Kolekcjonerka
24 marca 2026
15 min
Jagoda postawiła weto i ani myśli pozwolić dokończyć swoją serię, więc na scenę wepchnęła się Anka. Chyba najbardziej niezależna i najmniej tejotowa bohaterka, z jaką miałem do czynienia, ale... ją lubię. Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu.
PS Sporo wiórów, ale w tartaku cisza.
Kazamaty powoli się zapełniały. Jak co piątek muzyka dudniła, piwo się pieniło, pierwsze pary nieśmiało podrygiwały na parkiecie. Anka siedziała z papierosem w dłoni, przy stoliku pod ścianą popijając piwo. Nie zwracając zbytnio uwagi na paplaninę koleżanek, oceniała przewijających się po klubie facetów…
– Ty kurwiszonie!
Krzyk niemal zagłuszył muzykę. Kilka głów odwróciło się odruchowo. Krągła brunetka biegła przez parkiet, z furią wypisaną na twarzy.
– Myślałaś, że cię nie znajdę, szmato?!
Nim ktokolwiek zdążył zareagować, chwyciła Ankę za blond włosy i szarpnęła mocno, podrywając ją z miejsca. Muzyka jakby przycichła, rozmowy przy stoliku zamarły, zgrzytnęło przewracane krzesło.
Zaatakowana dziewczyna, po pierwszym zaskoczeniu, sprawnie wywinęła się z rąk agresorki i przeszła do ofensywy. Złapała nadgarstek, wykręciła rękę i przyparła napastniczkę do ściany.
– Puszczaj, suko! Oczy ci wydrapię! – wrzeszczała jak opętana brunetka.
– Dlatego nie puszczę – odparła Anka spokojnym tonem. – Ochłoń.
– Odpierdol się od niego, słyszysz!
– Uspokój się. Nie rób cyrku.
– Ja ci z dupy cyrk zrobię – nie odpuszczała furiatka, ale już ciszej.
Blondynka nawet nie drgnęła, wciąż trzymając ręce dziewczyny.
– Uspokój się – powtórzyła. – Wtedy pogadamy.
Napastniczka zaczęła tracić siły. Oparła czoło o ścianę, opuściła ramiona.
– Już? – zapytała Anka. – Mogę cię puścić?
Nieznaczne skinienie głową.
Blondynka cofnęła się o krok, zachowując czujność. Napastniczka odwróciła się od ściany. Przez chwilę mierzyły się wzrokiem.
– Chodź. Pogadamy – Anka złapała ją za łokieć, gestem nieznoszącym sprzeciwu i wyprowadziła z klubu.
Dopiero gdy zniknęły w przejściu, ktoś podniósł przewrócone krzesło, ktoś przyniósł z baru ścierkę i zaczął wycierać rozlane piwo. Szum rozmów i muzyka wciąż jednak wydawały się przytłumione przez wiszące w powietrzu pytanie.
Co tu się właśnie wydarzyło?
Tydzień wcześniej
Pokój był za mały nawet na trzy osoby, a tego popołudnia zebrała się cała piątka. Basia siedziała na łóżku z podkulonymi nogami, cicho łykając łzy. Magda klęła na czym świat stoi, Kaśka głaskała zapłakaną przyjaciółkę po plecach, a Daria bezmyślnie mieszała dawno wystygniętą kawę i niczym mantrę powtarzała, że „ten typ od początku jej się nie podobał”.
Anka siedziała na parapecie z nieodłącznym papierosem w dłoni. Słuchała tego wszystkiego od dobrych dwudziestu minut z coraz większym zniecierpliwieniem.
– No bo wiecie – chlipała Basia – on… tak po prostu… że to nie ma sensu, bo… ja za dużo oczekuję.
– Był chujem, jest chujem i zdechnie chujem – podsumowała Magda.
– Magda… – jęknęła Kaśka.
– No co? Prawdę mówię.
– Basieńka, nie płacz już – Daria odezwała się miękko znad kubka – Ten gnój nie jest wart ani jednej twojej łzy.
Anka prychnęła.
Cztery pary oczu odwróciły się w jej stronę.
– No co? – wzruszyła ramionami. – Facet dał nogę, od ryczenia nie wróci. Zresztą po co.
– Ty jak zawsze umiesz pocieszyć – mruknęła Kaśka.
– A wy jak zawsze robicie dramę z byle czego, to nie koniec świata.
– Dla ciebie wszystko jest byle czym – burknęła Basia, wycierając łzy.
– Nie jest.
Anka zgasiła papierosa w doniczce i podeszła do łóżka. Usiadła obok koleżanki, objęła ramieniem i przytuliła mocno, z czułością.
– No już – szepnęła. – Nie rycz tak, bo ci gdzie indziej wilgoci zabraknie.
Baśka parsknęła mokrym, urwanym śmiechem.
Blondynka, wciąż obejmując przyjaciółkę, uniosła jej podbródek, zaglądając w oczy.
– Mam plan – rzuciła z błyskiem w oku.
– Już się boję – skwitowała Daria.
– Wieczorem idziemy do Kazamatów – kontynuowała niezrażona Anka, nie przerywając kontaktu wzrokowego. – Mogę cię z kimś poznać. Dwa porządne orgazmy i zapomnisz o tym pajacu.
Przez sekundę było cicho.
Potem Magda parsknęła śmiechem, Daria przewróciła oczami, a Kaśka westchnęła z miną osoby, która właśnie straciła resztkę wiary w ludzkość. Nawet Basia prychnęła przez łzy.
– Jesteś niemożliwa – szepnęła.
– Przez grzeczność nie zaprzeczę – odparła Anka. – Ale przynajmniej proponuję rozwiązanie zamiast łzawego konkursu w głaskanie.
Kazamaty dopiero się rozkręcały.
Anka weszła pierwsza. Jak zawsze. Magda pomachała radośnie do znajomego barmana. Daria z Kaśką poleciały do baru po piwo, a Baśka snuła się z tyłu z miną kogoś, kto najchętniej wróciłby do akademika i zaszył pod kocem.
Blondynka zwolniła i zrównała się z nią.
– Wyglądasz, jakby cię na sekcję wieźli – rzuciła. – Wyluzuj. Jedno piwo i poczujesz się lepiej.
Basia skrzywiła się.
– Albo się całkiem rozlecę.
– Nie ma takiej opcji.
Zajęły stolik mniej więcej w połowie drogi między barem a parkietem. Po chwili Kaśka z Darią przyniosły piwo. Magdzie, jak zwykle, już po pierwszych łykach włączył się słowotok. Ewidentnie próbowała rozruszać towarzystwo.
– … w sumie, jakby się zastanowić, to od każdego faceta dostajesz to samo. Czasem trochę więcej, czasem mniej, ale wielkich różnic nie ma.
– To zależy, co masz na myśli – skrzywiła się Kaśka.
– No jak to co, wszystko – uzupełniła Magda.
– To tym bardziej nie masz racji – wtrąciła się Anka.
– Oho – zaśmiała się Magda. – Odezwała się ekspertka.
– Wybacz słoneczko, ale ja mam największą bazę danych – rzuciła niezrażona Anka.
– Nie da się zaprzeczyć – rzuciła z przekąsem Daria. – Więc jak to jest? Oświecisz nas?
– Jak nie powiesz, czego chcesz, to skąd facet ma o tym wiedzieć? – zapytała retorycznie Anka.
– Nie mów, że to działa. Przecież oni nie słuchają – Magda pozostawała sceptyczna.
– Nie mówię, że działa zawsze, ale częściej niż myślisz. A ci, co nie słuchają… sami sobie szkodzą – kończąc zdanie, uśmiechnęła się do własnych myśli.
Baśka nie uczestniczyła w rozmowie. Siedziała sztywno, obracając w dłoniach nietknięty kufel.
– Nie rób takiej miny – powiedziała Magda.
– Jakiej?
– Jakbyś oblała poprawkę u Kozuba – dorzuciła Kaśka.
Baśka tylko wzruszyła ramionami.
– Może jednak się zawinę. Nie będę wam psuła wieczoru.
– Nawet mnie nie wkurwiaj – rzuciła ostro Anka, odstawiając kufel.
Dziewczyna spuściła wzrok.
Blondynka omiotła salę jednym szybkim spojrzeniem. Kilku znajomych przy sąsiednim stoliku. Nie. Jakieś późne liceum pod ścianą – odpada w przedbiegach. Dopiero przy barze mignęła znajoma sylwetka. Długie włosy, skórzana kurtka z frędzlami, nonszalancka mina pozornie znudzonego faceta.
Robert.
Podniosła się.
– Gdzie cię niesie? – zapytała Daria.
– Zaraz wracam.
Podeszła do baru, zamówiła piwo i oparła się łokciem o blat, tuż obok niego.
– Cześć, kotek.
Odwrócił się i uśmiechnął na jej widok, jakby właśnie na nią czekał.
– Cześć, diablico. Znów na łowach?
– Cipka nie sługa – rzuciła lekko.
Dwóch chłopaków stojących obok spojrzało na nią tak, jakby wyszła nago przed ołtarz.
Anka parsknęła.
– Co to? Kumpli z seminarium na pokuszenie wodzisz?
– No co ty, ja? – oburzył się z miną niewiniątka.
– Dobra, dobra. Może mają potencjał – rzuciła, uważnie przyglądając się chłopakom.
– Uczcie się od mistrza – wskazała głową Roberta. – To się wam przyda.
Chłopak uniósł kufel w parodii salutu.
– Sama jesteś?
– Nie i mam sprawę.
– Oho, brzmi groźnie.
– Przestań. Czy ja cię kiedyś wpakowałam w kłopoty?
– Mam zacząć wymieniać…
– Oj dobra, słuchaj. Jestem z kumpelą. Chłopak ją rzucił. Potrzebuje czegoś, co ją przestawi na inne tory.
– A ja niby co mam z tym wspólnego?
– Umiesz pocieszać – mrugnęła porozumiewawczo.
Uśmiechnął się szerzej.
– Która?
– Stolik przy kolumnie, brunetka z kucykiem.
Spojrzał we wskazanym kierunku, przez chwilę nic nie mówił.
– Lubi Nirvanę – dodała.
Robert zaśmiał się pod nosem.
– Spłoniesz w piekle, diablico.
– Raczej je przejmę. To jak.
Wzruszył ramionami, ale jego uśmiech wystarczył za odpowiedź.
– Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć – rzuciła i wróciła do stolika.
Pojawił się kilka minut później. Sam, co Anka doceniła krótkim uśmiechem. Przedstawiła go dziewczynom, w szczególności Basi, zrobiła miejsce obok brunetki. Rzuciła dwa zdania „na rozruch” i zaraz wycofała się z rozmowy, jakby nigdy nie była jej częścią.
Na początku brunetka siedziała spięta, odpowiadała półsłówkami, patrzyła wszędzie, tylko nie na niego. Robert jednak wiedział, co robi. Już po paru minutach uśmiechnęła się nieśmiało. Po paru kolejnych, nieświadomie, poprawiła włosy i patrzyła w brązowe oczy z uwagą, którą jeszcze chwilę temu miała zarezerwowaną wyłącznie dla własnej rozpaczy.
Anka zerknęła na nią raz i od razu odpuściła.
Niech się dzieje.
Upiła łyk piwa i znów zaczęła omiatać salę spojrzeniem. Bar odpadał – nie szukała zawodników do piwnego maratonu. W loży obok siedzieli „okularnicy” z polibudy, kompletnie nie jej klimat. Przy wejściu stało dwóch chłopaków, których znała aż za dobrze. Do tej samej rzeki drugi raz nie wchodziła.
I wtedy go zobaczyła.
Ruszał się swobodnie, pewnie, jakby rytm wypływał nie z głośników, lecz z niego. Bez tej całej samczej pozy, którą tylu idiotów przybierało na parkiecie między trzecim a czwartym piwem. Ciemne włosy, kilkudniowy zarost, koszula rozpięta pod szyją, rękawy podwinięte.
Anka znieruchomiała na sekundę.
Interesujące.
Wstała i weszła na parkiet.
Nie podeszła. Tańczyła tak, jak zawsze – ze świadomością, że nie musi nic udowadniać, powoli, niby przypadkowo, zmniejszając odległość. Gdy znalazła się blisko, poczuła jego zapach. Ciepły, męski, z ledwo wyczuwalną nutą perfum.
Ciało zareagowało od razu.
Piosenka się skończyła. Chłopak wrócił do stolika, do znajomych. Anka stanęła w cieniu wspierającej strop kolumny, obserwując go z ukrycia.
– A ty co stoisz jak kołek? – obok pojawiła się Kaśka.
Blondynka skinęła lekko głową w stronę chłopaka.
– Ale ciacho.
Kaśka zmrużyła oczy, przyglądając się.
– Który? Ten w czarnej koszuli? Czy ja wiem. Zwyczajny taki.
– Nie znasz się.
– No jasne.
– Mówię ci, dla takiego to choćby majtki przez głowę ściągnąć.
– Oho. Już cię nosi – zaśmiała się dziewczyna, odchodząc w kierunku baru.
Anka nie odpowiedziała. Oparła się o kolumnę, wciąż obserwując. Śmiał się, coś opowiadając, gestykulował przy tym żywiołowo.
Rzuciła jeszcze okiem w kierunku Baśki. Dziewczyna śmiała się z czegoś, co powiedział Robert. Nie siedziała skulona. Splotła dłonie na plecach, niby przypadkiem wypinając niezbyt imponujący biust.
Świetna robota, kotek.
Wróciła do własnego polowania.
Z głośników rozległ się następny utwór. Tym razem tańczyła już dla niego.
Nie wprost, nie na pokaz. Z naturalnym wdziękiem i swobodą. Co chwilę posyłała mu spojrzenie na tyle długie, że musiał je poczuć, choć nie mógł uznać za zaproszenie.
Nie musiała długo czekać, zanim poczuła obecność za plecami. Nie zaczepiał, nie dotknął, po prostu pojawił się tuż obok, a jednak dla niej.
Tańczyła dalej, spokojnie, jakby nic się nie stało. Postanowiła jednak szerzej uchylić te drzwi. Odwróciła się, przez chwilę patrzyła mu w oczy, a potem położyła ręce na jego ramionach, zapraszając.
Przez chwilę dali się nieść muzyce. Nie próbował prowadzić, zostawiał przestrzeń, którą z przyjemnością wypełniała – każdy jej ruch był sugestią, każdy gest zaproszeniem zawieszonym tuż na granicy dosłowności.
— Nie widziałem cię tu wcześniej — odezwał się po chwili, przekrzykując muzykę.
Anka spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem.
— Bo nie szukałeś.
Zaśmiał się — szczerze, bez kalkulacji, tak samo, jak przy swoim stoliku. To jej się spodobało.
— Mateusz — powiedział w pewnym momencie.
— Anka.
— Napijemy się?
Spojrzała na niego przez chwilę, jakby rozważała. Już wiedziała, że tak — wiedziała to od momentu, kiedy poczuła zapach. Ale on nie musiał o tym wiedzieć.
— Czemu nie — powiedziała w końcu.
Nie czekając, ruszyła w stronę baru.
Przy ladzie było względnie ciszej. Barman postawił przed nimi dwa piwa, uśmiechając się do Anki jak do dobrej znajomej, na co ona odpowiedziała „puszczeniem całusa”. Mateusz zapłacił, zanim zdążyła wyciągnąć portfel. Nie skomentowała – przyjęła to jako coś oczywistego.
– Widzę, że jesteś tu znana – odezwał się chłopak.
– Często bywam w Kazamatach – odparła swobodnie, siadając na hokerze.
– Klimatyczny lokal i świetna muzyka – podsumował.
– Trudno się nie zgodzić.
Przez chwilę toczyli pozornie błahą rozmowę. Mateusz mówił swobodnie, był naturalny. Niczego nie próbował przyspieszać, choć oboje wiedzieli, dokąd zmierzają. Anka potrafiła to docenić.
Rozmowę przerwał charakterystyczny głos Grzegorza Markowskiego:
„Gdy nie bawi cię już
świat zabawek mechanicznych…”
Dziewczyna bez słowa złapała go za rękę i pociągnęła na parkiet. W przygaszonych, jakby specjalnie pod klimat utworu światłach, przywarła do chłopaka w zmysłowym tańcu.
– Świetnie tańczysz – odezwał się, nachylając do jej ucha.
– Wiem – odparła bez fałszywej skromności.
– Pewna siebie – zaśmiał się.
– Przeszkadza ci to?
– Wręcz przeciwnie – odparł, przyciągając jej biodra bliżej siebie.
– Czuję… że wiesz, czego chcesz – powiedziała zalotnie, ocierając się o jego biodra i mrużąc oczy.
Mateusz uniósł brew.
– Nie zaprzeczę.
– Czyli… – zawiesiła głos – następne piwo u mnie?
Pytanie zabrzmiało niewinnie, choć oboje doskonale wiedzieli, że nie o piwo chodzi.
– To zależy, kto mieszka bliżej.
– Koło dworca, przebij to!
– Wygrałaś.
Jeśli miał jeszcze jakieś wątpliwości, rozwiała je głębokim pocałunkiem na klatce schodowej.
Pokój był mały, ale miała go na wyłączność. Zapaliła tylko lampkę przy biurku. Wolała półmrok niż macanie po ciemku.
Mateusz rozejrzał się szybko, krótko, bez tego nachalnego gapienia się po kątach, jakby oceniał ją po tym, co ma na półkach – czego nie znosiła.
Stanął przy łóżku. Nie pchał się od razu z łapami, nie próbował niczego przyspieszać, nie kozaczył, ale też nie sprawiał wrażenia niepewnego czy zagubionego. Po prostu czekał.
Kolejny plus.
Pocałowała go pierwsza. Długo, namiętnie, lecz bez napastliwego chaosu. Odpowiedział bez łapczywości, uważnie.
Cofnęła się o krok i zaczęła go rozbierać. Nie spieszyła się. Nie pomagał, nie przeszkadzał. Utrzymywał kontakt wzrokowy, pozwalając jej działać. To jej się podobało.
Kiedy zsunęła z niego koszulę, przez chwilę po prostu patrzyła. Bez skrępowania, bez udawania. Lubiła patrzeć – widzieć grę światła na skórze i mięśniach. Upewnić się do końca, że wybór był słuszny.
– Fajnie – mruknęła, kładąc dłoń na torsie.
Poczuła pod palcami ciepło skóry i napięte mięśnie. Uniosła ręce, gdy sięgnął do jej bluzki. Bez słowa, bez zawahania, pozwoliła się rozebrać. Odsłonić kształtne, choć niewielkie piersi. Nie nosiła stanika, nigdy.
– Podobają się? – zapytała, unosząc dumnie brodę.
– Bardzo.
– Więc się nimi zajmij.
Położyła mu dłoń na karku i przyciągnęła do siebie.
Wiedział, co robić.
Kolejne części garderoby wylądowały na podłodze, łóżko skrzypnęło cicho, gdy opadli na nie razem. Nie bawiła się w aluzje ani subtelne sugestie. Nie miała do tego cierpliwości.
– Tak… właśnie tak – szepnęła niskim, lekko zachrypniętym głosem.
Przez chwilę pozwoliła mu pieścić piersi, po czym wsunęła dłoń w jego włosy i pchnęła w dół.
Zrozumiał bez słowa, ale zatrzymał się zbyt wcześnie.
Westchnęła niecierpliwie.
Dopiero kiedy poczuła ciepło ust dokładnie tam, gdzie chciała, z jej gardła wyrwał się głośny jęk.
– Ooo Taaak!
Mateusz umiał słuchać. Nie popisywał się, nie narzucał tempa. Był obecny, uważny, skupiony na niej. To wystarczało.
Nie pozostała bierna. Lubiła smak i zapach męskiego ciała, oddawać przyjemność, którą dostawała. Bez nadmiernej czułości, bez teatru.
Kiedy w nią wszedł, przyjęła go głośnym westchnieniem, wychodząc naprzeciw biodrami. Tego właśnie chciała.
– Szybciej – sapnęła po chwili.
Znów posłuchał. Dostosował rytm prawie idealnie, jakby od początku wiedział, że z nią nie ma sensu czegokolwiek narzucać. Przez chwilę tylko go przyjmowała, delektowała się ciężarem ciała, ciepłem, kolejnymi pchnięciami, z których każde trafiało tam, gdzie powinno.
Potem przewróciła go na plecy.
– Moja kolej.
Dosiadła go zdecydowanym ruchem. Westchnęła przeciągle, gdy wypełnił ją całą, po czym oparła dłonie na jego piersi i zaczęła się poruszać własnym, szybkim rytmem.
– Uwielbiam to… – jęknęła.
Przyspieszała, znacząc paznokciami jego tors. Brała coraz zachłanniej, coraz mocniej. Spod przymkniętych powiek obserwowała twarz, napięcie mięśni, słuchała oddechu, próbując się zorientować, jak długo jeszcze wytrzyma.
W końcu opadła na niego całym ciałem – zmęczona i wciąż niezaspokojona.
– Dasz radę jeszcze trochę? – wydyszała mu do ucha.
Skinął tylko głową.
Uśmiechnęła się.
– To jazda.
Chwycił mocno jej pośladki. Pchnięcia były mocne, gwałtowne, dokładnie takie, jakich teraz potrzebowała. Z gardła wyrwał się głośny jęk.
– Ja pierdolę…
Była już bardzo blisko. Czuła, jak cały świat coraz bardziej skupia się w tym jednym, pulsującym fragmencie jej ciała.
– Tylko teraz nie dojdź! – wydyszała rozkazująco.
Kilka następnych ruchów wystarczyło. Rozkosz uderzyła w nią gwałtownie, odbierając kontrolę i oddech.
– Kurrrwa! – zdołała krzyknąć, nim w przypływie szaleństwa zacisnęła zęby na jego obojczyku.
Uwielbiała ten moment, gdy wszystko stawało się proste i jednoznaczne. Gdy świat znikał, a pozostawało wyłącznie to, co czuła. Szkoda, że był tak krótki.
Już po chwili wrócił oddech.
Uniosła się i spojrzała na niego z góry.
– Doszedłeś? – zapytała, choć znała odpowiedź.
Zaprzeczył ruchem głowy.
– Zajebiście.
Zsunęła się w dół jego ciała. Nie robiła tego często. Mało kto w jej oczach zasługiwał. A kiedy już, robiła to zawsze tak, żeby widział, jak najmniej, a jak najwięcej czuł.
Po wszystkim nie spieszyła się z ubieraniem. Po co.
Sięgnęła po papierosy, zapaliła i usiadła na krawędzi łóżka, naga, rozluźniona, wciąż jeszcze rozgrzana.
– Chcesz? – wyciągnęła paczkę w stronę Mateusza.
– Nie palę.
Przez chwilę było cicho. Oboje odpoczywali po swojemu.
W końcu odezwał się pierwszy.
– Jesteś świetna…
W głowie Anki błysnęła czerwona lampka. Znała ten ton.
– Wiem. Nie ty pierwszy mi to mówisz.
Zawahał się, a ona już znała dalszy ciąg.
– … ale? – rzuciła chłodno.
– Wiesz, ja… mam dziewczynę.
Zaciągnęła się głęboko papierosem. Przez chwilę tylko patrzyła bez słowa.
– To jest, do chuja pana, twój problem! – warknęła, rzucając w niego spodniami.
Teraźniejszość
Muzyka grała, ludzie tańczyli. Jakby kompletnie nic się nie wydarzyło – tylko dziewczyny przy stoliku patrzyły po sobie zdezorientowane.
Minęło dobrych kilka minut.
– Co to było? – odezwała się w końcu Kaśka.
– Nie mam pojęcia – odparła Daria, wzruszając ramionami.
Znów zapadła cisza.
– Ej! – odezwała nagle się Magda. – Tam, przy wejściu. Czy to nie jest ten facet, z którym Anka zniknęła w zeszły piątek?
– Chyba tak – stwierdziła niepewnie Daria.
– Ale ma minę! – zaśmiała się Kaśka. – Jakby mu ptak na łeb nasrał.
W tym momencie w wejściu pojawiła się Anka. Szła swoim zwykłym, pewnym krokiem. Gdy mijała Mateusza, machnęła jedynie dłonią. Trzask wymierzonego policzka niemal zagłuszył muzykę. Nawet nie zwolniła, zmierzając do stolika.
Sekundę później weszła „wariatka”. Ramiona opuszczone, przygarbiona, prezentowała się niemal żałośnie. Stanęła przed chłopakiem. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a potem… Mateusz aż się zatoczył. Dziewczyna musiała w to uderzenie włożyć wszystkie swoje siły i emocje.
Anka tymczasem dotarła do stolika. Jednym haustem niemal opróżniła kufel.
– O co poszło? – nie wytrzymała Kaśka.
Blondynka usiadła, westchnęła głęboko.
– Kurwa, przecież nie będę sprawdzać, czy kutas, na którym akurat mam ochotę usiąść, nie jest przypadkiem przywiązany do jakiejś laski.
pofantazjujmy!
Jak Ci się podobało?