Glina pamięta

1 sierpnia 2026

30 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Dzisiaj coś nieco innego. „GLINA PAMIĘTA” napisałem kilka lat temu, dlatego sam jestem ciekaw, jak zostanie przyjęta. Przed publikacją wróciłem do tekstu i starałem się poprawić elementy, na które zwracaliście uwagę przy moich dwóch poprzednich opowiadaniach. Mam nadzieję, że zmiany wyszły mu na dobre.
Jak zawsze jestem otwarty na konstruktywną krytykę — Wasze uwagi naprawdę pomagają. Miłej lektury!

Alicja zgodziła się na warsztaty ceramiczne głównie dlatego, że Nina nie przyjmowała odmowy.

– Dwa dni bez laptopów, telefonów i rozmów o terminach – przekonywała. – Będziemy robić krzywe kubki i udawać, że właśnie o takie nam chodziło.

Po ośmiu latach przyjaźni wiedziała, jak ją podejść. Alicja miała trzydzieści trzy lata, pracowała jako architektka wnętrz i niemal każdy wolny weekend poświęcała projektom, których nie zdążyła skończyć w tygodniu. Marek, o rok starszy, przyznawał, że sam nie potrafi odpoczywać lepiej. Ostatnio nawet wspólna praca przy jednym stole nie oznaczała bliskości. Siedzieli naprzeciw siebie, każde za własnym ekranem, jak dwoje uprzejmych współlokatorów.

Do starego młyna pod Kazimierzem przyjechali w piątek przed zachodem słońca. Nina i Filip czekali na żwirowym podjeździe. Przyjaciółka ruszyła im naprzeciw, odgarniając z twarzy miedziane włosy. Jej narzeczony podszedł do samochodu i wyjął z bagażnika ciężką torbę.

– Wreszcie. Nina od godziny grozi, że zacznie bez was.

– Bo zaczęłabym. Tylko Barbara schowała glinę.

Alicja znała Filipa od pięciu lat. Prowadził niewielką restaurację, miał trzydzieści pięć lat i zwykle więcej słuchał, niż mówił. Podczas wspólnych kolacji chętnie dyskutował o jedzeniu; o pozostałych sprawach wiedziała niewiele.

Barbara mieszkała po drugiej stronie sadu. W dawnym młynie urządziła pokoje gościnne na piętrze, a na dole pracownię z kołami garncarskimi. Pokazała im szkliwiernię, suszarnię i salę demonstracyjną, po czym zatrzymała się przy piecu.

– Tego nie dotykacie beze mnie. Z resztą jakoś sobie poradzimy.

Rozdała płócienne fartuchy.

– W pracowni wszystko się brudzi. Jeżeli coś jest dla was zbyt cenne, zostawcie to na górze.

Filip podał Alicji ostatni fartuch. Kiedy próbowała zawiązać tasiemki z tyłu, jedna wyślizgnęła się z palców.

– Mogę?

Skinęła głową. Stanął za nią i zawiązał fartuch w talii. Zrobił to szybko, a jednak przez cienką bluzkę poczuła ciepło dłoni. Odwróciła się odrobinę za wcześnie. Przez moment stali bliżej, niż wymagała tego zwykła pomoc.

– Gotowe.

– Dzięki.

Marek fotografował rząd słoików ze szkliwami. Nie spojrzał w ich stronę.

Pierwszego wieczoru uczyli się ugniatać glinę i centrować ją na kole. Materiał stawiał opór, wymykał się spod dłoni, zapadał pod zbyt mocnym naciskiem. Alicja lubiła rzeczy, nad którymi można było zapanować dzięki proporcjom i pomiarom. Tutaj każdy milimetr zależał od wyczucia.

Pierwszy cylinder przechylił się i opadł jak mokry kapelusz.

– Za mocno. – Filip zerknął znad sąsiedniego koła. Miał już za sobą kilka takich warsztatów. – Puść trochę.

– Powiedział człowiek, który codziennie wydaje rozkazy w kuchni.

– W kuchni też najwięcej psuje się przez pośpiech.

Uśmiechnęła się. Kiedy uniosła głowę, nadal patrzył w tę stronę, choć naczynie przestało się obracać.


Kolację jedli na zadaszonym tarasie. Barbara przyniosła lemoniadę i koszyk chleba. Nikt nie spieszył się od stołu.

Nina opowiadała o autorze, który przez trzy tygodnie dyskutował z nią nad jednym zdaniem.

– I co z nim zrobiłaś? – zapytał Marek.

– Z autorem czy ze zdaniem?

– Najpierw wersja, którą możesz opowiedzieć przy jedzeniu.

Roześmiała się. Pracowała w redakcji od kilku lat, a w wieku trzydziestu jeden lat zdążyła już stracić złudzenie, że łatwiej dogadać się z kimś, kto zawodowo posługuje się słowami.

– Zdanie zostało. Wynegocjowałam przecinek.

– Pokażesz mi je kiedyś?

– Serio chcesz przeczytać?

– Po takim wstępie muszę.

Alicja zerknęła na partnera, kiedy odłożył aparat obok talerza. Dawniej tak właśnie słuchał: z pytaniem gotowym, zanim druga osoba zdążyła skończyć. Przypomniała sobie wieczór, kiedy do zamknięcia kawiarni rozmawiali o mieszkaniu, którego żadne z nich nie mogło kupić.

Filip odłamał kawałek chleba.

– Muszę zapytać Barbarę, skąd go bierze. U nas piekarz przychodzi o piątej. Czasem jadę wcześniej tylko po to, żeby trafić na pierwszy bochenek.

– Wstajesz przed piątą dla chleba?

– Dla piętnastu minut spokoju też.

– Rozumiem. Ja przychodzę wcześniej do biura, ale potem od razu otwieram pocztę.

– To kiedy masz ten spokój?

– W windzie.

Zaśmiał się, a ona po chwili razem z nim.

– Myślałeś kiedyś, żeby zamknąć restaurację na cały tydzień? – zapytała.

– Co roku myślę. Potem wpisuję w kalendarz trzy dni.

– A zostaje jeden?

– Znasz to?

Nie musiała odpowiadać. Rozmowa zeszła na pierwszy projekt, który przyjęła bez zastanowienia, i na kartę dań, którą układał przez miesiąc, żeby po tygodniu wyrzucić z niej połowę potraw. Dopytywał o drobiazgi. Kiedy urwała opowieść, przekonana, że zanudza go pracą, poprosił, żeby skończyła.

Zrobiło się chłodniej. Marek zauważył, że pociera przedramiona, i przyniósł z samochodu sweter. Podziękowała. Pamiętał o takich rzeczach; czasem tym trudniej było wyjaśnić, czego jej brakuje.

Gdy wstała po dzbanek, Filip odsunął krzesło, robiąc przejście. Zatrzymał wzrok na wysokiej sylwetce, lnianej spódnicy, wyraźnie zaznaczonej talii. Umiała ubrać się tak, by podkreślić długie nogi i pełny biust, lecz od dawna nie czuła z tego podobnej przyjemności.

Wracając, usiadła obok niego.

– Nie skończyłeś opowiadać o tej karcie dań.

Przesunął talerz, żeby zrobić miejsce na dzbanek, i podjął opowieść dokładnie tam, gdzie ją przerwali.


W sobotę Alicja zeszła do pracowni w ciemnozielonej kopertowej sukience. Miękki materiał sięgał nieco ponad kolana i dobrze układał się pod fartuchem. Pod spodem miała grafitową koronkową bieliznę, kupioną kilka miesięcy wcześniej i dotąd prawie nienoszoną. Nie założyła jej dla Filipa – przynajmniej tak powiedziała sobie przed lustrem. Chciała odpocząć od ubrań, które wybierała wyłącznie dlatego, że nadawały się na budowę.

Barbara ustawiła ich parami. Nina i Marek mieli opisać i przygotować do szkliwienia wcześniej wypalone płytki. Alicja usiadła przy kole z Filipem.

– Dzisiaj żadnych zapadniętych kapeluszy.

– To zacznijmy od mniejszej porcji.

– Już obniżasz mi poprzeczkę?

– Na razie wysokość miski.

Usiadł za nią na szerokiej ławie i dotknął nadgarstków. Pokazał, jak naciskać kciukami, podpierając ścianki naczynia od zewnątrz.

Koło obracało się równomiernie. Mokra glina przesuwała się pod ich palcami, gładka i chłodna. Czuła oddech przy skroni. Gdy ścianka zaczynała drżeć, korygował ułożenie dłoni. Mogła odsunąć się po pierwszej udanej próbie.

– Teraz sama.

– Jeszcze jeden obrót.

Znieruchomiał. Dopiero po chwili cofnął ręce i przesunął się na drugi koniec ławy.

Przed wstaniem podwinęła mokry brzeg fartucha, żeby nie przykleił się do nóg. Zakładka sukienki zaczepiła o kant siedziska i rozchyliła się wysoko na udzie. Mignął wąski pas grafitowej koronki przy biodrze. Poprawiła materiał dopiero wtedy, gdy zdążył tam spojrzeć.

Przed południem Nina i Marek przenieśli płytki do szkliwierni. Ich śmiech dobiegał czasem zza zamkniętych drzwi. Alicja wróciła do misy. Filip oczyszczał narzędzia przy sąsiednim stanowisku; słyszała, jak odkłada jedno po drugim.

Przy umywalce próbowała odsunąć włosy nadgarstkiem i zostawiła na policzku jasny ślad gliny.

– Poczekaj.

Starł plamę zwilżoną ściereczką. Cofnął materiał, lecz przez moment nie zabierał dłoni z policzka. Oparła biodro o kamienny zlew i spojrzała mu w usta.

Z korytarza dobiegł głos Barbary. Odsunęli się równocześnie.

– Przerwa na obiad. Potem pokażę wam, jak odkładać prace do suszenia. Wieczorem możecie ćwiczyć sami, ale piec zostawiacie w spokoju.

Przy stole Alicja siedziała naprzeciw Marka. Opowiadał o serii zdjęć, którą chciał zrobić jesienią. Zapytał, czy pojechałaby z nim choć na dwa dni, a ona odruchowo zaczęła wyliczać terminy oddania projektów.

– Jeszcze nawet nie powiedziałem kiedy.

Urwała. Miał rację.

– Wiem. Przepraszam.

Wrócił do opowieści. Słuchała, obracając łyżkę w palcach, i próbowała przypomnieć sobie, kiedy ostatnio odpowiedziała mu od razu: tak, chętnie. Potem podniosła wzrok i zobaczyła Filipa. Resztę obiadu pilnowała, żeby więcej na niego nie patrzeć.

Po południu Barbara pokazała im suszarnię i sposób oznaczania naczyń. Każda praca miała schnąć na osobnej desce. Oglądali też próbki szkliw, a potem wrócili do stanowisk. Przed osiemnastą gospodyni przyniosła ostatnie pędzle, przypomniała, gdzie zostawiła jedzenie na kolację, i poszła do domu po drugiej stronie sadu.

Nina chciała dokończyć próby z kobaltowym szkliwem. Marek obiecał zrobić zdjęcia, zanim zniknie dzienne światło. Zostali w bocznym pomieszczeniu, podczas gdy Alicja z Filipem kończyli misy.

Deszcz uderzył o wysokie okna. Zdjęła fartuch, bo wilgotne płótno kleiło się do sukienki, i zawiesiła go na haku. Filip przestał wycierać koło.

– Znowu mam coś na twarzy?

– Nie.

– To dlaczego tak patrzysz?

– Wiesz dlaczego.

Wytrzymała to spojrzenie, po czym odwróciła się do półki.


Około dziewiętnastej Alicja zaczęła przenosić misy do suszarni. Zaniosła dwie, każdą na osobnej desce. Było tam cieplej niż w głównej sali. Półki zajmowały trzy ściany, a pod oknem stał długi stół przykryty czystym płótnem. W rogu znajdowała się niewielka sofa, na której Barbara zapewne odpoczywała podczas nocnych wypałów.

Filip wszedł z ostatnią misą. Odstawił ją wraz z deską na półkę i zatrzymał się przy drzwiach.

– Nie idź jeszcze – odezwała się Alicja.

Sięgnął do klamki, ale zaczekał.

– Zostań. I zamknij.

Patrzył przez kilka sekund, zanim opuścił wzrok.

– A jutro?

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co będzie jutro.

Drzwi zamknęły się cicho. Kiedy przekręcił klucz, nadal stała przy stole.

Podeszła pierwsza i dotknęła koszuli w miejscu, gdzie widniał drobny ślad gliny. Objął ją w talii. Przez chwilę patrzyła na znajomą twarz, którą tyle razy widziała po drugiej stronie stołu, a potem pocałowała go. Odpowiedział natychmiast, przyciągając bliżej.

Zderzyli się nosami. Zaśmiała się cicho, on też, i spróbowali ponownie. Tym razem zwolnili. Przesunął dłonią po plecach aż na kark. Alicja zamknęła oczy; zniknęła ochota, żeby jakoś skomentować własną niezręczność.

Zapach mokrej gliny mieszał się z wonią deszczu. Oparła się o stół. Chciał dotknąć jej twarzy, ale spojrzał na zaschnięte smugi na palcach i cofnął rękę.

– Najpierw je umyję.

– Dobrze. Nie spiesz się.

Obmył ręce w niewielkim zlewie w kącie. Obserwowała, jak woda zabiera szary osad, odsłaniając skórę i krótkie paznokcie. Znała te dłonie przy kieliszku, przy kierownicy, przy podawaniu chleba. Teraz czekała, aż osuszy je płóciennym ręcznikiem i wróci. Objął ją w talii i pocałował.

Powiódł dłońmi wyżej, wzdłuż boków. Rozwiązała pasek sukienki. Materiał rozsunął się, odsłaniając grafitową koronkę stanika i jasną skórę brzucha.

Przerwał pocałunek, żeby na nią spojrzeć.

– Nie mów, że nie tego się spodziewałeś – szepnęła.

– Spodziewałem się. To nie znaczy, że byłem przygotowany.

Opuściła wzrok, zaskoczona, że tak zwyczajna odpowiedź potrafi ją zawstydzić. Pozwoliła sukience zsunąć się z ramion i opaść na podłogę. Pocałował skórę przy obojczyku, potem linię ramienia. Gdy zatrzymał dłoń na koronce, ujęła go za nadgarstek i poprowadziła dalej.

Przyciągnęła go kolanem. Przystanął, wyczuwając zmianę oddechu, i wrócił do dotyku, na który zareagowała. Rano potrzebowała wskazówek, żeby utrzymać glinę w dłoniach. Teraz to on czekał, aż pokaże, czego chce.

Cofnął się o pół kroku i odgarnął płótno na skraj stołu pod oknem. Ujął ją w talii i posadził na odsłoniętym blacie. Drewno było chłodne pod udami. Wyciągnęła do niego rękę.

Rozsunął jej kolana i stanął między nimi.

– Nie każ mi teraz czekać. – Ujęła dłoń spoczywającą na udzie i rozsunęła kolana odrobinę szerzej.

– Już.

Zsunął grafitowe figi po udach i przez kolana, po czym odłożył je na płótno. Starannie złożył bieliznę, co było tak absurdalnie w jego stylu, że się roześmiała. Śmiech urwał się, kiedy ukląkł.

Zaczął od wewnętrznej strony kolana. Przesuwał się wyżej, a Alicja coraz mocniej zaciskała palce na krawędzi stołu. Gdy usta dotarły tam, gdzie pragnęła je poczuć, wygięła plecy.

Miał szerokie dłonie, wysuszone od pracy i gliny. Obejmował nimi biodra, przyciągając ją do siebie, ilekroć odruchowo się cofała. Oddech przyspieszał, lecz on nie zmieniał tempa. W końcu przestała słyszeć deszcz.

Raz uniósł głowę i spojrzał na nią z dołu.

– Nie zatrzymuj się.

Nie zatrzymał się. Wsunął w nią dwa palce, zagiął je i odnalazł miejsce, którego Marek nie szukał od miesięcy. Chwilę później Alicja doszła na tym stole – mocno, zaciskając kolana na jego barkach, z jedną dłonią we włosach, a drugą na płótnie.

Oparł policzek o wewnętrzną stronę jej uda i pozostał tak, aż drżenie osłabło.

Dopiero potem przenieśli się na sofę.

Rozpięła mu koszulę. Przesunęła dłońmi po klatce piersiowej i plecach, sprawdzając to, czego dotąd mogła się tylko domyślać. Pocałował ją ponownie, wolniej. Czuła na jego ustach własny smak i podobało jej się to bardziej, niż była gotowa przyznać. Pieścił piersi najpierw przez koronkę, później pod nią, aż znów przestała kontrolować oddech i oparła czoło o jego ramię.

– Popatrz na mnie – poprosił cicho.

Podniosła głowę. Filip patrzył uważnie, poważniejszy niż przed chwilą. Przypomniała sobie, że przecież znają się od lat; jutro nie będą mogli uznać się za obcych. Nie odwróciła wzroku.

Po chwili wstała z sofy i podeszła do zlewu.

Patrzył, jak odkręca wodę i myje ręce – powoli, dokładnie, czyszcząc kciukiem miejsca pod paznokciami, tak jak on wcześniej. Szary osad spływał do odpływu cienką strużką.

– Uczę się od ciebie. – Wytarła dłonie w płócienny ręcznik.

– Zauważyłem.

Wróciła i uklękła przed nim na deskach.

Wciągnął powietrze. Bez pośpiechu i bez najmniejszego zawstydzenia rozpięła mu pasek i spodnie, po czym zsunęła bieliznę. Przez moment tylko trzymała go w czystych, jeszcze wilgotnych dłoniach i patrzyła mu w twarz.

Chciała zobaczyć, jak opuszcza go spokój. Przez cały dzień wiedział, gdzie położyć dłonie i kiedy je cofnąć. Teraz czekał na najmniejszy ruch, a ona pozwalała sobie zwlekać.

Wzięła go do ust powoli.

Oparł dłoń o krawędź sofy, drugą uniósł ku jej włosom i zawahał się. Chwyciła go za nadgarstek i przyciągnęła dłoń do włosów. Palce wsunęły się między pasma, ale nie narzuciły tempa. Zwalniała, przyjmowała go głębiej i nieruchomiała, gdy pod dłonią napinał się brzuch.

Deszcz bębnił o wysokie okna. Gdzieś w głębi młyna skrzypnęły drzwi. Znieruchomieli i zaczęli nasłuchiwać, lecz odgłos się nie powtórzył.

Oddech stawał się coraz bardziej urywany. Odsunęła się, zanim skończył, i przesunęła kciukiem po dolnej wardze.

Patrzył na nią, oddychając ciężko, z rozpiętą koszulą i śladem gliny wciąż na mankiecie.

– Powiedz coś – poprosiła.

– Nie mam nic mądrego.

– To dobrze.

Sięgnął do portfela w kieszeni spodni. Na widok opakowania prezerwatywy skinęła głową. Zaczekała, aż ją założy, trzymając dłoń na jego udzie.

Uniosła się z kolan i usiadła mu na udach. Objęła go nogami i pocałowała. Naprowadziła go jedną ręką, po czym opuszczała się powoli, żeby poczuć każdy centymetr z osobna. Kiedy wreszcie się połączyli, przytrzymał ją mocno w talii. Na chwilę znieruchomieli, oszołomieni przekroczeniem granicy, która jeszcze rano wydawała się nienaruszalna.

– Nie ruszaj się.

Pozostał bez ruchu. Czuła pod dłońmi napięcie mięśni i wiedziała, ile kosztuje go to czekanie. Nie odsuwał się ani nie przynaglał; mogła złapać oddech.

Zaczęła się poruszać, początkowo ostrożnie, później pewniej. Odpowiadał ruchem bioder i podtrzymywał w talii. Przestała zastanawiać się, jak wygląda. Wystarczało to, że za każdym razem, kiedy unosiła głowę, zastawała spojrzenie Filipa.

Koronkowy stanik pozostał na niej jeszcze przez jakiś czas, przekrzywiony i bardziej zmysłowy niż pełna nagość. W końcu sama go odpięła i odrzuciła obok sukienki. Pochylił głowę i objął ustami jej pierś, a ona przestała odmierzać tempo. Unosiła biodra i opuszczała je coraz śmielej, aż sofa zaczęła cicho skrzypieć w rytmie deszczu.

Dawno nie doszła w ten sposób – wyprostowana nad nim, z dłońmi opartymi na jego piersi i głową odrzuconą tak, że widziała odwrócony rząd naczyń na najwyższej półce. Trzymał ją za biodra i ani trochę nie przyspieszył, dopóki jej ciało się nie uspokoiło.

– Nie kończ jeszcze – poprosiła, gdy odzyskała głos.

– Nie mam takiego zamiaru.

Zsunęła się z niego i wstała. Nogi miała miękkie, więc musiała przytrzymać się oparcia. Roześmiała się, lecz śmiech ucichł, kiedy stanął za nią.

Podeszła do długiego stołu, na którym obok odsuniętego płótna leżały figi, i oparła przedramiona o chłodny blat. Rozstawiła stopy szerzej.

Położył dłoń płasko na krzyżu i zaczekał. Cofnęła biodra, zmniejszając dzielącą ich odległość.

Wszedł w nią od tyłu powoli i przy pierwszym pełnym ruchu wydała dźwięk, którego nie zdążyła stłumić. W tej pozycji sięgał głębiej; przez kilka oddechów mogła tylko stać z czołem przyciśniętym do przedramienia i czekać, aż ciało przywyknie.

Zaczekał, aż cofnie biodra. Dopiero wtedy podjął ruch, równy i oszczędny. Przywykła do niego stopniowo; coraz rzadziej musiała zatrzymywać oddech.

Wiatr szarpnął niedomkniętą okiennicą. Znała już ten odgłos i nie podniosła głowy. Filip pochylił się nad plecami, pocałował między łopatkami i wrócił do poprzedniego tempa.

Trzymał ją za biodro, a wolną dłonią przesunął po brzuchu. Przykryła ją własną i skierowała niżej, tam, gdzie potrzebowała dotyku.

Rytm stał się mocniejszy. Nogi stołu zaskrzypiały na deskach, lecz przestali się tym przejmować. Słyszała samą siebie i nie poznawała tego głosu – przez ostatni rok przy nikim nie wydawała takich dźwięków, nawet przy człowieku, z którym mieszkała.

Kiedy poczuła, że ponownie jest blisko, wyprostowała się, nie przerywając ruchu, i oparła plecami o jego klatkę piersiową. Objął ją w pasie i nie zmienił rytmu, bo już wiedział, czego potrzebuje.

Doszła na stojąco, wygięta w jego ramionach. Jedną dłonią ściskała obejmujące ją przedramię, drugą sięgała do jego karku. Trwało to długo i zostawiło ją bez sił.

Wysunął się ostrożnie i przeniósł ją na sofę, kiedy przestała się trzymać na nogach.

Położył ją na plecach. Przyciągnęła go nogami i przyjęła ponownie, nie mając siły prowadzić tak jak przedtem. Przejął inicjatywę. Tempo rosło stopniowo, dostosowane do reakcji Alicji. Całował ją w szyję i pierś, a ona zaciskała palce na jego ramionach, czując, jak na chwilę znika wszystko poza ciepłem, ciężarem i bliskością.

Uniosła kolano wyżej, na jego biodro, i kąt zmienił się na tyle, że jednocześnie wciągnęli powietrze.

– Chcę cię widzieć – poprosiła.

Popatrzył i nie odwracał wzroku, nawet gdy rytm zaczął się rozsypywać. Objęła go nogami mocniej, zatrzymując przy sobie.

Kiedy znów była blisko, nagle ucichła. Zwolnił, wyczuwając napięcie ud, pogłębił każdy ruch i utrzymał tempo, aż przestała widzieć półki, stół i światło za oknem. Przycisnęła twarz do szyi Filipa. Krótki okrzyk zgasł na skórze, a drżenie długo nie chciało ustąpić.

Wkrótce doszedł i został przy niej, oddychając ciężko. Gdy się uspokoił, wysunął się i położył obok na wąskiej sofie. Patrzyła w sufit, czując chłód na wilgotnej skórze.

Spodziewała się, że natychmiast przyjdzie wstyd. Tymczasem leżała spokojnie, oparta o Filipa, i nie chciała jeszcze wstawać. Pamiętała piątkową kolację, wybór miejsca obok niego, sobotni poranek przed lustrem. Żadna z tych chwil nie była teraz mniej wyraźna.

Dotknął jej dłoni.

– Nina niczego się nie domyśla.

– Marek też nie.

Nie zabrzmiało to jak zwycięstwo.

Ubrali się w ciszy. Starannie poprawiła koronkowy stanik i zawiązała sukienkę. Przed wyjściem starł kciukiem ostatnią smugę gliny z jej łokcia.

– Jutro – przypomniał.

– Wiem.

Wyszła pierwsza. Na korytarzu było pusto, ale z głębi budynku dobiegł cichy stuk odkładanego słoika. Uznała, że Nina i Marek wciąż pracują przy szkliwach.


Tego samego dnia, kilka godzin wcześniej, Nina wróciła po obiedzie do pokoju. Zabrudzoną koszulkę zamieniła na kremową bluzkę z miękkiej tkaniny. Nie założyła stanika. Tłumaczyła to sobie upałem w szkliwierni, choć od strony sadu ciągnęło chłodem. Miedziane kolczyki zostawiła te same. Przed lustrem rozpięła drugi guzik i pomyślała o Marku.

Przy obiedzie rozśmieszył ją opowieścią o zleceniu, podczas którego przez godzinę fotografował cudzy ogród. Pomylił furtki. Zanim odkrył błąd, właściciel zdążył poczęstować go kawą i przestawić trzy donice.

– I nie zapytał, co robisz?

– Zapytał, czy dobrze wychodzi.

Teraz, zdejmując koszulkę z oparcia krzesła, znów się uśmiechnęła. Chciała wrócić na dół, zanim zajmie się czymś innym.

Filip ostatnio rzadko opowiadał o restauracji z podobną lekkością. Po pracy rozmawiali głównie o zakupach i terminach. Kiedy próbowała ustalić datę ślubu albo urlopu, zawsze czegoś jeszcze brakowało: zastępstwa, pieniędzy, spokojniejszego miesiąca. W końcu przestała wyciągać kalendarz. Tym bardziej zapamiętała, że Marek poprzedniego wieczoru poprosił o przeczytanie zdania, nad którym spędziła trzy tygodnie.

Na dole zawiązała fartuch. W szkliwierni ustawili płytki w dwóch rzędach. Marek fotografował oznaczenia, a ona zapisywała numery mieszanek. Co jakiś czas wychodzili do głównej sali po instrukcje Barbary. W drodze powrotnej przystawali przy aparacie, oglądali nieudane zdjęcia i próbowali ustalić, który z krzywych dzbanków dałoby się sprzedać jako świadomy projekt.

– Twojego nie ruszaj – powiedział. – Ma charakter.

– I dziurę w dnie.

– To tę dziurę jednak zalep.

Kiedy skończyli nakładać szkliwo, Nina umyła ręce w zmywalni i odwiesiła fartuch przy drzwiach. Zostały zdjęcia i opisy. Pochyliła się nad stołem; luźna bluzka odsunęła się od ciała, odsłaniając na moment fragment nagiej piersi. Marek przerwał w połowie zdania. Wyprostowała się, lecz nie zapięła guzika.

– Zdjęcie nie wyszło?

– Nie zrobiłem go.

Wskazała płytkę.

– Ta jeszcze nie ma numeru.

Przyniósł aparat bliżej. Patrzyła na ekran, czując, że trudniej jej skupić się na niewielkich różnicach między odcieniami. Kiedy przewinął zdjęcia za daleko, zobaczyła siebie przy piątkowej kolacji, roześmianą nad talerzem.

– Kiedy to zrobiłeś?

– Przy historii o przecinku. Zostawić?

– Pokaż jeszcze raz.

Powiększył zdjęcie. Zwykle na widok obiektywu odruchowo prostowała plecy i przybierała uprzejmy wyraz twarzy. Tutaj nie zdążyła.

– Śmieję się okropnie.

– Byłaś wtedy zadowolona.

– Byłam.

Podał aparat, żeby mogła obejrzeć resztę. Na jednym ze zdjęć Alicja patrzyła w stronę tarasu. Nina zatrzymała się przy nim dłużej.

– To jest dobre.

– Jeszcze jej nie pokazywałem.

Oddała aparat. Po raz pierwszy tego popołudnia zabrakło jej lekkiej odpowiedzi.

Przed osiemnastą Barbara przyniosła dodatkowe pędzle i zajrzała do przygotowanych próbek. Została kilka minut, przypominając o porządkowaniu stanowisk. Nina poprawiła dwa opisy, Marek sfotografował ostatni rząd. Gdy gospodyni wyszła do sadu, zaczęli chować narzędzia.

– Mamy wszystko? – zapytał.

Sprawdziła listę, chociaż znała odpowiedź.

– Wszystko.

Powinien był zabrać aparat i wrócić do głównej sali. Zamiast tego odłożył go na stół, obiektywem do ściany.

– Prześlesz mi tamto zdjęcie? – odezwała się.

– Jasne.

– Tylko mnie.

Skinął głową. Przez otwarte drzwi widziała kawałek koła garncarskiego i plecy Filipa. Pochylał się nad pracą Alicji. Odwróciła wzrok, zanim którekolwiek z nich spojrzało w tę stronę.

Marek wsunął aparat do pokrowca. Dopiero teraz Nina zorientowała się, że od kilku minut robią wszystko znacznie wolniej, niż było trzeba.

– Nie musisz tak dokładnie zwijać paska.

Zostawił go w połowie złożonego.

– Nie muszę.

Zaczęło padać. Poszła do regału odstawić ostatnią płytkę i usłyszała, że podszedł za nią. Gdy się odwróciła, stał na tyle blisko, że nie dało się już wrócić do rozmowy o zdjęciach.

– Chcesz, żebym został?

– Tak. Podejdź bliżej.

Pocałował ją przy regale ze szkliwami. Objęła go za szyję i odpowiedziała bez wahania. Smakował kawą. Dłonie zatrzymał na talii, a potem przesunął po plecach, nie natrafiając pod cienką bluzką na zapięcie ani ramiączka.

– Specjalnie? – zapytał tuż przy ustach.

– Tak.

Rozpiął następny guzik. Wysunęła bluzkę ze spódnicy, obserwując, jak zmienia mu się oddech. Podobało jej się, że nie ukrywa zachwytu.

Przenieśli się do pustej sali demonstracyjnej po drugiej stronie korytarza. Po drodze zabrała fartuch wiszący przy wyjściu ze szkliwierni i przewiesiła go przez krzesło. W środku znajdowała się niska drewniana platforma z grubym materacem, używanym podczas zajęć z rzeźby. Marek zamknął drzwi. Podeszła do okna, zasunęła płócienną roletę i odwróciła się do niego.

Ściągnęła bluzkę i położyła ją na krześle. Zbliżył się wolno. Dotknął nagich ramion Niny, a potem przesunął dłonie ku piersiom. Przymknęła oczy, kiedy pocałował ją pod uchem, ale zaraz je otworzyła. Chciała widzieć jego twarz.

Kiedy rozpięła mu pasek, odsunął się o pół kroku. Wsunęła palce pod koszulę i przyciągnęła go ponownie. Ubrania znikały po kolei: koszula, spódnica, spodnie i bokserki. Została w czarnych figach i cienkich pończochach, które założyła rano pod spódnicę bardziej dla własnej przyjemności niż dla kogokolwiek.

Usiadła na brzegu platformy i przywołała go ruchem dłoni.

– Podejdź.

Stanął przed nią. Uklękła na materacu, zatrzymując dłoń na jego udzie. Patrzyła mu w twarz, dopóki nie opuścił wzroku. Tego popołudnia to on wybierał zdjęcia i pokazywał, jak ją widzi. Teraz czekał, niepewny następnego gestu.

Zaczęła od pocałunków na brzuchu i wewnętrznej stronie uda. Dopiero potem objęła go ustami. Oparł obie dłonie o regał za sobą; oddech natychmiast stracił równy rytm. Nie odrywała wzroku od twarzy, obserwując, jak znika z niej opanowanie.

Utrzymywała wybrane tempo, aż palce zacisnęły się na krawędzi regału. Przerwała, słysząc urywany oddech. Pocałowała wewnętrzną stronę uda i usiadła z powrotem na skraju materaca.

– Jeszcze nie.

Marek ukląkł. Pocałował ją w udo tuż nad krawędzią pończochy, a ona oparła dłoń na jego włosach. Kierowała delikatnym naciskiem i ruchem bioder. Przesuwał pocałunki coraz wyżej, przytrzymując ją na brzegu platformy.

Zsunął czarne figi i zostawił je zaczepione na jednej kostce. Koronka dotykała skóry przy każdym poruszeniu; ten niedokończony gest dodatkowo ją podniecał. Wsunął ramiona pod uda i przyciągnął Ninę bliżej. Odchyliła się na dłoniach.

Zaczął szeroko i wolno, całą płaszczyzną języka. Przy pierwszym ruchu zagryzła wargę; przy drugim przestała próbować zachować ciszę. Odnalazł rytm, na który reagowała najmocniej, i się go trzymał.

Pończochy przesuwały się po ramionach, gdy obejmowała go nogami. Zacisnęła palce we włosach, szukając oparcia.

Raz wymówiła imię Marka za głośno. Zamarł, a ona zaczęła nasłuchiwać. Z korytarza dobiegło tylko skrzypnięcie. Czekali, aż stary młyn znów ucichnie.

– Dalej.

Do pieszczoty dołączył dwa palce i zgiął je, nie odrywając ust. Napięcie rosło, aż straciła z oczu regały i światło sączące się spod rolety. Orgazm wygiął ją na platformie, z jedną piętą wspartą o plecy Marka i drugą nogą zsuwającą się bezwładnie z ramienia. W końcu odsunęła go dłonią, bo każdy kolejny dotyk był zbyt intensywny.

Pocałował drżące udo i spojrzał w górę. Opuściła nogi, a kiedy odzyskała siły, wstała i podeszła do krzesła.

Sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła opakowanie prezerwatywy. Schowała je tam po obiedzie, zanim wróciła do pracy. Podała mu je bez słowa. Kiedy zakładał prezerwatywę, podeszła do okna i podciągnęła roletę. Za szybą było już ciemno. Okno wychodziło na tył młyna, niewidoczny z domu Barbary i ze ścieżki przez sad.

Odwróciła się do niego plecami, oparła dłonie o pobielony mur między oknem a regałem i spojrzała przez ramię.

Stanął za nią. Czarne figi nadal tkwiły na jednej kostce. Wszedł w nią, przytrzymując ją za biodro; wydała niski dźwięk i przycisnęła czoło do chłodnego tynku.

Głębia ruchu ją zaskoczyła. Rozstawiła stopy szerzej i znieruchomiała, oswajając nowe napięcie.

– Powoli.

Zwolnił natychmiast. Kiedy sama zaczęła poruszać biodrami, podążył za nią.

Tynk był zimny pod dłońmi, wilgotniał przy twarzy od oddechu. Pończochy zsuwały się przy każdym ruchu. Za oknem szumiał deszcz. Gdzieś w tym samym budynku Filip, jak sądziła, nadal uczył Alicję toczyć misę. Zamknęła oczy, próbując odsunąć ten obraz.

Przylgnął do jej pleców, odsunął rude włosy i pocałował ją w kark.

– Popatrz – szepnął.

Otworzyła oczy. W ciemnej szybie widziała ich oboje: siebie pochyloną, dłonie obejmujące talię, twarz z rozchylonymi ustami. Przez chwilę trudno było rozpoznać własne odbicie.

Nie odwróciła wzroku.

Po południu oglądała zdjęcie z kolacji, zdziwiona uchwyconym na nim wyrazem twarzy. Teraz rozpoznawała podobne zdumienie. Marek codziennie fotografował ludzi; potrafił czekać, aż przestaną pozować. Tutaj jednak sam znalazł się w obrazie, a Nina mogła patrzeć bez pytania o następne zdjęcie.

– Nie zamykaj oczu. – Nie odrywała wzroku od szyby.

Spojrzał na nią w szybie.

Przyspieszył. Przy każdym mocniejszym ruchu musiała na nowo szukać oparcia dłońmi na tynku. Jedna pończocha zsunęła się do kolana. Miedziane kosmyki przykleiły się do skroni.

Sięgnęła za siebie, znalazła biodro i przyciągnęła go mocniej.

Tym razem orgazm przyszedł szybciej i był zupełnie inny – krótszy, ostrzejszy, skupiony w jednym miejscu. Wypchnęła powietrze przez zaciśnięte zęby, przycisnęła czoło do muru i zacisnęła się na nim tak, że stracił rytm i musiał się zatrzymać.

Nie ruszali się, próbując odzyskać oddech – on wciąż w niej, ona z twarzą przy zimnym tynku.

– Chodź.

Wysunął się ostrożnie. Nina zdjęła figi z kostki i podciągnęła pończochę.

Zaprowadziła go z powrotem na platformę. Posadziła na skraju materaca, plecami do okna, i usiadła okrakiem na udach. Ponad ramieniem widziała ciemną szybę i ich odbicie.

Opuściła się powoli, wpatrzona w szybę.

– Co widzisz? – zapytał tuż przy szyi.

– Siebie.

Zaczęła poruszać się miarowo. Objął piersi od dołu i pocałował jedną z nich, a ona nie oderwała wzroku od szyby. Widziała twarz, unoszące się biodra, rozsypane włosy i dłonie Marka. Od dawna żaden obraz samej siebie nie podobał jej się równie mocno.

Przypomniała sobie, ile razy przy Filipie poprawiała ubranie, czekając na spojrzenie znad telefonu. Nie podejrzewała go o zdradę. Po prostu przez ostatnie dwa lata coraz rzadziej czuła, że zwraca na nią uwagę. Tutaj nie musiała sprawdzać, czy jest zauważana.

Poruszała się coraz mocniej. Platforma odpowiadała skrzypieniem. Filip zapewne nadal pracował z Alicją po drugiej stronie korytarza. Myśl wróciła, lecz tym razem nie przerwała tego, co robiła.

Gdy usłyszała przyspieszający oddech, oparła dłoń na jego piersi, powstrzymując ruch.

– Jeszcze chwilę.

Posłuchał. Zaczekała nieruchomo, aż oddech trochę się uspokoi. Dopiero wtedy zaczęła od nowa, wolniej. W szybie nadal widziała ich oboje.

Przerwała ruch i pocałowała go, czując na jego ustach własne ciepło. Następnie uklękła na materacu i pociągnęła go za sobą. Ułożył ją na plecach. Początkowo patrzyli na siebie z powagą. Uniosła biodra i ponownie go przyjęła.

Podparł się na przedramionach, uważając, by nie przygnieść jej ciężarem. Gładziła go po plecach, potem przyciągnęła mocniej. Podniósł głowę, szukając spojrzenia, a ona nie uciekła już do odbicia w oknie. Za godzinę mieli wrócić do swoich partnerów. Nie chciała myśleć, jak na siebie wtedy popatrzą.

Tempo przyspieszało. Materac przesuwał się po drewnie. Stłumiła jęk w ramieniu Marka, a on zwolnił, wyczuwając zmianę oddechu. Przesunął dłoń pomiędzy ich ciałami i pieścił ją w takt pchnięć. Zacisnęła palce na jego plecach. Oddech rwał się, aż całe ciało wygięło się pod falą rozkoszy.

Zaczekał, aż odzyska siły. Usiadła na nim, a rozpuszczone rude włosy opadły na ramiona. Poruszała się swobodnie, patrząc już wyłącznie w twarz Marka. Nie szukała odbicia w szybie.

Kiedy był blisko, przyciągnął ją do siebie. Oparła czoło o jego czoło i utrzymała rytm, aż doszedł. Zostali przez moment spleceni, nieruchomi.

Potem położyła się obok. Czuła na skórze chłód i ciężar decyzji.

– Alicja ci ufa.

Zamknął oczy.

– Wiem. Tak samo jak Filip tobie.

– Właśnie dlatego nie potrafię się z tego cieszyć.

– Ja też nie.

Marek odwrócił głowę. Nie dodała nic więcej.

Ubierając się, nie znalazła jednego miedzianego kolczyka. Pomógł jej przeszukać materac i podłogę, ale bez rezultatu.

– Poszukam rano. Teraz powinniśmy wyjść osobno.

Wrócił do szkliwierni. Odczekała kilka minut. Gdy otworzyła drzwi, usłyszała szczęk zamka w suszarni na końcu korytarza. Zobaczyła Alicję wychodzącą w zielonej sukience. Przyjaciółka poprawiała włosy, a chwilę później pojawił się Filip.

Cofnęła się w cień sali demonstracyjnej.

Nie potrzebowała wyjaśnienia. Wystarczyło spojrzenie, którym Filip odprowadził Alicję.

Pierwszym uczuciem nie była zazdrość, lecz ulga – tak gwałtowna, że aż zawstydzająca. Dopiero później przyszło ukłucie bólu.


W niedzielę rano Barbara ustawiła na stole wszystkie prace. Cztery misy, kilkanaście płytek, dwa krzywe dzbanki i jeden zaskakująco równy kubek tworzyły małą wystawę weekendowych ambicji.

Gospodyni oglądała naczynia, obracając deski, na których schły.

– Glina pamięta każdy nacisk. Czasami wada wychodzi dopiero w piecu. Coś wygląda stabilnie, a potem pęka tam, gdzie ścianka od początku miała nierówną grubość.

Alicja podniosła głowę i spotkała wzrok Niny. Przyjaciółka zajęła się podpisywaniem płytek. Filip stał przy oknie. Marek robił kawę; zapytał o mleko i nie zaczekał na odpowiedź, zanim sięgnął do lodówki.

Na pasku zegarka miał cienką kobaltową smugę. Oczywiście, że mógł się zabrudzić: od sobotniego poranka pracował z Niną przy szkliwach. Alicja o tym wiedziała, a jednak śledziła wzrokiem tę plamkę, kiedy podawał filiżanki. Próbowała sobie przypomnieć, czy wieczorem sam wspomniał, czym się zajmowali, czy tylko przytaknął, gdy go o to zapytała. Nie pamiętała. Wtedy pilnowała własnych słów.

Nina miała znów oba kolczyki. Marek znalazł brakujący rano pod regałem w szkliwierni i oddał go na schodach. Filip zauważył, jak narzeczona nadstawia dłoń. Poczekała, aż drobiazg spocznie na skórze, i zamknęła palce dopiero wtedy, gdy Marek cofnął rękę.

Przy śniadaniu rozmawiali o wszystkim poza sobotnim wieczorem. Barbara opowiadała o piecu, Nina o korkach na drodze. Marek wspomniał o świetle nad Wisłą i na chwilę wrócił do pomysłu jesiennego wyjazdu. Alicja odpowiedziała z opóźnieniem.

Patrzyła na twarze przy stole. Nie wiedziała, ile z tego, co dostrzega, podpowiada jej własna tajemnica. Podejrzenie, że ktoś jeszcze może ją mieć, wcale nie pomagało.

Przed wyjazdem Filip podszedł, kiedy została sama przy samochodzie.

– Chyba wie.

– Nina? Powiedziałeś jej?

– Nie. Ale od rana ledwie się odzywa.

Alicja spojrzała w stronę drugiego samochodu. Marek domykał bagażnik, Nina stała obok. Wymienili kilka słów, zbyt cicho, żeby mogła je usłyszeć.

– Może nie tylko o nas chodzi.

Filip popatrzył w tę samą stronę. Zacisnął usta i już nie wrócił do pytania.

Pożegnali się zwyczajnie. Nina objęła Alicję odrobinę za długo.

– Zadzwonię wieczorem.

– Dobrze.


Droga do Warszawy zajęła prawie trzy godziny. Marek prowadził, Alicja patrzyła na przesuwające się pola. Radio grało cicho. Kilka razy zaczynała mówić i rezygnowała. Nie chciała wyznawać zdrady na stacji benzynowej ani między komunikatami nawigacji.

W mieszkaniu postawili torby w przedpokoju. Marek wyjął z pudełka deskę z niewypaloną misą i zaniósł ją do kuchni. Barbara podała im rodzaj masy oraz temperaturę wypału; warszawska pracownia zgodziła się przyjąć naczynie, kiedy całkowicie wyschnie. Glina była jeszcze szara i podatna na nacisk.

– Muszę ci coś powiedzieć – odezwali się jednocześnie.

Zapadła cisza.

Alicja usiadła przy stole. Marek został przy blacie, opierając się o niego dłońmi.

– Ty pierwsza.

Powiedziała o Filipie, suszarni i o tym, że sama chciała, żeby został. Nie opisywała zbliżenia. Raz urwała, próbując znaleźć łagodniejsze słowo, ale od początku wiedziała, co musi nazwać. Kiedy skończyła, Marek patrzył na misę.

– Ja z Niną. Tego samego wieczoru.

Zamknęła oczy. Otworzyła je dopiero po chwili.

– Wiedziałeś o mnie?

– Nie. A ty o mnie?

– Nie wtedy.

Usiadł naprzeciwko. Milczeli tak długo, że na klatce schodowej zdążyły otworzyć się i zamknąć drzwi.

– To się przecież nie zeruje – powiedział w końcu. – Nie jesteśmy kwita.

– Wiem. To, co zrobiłeś, nie usprawiedliwia mnie.

– Nie umiem dziś zdecydować, czy to koniec.

Chciała od razu zaprzeczyć. Powiedzieć, że znają się zbyt długo, że muszą spróbować. Nie wiedziała jednak, co naprawdę jest gotowa obiecać.

– Ja też nie. Ale chcę porozmawiać. Bez tego ciągłego „później”.

Nie przytulili się. Ustalili tylko, że tej nocy Marek będzie spał w gabinecie, a rano oboje odwołają pierwsze spotkania. Alicja sięgnęła po telefon i otworzyła kalendarz. Poczekał, aż skończy pisać wiadomość do klienta, zanim sam zadzwonił.

Kiedy odłożyła telefon, zawibrował. Nina przysłała krótką wiadomość: „Filip już wie, że byłam z Markiem. Ja wiem o was. Musimy porozmawiać we czworo”.

Alicja pokazała ją Markowi. Przeczytał dwa razy, oddał telefon i dotknął brzegu misy. Pod palcem pojawiło się niewielkie wgniecenie.

– Barbara mówiła, że glina pamięta.

Ostrożnie wygładziła ślad. Pod światło wciąż rozpoznawała miejsce, w którym nacisnął. Misa mogła przetrwać wypał. Mogła też pęknąć.

Tego jeszcze nie wiedzieli.


Sześć tygodni później Marek wrócił z zakupami i zastał Alicję przy kuchennym stole. Przesunęła laptop, robiąc miejsce na torbę.

– Skończyłaś?

– Na dzisiaj.

Nie otworzyła go ponownie, kiedy poszedł nastawić wodę.

Początki nie wyglądały tak spokojnie. Zdarzało im się przerwać kolację po jednym nieostrożnym zdaniu. Kilka razy wracali do rozmowy, którą poprzedniego dnia uznali za skończoną. Poduszka Marka przez pewien czas leżała to w gabinecie, to w sypialni. Teraz częściej zostawała w sypialni.

Telefon zabrzęczał obok zamkniętego komputera. Nina napisała, że z Filipem chcieliby się spotkać. Bez ustalania od razu, o czym muszą porozmawiać. Może po prostu kolacja?

Alicja przeczytała wiadomość drugi raz.

– Od Niny?

Podała mu telefon.

Usiadł obok, przeczytał i odłożył go na stół.

– Chciałabyś?

– Chyba tak. A ty?

– Tak.

Nie sięgnęła jeszcze po telefon.

– Myślisz czasem, że jest nam teraz lepiej?

Popatrzył na zamknięty laptop, potem na nią.

– Czasem. Tylko nie wiem, czy umiem się z tego cieszyć bez poczucia, że czegoś nie zauważam.

– Też tak mam.

Przez chwilę słuchali czajnika. Marek wstał, zalał herbatę i wrócił z dwoma kubkami.

– Nadal o nim myślisz? – zapytał.

Objęła kubek dłońmi.

– Zdarza mi się.

Przytaknął, patrząc w herbatę.

– Ja też myślę o Ninie.

Spodziewała się, że zaboli bardziej. Zabolało, lecz po raz pierwszy nie musiała zgadywać, co przemilczał.

– I co z tym zrobimy?

– Na razie chyba możemy to sobie powiedzieć.

Przesunęła palcem po uchu kubka.

– A kiedyś? Gdybyśmy chcieli spotkać się z nimi inaczej niż dotąd? We czworo, bez ukrywania się przed sobą?

Podniósł wzrok.

– Myślałem o tym. Bałem się tylko, że uznasz to za wymówkę.

– Nie wiem jeszcze, czy bym potrafiła. Ale chciałabym móc o tym porozmawiać.

– Z nimi też.

Uśmiechnęła się ostrożnie.

– Najpierw ich zaprośmy.

Napisała: „W sobotę u nas? Przyjdźcie na kolację”. Przed wysłaniem pokazała ekran Markowi. Skinął głową.

Odpowiedź przyszła, zanim zdążyła upić herbaty: „Chętnie. Filip pyta, co przynieść”.

– Chleb – powiedziała.

Marek spojrzał pytająco.

– Ten z restauracji. Opowiadał o nim przy kolacji w młynie.

– To niech przyniesie.

Odłożyła telefon między kubkami. Marek przysunął krzesło bliżej.
 

5,270
8.16/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.16/10 (12 głosy oddane)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.