Glina pamięta

1 sierpnia 2026

29 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Dzisiaj coś nieco innego. „GLINA PAMIĘTA” napisałem kilka lat temu, dlatego sam jestem ciekaw, jak zostanie przyjęta. Przed publikacją wróciłem do tekstu i starałem się poprawić elementy, na które zwracaliście uwagę przy moich dwóch poprzednich opowiadaniach. Mam nadzieję, że zmiany wyszły mu na dobre.
Jak zawsze jestem otwarty na konstruktywną krytykę — Wasze uwagi naprawdę pomagają. Miłej lektury!

Alicja zgodziła się na warsztaty ceramiczne głównie dlatego, że Nina nie przyjmowała odmowy.

– Dwa dni bez laptopów, telefonów i rozmów o terminach – przekonywała. – Będziemy robić krzywe kubki i udawać, że właśnie o takie nam chodziło.

Po ośmiu latach przyjaźni wiedziała, jak ją podejść. Alicja miała trzydzieści trzy lata, pracowała jako architektka wnętrz i niemal każdy wolny weekend oddawała projektom, których nie zdążyła skończyć w tygodniu. Marek, jej trzydziestoczteroletni partner, twierdził, że odpoczywa równie źle jak ona. Ostatnio jednak nawet wspólna praca przy jednym stole nie oznaczała bliskości. Siedzieli naprzeciw siebie, każde za własnym ekranem, jak dwoje uprzejmych współlokatorów.

Do starego młyna pod Kazimierzem przyjechali w piątek przed zachodem słońca. Nina i Filip już czekali na żwirowym podjeździe. Nina, trzydziestojednoletnia redaktorka, wyskoczyła z samochodu i od razu objęła Alicję. Filip miał trzydzieści pięć lat, prowadził niewielką restaurację i wyglądał na człowieka, który potrafi cierpliwie czekać, aż inni skończą mówić. Alicja znała go od pięciu lat, lecz dotąd rozmawiali przede wszystkim przy wspólnych kolacjach.

– Wreszcie – powiedział, wyjmując z ich bagażnika ciężką torbę. – Nina od godziny grozi, że zacznie bez was.

– Bo zaczęłabym – odparła. – Tylko Barbara schowała glinę.

Barbara, właścicielka pracowni, miała dom po drugiej stronie sadu. W dawnym młynie urządziła cztery pokoje gościnne, dużą salę z kołami garncarskimi i dwa mniejsze pomieszczenia: szkliwiernię oraz suszarnię. Pokazała im wyjścia, bezpieczniki i piec, którego nie wolno było uruchamiać bez niej. Potem rozdała płócienne fartuchy.

– W pracowni wszystko się brudzi – uprzedziła. – Jeżeli coś jest dla was zbyt cenne, zostawcie to na górze.

Filip podał Alicji ostatni fartuch. Kiedy próbowała zawiązać tasiemki z tyłu, jedna wyślizgnęła jej się z palców.

– Mogę? – zapytał.

Skinęła głową. Stanął za nią i związał płótno na wysokości talii. Zrobił to szybko, bez próby przedłużenia gestu, a jednak Alicja poczuła ciepło jego dłoni przez cienką bluzkę. Odwróciła się odrobinę za wcześnie. Przez moment stali bliżej, niż wymagała tego zwykła pomoc.

– Gotowe – powiedział Filip.

– Dzięki.

Marek właśnie fotografował rząd słoików ze szkliwami. Nawet nie spojrzał w ich stronę.

Pierwszego wieczoru uczyli się ugniatać glinę i centrować ją na kole. Materiał stawiał opór, wymykał się spod dłoni, zapadał pod zbyt mocnym naciskiem. Alicja lubiła rzeczy, nad którymi można było zapanować dzięki proporcjom i pomiarom. Tutaj każdy milimetr zależał od wyczucia.

Jej pierwszy cylinder pochylił się i złożył jak mokry kapelusz.

– Zbyt zdecydowanie – ocenił Filip, który pracował przy sąsiednim kole. – Nie wszystko trzeba od razu zmuszać do właściwego kształtu.

– Powiedział człowiek, który codziennie wydaje rozkazy w kuchni.

– W kuchni też najwięcej psuje się przez pośpiech.

Uśmiechnęła się. Nie zauważyła, kiedy zaczął jej się przyglądać. Dostrzegła to dopiero wtedy, gdy uniosła głowę i spotkała jego spokojne spojrzenie.

Wieczorem jedli kolację na zadaszonym tarasie. Nie otwierali wina; Barbara zapowiedziała poranną pracę z ostrymi narzędziami i wszyscy zgodzili się zostać przy lemoniadzie. Nina opowiadała o autorze, który przez trzy tygodnie dyskutował z nią nad jednym zdaniem. Marek przeglądał zdjęcia na ekranie aparatu. Alicja słuchała Filipa mówiącego o zapachu świeżego chleba o piątej rano i pierwszy raz pomyślała, że właściwie niewiele o nim wie.

Kiedy wstała po dzbanek, jej lniana spódnica zaczepiła o krzesło. Filip przytrzymał oparcie, a jego wzrok przesunął się po jej sylwetce z uwagą, której Marek od dawna jej nie poświęcał. Alicja była wysoka, miała długie nogi, wyraźną talię i pełne piersi w miseczce C. Znała swoje atuty i zwykle ubierała się tak, by je podkreślać bez ostentacji. Tego wieczoru po raz pierwszy od dawna poczuła przyjemność z samego faktu, że ktoś naprawdę patrzy.

Powinna była zignorować to uczucie. Zamiast tego, wracając z dzbankiem, wybrała miejsce obok Filipa.


W sobotę Alicja zeszła do pracowni w ciemnozielonej kopertowej sukience. Materiał był miękki, sięgał nieco ponad kolana i dobrze układał się pod fartuchem. Pod spodem miała grafitową, koronkową bieliznę, którą kupiła kilka miesięcy wcześniej i dotąd prawie nie nosiła. Nie ubrała się dla Filipa – przynajmniej tak powiedziała sobie przed lustrem. Chciała po prostu znów wyglądać jak kobieta, a nie jak osoba przenosząca próbki tkanin między biurem a mieszkaniem.

Barbara ustawiła ich parami. Nina i Marek mieli przygotować płytki do próbnych szkliwień. Alicja usiadła przy kole z Filipem.

– Dzisiaj żadnych zapadniętych kapeluszy – zapowiedziała.

– W takim razie musisz słuchać gliny.

– Glina niewiele mówi.

– Za to świetnie pokazuje, kiedy robisz coś nie tak.

Usiadł za nią na szerokiej ławie, żeby pokazać właściwe ułożenie dłoni. Jego kolana znalazły się po obu stronach jej bioder, a przedramiona biegły wzdłuż jej ramion. Najpierw dotknął tylko jej nadgarstków. Prowadził je spokojnie, ucząc, jak naciskać kciukami i jednocześnie podpierać ścianki naczynia od zewnątrz.

Koło obracało się równomiernie. Mokra glina przesuwała się pod ich palcami, gładka i chłodna. Alicja czuła oddech Filipa przy skroni. Za każdym razem, kiedy naczynie lekko drżało, jego dłonie zamykały się na jej dłoniach mocniej. Mogła odsunąć się po pierwszej udanej próbie. Nie zrobiła tego.

– Teraz sama – powiedział w końcu.

– Jeszcze jeden obrót.

Nie była pewna, czy mówi o naczyniu. Filip najwyraźniej też nie, bo przez chwilę się nie poruszył. Dopiero potem cofnął dłonie i przesunął się na drugi koniec ławy.

Kiedy wstawała, fartuch zaczepił się o kant siedziska, unosząc brzeg sukienki. Przez moment spod materiału było widać wąski pas grafitowej koronki na biodrze. Alicja poprawiła sukienkę dopiero wtedy, gdy spojrzenie Filipa zdążyło tam dotrzeć. Nie uśmiechnęła się, ale oboje wiedzieli, że zwlekała świadomie.

Przed południem Nina i Marek przenieśli gotowe płytki do szkliwierni. Ich śmiech co jakiś czas dobiegał zza zamkniętych drzwi. Alicja pracowała nad misą, a Filip oczyszczał narzędzia. Czuła jego obecność nawet wtedy, gdy znajdował się kilka metrów dalej.

Przy umywalce zabrakło papierowych ręczników. Alicja próbowała odsunąć włosy z twarzy nadgarstkiem i zostawiła sobie na policzku jasny ślad gliny.

– Poczekaj – powiedział Filip.

Zwilżył róg czystej ściereczki i starł plamę. Jego palce pozostały przy jej twarzy odrobinę dłużej. Alicja oparła biodro o kamienny zlew. Nie było w tym nic przypadkowego. Spojrzała na jego usta, potem ponownie w oczy.

Z korytarza dobiegł głos Barbary i oboje się odsunęli.

– Przerwa na obiad – oznajmiła instruktorka, otwierając drzwi. – Potem pokażę wam suszarnię. Wieczorem możecie ćwiczyć sami, ale piec zostawiacie w spokoju.

Przy stole Alicja siedziała naprzeciw Marka. Opowiadał o serii zdjęć, którą chciał zrobić jesienią, i prawie nie zauważył, że nie zjadła połowy zupy. Kiedyś lubiła słuchać jego planów. Ostatnio każdy zaczynał brzmieć jak uzasadnienie kolejnego tygodnia, w którym nie będą mieli dla siebie czasu.

Nie obwiniała go o to, co czuła przy Filipie. Ta odpowiedzialność należała do niej. Świadomość tego nie studziła jednak ciekawości. Przeciwnie, czyniła ją jeszcze wyraźniejszą.

Po obiedzie Barbara pokazała im, jak oznaczać prace, a przed osiemnastą wróciła do domu po drugiej stronie sadu. Powietrze pachniało deszczem. Nina powiedziała, że chce jeszcze przetestować kobaltowe szkliwo, i pociągnęła Marka do bocznego pomieszczenia. Filip został z Alicją przy kołach.

Pracowali w ciszy. Deszcz uderzył o wysokie okna, odcinając pracownię od reszty świata. Alicja zdjęła fartuch, bo wilgotne płótno kleiło się do sukienki, i zawiesiła go na haku. Filip patrzył, jak rozwiązuje tasiemki.

– Znowu mam coś na twarzy? – zapytała.

– Nie.

– To dlaczego tak patrzysz?

– Wiesz dlaczego.

Wiedziała. Właśnie dlatego zadała pytanie.


Około dziewiętnastej Alicja zaniosła dwie misy do suszarni. Było tam cieplej niż w głównej sali. Drewniane półki zajmowały trzy ściany, a pod oknem stał długi stół przykryty czystym płótnem. W rogu znajdowała się niewielka sofa, na której Barbara zapewne odpoczywała podczas nocnych wypałów.

Filip przyszedł za nią z ostatnim naczyniem. Odstawił je na półkę i został przy drzwiach.

– Filip – powiedziała Alicja. Serce biło jej tak mocno, że własny głos wydał się obcy. – Jeśli teraz zamkniesz drzwi, nie będę udawała, że źle zrozumiałeś.

Patrzył na nią kilka sekund. Nie było w nim triumfu ani pośpiechu. Tylko to samo napięcie, które narastało między nimi od poprzedniego wieczoru.

– A jutro? – zapytał.

– Jutro będziemy musieli pamiętać, że sami to wybraliśmy.

Filip zamknął drzwi i przekręcił prosty klucz. To wystarczyło. Nie potrzebowali dalszych pytań.

Alicja podeszła pierwsza. Dotknęła jego koszuli dokładnie tam, gdzie przez cały dzień widziała drobny ślad gliny. Filip objął ją w talii, lecz czekał, aż to ona skróci ostatnie centymetry. Pocałowała go bez ostrożności. Odpowiedział natychmiast, przyciągając ją bliżej.

Pierwszy pocałunek nie był elegancki. Zderzyli się nosami, Alicja zaśmiała się cicho, a potem spróbowała ponownie. Tym razem zwolnili. Filip przesunął dłonią po jej plecach, zatrzymał ją na karku i całował tak, jakby przez cały dzień zapamiętywał jej oddech.

Zapach mokrej gliny mieszał się z zapachem deszczu. Alicja oparła się o stół. Filip chciał dotknąć jej twarzy, ale spojrzał na zaschnięte smugi na palcach i cofnął rękę.

– Najpierw je umyję.

– Dobrze – powiedziała. – Nie spiesz się.

W niewielkim zlewie w kącie obmył dłonie. Alicja obserwowała, jak woda zabiera szary osad, odsłaniając skórę i krótkie paznokcie. Ten zwyczajny gest działał na nią mocniej niż wszystkie wcześniejsze spojrzenia. Filip osuszył ręce płóciennym ręcznikiem, wrócił i położył obie na jej biodrach.

Teraz dotykał jej bez pośrednictwa fartucha. Powoli, dając czas na odczucie każdego ruchu. Przesunął dłonie ku talii, a potem wyżej, wzdłuż boków. Alicja rozwiązała pasek sukienki. Materiał rozsunął się, pokazując grafitową koronkę stanika i jasną skórę brzucha.

Filip urwał pocałunek, żeby na nią spojrzeć.

– Nie mów, że nie tego się spodziewałeś – szepnęła.

– Spodziewałem się. To nie znaczy, że byłem przygotowany.

W jego głosie nie było przesadnego zachwytu, tylko szczerość. Alicja poczuła, jak napięcie zgromadzone przez miesiące obojętności zmienia się w coś ciepłego i zachłannego. Pozwoliła sukience zsunąć się z ramion i opaść na podłogę. Filip pocałował odsłoniętą skórę przy obojczyku, potem linię ramienia. Koronka stała się kolejną granicą, przy której na moment zwolnił. Alicja sama poprowadziła jego dłoń, pokazując, że może ją przekroczyć.

Nie rozmawiali już wiele. Porozumiewali się gestami: ona przyciągała go kolanem, jego palce zatrzymywały się, gdy zmieniał się jej oddech, a każdy dotyk spotykał się z odpowiedzią. Filip nie próbował narzucać rytmu. Uczył się jej z tą samą uwagą, z jaką rano prowadził jej dłonie po obracającej się glinie.

Nie usiedli od razu.

Filip cofnął się o pół kroku, popatrzył na długi stół pod oknem i zdjął z niego płótno jednym ruchem, jakby ścielił do pracy. Potem ujął Alicję w talii i posadził ją na blacie. Drewno było chłodne pod udami. Przez sekundę myślała, że powinna się zawstydzić, i przez tę samą sekundę zrozumiała, że nie zamierza.

Rozsunął jej kolana i stanął między nimi.

– Filip. – Przykryła jego dłoń swoją i rozsunęła kolana odrobinę szerzej. – Nie każ mi teraz czekać.

– Nie zamierzam.

Zsunął z niej grafitowe figi powoli, przez uda i kolana, po czym odłożył je na płótno obok. Starannie je złożył, co było tak absurdalnie w jego stylu, że Alicja roześmiała się i urwała w pół dźwięku, bo już klękał.

Zaczął od wewnętrznej strony kolana. Potem przesuwał się wyżej, bez pośpiechu, jakby nadal obowiązywała poranna zasada, by niczego nie wymuszać. Dopiero gdy jego usta dotarły tam, gdzie od dwóch godzin pragnęła je poczuć, wygięła plecy i chwyciła się krawędzi stołu.

Filip miał dłonie kucharza i garncarza – szerokie, pewne, z krótkimi paznokciami i skórą wysuszoną od gliny. Trzymał nimi jej biodra, przyciągając ją do siebie, ilekroć odruchowo się cofała. Nie zmieniał tempa, choć jej oddech coraz bardziej przyspieszał. Trwał przy tym rytmie uparcie, aż przestała słyszeć deszcz.

Raz uniósł głowę i spojrzał na nią z dołu.

– Nie zatrzymuj się – powiedziała.

Nie zatrzymał się. Wsunął w nią dwa palce, zagiął je i odnalazł miejsce, którego Marek nie szukał od miesięcy. Alicja doszła na tym stole w niecałą minutę – mocno, zaciskając kolana na jego barkach, z jedną dłonią w jego włosach, a drugą na płótnie.

Zostawił policzek na wewnętrznej stronie jej uda, dopóki nie przestała drżeć.

Dopiero potem przenieśli się na sofę.

Alicja rozpięła mu koszulę. Przesunęła dłońmi po jego piersi i plecach, sprawdzając to, czego dotąd mogła się tylko domyślać. Filip pocałował ją ponownie, wolniej. Czuła na jego ustach własny smak i to podobało jej się bardziej, niż była gotowa przyznać. Pieścił ją przez koronkę, a potem pod nią, aż znów przestała kontrolować oddech i oparła czoło o jego ramię.

– Popatrz na mnie – powiedział cicho.

Podniosła głowę. Chciała zobaczyć ten moment również w jego twarzy, nie tylko poczuć go we własnym ciele. W jego spojrzeniu było pragnienie, ale także świadomość ceny. Oboje ją rozumieli i żadne się nie cofnęło.

Potem Alicja wstała z sofy i podeszła do niewielkiego zlewu w kącie.

Filip patrzył, jak odkręca wodę i myje ręce – powoli, dokładnie, przesuwając kciukiem pod paznokciami, tak jak on kwadrans wcześniej. Szary osad spływał do odpływu cienką strużką.

– Uczę się od ciebie – powiedziała, wycierając dłonie w płócienny ręcznik.

– Zauważyłem.

Wróciła i uklękła przed nim na deskach.

Filip wciągnął powietrze. Bez pośpiechu i bez najmniejszego zawstydzenia rozpięła mu pasek, potem spodnie. Przez chwilę tylko trzymała go w czystych, jeszcze wilgotnych dłoniach i patrzyła mu w twarz.

Chciała zobaczyć, jak schodzi z niego ta jego spokojna cierpliwość. Przez cały dzień była po drugiej stronie: to on prowadził jej ręce po glinie, to on mówił, żeby niczego nie zmuszać do kształtu, to on czekał. Teraz czekanie należało do niej.

Wzięła go do ust powoli.

Filip oparł jedną dłoń o krawędź sofy, a drugą uniósł ku jej włosom i zawahał się. Alicja sama przyciągnęła ją do głowy. Zrozumiał gest: palce zamknęły się w jej włosach, ale nie narzuciły tempa. To należało wyłącznie do niej – raz wolniejsze, raz głębsze, z krótkim zatrzymaniem, gdy jego brzuch napinał się pod jej dłonią.

Deszcz bębnił o wysokie okna. Gdzieś w głębi młyna skrzypnęły drzwi. Oboje znieruchomieli i zaczęli nasłuchiwać, lecz odgłos się nie powtórzył.

Zmiana w jego oddechu powiedziała jej, że jest blisko. Odsunęła się sama, a kciukiem przesunęła po dolnej wardze.

Filip patrzył na nią, oddychając ciężko, z rozpiętą koszulą i śladem gliny wciąż na mankiecie.

– Powiedz coś – poprosiła.

– Nie mam nic mądrego.

– To dobrze.

Filip sięgnął do portfela pozostawionego na stole. Alicja zauważyła opakowanie prezerwatywy w jego dłoni i skinęła głową. Ten krótki, praktyczny moment nie zgasił namiętności; przeciwnie, przypomniał jej, że nie dryfowali bezwiednie. Każdy kolejny krok był decyzją.

Kiedy był gotowy, wrócił do niej, a Alicja usiadła na jego kolanach. Objęła go udami i pocałowała. Naprowadziła go sama, jedną ręką, po czym opuszczała się powoli – nie z konieczności, lecz po to, by osobno poczuć każdy centymetr. Kiedy wreszcie się połączyli, przytrzymał ją mocno w talii. Przez chwilę oboje znieruchomieli, oszołomieni przekroczeniem granicy, która jeszcze rano wydawała się nienaruszalna.

– Zostań tak – powiedziała.

Został. Nie poruszył się przez kilkanaście sekund, choć czuła pod dłońmi, ile go to kosztuje, i to właśnie było najlepsze: że potrafił czekać, kiedy go o to prosiła.

Potem Alicja zaczęła się poruszać. Najpierw ostrożnie, wsłuchując się w ich oddechy i szum deszczu, później pewniej. Filip odpowiadał własnym ruchem; jego dłonie wspierały ją, ale nie odbierały prowadzenia. Trzymał ją dokładnie tak, jak rano trzymał jej nadgarstki nad obracającą się gliną — podpierając od zewnątrz, nie naciskając, pozwalając kształtowi powstać samemu.

Koronkowy stanik pozostał na niej jeszcze przez kilka minut, przekrzywiony i bardziej zmysłowy niż pełna nagość. W końcu sama go odpięła i odrzuciła obok sukienki. Filip pochylił głowę i objął ustami jej pierś, a Alicja przestała odmierzać tempo. Unosiła biodra i opuszczała je coraz śmielej, aż sofa zaczęła cicho skrzypieć w rytmie deszczu.

Po raz pierwszy od lat doszła w tej pozycji – wyprostowana nad nim, z dłońmi opartymi na jego piersi i głową odrzuconą tak, że widziała odwrócony rząd naczyń na najwyższej półce. Filip trzymał ją za biodra i ani trochę nie przyspieszył, dopóki nie przestała drżeć.

– Nie kończ jeszcze – powiedziała, kiedy odzyskała głos.

– Nie mam takiego zamiaru.

Zsunęła się z niego i wstała. Nogi miała miękkie, więc musiała przytrzymać się oparcia. Roześmiała się, lecz śmiech ucichł, kiedy Filip stanął za nią.

Podeszła do długiego stołu, na którym obok odsuniętego płótna leżały jej figi, i oparła o blat przedramiona. Deski były chłodne. Sama rozstawiła stopy szerzej.

Filip położył dłoń płasko na jej krzyżu i zaczekał. Alicja odpowiedziała ruchem bioder, przyciągając go bliżej.

Wszedł w nią od tyłu powoli i przy pierwszym pełnym ruchu Alicja wydała dźwięk, którego nie zdążyła stłumić. Z tej strony sięgał głębiej i przez kilka oddechów mogła tylko stać, przyciskając czoło do przedramienia, przyzwyczajając ciało.

Nie poganiał jej. Czekał, aż sama cofnie biodra. Kiedy to zrobiła, zaczął się poruszać w rytmie, który już znała: powolnym, uparcie równym, pozbawionym zbędnych gestów.

Krople uderzały o wysokie okna. Gdzieś w głębi budynku trzasnęły drzwi i oboje znieruchomieli, nasłuchując. To był tylko przeciąg. Po chwili Filip pochylił się nad jej plecami, pocałował ją między łopatkami i wrócił do poprzedniego rytmu.

Jedną ręką trzymał ją za biodro, drugą przesunął po brzuchu. Alicja przykryła ją swoją i skierowała niżej, dokładnie tam, gdzie chciała ją poczuć. Filip zrozumiał bez słowa.

Rytm stał się mocniejszy. Stół przesuwał się po posadzce o kilka milimetrów przy każdym ruchu i przestali się tym przejmować. Alicja słyszała samą siebie i nie poznawała tego głosu — przez ostatni rok nie było w jej życiu nikogo, przy kim wydawałaby takie dźwięki, łącznie z człowiekiem, z którym mieszkała.

Kiedy poczuła, że ponownie jest blisko, wyprostowała się i oparła plecami o jego pierś. Filip objął ją w pasie, przytrzymał w tej pozycji i nie zmienił niczego, bo już wiedział, czego potrzebuje.

Doszła stojąc, wygięta, z jego przedramieniem w poprzek własnych żeber i z dłonią zaciśniętą na jego karku za sobą. Trwało to długo i zostawiło ją bez sił.

Filip przeniósł ją na sofę, kiedy przestała się trzymać na nogach.

Zmiana pozycji nastąpiła bez słów. Położył ją na plecach, a Alicja przyciągnęła go do siebie nogami. Teraz tempo należało do niego. Nie było gwałtowne; rosło stopniowo, podążając za reakcjami jej ciała. Całował ją w szyję i pierś, a ona zaciskała palce na jego ramionach, czując, jak przyjemność wypiera na chwilę wszystko poza ciepłem, ciężarem i bliskością.

Uniosła kolano wyżej, na jego biodro, i kąt zmienił się na tyle, że oboje wciągnęli powietrze w tej samej sekundzie.

– Popatrz na mnie – powiedziała tym razem ona.

Popatrzył i nie odwracał wzroku, nawet gdy jego rytm zaczął się rozsypywać. Alicja objęła go nogami mocniej, zatrzymując przy sobie.

Kiedy była blisko po raz trzeci, nie musiała tego ogłaszać. Filip poznał po sposobie, w jaki napięły się jej uda i jak nagle ucichła. Zwolnił, pogłębił każdy ruch i utrzymał ten rytm, aż Alicja przestała widzieć półki, stół i światło za oknem. Przycisnęła twarz do jego szyi, tłumiąc krótki okrzyk. Fala rozkoszy przeszła przez nią mocno, ale bez teatralności; pozostawiła drżenie, które długo nie chciało ustąpić.

Filip doszedł chwilę później. Został przy niej, oddychając ciężko, a potem położył się obok na wąskiej sofie. Alicja patrzyła w sufit i czuła chłód na wilgotnej skórze.

Nie miała wyrzutów sumienia w takiej postaci, jakiej się spodziewała. Zamiast gwałtownego wstydu przyszła spokojna, trudniejsza prawda: chciała tego od pierwszego wieczoru i dostała dokładnie to, czego chciała.

Filip dotknął jej dłoni.

– Nina niczego się nie domyśla – powiedział.

– Marek też nie.

Nie zabrzmiało to jak zwycięstwo.

Ubrali się w ciszy. Alicja starannie poprawiła koronkę i zawiązała sukienkę. Przed wyjściem Filip starł kciukiem ostatnią smugę gliny z jej łokcia.

– Jutro – przypomniał.

– Wiem.

Wyszła pierwsza. Na korytarzu było pusto, ale z głębi budynku dobiegł cichy stuk odkładanego słoika. Uznała, że Nina i Marek wciąż pracują przy szkliwach.


Kilka godzin wcześniej Nina zauważyła, że Marek patrzy na nią inaczej, kiedy poprawiała włosy przed lustrem w jadalni.

Po obiedzie zmieniła zabrudzoną koszulkę na kremową bluzkę z miękkiej tkaniny. Nie założyła stanika. Uzasadniła to upałem w szkliwierni, choć dzień stał się chłodniejszy, a nad sadem zbierały się chmury. Przed zejściem rozpięła drugi guzik, spojrzała na własne odbicie i pomyślała o Marku.

To nie był nagły kaprys. Od kilku miesięcy widziała, że Filip odsuwa się od niej po każdej rozmowie o wspólnych planach. Nie kłócili się. Odkładali tylko wszystko na później: przeprowadzkę, ślub, nawet tygodniowy urlop. Marek wydawał jej się przeciwieństwem Filipa. Był impulsywny, ciekawy ludzi i zawsze potrafił sprawić, że osoba przed obiektywem czuła się interesująca.

W szkliwierni ustawili próbne płytki w dwóch rzędach. Marek fotografował kolory, a Nina zapisywała numery mieszanek. Kiedy pochyliła się nad stołem, luźna bluzka odsunęła się od ciała. Marek przerwał w połowie zdania. Nina wyprostowała się, lecz nie zapięła guzika.

– Zdjęcie nie wyszło? – zapytała.

– Nie zrobiłem go.

– Rozumiem.

Nie musiała pytać dlaczego. Odłożyła ołówek i podała mu słoik z kobaltowym szkliwem. Ich palce spotkały się na zakrętce. Tym razem to Marek nie cofnął dłoni.

Barbara weszła chwilę później z zestawem pędzli. Do jej wyjścia pracowali wzorowo. Dopiero gdy za oknem pojawiła się jej sylwetka idąca przez sad, Nina wypuściła wstrzymywany oddech.

– Chodź – powiedziała do Marka. – Musimy umyć płytki z tyłu.

W małej zmywalni za szkliwiernią mieścił się kamienny zlew i wąski blat. Nina odkręciła wodę. Niebieski barwnik spływał z jej palców cienkimi strużkami. Marek stanął obok i ujął ją za nadgarstek, żeby pomóc doczyścić plamę przy bransolecie.

– To nie schodzi – powiedział.

– Zejdzie. Trzeba tylko cierpliwości.

Powtórzyła jego poranny ton, kiedy mówił Alicji o glinie. Marek rozpoznał aluzję. Przesunął kciukiem po wewnętrznej stronie jej nadgarstka, już poza niebieskim śladem.

– Nina.

– Jeśli chcesz, żebym się odsunęła, zrób to teraz – powiedziała spokojnie.

Nie odsunął jej. Zamiast tego zamknął kran i splótł z nią palce.

To był ich moment przyzwolenia. Jasny, trzeźwy i niemożliwy do pomylenia z przypadkiem.

Nie pocałowali się od razu. Wrócili do stołu, jakby chcieli jeszcze raz sprawdzić własną decyzję. Na zewnątrz zaczął padać deszcz. Z głównej sali nie dochodziły żadne głosy. Nina podniosła pędzel, lecz Marek wyjął go z jej dłoni i odłożył.

– Nadal chcesz, żebym został?

– Chcę, żebyś tu podszedł.

Pocałował ją przy regale ze szkliwami. Nina objęła go za szyję i odpowiedziała bez wahania. Smakował kawą wypitą po obiedzie. Jego dłonie zatrzymały się na jej talii, potem przesunęły po plecach, wyczuwając pod cienką bluzką brak zapięcia i ramiączek.

– Specjalnie? – zapytał przy jej ustach.

– Tak.

Jedno słowo wystarczyło. Marek rozpiął następny guzik, a Nina sama wysunęła bluzkę ze spódnicy. Nie odsłaniała się gwałtownie. Pozwalała mu odkrywać kolejne fragmenty skóry, obserwując, jak zmienia się jego oddech. Podobało jej się, że nie ukrywa zachwytu.

Przenieśli się do pustej sali demonstracyjnej po drugiej stronie korytarza. Nina zabrała po drodze swój fartuch i przewiesiła go przez stojące przy drzwiach krzesło. W sali znajdowała się niska drewniana platforma przykryta grubym materacem, używanym podczas zajęć z rzeźby. Marek zamknął drzwi. Nina podeszła do okna i zasunęła płócienną roletę, po czym odwróciła się do niego.

Nie potrzebowała dalszego upewniania. Ściągnęła bluzkę i położyła ją na krześle. Marek zbliżył się wolno. Dotknął jej nagich ramion, przesunął dłońmi w dół, zatrzymując się na piersiach. Nina przymknęła oczy, kiedy pocałował ją pod uchem, ale zaraz je otworzyła. Chciała widzieć jego twarz.

Kiedy rozpięła mu pasek, odsunął się o pół kroku, dając jej przestrzeń. Nina uśmiechnęła się na ten gest. Wsunęła palce pod jego koszulę i przyciągnęła go ponownie. Ich ubrania znikały po kolei: jego koszula, jej spódnica, jego spodnie. Została w czarnych figach i cienkich pończochach, które założyła rano pod spódnicę bardziej dla własnej przyjemności niż dla kogokolwiek. Marek ukląkł i pocałował ją w udo tuż nad ich krawędzią.

Nina oparła dłoń na jego włosach. Nie rozkazywała. Kierowała go delikatnym naciskiem i ruchem bioder. Marek odpowiadał na te sygnały, przesuwając pocałunki coraz wyżej. Kiedy przyjemność sprawiła, że ugięły się pod nią nogi, podtrzymał ją i posadził na brzegu platformy.

Pieścił ją długo, bez pośpiechu, aż przestała słyszeć deszcz.

Zsunął z niej czarne figi i zostawił je zaczepione na jednej kostce. To niedokończenie działało na nią mocniej niż pełna nagość. Potem przełożył jej uda przez ramiona i przyciągnął ją na sam skraj platformy.

Nina odchyliła się na dłoniach.

Zaczął szeroko i wolno, całą płaszczyzną języka. Przy pierwszym takim ruchu musiała zagryźć wargę; przy drugim przestała próbować zachować ciszę. Marek nie popisywał się. Odnalazł rytm, na który odpowiadała najmocniej, i cierpliwie się go trzymał.

Jej pończochy przesuwały się po jego ramionach, gdy obejmowała go nogami. Zacisnęła palce w jego włosach, nie po to, by nim kierować, lecz by znaleźć dla siebie oparcie.

Raz zbyt głośno wypowiedziała jego imię i oboje znieruchomieli. Z korytarza dobiegło tylko skrzypnięcie starego młyna.

– Nie przestawaj – powiedziała, kiedy cisza się przeciągnęła.

Nie przestał. Wsunął w nią dwa palce i zagiął je, nie odrywając ust. Nina doszła na tej platformie z jedną piętą wspartą o jego plecy i drugą nogą zsuwającą się bezwładnie z ramienia. Trwało to długo; w końcu musiała odsunąć jego głowę dłonią, bo każdy kolejny dotyk był już zbyt intensywny.

Marek oparł policzek o wewnętrzną stronę jej uda i czekał, aż przestanie drżeć.

Wtedy zsunęła się z platformy i sama zmieniła ich układ.

– Teraz moja kolej. Wstań – powiedziała.

Marek stanął. Nina uklękła na materacu przed nim i przez chwilę tylko patrzyła, trzymając dłoń na jego udzie. Wytrzymał jej spojrzenie coraz mniej swobodnie, a wtedy się uśmiechnęła. Człowiek, który przez dwa dni oglądał wszystkich przez obiektyw, po raz pierwszy tego weekendu znalazł się po drugiej stronie.

Wzięła go do ust powoli, nie odrywając od niego wzroku. Marek oparł dłoń o regał za sobą, a jego oddech natychmiast stracił równy rytm. Nie dotknął jej głowy; położył rękę dopiero wtedy, gdy sama przyciągnęła ją do swoich włosów. Nawet wówczas nie zacisnął palców.

Utrzymywała wybrany rytm tak długo, jak chciała. Kiedy po jego oddechu poznała, że jest blisko, odsunęła się, wstała i otarła kciukiem dolną wargę.

– Jeszcze nie.

Sięgnęła do kieszeni fartucha, który wcześniej przewiesiła przez krzesło, i wyjęła opakowanie prezerwatywy. Schowała je tam po obiedzie, jeszcze zanim zaprosiła Marka do szkliwierni. Nie chciała później udawać przed sobą, że wszystko wydarzyło się bez jej decyzji. Podała mu je, odczekała, aż był gotowy, i dopiero wtedy odwróciła się do niego plecami.

Oparła dłonie o pobielony mur między oknem a regałem i spojrzała przez ramię.

Marek stanął za nią. Czarne figi nadal tkwiły na jednej kostce. Wszedł w nią powoli, przytrzymując za biodro; Nina wydała niski dźwięk i przycisnęła czoło do chłodnego tynku.

Z tej strony sięgał głębiej, niż się spodziewała. Musiała rozstawić stopy szerzej i przez kilka oddechów po prostu stać, przyzwyczajając ciało.

– Powoli – powiedziała.

Zwolnił natychmiast. Dopiero kiedy sama cofnęła biodra, wrócił do rytmu.

Ściana była zimna pod jej dłońmi i ciepła od oddechu. Pończochy zsuwały się przy każdym ruchu. Deszcz szumiał za oknem dwa metry dalej, a gdzieś w tym samym budynku jej narzeczony uczył przyjaciółkę toczyć misę. Nina pomyślała o tym raz i świadomym wysiłkiem odsunęła obraz.

Marek pochylił się nad jej plecami i pocałował ją w kark, tam gdzie kończyły się rude włosy.

– Popatrz – szepnął.

W ciemnej szybie okna widziała ich oboje: siebie zgiętą, jego dłonie na swojej talii, własną twarz z rozchylonymi ustami. Patrzyła na to przez dłuższą chwilę i nie odwróciła wzroku.

I wtedy zrozumiała, dlaczego przez cały weekend chciała właśnie jego.

Marek patrzył na ludzi zawodowo. Widziała, jak robi to przy stole, przy płytkach, przy Alicji – zawsze o pół sekundy dłużej, z lekkim przechyleniem głowy, jakby ustawiał kadr. Przez dwa dni była jednym z obiektów w tym kadrze. Teraz stała przed szybą, patrzyła na własne odbicie i sama decydowała, co on widzi.

– Nie zamykaj oczu – powiedziała do szkła.

– Nie zamierzam.

Przyspieszył. Przy każdym mocniejszym ruchu przesuwała się po wilgotnym od oddechu tynku i musiała na nowo szukać oparcia. Jedna pończocha zsunęła się do kolana. Rude włosy przykleiły jej się do skroni.

Sięgnęła ręką za siebie, znalazła jego biodro i przyciągnęła go mocniej, żeby nie miał wątpliwości, czego chce.

Drugi orgazm przyszedł szybciej niż pierwszy i był zupełnie inny – krótszy, ostrzejszy, skupiony w jednym miejscu. Nina wypchnęła powietrze przez zaciśnięte zęby, przycisnęła czoło do muru i zacisnęła się na nim tak, że Marek stracił rytm i musiał się zatrzymać.

Stali tak przez kilkanaście sekund, oboje bez tchu, on wciąż w niej, ona z twarzą przy zimnym tynku.

– Chodź – powiedziała w końcu.

Zaprowadziła go z powrotem na platformę, ale się nie położyła. Posadziła go na skraju materaca, plecami do okna, i usiadła na nim okrakiem – twarzą do szyby, tak by przez jego ramię widzieć ich oboje w ciemnym szkle.

Opuściła się na niego powoli, patrząc nie na niego, tylko na odbicie.

– Co widzisz? – zapytał Marek przy jej szyi.

– Siebie.

Zaczęła się poruszać. Nie szybko, lecz miarowo, tak by czuć każdy ruch. Marek objął jej piersi od dołu i pocałował jedną z nich, a ona ani na moment nie przestała patrzeć w szybę. Widziała własne plecy, jego dłonie, ruch bioder i rozsypane rude włosy. Po raz pierwszy od bardzo dawna to, co zobaczyła, po prostu jej się spodobało.

Przez dwa lata Filip patrzył na nią coraz rzadziej. Nie krzywdził jej, nie zdradzał, po prostu przestał zauważać. Tego wieczoru Nina odkryła, że nie tęskniła za żadnym mężczyzną w szczególności. Tęskniła za byciem widzianą.

Poruszała się coraz mocniej. Materac przesuwał się po drewnianej platformie, a deszcz uderzał w okno. Gdzieś w tym samym budynku jej narzeczony zapewne nadal pracował z najlepszą przyjaciółką Niny. Pomyślała o nich po raz drugi tego wieczoru i tym razem nie musiała już odsuwać tej myśli.

Kiedy poczuła, że Marek jest blisko, zwolniła i przytrzymała go dłonią na piersi.

– Jeszcze chwilę.

Posłuchał. Została na nim nieruchomo, dopóki jego oddech trochę się nie uspokoił. Dopiero wtedy zaczęła od nowa, wolniej, wciąż patrząc w szybę.

Po chwili Nina zsunęła się z niego i pocałowała go, czując na jego ustach własne ciepło. Potem uklękła na materacu i pociągnęła Marka za sobą. Położył ją na plecach. W pierwszej chwili patrzyli na siebie z powagą, świadomi, że od dawna nie czekają już na możliwość odwrotu. Nina uniosła biodra i ponownie go przyjęła.

Marek poruszał się powoli. Podpierał się na przedramionach, uważając, by nie przygnieść jej ciężarem. Nina gładziła jego plecy, potem przyciągnęła go mocniej. Nie chciała delikatności rozumianej jako dystans. Chciała czuć, że naprawdę wybrał ją w tej chwili, nawet jeśli za godzinę oboje wrócą do swoich partnerów.

Rytm przyspieszał. Materac cicho przesuwał się po drewnie. Nina stłumiła jęk w ramieniu Marka, a on zwolnił dokładnie wtedy, gdy tego potrzebowała. Przesunął dłoń pomiędzy ich ciałami i odnalazł sposób, który sprawił, że napięcie rosło szybciej. Nina zacisnęła palce na jego plecach. Jej oddech rwał się, aż w końcu całe ciało wygięło się pod falą rozkoszy.

Marek nie przerywał. Pozwolił jej dojść do siebie, a potem Nina odwróciła ich, siadając na nim. Rozpuszczone rude włosy opadły jej na ramiona. Poruszała się swobodnie, obserwując jego twarz. Tym razem nie była niczyją partnerką czekającą na wspólne plany. Była kobietą, która podjęła ryzyko i prowadziła mężczyznę ku spełnieniu.

Kiedy Marek był blisko, przyciągnął ją do siebie. Nina oparła czoło o jego czoło i utrzymała rytm, aż doszedł. Zostali spleceni przez dłuższą chwilę, wsłuchani we własne oddechy.

Potem Nina położyła się obok. Czuła na skórze chłód i ciężar decyzji.

– Alicja ci ufa – powiedziała.

Marek zamknął oczy.

– Wiem. Tak samo jak Filip tobie.

– Właśnie dlatego nie czuję triumfu.

– Ja też nie.

Nie próbowali się usprawiedliwiać. W tym była jedyna uczciwość, na jaką potrafili się zdobyć.

Ubierając się, Nina nie znalazła jednego miedzianego kolczyka. Marek pomógł jej sprawdzić materac i podłogę, ale bez rezultatu.

– Poszukam rano – powiedziała. – Teraz powinniśmy wyjść osobno.

Marek wrócił do szkliwierni. Nina odczekała kilka minut. Gdy otworzyła drzwi, usłyszała szczęk zamka w suszarni na końcu korytarza. Zobaczyła Alicję wychodzącą w zielonej sukience. Jej przyjaciółka poprawiała włosy, a chwilę później pojawił się Filip.

Nina cofnęła się w cień sali demonstracyjnej.

Nie potrzebowała wyjaśnienia. Wystarczyło, że zobaczyła sposób, w jaki Filip patrzył za Alicją.

Pierwszym uczuciem nie była zazdrość. Była nim ulga, tak gwałtowna, że aż zawstydzająca. Dopiero później przyszło ukłucie bólu.


W niedzielę rano Barbara ustawiła na stole wszystkie prace. Cztery misy, kilkanaście płytek, dwa krzywe dzbanki i jeden zaskakująco równy kubek tworzyły małą wystawę weekendowych ambicji.

– Glina pamięta każdy nacisk – powiedziała, oglądając naczynia. – Czasami wada wychodzi dopiero w piecu. Coś wygląda stabilnie, a potem pęka dokładnie tam, gdzie ścianka od początku była zbyt cienka.

Alicja poczuła, że Nina na nią patrzy. Podniosła głowę, lecz przyjaciółka zajęła się podpisywaniem płytek. Filip stał przy oknie. Marek robił kawę i zachowywał się prawie naturalnie.

Prawie.

Na pasku jego zegarka widniała cienka kobaltowa smuga. Alicja wiedziała, że poprzedniego wieczoru tylko Nina używała tego koloru. Mogła zabrudzić blat, a Marek mógł oprzeć na nim rękę. Wyjaśnienie było rozsądne, lecz od tej chwili nie umiała już od niego odwrócić wzroku.

Nina miała dziś oba kolczyki. Brakujący odnalazł się rano w kieszeni fartucha Marka. Oddał go jej na schodach, kiedy sądził, że nikt nie widzi. Filip jednak zauważył krótki gest i sposób, w jaki ich palce się spotkały.

Przy śniadaniu rozmawiali o wszystkim poza sobotnim wieczorem. Barbara opowiadała o piecu, Nina o korkach na drodze, Marek o świetle nad Wisłą. Alicja przyglądała się ich twarzom i nagle zrozumiała, że prawdopodobnie nie tylko ona siedzi przy stole z tajemnicą.

To nie przyniosło ulgi. Jeżeli Marek zrobił to samo, jej wybór nie stawał się mniej bolesny ani bardziej usprawiedliwiony.

Przed wyjazdem Filip znalazł ją samą przy samochodzie.

– Nina wie – powiedział.

– Powiedziałeś jej?

– Nie. Ale patrzy na mnie tak, jakby wiedziała.

Alicja zerknęła na Marka zamykającego bagażnik Niny. Na jego mankiecie zobaczyła niebieski ślad.

– Może wie więcej, niż myślisz.

Filip podążył za jej spojrzeniem. Zrozumiał, ale niczego nie skomentował.

Pożegnali się zwyczajnie. Nina objęła Alicję o sekundę za długo.

– Zadzwonię wieczorem – szepnęła.

– Dobrze.

Droga do Warszawy zajęła prawie trzy godziny. Marek prowadził, Alicja patrzyła na przesuwające się pola. Radio grało cicho. Kilka razy zaczynała mówić i rezygnowała. Nie chciała wyznawać zdrady na stacji benzynowej ani między komunikatami nawigacji.

W mieszkaniu postawili torby w przedpokoju. Marek wyjął z pudełka niewypaloną misę Alicji i zaniósł ją do kuchni. Była jeszcze szara, krucha i podatna na każde uderzenie.

– Muszę ci coś powiedzieć – odezwali się jednocześnie.

Zapadła cisza.

Alicja usiadła przy stole. Marek został przy blacie, opierając się o niego dłońmi.

– Ty pierwsza – powiedział.

Opowiedziała bez szczegółów, które miałyby go zranić bardziej, niż było to konieczne. Powiedziała o Filipie, suszarni i własnej decyzji. Nie użyła słowa „stało się”. Nic samo się nie stało. Kiedy skończyła, Marek patrzył na niewypaloną misę.

– Z Niną – powiedział wreszcie. – Tego samego wieczoru.

Alicja zamknęła oczy. Podejrzenie stało się faktem, a fakt bolał bardziej.

– Wiedziałeś o mnie?

– Nie. A ty o mnie?

– Nie wtedy.

Marek usiadł naprzeciw niej. Przez kilka minut żadne się nie odzywało.

– To się przecież nie zeruje – powiedział w końcu. – Nie możemy po prostu uznać, że jesteśmy kwita.

– Nie chcę, żeby się zerowało. To, co zrobiłeś, nie zmienia mojej decyzji.

– I nie umiem dziś zdecydować, czy to koniec.

– Ja też nie – przyznała. – Ale chcę wreszcie porozmawiać.

Nie przytulili się. Było na to za wcześnie albo za późno. Ustalili tylko, że tej nocy Marek będzie spał w gabinecie, a rano oboje odwołają pierwsze spotkania i porozmawiają bez pośpiechu. Po raz pierwszy od wielu miesięcy wpisali wspólny czas do kalendarza.

Telefon Alicji zawibrował. Nina napisała jedno zdanie: „Filip już wie o Marku. Ja wiem o was. Musimy porozmawiać we czworo”.

Alicja pokazała wiadomość Markowi. Przeczytał ją dwa razy, odłożył telefon i dotknął brzegu misy. Pod jego palcem pojawiło się niewielkie wgniecenie.

– Barbara mówiła, że glina pamięta – powiedział.

– My też będziemy pamiętać.

Ostrożnie wygładziła ślad, choć oboje widzieli, że powierzchnia nie będzie już taka sama. Misa wciąż mogła przetrwać wypał. Mogła też pęknąć.

Tego jeszcze nie wiedzieli.
 

105
7/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 7/10 (1 głosy oddane)

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.