Ilustracja: юлиана-маринина

Hugo (III)

18 lipca 2023

Opowiadanie z serii:
Hugo

48 min

Kolejna część universum Gran Hombre, tym razem z perspektywy kobiety.

Sierota

Hrabianka Joanne Howard

 

Targowisko między hrabstwami Solis i De-Winter było najwspanialszym miejscem na ziemi. Można tam było znaleźć dosłownie wszystko, bez udawania się w daleką podróż do któregoś z większych miast. Przyjeżdżali tu sprzedawcy z połowy królestwa. Choć każde z hrabstw miało przynajmniej trzy targowiska na swoim terenie, to te znajdujące się na granicach zawsze były dużo ciekawsze. A Targowisko Wierzbowe, które dzieliło teren miedzy Solis i De-Winter renomą dorównywało samemu stołecznemu placowi handlowemu. Swoją nazwę wzięło od przepięknego zagajnika wierzbowego, okalającego jego północno-zachodnią stronę. Zagajnik dawał cień i schronienie zwierzętom, gdy ich właściciele rozpoczynali handel. Dzieciaki miały tam wspaniały teren do zabawy, a opiekunowie: ojcowie, wujowie, bracia, świeże witki dyscyplinujące pod ręką. Jeśli tylko zaszła potrzeba naprostowania zachowania kogokolwiek podczas trwającego targu. Było nawet wygospodarowane specjalne miejsce z jednej strony, aby zapewnić minimalną dyskrecję karconemu. Jakby dwie drewniane ściany zbite z brzozowych desek  mogły ukryć dziejące się za nimi sceny. Niejednokrotnie miałam wątpliwą przyjemność kupować warzywa przy akompaniamencie odgłosów towarzyszących razom wymierzanym na gołą skórę, których nie był w stanie zagłuszyć nawet gwar towarzyszący targowemu zamieszaniu.

 

Na stałym lądzie kary cielesne były czymś całkowicie normalnym. Choć panowała w tej sprawie olbrzymia nielogiczność. Mężczyzna, głowa domu i opiekun, miał prawo ukarać domowników wedle uznania, zgodnie z panującym prawem. Wszyscy o tym wiedzieli. Jednocześnie, oficjalnie nikt nic na ten temat nie mówił. Zupełnie tak, jakby nigdy żadna przemoc nie została zastosowana. Przez nikogo, na nikim. Nie wiedziałam, czym było spowodowane udawanie, że nic się nie wydarzyło. Cioteczka, gdy ją pewnego dnia zapytałam: dlaczego mężczyzna może bić, a kobieta nie dość, że ma na ten cały proceder pozwolić, to jeszcze nie może o tym nikomu powiedzieć – uśmiechnęła się do mnie smutno i stwierdziła, że taki jest porządek świata. O oddychaniu też nie rozmawiamy, gdyż ta czynność jest jak najbardziej naturalna. Kara świadczyła o przewinieniu, więc nie należało się nią chwalić w szerszym gronie. To źle świadczyło o ukaranym. Skoro ktoś zasłużył na chłostę, to powinien z niej wyciągnąć wnioski, a nie trwać w nieuzasadnionym żalu. Kara zależy tylko i wyłącznie od winowajcy. Jeśliby nie zasłużył, to nie byłoby problemu. Na moje stwierdzenie, że papa nigdy nie uderzył ani matki, ani mnie, gdyż nad wszystko cenił rzeczową rozmowę, roześmiała się tylko głośno, a potem wzięła moją twarz w dłonie, ucałowała w czoło i wymamrotała pod nosem, że to wychowanie odbije mi się kiedyś czkawką. Jedyne co było pewnym, to to, że mężczyźnie nie wolno było trwale uszkodzić kobiety. W końcu nikt nie chciałby żony, którą zdobiły blizny. Nawet jeśli miały się one znajdować na pośladkach lub udach. Krnąbrna córka, siostra, podopieczna oznaczała niewątpliwie spore kłopoty wychowawcze. A z tego, co zdążyłam zauważyć, żyjąc już troszkę na tym świecie, to to, że mężczyźni byli dość leniwi, jeśli chodziło o zaangażowanie w związek. Zupełnie jakby byli emocjonalnie upośledzeni.

 

Choć w całym Gran Hombre znane były przypadki, gdy maż, ojciec lub brat zakatował żonę, córkę, siostrę, wciąż na całe szczęście nie zdarzały się one zbyt często. Społeczeństwo udawało zszokowanie, tylko dziwnym trafem przeważnie ci mężczyźni unikali większej odpowiedzialności za swój czyn. Sprawiedliwość w Gran Hombre była… dziwna. Zupełnie dla mnie niezrozumiała. Teoretycznie chroniła kobietę, ale w praktyce trudno było o ratunek, skoro to pan domu był sprawiedliwością. Im dłużej żyłam na stałym lądzie, im więcej patrzyłam na relacje rodzinne panujące w naszym grodzie, tym mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że muszę zrobić wszystko, żeby wrócić na wyspę Howarda. Na moją wyspę. Najpiękniejsze miejsce na ziemi. Gdzie zasady mojego papy zostały wprowadzone w życie i zaakceptowane. Kochałam to miejsce i bardzo tęskniłam za ludźmi, którzy tam mieszkali. Tam byłam szczęśliwa. Tutaj… niekoniecznie.

 

Targowisko było również kopalnią informacji, a mieszcząca się niedaleko karczma pozwalała handlarzom przybywającym z daleka odpocząć po podróży lub nabrać sił przed kolejnym targiem, na który akurat jechali. Podobno oprócz strawy i noclegu, mężczyźni za odpowiednią zapłatą mogli zaznać też uciech cielesnych, zagrać w karty, lub potańczyć. Niestety nigdy nie byłam w żadnej z tego typu karczm. Choć ochotę miałam wielką. Byłam niesamowicie ciekawa jak wygląda wnętrze takiego miejsca. O ile nie interesowała mnie jadłodajnia i pokoje noclegowe, o tyle miejsce potańcówki, przestrzeń hazardowa czy same kurtyzany sprawiały, że mój wzrok jakoś tak … machinalnie uciekał wciąż w kierunku karczmy na każdym z targów, na których byłam. A akurat ta konkretna, przy Targowisku Wierzbowym dodatkowo słynęła z podziemnych walk, prawdopodobnie nie do końca legalnych. Choć teoretycznie powinna być neutralna, to należała do hrabstwa De- Winter. Oczywiście to wszystko były tylko plotki, które udało mi się usłyszeć, gdy razem z kuzynkami robiłam zakupy. Wiele o niej słyszałam, troszkę zobaczyłam. Widziałam, że pracujące tam kobiety są piękne. Ich różnorodność kojarzyła mi się z kwietną łąką, na której każdy kwiat jest inny, ale nie jesteś w stanie wybrać tego najpiękniejszego. Czasem wychodziły w dzień targowy po drobne sprawunki. Chodziły po placu niczym boginie, a zwykli mieszkańcy rozsuwali się przed nimi robiąc im miejsce. Kobiety odwracały wzrok lub patrzyły na nie nienawistnie. U mężczyzn dało się zauważyć pożądanie i błysk w oku. Ja przyglądałam im się zafascynowana. Te kobiety poruszały się z gracją, były ubrane w starannie szyte suknie, z drogich materiałów, przepięknie pachniały. Marzyłam, aby kiedykolwiek móc mieć tak wonne perfumy. Chodziły dumne, z wysoko uniesionymi brodami, zupełnie jakby same były sobie panem i władcą. Jakby ich nic nie ograniczało. W jakiś sposób imponowała mi ich niezależność.

 

Kiedyś słyszałam co prawda plotki, że ich życie wcale takie kolorowe nie jest. Pamiętam jak dwie handlarki biżuterii opowiadały, że jedna z kurtyzan miała dość bicia i postanowiła uciec. Niestety została złapana przez opiekuna karczmy. Zdarto jej skórę z pośladków i ud do krwi, zadbano, żeby straciła zęby i została oddana do więzienia na posługę. O jaką posługę chodziło już nie usłyszałam, bo kobiety zamilkły gdy mnie zobaczyły. Wiedziałam, że w każdej plotce jest odrobina prawdy. A ja bardzo lubiłam jej dociekać. Niestety byłam kobietą, musiałam zachowywać ostrożność. Choć wiedziałam, że prędzej czy później znajdę się w karczmie. Właśnie w tej konkretnej. Miałam plan zobaczyć na własne oczy to miejsce rozpusty. Może właśnie dlatego, że wuj zabraniał. Gdyby dowiedział się, że zbliżyłyśmy się z kuzynkami choćby na 10 kroków do tego przybytku, moje kuzynki nie usiadłyby przez trzy dni co najmniej, a ja miałabym problemy z chodzeniem. Zakaz kar cielesnych względem mojej osoby został innowacyjnie ominięty przez wuja.

 

Gdy moi rodzice zginęli na wodzie, miałam niespełna dwanaście lat. Pozycja, tytuł i pieniądze, które od pokoleń znajdowały się w naszej rodzinie, uchroniły mnie przed skończeniem w przytułku dla dzieci, lub – co gorsza – w jednym ze zborów świątynnych. Trafiłam pod opiekę siostry mego papy. A dokładniej rzecz ujmując, pod prawną opiekę jej męża. Peter Perkins, kapłan bogów ziemi, kaznodzieja bez talentu i polotu, człowiek podły i małostkowy już od dobrych trzech lat uprzykrzał mi życie. Papa w testamencie wyraźnie zaznaczył, że nie wolno wujowi mnie karcić fizycznie. Musiał wiedzieć, do czego kapłan był zdolny. A papa zawsze się o mnie troszczył. Tak za życia, jak i po swojej śmierci. Byłam dla niego najważniejsza, zawsze to powtarzał. Mówił, że wyprzedzam swoje czasy i zostałam stworzona do czegoś wielkiego. Był ze mnie autentycznie dumny, pomimo tego, że byłam jego jedynym dzieckiem. Nie przeszkadzało mu zupełnie, że byłam dziewczynką. Powtarzał, że każdy może mieć syna, ale tak wyjątkową córkę posiadają jedynie wybrani. Ciekawe, czy wuj Peter podzielał jego zdanie. Czasem miałam wrażenie, że utrzymuje cioteczkę brzemienną tyle razy, żeby w końcu doczekać się dziedzica. Choć żal mi było siostry mojego papy, bo każda kolejna ciąża bardzo ją męczyła, to odczuwałam dzika wręcz satysfakcję, że wuj jest damskim krawcem i nie potrafi spłodzić chłopca. A cioteczka wyglądała na szczęśliwą, dlatego bez wyrzutów sumienia patrzyłam z uśmiechem na jego rozczarowanie sobą samym. W Gran Hombre wierzono, że choć to kobieta nosi dziecko pod sercem, rodzi je i karmi, to jednak za jego płeć odpowiada nasienie mężczyzny.  

 

Gdyby zakaz mojego papy został złamany i zostałabym wychłostana przez wuja lub cioteczkę, moi opiekunowie straciliby cały majątek, a wuj dodatkowo trafiłby za kraty. Nie miałam pojęcia, jak papa osiągnął takie zabezpieczenie. Być może zadziałały tu koneksje mojej matki. Była spokrewniona z rodem królewskim.

 

Tak czy inaczej, zapis został ominięty w sposób, który nie pozwalał na złożenie skargi. Moja jakakolwiek niesubordynacja kończyła się klęczeniem na grochu, który sama musiałam rozsypać. Teoretycznie to nie wuj mnie karcił, sama to sobie robiłam. Zbuntowałam się raz, ale odpowiedzialność zbiorowa, która została wyciągnięta przez kapłana względem wszystkich domowników, skutecznie zgasiła we mnie chęć jakiegokolwiek buntu w ewentualnej przyszłości. W tamtym momencie, uczucie triumfu wywołanego nieposłuszeństwem względem nakazu kapłana, spłynęło razem ze łzami moich kuzynek, gdy ich własny ojciec zbił je tak mocno, że siedziały z trudem przez dobry tydzień. Ja musiałam na wszystko patrzeć, a wuj wykazał się wyjątkowym okrucieństwem i perfidią, bo przed każdym uderzeniem powtarzał, że to moja wina. Płakałam więc równie mocno co jego córki. Cel osiągnął, moje kolejne bunty były zdecydowanie subtelniejsze i działy się na linii ja- wuj. Bywały więc takie tygodnie, gdy kolana miałam fioletowe. Milczałam jednak, bo była to niewielka cena, jaką musiałam zapłacić, za napsucie krwi temu podłemu staruchowi. Milczałam, bo kochałam ciotkę i ostatnim co chciałam, to było przysparzanie jej zmartwień.

 

Wyprawa na targ w dzień handlowy kojarzyła mi się z szykowaniem się na bal, na którym nigdy jeszcze nie byłam. Rodzice nie zdążyli mnie na takowy zabrać. Wuj stronił od wszelkich potańcówek. Uważał je za wymysł piekielny i takimi poglądami raczył swoje osiem córek i mnie przy okazji. Dlatego co drugi wieczór, przed snem słuchałyśmy opowieści o podziemnych bóstwach pełzających tuż pod powierzchnią ziemi w poszukiwaniu niewiast zachowujących się wbrew regułom. Według niego zbyt głośne tupanie, czy radosne tańczenie w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym mogło ściągnąć gniew tych wszystkich potworów. Demonio volador, które latając po niebie tylko czyhały na nasze dziewczęce wdzięki i polowały na każdą, która ośmieliła się chodzić z odkrytą głową. Naprawdę ciężko było zachować powagę, słuchając takich bredni. Wuj czerwieniał cały, opowiadając o tym, jak te powietrzne poczwary porywają niewiasty, które mają gołe głowy, tylko po to by z nimi chędożyć w koronach drzew, zapładniać, a bękartami urodzonymi z tych związków zasilać burdele. To miało tłumaczyć, czemu nakaz jakiegokolwiek nakrycia głowy nie obowiązywał kurtyzan. Jeśli bym wierzyła w te bzdury, to również mogło tłumaczyć skąd te kobiety były takie piękne.

 

— Wuju, ale jak opaska, lub chustka może nas ustrzec przed volador, skoro i tak widać włosy? — odważyłam się raz zapytać.

 

Wuj spojrzał na mnie srogo i zimno odpowiedział, że takie nakrycie oślepia demona. Parsknęłam śmiechem, ale podniesiona dłoń Petera skutecznie mnie uciszyła. Nie uderzył mnie tym razem, ale wcześniej poznałam już siłę jego ręki. Nikt o tym nie wiedział oprócz ciotki. Nikomu z zewnątrz nie powiedziałam. To było, zanim dowiedziałam się o zapisie. Tuż przed pogrzebem rodziców. Symbolicznym, bo ciała nigdy nie zostały odnalezione. Zabrała je wielka woda. Znając poglądy papy i wyznanie matki, nie chciałam się zgodzić na obrządek ziemski. Matka była czcicielką bóstw powietrza. Pragnęłam, by sprowadzili kapłana powietrza, ale wuj się sprzeciwił. Nowy hrabia – Edward Solis nie zareagował, a ja wpadłam w histerię. Zwyzywałam wuja, a on mnie wtedy spoliczkował. Pamiętam, że cios wymierzony wierzchem dłoni powalił mnie na ziemię. Przed laniem pasem uratowała mnie cioteczka. Wpadła do izby i zasłoniła własnym ciałem, krzycząc do męża, żeby wyszedł, bo muszą porozmawiać. Wtedy Peter dowiedział się o zapisie. I to był chyba moment, w którym zaczął mnie jawnie nienawidzić.

 

Miałyśmy się również wystrzegać wody, zwłaszcza płynącej. W końcu tam również czaiło się zło w czystej postaci. Wszelkie topielce, utopce i gwałtowniki snuły się nad taflą wody niczym mgła w jesienny wieczór, lub ukrywały w spienionej wodzie czekając cierpliwie na swe ofiary. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego na niebezpieczeństwo narażone były jedynie dziewczęta i młode kobiety. Przecież logicznie myśląc, taki sześcio- siedmioletni chłopiec miał mniej siły niż dwudziestoletnia kobieta. Tymczasem wszelkie potworne plugastwo mityczne czyhało właśnie na kobiety. Mężczyzn i chłopców omijając szeroko. To była jawna niesprawiedliwość ze strony tych istot. Swoją drogą nigdy żadnej nie spotkałam i szczerze wątpiłam w ich prawdziwość. Mój papa jawnie określał siebie jako agnostyka. Pamiętam jak z matką prowadził bardzo ciekawe rozmowy do późna, próbując obalić tezy wysuwane przez nią na temat istnienia bóstw wszelakich. Matka jako wychowanka gór oddawała największą cześć bóstwom powietrza. Papa pozwalał jej na to, za każdym razem uśmiechając się jedynie pod nosem. Mówił, że póki sam nie musi odprawiać żadnych guseł, póty matka może swobodnie oddawać się temu nieszkodliwemu szaleństwu. Jedynym warunkiem twardo postawionym, był zakaz wciągania mnie w cokolwiek. Tego papa pilnował bardzo skrupulatnie. Miałam mgliste wspomnienie jednej sytuacji, w której papa podniósł na matkę głos, gdy chciała, abym odprawiła z nią jakiś obrzęd. Doszli jednak wtedy do porozumienia. Miałam poznać różne wyznania, ale w sposób, w jaki poznaje się litery, lub rachunki. Na zimno i bez emocji towarzyszącym wyznawcom. Mieliśmy trzy wieczory w tygodniu na takie dysputy i naukę. Siadałam wtedy na dywanie u stóp papy i przysłuchiwałam się z zaciekawieniem wymianie argumentów między rodzicami. To były cudne czasy, czułam się kochana, akceptowana, ważna. Papa wszystko mi tłumaczył, spokojnie wyjaśniał. Mawiał do matki „Anno, nasza córka ma bystry umysł, musi wchłonąć jak najwięcej teraz, zanim wciągnie ją ta bezużyteczna machina edukacyjna”.  Chłonęłam jak gąbka każdą taką chwilę z rodzicami, delektowałam się nią niczym najlepszym deserem lodowym. Na co dzień rodzice nie mieli dla mnie zbyt dużo czasu, ale w te wyjątkowe wieczory miałam ich tylko dla siebie. John Howard był wizjonerem, widział dużo więcej niż ludzie myśleli. Nawet jego własna żona. Król go szanował, cenił jego pomysły. Książęta radzili się w wielu kwestiach. Jego nagła śmierć była wielką stratą dla całego Gran Hombre. Świat stracił wielkiego człowieka, a ja najcudowniejszego ojca, jaki mógł tylko istnieć.

 

Zostałam wzięta pod opiekę człowieka, który uważał, że jedynie las i pola są w stanie zapewnić jako takie bezpieczeństwo. Z domu pełnego logicznych argumentów i rzeczowej rozmowy, trafiłam pod dach, gdzie ostatnie słowo należało do pana domu, a kary cielesne były na porządku dziennym. Choć musiałam przyznać, że wuj starał się być sprawiedliwy, to wychodziło mu to jednak słabo. Jedynie ciotka miała specjalne względy u męża. Patrząc na nich, nie dało się nie zauważyć głębokiej więzi, jaka łączyła tych dwoje. Czasami zakradałam się w nocy do kuchni i przez uchylone drzwi patrzyłam jak ciotka odpoczywa przy kominku, leżąc na kanapie, a wuj masuje jej stopy. Ta kobieta była praktycznie cały czas w stanie błogosławionym. Nic dziwnego, że pod koniec każdego dnia bywała zmęczona. Uśmiechali się do siebie czule i cicho rozmawiali. To były momenty, w których bardzo tęskniłam za rodzicami. Choć nie mogłam sobie przypomnieć żadnej sytuacji, w której papa z matką zachowywaliby się podobnie. Jednej z takich nocy prawda uderzyła we mnie z ogromną siłą. Ciotkę i wuja łączyła jakaś niewypowiedziana więź, intymne wręcz uczucie. U moich rodziców nigdy takiego spojrzenia nie zauważyłam.

 

Prawo mówiło, że mąż nie może stosować kar cielesnych na swojej ciężarnej żonie. Cioteczka, w tych rzadkich chwilach, gdy w ciąży nie była,  miała momenty, w których podpadła mężowi swoim zachowaniem. Jednak kara wymierzona przez męża w niczym nie zmieniała jej uczucia do niego. Ani jego do niej. Nie widziałyśmy samego lania, bo wuj zapewniał żonie prywatność, ale grymas na twarzy, który towarzyszył czasem ciotce podczas siadania, wyraźnie sugerował co się wydarzyło w ich pokoju. Tylko dzieci karcono na oczach domowników. Wuj uważał, że kara w towarzystwie rodzeństwa jest dodatkowym ostrzeżeniem dla reszty. Widoczną przestrogą, co się stanie, gdy któraś z jego córek postąpi podobnie. Dla mnie jednak takie wydarzenie było niczym oglądanie egzekucji. Płakałyśmy wtedy wszystkie. Ta, która była bita, płakała z bólu i upokorzenia, a ta, która akurat czekała w kolejce na swoją kolej, ze strachu. Reszta z żalu nad losem sióstr. Wuj wyznawał zasadę starej szkoły, dlatego w kuchennym wazonie miał zawsze naręcze rózg różnego rodzaju i grubości. W zależności od humoru i przewinienia. Co więcej, gdy ja zamieszkałam z nimi, obok wazonu pojawił się również woreczek z nasionami grochu.  

 

Nie powinno mnie to dziwić tak naprawdę, w całym królestwie panowały takie same zasady. To, że mój papa był wyjątkowy, wcale nie oznaczało, że inni mężczyźni będą mu dorównywać bystrością umysłu. Ponieważ mój wuj był bardzo zagorzałym kapłanem, czującym powiew boskich oddechów na swoim piegowatym karku, dodatkowo byłam zmuszona wysłuchiwać tych wszystkich niestworzonych historii. To były tak potworne bzdury, że całkowicie wyłączałam się na czas wujowej pogadanki. Skoro już byłam zmuszana do oddawania czci komukolwiek, można było choćby minimalnie uszanować moją zmarłą matkę i pozwolić mi wychowywać się w jej wierzeniach.  Kiedy, jeszcze na samym początku, odważyłam się zaśmiać podczas jednej z tych historii opowiadanych przez kapłana, dostałam od wuja w twarz tak mocno, że siedząc na łóżku spadłam z niego lądując kilka kroków dalej. Cioteczka krzyknęła, dziewczynki się rozpłakały, a wuj zimno stwierdził, że za obrazę jego wiary, tak jawną i bezczelną, klaps w policzek to i tak łagodna kara. Zastrzegł, że lepiej będzie dla mnie, jeśli zachowam ten incydent dla siebie, ponieważ każdy sąd by go uniewinnił, a mnie skazał w najlepszym wypadku na chłostę z rąk hrabiego Solisa. I na nic zdałyby się zapisy w testamencie. Prawo do wierzeń było nadrzędne, a ja mieszkając pod jego dachem, miałam się podporządkować.

 

Nie chciałam trafić pod bat hrabiego. Żadnego, ale Solisa w szczególności. Właściwie to pod niczyj bat nie było mi spieszno, nawet pod bat barona władającego naszym grodem. Ale rodu Solis nienawidziłam bardziej niż wuja. Stary Solis był drugim mężem mojej babki, młodszym od niej o jakieś piętnaście lat. Dała mu syna, Edwarda. Wyjątkowo pazerną kreaturę. Miał małe oczka, świński ryjek, a ja byłam przekonana, że rozumu we łbie też nie ma za dużo. Jego ojciec wciąż żył, ale stary hrabia oddał ster swojemu jedynemu synowi. Po śmierci moich rodziców, hrabstwo Howard zostało oddane w ręce Solisów i niestety zmieniło swą nazwę. Miałam wrażenie, jakby Solis tylko czekał na jakikolwiek wypadek Howardów, tylko po to, by móc położyć swoje pazerne łapska na naszych ziemiach. Co prawda hrabstwo, przez te trzy lata rządów nie podupadło finansowo, ale jakiegoś wielkiego rozwoju również nie zauważyłam. Mnie została jedynie wyspa, na którą nie miałam jak dotrzeć. Ta zamorska kolonia przynosiła olbrzymie zyski, niestety ja nie widziałam z tego ani jednego grandanina.

 

Wuj z cioteczką mieszkali prawie przy granicy De–Winter, ale wciąż na terytorium Solis. Mieli dom średniej wielkości z murowanym gankiem. W środku były cztery sypialnie i całkiem spora kuchnia z jadalnią. Domek miał dobudowane dwa pokoje, gdyż pierwotnie miał posiadać jedynie dwie sypialnie i kuchnię. Dzięki dodatkowym izbom rodzina Perkinsów zyskała sporo miejsca, a wuj z ciotką własną przestrzeń. Inaczej wszystkie dzieci musiałyby spać w jednej izbie. Taka rozbudowa była możliwa dzięki posagowi, jaki cioteczka wniosła w to małżeństwo. Dodatkowo papa, póki żył, wspierał swoją siostrę finansowo, wysyłając jej pewien procent z zysków wyspy. Wiedziałam, że wuj był mocno zły na papę. Słyszałam kiedyś, podczas jednych odwiedzin, jak krzyczał, że mój ojciec go nie szanuje, przysyłając pieniądze. Czuł się tak, jakby nie był w stanie sam utrzymać rodziny. Było w tym trochę prawdy. Niemniej papa wytłumaczył swojemu szwagrowi, że Ciotka Eva zawsze będzie w jakiejś części Howardem i należy jej się procent od biznesu. Było to naprawdę nietypowe podejście do tematu. Kobiety po zaślubinach przechodziły pod władze męża, a cały ich majątek w jego władanie. Niektóre tylko mogły się pochwalić własną gotówką. Myślałam, że wolność finansową miały kurtyzany. Oraz wszystkie te kobiety, które po owdowieniu miały na tyle szczęścia, że nie zostały wydane ponownie za mąż. Choć takich przypadków było naprawdę niewiele.  Dzięki pieniądzom cioteczki, wuj mógł się skupić na karierze kaznodziei. Szkoda tylko, że wszystko za niego pisała ciotka. Słyszałam nieraz jak wuj, chodząc po pokoju, mówił żonie co chciałby przekazać, a ona ubierała to za niego w barwne słowa.  

 

Kapłan chyba cieszył się niezmiernie, kiedy jego ziemia zmieniła nazwę. Z tego szczęścia dosadził drzew w ogrodzie. Oficjalnie na znak żałoby po moich rodzicach. Ale ja doskonale wiedziałam, że Jarzębinowce to symbol  nowego życia. Żałobne powinny być buki. Powiedziałam mu wtedy, że wiem co zrobił i dlaczego. Uśmiechnął się wrednie, udając, że nie wie, o co mi chodzi. Nie mogłam się powstrzymać, żeby zmazać z jego gęby ten wstrętny wyraz zadowolenia.

 

– Wiesz wuju – powiedziałam zimno – choćbyś zasadził cały las Jarzębinowców, a ziemia zmieniła swą nazwę jeszcze trzy razy, to nic nie zmieni faktu, że do końca swoich dni będziesz żył ze świadomością, że to pieniądze mojego papy umożliwiły ci mieszkanie tu, w takich warunkach, na takiej powierzchni.

 

Wuj popatrzył na mnie z chęcią mordu w oczach, a ja wróciłam do domu ciesząc się ta krótką chwilą triumfu. Następny dzień musiałam spędzić posługując przy chorej pani Smith. Jednej z wdów bez rodziny, która mieszkała niedaleko naszego domostwa. To miała być dla mnie kara, ale ja bardzo lubiłam panią Smith, a czas w którym nie musiałam oglądać wuja, był dla mnie wyjątkowo cennym.

 

Jako mała dziewczynka, nie zastanawiałam się dlaczego nasz kontakt z jedyną żyjącą siostrą mojego papy był mocno ograniczony. Fakt był taki, że mieszkaliśmy na wyspie Howarda całe moje życie. Na stały ląd przypływaliśmy dwa razy w roku. Lubiłam te nasze wycieczki, ale dużo bardziej wolałam spędzać czas na wyspie. To tam był mój dom. To był cudowny czas, dlatego dużym zaskoczeniem była decyzja rodziców, którą podjęli tuż przed moimi dwunastymi urodzinami. Odesłali mnie wcześniej na stały ląd. Kompletnie tego nie rozumiałam. Może w pewnym momencie atmosfera wyspy zrobiła się troszeczkę inna, ale nie potrafiłam zidentyfikować problemu. Próbowałam nawet podsłuchać rozmowę papy z zarządcą, ale matka mnie nakryła i kazała natychmiast wracać do swojego pokoju. Dwa dni później, płynęłam już do hrabstwa Howard pod pretekstem pomocy ciotce Evie i zacieśnieniu więzi z kuzynkami. Rodzice mieli do mnie dołączyć za trzy miesiące. Niestety nie dopłynęli nawet połowy drogi, gdy ich statek zatonął podczas sztormu. To, co miało być kilkumiesięczną przygodą, odnowieniem relacji jak powiedział papa, stało się dla mnie trzyletnim już wyrokiem. Kochałam cioteczkę Evę, uwielbiałam wszystkie osiem kuzynek, no może poza najstarszą Ruth. Starszą ode mnie o dwa lata, poświęconą świątyni płodności i plonów. Ruth była wystarczająco znośna, choć jej osobowość nie powalała na kolana. Z Sarą miałam najlepszy kontakt. Była moją rówieśniczką i mogłam ją nazywać siostrą z wyboru. Czternastoletnia Estera, trzynastoletnia Eva i  Miriam mająca już dziesięć lat były całkiem w porządku. Zwłaszcza Miriam, której było wszędzie pełno. Zawsze potrafiła mnie rozbawić. Anna i Rachela urocze sześcioletnie bliźniaczki, rozjaśniały swoimi uśmiechami cały świat. Noemi była niezwykle delikatna i wrażliwa jak na swoje trzy lata. Nie wiedzieliśmy co siedziało w brzuchu cioteczki, ale byłam pewna, że cokolwiek by to było, na pewno skradnie moje serce. Zachodziłam w głowę, jak wuj był w stanie płodzić tak urocze stworzenia, samemu będąc takim bucem. Zastanawiałam się, co cioteczka w nim widziała. Dlaczego zdecydowała się na taki mezalians? Dlaczego zerwała kontakty z rodziną, choć papa ofiarował im ziemię, dał fundusze na dom i przede wszystkim cały czas wypłacał cioteczce pensję.

 

Podobno wuj pojawił się nagle i pewnego dnia zaczął głosić te swoje farmazony na naszych ziemiach. Ciotka zakochała się od samego początku. Papa opowiadał, że kompletnie straciła głowę dla młodego kapłana. Za zachowanie siostry, papa obwiniał ich matkę. Moja babka, Brygida była niezwykle silną osobowością. To ponoć po niej odziedziczyłam swoja wątpliwą urodę i figurę. Matka całe życie ubolewała nad moim wyglądem.

 

Powiedzieć, że kompletnie nie wpisałam się w kanony piękna panujące w Gran Hombre, to jakby nic nie powiedzieć. Byłam dość niska, może nie byłam chuda, jak nakazywałby mój status i pochodzenie, ale gruba też nie byłam. Undo, mój opiekun z wyspy zawsze powtarzał, że biust i pupa zapewnią mi dużo dzieci i uszczęśliwią mojego przyszłego męża. O bogowie podziemi, jak ja za nim tęskniłam. Ten człowiek był mi prawie jak ojciec, a uczucie, którym mnie darzył, mogło być porównywalne do matczynego oddania. Undo nie miał swoich dzieci, nigdy się nie ożenił. Wyglądał jak niedźwiedź, ale poruszał się z gracją pantery. Uczył mnie samoobrony i tego, jak opiekować się rannymi. Potrafiłam zszywać i oczyszczać rany, rozpalać ogień. Undo nauczył mnie jak oswajać zwierzęta, rozpalił we mnie miłość do koni. Nauczył jeździć na oklep i oporządzać te majestatyczne stworzenia. Nie potrafiłam natomiast szyć ani gotować. Mój opiekun śmiał się zawsze, że z kobiecych umiejętności mam jedynie gadatliwość i zdolności do pakowania się w kłopoty.

 

Marna była ze mnie kandydatka na żonę na stałym lądzie.  Może gdybym została a wyspie, to słowa mojego opiekuna by się sprawdziły. Może znalazłby się jakiś amator mojej wątpliwej urody. Niestety tu w naszym grodzie, aby być uważaną za piękną, powinnam być szczupła i wysoka. Moje piersi powinny swobodnie mieścić się w męskiej dłoni, a biodra niezbyt się wyróżniać. Tymczasem biust miałam zacny, a i z siedzeniem problemu nie było, bo miałam na czym spocząć. Nie miałam również tak preferowanego jasnego koloru włosów. Moje gęste lekko falowane pukle były hebanowo- czarne. Papa powtarzał, że czerń moich włosów przechodzi w granat połyskujący w słońcu. Stąd moja wyjątkowość. Dobrze, że chociaż kolor oczu, niebieskozielony, nie odbiegał zbytnio od normy.

 

Mieszkając w Solis cały czas słyszałam złośliwości na temat mojej urody. Faktycznie, przy moich drobnych blondwłosych kuzynkach wyglądałam dość specyficznie. Po pewnym czasie udało mi się jednak przekuć w zaletę to, co było moją wadą. Z takim wyglądem miałam marne szanse na zamążpójście. A brak męża mógł oznaczać dla mnie możliwość powrotu na wyspę. Miałam tę malutką iskierkę nadziei, której postanowiłam się za wszelką cenę trzymać.

 

 Nie potrafiłam zrozumieć, czym aż tak bardzo zawiniłam wujowi, że moja obecność działała na niego negatywnie. Od samego początku nienawidził mnie i z wielkim trudem starał się to uczucie ukrywać. Nie wiedziałam, czy to przez niechęć do mego zmarłego ojca, czy przez jawna nienawiść do swojej teściowej, która wyrzekła się córki, gdy ta zdecydowała się iść za głosem serca i wbrew rodzinie i konwenansom poślubić ubogiego kapłana. Chyba tylko przez wzgląd na swoją żonę wuj nie zabił mnie do tej pory, pozorując jakiś straszliwy wypadek z udziałem bóstw piekielnych, albo innych potworaków.

 

No dobrze, może nie byłam jakoś nad wyraz posłuszna, ale zawsze słuchałam co do mnie mówiono. To, że dyskutowałam z bzdurami, które wuj głosił miało na celu wywołanie w nim jakiejkolwiek refleksji. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak taki jakby nie było całkiem niegłupi człowiek, może napychać głowy innych takimi bzdurami. Jego była przepełniona tymi wszystkimi zasadami, nakazami i zakazami. A ja po prostu miałam alergie na głupotę. Byłabym w stanie przemilczeć wiele, zaakceptować narzucone mi zasady, gdyby tylko zostały mi logicznie wytłumaczone. Wiedziałam, że wujowi zdarzało się całkiem normalnie myśleć. Ba, nawet czułość potrafił okazać. Cioteczkę szanował, kochał ją, choć o to naprawdę nie było trudno. Eva była tak ciepła i radosna, a przy tym mądra życiowo. Nie było człowieka, który nie darzyłby jej przynajmniej szacunkiem. Swoje córki, choć udało mu się spłodzić same kobiety, też miłował. Szorstka to była miłość, chłodna, wymagająca. Ale moje kuzynki miały w swoim ojcu oparcie. Widziałam, że był z nich w jakiś sposób dumny. Tylko ja mu wadziłam. Tylko na mnie warczał, mnie się o wszystko czepiał i wszystkiego zabraniał. Zupełnie jakby fakt, że nie mogę dostać od niego lania, wywoływał rosnącą frustrację. Jednakowoż moje pieniądze mu nie przeszkadzały. Tak więc trwaliśmy sobie oboje w stanie niemej wojny, robiąc wszystko, co w naszej mocy, aby sobie życie utrudnić, cioteczki ani dziewcząt nie raniąc jednocześnie.

 

Może i nie mogłyśmy z kuzynkami iść na tańce, ale Targowisko Wierzbowe stanowiło dla nas olbrzymią atrakcję. Dlatego każdego trzeciego, szóstego i dziewiątego dnia tygodnia udawałam się w to cudowne, tętniące życiem miejsce. Ferie barw i zapachów, odgłosy rozmów, pokrzykiwania, śpiewy wynagradzały mi każdą przykrość, jaka tylko mogła mnie spotkać w te ponure i szare dni bez targowiska. Nawet zimowy czas, jaki teraz panował, nie ostudzał mojego entuzjazmu. Tak naprawdę każdy pretekst był dobry, żeby tylko uciec z domu, choć na moment.

 

Zimą wuj częściej przebywał z nami. Nie przepadał za brodzeniem w zaspach śnieżnych, dlatego to my w większości wyręczałyśmy go w obowiązkach nawiedzania domostw. Każdy kapłan powinien pilnować swoich podopiecznych, a gdyby zaszła taka potrzeba winien był im pomoc, a nawet opiekę. Peter Perkins zimy nie lubił, kochał za to kuchnie swojej żony i ciepło domowego kominka. Uwielbiał wysługiwać się innymi.  Na szczęście dla nas wszystkich, ja sto razy bardziej wolałam odwiedzać sąsiadów, niż słuchać jego moralizatorskiego tonu. Wuj zima zmieniał się w tyrana. Przykładał się do wychowania i nauki swoich dzieci, a dla mnie wiązało się to z obolałymi kolanami. Dlatego spacer na targ, nawet gdy pod stopami zaczynał skrzypiec śnieg, a dłonie marzły od wiatru, był najcudowniejszym wydarzeniem ostatnich dni.

 

Zbliżały się święta zimowe. Uwielbiałam ten okres w roku. Choć nie wierzyłam w te wszystkie gusła i zabobony, nawet mnie udzielała się atmosfera przejścia zimy we władanie ziemią. Nie mogłam doczekać się momentu, w którym będziemy się obdarowywać upominkami. Kochałam sprawiać radość dziewczynkom. Wiedziałam, że targowisko w ciągu najbliższych dni, będzie dwa razy większe niż zazwyczaj.  Cały rok zbierałam grandy, żeby móc zakupić cokolwiek w ramach niespodzianki. Był to dla mnie nie lada wyczyn i duży wysiłek. Musiałam całą akcję oszczędzania zachowywać w tajemnicy. Nie mogłam sprzedawać biżuterii, która została mi po matce. Cioteczka mówiła, że to posag i nie powinnam go wytracić na bzdury. Panny z małym posagiem nikt nie zechce. Zupełnie jakby mój tytuł i majątek nie miał być wystarczający. Cioteczka nie wiedziała, że nie miałam żadnego zamiaru wychodzić za mąż. Nie rozmawiałam z nią jednak o tym. Po prostu oszczędzałam każdą monetę jaką udało mi się znaleźć lub dostać czasami. Obiecywałam sobie solennie, że jak tylko się usamodzielnię i odzyskam panowanie nad swoim majątkiem, to ozłocę Cioteczkę i każdą z moich kuzynek. No może oprócz Ruth. Ją co najwyżej obsypię brązem. W końcu jako kapłanka nie powinna posiadać za wiele. Jak głupia i oddana sprawie to niech cierpi. Każdy odpowiadał za swoje życie.

 

– Ciociu wychodzimy, głowy mamy nakryte ! – krzyknęłam już z podwórka.

 

Ciotka krzątała się po kuchni, ale widać było, że jej powiększający się brzuch z dnia na dzień coraz bardziej jej przeszkadzał. Do rozwiązania  było już całkiem blisko, dlatego postanowiłyśmy z Sarą i Esterą, że weźmiemy cały drobiazg z domu, a Ruth zostanie z matką, aby jej pomóc. Cioteczka pomachała nam przez okno i krzyknęła, żebyśmy nie wracały zbyt późno. Dostałyśmy listę zakupów, pieniądze i przykazanie, by włosów nie odkryć. Przemilczałam ostatnią sprawę potulnie kiwając głową na znak zgody.

 

Na targowisko prowadziła prosta ubita droga wśród drzew, którą teraz przykrywała delikatna biała pierzynka. Śnieg w tym roku pojawił się wyjątkowo szybko. Przystanęłam na moment, żeby poprawić szaliki dziewczynkom. Moje kuzyneczki radośnie wpatrywały się w delikatne płatki spadające z nieba.

 

Droga upłynęła nam wyjątkowo szybko, bo po niecałych dwóch godzinach byłyśmy na miejscu. Przedświąteczna atmosfera targowiska udzielała się każdemu. Dziś było bardzo barwnie i gwarno. Pachniało pieczonymi kasztanami i grzanym winem. Ktoś śpiewał świąteczne pieśni. Konie spokojnie skubały siano wyłożone w żłobach. Czułam się szczęśliwa. Nakazałam Miriam zabrać maluchy do kącika zabaw, a Sarę i Esterę wysłałam po zakupy z listy. Sama rozpoczęłam poszukiwania świątecznych prezentów.
Przechadzałam się po targowisku chłonąc jego atmosferę. Zagadywałam do sprzedawców i sama byłam zaczepiana na pogawędkę. Mój wzrok cały czas kierował się jednak w stronę karczmy. Byłam szalenie ciekawa tego miejsca. Chciałam podejść, zajrzeć przez oko do środka, ale zauważyłam dwie kurtyzany wychodzące bocznym wejściem. Jedna była czarnoskóra, wysoka, jej pełne kształty były idealnie podkreślone przez przepiękną suknię w kolorze mchu. Druga, trochę niższa i szczuplejsza sprawiała wrażenie śnieżnej wróżki. Tylko ognistorude włosy mogły świadczyć, że nie jest zimową boginką. Obie kobiety okryte były płaszczami z wełny, barwionymi na burgundowo. Szły pełne gracji, ale miałam wrażenie, że każdy krok sprawia im ból. Wpatrywałam się w nie jak zahipnotyzowana do momentu, gdy nie usłyszałam zamieszania przy straganie z perfumami. Kurtyzany stały właśnie w tamtym miejscu.

 

– W pudełku? Naprawdę? – usłyszałaś zszokowany głos jednej z kobiet.

– Tak, pobite na śmierć – zawodziła druga.

 

Podeszłam do nich zainteresowana i zaczęłam udawać, że oglądam wyłożone pierścionki. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi, jednocześnie słuchałam każdego słowa, które padało z ust zdenerwowanych kobiet.

 

– To na pewno jego dziecko, przecież to dzikus bez sumienia – kobiety coraz śmielej wymieniały poglądy.

 

Przez krótką chwilę zdążyłam się dowiedzieć, że na granicy hrabstw znaleziono martwe dziecko, które wyglądem przypominało Hrabiego De–Winter. Wiedziałam, że tak naprawdę hrabia nazywa się Douglas. Znałam historie wszystkich hrabstw i grodów do trzech pokoleń wstecz. Wiedziałam kto gdzie rządził. Papa przykładał dużą wagę do nauki. Uważał ją za klucz do sukcesu. 

  

Kobiety stały i bezwstydnie plotkowały na temat tragedii, która wydarzyła się kilka dni wcześniej. Gdy kurtyzany usłyszały rozmowę, oddaliły się na drugi koniec targowiska tak szybko, jakby je batem poganiano. Rozglądały się przy tym nerwowo, zupełnie jakby bały się, że zostaną zauważone przy plotkujących kobietach. Nie uszło mojej uwadze to, jak bardzo były przestraszone. Zupełnie jakby bały się, że zostaną oskarżone o rozsiewanie plotek.

 

Wiedziałam, że Hrabia Douglas ma opinię, która mocno go wyprzedza. Słyszałam o tym, jak pewnego dnia wychłostał swojego rodzonego syna na samym środku targowiska, tylko dlatego, że młody bawiąc się przewrócił stragan z jajami. Hrabia nie fatygował się do zagajnika. Tam gdzie złapał syna, przytrzymał go za ramię i wytrzaskał dłonią, podobno nie patrząc za bardzo gdzie bije. Płacz panicza słychać było dwieście kroków dalej.

 

– Przecie jakby nie był jego, to by rozwiesili podobizny chłopca, kazali szukać, a teraz udajo że nie wiedzo – zaczęła wygłaszać swoje mądrości jedna z handlarek. Nie była ona ani z Solis, ani tym bardziej  De–Winter. Zakładałam, że mogła przybyć z Mullier, chyba tylko po to by posłuchać, co nowego się wydarzyło.

 

– Cicho bądź starucho – żachnęła się inna – życie ci niemiłe? Hrabia ma oczy i uszy w całym hrabstwie. Nie wiesz, że własną żonę zamordował? Myślisz, że dla ciebie znajdzie litość? Zapytaj tych kurew co ledwo chodzą jaki jest, odechce ci się plotkowania na jego temat. – Kobieta była lekko wzburzona. Zaczęła przeganiać towarzystwo mówiąc głośno, że nie ma ochoty skończyć przy pręgierzu, wybatożona przez hrabiego za rozsiewanie plotek.

 

Byłam przerażona. To co te kobiety opowiadały nie mieściło mi się w głowie. Wiedziałam, że żona hrabiego De–Winter zmarła cztery lata temu, tuz przed moim przyjazdem na stały ląd, ale nie przypuszczałam, że jej mąż może mieć w tym jakiś udział. Dlaczego miałby mordować swoją żonę? Przecież mężczyźni, zwłaszcza wysoko postawieni mieli właściwie władzę absolutną. Ani książęta, ani tym bardziej król, nie mieszali się w sprawy hrabstw. Co najwyżej jakiś bardziej ambitny hrabia mógł patrzeć na ręce baronowi, czy aby na pewno dobrze zarządza grodem. Gdyby miał wątpliwości, wtedy mógł go usunąć ze stanowiska.

 

Znaleziono zamordowanego chłopca, ktoś go porzucił, wszystkie ślady wskazywały na to, że zrobił to Hrabia Douglas. Trzy hrabstwa zdążyły już wydać wyrok, a ja mogłam jedynie myśleć o tym biednym dziecku, które zmarło w tak tragicznych okolicznościach. Straciłam świąteczny nastrój, nie byłam w stanie się skupić na zakupach. Wzrokiem odnalazłam moje kuzynki. Estera radośnie do mnie pomachała i podbiegła.

 

– Mamy już wszystko, nawet tam na słodycze zostało. Mam pozwoliła kupić, jeśli dobrze zagospodarujmy pieniądze. – gadała jak najęta. Uradowana możliwością dodatkowego zakupu słodyczy. – A ty co kupiłaś? – zainteresowała się.

 

– Nic kochanie. Będę musiała przyjść za kilka dni, najlepiej sama. Przy was nie mogę się skupić. – zaśmiałam się sztucznie i zaczęłam szukać drobiazgu zostawionego z Miriam.

 

Dziewczęta bawiły się przy zagajniku. Kiedy podeszłyśmy w ich kierunku usłyszałam płacz i świsty rózgi wydobywające się zza ścian przy zagajniku. Znałam ten odgłos aż za dobrze. Tylko nie mieściło mi się w głowie, że mogłam go usłyszeć o tej porze roku. Razy musiały być wymierzane energicznie i niesamowicie szybko, bo piskliwy lament nie nadążał prosić.

 

Zmroziło mnie lekko, ale moje kuzynki wydawały się niewzruszone. Tak naprawdę nikt nie zwracał uwagi na to, co działo się za brzozowymi ścianami. Sara podeszła do swoich sióstr i zaczęła je zwoływać. Musiałyśmy się zbierać do domu. W końcu cioteczka prosiła, byśmy zbyt długo nie zabawiły na targowisku. Zimową porą dzień był coraz krótszy, a droga po zmroku mogła być niebezpieczna, zwłaszcza dla młodych dziewcząt. Estera układała sprawunki w koszu na kółkach, który zawsze zabierałyśmy ze sobą, a ja nie mogłam się powstrzymać i jak skamieniała wpatrywałam się w to przeklęte miejsce służące do wymierzania kar.

 

W końcu świst ucichł, ale zawodzenie nie ustało. Zobaczyłam jak zza ściany wyłonił się mody chłopak, tak na oko około trzynastoletni i z rozmachem wyrzucił połamane witki wierzbowe prosto w las. Był wysoki, widać było, że kiedyś będzie całkiem dobrze zbudowany, ale twarz pozostawała jeszcze iście chłopięca. Zaraz za nim wyszła zapłakana dziewczyna. Na pewno była starsza. Wyglądała na jakieś szesnaście, może nawet siedemnaście. Choć wzrostem dorównywała chłopcu, to posturę prezentowała dwa razy mniejszą. Z rozmowy, a raczej jego monologu, wynikało, że był jej bratem. Chłopak był oburzony tym, że jego siostra śmiała źle mówić o swoim hrabim. Odgrażał się jej, że o wszystkim powie ojcu, a dziewczę wtedy dopiero zazna, jak kończy się nietrzymanie języka za zębami. Straszył ją, jaką to kare wymierzy jej ojciec. Ona szła skruszona i zapłakana tuż a nim i cicho prosiła, aby nie mówił tacie o całej sytuacji. Błagała go, by zostawili to dla siebie.

 

Patrzyłam oniemiała, choć życie tu powinno mnie już dawno zahartować na takie sytuacje. Domyślałam się o kim mówiła ta młoda dziewczyna. A po reakcji chłopaka, mogłam wnioskować, że byli od Douglasa.  Być może nawet cała rodzina pracowała w jego pałacu. Wszyscy wiedzieli, że posiadłość miał olbrzymią. Był to jeden z większych pałaców w tym rejonie królestwa. Ludzi musiał zatrudniać sporo. O tym, że trzyma służbę krótko też już zdążyłam się dowiedzieć. Ilość informacji, jaka krążyła na temat hrabiego Douglasa, jego porywczego charakteru i hulaszczego trybu życia, dziś przekroczyła skalę. Przy tym, co dziś usłyszałam, mój daleki krewny Edward Solis zdawał się aniołem. Ten przynajmniej nie mordował swoich bękartów. Może dlatego, że żadnych nie miał. Nawet dzieci z prawego łoża nie posiadał. Odesłał już trzy żony. Teraz gnębił czwartą. Byłam więcej niż pewna, że to z Solisem był problem. Życie bywało niesprawiedliwe, jedni chcieli mieć dzieci a nie mogli, a inni, jak Douglas rozsiewali nasienie zapładniając wszystko, co się rusza.

 

Moje przemyślenia na temat natury hrabiego przerwał płacz Anny, jednej z bliźniaczek. Podbiegła zapłakana, a na twarzach reszty kuzynek widać było zmartwienie. Nawet najmłodsza Noemi była smutna.

 

– Jo, Jo tata mnie zbije, popatrz – płacząc pokazała mi rozdartą sukienkę. – Ja nie chciałam, nie zauważyłam tej gałęzi – zaczynała szlochać coraz bardziej. Faktycznie, rozdarcie nie wyglądało najlepiej. Ale jej pupa, gdyby wuj to zauważył wyglądałaby jeszcze gorzej. Być może pupy wszystkich dziewcząt przybrałyby kolor purpury.

 

Wuj dawno nie stosował lania prewencyjnego. Chyba zapomniał, a my robiłyśmy wszystko by sobie nie przypomniał. Choć z założenia to prewencyjne nie miało być mocne, a jego charakter powinien raczej przypominać o tym, że za złe zachowanie będzie tylko gorzej, to kapłan jakoś wyjątkowo starannie przykładał się do tego rytuału. Łącznie z dodatkową atrakcją dla mnie, w postaci pokrzyw w lecie i gałązek świerka zimą. Oczywiście sama musiałam je zebrać i rozłożyć na woreczki z grochem.
Żadnej z nas nie było na rękę zdenerwować Petera, dlatego otarłam łzy Ani i poważnie popatrzyłam na dziewczyny.

 

– Zrobimy tak – wyszeptałam do nich – Wracamy teraz jak najszybciej do domu, a jakieś sto kroków przed furtką, wezmę Annę na ręce. Będziesz udawać że śpisz, usnęłaś zmęczona drogą – tłumaczyłam spokojnie – wasz ojciec, o ile będzie w domu na pewno pozwoli ci na drzemkę. Zdejmiemy spódnice w pokoju i ukryjemy ją, a w nocy, gdy rodzice pójdą spać Sara zaceruje wszystko tak, że nie będzie śladu, jasne? – wyłożyłam im mój plan, a one przytaknęły z dużą ulgą. Estera stwierdziła, że to się może udać. Ja nie potrafiłam szyć, ale Sara była mistrzynią. Dziewczyna miała magiczne ręce.
– Noemi – zwróciłam się do najmłodszej z kuzynek – to musi być nasza tajemnica, rozumiesz? Inaczej twój ojciec zbije was tak mocno, że nie będziesz mogła siedzieć, a spać będziesz na brzuszku – musiałam ją troszkę nastraszyć. Była jeszcze dzieckiem, istniało ryzyko, że się wygada.

 

Pokiwała główką z powagą, a rączki bezwiednie położyła na pupie, która doskonale pamiętała ostatnie lanie jakie dostała cztery dni temu, za grymaszenie przy stole. To był pierwszy raz, gdy Noemi została ukarana jak „dorosła panna”, a nie małe dziecko, dlatego zarówno pośladki, jak i uda małej pokrywały czerwone ślady po bambusowej rózdze.

 

 Tak, zdecydowanie żadna z nas nie chciała zdenerwować dziś kapłana.

9,181
9.13/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.13/10 (7 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (4)

Szerksznas · 16 czerwca 2023

0
0
Przepraszam pt. Moderatorów, ale nie mogę się powstrzymać: co to jest "patryjarchat"? Władza jakiegoś Patryja czy co?
PoZdrawiam.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

DD–DlaDorosłych · Autor · 17 czerwca 2023

0
0
Literówka, zdarza się najlepszym. Ale weszło jako tag.... faktycznie 🤔

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

MrHyde · 17 czerwca 2023 ·

+1
-2
Oj tam, od razu litrówka! Patryjarchat to nazwa ustroju polityczno-społecznego w Gran Hombre; normalne słowo w języku bigmańskim, tj. oficjalnej wersji łaciny w tym państwie. Nie doszukujmy się litrówek tam, gdzie ich nie ma. 😉

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

DD–DlaDorosłych · Autor · 17 czerwca 2023

+1
0
@MrHyde .... Ok....doceniam 😂

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.