Ilustracja: Pexels

Glina pamięta (II) - Przy jednym stole

20 września 2026

Opowiadanie z serii:
Glina pamięta

1 godz 8 min

Po dobrym przyjęciu „Gliny” i za namową jednego z czytelników powstała druga część. Mam nadzieję, że ten powrót do bohaterów też przypadnie Wam do gustu. Miłej lektury!

O wpół do szóstej Alicja zamieniła miejscami dwa talerze, chociaż były identyczne.

Marek obserwował to znad otwartej szuflady. Trzymał cztery widelce i czekał na decyzję, której nie potrafił odgadnąć.

– Ten był krzywo?

– Nie.

– To dobrze. Już się bałem, że kupiliśmy talerze dla zaawansowanych.

Uśmiechnęła się, lecz zaraz przesunęła szklankę. Na co dzień potrafiła urządzić cudzą kuchnię tak, żeby właściciel odruchowo sięgał tam, gdzie powinien. Dzisiaj nie wiedziała, gdzie posadzić cztery osoby, które znały się od lat.

Przy oknie było najwięcej miejsca. Gdyby usiadła tam Nina, naprzeciw miałaby Marka. Filip na krześle od kuchni znalazłby się obok Alicji. Każdy układ zaczynał wyglądać jak wiadomość, którą ktoś odczyta bez jej wiedzy.

– Połóż je gdziekolwiek – powiedziała.

– Naprawdę?

Zabrała dwa widelce i ułożyła przy talerzach. Przy dwóch pozostałych zrobił to samo. Pracowali tak zgodnie, że przypomniały się jej przygotowania do pierwszej wspólnej Wigilii. Wtedy największym problemem było krzesło pożyczone od sąsiada, niższe od pozostałych o kilka centymetrów. Marek przesiedział na nim cały wieczór, twierdząc, że przynajmniej nikt nie zobaczy plamy na koszuli.

W piekarniku grzała się zapiekanka. Zrobiła ją wcześniej, żeby nie spędzić spotkania przy kuchence. Teraz żałowała: krojenie czegoś zajęłoby ręce. Wyjęła z lodówki sałatę, sprawdziła sos i ponownie go schowała.

– Jedzenia wystarczy – zapewnił.

– Wiem.

– My też wystarczymy. Nie trzeba będzie przez cały wieczór opowiadać dowcipów.

Spojrzała na niego. Od powrotu z młyna coraz częściej trafiał w samo sedno i umiał na tym poprzestać. Nie zawsze. Wciąż potrafił rzucić żart, który zabolał, a potem upierać się, że przecież nic złego nie miał na myśli. Ona nadal umiała odpowiedzieć takim spokojem, że rozmowa kończyła się skuteczniej niż po krzyku.

Tego popołudnia żadne nie chciało sprawdzać, kto zrobi to pierwszy.

Poszła do sypialni. Na łóżku leżały dżinsy i granatowa sukienka z krótkimi rękawami, którą wyjęła rano. Przymierzyła oba stroje i wybrała sukienkę. Sięgała kolan, a miękka bawełna nie krępowała ruchów. Nie musiała niczego poprawiać po każdym kroku. Na oparciu krzesła zostawiła cienki kardigan na później.

Stanęła bokiem do lustra. Strój leżał dobrze, ale przy przymierzaniu dżinsów przekręciły się majtki; podciągnęła brzeg sukienki do bioder, żeby je poprawić. Czarna koronka wyglądała pod granatową bawełną jak coś, czego nikt dzisiaj nie miał zobaczyć. Kupiła ten komplet dwa tygodnie wcześniej, bez okazji. Od powrotu z młyna coraz rzadziej czekała na pretekst, żeby sprawić sobie coś przyjemnego.

W lustrze widziała kawałek korytarza. Drzwi zostały otwarte; z kuchni dochodził brzęk szuflady, którą Marek zamykał trzeci raz. Mogła je zamknąć. Mogła też opuścić sukienkę od razu.

Zrobiła to dopiero wtedy, kiedy brzęk ucichł, a na podłodze korytarza pojawił się cień. Wygładziła materiał na biodrach, nie odwracając się, i przez sekundę patrzyła w lustro tak, jak patrzy się na kogoś, kto stoi za plecami. Cień się nie cofnął.

Marek zajrzał przez otwarte drzwi.

– Dobrze wyglądasz.

Czekała na dalszy ciąg. Na pytanie, czy specjalnie, albo na komplement wypowiedziany z przesadną lekkością. Nie dodał nic. Wyjął z szafy czystą koszulę i sprawdził mankiet.

– Ty też możesz się postarać – powiedziała.

– Właśnie się staram. Ta nie ma śladu po kawie.

Wrócili do kuchni. Na środku stołu ustawiła misę odebraną z pracowni tydzień wcześniej. Wypał zmienił szarość gliny w ciepły, piaskowy odcień. Naczynie nie było idealnie równe. Z jednego miejsca światło odbijało się inaczej, ale trzeba było wiedzieć, gdzie patrzeć.

– Będzie na chleb?

– Jeśli go przyniosą.

– Filip zapowiedział, że przyniesie.

– Ludzie zapowiadają różne rzeczy.

Od razu poczuła, jak zabrzmiało ostatnie zdanie. Marek przeniósł wzrok z misy na twarz Alicji. Przez moment mogli skręcić w znajomą rozmowę, wrócić do tego, co obiecali sobie dawno temu i czego nie dotrzymali.

– Miałam na myśli pieczywo – dodała.

– Wiem.

Wrócił do nakrywania stołu. Nie zapytała, czy uwierzył.

Zadzwonił domofon. Oboje odruchowo popatrzyli w stronę drzwi, po czym Marek ruszył otworzyć. Alicja wyjęła sałatę. Gdy usłyszała na klatce głos Niny, przestała udawać, że potrzebuje jeszcze minuty.

Filip rzeczywiście przyniósł chleb. Dwa bochenki w papierowej torbie, ciepłe na tyle, że papier zmiękł od środka.

– Nie wiedziałem, ile zrobić.

Marek zajrzał do torby.

– Czyli zakładasz, że zostaniecie u nas do wtorku.

– Najpóźniej w poniedziałek muszę wrócić.

Gospodarz odebrał torbę, a Alicja przyniosła wieszaki. Nina zatrzymała się w przedpokoju z torebką przewieszoną przez ramię, chociaż zawsze odkładała ją na szafkę. Przez chwilę czekała niepewnie, aż przyjaciółka wyciągnęła ręce. Objęły się ostrożnie, potem trochę mocniej.

– Ładnie pachnie – odezwała się Nina.

– Zapiekanka. Jeśli nie wyjdzie, mamy dwa chleby.

– I ciasto.

Filip uniósł drugą torbę. Narzeczona spojrzała na niego z rozbawieniem.

– Miałeś przynieść chleb.

– Działałem zgodnie z instrukcją. Ciasto to inicjatywa własna.

W salonie Nina od razu zauważyła przestawiony regał. Zapytała o remont, którego nie było, a Alicja wyjaśniła, że po prostu potrzebowali miejsca na drugie biurko. Teraz jedno z nich mogło pracować w gabinecie, zamiast siedzieć całymi wieczorami przy kuchennym stole. Nie powiedziała, że przez kilka nocy między kartonami stał również rozłożony materac.

Marek przyniósł wodę i butelkę wina. Filip wybrał wodę, bo prowadził. Nina poprosiła o niewielki kieliszek.

– Jutro mam poprawki autora, który uważa przecinki za osobistą porażkę.

– Dalej ten sam? – zapytał gospodarz.

– Inny. Tamten przynajmniej wiedział, gdzie je usunął.

Usiedli bez ustalania miejsc. Alicja dopiero po chwili zauważyła, że wszystkie wcześniejsze warianty okazały się niepotrzebne: Nina przesunęła krzesło, żeby nie siedzieć przy kaloryferze, i układ zmienił się sam.

Marek opowiedział o sesji dla producenta mebli. Klient chciał zdjęcia pustego salonu, który wyglądałby na zamieszkany, ale bez książek, kubków, poduszek i jakichkolwiek śladów obecności człowieka.

– To co zostawiłeś? – zapytała Nina.

– Kota.

– Zgodził się?

– Kot? Nie pytałem.

Alicja znała tę historię, lecz za drugim razem także była zabawna. Partner nie skupiał całej uwagi na Ninie. Kiedy doszedł do puenty, odruchowo poszukał jej wzroku. Odpowiedziała uśmiechem i dopiero potem zdała sobie sprawę, jak wiele uwagi poświęciła temu drobiazgowi.

Przez pierwsze pół godziny jedli, rozmawiali o pracy i podawali sobie pieczywo. Filip wyjaśnił, dlaczego jeden bochenek ma ciemniejszą skórkę. Alicja zapytała o zakwas. Odpowiedź zaczęła przypominać krótki wykład, więc Nina położyła dłoń na stole.

– Ostrzegam. Zadałaś pytanie, na które nie ma krótkiej odpowiedzi.

– Mogę skrócić – zaproponował.

– Mówisz to od ośmiu minut.

Przyjął uwagę ze śmiechem. Dotąd Alicja znała głównie opowieści, w których przedstawiał restaurację jako ciąg problemów. Dzisiaj z przyjemnością słuchała o czymś, co dawało mu satysfakcję. Oparła brodę na dłoni. Dopiero ruch Marka sięgającego po pustą szklankę oderwał ją od rozmowy.

– Dolać?

– Sam wezmę.

Nie zabrzmiało to chłodno, ale odpowiedziała zbyt szybko.

– Przecież stoi przy mnie.

Zawiesili na sobie wzrok. Nina sięgnęła po dzbanek, napełniła szklankę i przesunęła go z powrotem na środek. Rozmowa ruszyła dalej; przez kilka zdań mówili głośniej niż przedtem.

Po jedzeniu Alicja zaczęła zbierać talerze. Filip wstał pomóc, a Marek w tym samym momencie podniósł własne nakrycie. Omal nie zderzyli się przy przejściu do kuchni.

– Możemy zrobić kolejkę – rzuciła Nina. – Albo zostawić coś na później.

– Zaraz to ogarniemy.

– Wiem. Wszyscy dzisiaj bardzo dużo ogarniamy.

Alicja postawiła talerze przy zlewie. W salonie zapadła cisza. Odwróciła się i zobaczyła, że przyjaciółka skubie papierową serwetkę. Sama wyglądała na zdziwioną tym, co powiedziała.

– Przepraszam. Miałam nie zaczynać.

– Niczego takiego nie ustalaliśmy – odezwał się Marek.

Odłożyła serwetkę.

– W takim razie: strasznie się cieszę, że tu jesteśmy. I od godziny zastanawiam się nad każdym zdaniem.

Filip usiadł. Przez moment trzymał talerz na kolanach, po czym roześmiał się pod nosem i odstawił na stół.

– Ja nad tym, czy mogę pomóc przy sprzątaniu.

– Możesz – powiedział Marek. – Tylko nie wszyscy naraz.

Po zapiekance Alicja przyniosła kawę, chociaż nikt jeszcze o nią nie poprosił. Filip pamiętał, że pije bez cukru. Gdy odsunął cukiernicę, zostawiając miejsce na filiżankę, poczuła ulgę, a zaraz potem złość na siebie za tę ulgę. Gdyby przez cały wieczór udawali, że nic o sobie nie wiedzą, także byłoby źle.

– U nas bywa różnie – przyznała. – Czasem przez cały dzień jest dobrze, a potem coś sobie przypomnę.

– U nas też – odpowiedziała Nina.

Filip spojrzał na narzeczoną.

– Tylko inaczej.

Nie zaprzeczyła. Przez ostatnie tygodnie potrafili rozmawiać o tym, co zrobili, znacznie dłużej niż o tym, co zamierzają zrobić ze wspólnym mieszkaniem. To, co miało być zwyczajną decyzją przed ślubem, stało się pytaniem, przy którym oboje milkli.

– Odłożyliśmy oglądanie mieszkań – powiedziała w końcu.

– Myślałam, że znaleźliście coś na Mokotowie.

– Znaleźliśmy. Nie podpisaliśmy umowy.

Alicja poczuła ukłucie winy. Przyjaciółka dostrzegła to od razu:

– Nie musisz mnie teraz przepraszać za całe nasze życie.

– Nie za całe.

– Wiem.

Filip powoli obracał filiżankę na spodku.

– Ja chyba zbyt długo zakładałem, że jak się nie kłócimy, to znaczy, że jest dobrze.

Marek przytaknął, lecz nie zaczął opowiadać o sobie. Po raz pierwszy tego wieczoru pozwolił, żeby czyjeś zdanie zostało bez odpowiedzi.

Zjedli ciasto później, już w salonie. Nina zdjęła buty i podwinęła nogi na kanapie, pytając wcześniej, czy może. Alicja popatrzyła na nią ze zdumieniem.

– Przez osiem lat nie pytałaś.

– Widzisz. Nawet to.

Zaczęły się śmiać. Nina otarła kącik oka, starając się nie rozmazać tuszu. Marek pokazał zdjęcie kota zajmującego centralne miejsce w reklamie mebli. Filip zasnąłby nad filiżanką, gdyby Nina nie trąciła go łokciem.

Przed wyjściem nie ustalili następnego spotkania. Nikt nie nalegał. Alicja podała przyjaciółce torebkę, a Marek pomógł znaleźć kluczyki, które Filip zostawił obok misy.

– Chleb zostaje – powiedział.

– Liczyłem na to.

Kiedy drzwi się zamknęły, na stole nadal stały cztery filiżanki. Alicja nie ruszyła od razu do sprzątania. Usiadła na miejscu, które wcześniej zajmowała Nina, i wypuściła powietrze.


Marek wrócił z kuchni z workiem na śmieci. Spojrzał na Alicję, potem na filiżanki.

– Zostawimy?

– Jeszcze chwilę.

Usiadł naprzeciwko. Przez otwarte okno dochodził szum samochodów. Ktoś pod blokiem rozmawiał przez telefon, powtarzając, że już schodzi, choć od kilku minut stał w tym samym miejscu.

– Było źle? – zapytał.

– Nie. Tylko jestem zmęczona.

– Ja też.

Skrzywiła się po łyku zimnej kawy. Marek sięgnął po filiżankę i musnął palce Alicji, zanim odstawił naczynie. Nie cofnęła ręki.

– Przy wodzie się zdenerwowałeś – powiedziała.

– Trochę.

– Bo słuchałam Filipa?

– Bo przypomniałem sobie, że kiedyś też mnie tak słuchałaś.

Miała gotową odpowiedź o aparacie i telefonie, o wieczorach, w których czekała na jedno pytanie. Powstrzymała się jednak. Chciała usłyszeć, czy doda coś jeszcze.

– Dzisiaj też cię słuchałam.

– Wiem. Nie mówię, że nie.

Położył worek na podłodze. Ten drobiazg pomógł bardziej niż reszta: przestał wyglądać jak ktoś gotowy zerwać się do zadania, kiedy rozmowa zrobi się niewygodna.

– Przy Ninie byłeś zabawny – odezwała się.

– Przy tobie już nie jestem?

– Nie o to mi chodzi. Widziałam, że chcesz ją rozśmieszyć. Ze mną często kończysz zdanie, zanim w ogóle zaczniesz.

Uśmiechnął się krótko.

– Bo już znasz puentę.

– Nie zawsze.

Przypomniała sobie kilka historii, których nie opowiedziała, bo był zmęczony albo właśnie pisał wiadomość. Przesunęła filiżankę i zapytała, co wydarzyło się po sesji z kotem. Podniósł głowę, zaskoczony.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Klient zapłacił?

– Zapłacił. Potem poprosił o retusz kota.

– Na jaki?

– Na mniej zainteresowanego kanapą.

Zaśmiała się, a on zaczął tłumaczyć, jak długo szukał zdjęcia, na którym zwierzę nie wbija pazurów w materiał. W połowie opowieści urwał, zdumiony, że aż tak ją rozbawił.

– Co?

– Nic. Mów.

Później posprzątali. Nie rozdzielali obowiązków; jedno otwierało zmywarkę, drugie przynosiło talerze. Marek zostawił ostatni kawałek ciasta na małym spodku.

– Na jutro.

– Myślałam, że zjesz.

– Mogę zaczekać.

Alicja oparła się o blat. Stał blisko, w podwiniętych rękawach, ze ścierką przewieszoną przez ramię. Lubiła ten widok wcześniej, zanim zaczęła widzieć przede wszystkim czynności do wykonania. Wyciągnęła rękę i zdjęła ścierkę.

– Zostaw.

Nie spytał, co ma zostawić. Pocałował ją, a ona nadal trzymała w palcach mokry róg materiału, nie wiedząc, gdzie go odłożyć. W końcu położyła na blacie. Oboje się uśmiechnęli.

Pocałował ją drugi raz, dłużej. Potem przesunął spodek z ciastem dalej, wrócił do niej i odwrócił ją twarzą do blatu.

Zrobił to spokojnie, trzymając Alicję za biodra. Został tuż za nią. Czuła na plecach materiał koszuli i oddech przy uchu. Przez chwilę nie poruszyło się żadne z nich.

Oparła dłonie o blat, obok pustej deski do krojenia.

Znalazł suwak na plecach sukienki i rozsunął go powoli, do końca. Powietrze dotknęło skóry wzdłuż kręgosłupa. Zsunął materiał z jednego ramienia, potem z drugiego, a kiedy granatowa bawełna zatrzymała się na biodrach, przesunął ją niżej dłońmi i sukienka opadła na podłogę. Została w czarnej koronce, którą rano wybrała bez okazji, boso, na chłodnych płytkach.

– Widziałem cię dzisiaj w lustrze – powiedział cicho.

– Wiem.

– Nie odwróciłaś się.

– Nie.

Rozpiął stanik jedną ręką, tak jak robił to od lat. Ten znajomy gest wydał się Alicji bardziej intymny niż wszystko, co wydarzyło się w młynie. Ramiączka zsunęły się z ramion. Objął ją od tyłu, kładąc dłonie na piersiach, i przywarł ustami do szyi. Oparła głowę na jego ramieniu.

– Zamknij oczy – szepnął.

Zamknęła.

– Nie musisz wiedzieć, kto za tobą stoi – mówił tak cicho, że wstrzymała oddech, żeby go słyszeć. – Może to on. Widzisz go?

Nie odpowiedziała. Dłoń zsunęła się po brzuchu i zatrzymała na brzegu koronki.

– Chcesz, żeby to był on?

Powinna była zaprotestować. Powiedzieć jego imię, odwrócić się, zakończyć to jednym zdaniem. Stała jednak z zamkniętymi oczami, zaskoczona tym, jak silnie podziałało pytanie. Nie umiała przywołać konkretnej twarzy. Za to dotyk palców wsuwających się pod koronkę był wyraźny. Była mokra; poczuł to i nie cofnął ręki.

– Nie odpowiadaj – powiedział. – Nie chcę wiedzieć. Chcę tylko, żebyś tu była.

Zsunął jej majtki do kolan. Usłyszała pasek i suwak, szelest spodni, a potem poczuła go przy sobie, gorącego, nagiego. Rozstawiła stopy na tyle, na ile pozwalała koronka wokół kolan, i przechyliła biodra.

Wszedł w nią od tyłu, na stojąco, jednym powolnym ruchem, i oboje wydali ten sam dźwięk.

Przez pierwsze chwile nie poruszał się prawie wcale. Trzymał ją za biodra i czekał, aż przywyknie do głębokości, jaką dawała ta pozycja. Potem zaczął, równo, bez pośpiechu, a ona odpowiadała, cofając się na spotkanie każdego ruchu. Krawędź blatu uwierała w uda. Nie otworzyła oczu.

W ciemności pod powiekami wszystko było niejasne. Dłonie na biodrach mogły należeć do kogokolwiek. Oddech przy karku też. Przez moment naprawdę spróbowała zobaczyć Filipa, żeby sprawdzić, czy się uda, i przeraziło ją, jak łatwo przyszedł ten obraz. Jeszcze bardziej to, że zaraz zniknął, bo Marek przygryzł ją lekko w ramię, w to samo miejsce co zawsze, i ciało rozpoznało go szybciej niż głowa.

Przyspieszył. Oparła się na przedramionach, z czołem prawie przy blacie. Słyszała siebie coraz wyraźniej, ale tym razem nie próbowała się uciszać ze względu na sąsiadów.

– Odwróć się – powiedział nagle, z wysiłkiem, jakby sam nie był pewien, czy chce przerwać.

Wysunął się. Odwróciła się z zamkniętymi jeszcze oczami, poczuła jego dłoń na policzku i dopiero wtedy je otworzyła.

Patrzył na nią z bliska, zaczerwieniony, w rozpiętej koszuli. Znała tę twarz na pamięć. Teraz wyglądała jak twarz kogoś, kto zadał pytanie i boi się odpowiedzi.

– A ty? – zapytała. – Kogo widzisz?

Nie odpowiedział. Nie zaprzeczył też. Ukląkł na chwilę, żeby zdjąć jej koronkę z kolan, i pocałował ją w udo, wysoko, zanim wstał.

– Nie tutaj – powiedziała. – Chcę cię w łóżku. Chcę widzieć.

Poszła przodem, naga, przez ciemny korytarz. Szedł za nią, zostawiając spodnie na podłodze kuchni. Na oparciu krzesła w sypialni wisiał kardigan przygotowany na później. Pozostał tam do rana.

Położyła się na plecach. Marek zdjął koszulę i ułożył się obok, a potem długo całował piersi Alicji. Trzymała dłoń na jego głowie, wpatrzona w ciemny sufit. Nie próbowała już przywoływać innej twarzy.

Wszedł w nią twarzą w twarz, wolniej niż w kuchni, i tym razem oboje mieli otwarte oczy.

Było inaczej. Bliżej, z ciężarem ciała na niej, twarzą tuż nad twarzą. Objęła go nogami. Poruszał się długimi, pełnymi ruchami, uważny na każdą odpowiedź. Od dawna nie skupiał się na Alicji tak bez reszty.

– Tu jestem – powiedziała, nie wiedząc, czy to odpowiedź na pytanie z kuchni.

– Wiem.

Wsunął dłoń między ich ciała. Nie trafił od razu; poprawiła ułożenie jego palców, przypominając sobie, jak pokazywała mu to przed laty. Przez chwilę zawstydziło ją, że musi podpowiadać. Potem wstyd zniknął, bo znalazł rytm i został przy nim.

Potrzebowała czasu, dotyku palców i ciężaru Marka – całych minut, w których słyszała skrzypienie łóżka, coraz głębszy oddech nad sobą i własne urywane „tak”. Nie przyspieszał, choć wyczuwała, ile go to kosztuje. W końcu napięcie zaczęło rosnąć w jednym punkcie i rozlewać się w uda. Uniosła kolano wyżej, żeby poczuć go głębiej, i wtedy przyszło: długo, falami, z imieniem – jego, nie innym – wypowiedzianym w skórę szyi.

Zatrzymał się, kiedy zaczęła drżeć, i został w niej, dopóki nie ucichła. Dopiero potem podjął ruch, teraz już dla siebie, szybciej, i skończył w niej z ustami przy jej uchu, z dźwiękiem, którego nie słyszała od miesięcy.

Leżeli długo bez słowa. Z kuchni dobiegał zapach kolacji, a przez otwarte drzwi padała smuga światła. Na płytkach nadal leżała sukienka.

– Nie musisz mi mówić – powiedział w końcu w poduszkę.

– Nie powiem.

– Dobrze.

Nie wiedziała, czy to była prawda, czy tylko coś, co mogli sobie dzisiaj dać. Zasnęła, zanim zdążyła rozstrzygnąć.


Rano znalazła go przy otwartej lodówce.

– Czego szukasz?

– Tego, co wczoraj tak rozsądnie zostawiłem.

Ciasto stało na stole, obok dwóch talerzyków. Pokazała je, nie ukrywając rozbawienia. Usiadł i zabrał się do jedzenia.

Noc nie zmieniła wszystkiego. Jeszcze nieraz wrócą do tych samych pytań. Alicja nie chciała jednak od razu sprawdzać, czy teraz już na pewno jest dobrze. Przyjęła podany widelec i sięgnęła po ciasto.

– Nina napisała. Dziękuje za wczoraj i pyta, czy pójdę z nią w środę na spacer.

– Pójdziesz?

– Chyba powinnam.

– Pytam, czy chcesz.

Przesunęła talerzyk bliżej. Przez ostatnie tygodnie słowo „powinnam” pojawiało się przy niemal każdej decyzji. Tym razem odpowiedź była łatwiejsza.

– Tak. Brakuje mi jej.

Skinął głową. Nie poprosił, żeby potem opowiedziała całą rozmowę. Alicja dopiła kawę i dopiero wstając, zauważyła, że od rana żadne z nich nie zajrzało do komputera.

Nie komentowała tego. Otworzyła okno, bo w kuchni nadal pachniało sobotnim pieczeniem. Marek przysunął krzesło do parapetu i zaczął czytać wiadomość od klienta na głos, przerywając w połowie, żeby zapytać, czy zdanie o „emocjonalnym charakterze podłokietnika” coś dla niej znaczy.

– Niestety tak – odpowiedziała.

Resztę śniadania poświęcili podłokietnikom.


W środę Nina czekała przy wejściu do parku z dwiema kawami. Alicja rozpoznała z daleka płaszcz, którego pomagała szukać poprzedniej jesieni. Przymierzyły wtedy dwanaście modeli i wróciły do pierwszego. Przez pół drogi do domu śmiały się z tego, że mogły po prostu od niego zacząć.

Teraz podała kubek i ruszyła w stronę alejki. Alicja zrównała z nią krok, przez moment niemal tak swobodna jak tamtej jesieni.

Rozmawiały najpierw o matce Niny i o remoncie mieszkania, który trwał drugi miesiąc. Potem o psie sąsiadów, odmawiającym korzystania z nowej windy. Alicja słuchała, lecz nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że obie starannie obchodzą środek rozmowy.

Nina zatrzymała się przy ławce.

– Chodźmy dalej czy usiądziemy?

– Usiądźmy.

Piły kawę, patrząc przed siebie. Po przeciwnej stronie alejki dziewczynka uczyła młodszego chłopca jeździć na rowerze. Co kilka metrów puszczała siodełko, choć obiecała, że nie puści. Chłopiec odwracał się, tracił równowagę i protestował coraz głośniej.

– Widziałam was – powiedziała Nina.

Alicja nie zapytała kogo.

– W młynie?

– Kiedy wychodziliście z suszarni.

Alicja wbiła wzrok w wieczko kubka. Od powrotu z młyna znała najważniejsze fakty, ale dopiero teraz wyobraziła sobie przyjaciółkę kilka metrów dalej, gdy sama poprawiała włosy, przekonana, że korytarz jest pusty.

– Czemu wcześniej nie powiedziałaś?

– Nie wiedziałam, jak zacząć. Za każdym razem wydawało mi się, że zabrzmię tak, jakbym miała do ciebie większe pretensje niż prawo do nich.

– Możesz mieć pretensje.

– Wiem. Dopiero ostatnio zaczęłam to rozumieć.

Chłopiec zsiadł z roweru i usiadł na trawie. Dziewczynka stała obok, trzymając kierownicę, bezradna wobec odmowy dalszej nauki.

Alicja chciała powiedzieć, że przeprasza. Robiła to już przez telefon, krótko i nieporadnie. Teraz samo słowo wydało się zbyt małe, lecz szukanie lepszego mogłoby potrwać kolejne tygodnie.

– Przepraszam. Nie za to, że widziałaś. Za to, co zrobiłam.

Nina przytaknęła. Odstawiła kubek na ławkę.

– Ja też cię przepraszam.

Siedziały dalej. Nie objęły się, nie uznały sprawy za zakończoną. Alicja pamiętała, jak osiem lat wcześniej przyjaciółka przyjechała z torbą zakupów po nieudanej prezentacji projektu. Nie doradzała, nie pocieszała na siłę. Ugotowała makaron i pozwoliła mówić. Zniszczenie tamtej pewności wydawało się teraz bardziej dotkliwe niż wiele rozmów z Markiem.

– Brakowało mi ciebie – przyznała.

– Mnie też. I wkurzało mnie to. Miałam ochotę zadzwonić, żeby powiedzieć, jaka jestem na ciebie zła.

Roześmiały się obie, choć Nina miała wilgotne oczy.

– Mogłaś.

– Spróbuję następnym razem.

Wstały. Przeszły wzdłuż stawu, zatrzymały się przy budce z kanapkami, ale żadna nie była głodna. Rozmowa odeszła na chwilę w stronę codzienności. Dopiero za mostkiem Nina zapytała, czy Alicja nadal chce spotykać się z Filipem.

Nie powiedziała „z nami”. Obie usłyszały tę różnicę.

– Chcę spotykać się z wami – odpowiedziała Alicja. – Ale byłoby nieuczciwe udawać, że on mnie nie obchodzi.

– Wiem.

– A Marek?

Nina długo poprawiała pasek torebki.

– Też.

Zbliżały się do wyjścia. Alicja poczuła dziwną potrzebę przyspieszenia, jakby trudniejszą część rozmowy można było zostawić za sobą na ścieżce. Zamiast tego zwolniła.

– Rozmawialiśmy o tym – powiedziała. – Z Markiem. Jeszcze przed kolacją.

Przyjaciółka spojrzała uważnie.

– O spotkaniu?

– O tym, że może kiedyś potrafilibyśmy spotykać się inaczej. Nie za plecami drugiego.

Nina przeszła kilkanaście kroków w milczeniu, zanim zapytała:

– To był jego pomysł?

– Mój. Ale nie plan. Raczej pytanie.

– U nas ostatnio każde pytanie brzmi jak prośba o decyzję na całe życie.

– To może na razie niczego nie ustalajmy.

Zatrzymały się przy przejściu dla pieszych. Światło zmieniło się na zielone, potem z powrotem na czerwone, zanim któraś ruszyła. Nina roześmiała się cicho.

– Stoimy jak dwie osoby, które zapomniały, dokąd idą.

– Ja wiem. Do domu. Tylko nie chcę urwać rozmowy.

Przeszły na drugą stronę i weszły do małej piekarni. Kupiły po drożdżówce, choć przed chwilą żadna nie była głodna. Usiadły przy wąskim blacie i rozmawiały jeszcze przez pół godziny.

Nina powiedziała, że najpierw chciałaby usłyszeć Filipa. Alicja przyznała, że rozmowy z Markiem nie zawsze kończą się tak samo. Przy drugiej połowie drożdżówki zapytały wreszcie, czy potrafiłyby odmówić, gdyby druga bardzo chciała.

– Chyba właśnie tego musimy się nauczyć – powiedziała Nina. – Żeby odmowa nie oznaczała końca znajomości.

Alicja starła okruch z blatu.

– To najpierw umówmy się na coś prostego.

– Spacer już nam zajął trzy godziny.

– Tym bardziej nie zaczynajmy od niczego trudniejszego.

Pod wieczór rozstały się przy przystanku. Tym razem uścisk nie był tak ostrożny. Alicja szła do domu z zimną kawą, której zapomniała wyrzucić, i z wiadomością od Marka: „Kupić coś na kolację?”.

Odpisała, że przyniesie pieczywo. Dopiero po wysłaniu zauważyła, jak bardzo przez ostatnie dni wszystkie ważne sprawy krążyły wokół chleba.


Zaproszenie do restauracji przyszło w czwartek. Filip napisał na wspólnym czacie, że w niedzielę lokal będzie zamknięty, a on musi przetestować dwie potrawy przed zmianą karty. Potrzebował ludzi, którzy zjedzą i nie powiedzą odruchowo, że wszystko jest dobre.

Marek odpowiedział pierwszy: „Z takim warunkiem jestem idealny”.

Nina dopisała, że deser również wymaga niezależnej komisji.

W niedzielę przyjechali krótko po czternastej. Rolety od ulicy były podniesione do połowy. Przez szybę widzieli puste stoliki, odwrócone krzesła i Filipa chodzącego między kuchnią a zapleczem. Otworzył drzwi z garścią łyżek.

– Zostawcie kurtki, gdzie chcecie. Tylko nie na tym krześle.

Wskazane krzesło zajmowało pudełko z nowymi lampami do lokalu. Marek przywiózł aparat i własne oświetlenie, bo wcześniej zaproponował kilka zdjęć próbnych dań. Nie miała to być sesja dla klienta. Umówili się, że najwyżej nic z tego nie wyjdzie i zjedzą wszystko, zanim wystygnie.

Nina czekała przy długim stole z notesem i dwoma ołówkami.

– Po co dwa? – zapytała Alicja.

– Żeby nie spędzić popołudnia na szukaniu jednego.

– I działa?

– Jeden już zgubiłam.

W restauracji pachniało pieczonymi warzywami, cytryną i kawą. Z głośnika przy barze płynęła muzyka, zbyt cicha, żeby rozpoznać słowa. Bez gości lokal wyglądał inaczej: bardziej jak warsztat niż miejsce, w którym ktoś płaci za wieczór.

Filip pokazał im przygotowane składniki. Mówił szybko o kolejności prac, temperaturach i trzech rzeczach, których miał dopilnować jednocześnie. Alicja poprosiła o zadanie, więc podał miskę i deskę.

– Tylko te mniejsze.

– Te są mniejsze od tamtych czy od tych?

Zatrzymał się.

– Właściwie wszystkie mogą być.

Nina uniosła wzrok znad notesu.

– Widzicie? W domu też dostaję instrukcje do testu, którego zasad jeszcze nie zatwierdzono.

Odpowiedź przerwał sygnał minutnika. Przyniósł blachę i postawił ją na blacie, marszcząc brwi.

– Za długo.

– Bardzo? – zapytała Alicja.

Przełożył jeden kawałek na mały talerz i podał Ninie. Spróbowała ostrożnie, zastanowiła się i wyciągnęła rękę po drugi.

– To chyba nie aż tak – stwierdził Marek.

– Dobre, ale nie takie, jak miało być – wyjaśnił Filip.

– Możemy oceniać tylko to, co jest – odpowiedziała Nina. – Tego, co miało być, nie próbowaliśmy.

Spojrzał na nią, a potem roześmiał się z własnej miny. Alicja zauważyła, jak szybko narzeczona potrafi przywrócić mu właściwe proporcje. W młynie widziała spokój i cierpliwość. Tutaj co kilka minut chciał poprawiać coś, czego pozostali nawet nie zauważyli.

To odkrycie nie rozczarowało jej. Przeciwnie, po raz pierwszy przestał być wspomnieniem jednego wieczoru. Był człowiekiem, który przypala warzywa, szuka szczypiec i denerwuje się, że skończyła się właściwa sól.

Kobiety przygotowały dodatki, a Marek ustawił lampę przy oknie. Gospodarz przełożył gotową potrawę na talerz i cofnął się o krok, czekając na ocenę.

– Ten sos jest konieczny? – zapytał fotograf.

– Do jedzenia czy do zdjęcia?

– Właśnie zaczynam rozumieć, dlaczego się o to kłócicie.

Przez następny kwadrans spierali się o kolor talerza. Nina podsunęła brzydki, lekko wyszczerbiony talerzyk z zaplecza. Na nim danie wyglądało najlepiej. Gospodarz obejrzał efekt na ekranie aparatu, po czym sam poszedł szukać drugiego takiego samego.

Na prośbę Niny Filip odnalazł wydruk nowej karty pod deską. W rogu widniała plama tłuszczu.

– Nie patrz jeszcze na opisy.

– Właśnie po to poprosiłam.

Przeczytała pierwszy, a potem drugi, tym razem na głos. Przy „autorskiej kompozycji sezonowych akcentów” Marek podniósł aparat, udając, że dokumentuje przełomowe wydarzenie.

– Sam to napisałeś? – zapytała narzeczona.

– Zapożyczyłem parę rzeczy.

– Od kogo?

– Od restauracji, która ma droższe talerze.

Alicja spróbowała sosu z łyżeczki. Najpierw wyczuła kwasowość, potem lekką słodycz. Zapytała o składniki. Filip wymienił je bez wahania, znacznie pewniej niż wtedy, gdy Nina czytała na głos jego opis.

– To napisz właśnie to – zaproponowała.

Nina podsunęła notes. Zaczęli od najkrótszej wersji: nazwa głównego składnika, dodatki, sos. Każde miało uwagę. Marek chciał wiedzieć, co będzie chrupać; Alicja uznała, że nazwa nieznanej przyprawy wymaga wyjaśnienia. Gospodarz skreślał, dopisywał i dwa razy wracał do poprzedniego zdania.

Po kwadransie mieli trzy linijki, z których wszyscy byli zadowoleni.

– Tylko nie przyzwyczajaj się do darmowej redakcji – uprzedziła Nina.

– Mogę płacić jedzeniem.

– Tak zwykle zaczynają autorzy, którzy nie zamierzają płacić.

Zabrał kartkę, przeczytał i odłożył ostrożnie poza zasięgiem mokrej deski.

– Nie żartuję. Jeśli chcesz popracować nad całą kartą, ustalmy normalnie, ile to zajmie.

Przestała obracać ołówek. Nieraz poprawiała menu wieczorem w domu, między własnymi zleceniami. Zwykle zaczynało się od prośby o jedno zdanie, a kończyło na całej stronie. Teraz odpowiedziała, że policzy czas i da znać w poniedziałek.

Marek tymczasem poprawił ustawienie lampy i zrobił zdjęcie talerza. Gospodarz długo oglądał rezultat na ekranie aparatu, nie mówiąc ani słowa.

– Aż tak źle?

– Właśnie dobrze. To naprawdę moje?

– Przed chwilą sam przyniosłeś.

Alicja dostrzegła na twarzy gospodarza dumę, zanim zdążył ją ukryć pod kolejnym zastrzeżeniem. Pomyślała o wszystkich chwilach, kiedy Marek pokazywał jej zdjęcia, a ona odpowiadała, nie odrywając wzroku od rysunku technicznego. Podeszła bliżej i poprosiła, żeby powiększył obraz.

Zaczął wyjaśniać, skąd bierze się cień przy krawędzi talerza. Słuchała. Tym razem zauważył to od razu.

– Chcesz spróbować?

Podał aparat i stanął obok. Pierwsze zdjęcie wyszło poruszone, drugie zbyt ciemne. Przy trzecim Filip zapytał, czy potrawę będzie można jeszcze zjeść, zanim wszyscy nauczą się zawodu.

Nina wzięła łyżeczkę.

– Możemy połączyć zajęcia.

Gdy skończyli pracę w kuchni, odłożyli fartuchy. Alicja miała na sobie jasną koszulę z podwiniętymi rękawami i proste spodnie. Nina zdjęła także lekki sweter, zostając w koszulce i ciemnej spódnicy. Umyły ręce i przeniosły naczynia na stolik przy oknie.

Nina sięgnęła na wysoką półkę za barem po szklanki. Koszulka uniosła się, odsłaniając nad spódnicą pas brzucha i wąską krawędź czarnej bielizny. Marek przerwał poprawianie lampy. Alicja dostrzegła spojrzenie partnera i krótki uśmiech Niny, która opuściła ramiona dopiero ze szklankami w dłoniach.

Alicja wróciła jeszcze opłukać miskę. Strumień odbił się od dna, mocząc mankiety i przód koszuli. Tam, gdzie jasna tkanina przylgnęła do skóry, wyraźnie odcinał się stanik. Filip podał czystą ściereczkę, zanim zdążyła poprosić. Zauważyła krótkie spojrzenie i przyjęła pomoc bez komentarza.

Zasiedli przy nieprzykrytym stole. Jedli z różnych talerzy, próbowali nawzajem dodatków i spierali się, czy jedno z dań potrzebuje mniej cytryny, czy więcej. Filip słuchał, robiąc krótkie notatki na odwrocie zamówienia.

– Zapisujesz wszystko? – zapytała Alicja.

– Tylko to, z czym się nie zgadzam.

– Czyli wszystko – podsumowała Nina.

Kiedy przyniósł deser, zaznaczył, że na razie jest „poza ofertą”. Marek odsunął aparat.

– Tego nie zdążę sfotografować.

Miał rację. Zjedli połowę, zanim ktoś przypomniał o zdjęciach. Filip spróbował odtworzyć porcję z tego, co zostało, ale poddał się przy trzeciej łyżce.

Alicja poczuła, że siedzi swobodniej niż przy pierwszej kolacji. Nie pilnowała każdego spojrzenia. Gdy Filip zapytał, czy naprawdę podoba jej się kwaśniejsza wersja, odpowiedziała bez sprawdzania reakcji Marka. Partner włączył się do rozmowy, broniąc wersji słodszej z przekonaniem, którego nie wykazał przy żadnym wcześniejszym daniu.

Nina wyszła na chwilę do toalety. Po powrocie zatrzymała się obok krzesła Marka, żeby obejrzeć ekran aparatu. Alicja zauważyła, jak nachyla głowę, i poczuła krótkie ukłucie. Nie zniknęło tylko dlatego, że wcześniej o wszystkim rozmawiali. Poczekała jednak, zanim nadała mu znaczenie.

Na ekranie był wyszczerbiony talerz.

– Wygląda drogo – oceniła Nina.

– Trzysta złotych za sztukę, jeśli napiszesz, że ślad czasu jest zamierzony.

– Zawsze mogę dopisać „unikat”.

Filip porozumiewawczo przewrócił oczami w stronę Alicji. Odpowiedziała uśmiechem. Po raz pierwszy to wspólne rozbawienie nie wydawało się sekretem, który trzeba natychmiast ukryć.

Kiedy zaczęli sprzątać, każde miało zajęcie. Nina szukała pokrywek, Alicja pakowała jedzenie do pojemników, Marek składał lampę. Filip zniknął na zapleczu po worki na śmieci. Wrócił i poprosił Marka o pomoc przy wyniesieniu pustych skrzynek.

Zostawili drzwi kuchenne otwarte. Z sali słychać było śmiech kobiet, kiedy okazało się, że żadna pokrywka nie pasuje do żadnego pudełka.

– To też unikatowy system? – zawołała Nina.

Filip uśmiechnął się, zanim zdążył odpowiedzieć.


Skrzynki okazały się lżejsze, niż wyglądały. Trudniejsze było otwarcie zewnętrznych drzwi zaplecza: zamek zacinał się od zimy, a Filip nauczył się podnosić klamkę w szczególny sposób, którego nie potrafił objaśnić.

– Pokaż.

Marek przejął klucze. Szarpnął drzwiami, nacisnął klamkę i oddał pęk bez słowa.

– Teraz rozumiesz – stwierdził gospodarz.

Wynieśli skrzynki na małe podwórko. Między ścianami stały donice z ziołami, wąż ogrodowy i metalowy stolik z jedną chwiejną nogą. Filip zamierzał zrobić tu miejsce dla pracowników na przerwę. Na razie udało się tylko posadzić miętę.

– Rośnie najlepiej z całej firmy – powiedział.

Marek oparł ostatnią skrzynkę o ścianę. Chciał wrócić po aparat, lecz Filip zatrzymał go pytaniem, czy napije się wody. Zgodził się, choć szklanka została w środku. Zorientował się, że propozycja była pretekstem, i nie próbował tego ułatwiać żartem.

Przez otwarte okno słychać było przesuwane krzesło i pytanie Alicji o wielki garnek. Odpowiedź zginęła w śmiechu obu kobiet.

– Na tej pierwszej kolacji myślałem, że nie będziesz chciał ze mną gadać – odezwał się Filip.

– Gadałem.

– Właśnie. Byłeś tak uprzejmy, że nie wiedziałem, czy bardziej cię to kosztuje, czy mnie.

Marek spojrzał na miętę. Jedna z donic pękła przy brzegu i ktoś obwiązał ją drutem. Chciał zapytać, czy to wystarcza, ale pytanie byłoby równie czytelnym unikiem jak rozmowa o pogodzie.

– Nie wiedziałem, od czego zacząć.

– Nadal nie wiesz?

– Nadal.

Filip przyjął odpowiedź krótkim skinieniem i usiadł na niskim murku, robiąc miejsce obok. Marek pozostał na nogach. Nie czuł wrogości tak prostej, jakiej się spodziewał po powrocie z młyna. To utrudniało sprawę. Łatwiej byłoby mieć przed sobą człowieka, którego można uznać za winnego wszystkiego.

– Chciałem cię przeprosić bez dokładania od razu, że ty zrobiłeś to samo – powiedział Filip.

Marek przestał przyglądać się donicy.

– Dobrze.

– Przepraszam.

Nie padło „w porządku”. Obaj wiedzieli, że to nie byłaby prawda. Marek usiadł na drugim końcu murku, oparł łokcie na kolanach i po chwili odpowiedział:

– Ja też. Za Ninę. Nie za to, że wyszło na jaw.

Filip otarł suche dłonie o spodnie.

– Najgorsze było to, że ona się przy tobie śmiała, zanim cokolwiek się wydarzyło. Przypominałem sobie potem różne spotkania i szukałem, od kiedy.

– Znalazłeś?

– Nie. Tylko nowe powody, żeby nie spać.

Marek znał ten rodzaj pracy pamięci. Wspólna kolacja sprzed miesiąca, wiadomość o godzinie przyjazdu, żart, którego wtedy nie zapamiętał. Wszystko można było później ustawić w innym porządku i nadać temu sens, którego wcześniej nie miało.

– Ja patrzyłem, jak Alicja cię słucha – przyznał. – U nas na kolacji też.

– Niczego od niej nie oczekiwałem. – Filip uniósł głowę.

– Nie o to pytam. Nie wiem nawet, czy pytam.

Z sali dobiegł głos Niny. Szukała klucza do szafki przy barze.

– W szufladzie z taśmą! – odkrzyknął Filip.

– Są trzy!

– W tej, która się nie zamyka!

Usłyszeli krótkie „mam” i znowu zrobiło się cicho. Marek parsknął pod nosem.

– Potrzebujesz architektki.

– Już jedną znam.

Uśmiech zniknął im niemal równocześnie. Filip otworzył usta, zamknął je i potrząsnął głową.

– Nie tak to miało zabrzmieć.

– Wiem.

Marek przesunął skrzynkę nogą, robiąc przejście. Nie wracał do niefortunnego żartu.

Filip zapytał o lampę. Fotograf wyjaśnił, dlaczego miękkie światło służy zdjęciom jedzenia, po czym urwał, zauważywszy, że zaczyna wykładać temat tak samo jak wcześniej gospodarz opowiadał o sosie.

– Praca pomaga, co?

– Bardzo – przyznał Filip.

– Można przynajmniej wiedzieć, o czym się mówi.

Wstali, ale żaden nie ruszył do drzwi. Marek powiedział jeszcze, że boi się zostać kimś, z kim Alicja dzieli wyłącznie rachunki i problemy. Nie człowiekiem odrzuconym, tylko takim, którego obecność przestaje wymagać uwagi.

Filip nie próbował pocieszać.

– A ja chyba zbyt często dawałem Ninie do zrozumienia, że wszystko ciekawsze wydarzy się później. Jak będzie spokojniej w pracy.

– Będzie?

Filip spojrzał na skrzynki i otwarte drzwi zaplecza.

– Raczej nie.

Ta odpowiedź była tak oczywista, że obaj się uśmiechnęli.

Wracając do kuchni, natknęli się na Alicję z pojemnikiem w każdej ręce. Zatrzymała się, widząc ich razem, po czym zapytała tylko, czy coś jeszcze zostało do wyniesienia.

– Nie – odpowiedział Marek. – Teraz podobno próbujemy reszty deseru.

Nina uniosła ołówek znad notesu.

– Jeśli ktoś zdąży.

Filip usiadł obok narzeczonej. Wciąż wyglądał na zmęczonego, ale przestał nasłuchiwać odgłosów z zaplecza. Kiedy podała łyżeczkę, przyjął ją i podsunął talerzyk bliżej.


Po powrocie Nina zdjęła buty w przedpokoju i zaniosła pojemniki do lodówki. Filip został przy drzwiach, przeglądając wiadomości od pracownika, który zamienił się z kolegą na zmiany. Odpisał, odłożył telefon i dopiero wtedy zauważył, że narzeczona czeka w kuchni.

– Co?

– Nic. Myślałam, że jeszcze musisz coś załatwić.

– Załatwione.

Otworzył lodówkę. Pojemniki zajmowały dwie półki.

– Po co ja to wszystko przywiozłem?

– Żeby jutro nie gotować.

– Jutro jestem w pracy.

– Ja też jem, kiedy ciebie nie ma.

Popatrzył zaskoczony, a potem się roześmiał. Usiadła przy stole. Dawniej ten rodzaj drobnej wymiany zdań wystarczał, żeby poczuła się u siebie. Ostatnio częściej zastanawiała się, czy żartem nie przykrywają czegoś, o czym żadne nie chce mówić.

– Było mi dzisiaj dobrze – powiedziała.

– Mnie też.

– Nawet jak spaliłeś warzywa.

– Przypiekłem.

– Oczywiście.

Miała ochotę zapytać, o czym rozmawiał z Markiem na podwórku. Nie zrobiła tego od razu. Nalała wodę do dwóch szklanek i opowiedziała o spacerze z Alicją, o tym, że po raz pierwszy od powrotu z młyna umiały się przeprosić bez zastrzeżeń.

Filip słuchał uważnie. Kiedy wspomniała o dalszych spotkaniach, odsunął szklankę.

– Wiem, że cię do niego ciągnie.

Wypowiedział to bez oskarżenia, ale Nina poczuła znajomą gotowość do obrony.

– Rozmawiamy o całej czwórce.

– Wiem. Tylko ja czasem w tej czwórce nie umiem znaleźć miejsca.

Miała już na końcu języka pytanie o Alicję. Powstrzymała się. Gdyby w każdej rozmowie kładli na stole wzajemne przewinienia, nigdy nie dotarliby dalej niż do pierwszego zdania.

– Jakiego miejsca?

– Nie wiem. Tego, kto chce, czy tego, kto ma się zgodzić, żeby nie zostać z boku.

Usiadł przy stole. Nina przesiadła się obok i dotknęła dłoni narzeczonego. Nie cofnął jej, lecz nadal patrzył na pustą ścianę. Od dwóch lat zamierzali zawiesić tam półkę. Książki piętrzyły się na parapecie, a wsporniki leżały w dolnej szufladzie.

– Nie chcę, żebyś się na coś zgadzał tylko dlatego, że ja chcę.

– Łatwo powiedzieć.

– Wiem.

To krótkie przyznanie pomogło mu podnieść wzrok. Bał się, że zostanie nazwany zazdrosnym, zanim zdąży wyjaśnić, czego się obawia. Nie lubił siebie w takiej roli. W restauracji podejmował dziesiątki decyzji dziennie, a tutaj nie potrafił odpowiedzieć na proste pytanie, czy chce ponownie zobaczyć Alicję.

Chciał. To nie usuwało reszty.

– Potrzebuję trochę czasu – powiedział.

– Dobrze.

– Nie mów tak, jakbyś czekała na wynik badania.

Uśmiechnęła się krzywo.

– To jak mam powiedzieć?

– Normalnie. Że też nie wiesz.

Oparła czoło na jego ramieniu.

– Też nie wiem.

Przez kilka minut siedzieli tak bez dalszych wyjaśnień. Potem Filip sięgnął po szklankę i wypił całą wodę. Poprosił, żeby na razie nie ustalali kolejnego wieczoru. Mogli się spotkać, porozmawiać, pójść na obiad. Nie chciał jednak wejść do czyjegoś mieszkania z przekonaniem, że wszyscy czekają tylko na jego zgodę.

Przytaknęła. Opowiedziała o pytaniu, które zadały sobie z Alicją w piekarni: czy odmowa jednej osoby nie zniszczy reszty znajomości.

– Dobrze, że o tym mówiłyście.

– Gorzej, że odpowiedź sprawdzimy dopiero w praktyce.

Przyciągnął ją bliżej. Siedzieli bez słowa, nie próbując doprowadzić rozmowy do uspokajającego wniosku. Nina oparła rękę na udzie narzeczonego i słuchała lodówki, która co kilka minut zaczynała pracować głośniej.

Kiedy się pocałowali, nie pomyślała o porównywaniu. Poznała znajomy gest: palce przy policzku, krótkie zatrzymanie przed drugim pocałunkiem. Przypomniał się wieczór w poprzednim mieszkaniu, kiedy stół był pudłem po sprzęcie kuchennym, a jedynym pewnym planem pozostawało wspólne śniadanie.

Drugi pocałunek przyszedł po tym zatrzymaniu, jak zawsze. Nina wstała z krzesła, nie odrywając ust, i usiadła na nim okrakiem, zanim zdążył odsunąć się od stołu. Ciemna spódnica podjechała wysoko. Nie poprawiła jej.

– Nie musisz nic teraz decydować – powiedziała przy jego ustach.

– Wiem.

– Mówię, żebyś nie myślał, że to jest argument.

– Nie myślę. – Objął ją w talii. – Chociaż jest dość przekonujący.

Roześmiała się swobodnie, bez napięcia, które towarzyszyło wcześniejszym żartom. Ściągnęła koszulkę przez głowę. Pod nią miała zwykły bawełniany stanik, jasny, bez koronki, bo rano wybierała się tylko na wspólne gotowanie. Filip odpiął go i położył na stole, równo, obok szklanek. Robił tak ze wszystkim. Kiedyś ją to śmieszyło; dzisiaj poczuła nagle, że ma ochotę płakać, i nie wiedziała dlaczego.

Przestał zerkać na pustą ścianę i telefon przy drzwiach. Ujęła twarz Filipa w dłonie, chcąc zatrzymać tę niepodzielną uwagę.

Pochylił się i powoli wziął w usta jeden sutek, potem drugi. Przytrzymała go za głowę. Napięcie w karku ustępowało, zmieniając się w znajome oczekiwanie.

Rozpięła koszulę, guzik po guziku, potem spodnie. Na moment zsunęła się z kolan, a on uniósł biodra, żeby pomóc opuścić je razem z bielizną. Był twardy i ciepły pod jej dłonią; przesunęła po nim palcami raz, drugi, obserwując, jak zamyka oczy. Odsunęła na bok własne majtki, nie zdejmując ich, i opuściła się na niego powoli, na kuchennym krześle, z bosymi stopami ledwo sięgającymi podłogi.

Krzesło zaskrzypiało. Zamarli oboje i parsknęli śmiechem w tej samej chwili.

– Kiedyś je wymienimy – powiedział.

– Mówisz to od dwóch lat.

– Mówię wiele rzeczy od dwóch lat.

Poruszała się na nim wolno, bo krzesło nie pozwalało na więcej, i dobrze jej było z tym ograniczeniem: mogła z bliska obserwować, jak z twarzy Filipa znika skupienie, z którym przez całe popołudnie pilnował kuchni. Trzymał ją za biodra, potem za pośladki pod podwiniętą spódnicą, i pomagał jej unosić się i opadać. Oddychał coraz głośniej. Kiedy wyczuła, że zaczyna tracić kontrolę, zatrzymała się. Przypomniał się podobny moment z Markiem na platformie w młynie. Zawstydzona tym porównaniem, pochyliła głowę; narzeczony mógł zauważyć jedynie przerwę w ruchu.

– Chodź do łóżka – powiedział. – Tu nie mogę cię objąć jak trzeba.

W sypialni nie zapalił światła; wystarczała lampa z korytarza. Zdjął resztę ubrania. Nina zsunęła spódnicę i majtki, po czym położyła się na boku, plecami do narzeczonego, tak jak zasypiała każdej nocy. Znał ten widok lepiej niż własną kuchnię: linię bioder, rude włosy na poduszce, dłoń podłożoną pod policzek. Przez ostatnie tygodnie kilka razy leżał za nią i nie potrafił jej dotknąć, bo bał się, że dotyk będzie wyglądał jak sprawdzanie, czy nadal jest jego.

Teraz ułożył się za nią, wsunął ramię pod poduszkę i objął w pasie. Przysunęła się. Uniosła nogę i oparła ją na jego udzie; wszedł w nią od tyłu, na boku, powoli, tak jak lubiła, kiedy była zmęczona i chciała go czuć, a nie ścigać się z nim.

Poruszał się płytko, powoli. Nie chciał przyspieszać kosztem bliskości: pleców przy piersi, ust na karku, swobodnego dotyku. Zsunął wolną dłoń między uda Niny. Westchnęła i przykryła ją własną, zatrzymując w tym miejscu.

Nie próbował niczego nowego. Po dwóch latach zbyt rzadkich wspólnych nocy nie zamierzał nadrabiać straconego czasu pośpiechem. Słuchał, jak ciche oddechy Niny stają się urywane; czuł, jak napiera biodrami na dłoń, a potem znów przysuwa się do niego. Lodówka za ścianą włączyła się i wyłączyła. Raz szepnęła jego imię, nie jak pytanie.

Kiedy zaczęła się zaciskać, zwolnił jeszcze bardziej i nie zmienił ani nacisku palców, ani kąta, bo wiedział, że wszystko, co teraz zrobiłby inaczej, byłoby błędem. Szczytowała z twarzą wciśniętą w poduszkę, przyciskając przedramię Filipa do piersi. Dopiero gdy rozluźniła uchwyt, pozwolił sobie poruszyć się mocniej.

Odwróciła się do niego, gdy odzyskała oddech, i popchnęła go na plecy. Usiadła na nim. Włosy opadły jej na twarz; odgarnęła je i patrzyła na niego, kiedy się poruszała, już nie wolno. Nie szukała odbicia w oknie, jak wtedy w młynie. Chciała widzieć twarz Filipa z bliska.

– Patrz na mnie – powiedziała.

– Patrzę.

Patrzył do końca. Skończył pod nią, z dłońmi zaciśniętymi na jej udach, z otwartymi oczami. Położyła się na nim, mokra od potu, i słuchała, jak jego serce zwalnia.

– To nie była odpowiedź – powiedział po chwili w jej włosy.

– Wiem. Nie pytałam.

– Chciałem, żebyś wiedziała, że wiem.

Uśmiechnęła się, wtulona w pierś narzeczonego. Kiedy sięgnął po koc, przez myśl przeszło jej, że dawno nie byli tak blisko. Bez prób odgadywania, o czym drugie milczy.


Przez następne trzy dni nie wracali do tematu przy każdej okazji. W poniedziałek Nina pracowała do późna. We wtorek Filip przyniósł kolację, a potem przez pół godziny szukali filmu, którego ostatecznie nie obejrzeli. W środę zadzwoniła matka Niny i zapytała o mieszkania. Córka wyjaśniła, że na razie nie szukają.

Wieczorem Filip wyciągnął z szuflady wsporniki do półki.

– Może chociaż to?

– Dzisiaj?

– Jeśli wiesz, gdzie jest wiertarka.

Nie wiedziała. Znaleźli ją za walizką i pudełkiem po lampie, której już nie mieli. Pierwszy otwór powstał o dwa centymetry za nisko. Poprawili pomiary i zamocowali wsporniki. Kiedy ustawili książki, ściana przestała wyglądać na fragment mieszkania, z którego zamierzają zaraz się wyprowadzić.

Filip zrobił zdjęcie i wysłał je na wspólny czat. Marek odpisał, że światło jest fatalne. Alicja zapytała, czy użyli poziomicy.

Nina odłożyła telefon, śmiejąc się cicho.

– Nadal chcesz ich zapraszać?

– Chyba tak. Ale poziomicę schowam.

Nazajutrz sam zaproponował spotkanie w kawiarni. Bez obietnicy dalszego ciągu, w zwyczajną sobotę po południu. Kiedy nacisnął „wyślij”, Nina kończyła rozdział książki. Podniosła głowę dopiero na dźwięk przychodzącej odpowiedzi.

– Napisałeś?

– Tak.

– To dobrze.

Tym razem zabrzmiało normalnie.


Kawiarnia przy parku była prawie pełna. Znaleźli stolik między oknem a regałem z książkami, pod lampą, która wisiała odrobinę za nisko. Marek uderzył w nią głową przy siadaniu, dzięki czemu pierwsze pięć minut minęło bez poważnych tematów.

– Możesz zrobić reklamację do architektki – zaproponowała Nina.

Alicja obejrzała mocowanie.

– To nie mój projekt. Ja tylko doradzę, jak się uderzać wygodniej.

Filip zamówił kawę i ciasto, chociaż twierdził, że nie jest głodny. Kelnerka przyniosła cztery widelczyki. Nikt nie zaprotestował.

Za oknem ludzie szli w stronę parku. Rodzina z wózkiem zatrzymała się przy przejściu, starszy mężczyzna poprawiał psu uprząż, ktoś biegł, trzymając bukiet głową w dół. Alicja przez chwilę zazdrościła im prostych powodów spotkania. Wiedziała, że to złudzenie; obcy ludzie nie mieli obowiązku nosić na twarzach całego życia.

Rozmowę rozpoczął Filip.

– Chciałem, żebyśmy się zobaczyli, zanim znowu zaprosimy kogoś do domu.

Marek odłożył widelec.

– Brzmi poważnie.

– Nie pomagaj.

– Przepraszam.

Filip spojrzał na Ninę, lecz nie szukał odpowiedzi. Chciał tylko upewnić się, że nadal siedzi obok. Potem zwrócił się do Alicji.

– Chcę się z wami spotykać. I nie tylko przy obiedzie. Ale przez ostatnie dni kilka razy zmieniłem zdanie.

– Ja też – przyznała.

Marek popatrzył na nią z zaskoczeniem. W domu mówiła o niepewności, ale najczęściej to on zadawał ostrożne pytania. Nie wiedział, że rano przed wyjściem prawie zaproponowała odwołanie spotkania. Uświadomił sobie, jak łatwo ponownie rozdzielili role: ona chce, on się zastanawia. Tymczasem żadne nie miało tak prostych odpowiedzi.

– Kiedy? – zapytał.

– Dzisiaj. Przed wyjściem.

– Mogłaś powiedzieć.

– Wiem. Nie chciałam, żebyś uznał, że wszystko odwołuję.

Nina przesunęła talerzyk na środek.

– Może właśnie nie trzeba za każdym razem odwoływać wszystkiego.

Wrócili do ciasta. Kelnerka zapytała o kolejną kawę. Składając zamówienie, Filip wreszcie puścił zgniecioną w dłoni serwetkę.

Alicja przyglądała się Filipowi. Tutaj wyglądał inaczej niż we własnej restauracji: nie nasłuchiwał kuchni, nie oceniał ustawienia krzeseł. Próbował wytrząsnąć okruch z mankietu, co nie szło mu najlepiej. Gdy podniósł wzrok, uśmiechnęła się. Nie chciała udawać, że przestała go lubić w ten sposób tylko dlatego, że rozmowa stała się trudna.

Marek zobaczył ten uśmiech. Pomyślał o swojej obawie przed zostaniem na zewnątrz, a zaraz potem o dłoni Niny leżącej na stole. Nie wyciągnął własnej. Zrozumiał jednak, że obserwuje to samo spotkanie z dwóch stron i żadna nie unieważnia drugiej.

– Nie chciałbym, żebyśmy próbowali w ten sposób naprawić młyn – powiedział.

– Ja też nie. – Filip przytaknął od razu.

– Ani udowodnić, że jesteśmy nowocześni czy odważni.

Nina popatrzyła na niego znad filiżanki.

– Z lampą przegrałeś. Wizerunek odważnego już trudno odbudować.

Zaśmiał się. Alicja położyła dłoń na oparciu krzesła i przesunęła kciukiem po jego ramieniu.

Rozmawiali jeszcze o tym, jak miałoby wyglądać kolejne spotkanie. Nie ustalali przebiegu wieczoru. Uzgodnili tylko, że mogą mówić wprost, a zaproszenie do domu nie będzie obietnicą niczego poza spotkaniem. Jeśli ktoś zechce skończyć wcześniej, nie będą żądać uzasadnienia przy wszystkich.

– A później? – zapytał Filip.

– Później możemy porozmawiać – odpowiedziała Nina. – Jak zwykle. Tylko może bez przesłuchania.

Marek przesunął filiżankę po spodku.

– Wiadomości też bez ukrywania?

Alicja wiedziała, do czego wraca. W ostatnich tygodniach kilka razy zastanawiała się, czy wolno napisać Filipowi zwyczajne pytanie, nie pokazując telefonu partnerowi. Nie chciała żyć pod kontrolą, ale nie chciała też tworzyć kolejnego miejsca, o którym inni nic nie wiedzą.

– Nie chcę czytać waszych rozmów – powiedziała. – Chcę wiedzieć, jeśli coś między wami zacznie się zmieniać.

Nina przytaknęła powoli.

– To brzmi trudniej niż pokazywanie ekranu.

– Pewnie jest.

Nie znaleźli eleganckiego rozwiązania. Zgodzili się na razie umawiać wspólnie i nie tworzyć osobnych planów, które pozostali poznają dopiero po fakcie. Potem rozmowa zeszła na zupełnie zwyczajne terminy: zmianę Filipa, projekt Alicji, piątkową sesję Marka.

Nina wyjęła telefon.

– U nas w piątek? O dziewiętnastej. Jedzenie będzie proste, bo nie zamierzam konkurować z restauracją.

– Pomogę – odezwał się narzeczony.

– Właśnie dlatego uprzedzam.

Alicja spojrzała na Marka. Powiedział, że jemu termin pasuje. Potwierdziła, że jej również. Filip zamknął kalendarz.

Wychodząc, Marek pamiętał o lampie. Przepuścił pozostałych, a Nina zatrzymała się obok i uniosła dłoń nad jego głową, udając, że zabezpiecza przejście.

– Teraz bezpiecznie.

– Doceniam opiekę.

Na chodniku co rusz zmieniali kolejność, omijając przechodniów. Rozstali się przy skrzyżowaniu. Alicja zauważyła, że nie myśli już wyłącznie o tym, co może pójść źle.

To także trochę ją przestraszyło. Nie próbowała jednak natychmiast się z tego wycofać.


W piątek Nina wróciła z pracy wcześniej i przez dwadzieścia minut robiła rzeczy, które nie miały żadnego znaczenia. Przetarła półkę, którą montowali w zeszłym tygodniu. Przełożyła książki według wysokości, potem z powrotem według autorów. W końcu stanęła na środku salonu i zadzwoniła do Filipa.

– O której będziesz?

– Za pół godziny. Coś kupić?

– Nie. Chciałam tylko wiedzieć.

Rozłączyła się, zanim zdążyła poprosić o cokolwiek zbędnego.

Mieszkanie było niewielkie, ale wygodne. Kuchnię oddzielał od salonu niski blat. Przy oknie stał stół, bliżej regału kanapa i dwa fotele. W korytarzu znajdowały się drzwi do sypialni i małego pokoju, który nazywali gabinetem, choć częściej służył za magazyn rzeczy odkładanych na później.

Nina zajrzała do gabinetu. Rano wyniosła stamtąd suszarkę i kilka kartonów, odsłaniając rozkładaną kanapę. Gdyby goście zostali do rana, mieliby gdzie spać. Złożony koc zabrała do salonu i położyła na oparciu fotela.

Filip przyniósł zakupy i bukiet drobnych kwiatów.

– Dla mnie czy na stół?

– Możesz decydować.

Wstawiła je do wysokiej szklanki. Od razu zrobiło się mniej odświętnie niż z wazonem, który wyjęła wcześniej, i właśnie o to chodziło. Przygotowali makaron, sałatę i sos. Kiedy Filip sięgnął po trzeci rondel, odebrała go bez słowa.

– Dobrze – zgodził się. – Dwa wystarczą.

Przebrała się w ceglastą sukienkę z miękkiej tkaniny, sięgającą nieco poniżej kolan. Przygotowała do niej cienki sweter, lecz zostawiła go w sypialni, bo w mieszkaniu było ciepło. Filip założył jasną koszulę i odruchowo podwinął rękawy tak samo jak w pracy.

– Możesz dzisiaj nie być kucharzem – powiedziała.

– Spróbuję po kolacji.

Tuż przed dziewiętnastą stali w kuchni obok siebie. Nina zajrzała do garnka, chociaż makaron nie był jeszcze w wodzie. Narzeczony zamknął szufladę i dotknął jej łokcia.

– Nadal chcesz?

Spojrzała na niego bez żartu.

– Tak. Ty?

– Tak. Tylko się denerwuję.

– Ja też.

Kiedy zadzwonił domofon, żadne nie odetchnęło z ulgą. Poszli jednak otworzyć razem.

Alicja przyniosła oliwki, Marek paczkę kawy. Gospodyni skomentowała, że przy takim podziale produktów mogą zacząć prowadzić sklep. Filip wziął oliwki, a Marek zatrzymał się przy nowej półce.

– Trzyma się.

– Od tygodnia – pochwaliła się Nina. – Nie opieraj się.

Alicja zdjęła płaszcz. Miała na sobie ciemną koszulę i jasną spódnicę, a włosy spięła inaczej niż zwykle. Nina zauważyła zmianę i pochwaliła fryzurę. Przyjaciółka dotknęła spinki, przyznając, że poprawiała ją trzy razy w taksówce.

Schyliła się, żeby rozpiąć buty. Przedpokój był wąski; Filip nadal stał tuż za nią z oliwkami. Nina dostrzegła, jak spódnica napina się na biodrach przyjaciółki, a narzeczony odrywa od niej wzrok, próbując zachować obojętną minę. Nie poczuła ukłucia. Poczuła coś bliższego temu, co w młynie, na korytarzu, przyszło jako pierwsze, i tym razem się tego nie wstydziła.

Kiedy Alicja się wyprostowała, w rozchylonej przy szyi koszuli mignął brzeg bordowej koronki. Jeden guzik rozpięty więcej niż do pracy. Nina rozpoznała bieliznę: wybrały ją tej samej jesieni co płaszcz, w sklepie obok. Przyjaciółka zarzekała się wtedy, że nie kupuje jej dla nikogo.

Nina wzięła od Alicji płaszcz i zawiesiła go na wieszaku. Miękki materiał ceglastej sukienki przesunął się po piersiach; dziś nie założyła stanika. Zdecydowała o tym w sypialni dwadzieścia minut wcześniej, po trzech przymiarkach. Marek oderwał wzrok od grzbietów książek na półce.

Przez pierwsze kilkanaście minut Alicja przyglądała się rzeczom, na które podczas wcześniejszych wizyt nie zwróciła uwagi. Na regale stała fotografia Niny z krótkimi włosami, zrobiona nad morzem przed laty. Obok leżał kamień z namalowanym krzywym okiem.

– Skąd to?

– Z wyjazdu, na którym Filip uznał, że potrafi malować.

– Namalowałem oko.

– Właśnie.

Filip podał zdjęcie. Na odwrocie ktoś dopisał datę i nazwę miejscowości. Alicja zorientowała się, że ten wyjazd odbył się wtedy, kiedy sama pracowała nad dużym projektem i przez kilka tygodni odpisywała Ninie po dwóch dniach.

Marek zapytał o aparat. Okazało się, że fotografię zrobił telefonem przypadkowy przechodzień, a na kolejnych siedmiu ujęciach zasłonił obiektyw palcem. Nina znalazła zdjęcia w archiwum i pokazała wszystkim. Śmiali się długo nad tym samym kadrem, w którym widać było fragment nieba i nic więcej.

Przy stole usiedli bliżej niż u Alicji i Marka. Nie było to zamierzone; mniejszy blat nie zostawiał wiele miejsca. Podając miskę, musieli uważać na szklanki. Filip potrącił widelec, a Alicja złapała go, zanim spadł.

– Dzięki.

– Architektura małej przestrzeni.

Marek spojrzał na nich znad talerza. Tym razem nie musiał zastanawiać się, czy wymiana zdań coś ukrywa. Mogła być tylko wymianą zdań. Mogła też sprawiać obojgu przyjemność. Zauważył, że potrafi dopuścić obie możliwości naraz.

Rozmowa nie wracała od razu do młyna. Nina opowiedziała o książce, którą redagowała, Alicja o kliencie pragnącym schować pralkę w miejscu, do którego nie dało się doprowadzić wody. Filip zapytał, czy propozycja postawienia jej na stole pomogłaby klientowi dostrzec problem.

– Niestety mógłby uznać to za odważną koncepcję.

Przy deserze Marek zauważył, że w mieszkaniu nie ma telewizora.

– Jest w sypialni – wyjaśniła Nina. – Tu przeszkadzał w książkach.

– A tam nie przeszkadza?

– Tam przeszkadza w spaniu.

Zrobiło się na moment ciszej, choć odpowiedź była zwyczajna. Nina pierwsza się roześmiała.

– Naprawdę miałam na myśli seriale.

Filip wstał po dzbanek. Alicja odprowadziła go wzrokiem i napotkała spojrzenie Marka. Nie odwróciła głowy.

Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. Rozpoznawał to, o czym od kilku tygodni umieli już mówić.

Później odnieśli naczynia do kuchni. Filip wyłączył światło nad blatem, zostawiając lampę przy kanapie. Nina przeniosła na komodę dwie świece, które paliły się podczas kolacji. W pokoju zrobiło się ciszej, choć muzyka nadal grała. Zniknął tylko szum wyciągu, o którym zapomnieli przy deserze.

Marek przesunął stolik, żeby można było swobodnie przejść między kanapą a fotelami. Nina przysunęła jeden z nich bliżej, odgarnęła koc na oparcie i usiadła. Filip zajął podnóżek obok. Położyła dłoń na jego ramieniu, gdy nachylił się, by odstawić szklankę.

Alicja usiadła na kanapie z Markiem. Nie zostawiła między nimi poduszki. Oparła się o niego, słuchając rozmowy, i dopiero wtedy zauważyła, jak bardzo przez całą kolację pilnowała wyprostowanych pleców.

– Wygodnie? – zapytał.

– Wreszcie.

Objął ją. Przez chwilę siedzieli bez słowa, a przy fotelach Nina zaczęła nucić piosenkę. Marek rozpoznał ją dopiero przy refrenie.

– Naprawdę nie słuchałeś całej płyty?

– Najwyraźniej muszę nadrobić.

– Warto. Mam słabość do „strony B”.

Nina opowiedziała o koncercie, na który pojechała sama kilka lat wcześniej.

– Sama? – zdziwiła się Alicja.

– Filip wtedy pracował.

– Znowu? – zapytał narzeczony.

– Wtedy akurat naprawdę.

Przesunęła palcami po jego ramieniu. Nie zabrzmiało to jak przytyk. Opowiedziała, jak wracała ostatnim pociągiem w przeciwnym kierunku i wysiadła na stacji, której nazwy wcześniej nie słyszała.

– Zadzwoniła do mnie, żebym powiedział, gdzie jest – uzupełnił Filip.

– Miałeś komputer.

– Ty miałaś nazwę stacji.

Alicja roześmiała się pierwsza. Marek poczuł ten śmiech przy ramieniu i spojrzał w dół. Podniosła głowę, żeby coś dopowiedzieć, lecz zamiast tego pocałowała go. Krótko, bez oglądania się na gospodarzy. Odpowiedział i przez moment nie wrócili do rozmowy.

Nina urwała w połowie zdania. Filip odwrócił się ku niej, z pytaniem w oczach.

– Nic – powiedziała. – Zapomniałam, do czego zmierzałam.

– Do domu. Ostatecznie trafiłaś.

Nachyliła się i pocałowała go z uśmiechem. Nie odpowiedział żartem. Kiedy odsunęła się nieco, nadal trzymał dłoń na jej ramieniu. Alicja zobaczyła znajomy gest z innej strony: przypomniała sobie, jak witali się przy niej po dłuższym dniu w pracy. Wcześniej niemal go nie zauważała.

Nikt nie spieszył się ze zmianą miejsca. Marek poprawił poduszkę za plecami Alicji. Nina dokończyła historię, a Filip sprostował, że pojechał po nią nie na dworzec, lecz pod stację benzynową, bo tam było ciepło i sprzedawali kawę. Jeszcze chwilę spierali się o szczegóły.

Dopiero gdy Marek wstał po wodę, Filip przeniósł się na wolny koniec kanapy. Zapytał Alicję o zdjęcie, które próbowała zrobić w restauracji. Chciał wiedzieć, czy dostała je od partnera.

– Tak. Z komentarzem, że powinnam zostać przy projektowaniu.

– Powiedziałem, że na razie – sprostował Marek z kuchni.

Nina wyciągnęła rękę po szklankę, a on podał ją i usiadł w pustym fotelu obok. Alicja zauważyła tę zmianę. Wyjęła zza pleców poduszkę, którą poprawił Marek, i odłożyła ją na oparcie.

– Chciałabym usiąść bliżej.

Filip spojrzał na Ninę. Nadal słuchała ich rozmowy; uśmiechnęła się, nie odpowiadając za niego.

– Chodź.

Ich dłonie spotkały się na kanapie. Filip dostrzegł spojrzenie Niny i przez moment nie umiał wrócić do rozmowy o zdjęciu. Nie chciał cofnąć ręki. Potrzebował tylko oswoić się z tym, że nie musi ukrywać tego gestu.

Marek także zauważył złączone dłonie. Nina nie próbowała odciągnąć jego uwagi.

– Wszystko w porządku?

– Dziwnie. Ale nie źle.

– U mnie podobnie.

Posiedzieli przez chwilę, słuchając końca utworu. Alicja spojrzała ku fotelom i napotkała wzrok partnera. Nadal czuła przy ramieniu ciepło niedawnego objęcia. Teraz widziała go obok Niny i odkrywała, że te dwa obrazy mieszczą się w jednym wieczorze.

Nina powiedziała jeszcze, że na koncercie piosenka brzmiała zupełnie inaczej. Marek poprosił, żeby potem znalazła nagranie.

Kiedy skończyła mówić, zapytał cicho, czy może ją pocałować. Odpowiedziała, zbliżając się i mówiąc „tak” tak zwyczajnie, że poczuł ulgę. Pocałował ją krótko. Potem odsunęli się na tyle, żeby spojrzeć na siebie bez pośpiechu.

Filip wstał.

Nie gwałtownie. Po prostu wyprostował nogi, uwolnił dłoń i powiedział, że potrzebuje chwili. Alicja od razu się odsunęła.

– Zrobiłam coś?

– Nie. Poczekajcie.

Poszedł do kuchni. Nina ruszyła za nim, ale zatrzymał ją łagodnym gestem.

– Zaraz wrócę.

Przez minutę nikt w salonie nie wiedział, gdzie patrzeć. Marek postawił obie stopy na podłodze. Alicja oparła dłonie na kolanach, czując pokusę natychmiastowego zakończenia wieczoru, zanim ktoś nazwie go błędem.

Nina przerwała ciszę.

– Dajmy mu tę minutę.

Nie brzmiała pewnie, tylko rozsądnie. Sama chciała pójść do kuchni. Została, bo o to poprosił.

Filip stał przy blacie, opierając dłonie o chłodną krawędź. Nie zazdrościł Markowi prawa do pocałunku, na który wcześniej się zgodził. Zaskoczyła go własna obecność: świadomość, że jest widzem czegoś, co dotąd znał wyłącznie z wyobrażeń. Musiał sprawdzić, czy naprawdę chce tu być, zamiast odgrywać osobę bardziej swobodną od siebie.

Nalał wody do szklanki. Wypił dwa łyki i wrócił.

– Przepraszam.

– Nie musisz – odpowiedziała Nina.

– Wiem. Odruch.

Usiadł obok Niny na podnóżku. Nie mówił długo. Przyznał, że zobaczyć to na żywo było trudniej niż o tym rozmawiać. Nadal chciał zostać, tylko potrzebował wolniejszego tempa. Alicja pochyliła się, opierając łokcie na kolanach. Marek odsunął pustą szklankę i przytaknął.

– Nie musimy dzisiaj niczego kończyć.

– Właśnie nie chcę, żeby każdy mój ruch oznaczał koniec.

Nina dotknęła ramienia narzeczonego.

– To nie będzie oznaczał.

Wrócili do zwyczajnej rozmowy. Filip powiedział, że zawsze nienawidził tej płyty, bo Nina puszczała ją przez całą zimę. Nina zaprotestowała, Alicja przyznała, że pamięta tamten okres. Przez kilka minut spierali się o muzykę. Potem Filip wrócił na kanapę i wyciągnął rękę do Alicji. Tym razem nie oglądał się na pozostałych.

Zapytała, czy przynieść wody. Pokazał szklankę.

Marek podniósł się z fotela, żeby ściszyć muzykę. Nina została na miejscu, obserwując poszukiwania właściwego przycisku. W młynie wydawał się człowiekiem, który zawsze wie, co robi. Tutaj nie potrafił poradzić sobie z obcym głośnikiem.

– Z boku.

– Tu?

– To poprzedni utwór.

Zamiast przycichnąć, piosenka zaczęła się od początku. Roześmiali się wszyscy, a Marek odwrócił głowę.

– Chciałem sprawdzić, czy działa.

W końcu znalazł pokrętło. Nina pokręciła głową z rozbawieniem, a on odpowiedział przesadnie poważnym ukłonem.

Nina wstała, podeszła i położyła dłoń na jego ramieniu. Zapytała, czy nadal chce zostać. Odpowiedział, że tak. Alicja usłyszała oboje. Nie potrzebowała kolejnego zapewnienia, ale dobrze było nie domyślać się słów wypowiadanych półgłosem.

Później Marek wrócił do fotela, a Nina przysiadła na podłokietniku. Filip i Alicja zostali na kanapie. W rozmowie pojawiły się krótkie przerwy, których nikt już nie próbował zapełniać. Gdy Filip pocałował Alicję, Marek nie odwrócił wzroku z obowiązku ani nie patrzył po to, żeby coś sobie udowodnić. Przez moment było mu trudno, potem poczuł dłoń Niny i spojrzał na nią.

Zanim wieczór zmienił charakter, powiedzieli wprost, że chcą spróbować. Nie składali obietnic na przyszłość. Każde wiedziało też, że może poprosić o przerwę; Filip zrobił to wcześniej i spotkanie nadal trwało.

Alicja spojrzała na Marka. Wymienili krótkie, spokojne spojrzenie. Znała twarz partnera na tyle dobrze, by rozpoznać zdenerwowanie, ale tym razem nie dopisała do niego odpowiedzi. Usłyszała ją wcześniej.

Filip sięgnął do pierwszego guzika jej koszuli i zatrzymał się.

– Mogę?

– Możesz.

Rozpinał powoli, guzik po guziku. Alicja spoglądała ponad ramieniem Filipa, ku Markowi w fotelu. Nina trzymała dłoń na karku Marka i też patrzyła. Ta otwarta ciekawość była dziwniejsza niż sam dotyk. Nie trzeba już było ukrywać spojrzeń.

Koszula rozchyliła się. Zsunął ją z ramion, położył na oparciu kanapy i odruchowo wygładził rękaw. Alicja parsknęła. Śmiech skończył się, kiedy jego szerokie dłonie ujęły ją w talii nad jasną spódnicą, przesunęły się wyżej, na bordową koronkę, a on pochylił głowę i pocałował ją w skórę nad brzegiem stanika, dokładnie tam, gdzie w przedpokoju rozchylała się koszula.

Kątem oka zobaczyła, że Nina wstaje.

Przyjaciółka stanęła przed fotelem, bokiem do kanapy, i ściągnęła ceglastą sukienkę przez głowę jednym ruchem, tak jak ściąga się ją wieczorem, kiedy nikt nie patrzy. Pod spodem nie miała nic oprócz cielistych majtek, tak gładkich, że w półmroku wyglądała prawie na nagą. Drobne piersi, piegi na ramionach, rude włosy, które opadły z powrotem na plecy. Alicja znała to ciało z basenu, z przymierzalni, z ośmiu lat. Nigdy nie widziała go tak, jak teraz patrzył na nie Marek.

Zazdrość odezwała się ostro, podobnie jak w restauracji przy ekranie aparatu. Towarzyszyła jej jednak ulga: patrzyła na dwoje bliskich ludzi i żadne z nich niczego nie ukrywało.

Filip uniósł głowę.

– Jesteś tu?

– Jestem.

Wstała, a Filip rozpiął spódnicę z boku. Materiał opadł na podłogę. Wyjęła stopy z fałd i została w koronce, bosa, na cudzym dywanie, z partnerem po drugiej stronie pokoju. Sięgnęła do guzików koszuli Filipa.

Nina usiadła Markowi na kolanach, nadal w cielistych majtkach. Zanim zdążył zdecydować, gdzie położyć ręce, poprowadziła je sama: jedną na biodro, drugą na pierś. Skóra była ciepła i pachniała czymś, czego nie znał, kremem albo kuchnią.

Zza jej ramienia słyszał kanapę.

Znał ten oddech. Słyszał go przez lata w ciemności obok siebie, potem coraz rzadziej, a przez ostatnie tygodnie znów, ostrożnie. Teraz słyszał go tuż obok i nie on go wywoływał. Zacisnął palce na biodrze Niny mocniej, niż chciał.

– Możesz patrzeć – powiedziała cicho. Nie odsunęła się, żeby odsłonić kanapę; przechyliła tylko głowę. – Możesz też nie patrzeć. Ja jestem tu tak czy inaczej.

Spojrzał.

Alicja zdążyła ułożyć się na plecach, z głową na podłokietniku. Filip odsunął bordową koronkę i powoli całował odsłoniętą pierś. Trzymała dłoń w jego włosach, drugą opierała swobodnie na kanapie. Patrzyła prosto na Marka.

Nie odwróciła wzroku. On też nie.

Widok był nie do zniesienia i nie mógł przestać patrzeć. Cudze usta na piersi, którą znał lepiej niż własne dłonie; jej plecy wygięte tak, jak wyginały się kiedyś pod nim; i te oczy, otwarte, na nim. Trwało to kilka oddechów i napięcie trochę zelżało. Nadal było trudno. Ale nie był na zewnątrz. Był w tym samym pokoju, w tym samym spojrzeniu, a na kolanach czuł ciepły ciężar Niny.

Wzięła jego dłoń z piersi i wsunęła ją sobie między uda, pod gładką bieliznę. Była mokra. Wciągnął powietrze.

– Tu jesteś – powiedziała. Słowa trafiły w obawę, o której rozmawiał z Filipem na podwórku. Nina nie mogła o tym wiedzieć.

Rozpięła mu koszulę, potem spodnie. Oparła stopy na podłodze i uniosła się, by mógł opuścić je razem z bielizną. Zsunęła majtki z jednej nogi, zostawiając je przy drugiej kostce, po czym znów usiadła okrakiem i powoli opuściła się na Marka, patrząc mu w twarz. Nie w szybę. Nie w mur. Fotel był za ciasny na cokolwiek poza tym powolnym ruchem bioder. Marek trzymał ją w talii, poruszał się pod nią płytko i pierwszy raz tego wieczoru przestał liczyć centymetry między kimkolwiek a kimkolwiek.

Z kanapy Alicja obserwowała Ninę unoszącą się w fotelu i dłoń Marka na biodrze przyjaciółki. Kiedy Nina powoli opadła, partner odchylił głowę na oparcie i rozchylił usta. Pocałunki Filipa nie odwróciły uwagi Alicji od tego widoku.

Nigdy nie widziała jego twarzy w tej chwili z zewnątrz. Zawsze znajdowała się zbyt blisko, żeby dostrzec całość. Teraz mogła obserwować, jak zamyka oczy i zaraz je otwiera, jakby nie chciał niczego stracić, i jak Nina kładzie mu dłoń na policzku gestem, który Alicja znała z własnych wspólnych nocy.

Spodziewała się bólu. Poczuła jednak także narastające podniecenie. Wilgotniała pod dotykiem Filipa, choć widok partnera z przyjaciółką wciąż budził zazdrość.

Filip to poczuł. Uniósł głowę, spojrzał w kierunku jej wzroku, potem z powrotem na nią, i nie odwrócił jej twarzy.

– Możesz patrzeć – powiedział, tak jak powiedziałby, gdzie stoi sól.

Odsunął koronkę i wsunął w nią dwa palce, zginając je lekko, a Alicja śledziła ruchy Niny w fotelu i dłonie Marka na drobnych piersiach przyjaciółki. Własny oddech brzmiał obco. Marek podniósł głowę. Spojrzał na nią przez pokój, zobaczył, gdzie Filip ma rękę, i wyraz jego twarzy złagodniał.

Była blisko. Zbyt blisko, żeby chcieć tak skończyć.

Odsunęła jego dłoń.

– Jeszcze nie. Chcę cię w sobie.

Filip podniósł się i spojrzał w stronę fotela. Zobaczył Ninę wyprostowaną, z włosami na plecach, unoszącą się i opadającą na Marku, z jego twarzą przy jej piersi. Poczuł ten sam chłód co wcześniej, przy blacie w kuchni, ale tym razem nie odszedł. Patrzył przez jeden długi moment, dłużej, niż wypadało, i zrozumiał, że choć wiedział o pragnieniach Niny od powrotu z młyna, dopiero teraz naprawdę je widzi. Była obok, bliska i zarazem odmienna od kobiety, którą obserwował co rano przy śniadaniu.

Alicja dotknęła policzka Filipa i delikatnie zwróciła ku sobie jego twarz.

– Tu – powiedziała.

Nie brzmiało to jak rozkaz. Brzmiało jak wskazówka.

Popchnęła go lekko, żeby usiadł, i zdjęła mu koszulę do końca. Potem uklękła na dywanie między jego kolanami i pomogła zsunąć spodnie z bielizną. Sięgnęła do zapięcia stanika na plecach, rozpięła je i zsunęła bordową koronkę. Zdjęła również majtki. Filip widział ją teraz nagą, w ciepłym świetle lampy zamiast w deszczowym półmroku suszarni. Znał ją od pięciu lat, lecz po tamtym wieczorze i kolejnych tygodniach rozmów nie umiał już myśleć o Alicji jak o przelotnej przygodzie. Nie przewidział tego, patrząc na nią przy kole garncarskim.

Wsunęła się na niego, na kanapie, z kolanami po obu stronach jego ud, i przyjęła go bez pośpiechu, do końca, z dłonią na jego piersi. Oboje wydali cichy dźwięk. Jej biodra zaczęły się poruszać dopiero po chwili, kiedy ciało przywykło, a Filip trzymał ją za pośladki, szerokimi dłońmi, i nie narzucał niczego.

Raz odwróciła głowę, nie przerywając ruchu, i spojrzała w stronę fotela.

Poczuł to w jej biodrach: nie zawahanie, tylko sprawdzenie. Nie patrzyła na Marka jak na kogoś, kogo jej brakuje. Patrzyła, jakby chciała się upewnić, że nadal jest w pokoju. Był. Wróciła wzrokiem do Filipa i tym razem to ona powiedziała:

– Popatrz na mnie.

Nie odrywał od niej wzroku. Przesunął kciuk tam, gdzie się łączyli. Odnalazł rytm zapamiętany z suszarni i utrzymał go, kiedy zaczęła poruszać się mniej równo. Nie musiał robić nic więcej. Trwało to długo, dłużej niż wtedy, bo teraz nie była z nim sama i słyszała wszystko: skrzypienie fotela, oddech Marka, cichy głos Niny. Filip czuł, jak to wszystko przechodzi przez nią i zamiast ją rozpraszać, zbiera się w jednym miejscu.

Szczytowała z otwartymi oczami, zaciskając się wokół niego falami, z paznokciami wbitymi w ramię. Na ustach miała imię, którego nie wypowiedziała. Trzymał ją, aż oparła czoło o jego czoło.

Nie skończył. Nie chciał jeszcze. Wiedział, że Nina słyszy, i chciał mieć dla niej coś więcej niż zmęczenie.

Do fotela dotarł urywany oddech Alicji. Nina poczuła, jak Marek nieruchomieje pod nią, zasłuchany.

Wiedziała, co słyszy. Wcześniej poczuła, że twardnieje w niej bardziej, kiedy patrzył, jak Alicja porusza się na Filipie, i nie miała mu tego za złe. Sama, kiedy Filip pochylił się nad piersiami przyjaciółki, poruszyła się na Marku mocniej, niż zamierzała. Teraz słyszała pod tym oddechem niski dźwięk Filipa i przez sekundę chciała się odwrócić. Nie odwróciła się. Zamiast tego powoli podniosła się z kolan Marka. Zrzuciła majtki, które nadal trzymały się przy kostce, i podała mu rękę. Wstał, zostawiając spodnie i bieliznę przy fotelu.

– Chodź.

Nina sięgnęła po koc z oparcia fotela i rozłożyła go na dywanie, obok kanapy. Marek odsunął podnóżek. Nie musieli wychodzić; wystarczyło zrobić trochę miejsca.

– Tutaj – powiedziała, klękając na kocu.

Alicja odwróciła głowę. Przyjaciółki wymieniły krótki uśmiech, po czym Nina zwróciła się do Marka.

Oparła się na dłoniach i kolanach, plecami do niego, i spojrzała przez ramię, jak wtedy, tylko że teraz nie było szyby, w której musiała się rozpoznać. Był Marek, w rozpiętej koszuli, który ukląkł za nią, przyłożył dłoń do jej krzyża i czekał.

Cofnęła się na niego. Wszedł w nią powoli, do końca, i przez moment oboje nie robili nic, tylko słuchali: z kanapy dochodził szept, potem cichy śmiech Filipa, krótki, ten, który wydawał, kiedy coś go zaskakiwało. Nina zamknęła oczy. Od powrotu z młyna tyle razy bolała ją myśl o tych dwojgu. Teraz słyszała śmiech Filipa tuż obok i potrafiła go przyjąć bez lęku.

Zaczęła poruszać biodrami, a Marek dostosował się do spokojnego rytmu. Trzymał ją za biodra, potem pochylił się i objął ją w pasie; poczuła jego pierś na plecach, koszulę, oddech przy uchu. Dłoń zsunęła się pod nią, między uda, i trafiła od razu.

– Słyszysz? – szepnęła. – Dobrze jej tam.

Nie odpowiedział, ale ruch stał się pewniejszy.

W tej pozycji potrzebowała czasu i dotyku palców. Nie spieszyła się: opuściła się na przedramiona, wypchnęła biodra wyżej i pozwoliła, żeby to trwało. Koc marszczył się pod kolanami. Na ścianie poruszały się dwa cienie. Marek utrzymywał rytm długo, równo, z czołem na jej łopatce, a kiedy zaczęła się zaciskać, nie przyspieszył, tylko pogłębił ruch. Szczytowała na kolanach, z twarzą w zgięciu łokcia, nie próbując tłumić głosu.

Trwało to długo. Kiedy ucichła, poczuła, że się wysuwa.

– Nie skończyłeś – powiedziała w koc.

– Nie. – Głos miał ochrypły. – Chcę teraz być z Alicją.

Odwróciła głowę i popatrzyła na niego, klęczącego na kocu, w rozpiętej koszuli, z włosami ciemnymi od potu. Nie poczuła się odsunięta. Sama też chciała wrócić.

– Ja też chcę podejść do Filipa.

Marek podniósł się z koca. Alicja siedziała na Filipie, już bez ruchu, z policzkiem na jego ramieniu. Zauważyła partnera obok kanapy i podniosła głowę.

Zsunęła się z Filipa bez słowa. Przesunął dłonią po plecach Alicji, gdy wstawała.

Podeszła do Marka, który czekał obok kanapy. Wsunęła dłonie pod rozpiętą koszulę i zsunęła ją z ramion partnera.

Położyli się na dywanie, na boku, twarzą do siebie. Nie kazał jej zamykać oczu. Nie pytał, kogo widzi. Uniosła nogę na jego biodro i wszedł w nią tak, jak leżeli, powoli, patrząc, a Alicja poczuła, że po raz drugi tej nocy jest pełna i że ta bliskość różni się od poprzedniej.

– Widzę cię – powiedział.

Nie „jesteś moja”. Nie „kogo widzisz”. Widzę.

Poruszali się wolno, zmęczeni i niespieszni. Marek pamiętał, że kolejne zbliżenie wymagało od Alicji więcej czasu. Nie pytał, czy jest blisko. Gdy odchyliła się na plecy, podążył za nią i podparł się na przedramionach.

Nina podniosła się z koca i usiadła obok Filipa na kanapie. Alicja zobaczyła kątem oka nagą przyjaciółkę wtuloną w bok narzeczonego i dłoń spoczywającą na kolanie. Nie odwracali wzroku, ale nie przerywali też własnej bliskości.

Zamknęła oczy. Tym razem sama.

Pod powiekami był tylko Marek: ciężar, zapach, rytm, który w końcu przestał być równy. Wsunął dłoń między ich ciała. Alicja potrzebowała teraz więcej czasu niż z Filipem; zmęczenie brało górę nad pośpiechem. Całymi minutami słyszała oddech partnera, skrzypienie kanapy za sobą i własne „jeszcze”, wypowiedziane w zagłębienie szyi.

Na kanapie Nina poruszyła się niespokojnie. Nie znała tej twarzy przyjaciółki: pozbawionej ostrożności, bez prób ukrycia choćby jednego grymasu. Osiem lat przymierzalni, basenów i nocnych rozmów nie przygotowało jej na taki widok. Filip także patrzył, przesuwając dłoń z kolana wyżej, ku wewnętrznej stronie uda.

Rozchyliła nogi. Nie odrywała wzroku od dywanu, kiedy palce narzeczonego wsunęły się w nią, wciąż mokrą po wcześniejszym zbliżeniu i od tego, co oglądała. Nacisnęła biodrami na dłoń. Przy uchu usłyszała gwałtowniejszy oddech Filipa.

Alicja poczuła wreszcie, jak przyjemność rozlewa się od środka aż po palce stóp. Była cicha i długa. Otworzyła oczy i napotkała wzrok Marka. Skończył w niej zaraz potem, z czołem przy skroni, i pozostał tak, ciężki, dopóki nie przesunęła dłoni po jego plecach.

Wtedy Filip ukląkł przed kanapą i przyciągnął Ninę do krawędzi. Objęła go nogami. Wszedł w nią bez oglądania się na pozostałych. Trzymał za biodra i poruszał się mocno, szybko, jak człowiek, który czekał cały wieczór i nie zamierza dłużej. Nie szukała kolejnego orgazmu; chciała go takiego, jaki był teraz: pewnego, niecierpliwego, swojego. Ujęła twarz narzeczonego w dłonie. Wypowiedziała imię Filipa raz, głośno, kiedy poczuła, że kończy w niej, nie zamykając oczu.

Na dywanie obok ktoś się poruszył. Nie odwróciła głowy. Wiedziała, kto tam jest.

Ubierali się bez pośpiechu i bez wstydu, co zdziwiło Alicję najbardziej. Znalazła koszulę na oparciu kanapy, wygładzoną. Spódnica leżała tam, gdzie z niej wyszła. Spinka trzymała się na kilku pasmach; wyjęła ją, zebrała włosy i wpięła z powrotem, odtwarzając fryzurę sprzed wyjścia.

Nina, już w sukience, podała Markowi koszulę z zaskakującą swobodą. Filip podniósł z dywanu bordową koronkę, złożył ją starannie i położył na stoliku obok Alicji.

Nina parsknęła.

– Nawet teraz musi poskładać.

– Wiem – powiedziała Alicja.

Popatrzyły na siebie. Wcześniej takie zdanie zdradzałoby tajemnicę. Teraz obie mogły się z niego uśmiechnąć.

Później Nina poszła po sweter, a Filip zgasił świece i otworzył okno. W salonie zrobiło się chłodniej. Alicja siedziała na kanapie obok Marka, z nogami podwiniętymi pod spódnicę. Była zmęczona i nie miała ochoty od razu rozumieć wszystkiego, co czuje.

Gospodarz przyniósł wodę. Postawił szklanki, usiadł w fotelu i po raz pierwszy tego wieczoru nie wyglądał na kogoś, kto czeka na następne zadanie.

– Jest jeszcze makaron – odezwał się.

Marek spojrzał na zegarek.

– To zabrzmiało bardzo rozsądnie.

Nina wróciła w swetrze i z cichym śmiechem usiadła na podłokietniku fotela narzeczonego. Dotknęła Filipa w kark, tak jak podczas zwyczajnych wieczorów. Przykrył jej palce dłonią.

Alicja patrzyła na tę małą wymianę bez poczucia, że odbiera jej coś, co wydarzyło się przed chwilą. Przeciwnie, uspokajała. Nie musiała zajmować miejsca Niny, żeby być dla Filipa kimś ważnym. Nie wiedziała jeszcze, jak nazwie to jutro, lecz dzisiaj wystarczało, że nie musi nikogo wypierać z pokoju.

Marek pochylił głowę.

– Wszystko dobrze?

– Tak. Tylko nie pytaj jeszcze, co myślę.

– Nie zamierzałem. Pytałem, czy chcesz jeść.

Uśmiechnęła się i oparła czoło na ramieniu partnera.

– Chcę.

Odgrzali kolację. Jedli przy tym samym stole, z naczyń, które wcześniej odstawili do zlewu i teraz musieli pośpiesznie umyć. Nina znalazła brakujący widelec pod serwetką. Filip przypomniał sobie o oliwkach, których w ogóle nie otworzyli.

Nie omówili całego wieczoru. Marek powiedział tylko, że cieszy się, iż zostali po przerwie. Filip przyznał, że on również. Alicja zapytała Ninę, czy może napisać następnego dnia. Odpowiedziała, że oczywiście, po czym dodała:

– Ale nie o siódmej.

– Nie planowałam.

– Wolę ustalić tę jedną rzecz.

Nad ranem Marek zamówił taksówkę. Gospodarze zaproponowali nocleg w wolnym pokoju, ale Alicja chciała wrócić do siebie. Powiedziała to bez tłumaczenia, że nie chodzi o żal ani zły nastrój. Nina przyjęła odpowiedź i podała płaszcz.

Pożegnania były cieplejsze niż powitanie, ale nadal trochę niezręczne. Ktoś podał rękę w chwili, gdy druga osoba chciała się przytulić. Przez moment nie mogli zdecydować, kto pierwszy przejdzie przez drzwi. Na koniec Filip przypomniał o pudełku z jedzeniem.

– Weźcie. Inaczej znowu będziemy jeść to trzy dni.

W taksówce Alicja trzymała pudełko na kolanach. Marek ujął ją za rękę. Nie rozmawiali, dopóki kierowca nie zapytał, czy mają ochotę na muzykę.

– Może być – odpowiedziała.

Poleciała piosenka, której żadne nie znało. Patrzyła na puste przystanki i odbicia świateł w szybie. Czuła bliskość Marka, zmęczenie i ciekawość następnego dnia. Żadna z tych rzeczy nie była tak wyraźna, żeby nazwać ją całym sensem wieczoru.

W domu postawił pudełko w lodówce. Alicja zdjęła spinkę i położyła na komodzie. Kiedy zgasiła światło w przedpokoju, poszedł za nią do sypialni, bez pytania, gdzie tej nocy ma spać.


Alicja obudziła się przed dziesiątą. Marek spał na brzuchu, z jedną ręką pod poduszką. Leżała bez ruchu, czekając na uczucie, które miałoby wyjaśnić resztę. Nie przyszło. Była niewyspana, trochę głodna i zaskakująco spokojna, a pod tym spokojem poruszało się coś, czego jeszcze nie umiała nazwać.

Wstała, założyła domowe spodnie i bluzę. W kuchni wyjęła pudełko od Filipa, przeczytała karteczkę z nazwą sosu i odłożyła je do lodówki. Na śniadanie chciała czegoś zwyczajnego. Zrobiła jajka, przypaliła jeden tost i zjadła go nad zlewem, zanim partner wszedł do kuchni.

– Zaczęłaś beze mnie.

– Ten nie liczy się jako jedzenie.

Pokazała czarny brzeg pieczywa. Marek nalał wody do czajnika, potem usiadł. Przez kilka minut rozmawiali o śnie, budziku, który szczęśliwie się nie włączył, i o tym, że trzeba kupić żarówkę do przedpokoju.

Alicja zastanawiała się, czy oboje czekają, aż drugie poruszy temat. W końcu odłożyła widelec.

– Nie żałuję.

Podniósł wzrok.

– Ja też nie.

Ulga była krótka, ale prawdziwa. Zaraz potem przyszło następne pytanie.

– Był jakiś moment, kiedy chciałeś wyjść?

– Kiedy Filip poszedł do kuchni. Pomyślałem, że może wszyscy właśnie próbujemy wyglądać lepiej, niż się czujemy.

– Ja wtedy też.

– A później?

Zastanowiła się. Nie chciała odpowiedzieć tak, żeby go uspokoić kosztem tego, co zapamiętała. Powiedziała, że później poczuła się swobodniej, ale przez pewien czas nadal szukała wzrokiem partnera. Nie po to, żeby sprawdzić, czy wolno jej zostać. Chciała mieć pewność, że jest z nim w tym samym wieczorze.

Marek przesunął palcem po uchu kubka.

– Ja z kolei bałem się, że będziesz na mnie patrzeć cały czas.

Uśmiechnęła się z niedowierzaniem.

– Czyli źle w obie strony.

– Nie źle. Po prostu inaczej, niż sobie układaliśmy w głowie.

Zjedli resztę śniadania. Rozmowa nie płynęła równo. Między pytaniami były długie przerwy, ktoś wstawał po sól albo chował masło. Alicja raz się zdenerwowała, kiedy Marek zaczął opisywać własny niepokój tak ogólnie, że nie wiedziała, czego dotyczy.

– Powiedz konkretnie.

– Nie mam ochoty robić porównania.

– Ja też nie. Ale nie umiem odpowiadać na coś, czego nie nazywasz.

W końcu powiedział, że przez moment zabolała go łatwość, z jaką porozumiewała się z Filipem. Alicja przyjęła to ciężej, niż oczekiwała. Miała ochotę przypomnieć, że właśnie po to się spotkali, lecz nie chciała sprowadzać rozmowy do sprawdzania wcześniejszych ustaleń.

– To było nowe. Z tobą nie wszystko jest nowe. Nie chcę udawać, że jest.

Marek patrzył na nią uważnie.

– Ale chcę z tobą wracać do domu. I nie mówię tego na pocieszenie.

Nie przytulili się od razu. Potrzebował chwili, żeby usłyszeć to bez szukania drugiego dna. Potem wstał, podszedł i pocałował ją w czoło.

– Dobrze, że mi to powiedziałaś.

Alicja oparła dłonie na biodrach partnera. Nie miała poczucia, że udzieliła odpowiedzi na wszystkie przyszłe pytania. Chciała tylko, żeby uwierzył w dzisiejszą.

Późnym przedpołudniem Nina napisała na wspólnym czacie: „Żyjecie? Została u nas ładowarka”.

Marek zajrzał do torby.

– Moja.

Odpisał. Filip dopisał, że przy okazji znaleźli też wieczko do pojemnika, którego nikt nie potrafi rozpoznać. Przez kilka minut wymieniali zdjęcia plastiku i żartowali z restauracyjnego systemu przechowywania. Alicja poczuła wdzięczność za tę zwyczajność. Nie musiała udawać, że nic się nie wydarzyło, żeby porozmawiać o rzeczy bez znaczenia.

Nie napisała jednak od razu, że powinni się znowu spotkać. Chciała najpierw przeżyć jeden spokojny dzień z Markiem. Poszli po żarówkę, kupili warzywa, wrócili okrężną drogą przez park. Przy stoisku z książkami zatrzymała się nad albumem, który oglądała kiedyś zbyt długo, żeby udawać brak zainteresowania.

Marek zapytał o cenę.

– Nie musisz mi nic kupować – powiedziała.

– Wiem. Pytam dla siebie.

Obejrzeli album razem, sprzeczając się o jedną fotografię. Kupili go na spółkę. Dopiero pod domem Alicja zorientowała się, że od godziny nie myślała o tym, jak ocenić minioną noc.


U Niny i Filipa poranek zaczął się później. Obudził ich telefon z restauracji. Filip załatwił sprawę w przedpokoju, wrócił do łóżka i usiadł na brzegu, rozcierając kark.

– Musisz jechać?

– Nie. Udało się.

Nina przesunęła poduszkę, robiąc miejsce. Położył się obok. Patrzyli w sufit, dopóki nie zapytała, czy przerwa w kuchni była jedynym trudnym momentem.

– Nie – odpowiedział. – Ale reszta nie była trudna w taki sam sposób.

Nie prosiła o natychmiastowe wyjaśnienie. Wstała po wodę, wróciła i podała szklankę. Filip powiedział potem, że najbardziej zaskoczył go koniec: wspólne jedzenie, żart o makaronie, zwyczajne szukanie płaszczy. Spodziewał się, że będzie chciał odzyskać mieszkanie jak najszybciej. Tymczasem żałował, że goście już wychodzą.

– Mnie też było szkoda – przyznała.

– Tylko dajmy sobie teraz trochę czasu. Nie umawiajmy następnego razu od razu.

– Nie zamierzałam.

– Wiem. Mówię, żebyś nie musiała zgadywać.

Nina odstawiła szklankę na szafkę. Przez ostatnie miesiące wielokrotnie zastanawiała się, czy zdanie „nie teraz” oznacza kiedyś, czy nigdy. Usłyszała je bez dawnego napięcia. Nie musiała dopowiadać sobie, że odkłada spotkanie bez końca.

Po śniadaniu sprzątali salon. Pod kanapą leżała ładowarka Marka, pod stołem oliwka, a między książkami znalazła się zmięta serwetka. Nina chciała od razu zmienić ustawienie foteli, ale narzeczony poprosił, żeby zostawiła.

– Tak jest wygodniej.

– Naprawdę?

– Wczoraj zauważyłem.

Usiadła w jednym z foteli. Z tego miejsca widziała zarówno kuchnię, jak i okno. Filip sprawdził wiadomości, po czym odłożył telefon i usiadł naprzeciw.

Nie rozmawiali o ślubie ani mieszkaniu. Te tematy nadal czekały, ale przez jeden poranek nie musiały być miarą tego, czy potrafią być razem. Nina otworzyła książkę. Po kilku stronach zauważyła, że narzeczony zasnął, z głową odchyloną na bok.

Przykryła go kocem i wróciła do czytania.


We wtorek Alicja wysłała na wspólny czat fotografię albumu kupionego w parku. Nina natychmiast rozpoznała nazwisko fotografa. Marek zaproponował wystawę, która kończyła się za dwa tygodnie.

„W niedzielę mogę po szesnastej” – odpisał Filip.

Nikt nie zapytał, co będzie później. Ustalili godzinę przy kasach, sprawdzili bilety i posprzeczali się o miejsce na kawę.

Alicja odłożyła telefon. Marek siedział przy stole, oglądając odbitki z ostatniej sesji. Podsunął jedną, prosząc o opinię. Przysunęła krzesło.

– Znowu kot?

– Tym razem fotel bez emocji.

Popatrzyła na zdjęcie, potem na niego. W niedzielę zobaczą się we czworo. Dzisiaj mieli wieczór dla siebie, zakupy do rozpakowania i album, którego jeszcze nie skończyli oglądać.

Marek podniósł stos odbitek, robiąc miejsce.

Alicja usiadła obok.

75
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.