe. Trudno się pogodzić z tym, że niemal jednocześnie potrafimy być delikatne, ostrożne i wrażliwe, a zarazem drapieżne, dzikie i nieprzyzwoite. Nagle, mimo twojej wrażliwości, możesz zapragnąć, znaleźć się na kolanach, w centrum, między ciałami i nadal być sobą. Prawdziwie i w pełni. – Zamilkła, przez chwilę błądząc wzrokiem po twarzy blondynki. – Masz prawo chcieć tego wszystkiego. Masz prawo czuć. Masz prawo nie rozumieć, co czujesz. Pragnąć, pożądać, szukać. Bez wstydu, tłumaczenia, przepraszania.

Dagmara nie odpowiadała. Potrzebowała chwili, by przetrawić usłyszane słowa, zrozumieć, przyjąć zawartą w nich czułość i akceptację, mimo że podważały wszystko, co dotąd myślała.

– To, że tego chciałam… – odezwała się w końcu, cedząc słowa. – Że wszystko we mnie krzyczało: „tak”… wcale nie znaczy, że powinnam… w ten sposób… z wami… z tobą… dać się ponieść.

Wzruszyła ramionami, w geście sugerującym brak akceptacji dla samej siebie.

– To, że ciało płonęło – kontynuowała – a rozum poszedł spać… nie zmienia faktu, że przekroczyłam granice…

Zamilkła. Znów zaczęła się wpatrywać w podłogę.

– Żałujesz? – zapytała nagle Kinga. Prosto, bez zawahania.

Dagmara uniosła głowę.

– Przecież mówiłam. Nie potrafię tego żałować – zaczęła nerwowo skubać materiał szlafroka. – Ale to nie znaczy, że to było okej… że powinnam.

Cisza rozsiadła się wygodnie na łóżku, wypełniając pokój swą coraz bardziej nachalną obecnością i przyglądając się dziewczynom. Mur między nimi zaczął rosnąć. Starsza zorientowała się, że jeśli nie spróbuje go przebić, za chwilę będzie za późno.

– Może ktoś by się oburzył – odezwała się niemal szeptem. – Pewnie złamaliśmy, złamałaś, dziesiątki zasad i norm, ale… jeśli tam, w środku, w sobie, nie żałujesz, jeśli to wspomnienie cię nie rani, nie czyni w twoich oczach „brudną”, to znaczy, że nie było w tym nic złego. I to powinno wystarczyć.

W tych słowach była jedynie szczerość. Dagmara spojrzała gdzieś w bok, próbując odnaleźć jakiś punkt zaczepienia, ułożyć sobie wszystko, co słyszała, co czuła, ale wciąż nie potrafiła znaleźć tej, kluczowej, odpowiedzi.

– Nie rozumiem… – powiedziała do siebie. – Nie czuję, żeby to było złe… ale…

Na chwilę ukryła twarz w dłoniach, jakby miała się rozpłakać, zadrżała. Kinga już wyciągała rękę, by objąć ją w troskliwym, opiekuńczym geście, gdy dziewczyna westchnęła głęboko, odsunęła ręce od twarzy i odezwała się znów:

– Ciało… wiedziało, reagowało, było gotowe. Nie zdążyłam samej siebie zapytać, czy powinnam… czy mogę. Po prostu poszłam w ogień i chyba to… jest najtrudniejsze… że ja… nie potrafiłam się zatrzymać. Nie powiedziałam: „stop”. Nie potrafiłam. I choć rozum wrzeszczał: „co ty wyprawiasz?!” … ciało odpowiadało tylko: „więcej”.

Spojrzała na Kingę pełnym bezradności wzrokiem i kontynuowała:

– Nie panowałam nad sobą… nie miałam żadnej kontroli… nad niczym… I teraz nie wiem… co z tym zrobić, bo… to nie pasuje do tego… co jeszcze rano o sobie myślałam.

Zacisnęła usta. Oddech drżał. Zdusiła rodzący się szloch i odezwała się znów, nie do Kingi. Do siebie, do tej rozdygotanej, tonącej w braku zrozumienia części.

– Myślałam, że potrafię się zatrzymać, kiedy powinnam, że wiem zawsze, co i dlaczego, zanim coś zrobię, że to ja decyduję, panuję nad swoim ciałem… a teraz… to ciało decydowało. – ostatnie zdanie wypowiedziała niemal szeptem.

Uniosła głowę. Spojrzała na Kingę wzrokiem przepełnionym bólem niezrozumienia.

– To, co mnie najbardziej męczy… to nie to, co się stało. Ja wciąż nie wiem… dlaczego się zgodziłam… dlaczego chciałam.

Brunetka odwzajemniła spojrzenie. Uniosła brwi i pokręciła głową z półuśmiechem, który nie był ani drwiną, ani pobłażliwością. Raczej niemym pytaniem: „naprawdę w to wierzysz?”

– Nie opowiadaj bajek – odezwała się pewnym głosem. – Nikt nie ma takich umiejętności, by w pełni nad sobą panować. Zwłaszcza gdy chodzi o coś… tak cielesnego, instynktownego.

Nachyliła się lekko, spoglądają wprost w oczy blondynki.

– Tak nam się tylko wydaje. Wmawiamy sobie, że możemy wszystko kontrolować, panujemy nad impulsem, ciałem, ale to tylko złudzenie. Ciało zawsze będzie o krok przed rozumem. Zawsze będzie wiedzieć szybciej, czuć więcej, chcieć mocniej – przerwała, pozwalając nabrać mocy słowom. – To, że wydaje ci się, że cię zdradziło, to nie znaczy, że jesteś słaba. To znaczy, że jesteś dokładnie taka, jak wszyscy. I nie ma w tym nic złego ani dziwnego.

– Nie – rzuciła Dagmara ostrzej, niż zamierzała. – Nie zgadzam się.

Wyprostowała się, chcąc wzmocnić swoje słowa gestem:

– Człowiek… człowiek właśnie tym różni się od zwierząt, że potrafi panować nad instynktami, nad sobą. Kontrolować co robi – Spojrzała twardo. – Przecież po to mamy rozum! Świadomość, poczucie granic. Po to się uczymy, dojrzewamy, żeby nie działać tylko dlatego, że coś nas pcha, żeby nie ulegać każdemu impulsowi, każdej cholernej reakcji ciała!

– Inaczej co nas od nich różni? – dodała już ciszej. – Skoro nie potrafimy powiedzieć: „stop”, to po co nam w ogóle myślenie?

Zamilkła, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś nowego – bunt.

Brunetka przez chwilę patrzyła na nią bez słowa, spokojnie, z czułą uwagą. Kiedy w końcu się odezwała, mówiła cicho, ale każde jej słowo brzmiało głośniej, niż dopiero co przebrzmiały krzyk.

– A może ta różnica wcale nie polega na tym, że się kontrolujemy? – zatrzymała się, czekając, aż młodsza dziewczyna opanuje emocje na tyle, żeby słowa do niej dotarły. – Prawda jest taka, że często nie potrafimy. Działamy pod wpływem emocji, impulsu, zaskoczenia. Czasem coś nas przytłacza, czasem porywa. I nie dotyczy to wyłącznie seksu, ale też strachu, euforii, złości… Krzyczymy, trzaskamy drzwiami, mówimy coś, czego nie chcieliśmy, całujemy, kochamy, uciekamy i… uprawiamy seks. Bo coś w nas zadziałało szybciej, niż zdążyliśmy pomyśleć…

Przerwała. Spojrzała na Dagmarę. W jej wzroku nie było wywyższania, belferskiego zadęcia. To było spojrzenie kogoś, kto mówi w oparciu o własne doświadczenia. Uśmiechnęła się ciepło i podjęła:

– Ale potem… robimy coś, czego żadne zwierzę nie potrafi. Zatrzymujemy się, zastanawiamy. Analizujemy i próbujemy zrozumieć, przeżyć jeszcze raz, ale tym razem świadomie i często, choć nie zawsze, potrafimy wyciągnąć wnioski. Wynieść z tego doświadczenia więcej, niż tylko poczucie, że coś się stało.

Zatrzymała się. Odwróciła i delikatnie ujęła dłonie Dagmary. Czekała, aż dziewczyna skupi na niej całą uwagę.

– Ty właśnie to robisz – podjęła w końcu. – I wiesz co, Daguś? Właśnie w tym jest różnica. Nie w tym, że potrafimy się powstrzymać, bo nie zawsze, tylko w tym, że pytamy: „dlaczego”. I nie uciekamy, kiedy prawda boli.

– I jeszcze jedno – dodała ciszej. – Przez cały czas byłam przy tobie. Od początku do końca. Widziałam co się z tobą dzieje. Nie tylko z twoim ciałem. Patrzyłam ci w oczy, bo chciałam mieć pewność, że tego chcesz. Nie przeze mnie, Ewelinę, czy Krzyśka, nie dlatego, że straciłaś kontrolę, tylko dlatego, że chcesz.

Po prostu przypominała. Na jej twarzy malowała się wyłącznie troska i oddanie.

– Widziałam to. Cały czas. Właśnie w twoim spojrzeniu. Nie było puste czy wystraszone, lecz śmiałe. Chwilami może trochę niepewne, ale w ani jednym momencie nie widziałam chęci ucieczki. Mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa.

Przerwała na chwilę, czekając na reakcję. Nie było żadnej, więc mówiła dalej:

– Gdybyś choć na ułamek sekundy spojrzała inaczej, przerwałabym to wszystko. Bez wahania. Ale nic takiego się nie stało.

Dagmara nie odwróciła wzroku. Odetchnęła głęboko, jakby ktoś wreszcie wpuścił do jej świata więcej powietrza.

– Wiem, że patrzyłaś, czułam to cały czas. I to… było najdziwniejsze. Twój wzrok… nie był hamulcem, lecz…punktem zaczepienia. Wiem, że nawet na moment nie przestałaś mi się przyglądać i cały czas widziałam w twoich oczach zgodę i akceptację. Może właśnie dlatego się nie zatrzymałam?

Słowa zawisły w powietrzu. Niby niepozorne, niewinne, ale cisza, która po nich zapadła już nie była tą miękką, bezpieczną. Zgęstniała, stała się mroczna, ciężka. Nasycona nagle powstałym napięciem, które wibrowało na skórze. Kinga nie poruszyła się, ale wyraz jej twarzy, dotąd spokojnej, łagodnej, zmienił się. Utkwione w blondynce spojrzenie pociemniało, usta zacisnęły się lekko. Oddech stał się wolniejszy, głębszy. Nie było w tym złości ani urazy, raczej większy dystans, ostrożność. Jej milczenie grzmiało jak odgłos burzy.

Dagmara zrozumiała tylko tyle, że w którymś momencie posunęła się za daleko. Nie wiedziała jednak, jak w którym, ani jak to zmienić. Mówiła przecież prawdę, to co czuła.

W końcu brunetka drgnęła. Gdy się odezwała, w jej głosie zabrzmiały ostrzejsze nuty. To był głos kogoś, kto nie chce ranić, ale też nie pozwoli siebie krzywdzić:

– Możesz powiedzieć wszystko, co czujesz. Przyznać się do wątpliwości, wykrzyczeć złość, lęk, niepewność. Ale jeśli sugerujesz, że to, co się stało, stało się przeze mnie…– Spuściła wzrok, zbierając jeszcze raz siły. – Wzięłam odpowiedzialność, będąc przy tobie i wzięłabym ją jeszcze raz. Ale nie biorę odpowiedzialności za twoje decyzje.

Milczenie rozlało się po pokoju jak zimny deszcz, temperatura odczuwalnie spadła. Siedziały nagle obce sobie bardziej niż kiedykolwiek. Pierwsza nie wytrzymała Dagmara.

– Tak?! – Jej głos brzmiał jak wybuch. – Tak! Byłaś przy mnie! Cały czas! Widziałaś wszystko!

Zerwała się z miejsca, targana emocjami. Stanęła przy oknie, plecami do łóżka.

– Widziałaś, że tracę kontrolę! I co?!… Powstrzymałaś mnie?! Wyrzuciłaś z pokoju?! Nie! – wykrzyczała, odwracając się. Wbiła wypełnione lękiem i bólem spojrzenie w brunetkę. – Żebyś tylko patrzyła! Ale nie… Podeszłaś do mnie! Naga! Rozgrzana! Z tą swoją pieprzoną czułością! Zaczęłaś dotykać! Pieścić! Podkręcać mnie jeszcze bardziej!

Zrobiła kilka szybkich kroków w stronę łóżka. Usta zaciśnięte, pięści też. Przez moment wyglądało, że rzuci się na Kingę. W ostatniej chwili jednak się zatrzymała.

– Chciałaś tego, prawda? – powiedziała ciszej, oskarżycielskim tonem. – Żebym była jak ty. Jak Ewelina. Bez zasad, hamulców…

Umilkła. Stała wciąż roztrzęsiona. Jej oddech zaczął zwalniać. Z oczu powoli znikał gniew, ustępując miejsca lękowi narastającemu wraz z coraz większą świadomością, że nie cofnie wykrzyczanych przed chwilą słów.

Kinga siedziała nieruchomo, resztkami sił zachowując spokój. W jej wnętrzu szalał huragan. Walczyła ze sobą, by nie wstać i nie wyjść bez słowa, trzaskając drzwiami. To, co usłyszała, było gorsze od uderzenia w twarz. Już wolałaby piekący policzek, ból fizyczny, niż ten tępy, duszący ucisk pod sercem. Gdy to wszystko się zaczęło i sytuacja wymknęła się spod kontroli, chciała zrobić tylko jedno: być przy niej, dać poczucie bezpieczeństwa, akceptacji. Tymczasem usłyszała, że jest zimną, wyrachowaną manipulatorką, odpowiedzialną za to, co zaszło.

Zagryzała wargi, powstrzymując cisnące się na usta ostre, bolesne słowa. Miała świadomość, że gdyby je wypowiedziała, ich relacji nigdy już nie udałoby się odbudować. A ona, mimo wszystko, nie chciała niszczyć, wręcz przeciwnie.

Gdy w końcu się odezwała, brzmiała inaczej. Złudnie spokojnie, chłodno. Każde, wypowiadane powoli, z przesadną poprawnością słowo kryło w sobie ledwie kontrolowany krzyk:

– Jeśli naprawdę jesteś przekonana, że to moja wina… jeśli twoim zdaniem to ja cię do tego popchnęłam, wykorzystałam… po prostu każ mi wyjść. Wyrzuć mnie. Zamknij drzwi. – Przerwała. Zaczerpnęła głęboko powietrza. – Jeśli to zrobisz. Zniknę. Na zawsze, bo…

Głos zaczął jej drżeć, przygniatany ciężarem wypowiadanych słów. Zebrała się jednak w sobie:

– Za bardzo cię kocham… siostrzyczko – dokończyła z trudem.

Dagmara nagle zwiotczała. Jakby słowa Kingi wyłączyły wszystko, co trzymało ją w pionie. Skuliła się na dywanie. Usta drgnęły, lecz przez ściśnięte gardło nie przedarł się żaden dźwięk, gwałtownie łapała powietrze, walcząc z ogarniającym ją przerażeniem.

– Przepraszam – załkała w końcu. – Kinia… przepraszam… nie myślę tak… Tego jest… to za dużo… za mocno… ja nie ogarniam… nie rozumiem… nie wiem…

Słowa wypływały coraz szybciej, w chaotycznym, rwanym rytmie.

– Zobaczyłam was. – Nie próbowała już powstrzymywać łez. – Ciebie… Klęczałaś przed nim, przed Krzyśkiem… naga… jak… jak pies czekający na nagrodę… jak w jakimś pornosie… To było… takie nie twoje… takie brudne… i takie podniecające.

Zasłoniła usta, jakby wstydziła się tych słów. Tama pękła, wszystkie, godzinami tłumione emocje wylewały się, niekontrolowane.

– A potem… potem… to, co zrobiłam… to było poza mną… obok… Moje ciało… pragnienia… potrzeby… takie… obce… – Nie była w stanie dłużej mówić. Skuliła się jeszcze mocniej, płacząc i łkając.

Kinga długo nie ruszyła się z miejsca. Siedziała, patrząc na zwiniętą na dywanie siostrę. W końcu pochyliła się i położyła delikatnie dłoń na drżących plecach – ciepłą, łagodną. Przez chwilę tylko gładziła wciąż płaczącą dziewczynę po plecach, potem zsunęła się z łóżka, kucnęła obok i objęła drżące ciało.

– Mów – szepnęła. – Mów, Daguś. Nazwij to. Oswój.

Blondynka uniosła zalaną łzami twarz.

– Nie… zostawisz mnie? – wydukała niemal błagalnie.

– Nigdzie się nie wybieram.

– Ale… przecież…

– Ciii… nieważne.

Czas zwolnił. Pokój znów wypełniło siostrzane ciepło. Księżyc zaglądał przez okno, srebrząc ich sylwetki. Dagmara powoli uspokajała się w objęciach Kingi.

– Dlaczego… dlaczego chcesz, żebym o tym mówiła? – zapytała wciąż drżącym głosem.

– Boisz się tego, czego nie rozumiesz, nie potrafisz nazwać – odparła starsza – a nie nazwiesz, jeśli nie spróbujesz tego powiedzieć. W myślach, na głos… bez znaczenia.

Zatrzymała się na moment. Troskliwym gestem poprawiła opadające na twarz blondynki włosy.

– To, co potrafisz nazwać, przestaje być obce, a to, co przestaje być obce, przestaje przerażać. I kiedy już nie przeraża, możesz się temu przyjrzeć. Zrozumieć. Może nie od razu, nie w całości, ale kawałek po kawałku. Tak, żeby nie było już tym, co cię niszczy, tylko po prostu częścią ciebie. Oswojoną, a przez to bezpieczną.

Dagmara usiadła, opierając się plecami o łóżko. Rękami objęła kolana i wciąż nie podnosząc głowy, westchnęła.

– Ty… – zacięła się na moment. – Ty byłaś pierwsza. Twoje dłonie… takie ciepłe, czułe. Nie spieszyłaś się. Każdy ruch… miękki, spokojny. A ja… byłam taka spięta i rozbita. Ale… tak bardzo pragnęłam… chciałam… tego… ciebie…

Głos jej się załamał, ale kontynuowała:

– Potem… Ewelina. Inna, ostra. Jak ogień. Nie czekała, nie pozwalała zwolnić. Najkrótszą drogą, prosto do celu. Wydawało mi się, że zna moje ciało lepiej, niż ja sama. – Nerwowo, chaotycznie poruszyła dłońmi. – I wtedy… coś… nieznane, obce… zaczęło się ze mnie wylewać. Nie płynęło z głowy…ze środka spomiędzy ud, z piersi, brzucha… Czułam twoje palce, jej język… ale gdzieś obok, obok tego, co się działo we mnie. Jakby wasze pieszczoty były skutkiem, nie przyczyną.

Kinga milczała. Usiadła obok, obejmując siostrę. Cicha, spokojna. Pozwalała słowom płynąć, bez przeszkód.

Dagmara pociągnęła nosem. Wciąż skulona, zamknięta w obronnej pozie. Ale po chwili znów zaczęła mówić. Zdania rwały się, plątały, niemal jak oddech biegacza pod koniec maratonu.

– Ten pierwszy… orgazm… jego siła… nigdy wcześniej nic takiego nie czułam. Wraz z nim przyszła myśl… nie, potrzeba… Nagle chciałam poczuć to, co ty… gdy klęczałaś przed Krzyśkiem… gdy on… na ciebie… no wiesz. – Zawahała się, zająknęła, ale podjęła dalej. – To było… nigdy wcześniej… to mnie odrzucało… a teraz… chciałam, pragnęłam… Nie wiem, czy powiedziałam to na głos… czy jak, ale… kiedy to się stało… kiedy poczułam ciepło na skórze… to nie był orgazm… coś innego… ale tak samo mocne… może nawet bardziej.

Zamilkła. Ciężko łapała powietrze, znów drżała. Kinga nie ponaglała, nie naciskała, czekała cierpliwie, aż młodsza siostra zbierze siły, by kontynuować.

– To było takie obce, nie moje, a jednak… dla mnie. A potem… ty i Ewelina… wasze usta… znów byłam o krok od… – Chwyciła rękę Kingi, szukając oparcia. – Przestałam myśleć, być… chciałam tylko… wszystkiego. Tu, teraz w tym momencie, na raz… Nic więcej się nie liczyło.

Oddech Dagmary stał się płytki, rwany, napięła mięśnie, kurczowo zaciskając palce na dłoni siostry, której łagodny dotyk stanowił chyba jedyną barierę, przed ostatecznym pogrążeniem się w chaosie.

– Ja… Boże… nic się nie liczyło – podjęła wątek. – Byłam tylko jednym wielkim „chcę więcej”… cała… Wtedy… wtedy Ewelina mnie pocałowała. Jej wargi… ich smak. Słony, ciężki, pierwotny… i ten smak… Jeśli w tym momencie coś jeszcze ze mnie zostało. To teraz rozpadło się ostatecznie… Chciałam już tylko jego… we mnie…

– A ona… Ewelina, wiedziała. Dotknęła mnie tam… w środku… ale inaczej. Delikatniej, spokojniej… jakby… jakby tylko chciała mnie przygotować… A ja… nie mogłam się doczekać. Byłam cała… mokra… otwarta…

Dagmara zamilkła na moment, wzięła głęboki oddech.

– I potem… Krzysiek… wszedł we mnie – zacisnęła powieki; wciąż wilgotne od łez policzki pokryły się rumieńcem. – Zabolało… nawet bardzo, ale… ten ból szybko minął… rozpuścił się w narastającej rozkoszy… Czułam go… tak głęboko… wszędzie… w każdej komórce ciała… i zatracałam się w tym… z każdym pchnięciem coraz bardziej…

– Umierałam i rodziłam się na nowo… w rytmie jego ruchów… Nie istniałam… został tylko ruch, rytm, pulsowanie ciała. Przebijałam kolejne granice, bariery i już nie chciałam się zatrzymać… Nie chciałam myśleć… tylko czuć. Chłonęłam go… obejmowałam… nie tylko ciałem…

– To nie była już przyjemność… rozkosz… lecz szaleństwo… wszystko we mnie krzyczało… chciało wciąż więcej… głębiej, mocniej. Do samego końca.

– Słowa… przyszły same… nie wiem skąd… nigdy tak nawet nie myślałam. A teraz… nie miałam już kontroli… krzyczałam… Byłaś tam… wiesz.

Kinga tylko kiwnęła głową, bojąc się przerywać. Siedziała niemal nieruchomo, wpatrując się w siostrę z uwagą i troską. Czuła, jak wraz z kolejnymi zdaniami narastają emocje.

– Czułam, jak się zbliża… Oddychałam coraz szybciej, nie pomagało. Nie zostało już nic poza tym… Leciałam… jak ćma w ogień… i w końcu… eksplodowałam… To nie był po prostu orgazm, lecz znacznie więcej… Nie było pokoju… Krzyśka, was… tylko ogień… przepalający każdy nerw, każdą komórkę… Rozpadłam się na tysiące kawałków… i wciąż chciałam więcej… pragnęłam tylko… by nie przestawał. Zatracił się we mnie… do samego końca.

Zamilkła. Cisza aż zadzwoniła w uszach. Kinga poruszyła się delikatnie. Jej dłoń zsunęła się niżej, na plecy Dagmary, w geście wsparcia i zrozumienia. Szukała słów, którymi mogłaby odpowiedzieć siostrze, lecz zanim zdążyła się odezwać, blondynka położyła palec na jej ustach, w niemej prośbie. Jeszcze przez chwilę nie odzywała się, zbierając siły i odwagę.

– Po tym pierwszym… przyszły następne… jeden po drugim, każdy kolejny… silniejszy od poprzedniego. Wiem, że krzyczałam… ale nie mogłam się powstrzymać. Nie chciałam… żeby to się skończyło, a jednocześnie… modliłam się, żeby doszedł. Bo ja… już nie miałam siły, ale nie potrafiłam przestać. W końcu… tego było za dużo i… i… wylało się ze mnie… dosłownie.

Ostatnie zdanie wypowiedziała niemal szeptem. Zamknęła oczy, jej policzki przybrały barwę dojrzałej wiśni. Pochyliła głowę.

– Nie masz się czego wstydzić. – Kinga odezwała się po raz pierwszy od chwili, gdy Dagmara zaczęła opowieść. – To naturalne, choć nie każda z nas to ma.

– A ty? – zapytała blondynka, wciąż unikając spojrzenia siostry.

– Ja nie potrafię, a przynajmniej nie tak… mocno jak ty – odparła szczerze brunetka.

Milczały. Czas leniwie sunął blaskiem księżyca po dywanie. Kinga czekała cierpliwie.

Dagmara odetchnęła kilka razy, rumieniec znikał, odruchowo przeczesała dłonią włosy i kontynuowała:

– I w końcu… doszedł. W środku. Poczułam to… wszedł głębiej… niż wcześniej… a potem… ciepło. Takie gęste… pulsujące. Rozlało się we mnie… nie tylko tam… ale wszędzie… w całym ciele. Wreszcie… byłam spełniona… wszystko zaczęło się uspokajać. Pragnienie, napięcie… cichło, jak morze po sztormie…

Umilkła, przeżywając tę chwilę w pamięci, jeszcze raz.

– Byłam pełna. Tak dosłownie… fizycznie… zamknięta od środka. To była najintymniejsza chwila w życiu… Nie przez „pierwszy raz”, tylko przez to, co czułam… jak czułam. To było… miałam wrażenie, że… wreszcie sięgnęłam do siebie… tak do końca. Byłam spełniona… całkowicie… nie tylko fizycznie, ale także… duchowo…

Po tych słowach zapadła cisza. Nie wymuszona, naturalna. Jakby przestrzeń również potrzebowała czasu, by zrozumieć wagę wyznania. Dagmara, wyraźnie się rozluźniła, oparła głowę o ramię siostry.

Kinga objęła ją i delikatnie gładziła po włosach. Nie odzywała się. Siedziały tak, wtulone. Bliższe sobie niż kiedykolwiek wcześniej. W milczeniu, które mówiło absolutnie wszystko.

Nagle blondynka zesztywniała. Zerwała się z miejsca, zrobiła dwa kroki, zacisnęła pięści i z całej siły uderzyła w blat biurka.

– A teraz?! – krzyknęła. – Jestem idiotką! Pieprzoną kretynką, która dała się ponieść jak jakaś nimfomanka!

Wplotła dłonie we włosy, zaczęła krążyć po pokoju jak zwierzę w klatce.

– Jak mogłam być tak głupia?! Żadnego zabezpieczenia! – Spojrzała na siostrę niewidzącymi, przepełnionymi strachem, oczami. – Bo przecież po co, nie?! Dziewica! Przecież to się miało wydarzyć kiedyś. Gdzieś! W innym miejscu, czasie! Nie przez przypadek! Nie w środku jakiejś orgii!

– Daguś…! Uspokój się… – teraz Kinga naprawdę się wystraszyła. Myślała, że najgorsze mają już za sobą.

– Jestem w środku cyklu! Co, jeśli… – Nie dokończyła. Słowa ugrzęzły w gardle. Rzuciła się na łóżko. Jej ciałem wstrząsały dreszcze strachu.

Kinga nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na leżącą siostrę, jednocześnie wyjmując z kieszeni bluzy niewielki blister z pojedynczą tabletką.

– Głuptasie! – odezwała się, sięgając po butelkę wody. – Naprawdę myślisz, że pozwoliłabym ci się wpakować w takie gówno? Naprawdę?

Usiadła obok siostry. Uśmiechnęła się lekko z tą charakterystyczną mieszaniną ironii i troski, które tylko ona potrafiła połączyć w jedno.

– Myślisz, że nie wiedziałam, że poszłaś po bandzie? – kontynuowała. – A może myślałaś, że wyszłam z Krzyśkiem, żeby się z nim jeszcze połajdaczyć gdzieś w krzakach?

– Poszłam do apteki. Po to – wyciągnęła w stronę siostry wodę i blister. – W końcu starsza siostra, może czasem zrobić coś więcej, niż tylko sprowadzić niewinną duszyczkę na złą drogę.

Dagmara uniosła głowę, spojrzała na tabletkę, potem na Kingę.

– Co to jest? – zapytała niepewnie, sięgając po opakowanie.

– Lekarstwo na twój strach. – odparła brunetka miękko, łagodnym tonem.

Blondynka zmarszczyła brwi, wyraźnie nie rozumiejąc.

– Tabletka „dzień po” – wyjaśniła Kinga. – Zadziała. No już, połknij.

Dagmara drżącymi rękami wycisnęła tabletkę i połknęła.

– Grzeczna dziewczynka – uśmiechnęła się brunetka. – Jutro… możesz czuć się dziwnie. Może cię boleć głowa, może ci być trochę niedobrze, ale to normalne…

Zrobiła, krótką pauzę, po czym dodała, śmiejąc się:

– Piersi i tak będą cię bolały. Po takim popołudniu to masz w gratisie.

Dagmara zachłysnęła się powietrzem. Spojrzała na Kingę szeroko otwartymi oczami, zasłaniając usta dłonią. Jej twarz znów oblał rumieniec.

– Przestań się tak rumienić. – Parsknęła Kinga, śmiejąc się głośno. – Po dzisiejszym już ci nie przystoi.

– Jesteś okropna. – oburzyła się blondynka, ale jej twarz rozjaśnił delikatny, choć wciąż niepewny uśmiech.

Jeszcze jedno – starsza siostra nie przestawała się śmiać. – Tam… też można mieć zakwasy. Wiem z doświadczenia.

– Weź… – skrępowanie w głosie młodszej mieszało się z ulgą i rozbawieniem.

– Starsza siostra. – Parsknęła Kinga. – Mam to w kontrakcie.

Pokój, po raz pierwszy tego wieczoru, rozbrzmiał pełnym, nieskrępowanym śmiechem. Patrzyły na siebie, trzymały się za ręce i śmiały. Do siebie, do wspomnień popołudnia. Po prostu. Jak w tych kompletnie beztroskich czasach, gdy świat jeszcze wydawał się jednym wielkim placem zabaw.

– Daguś… – odezwała się Kinga, poważniejąc. – Zapamiętaj. Nic, co się dziś wydarzyło, nie czyni cię gorszą. To po prostu… ty. To, co dziś wybuchło. Ciekawość, pragnienie, potrzeba… to nie była pomyłka. Wiem, że na świeżo, to wciąż może być dla ciebie dziwne, szokujące. Ale taka jest prawda. I tylko ona się liczy.

Spojrzała na młodszą siostrę.

– Nie musisz tego teraz zrozumieć, wystarczy… że przestaniesz się osądzać.

Dagmara nie odpowiedziała. Przyciągnęła Kingę do siebie i przytuliła z całych sił. Niczego więcej nie potrzebowała.


Cisza była miękka, ciepła, domykająca – jak koc narzucony na ramiona, w chłody wieczór. Dagmara, rozluźniona, niemal senna leżała wtulona w Kingę, która gładziła ją delikatnie po włosach. Intymny moment wyciszenia po burzy, chwila, gdy słowa nie były potrzebne, żeby być razem…

TRZASK!

Drzwi do pokoju otworzyły się z impetem, uderzając o ścianę. W progu stanęła Ewelina w luźno zarzuconym, niezawiązanym szlafroku, odsłaniającym niemal wszystko. Jej ciało wciąż lśniło wilgocią po kąpieli, a mokre włosy spływały ciemnymi pasmami na ramiona.

Weszła, nawet nie pytając, pewnym krokiem. Stanęła przed Dagmarą z typowym dla siebie, kpiarskim uśmiechem, wspierając ręce na biodrach.

– No, no… młoda…

Głos miała niski, lekko zachrypnięty. Gdy mówiła, każde słowo brzmiało jak prowokacja.

– Powiem szczerze… Taki debiut?! Dałaś do pieca. Na ostro.

Blondynka nie drgnęła. Kinga za to spojrzała na intruza, lekko unosząc brwi. Nie była zaskoczona, ale potrzebowała chwili, by przełączyć się z trybu „starsza siostra” na „kontakt z żywiołem w ludzkiej skórze”.

Ten żywioł stał nad nimi, złudnie bezpieczny, z miną kota, który właśnie zauważył mysz.

– Myślałam sobie zawsze: phi, taka szara myszka, cnotka, niewydymka… a tu proszę; dzika kocica z pazurkami, że ho, ho.

Pochyliła się nad spłoszoną dziewczyną, przez co jej szlafrok przestał zasłaniać cokolwiek. Oczywiście nie zwróciła na to uwagi.

– Żeby pierwszy raz i… – pokręciła głową z niedowierzaniem. – Musiało być ci na serio dobrze. Nie dość, że się darłaś tak, że sąsiedzi pewnie jeszcze nie doszli do siebie, to jeszcze… ten gejzer na koniec…

Dagmara zamarła. Czuła jak zapada się w sobie. Policzki zapłonęły gorącym zażenowaniem, rozlewającym się aż na szyję i dekolt. Chciała uciec, schować się, zniknąć. Odwróciła twarz, unikając wzroku Eweliny, jej nagości i bezczelnej pewności siebie.

Znów poczuła się kompletnie bezbronna – jak wtedy, przy drzwiach. Miała wrażenie, że sublokatorka wydarła z niej wszystkie, ledwo co poskładane myśli, emocje, rozsypała na stole i zaczęła układać po swojemu, jak klocki.

Kinga widziała, co się dzieje z jej siostrą. Niemal czuła, jak dopiero co poskładana psychika znów zaczyna trzeszczeć. Spojrzała ostro na stojącą dziewczynę, ale nie odezwała się, wiedząc, że każda reakcja może tylko dolać oliwy do ognia.

Ewelina zdawała się niczego nie zauważać. Nachyliła się w kierunku starszej z sióstr.

– Kurwa, Kinga, mamy poważną konkurencję – powiedziała z udawanym strachem.

– Ewelina, przestań… proszę. – Ton brunetki, choć spokojny, zabrzmiał ostrzegawczo.

– No co? Nie mogę pochwalić wrodzonego talentu? – odezwała się tamta na pozór pojednawczo. – Teraz już przynajmniej mam pewność, że to naprawdę twoja siostra.

Starsza z sióstr westchnęła, próbując jeszcze raz dotrzeć, do tej szalonej, nieposkromionej dziewczyny. Wyciszyć, opanować sytuację, zanim Dagmara znów się pogubi.

– Ewelina, mówię poważnie…

Niewiele to dało. Sublokatorka, bez pytania, siadła na łóżku, tuż przy Dagmarze. Nie dotknęła jej, ale nagłe napięcie ciała blondynki, było jasnym sygnałem, że naruszyła jej bezpieczną przestrzeń.

– No to jak wrażenia? Opowiedz. – rzuciła lekko.

Dagmara natychmiast się spięła, wtuliła mocniej w siostrę. Zadrżała.

– Ej no, bez takich – nie dawała za wygraną Ewelina. – Raptem kilka godzin temu oddałam ci kutasa, na którego wciąż miałam ochotę. Coś mi się chyba należy w zamian.

Kinga zerwała się już naprawdę wściekła.

– Ja pierdolę! Ewka, zamknij się wreszcie! – krzyknęła.

Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami, z miną niewiniątka.

– No co? Ty przynajmniej dostałaś, czego chciałaś, zanim młoda nas nakryła. Zerżnął cię koncertowo, we wszystkie dziury. Jak zwykle.

Dagmara drgnęła. „Jak zwykle”? Owszem, Kinga mówiła, że lubi ostrzej, ale w jej ustach brzmiało to jak coś, co zdarza się czasami, a z całą pewnością nie jest normą. Spojrzała na siostrę, z pytaniem rysującym się na twarzy. W jej oczach dostrzegła niepewność, może nawet lęk. To jeszcze bardziej ją zdenerwowało.

– Kinga? – zdołała wyszeptać.

Brunetka zacisnęła pięści. Wyraźnie walcząc o zachowanie kontroli.

– Ty naprawdę nigdy nie wiesz, kiedy się zamknąć – rzuciła w kierunku Eweliny z wyrzutem.

– A co, zamieniamy nasz wesoły domek w klasztor? – odparła beztrosko sublokatorka. – Po dzisiejszym myślę, że może być trudno.

Dagmara przysłuchiwała się tej wymianie zdań z coraz silniejszym uczuciem, że grunt znów usuwa się jej spod nóg.

– Stul pysk, idiotko! – wrzasnęła Kinga. W jej oczach błysnął gniew, ale również… strach?

– A niby czemu? Mleko się rozlało, nie musisz już niczego ukrywać. Powinnaś być szczęśliwa.

Słysząc te słowa, blondynka niemal zapadła się w sobie. Miała wrażenie, że runęła w przepaść. „Ukrywać”? Przecież Kinga powiedziała jej wszystko – czasami, wyjątkowo, lubi mocniej, ostrzej. Ale jeśli tak, skąd taka gwałtowna reakcja, skąd strach malujący się na twarzy. Czyżby, to co jej powiedziała, nie było prawdą?

– Kinga – odezwała się w końcu drżącym głosem. – To nie był ten wyjątek, prawda?

– Wyjątek? – zaśmiała się Ewelina, zanim Kinga zdążyła zareagować. – Oj uwierz młoda, to był wyjątek. Jak na twoją siostrę, to co widziałaś, było wyjątkowo delikatne.

– Kinga? – powtórzyła Dagmara tonem człowieka, który nie jest pewny czy chce znać odpowiedź.

Brunetka nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na Ewelinę lodowato, potem powoli, niepewnie odwróciła się w stronę siostry.

– Nie… nie był – odezwała się w końcu. – Nigdy nie bawił mnie waniliowy seks. Nie dawał mi spełnienia. Nawet jeśli chłopak się starał, wychodził z siebie, ja… nie czułam prawie nic. Jakbym próbowała zjeść cukierek w papierku.

Mówiła spokojnie, ale rwanymi zdaniami, szukając słów.

– Żeby coś naprawdę poczuć… muszę sięgnąć głębiej. Zejść niżej… Potrzebuję siły, intensywności, takiej, w której ból przeradza się w przyjemność.

Oddychała coraz szybciej, ale głos już przestał jej drżeć.

– Podnieca mnie bycie narzędziem, przedmiotem, z którym można zrobić, co się chce, jak się chce. Nie umiem inaczej.

Zamilkła na chwilę, zbierając siły do ostatniego wyznania. Dagmara patrzyła na siostrę, nie mogąc oderwać wzroku.

– Taka jestem. Potrzebuję… jazdy bez trzymanki, żeby dojść. Im ostrzej, bezwstydniej, wulgarniej… tym lepiej. – Spojrzała na siostrę. Spokojnie, pogodzona z tym, co może się stać.

– Aleś pierdolnęła wykład – przerwała ciszę Ewelina. – Przecież to się sprowadza do jednego – lubisz się zeszmacić.

Tym razem to Dagmara spróbowała zabić sublokatorkę spojrzeniem. Również bez efektów.

– Dlaczego nic nie powiedziałaś? – zapytała siostrę.

– Miałam powiedzieć? Tak po prostu? Przecież widziałam, że jesteś wpatrzona we mnie jak w obrazek. Sama wielokrotnie powtarzałaś, że jestem dla ciebie wzorem, chcesz być taka jak ja. Ty, dziewczynka z chóru kościelnego!

Kinga zdawała się zrzucać z siebie ciężar wielu lat udawania kogoś innego.

– W domu… ojciec kazał zamykać oczy, gdy w telewizji się całowali, matka piekła raka, gdy trzeba było kupić podpaski! Seks? To słowo nigdy nie padło! Temat tabu! A ty? Do dziś pamiętam, jak palnęłaś mi wykład, gdy zobaczyłaś mnie, jak całowałam się z Darkiem. Twoje święte oburzenie. Jak to było? „Nie życzę sobie, by moja starsza siostra łajdaczyła się na przystanku z jakimś palantem!” I ja miałam ci powiedzieć, co naprawdę robię?

Zapadła cisza. Nawet Ewelina nie śmiała się odezwać, przynajmniej chwilowo. Dagmara patrzyła na Kingę, Kinga na Dagmarę. Sekundy skapywały z zegara powoli, lepkimi, ciężkimi kroplami. Przestrzeń zdawała się falować od sprzecznych emocji, targających siostrami. Tym razem to młodsza wykonała pierwszy krok – wyciągnęła dłonie, chwyciła starszą za ręce i przyciągnęła do siebie. Objęła mocno, czule…

– Ale to nadal ty. – Szepnęła przy jej uchu.

Brunetka odwzajemniła uścisk.

– Kurwa, zaraz się porzygam od tych czułości. – Ewelina, jak zawsze, wykazała się wyjątkową delikatnością.

Obie siostry spojrzały na nią z mieszaniną szoku i niedowierzania, ale sublokatorka nie zwróciła na to uwagi, tylko kontynuowała.

– Młoda. Sprawa jest banalna. Ja lubię się pieprzyć, twoja siostra lubi być pieprzona. I tyle.

Zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu.

– A z tego, co widziałam… ty też… właśnie zaczęłaś to lubić.

Uśmiechnęła się – tym razem zaskakująco, bez kpiny.

– I to jest okej. Odrzuć ten sztuczny, zaprogramowany wstyd i pozwól sobie… być sobą. Rozumiesz?

Dagmara milczała. Podniosła głowę, spojrzała najpierw na Kingę, potem na Ewelinę i dopiero wtedy wypuściła powietrze.

– Wiem, że coś się zmieniło. Coś we mnie… otworzyło się. I nie czuję… nie myślę, że to było złe.

Zawahała się, po czym dokończyła ostrożnie, jakby dotykała świeżego skaleczenia:

– Tylko teraz… nie wiem… kim jestem.

Napięcie w pokoju wyraźnie opadło. Nie trwało to jednak długo, zanim Ewelina, nie wróciła do swojego standardowego trybu:

– Ja wiem, kim na pewno już nie jesteś. – powiedziała swoim charakterystycznym, kpiarskim, prowokacyjnym tonem. – Dziewicą.

Dagmara zachłysnęła się oddechem.

Kinga nawet nie spojrzała na sublokatorkę.

– Zamknij się – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Ewelina lekceważąco machnęła ręką, parsknęła pod nosem, ale nie odezwała się już.

Kinga znów usiadła przy siostrze. Położyła dłoń na jej ramieniu. Mówiła cicho, spokojnie:

– Powtórzę. Nie musisz dziś wszystkiego zrozumieć. Wiedzieć od razu. Najważniejsze, że przestałaś uciekać.

Dagmara odszukała dłoń Kingi. Gdzieś głęboko w sobie, sięgnęła ku jeszcze zamkniętym drzwiom. Wciąż nie wiedziała, czy to, co za nimi, bardziej ją przeraża… czy pociąga.

556
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.