Kaja i Marek (I)

6 stycznia 2026

44 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Debiut. Liczę na wyrozumiałość i przyjmę konstruktywną krytykę.

Prolog: 

Kaja i Marek byli, z pozoru, parą z katalogu. Mieszkali w komfortowym, dwupokojowym mieszkaniu na dobrym osiedlu, które kupili na kredyt, dzieląc się marzeniami o remoncie kuchni podczas niedzielnych poranków z kawą. On – analityk w stabilnej korporacji, którego największą ekstrawagancją była kolekcja dobrych butów do biegania i pedantycznie prowadzony dziennik treningowy. Ona – specjalistka ds. komunikacji w niewielkiej, ale prężnej firmie, znana z tego, że potrafiła ujarzmić chaos nawet najbardziej opornego projektu, a jej notatniki były dziełami organizacyjnej precyzji.

Ich życie toczyło się w dobrych, przewidywalnych rytmach. Wtorkowe wieczory na siłowni, czwartki na wspólną kolację (raz gotował on, raz ona), sobotnie wyjścia do kina lub do znajomych, niedziele na długie spacery z psem, adoptowanym kundelkiem o wdzięcznym imieniu Piksel. Mieli swoje drobne rytuały: walkę o kołdrę, żartobliwe kłótnie o to, kto zapomniał wynieść śmieci, tradycję przynoszenia sobie nawzajem kawy do łóżka.

Kochali się. To nie było płomienne, młodzieńcze uczucie, ale coś głębszego: ciepła, solidna pewność. Znali swoje nawyki, lęki i marzenia. Potrafili milczeć, nie czując presji, by wypełniać ciszę. Mieli wspólny plan na przyszłość: może dom z ogrodem za miastem, na pewno dalsze podróże, dzieci… kiedyś, nie teraz, gdy kariery były w fazie wspinaczki.

Byli, w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu, zwyczajni. I w tej zwyczajności czuli się bezpieczni. Szczęśliwi.

Ale nawet najsolidniejsza konstrukcja ma swoje mikro-pęknięcia, niewidoczne gołym okiem. Dla Kai i Marka tym pęknięciem nie był kryzys, zdrada czy nuda. Była nim cisza ich własnych, niezagospodarowanych pragnień. Pragnień, które nie miały nic wspólnego z miłością do drugiej osoby, a wszystko z ciekawością siebie samego.

 

Sen Kai

Nad ranem, na kilka godzin przed dźwiękiem budzika, Kaja zapadła w sen głęboki i niezwykle wyrazisty. Nie był to sen erotyczny w potocznym, chaotycznym sensie. Był to sen o uważności.

Śniło jej się, że leży na wielkim, miękkim łożu w słonecznym pokoju. Światło było ciepłe i miękkie. Obok niej byli dwaj mężczyźni. Nie widziała ich twarzy wyraźnie – były jak zamglone szkice, skupione na niej. Nie było w nich nic z natarczywości czy dominacji. Była w nich całkowita, spokojna obecność.

Jeden całował jej dłonie, a jego usta były ciepłe i suche. Drugi gładził jej włosy, palcami rozplątując niewidzialne supełki. Nie rozmawiali. Komunikowali się tylko dotykiem. Ich ręce – duże, ciepłe, różne – wędrowały po jej ciele: po łydkach, po wewnętrznej stronie ud, po brzuchu, po obojczykach. Każdy dotyk był celowy, pełen szacunku i niemal rytualnej czci. Kaja czuła się jak centrum małego, doskonale harmonijnego wszechświata. Jak bogini łaskawie przyjmująca hołd.

Gdy jeden z mężczyzn pochylił się nad nią, by połączyć się z nią cieleśnie, nie było nagłości. Było naturalne, jak kolejny akt w tym milczącym przedstawieniu. Penetracja nie była „wbiciem”, ale powolnym, wspólnym zanurzeniem. Czuła wypełnienie, ale bez rozdzierania, tylko z poczuciem kompletności. A potem, płynnie, jak w tańcu, mężczyźni zamieniali się miejscami. Ona, w śnie, nie tylko na to pozwalała. Pragnęła tego. Pragnęła tej ciągłości uwagi, tego nieprzerwanego strumienia czułości pochodzącego z dwóch źródeł. Było w tym poczucie niesłychanego bogactwa, bycia nieziemsko pożądaną w sposób, który jej nie umniejszał, ale uwznioślał.

Obudziła się tuż przed świtem. Łóżko było ciepłe, a między jej udami – przesiąknięte intensywną, fizyczną pamięcią snu. Była niesamowicie, wręcz zawstydzająco mokra. Marek spał obok, zwinięty w kłębek.

Bez namysłu, popychana resztkami snu i jego fizycznym echem, przytuliła się do jego pleców. Jej dłonie, jeszcze mokre od własnego snu, zaczęły wędrować po jego brzuchu, w dół. Obudziła go nie słowem, ale tym nalegającym, pełnym potrzeb dotykiem. Marek, jeszcze nieprzytomny, odwrócił się i odpowiedział instynktownie, pochłonięty przez nagłość i intensywność jej pragnienia. 

 Sen wciąż był w niej, żywy. Położyła się na nim, dłonią prowadziła twardniejącą męskość w siebie. Rozpoczęła taniec biodrami. 

– Marek… – szepnęła, patrząc w sufit. – Śniło mi się coś.

Jej ton był inny. Było w nim podniecenie, ale też coś na kształt zadumy. Opowiedziała mu. O świetle. O dwóch nieznajomych. O dotykach, które były tak prawdziwe. O poczuciu bycia czczoną. O tym, jak pragnęła, by się zmieniali, by uwaga nigdy nie ustawała.

Marek słuchał w milczeniu, jego dłoń nieruchoma na jej brzuchu. Gdy doszła do momentu penetracji, do opisu tego powolnego, wspólnego zanurzenia, Kaja poczuła, jak na nowo ogarnia ją fala podniecenia, głębsza i bardziej zlokalizowana niż przed chwilą. To opowiadanie to odsłanianie najskrytszego krajobrazu swojej wyobraźni, podziałało na nią silniej niż fizyczny akt.

– I wtedy… – kontynuowała, a jej głos stał się głębszy, bardziej wilgotny – gdy czułam go w sobie, gdy wypełniał mnie tak… spokojnie, a drugi całował moje sutki, a ja przyciskałam jego głowę … to było…

Nie dokończyła. 

Fala orgazmu, cicha, ale potężna i wstrząsająca, przetoczyła się przez nią, wywołana jedynie siłą słów, obrazów i absolutnego zaufania, z jakim je dzieliła. Drżała przez chwilę, zaskoczona mocą tej reakcji.

Zapadła cisza. Marek nie powiedział nic przez długą chwilę. Wreszcie przyciągnął ją mocno do siebie.
– To był niezły sen – wyszeptał w jej włosy. Nie zapytał: „Czy chcesz, żeby to się spełniło?”. Nie oceniał. Po prostu uznał istnienie tej fantazji. Przyjął ją do ich wspólnego świata.

A dla Kai to przyjęcie, ta niema akceptacja najskrytszego zakątka jej psyche, było darem większym niż jakakolwiek fizyczna realizacja. W tym momencie, w ich zwyczajnym łóżku, w blasku wschodzącego słońca, narodziła się między nimi nowa, niepisana umowa: umowa o tym, że nawet najśmielsze marzenia mogą stać się bezpieczną częścią ich miłości, jeśli tylko są dzielone. I to właśnie od tego snu, od tego opowiadania i od tego niezrealizowanego, a jednak potężnego orgazmu, wszystko inne – rozmowy, zasady, poszukiwania – miało swój początek.

 

Pewien Poranek 

Kaja nie obudziła się z tą myślą pewnego ranka. Wyłoniła się ona powoli, jak mgła, z już istniejących w nich przestrzeni: z pamięci snu, z ich opowieści, z pragnienia, by jeszcze głębiej zbadać granice własnego pożądania. To była chęć wspólnego wyprawienia się na terytorium zakazane.

Pewnego wieczoru, leżąc w łóżku z zaplecionymi dłońmi, powiedziała to wprost, patrząc w sufit:
– Marek… a gdyby tak… gdybyśmy zagrali w taką grę, że my oboje przygotowali mnie na spotkanie z kimś „innym”?

Cisza, która zapadła, nie była pustką. Była gęsta od natężenia jego myśli. Odwrócił głowę, by na nią spojrzeć.
– Mów dalej – poprosił, a w jego głosie nie było gniewu, tylko głęboka, wytężona uwaga.

I tak Kaja zaczęła snuć swoją fantazję na głos. Nie jako gotowy plan, ale jako opowieść, którą mogli wspólnie kształtować. Kluczowe było słowo „razem”.

– Chciałabym… żebyś mi pomógł wybrać wszystko – mówiła, a jej głos był cichy, lecz wyraźny. – Sukienkę. Taką, w której czuję się jak ktoś inny. Jak kobieta z katalogu, której się pragnie, nie zna. Bieliznę… która nie jest dla wygody, tylko dla pokazania. Szpilki, w których chód staje się… zaproszeniem.

– Chciałabyś wyglądać jak… – Marek szukał słowa.
– Jak dziewczyna, która idzie na randkę, ale wie, że to tylko o to jedno chodzi – dokończyła Kaja. – O doznania. O orgazm bez miłości. O bycie pożądaną w bardzo… prosty, fizyczny sposób. I żebyś ty to widział. Żebyś komentował: „W tej sukience on nie będzie mógł się oprzeć, by cię dotknąć”. Albo: „Ogól się tutaj, to będzie go podniecać”.

Marek słuchał. Jego dłoń leżała na jej brzuchu, wyczuwając pod skórą lekkie drżenie. To, co opisywała, nie było odsunięciem go na bok. To było uczynienie go reżyserem, kreatorem, wtajemniczonym obserwatorem. Było w tym wyzwanie, bolesne i podniecające zarazem: czy jego miłość i ego są na tyle silne, by czerpać przyjemność z przygotowywania jej dla czyichś oczu i dotyku?

– A potem? – zapytał, jego palce zacisnęły się lekko na jej skórze.
– Potem… idę. Spotykam się z nim. Robię to, po co przyszłam. I wracam – odparła Kaja, odwracając się na bok, by spojrzeć mu w oczy. 

W jej spojrzeniu płonęła iskra. – I przychodzę do ciebie. I opowiadam ci wszystko. Każdy szczegół. Gdzie mnie dotykał. Co mówił. Jak pachniał. Gdzie i jak doszłam. Jakie to było inne. Opowiadam, a ty słuchasz. I to… to staje się nasze. Jego dotyk należy do niego, ale opowieść o nim – już tylko do nas.

Był to najintymniejszy, a jednocześnie najbardziej ekstremalny pomysł, jaki kiedykolwiek między nimi zaistniał. Nie chodziło o seks z innym. Chodziło o przekształcenie doświadczenia z innym w akt najgłębszej intymności między nimi. O zdobycie nowego terytorium dla swojej wspólnej wyobraźni.

Marek milczał długo. Mózg analizował, serce ściskał skurcz zazdrości, ale coś jeszcze – ciemna, ekscytująca ciekawość – zgłaszało swoje prawa.
– To bardzo niebezpieczna gra, Kaja – powiedział w końcu. – To jak hodowanie tygrysa. Można go oswoić, ale zawsze pozostanie drapieżnikiem.
– Wiem – przytaknęła. – Ale nie chcę go hodować samotnie. Chcę, żebyśmy hodowali go razem. Albo… w ogóle nie zaczynać. Tylko o nim mówić. Jak dotąd.

Uśmiechnęła się smutno. Samo wypowiedzenie fantazji, podzielenie się jej każdym zakamarkiem, już było formą spełnienia. Było aktem zaufania tak absolutnym, że niemal bolesnym.

Marek przyciągnął ją do siebie. Pocałował ją w czoło, potem w usta – pocałunkiem, który był pieczęcią, nie namiętnością.
– Na razie… zostańmy przy opowieściach – wyszeptał. – Pomogę ci wybrać tę sukienkę w myślach. Opowiesz mi, jakby to było, gdybyś w niej stanęła przed obcym. I jak byś się czuła, wracając w niej do mnie. To już jest… ogromna przestrzeń. Ogromna.

I tak zrobili. Fantazja nie przekroczyła progu ich mieszkania.

 

Teatralna  GRA

Decyzja dojrzewała powoli, przez tygodnie rozmów i „przymiarek” w wyobraźni. Pewnego piątkowego wieczoru, gdy napięcie między nimi sięgnęło zenitu, a słowa przestały wystarczać, Kaja wyszeptała propozycję, która była zarówno ucieczką, jak i spełnieniem:
– A gdyby tak… zrobić wszystko po naszej stronie drzwi?

Marek, który właśnie masował jej stopy, zatrzymał się. Zrozumiał od razu.
– Masz na myśli… grę?
– Tak. Kupujemy tę sukienkę. Wybierasz bieliznę. Pomagasz mi się… przygotować. Wszystko tak, jak mówiliśmy. A potem… wychodzę. Ale wracam po pięciu minutach. I pukam. A ty… już nie jesteś Marek.

W jej oczach błysnęła iskra wyzwania i niepewności. Był to krok dalej niż opowieść, ale krok bliżej niż rzeczywiste spotkanie z obcym. To było wcielenie fantazji w życie, ale z zachowaniem całkowitej kontroli i bezpieczeństwa.

Marek zastanawiał się tylko przez chwilę. W tej propozycji było genialne rozwiązanie: mogli doświadczyć dreszczyku przygotowań, napięcia „randki”, anonimowości – ale bez ryzyka, zazdrości i konsekwencji. Mogli zbadać ciemną wodę, nie puszczając się liny, która łączyła ich brzegi.

– Zgoda – powiedział. – Ale zasady są jasne. Od momentu, gdy wyjdziesz za drzwi, do momentu, gdy rano obudzę się obok ciebie… nie ma Marka i Kai. Są tylko… Ona i Ten, którego spotkała.

Kaja przytaknęła, jej serce zabiło szybciej.

 

Akt I: Przygotowania
Następny tydzień upłynął na rytuale zakupów. Wybrali sukienkę – czerwoną, obcisłą, z głębokim dekoltem i rozcięciem. Bielizna była koronką, której jedynym celem było podkreślenie i szybkie usunięcie. Szpilki były wyższe niż cokolwiek, co Kaja kiedykolwiek nosiła. Wieczorem przed „spotkaniem” Marek, z powagą chirurga, pomógł jej się ogolić zostawiając estetyczny równy trójkacik włoskow , komentując z fachową uwagą: „Tu musi być idealnie gładkie, to będzie go podniecać”. Kaja pakowała torbę, wkładając do niej tylko portfel i klucze. Nie brała telefonu. Miała być odcięta od świata.

 

Akt II: Wyjście
Kiedy była już gotowa, stanęła przed Markiem. Jego spojrzenie było obce, oceniające, pełne chłodnego pożądania klienta patrzącego na towar.
– Wyglądasz… drogo – powiedział, a jego głos miał inny ton. – Warta jesteś każdej złotówki?

Dreszcz przebiegł ją od stóp do głów. Skinęła głową, nieśmiały uśmiech „eskortki”. Pocałunek na pożegnanie był szybki, formalny, pozbawiony czułości. Drzwi zamknęły się za nią. Stała na klatce schodowej przez pięć długich minut, słuchając bicia własnego serca, próbując wejść w rolę. W tej chwili była dziewczyną na sprzedaż. Kimś pożądanym i luksusową. 

 

Akt III: Powrót/Spotkanie
Zapukała. Drzwi otworzyły się po chwili. Marek stał w półmroku, ubrany w eleganckie spodnie i koszulę, którą rozpiął na piersi. Jego postawa, wyraz twarzy – wszystko było inne. Chłodniejsze, bardziej dominujące.

– Witaj – powiedział, nie uśmiechając się. – Wejdź.
Wnętrze ich mieszkania, teraz przyciemnione, ze światłem świec wydawało się obce. Poczucie deja vu mieszało się z ekscytującą niepewnością. Rozmawiali zdawkowo, o niczym, grali swoją grę. Jego ręka, gdy podał jej drinka, dotknęła jej palców dłużej niż to konieczne. Dotyk był inny. Celowy.

 

Akt IV: Spełnienie
Nie było mowy o miłości. Był tylko głód, spełniany w milczeniu, przerywanym krótkimi, ostrymi komentarzami z jego strony („Odwróć się”, „Tak”), które brzmiały jak rozkazy. Rozkazy, jakie daje klient dziewczynie na godziny.  Kaja, poddając się roli, odpowiadała cichym „tak” lub tylko jękiem. Używał słów, których normalnie by nie użył. Nazywał ją tak, jak nigdy by tego nie zrobił. A ona, ku własnemu zdumieniu, odkrywała, że ta gra, ten dystans, podkręcają jej pożądanie do nieznanego wcześniej poziomu. Było to okrutne i rozkoszne zarazem. To, że wiedziała, iż pod maską „obcego” kryje się Marek, nie osłabiało doznań – wręcz przeciwnie, pozwalało jej zanurzyć się w nich bez reszty, bez strachu.

 

Akt V: Powrót do rzeczywistości
Kiedy wszystko się skończyło, leżeli przez chwilę w milczeniu. Wreszcie Marek poruszył się, wstał i bez słowa wyszedł do łazienki. Kaja słyszała szum wody. Gdy wrócił, był już… sobą. Jego spojrzenie zmiękło, postawa się rozluźniła. Położył się obok niej i wziął ją delikatnie za rękę.
– Kaja? – zapytał cicho, zwracając się do niej po imieniu po raz pierwszy od godzin.
– Tak… to ja – odparła, a jej głos drżał. Nagle fala emocji – intensywności gry, ulgi, miłości – zalała ją. Przewróciła się na bok i wtuliła w niego, drżąc. – Boże, to było…
– Wiem – przytulił ją mocno. – Wiem.

Nie rozmawiali o szczegółach tej nocy. Nie było potrzeby. Gra spełniła swoje zadanie: dała im smak zakazanego owocu, ale zerwała go z własnego, bezpiecznego drzewa. Pokazała Kaji, że najgłębszą anonimowość i największe poddanie można doświadczyć w ramionach osoby, którą zna na wylot. A Markowi udowodniła, że jego miłość jest na tyle elastyczna i silna, by pomieścić nawet tak skrajne formy eksploracji.

Następnego ranka, pijąc kawę w swojej kuchni, w swoim mieszkaniu, wymienili się uśmiechem. Nie był to uśmiech wspólników w zbrodni, ale dwojga ludzi, którzy wspólnie przeprawili się przez burzę i wyszli z niej suchą stopą, trzymając się mocniej niż kiedykolwiek. Fantazja została oswojona. Nie zniknęła, ale straciła swoją niebezpieczną moc. Stała się kolejnym narzędziem w ich skrzynce z intymnymi narzędziami – mocnym, ale całkowicie pod ich kontrolą.

 

Wyznanie i zasady

Minęły tygodnie od ich “teatralnej” nocy. Gra spełniła swoją rolę – oswoiła strach i rozbudziła pragnienia jeszcze wyraźniej. Dla Kai przestała być jednak wystarczająca. Wspólna fantazja, choć intensywna, pozostawiała niedosyt prawdziwej obcości. Pragnęła poczuć na skórze dotyk, którego nie można przewidzieć, reakcji, które nie są reżyserowane przez ukochaną osobę. To pragnienie nie wynikało z braku miłości do Marka, ale z chęci eksploracji innego, głęboko osobistego aspektu siebie.

Pewnego spokojnego wieczoru, gdy czytali na kanapie, Kaja odłożyła książkę.
– Marek… Musimy porozmawiać. Naprawdę porozmawiać. O tym, co dalej.

Ton jej głosu był inny – nie był to szept fantazji, ale spokojny, stanowczy głos osoby, która podjęła ważną decyzję. Marek odłożył swój telefon, wyczuwając wagę chwili.

– Chcia…chciałbym tego spróbować. No wiesz tak naprawdę. Z kimś innym – powiedziała wprost, patrząc mu w oczy. – Nie chcę już grać. To pragnienie… nie mija. Wręcz przeciwnie.

Marek poczuł, jak zimny kamień osiada mu na dnie żołądka. Mimo wszystkich rozmów, ta chwila była fizycznym zderzeniem z możliwością. Milczał, dając jej przestrzeń, by mówiła dalej.

– Ale wiem też, że bez ciebie, poza tobą, to nie ma dla mnie sensu. To nie jest ucieczka. To miałoby być… wyprawa. A ty jesteś moją bazą. Moim domem, do którego zawsze wracam. Dlatego nie zrobię niczego bez twojej pełnej, świadomej zgody i bez zasad, które ustalimy RAZEM.

To słowo „razem” było tu kluczowe. Kaja nie proponowała zdrady. Proponowała wspólne stworzenie struktury dla swojej indywidualnej eksploracji. Było to niewyobrażalnie trudne, ale też niesłychanie dojrzałe żądanie.

Rozmowa, która nastąpiła, trwała wiele wieczorów. Nie odbywała się w łóżku, nie była podszyta podnieceniem. Prowadzili ją przy kuchennym stole, na spacerach, w neutralnych, bezpiecznych przestrzeniach. To był ich proces negocjacyjny.

Ustalali granice – nie jako ograniczenia, ale jako reguły bezpieczeństwa dla ich związku:

Zasada Wyboru i Wety: Obie strony muszą zaakceptować wybór osoby. Marek chciał mieć prawo weta – nie z kaprysu, ale z głębokiego instynktu samozachowawczego związku. Kaja się zgodziła, rozumiejąc, że to jego sposób na zachowanie poczucia kontroli i bezpieczeństwa.

Zasada Szczegółów vs. Ogólników: Co i ile Marek chce wiedzieć? Czy tylko fakt spotkania? Czy miejsce? Ustalili, że Kaja opowie o wszystkim, o co zapyta, ale on sam zadecyduje, jak głęboko chce wiedzieć. Żadnych tajemnic, ale też nie muszą to być pełne, erotyczne relacje, jeśli on tego nie zniesie.

Zasada Czasu i Przestrzeni: Spotkania miałyby być dyskretne, poza ich wspólnym domem (który pozostawał świętą przestrzenią tylko dla nich), i ograniczone w czasie. To nie mogły być wielogodzinne randki, a krótkie, konkretne spotkania.

Zasada Zdrowia i Bezpieczeństwa: Bezwzględne używanie prezerwatyw (to była granica nie do negocjacji dla Marka), pełna dyskrecja wobec osób postronnych.

Zasada Powrotu i Ponownego Połączenia: To była najważniejsza zasada. Ustalili rytuał „powrotu do domu” – czas tylko dla nich, bez telefonów, pełen czułości, rozmowy lub po prostu wspólnego bycia. To miało być odnowienie ich więzi, zatarcie fizycznej nieobecności.

Zasada Prawo do Zatrzymania: Każde z nich, w dowolnym momencie, mogło powiedzieć „stop”. Bez tłumaczeń, bez konsekwencji. Eksperyment miał służyć związkowi, a nie go niszczyć.

Podczas tych rozmów Marek zmagał się z potworem zazdrości i lęku. Pytał: „A jeśli go polubisz? Jeśli będziesz wolała to z nim?”. Kaja odpowiadała szczerze: „Nie szukam drugiego ciebie. Szukam czegoś innego. Innego doświadczenia. Domu nie szuka się na wyprawie, Marek. Do niego się wraca”.

To nie były łatwe rozmowy. Bywały łzy, gniew, chwile milczenia, w których wydawało się, że most między nimi się zawali. Ale za każdym razem wracali do stołu negocjacji. Bo oboje rozumieli, że samo omawianie tej możliwości było już formą niezwykłej intymności. Wymagało szczerości na poziomie, o jakim większość par nawet nie marzy.

W końcu, po miesiącach rozmów, doszli do punktu, gdzie mieli spisaną (nie na papierze, ale w sercach) listę zasad. Nie było w nich euforii, tylko poważna, wspólna decyzja.

– Nie wiem, czy kiedykolwiek z tego skorzystam – powiedziała Kaja w dniu, gdy uznali, że ramy są gotowe. – Ale sama wiedza, że mogę… że MY możemy to pomieścić… to już zmienia wszystko. Czuję się wolna. I bardziej twoja niż kiedykolwiek, bo to ty dajesz mi tę wolność.

Marek wziął jej dłoń. Nie czuł ekscytacji. Czuł coś innego: ogromną, bolesną dumę z siły ich związku i przerażającą niepewność wobec tego, co może nadejść. Ale też zaufanie. Zaufanie do niej, do ich zasad i do miłości, która przetrwała już niejedną burzę.

To nie był koniec, a dopiero początek nowego, nieznanego rozdziału. Rozdziału, w którym miłość nie oznaczała posiadania, ale powierzenia. A czy to się uda, czy ich związek wyjdzie z tego silniejszy, czy rozpadnie się pod ciężarem własnej śmiałości – tego nikt nie mógł wiedzieć. Ale podjęli decyzję, by iść tą drogą razem.

 

Poszukiwania 

Po ustaleniu zasad, nadszedł czas na ich pierwsze praktyczne zastosowanie: poszukiwanie odpowiedniego mężczyzny. Okazało się to być dla Kai i Marka kolejnym, niezwykle intymnym rytuałem, który pogłębiał ich komunikację i wystawiał na próbę ich ustalenia.

Kaja, czując pełną odpowiedzialność za precyzyjne zdefiniowanie swoich potrzeb – dla komfortu własnego i bezpieczeństwa ich związku – usiadła z Markiem do kolejnej poważnej rozmowy.

– Jeśli to ma się wydarzyć, i jeśli ma to być dobre, bezpieczne doświadczenie dla mnie… a przez to i dla nas – zaczęła, trzymając jego dłoń – muszę być bardzo szczera wobec ciebie i wobec siebie, czego szukam. To nie jest lista zakupów. To są… warunki mojego komfortu.

Marek skinął głową, zachęcając ją do kontynuowania. Wiedział, że słuchanie tego będzie bolesne, ale rozumiał też, że jej jasność jest tarczą przeciwko niepewności i przyszłym niedomówieniom.

– Po pierwsze, fizycznie… – Kaja wzięła głęboki oddech. – Chcę doświadczenia, które będzie inne. Dlatego szukam kogoś… o innej budowie. Wyższego, bardzo wysportowanego. Kogoś, kto ma w sobie tę fizyczną, męską obecność. I… zawahała się, ale postanowiła być precyzyjna – …chcę, żeby był dobrze wyposażony. Grubszy. To jest dla mnie ważne, bo to właśnie tej nowej, bardziej intensywnej fizycznej stymulacji chciałabym spróbować. 

Wiem, jak brzmi, ale chcę, żebyś to wiedział. To nie jest krytyka ciebie, to definicja innego doświadczenia.

Marek przetrawiał jej słowa. Ugryzło go w duszy, ale jednocześnie podziwiał jej odwagę i szczerość. Jego własna męskość została wezwana na ring, ale nie po to, by stoczyć walkę, a by wykazać się siłą innego rodzaju – siłą akceptacji.

– Dobrze – powiedział w końcu, a jego głos był spokojny. – Rozumiem. Szukasz określonych doznań. To uczciwe. Co jeszcze? To nie może być tylko ciało.

– Oczywiście – kontynuowała Kaja, odczuwając ulgę. – Psychika i nastawienie są kluczowe. Musi to być ktoś dojrzały emocjonalnie. Ktoś, kto doskonale rozumie sytuację – że to jest jednorazowe lub bardzo okazjonalne, że jesteś moim partnerem, a to jest tylko fizyczne. Żadnych złudzeń, żadnych próby zawłaszczenia. Musi szanować nasz związek. Potrzebuję kogoś… kto jest pewny siebie, ale nie narcystyczny. Kto potrafi być delikatny, nawet w intensywności. Komu można zaufać w kwestii dyskrecji i naszych zasad.

To były wysokie wymagania. Szukali mężczyzny, który byłby jednocześnie fizycznie atrakcyjny, emocjonalnie inteligentny, dyskretny i pozbawiony własnych, skomplikowanych oczekiwań. Był to w pewnym sensie poszukiwanie “ideału” na bardzo specyficzną, tymczasową rolę.

Rozpoczęli poszukiwania w sposób, który sam w sobie był dla nich nowym doświadczeniem. 

Przeglądali razem profile na aplikacjach randkowych, które Kaja założyła specjalnie w tym celu. Marek siedział obok, a ona pokazywała mu kandydatów.

– Ten? – pytała, pokazując zdjęcie umięśnionego mężczyzny.
– Wygląda… zbyt zadufany w sobie. To może być problem – komentował Marek, a Kaja często się zgadzała, doceniając jego perspektywę.
Czasem on wskazywał kogoś: – Ten ma przyjazne oczy. Wydaje się… stabilny.
I wtedy to Kaja analizowała: – Tak, ale z opisu wynika, że szuka związku. To odpada.

Była to surrealistyczna, bolesna, a momentami nawet śmieszna procedura. Czasem przerywali, by się przytulić, złapać oddech od tej emocjonalnej ekwilibrystyki. Ale trzymali się swoich zasad: pełna jawność, wspólna decyzja.

Zrozumieli szybko, że znalezienie kogoś, kto spełni wszystkie kryteria – fizyczne, psychiczne i logistyczne – jest niezwykle trudne. Każda potencjalna opcja wiązała się z kompromisem. Mężczyzna idealnie pasujący fizycznie okazywał się mieć niedojrzałe poczucie humoru. Ten, który wydawał się inteligentny i dyskretny, nie wzbudzał w Kai fizycznej iskry.

Po kilku tygodniach poszukiwań, Kaja spojrzała na Marka zmęczonym wzrokiem.
– To jest… wyczerpujące. I trochę odczłowieczające. Jakbym szukała specyficznego produktu.
– Bo tak właśnie jest – odparł Marek. – I to właśnie pokazuje, jak bardzo to jest inne od budowania związku. Szukasz funkcjonalności. A to rzadko idzie w parze z ludzką złożonością.

W tym momencie mogli zrezygnować. Mogli uznać, że sam proces poszukiwań dostarczył im już wszystkich potrzebnych danych: że fantazja lepiej funkcjonuje jako opowieść lub gra we dwoje, a jej materializacja w trzeciej, rzeczywistej osobie jest zbyt skomplikowana i ryzykowna.

Albo mogli kontynuować, wiedząc już, że ideał nie istnieje, i być gotowi na kompromis, który jednak nie naruszy ich kluczowych zasad bezpieczeństwa i wzajemnego szacunku.

Ich poszukiwania nie były już wówczas tylko szukaniem trzeciej osoby. Stały się badaniem granic własnych możliwości, własnej pewności i wytrzymałości ich relacji. Każdy profil, każda rozmowa, każde „może ten?” było pytaniem: „Czy nasz związek jest na tyle silny, by to znieść?”.

I na to pytanie nie było jeszcze odpowiedzi. Znajdowali się w zawieszeniu – między pragnieniem a obawą, między teoretycznymi zasadami a praktyczną możliwością ich zastosowania. Był to najbardziej niepewny i wymagający rozdział ich wspólnej historii.

 

Marcin

Po tygodniach wirtualnego sortowania, wyłonił się jeden profil, który – na papierze – spełniał większość kryteriów. Marcin. Wysoki, wysportowany (co było widoczne na zdjęciach z podróży, nie w siłowniowym lustrze), z uważnym spojrzeniem i profilem, który sugerował inteligencję i poczucie humoru. W wymianie wiadomości okazał się bezpośredni, ale szanujący granice. Gdy Kaja, po kilku dniach, wyjaśniła mu w kilku zdaniach sytuację („Jestem w szczęśliwym związku, szukam okazjonalnego, fizycznego spotkania z pełną wiedzą i akceptacją mojego partnera”), jego odpowiedź była rzeczowa: „Rozumiem. To wymaga dojrzałości od was obojga. Szanuję to.”

To „szanuję” wiele dla nich znaczyło.

– Chcę się z nim spotkać. Tylko na kawę – oznajmiła Kaja Markowi, pokazując konwersację. – Żeby zobaczyć, czy ta… chemia w ogóle jest. I czy w realu czuję to, co przez ekran. I żeby wyłożyć mu wszystkie nasze zasady, prosto w oczy.

Marek przestudiował wiadomości. Nie mógł znaleźć w nich fałszu ani maniery. To go niepokoiło jeszcze bardziej niż gdyby znalazł.
– Dobrze, zgadzam się – powiedział w końcu. – Kawa to dobry pomysł. Neutralny teren. Bez presji. Jego wewnętrzny głos krzyczał, ale zasady, które wspólnie ustalili, nakazywały mu teraz ufać procesowi.

Przygotowanie do spotkania było zupełnie inne niż do poprzedniej, teatralnej nocy. Nie chodziło o uwodzenie, a o wyposażenie się w pewność i klarowność. Kaja nie chciała wyglądać jak „eskortka” – chciała wyglądać jak sobą, ale w najlepszej, najbardziej zebranej wersji. Sukienka była elegancka, ale skromna. Makijaż – dyskretny. Wybrała ją razem z Markiem, a jego komentarz: „Wyglądasz pięknie i… niedostępnie. To dobrze” – dodał jej siły.

Wieczorem przed spotkaniem nie uprawiali seksu. Siedzieli przytuleni na kanapie.
– Co będzie, jeśli… spodoba mi się za bardzo? – szepnęła Kaja, wyrażając na głos największy lęk Marka.
– To wrócisz do domu i mi o tym opowiesz – odpowiedział spokojnie, całując ją w głowę. – A potem podejmiemy decyzję, co dalej. Krok po kroku. To dziś jest tylko kawa, pamiętasz?
– A jeśli… w ogóle się nie spodoba? Jeśli całe to pragnienie po prostu… zgaśnie?
– To też będzie doskonały wynik – odparł Marek. I to była prawda.

Spotkanie odbyło się w słonecznej, gwarnej kawiarni w centrum miasta. Marek, zgodnie z wcześniejszą, trudną umową, był w drugim końcu lokalu, zatopiony w książce. Nie podsłuchiwał. Był tylko obecny – jako fizyczny anchor ich rzeczywistości.

Kaja, widząc Marcina wchodzącego, poczuł przypływ adrenaliny. W realu był jeszcze bardziej obecny – jego postawa, głos, sposób, w jaki się poruszał. Rozmawiali przez godzinę. O wszystkim i o niczym: o książkach, o podróżach, o pracy. Chemia była – lekka, intelektualna, przyjemna. Czuła się przy nim komfortowo, ale nie było iskry, która by ją przytłaczała. To ją uspokoiło.

W pewnym momencie, gdy rozmowa naturalnie wygasła, Kaja wzięła głęboki oddech i przeszła do sedna.
– Marcin, doceniam, że przyszedłeś. Ale żeby to było fair, muszę być z tobą całkowicie szczera. Ja nie szukam romansu. Nie szukam drugiego związku. Szukam… specyficznego, fizycznego doświadczenia. Mój chłopak, Marek, wie o tym, akceptuje to, ale mamy bardzo jasne zasady.

Wymieniła je spokojnie, patrząc mu w oczy: dyskrecja, jednorazowość lub okazjonalność, bezwzględne bezpieczeństwo seksualne, szacunek dla ich związku.

– Jeśli cokolwiek z tego jest dla ciebie niezrozumiałe, trudne lub po prostu nie w twoim stylu – rozumiem to w pełni. Wolałabym, żebyśmy wiedzieli to teraz.

Marcin słuchał uważnie, nie przerywając. Gdy skończyła, uśmiechnął się lekko, ale nie było w tym uśmiechu szyderstwa.
– Doceniam szczerość. Naprawdę. Większość ludzi gra w gry. To, co opisujesz, wymaga odwagi. Ze strony was obojga. – Odpowiedział powoli. – Zasady są dla mnie jasne i akceptowalne. Rozumiem granice. Dla mnie to też byłoby… doświadczenie. Nie szukam związku. Szukam dorosłej, czystej sytuacji między świadomymi ludźmi.

Była to idealna, niemal zbyt dobra odpowiedź. Kaja poczuła ulgę, ale i lekką nieufność. Czy naprawdę można tak łatwo znaleźć kogoś, kto perfekcyjnie wpasuje się w tak skomplikowany schemat?
Umówili się, że pomyślą o wszystkim i skontaktują się za kilka dni, bez żadnych zobowiązań.

Gdy Marcin wyszedł, Kaja została na chwilę sama, dopijając zimną kawę. Potem podeszła do Marka. Nie mówili słowa. Wyszli razem na ulicę i dopiero gdy znaleźli się w bocznym, cichym zaułku, przytulili się mocno. Ona drżała.
– I jak? – zapytał Marek, jego głos stłumiony w jej włosach.
– Inteligentny. Spokojny. Szanujący. Zgodził się na wszystkie zasady bez mrugnięcia okiem – relacjonowała szeptem. – Nie było… magii. Ale było poczucie bezpieczeństwa. I to chyba w tej sytuacji jest ważniejsze.
– A ty? Co czułaś? – to było dla niego najważniejsze pytanie.

Kaja odsunęła się, by na niego spojrzeć. – Czułam… że kontroluję sytuację. Że to ja ustalam warunki. I to było dobre. Ale też… zawahała się. – To było takie… transakcyjne. Jasne. Czyste. I trochę przez to… puste. Nie wiem.

Szli powoli do domu, trzymając się za ręce. Spotkanie spełniło swój cel: kandydat przeszedł weryfikację. Okazał się poważny, godny zaufania i zgodny z zasadami. Ale paradoksalnie, ten sukces postawił przed nimi najtrudniejszą decyzję: czy teraz, gdy mają realną, bezpieczną opcję, nadal tego chcą? Czy pragnienie przetrwało zderzenie z realnością w postaci konkretnego człowieka, konkretnej umowy?

Proces wyboru się skończył. Teraz zaczynał się proces podejmowania ostatecznej decyzji. I oboje czuli, że jest to ciężar o wiele większy niż samo szukanie.

 

Decyzja i przygotowanie 

Rozmawiali o tym kilka dni. Decyzja zapadła nie w przypływie namiętności, ale po kolejnej, spokojnej, nocnej rozmowie. Leżąc w ciemności, Kaja opisała po raz ostatni nie tyle pragnienie ciała, co głód doświadczenia – chęć poznania innego oddechu na swojej skórze, innego rytmu, innego ciężaru. Marek opisał po raz ostatni swój lęk i zaufanie – strach przed utratą, ale i głębokie przekonanie, że ich miłość jest jak mocne drzewo, które może się ugiąć pod wiatrem, ale nie złamie. 

Uzgodnili detale jak generałowie przed bitwą, której nie chcą, ale uznają za nieuniknioną: butikowy hotel (neutralny, bez ich wspólnych wspomnień), prezerwatywa (absolutny i niepodważalny warunek), kluczowa zasada „stop” – jedno słowo od niej, jeden telefon od niego, i wszystko się kończy, bez pytań. I finał: on po nią przyjedzie. To nie był odbiór zużytego towaru, ale rytuał powrotu, przywrócenia jej do ich wspólnej rzeczywistości.

Przygotowania nie przypominały już wcześniejszego, teatralnego strojenia. Miały inną, poważniejszą tonację. Były rytuałem przejścia.

Przygotowanie fizyczne: Tym razem, gdy Marek pomagał jej się golić w łazience, nie było dwuznacznych komentarzy. Jego dotyk był precyzyjny, troskliwy, jak przygotowanie sportowca do zawodów. „Żebyś czuła się komfortowo” – powiedział, a to zdanie zawierało w sobie całe morze troski i rezygnacji. To nie było uprzedzanie cudzego pożądania, a dbanie o jej cielesny komfort.

Przygotowanie „kostiumu”: Sukienkę, którą wybrali, była nie tyle wyzywająca, co niezaprzeczalnie kobieca. Elegancka, podkreślająca jej sylwetkę, ale nie krzycząca. Bielizna była piękna, ale Kaja uświadomiła sobie, że nie zakłada jej dla Marcina. Zakłada ją dla samej siebie – by czuć się piękną, pewną, uzbrojoną w tę cząstkę siebie, która należała tylko do niej. Marek, pomagając jej zapiąć zamek, nie powiedział „będzie cię pożądał”. Pocałował ją w nagie ramię i szepnął: „Pamiętaj, kim jesteś”.

Przygotowanie przestrzeni: Zanim wyszła, wykonali razem dziwny, potrzebny rytuał. Zmienili pościel na świeżą, pachnącą. Posprzątali sypialnię. To było symboliczne oczyszczanie ich przestrzeni, przygotowanie czystego, bezpiecznego portu na jej powrót. Stworzenie fizycznego kontrastu między „tam” a „tu”.

Przygotowanie emocjonalne: Nie uprawiali seksu przed jej wyjściem. Zamiast tego, stali długo w objęciach w przedpokoju. Nie mówili „uda się” czy „baw się dobrze”. Marek powtarzał: „Jesteś bezpieczna. Kocham cię. Czekam na twój sygnał”. Kaja odpowiadała: „Wracam do ciebie. Zawsze”. To były zaklęcia, mantry mające utwierdzić rzeczywistość, którą wspólnie budowali.

W momencie, gdy Kaja wychodziła za drzwi, nie było już napięcia erotycznego. Była poważna, skupiona determinacja. Spojrzała na Marka, który stał w progu ich mieszkania – nie jako zazdrosny kochanek, ale jako strażnik ich wspólnego świata, który na kilka godzin dobrowolnie rozluźnia jego granice. Skinęli sobie głowami. To nie było „do zobaczenia”. To było „wszystko według planu”.

Drzwi się zamknęły. Marek został w ciszy, która nagle stała się przytłaczająca. Jego przygotowanie dopiero się zaczynało – przygotowanie na samotność, na niepewność, na walkę z wyobraźnią. Usiadł, ale nie mógł czytać. Włączył muzykę, ale jej nie słyszał. Jego zadaniem było teraz trzymać fort. Ufać nie tylko Kai, ale też własnej decyzji i sile fundamentów, które tak mozolnie razem wzmacniali.

Kaja, jadąc taksówką, nie myślała o tym, co będzie. Oddychała głęboko. Patrzyła na odbicie w ciemnej szybie – kobietę w eleganckiej sukience, jadącą na spotkanie, które było zarówno banalne (seks), jak i niezwykle złożone (świadoma, negocjowana eksploracja w cieniu miłości). Nie czuła podniecenia. Czuła nadzwyczajną świadomość każdej chwili. Była zarówno aktorką, jak i reżyserką, a także obserwatorką samej siebie.

 

Hotel

Butikowy hotel „Hortensja” pachniał drewnem, cytrusami i ciszą. Kaja przez recepcję weszła do Hotelu, portier spojrzał spod okularów. W eleganckiej, ale nie wyzywającej szarej sukience, usiadła i czekała w narożniku restauracji, palcami obracając szklankę wody z cytryną. Nie czuła się jak ktoś na randce. Czuła się jak negocjator przed podpisaniem ważnej umowy. Tę samą atmosferę wyczuwała, gdy Marcin (nie „Marcin”, pomyślała, tylko „Kandydat”) podszedł do stolika. Wysoki, w dobrze skrojonym swetrze i spodniach chinos, uśmiechnął się dyskretnie, nie nachalnie. Jego uścisk dłoni był pewny, ale krótki.

Rozmowa płynęła gładko przez bezpieczne tematy: ostatnie premiery filmowe, absurdy pracy zdalnej, plany na wakacje. Był inteligentny, miał suchy humor i potrafił słuchać. Kaja obserwowała go uważnie: jak mówił o swojej pasji do wspinaczki (wysportowany, jak chciała), jak opowiadał anegdotę o zagubionym bagażu, nie tracąc przy tym cierpliwości (co powiedziało jej że jest opanowany i dojrzały). Chemia nie była iskrzącą burzą, ale cichym, wzajemnym uznaniem kompetencji. To jej odpowiadało. Nie potrzebowała romansu. Potrzebowała profesjonalisty.

Gdy kelner zabrał puste szklanki po drugim drinku, Kaja wzięła głęboki oddech. Czas na sedno.

– Marcin, doceniam ten czas. Ale zanim pójdziemy dalej, muszę być z tobą całkowicie szczera i wyłożyć karty na stół – zaczęła, patrząc mu prosto w oczy. Jej głos był cichy, ale twardy jak stal. – To, o czym rozmawiamy, nie jest dla mnie randką. Nie szukam związku, ani nawet emocjonalnej przygody. Jestem w szczęśliwym, stabilnym związku. Mój partner, Marek, wie o tym spotkaniu. Akceptuje je.

Marcin nie przerwał. Skinął tylko głową, zachęcając ją do kontynuowania. Jego twarz była skupiona.

– Mamy ustalone, bardzo jasne granice – wymieniła je punkt po punkcie, jak odczytując klauzule z dokumentu. – Po pierwsze, bezwzględna dyskrecja. To pozostaje między nami trzema. Po drugie, bezpieczeństwo. Używamy prezerwatywy. Zawsze. Po trzecie, to jest doświadczenie jednorazowe lub okazjonalne, bez dalszych oczekiwań. Po czwarte, szacunek. Dla mnie, dla moich granic w trakcie, i dla mojego związku. W każdej chwili, jeśli ja lub Marek powiemy „stop”, wszystko się kończy.  Bez pytań. 

Zamilkła, czekając na jego reakcję. W restauracji rozległ się cichy śmiech z innego stolika, kontrastujący z powagą ich konwersacji.

Marcin pochylił się lekko do przodu. Jego spojrzenie nie było urażone, ani rozbawione. Było rzeczowe.

– Dziękuję za szczerość. To rzadkość – powiedział. – Twoje warunki są dla mnie jasne. I są akceptowalne. Rozumiem kontekst i szanuję go. Dla mnie to też jest… specyficzna sytuacja. Cenię dorosłe, jasne umowy. Także nie szukam niczego więcej.

Nie było w jego słowach fałszywej czułości, ani chęci przekonania jej. Była w nich prosta zgoda na warunki. To było dokładnie to, czego potrzebowała. Żadnych gier, żadnych ukrytych motywów. Czysta transakcja oparta na wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu granic.

Kaja skinęła głową, czując, jak napięcie w jej ramionach nieco opada. Negocjacje zakończyły się sukcesem.
– W takim razie… – powiedziała, lekko podnosząc się z krzesła.

W milczeniu wyszli z restauracji i skierowali się w stronę wind. W tej ciszy nie było niezręczności. Było skupienie. Windą jechali bez słowa, patrząc na zmieniające się numery pięter. Gdy znaleźli się przed drzwiami pokoju, a Marcin otworzył je kluczem-kartą, Kaja zatrzymała się na progu na ułamek sekundy. To był ostatni moment, by się wycofać. Spojrzała na korytarz, a potem do wnętrza – na stonowane, eleganckie wnętrze, na duże łóżko.

Wzięła głęboki oddech i przekroczyła próg. Wyjęła telefon i wysłała do Marka umówiony,  sygnał: „Jestem bezpieczna…”

 

Kulminacja 

Kiedy drzwi pokoju hotelowego zamknęły się za nimi, odcinając świat zewnętrzny, powietrze wydawało się gęstnieć. Marcin, zgodnie z wcześniejszym, nie wypowiedzianym porozumieniem, podszedł do stereo i włączył cichą, ambientową muzykę – tło bez słów, które nie narzucało emocji, a jedynie otaczało przestrzeń. Usiadł na fotelu w rogu, dając jej centrum, kontrolę nad tempem początku.

Kaja stała przez chwilę pośrodku pokoju, czując uderzenia własnego serca w gardle. To nie była już rozmowa, nie była to kawa. To był próg. Wzięła głęboki oddech, przypominając sobie słowa Marka: „Pamiętaj, kim jesteś”. Nie była tu tylko jako ciało. Była tu jako Kaja – kobieta, która negocjowała, wybierała, która miała dom, do którego wróci.

Zamknęła oczy i pozwoliła, by muzyka poprowadziła jej ciało. Zaczęła się poruszać. To nie był taniec uwodzenia dla niego. To był rytuał przejścia dla niej samej. Każdy ruch ramion, każde poruszenie biodrem, było odczuwaniem wolności i ograniczenia jednocześnie. Powoli, z namysłem, zaczęła się rozbierać…

Powietrze w hotelowym pokoju zdawało się gęstnieć z każdą sekundą, nasycone cichą muzyką i nierównym oddechem. Marcin, siedzący na fotelu, obserwował jej taniec – powolny, hipnotyzujący rytuał odsłaniania. Kaja poruszała się jak we śnie, każdy ruch biodrami, każde opadnięcie ramienia było celowe, prowadzone przez wewnętrzny puls, który przyspieszał wraz z odpinaniem kolejnych guzików. Gdy sukienka opadła na podłogę, odsłoniła koronkową bieliznę, która w półmroku wyglądała jak druga, bardziej intymna skóra.

Wstał wtedy. Jego kroki były ciche na grubym dywanie. Stanął przed nią, a jego dłonie, szerokie i ciepłe, spoczęły na jej ramionach. Nie pociągnął jej od razu do siebie. Najpierw tylko rozpiął zamek stanika z tyłu, tak powoli, że słyszała każdy ząbek przesuwający się o kolejny. Gdy ramiączka opadły, a chłód powietrza musnął jej piersi, Kaja wstrzymała oddech.

Jego usta znalazły miejsce pod jej uchem, na boku szyi. Pocałunek był wilgotny, gorący, a zaraz po nim przyszło lekkie, ale stanowcze ściśnięcie karku – gest władzy i posiadania, który przesłał dreszcz w dół jej kręgosłupa. Przywarł do niej od przodu, a przez warstwę jego spodni poczuła wyraźnie jego sztywność, twardy, naciskający łuk na swoim udzie. Oddała się temu, przechylając głowę, odsłaniając więcej skóry jego ustom.

Stanik opadł wreszcie całkowicie. Jej obnażone piersi, z sutkami sterczącymi jak kamienie, dotknęły szorstkiej tkaniny jego koszuli. To było pierwsze, bezpośrednie zetknięcie – jej wrażliwy, pulsujący sutek z jego odzieniem. Ona, nie odrywając od niego wzroku, sięgnęła do przodu i zaczęła rozpinać  guziki jego koszuli. On dokończył, zrzucając koszulę z ramion. Stał przed nią z nagim torsem – umięśnionym, pokrytym lekkim zarostem.

Wtedy ponownie się zetknęli. Teraz jej sutki, nieprawdopodobnie tkliwe, dotykały bezpośrednio jego skóry. Ocierała się o niego ledwo dostrzegalnymi ruchami bioder, każdy kontakt wywołując iskry prosto w podbrzuszu. Jej ręce opadły na jego biodra, wsuwając się pod pasek, czując napięte mięśnie brzucha.

Wtedy, wciąż patrząc mu w oczy, sięgnęła do siebie. Chwyciła obiema dłońmi za górne brzegi swoich stringów, za koronkowy pasek przylegający do bioder. Po chwili wahania, pozwoliła, by materiał opadł. Zsunął się po jej udach, kolanach, i zatrzymał wokół kostek, tworząc czarną, koronkową przeszkodę na podłodze.

Marcin nie pozwolił jej się pochylić, by je zdjąć je z kostek. Zamiast tego, delikatnie, ale stanowczo, obrócił ją tyłem do siebie. Jej plecy, łopatki, kręgosłup – wszystko teraz odsłonięte przed jego wzrokiem i dotykiem. Jego ręce objęły ją od tyłu, a dłonie wpełzły od spodu, by w końcu objąć w całości jej obnażone piersi. Jego palce – uważne, metodyczne – zaczęły wędrować wokół aureoli, zataczać coraz mniejsze kręgi, zbliżając się do sutków, ale nie dotykając ich bezpośrednio. To niesamowite, dręczące napięcie sprawiło, że jęknęła cicho, opierając się całym ciężarem o jego klatkę piersiową.

Jego usta nie ustawały w swojej wędrówce. Całował jej kark, miejsce, gdzie włosy się kończą, górną część kręgosłupa. Językiem muskał miejsce za uszami, podczas gdy jego dłonie kontynuowały swój niespieszny, piekielnie precyzyjny taniec na jej piersiach. Jedna dłoń odłączyła się na moment, by objąć jej dłoń, splotła palce z jej palcami, przytrzymała. To był gest nie tylko pożądania, ale i – w dziwny, kontraktowy sposób – połączenia. Ciągle całując jej szyję i ramię, zaczął delikatnie masować i rozcierać jej sutki, wreszcie dając im bezpośredni, intensywny kontakt, którego tak pragnęły. Był to dotyk pełen skupionej uwagi, jakby studiował dokładnie każdą reakcję jej ciała.

Jej dłoń, prowadząca jego rękę, była pewna, ale jej oddech łapał się w gardle. Prowadziła jego palce w dół, przez płaski brzuch, przez delikatne łono, aż do miejsca, gdzie całe napięcie wieczoru skupiło się w pulsującym, mokrym żarze. Jego opuszki, posłuszne jej prowadzeniu, utonęły w ciepłej wilgoci, znajdując drobny, twardniejący punkt ukryty między fałdami skóry. Jego dotyk na łechtaczce był inny niż wszystko, co znała – był badawczy, precyzyjny, pozbawiony znanej historii, a przez to niezwykle intensywny. Każde koliste pociągnięcie wysyłało ostrą, elektryczną falę w głąb jej brzucha.

W odpowiedzi instynktownym ruchem wypięła pośladki, wciskając się mocniej w twardy, naciskający kształt ukryty w jego spodniach. Był to ruch jednocześnie poddania i żądania, fizyczna prośba o więcej, o głębiej, o dopełnienie tego napięcia, które rozrywało ją od środka. W tym momencie, w ciasnej przestrzeni między jego dotykiem a jego ciałem, zawisło całe skumulowane oczekiwanie.

Jej dłoń sięgająca do tyłu, by dać mu ten cichy, niecierpliwy znak, była ostatnim aktem prowadzenia w tym ich zmysłowym tańcu. Posłusznie, z szelestem materiału, zsunął spodnie razem z bokserkami. Jego członek, uwolniony, twardy i gorący, na moment znalazł się w zagłębieniu między jej pośladkami, muskając leciutko, niespodziewanie, jej już rozchyloną, mokrą wargę sromową. To przelotne, a jednak elektryzujące dotknięcie wywołało w niej cichy jęk.

Bez słowa, oderwała się od niego. Kilka kroków dzieliło ich od łóżka. Położyła się na plecach na chłodnej pościeli, a jej ruch był pełen wyrafinowanej, zwierzęcej pewności. Rozłożyła nogi szeroko, odsłaniając się całkowicie – ofiarowując mu widok i dostęp do wszystkiego, co było esencją tego spotkania.

On uklęknął między jej udami. Nie rzucił się od razu. Przez chwilę tylko patrzył.  Potem pochylił się, poczuła jego ciepły oddech na swojej skórze. Jego dłonie objęły jej uda, przytrzymując je z delikatną, ale nieznoszącą sprzeciwu siłą. Gdy jego język dotknął jej pierwszy raz, był to dotyk tak bezpośredni, tak intymny i tak inny od wszystkiego, co znała, że całe jej ciało zesztywniało na moment. 

Nie pachniała już tylko sobą – pachniała ich wspólnym pożądaniem, intensywną, słodkawą wilgocią, która była zaproszeniem i spełnieniem w jednym. Była niewiarygodnie mokra, a każdy ruch jego języka – od subtelnych kręgów wokół łechtaczki po pewne, głębokie pociągnięcia wzdłuż jej szczeliny – zbierał tę wilgoć, zamieniając ją w niekończący się, zmysłowy rytuał. Jej palce wpiły się w prześcieradło, a stopy bezsilnie opadły na materac, poddając się fali czystej, fizycznej rozkoszy, która zaczęła się kotłować w jej podbrzuszu, odcinając ją od wszystkiego poza tym punktem, tą chwilą, tym obcym, a jednak tak pożądanym dotykiem.

Jej dłoń, jakby działająca własną wolą, wpiła się we włosy na jego głowie, delikatnie dociskając ją w kluczowych momentach, gdy fale przyjemności stawały się zbyt intensywne, by je unieść w samotności. Jej uda napinały się i drżały, stopy szukały oparcia w prześcieradle. Pierwszy orgazm przyszedł nagle, jak gwałtowny wstrząs – falą tak mocną i zaskakującą, że jej biodra uniosły się mimowolnie znad materaca, a z gardła wyrwał się stłumiony, zachrypnięty dźwięk. Przez chwilę leżała w milczeniu, oddychając ciężko, czując, jak pulsuje w niej każdy nerw.

Gdy oddech nieco się uspokoił, jej ciało wykonało kolejny, płynny ruch. Jej dłonie przesunęły się po jego ramionach w górę, a lekki nacisk w jego plecy był jednoznaczną, niemą prośbą. Zrozumiał.

Jego usta oderwały się od jej krocza, a śladami pocałunków rozpoczął powolną wędrówkę w górę jej ciała. Jego wargi muskały brzuch – centymetr po centymetrze – zatrzymując się tuż pod łukiem jej piersi. Tutaj zrobił pauzę. Zaczął całować każdy ich fragment z niemal religijną czcią, omijając jednak z rozmysłem najbardziej wrażliwe miejsca. Czuła ciepło jego oddechu i lekkie muśnięcie jego włosów na skórze, a jej sutki, wciąż twarde i boleśnie wrażliwe, napinały się jeszcze mocniej, domagając się uwagi, której im uparcie odmawiał.

Ten dręczący kontrast – bliskość bez bezpośredniego dotyku – doprowadzał ją do granic cierpliwości. Gdy wreszcie jego usta zbliżyły się do lewego sutka, nie zaatakowały od razu. Najpierw było tylko ciepło jego oddechu. Potem nagły chłód, gdy otwarte usta otoczyły go, nie dotykając. Wreszcie dotyk – gorący, wilgotny, mięsisty język, który okrążył szczyt, a potem delikatne, ale stanowcze ściśnięcie samych warg.

To połączenie ciepła, chłodu i subtelnego ucisku wysłało przez nią kolejny, gwałtowny dreszcz. Powtórzył to z drugą piersią, a każdy ruch jego ust i języka był celowy, metodyczny, rozkręcający w niej spiralę napięcia na nowo, jeszcze silniej niż przed pierwszym orgazmem.

Gdy w końcu oderwał usta od jej piersi, szlak pocałunków wiódł dalej – przez obojczyk, wzdłuż szyi. Jego oddech był gorący na jej skórze, a każdy mięsień jej ciała był napięty, gotowy, wyczulony na najmniejszy sygnał, jaki miało przynieść to, co miało nastąpić…

W tym momencie, w przerwie między pocałunkami na jej szyi, poczuła nowy, znacznie bardziej bezpośredni nacisk między swoimi udami. To nie było już przelotne muśnięcie z tyłu. Ciepła, twarda długość jego członka spoczywała teraz ciężko na wewnętrznej stronie jej uda, poruszając się w ślad za łagodnymi ruchami jego bioder, które wciąż wtulały jego twarz w jej szyję. Ten rytmiczny, delikatny dotyk był bardziej bezpośredni i bardziej obiecujący niż cokolwiek wcześniej.

Jej dłoń, działająca jakby własnym impulsem, oderwała się od jego ramienia i sięgnęła w dół. Jej palce natrafiły na niego. Dotyk był odkryciem. Twardość była absolutna, jak wypolerowane, żywe drewno pod cienką, aksamitną skórą. Jej kciuk przesunął się po gładkiej, wilgotnej czubie odsłoniętej żołędzi – niezwykle wrażliwej, ciepłej i, w porównaniu do wszystkiego, co znała, ogromnej. Myśl, która przebiegła jej przez głowę, nie była wyrachowana ani pożądliwa, ale czysto, instynktownie fizyczna, niemal techniczna: „Czy to się w ogóle zmieści?”

Było w tym zdumienie i odrobina lęku, które zmieszały się z podnieceniem, tworząc w niej dziwną, ostrożną czujność. To nie był już tylko obcy mężczyzna. To była konkretna, bardzo fizyczna i nieoczekiwanie imponująca część jego obcości, którą miała przyjąć. Jej oddech znów się zmienił – stał się płytszy, bardziej skupiony. Dotyk jej dłoni na nim był teraz zarówno badawczy, jak i przygotowujący, jakby jej ciało na swój sposób próbowało zmierzyć się z tym wyzwaniem, zanim podejmie decyzję o ostatecznym kroku.

Jej ręka, prowadząca go, nie była już niepewna. Kierowała twardą, gorącą główkę jego członka w dół, ku własnej, rozpalonej wilgoci. Zaczęła od delikatnego ocierania – gładka, napięta powierzchnia żołędzi przesuwała się po jej wargach sromowych, rozszerzając je, smarując ją jej własną mokrością. Wrażenie było intensywne: czuła każdy milimetr tej innej, obcej twardości na swojej nadwrażliwej skórze. Gdy czubek dotknął najpierw wewnętrznej strony warg, a potem, przez przypadek czy cel, przesunął się po nabrzmiałej, pulsującej łechtaczce, wstrząsnęło nią gwałtowne, ostre ukłucie rozkoszy. Jęknęła cicho w jego pocałunku.

On nie przestawał. Jego usta na jej szyi, jego dłonie na jej piersiach – wszystko to tworzyło stałą, przytłaczającą kaskadę doznań. Była w wirze, a jej własne pragnienie, pomieszane z fizycznym zdumieniem jego rozmiarem, osiągnęło punkt krytyczny. W szczytowym momencie tego podniecenia, jej głos, ochrypły i rozkazujący, wyrwał się spomiędzy zaciśniętych zębów:

– Załóż.

Wykonała szybki, sięgający gest w stronę torebki leżącej obok łóżka. On zrozumiał. Przerwał na moment pocałunki, sięgnął, wyciągnął małe, srebrne opakowanie. Obserwowała, jak z precyzyjną, niemal rytualną uwagą rozrywa je, jak chwyta podstawę swojego członka i zaczyna naciągać na niego cienką, przezroczystą powłokę. Widok był niezwykle intymny i surowy: jego skupiona twarz, ruch dłoni, jak latex obejmował imponującą długość i grubość. Następnie wzięła tubkę z lubrykantem i nałożył obficie dodatkową warstwę po wierzchu, jego palce rozprowadzając ją po całej długości, aż zabłyszczał w półmroku.

Gdy wrócił nad nią, był już inny – zabezpieczony, gotowy, a jednocześnie jeszcze bardziej obcy w tej technicznej cienkiej powłoce. Jej dłonie, teraz pewniejsze, znów go znalazły i naprowadziły na swoje miejsce. Tym razem nie było to już tylko ocieranie. Czuła szerokość jego główki, która teraz, pokryta śliskim lubrykantem, powoli po milimetrze napierała z wyraźną, nieprzepartą siłą. Ona, prowadzona nagłym, śmiałym pragnieniem, przestała się wahać. Jej biodra uniosły się lekko, napierając ku niemu, a jej palce wcisnęły się w jego pośladki, wzywając, przyciągając, żądając wejścia. Wilgoć, lubrykant i jej zdecydowanie usunęły ostatnie fizyczne opory. Była gotowa. Wszystko teraz zależało od pierwszego, powolnego pchnięcia, które miało przekroczyć ostatni próg.

 

...ten moment

Jego wejście nie było gwałtowne, lecz nieustępliwe. Ruchy były powolne, metodyczne, każdy milimetr potem centymetr głębokości zdobywany z namysłem, jakby kalibrował swoje posunięcie do najlżejszego drgnienia jej ciała. Odczytując jej język ciała z intensywną uwagą, napierał delikatnie, zawsze gotowy się cofnąć, ale nie napotykając oporu, który by tego wymagał.

Kaja pracowała biodrami w subtelnej harmonii z jego rytmem, dostosowując kąt, ułatwiając penetrację. Gdy poczuła, jak szeroka główka w końcu w całości znika w niej, przechodząc przez najwęższy punkt, wydała z siebie długi, drżący wydech. To nie był ból, ale intensywne, rozszerzające poczucie wypełnienia, zupełnie nowe w swojej skali.

Jej dłonie, leżące wcześniej na jego pośladkach, zacisnęły się teraz. Palce wbiły się lekko w twarde mięśnie, szukając punktu zaczepienia w tej fizycznej rzeczywistości, która ją przerastała. Nie chwytała z bólu, lecz z potrzeby zakotwiczenia w tym momencie, bycia aktywną uczestniczką tego, co czuła.

A czuła go w środku z niebywałą wyrazistością. Z każdym powolnym ruchem bioder w tył, czuła, jak się w niej cofa, niemal opuszczając ją, pozostawiając dziwne, pustawe uczucie, po którym natychmiast następowało ponowne, odrobinę głębsze wejście. Te wahadłowe, pełne skupienia ruchy nie powodowały dyskomfortu. Wręcz przeciwnie – były dręcząco powolne, pozwalając jej neuronom zarejestrować każdy aspekt tego doświadczenia: ciepło, twardość, gładkość prezerwatywy, fakturę jego przyrodzenia, sposób, w jaki wypełniał i rozciągał jej wewnętrzne przestrzenie, które nigdy wcześniej nie były angażowane w ten sposób. Było to intensywne, przytłaczające i, ku jej zdumieniu, głęboko satysfakcjonujące na czysto, fizjologicznym poziomie. Jej ciało, pomimo początkowych obaw, otwierało się i zaakceptowało go w całości, a każdy cykl wycofania i penetracji podkręcał spiralę napięcia w jej podbrzuszu na nowo, budując coś wolno, ale nieubłaganie.

Jego ruch, płynny i nieprzerywający kontaktu, był dowodem całkowitego skupienia na jej reakcjach. Delikatnie, ale pewnie, jego dłonie wsunęły się pod jej pośladki, unosząc jej biodra, by umieścić pod nimi zrolowaną poduszkę. Ten prosty manewr zmienił wszystko. Kąt penetracji stał się bardziej bezpośredni, a każde jego pchnięcie, wciąż powolne i głębokie, trafiało teraz w precyzyjny, elektryczny punkt w jej wnętrzu, który rozświetlał ją od środka błyskawicami czystej, nieprzetworzonej przyjemności. Warknięcie, które wydobyło się z jej gardła, było szczere i pełne uznania.

Czuł, jak pod nim, wokół niego, jej ciało zmienia konsystencję – mięśnie, które wcześniej obejmowały go ciasno, teraz rozluźniały się w sposób otwarty, wilgotny, wręcz zapraszający. To była ta chwila, na którą czekał. Bez słowa, jego rytm zaczął się zmieniać. Powolne, metodyczne pchnięcia przekształciły się w serie głębszych, bardziej dynamicznych ruchów. Stracił nieco z ostrożnej precyzji, zyskując natomiast pewność siebie i moc. Teraz nie tylko ją wypełniał – posiadał ją w tej pełni, na którą się razem zgodzili, poruszając się z siłą, która wstrząsała całym jej ciałem.

W odpowiedzi jej nogi otoczyły jego biodra jak dwie węże, wciągając go jeszcze głębiej, otwierając się dla niego w sposób, który wydawał się niemożliwy chwilę wcześniej. Jej dłonie na jego pośladkach nie były już tylko punktem oparcia. Palce wbiły się w jego mięśnie, paznokcie zagłębiając się w skórę, pieczętując ich połączenie symbolem intensywnej, dzikiej potrzeby. Nie chodziło już o badanie, ani nawet o satysfakcję. W jej podbrzuszu, w miejscu, gdzie gromadziło się każde jego pchnięcie, narastała teraz nieodparta, miażdżąca fala. Czuła, jak coś się w niej zapada i jednocześnie eksploduje – sprzeczne uczucia bliskości orgazmu, który był już nie tylko fizyczny, ale totalny, obejmujący każdy atom jej istnienia w tym momencie. Wiedziała, że to nadchodzi. Było nieuniknione. I było wielkie.

Gdy już nie było miejsca na głębiej, gdy czuła całą jego długość i wagę w sobie, a rytm stał się szybki, niemal brutalny w swojej efektywności, rzeczywistość rozpadła się na cząstki czystego doznania. Każde uderzenie jego jąder o jej srom, każde muśnięcie jego włosów łonowych o nadwrażliwą łechtaczkę i wargi, mieszało się z gorącem jego oddechu na szyi i palącym dotykiem na piersiach. Nie było już granicy między tymi bodźcami. Była tylko rosnąca, wszechogarniająca burza w jej podbrzuszu.

I wtedy to nadeszło. Nie było jednego wyraźnego początku, jednego punktu zapłonu. Było to jak stopniowe zawalenie się podłogi pod nią, która nagle zamieniła się w wodospad. Ciało ogarnęła seria potężnych, nakładających się na siebie fal skurczów, tak gęstych i długich, że nie potrafiła odróżnić, gdzie kończył się jeden orgazm, a zaczynał następny. Była to jedna, rozciągnięta w czasie, intensywna eksplozja rozkoszy, która zawładnęła całym jej jestestwem. Nie wiedziała, czy wydaje dźwięki, ani jakie. Straciła poczucie czasu, miejsca, nawet własnej tożsamości. Istniała tylko jako ten wirujący środek ekstatycznego wyładowania.

W szczycie tego chaosu, w trakcie jednego z jego głębokich pchnięć, poczuła nowe, odrębne uczucie: wewnątrz prezerwatywy, wewnątrz niej, rozlało się nagłe, intensywne ciepło. To było jego finał, jego upragniona kapitulacja, która nastąpiła w samym sercu jej własnej burzy. Na moment jego ciało zesztywniało nad nią, wydając z siebie stłumiony, głęboki jęk.

Potem, powoli, ostrożnie, wycofał się. Jego członek, zwilżony i miękki, opuścił ją, a jedynym fizycznym śladem jego uniesienia była teraz wypełniona prezerwatywa – dowód spełnionego kontraktu, który leżał między nimi na pościeli, obcy i jednocześnie intymni w swojej funkcji. W pokoju zaległa gęsta, pulsująca cisza, przerywana tylko ich głośnym, nierównym oddechem. Ona leżała nieruchomo, z zamkniętymi oczami, wciąż dryfując w pozostałościach tego, co właśnie przeszło jej przez ciało i umysł. Była kompletnie wyczerpana i jednocześnie niezwykle czujna, jakby każde włókno jej istnienia zostało przetarte do czysta i teraz chłonęło otoczenie z nową, surową wrażliwością.

Kilka długich minut minęło, zanim Kaja zdołała zebrać rozproszone cząstki siebie. Ciało było bezwładne, miękkie, a każdy ruch wymagał świadomego wysiłku. Z trudem podniosła się z prześcieradła, które nosiło ślady ich spotkania. Powoli, z mechaniczną precyzją, włożyła sukienkę, poprawiając ją bez namysłu. Buty zapięła, ledwie się pochylając. Majtki i stanik, bezużyteczne już przedmioty, wrzuciła do torby bez patrzenia. Przez cały czas czuła na sobie jego wzrok – uważny, może oceniający, a może po prostu odpoczywający po wysiłku.

Gdy była gotowa, odwróciła się. Spojrzała na niego leżącego na łóżku. W jego oczach nie było czułości, ale była jakaś głęboka satysfakcja, a może tylko spokój. Uśmiechnęła się lekko, szczerze, ale bez intymności.

– To… to było niesamowite – powiedziała, jej głos był zachrypnięty. – Dziękuję.

Nie czekała na odpowiedź. Wyszła, zamykając za sobą drzwi pokoju bez hałasu.

W lustrze windy zobaczyła obcą kobietę: z roziskrzonymi oczami, z rumieńcami płonącymi na policzkach, z włosami wymykającymi się z upięcia, z sukienką lekko przekrzywioną na ramieniu. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie wyszedł z burzy. Odwróciła wzrok. Była niezmiernie wdzięczna, że winda była pusta.

Przeszła przez hotelowy hall szybkim, pewnym krokiem, nie wymieniając spojrzeń z recepcjonistą. Czuła, jak przez cały czas, aż do momentu, gdy szklane drzwi zamknęły się za nią, jego wzrok – nie Marcina, a tego drugiego, niewidzialnego obserwatora ich umowy – towarzyszył jej.

Auto Marka stało tam, gdzie miało stać. Wsiadła do środka. Zapach samochodu, jego zapach, był jak powrót do rzeczywistości. Odwróciła się do niego. Nie powiedziała nic. Tylko chwyciła jego twarz w dłonie i pocałowała go namiętnie, głęboko, jakby próbując przelać w to pocałowanie całą intensywność, całą obcość, całą fizyczną prawdę tamtego pokoju. Gdy w końcu odsunęła usta, oddech miała urywany, a w oczach – błysk czegoś dzikiego i wyzwolonego.

– Dziękuję Ci – wyszeptała, a te słowa były cięższe niż wszystkie inne. – To było… nie z tego świata.

I wtedy, w bezpiecznej skorupie samochodu, w zapachu, który znała na wylot, przy człowieku, który był jej domem, nagle ogarnęła ją fala tak skrajnego, tak całkowitego wyczerpania, że po prostu opadła na oparcie fotela, zamykając oczy. Podróż do prawdziwego domu, ta najważniejsza, miała się dopiero rozpocząć.

 

2,242
8.94/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.94/10 (16 głosy oddane)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.