Kłopoty Patrycji (I)
25 kwietnia 2026
6 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
I.
Muszę się pospieszyć. Na szczęście niewiele mam do założenia.
Wyszłam z łazienki prosto do sypialni. Na łóżku, starannie ułożone, czekały na mnie czarne pończochy oraz koronkowy pas. Obok niego stały wysokie, połyskujące czernią szpilki o lekko zaokrąglonych czubach. Na szafie, zawieszony na zaczepionym o drzwi wieszaku, wisiał dwurzędowy beżowy trencz z wysokim kołnierzem, przepasany szerokim pasem z wydatną metalową sprzączką.
Zapięłam pas do pończoch tuż poniżej talii, pozwalając by miękka koronka delikatnie ułożyła się na biodrach, a paski podwiązek opadły na uda i pośladki. Usiadłam na krawędzi łóżka i lekko podkulając kolana, założyłam na nogi pończochy, przypinając ich manszety do pasa za pomocą plastikowych żabek. Na końcu wsunęłam stopy w szpilki. Wstałam – znajomy stukot obcasów odbił się od ścian pokoju.
- Uwielbiam ten dźwięk – mruknęłam.
Szybkim ruchem narzuciłam trencz, czując na ciele delikatny, lecz zimny dotyk podszewki. Zapięłam guziki, ściągnęłam pas płaszcza i wygładziłam jego poły dłońmi. Idealnie dopasował się do sylwetki. Wyszłam do przedpokoju i zatrzymałam się przed lustrem. Wysoka, smukła dziewczyna o jasnych włosach, przyciętych tuż poniżej linii brody i prostej grzywce opadającej na górne powieki, spoglądała na mnie błyszczącymi, zielonymi oczyma. Lekko rozchylone, pokryte ciemnoczerwoną szminką usta, odsłaniały perłową biel zębów. Jasna cera kontrastowała z ciemnymi liniami makijażu – kredki wyznaczającej kontur oczu, tuszu pokrywającego długie rzęsy oraz z lekkim szafirem cienia do powiek. Uniósłszy brodę, poprawiłam kołnierz płaszcza. Perłowy naszyjnik, ciasno zawiązany na szyi poruszył się subtelnie. Usłyszałam delikatny szelest twardych perłowych ziaren. Obróciłam się bokiem. Materiał płaszczyka opinał sylwetkę, zatrzymując się tuż nad kolanami. Wystarczająco krótko, by sugerować, nie zdradzając jednak zbyt wiele. Czarne, gładkie pończochy nadawały dodatkowej smukłości nogom, a wysokie szpilki zmysłowo napinały łydki.
- Jest dobrze – powiedziałam półgłosem. – Podniosłam poły płaszcza i ostatni raz zerknęłam, czy nie odpięły się żabki podtrzymujące pończochy. Trzymały się mocno, a paski, do których były przymocowane, delikatnie wpijały się w ciało.
Nagłe ciepło, które poczułam w podbrzuszu, wprawiło moje dłonie w drżenie. Westchnęłam cicho, opuszczając materiał.
- To tylko spacer, prawda? – spytałam swoje odbicie. Dziewczyna w lustrze uśmiechnęła się do mnie figlarnie, jakby wiedziała więcej.
Sięgnęłam po torebkę i ostatni raz poprawiłam pasek płaszcza. Przez krótką chwilę stałam nieruchomo, wsłuchana w wieczorną ciszę bloku.
- Chodź – mruknęłam do odbicia. – Zobaczymy, dokąd powiodą nas nogi.
Odwróciłam się i wyszłam z mieszkania. Błysnęła zapalająca się na piętrze lampa. Schowałam klucze i ruszyłam w dół po schodach. Miarowy odgłos obcasów odezwał się echem i odbił od wąskich ścian klatki schodowej. Opuściłam blok i usłyszałam mechanizm samozamykacza zatrzaskującegoza mną drzwi. Nagle, chłodny powiew powietrza szarpnął płaszczem, unosząc go w górę. Nerwowym ruchem rąk przygniotłam do ciała zbuntowany materiał. Rozejrzałam się w napięciu. Pusto. Nikt nie widział. Drżące westchnienie ulgi wydobyło się z moich ust.
Ruszyłam przed siebie chodnikiem, omijając budynki. Przy każdym kroku czułam jak delikatne, chłodne podmuchy powietrza muskają moje nogi, gładzą moje uda i docierają w górę – tam, gdzie nie miałam na sobie absolutnie niczego. Poczułam, jak żar w podbrzuszu wraca, a serce przyspiesza. Zadrżałam i uśmiechnęłam się do siebie w półmroku.
Boże… zaraz wyjdę z osiedla na ruchliwą ulicę.
II.
Stukot obcasów niósł się po pustej ulicy, odbijając się echem od witryn sklepowych ulokowanych na parterze starego peerelowskiego płytowca. Rozświetlone wystawy odróżniały sklepy jako tako radzące sobie na rynku, od pogrążonych w ciemności lokali działających na granicy rentowności. Secondhand, apteka, spożywczy, znowu apteka… wszystko było dla mnie znajome, niezmienne od lat. Lubiłam tu przychodzić jako dziecko, kiedy mieszkałam na tym osiedlu z rodzicami. Ten sentyment pozostał mi do dziś. Zbliżała się 20.00. Ulica była pusta, a prawie wszystkie sklepy pozamykane.
Zaczynały boleć mnie stopy. Nawet najbardziej markowe szpilki w końcu przypomną,że za bycie elegancką i seksowną trzeba zapłacić. Spacer, który w planach miał być dla mnie ekscytującym, prawie ekshibicjonistycznym przeżyciem, powoli zmieniał się w zwykłe zmęczenie. I rozczarowanie. Poza parą rozkrzyczanych, zajętych sobą nastolatków nie spotkałam po drodze żywej duszy, która obdarzyłaby mnie choćby przelotnym spojrzeniem. Nawet na stacji benzynowej, do której wstąpiłam po chusteczki i miętowe gumy, nie było tego przystojnego sprzedawcy z popołudniowej zmiany. Zastępowała go pulchna koleżanka, która ledwo zwróciła na mnie uwagę, rzucając obojętne „miłego wieczoru”.
A do tego zaczynało mi być zimno.
Z drugiej jednak strony czułam ulgę. Nikt nie odkrył sekretu, który miałam pod cienkim płaszczem.
Drzwi mijanej przeze mnie apteki otworzyły się gwałtownie. Wyszedł z nich mężczyzna – wysoki, dobrze zbudowany, pachnący świeżym prysznicem i drogimi perfumami.
Zadrżałam i zacisnęłam dłoń na pasku torebki.
Minął mnie, jakbym była niewidzialna, zbyt zajęty swoim smartfonem.
- Trudno – mruknęłam zirytowana. – Jego strata. Pewnie gej…
Jednak moja wyobraźnia już pracowała. Wyobraziłam sobie jego nagi tors oblany wodą i pianą, spływającą po jego wyrzeźbionym brzuchu – w dół w stronę pachwin. Masował ciało energicznymi ruchami, nakładając na nie żel.
Stanęłam, ciężko oddychając. Serce waliło mi w piersi. Zamknęłam oczy.
Poczułam jego obecność za plecami. Bliskość. Ciepło gorącego oddech na moim karku, wilgotny pocałunek na szyi, silne dłonie zsuwające się po mojej talii.
Oparłam dłoń o zimną szybę sklepowej witryny. Drugą dłonią delikatnie podniosłam poły płaszcza, kładąc rękę na prawym udzie, w miejscu, w którym kończyła się manszeta pończochy. Musnęłam palcami wyżej, Jeszcze wyżej.
Dotknęłam siebie. Byłam wilgotna i gorąca. Westchnęłam cicho, zataczając delikatne kręgi wokół twardniejącego guziczka.
W tej samej chwili lodowaty podmuch wiatru uderzył prosto w moje odsłonięte krocze. Krzyknęłam cicho zaskoczona. Dłoń, którą oparłam się o witrynę, ześlizgnęła się po tafli szkła. Straciłam równowagę i z impetem uderzyłam czołem w wystawę sklepową. Rozległ się głuchy dźwięk. Grzywka odskoczyła mi na boki.
Ciszę ulicy rozdarł przeraźliwy dźwięk alarmu antywłamaniowego.
Przed oczyma zamigotały mi gwiazdy. Przez zmrużone z bólu oczy zobaczyłam wystawę sklepu – to była księgarnia. Cały widok przesłaniało mi opasłe tomiszcze. Tytuł głosił: „W oczekiwaniu na dziecko – poradnik dla rodziców”.
W mieszkaniu nad sklepem zapaliło się światło. Potem w kolejnym. Cofnęłam się gwałtownie od szyby.
- Idiotka… – wygarnęłam sobie, odwracając się na pięcie. Zaczęłam oddalać się z miejsca zbrodni tak szybko, jak pozwalały mi na to wysokie obcasy moich butów. Usłyszałam dźwięk otwieranego okna.
– Zaraz mnie zauważą – pomyślałam w panice i jeszcze przyspieszyłam, przechodząc w trucht. Na szczęście zbliżałam się do końca bloku. – Schowam się za rogiem i nikt mnie nie wypatrzy – pomyślałam z nadzieją. Nagle w górze rozległo się szczekanie psa, który wybiegł na balkon za swoim panem. Przerażona, potknęłam się i o mało nie spadłam ze schodów, znajdujących się przy końcu budynku. W ostatniej chwili złapałam równowagę, opierając się dłonią o ścianę. Drugą ręką, w której trzymałam torebkę, wywinęłam szerokiego młyńca w powietrzu. W prawej kostce poczułam kłujący ból. Kulejąc, schowałam się w cieniu zalegającym za rogiem. Przyciskając plecy do zimnej ściany, zaczęłam uspakajać oddech. Alarm wciąż wył. Przymknęłam oczy.
- Ogarnij się Patrycja – szepnęłam do siebie. Schyliłam się, rozmasowałam kostkę, po czym wysunęłam na chwilę stopę z czółenka buta i pokręciłam nią kilka razy w powietrzu.
Po chwili ruszyłam dalej – ostrożnie i powoli, wciąż czując nadwyrężoną kostkę. Oddalałam się w głąb blokowiska – byle dalej od rozwrzeszczanego alarmu.
patrycjao02
Jak Ci się podobało?