Ilustracja: Pexels

Królowa Mieczy

8 lipca 2026

1 godz 19 min

Przedstawiam najbardziej osobiste i niemal ekshibicjonistyczne dzieło, jakie kiedykolwiek w życiu napisałam.
Bo jest o mnie. O moim życiu, krzywdzie i nadziejach. W części do przerywnika nie ma ani odrobiny fikcji.
Wszystkie osoby przedstawione w tym opowiadaniu są prawdziwe, poza tą która ma tutaj drugą najważniejszą rolę. Opisane przeze mnie sytuacje mogłyby się wydarzyć. Wystarczyłaby odrobina szczęścia i przychylność losu.
Można wziąć to co napisałam za fantazję, ale ja wolę nazwać to manifestacją.
Bez zbędnego przedłużania... Życzę miłego czytania!

Nie mogę powiedzieć, że Cię kocham.

Nie czuję do Ciebie nic romantycznego.

Lubię Cię, ale nie mogę Ci niczego obiecać.


Każda kolejna porażka miłosna sprawiała, że na moim pokrytym bliznami sercu pojawiały się świeże, głębokie rany. Miałam wrażenie, że w mojej klatce piersiowej jest miazga zamiast organu pompującego krew. Oczywiście w sensie metaforycznym. Gdyby tak było naprawdę, to byłabym martwa. Choć czasem się taka czułam. Pusta. Bez życia. Bez przerwy słuchałam smutnych piosenek o nieszczęśliwej, nieodwzajemnionej i wyniszczającej miłości. Jeżdżąc autobusem, pusto wpatrywałam się w okno, zastanawiając się nad tym, czy widać rozpacz wymalowaną na mojej twarzy. Ból w klatce piersiowej był przytłaczający, czasem odbierający oddech. Przechodząc przez pasy, zdarzało mi się życzyć sobie, żeby mnie potrąciła biała ciężarówka. „No dalej. Przyspiesz. Skończ moje męki”. Wiem, że brzmi to dramatycznie i niepokojąco. To nie były myśli na serio. W końcu mam plany, marzenia i cele. Jest mi ciężko, ale chcę dalej żyć. Nie śmiałam narzekać, czy dzielić się przemyśleniami z przyjaciółkami. Jedyne co im mówiłam to to, że straciłam wiarę, że ktoś mnie kiedyś pokocha. Czytanie romansów stało się męczące, choć zawsze łykałam je, jak młody pelikan. Czułam piekącą zazdrość wobec fikcyjnych bohaterek. „Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę”. Mężczyzna stawiający ukochaną na pierwszym miejscu? Wybierający ją ponad wszystko inne? Ciekawy, czuły i inicjujący? Smoki i demony wydają się bardziej prawdopodobne. 

Stałam się zgorzkniała i zniechęcona. Wprost nieznośna, ale dla siebie samej, a nie dla innych, skoro większość myśli tłamsiłam w sobie. Skupiałam się na utraconych szansach, zamiast na tym, że unikałam jeszcze większego zranienia, gdybym pozwoliła trwać relacjom bez przyszłości. Bo myślałam, że jak będę się bardziej starać, będę bardziej potulna, bardziej ugodowa, to ktoś w końcu mnie wybierze. Oczywiście dostawałam też słowa wsparcia, których żaden singiel nie lubi słyszeć: „Miłość przyjdzie w niespodziewanym momencie!”, „Na pewno kogoś poznasz!”, „Po prostu wyjdź do ludzi!”. Ta, jasne. Jakby to było takie proste… A ja wciąż rozpamiętywałam przeszłość i każdą sytuację, gdy byłam odrzucona w taki, a nie inny sposób.

Pewnego dnia polecono mi książkę „Kobiety, które kochają za bardzo”. Kiedy zaczęłam ją czytać, przeraziło mnie, jak wiele historii jest podobnych do mojej. Powtarzające się schematy, wybieranie partnera, którego chce się naprawić, lgnięcie do niedostępnych emocjonalnie osób. A to wszystko dlatego, że takie kobiety, jak ja, miały trudne dzieciństwo i nie doświadczyły rodzinnej miłości w sposób, w jaki powinny. Zrozumiałam, że czeka mnie bardzo dużo pracy, żeby wyjść z tego schematu. Byłam przytłoczona tą nagłą świadomością, że tak naprawdę moje dzieciństwo nie było kolorowe i to dlatego byłam tak zdesperowana, żeby mieć oparcie w romantycznym partnerze. Więc zaczęłam od zrobienia tego, co jest dla mnie najlepsze – skupiłam się na tym, żeby pokochać najważniejszą osobę, w moim życiu. Siebie. 

Zamiast przesuwać profile na aplikacjach randkowych, wróciłam do swoich hobby. 

Zamiast godzić się na niechciane randki, zaczęłam spędzać więcej czasu z moimi przyjaciółkami. 

Zamiast znów pytać kogoś o ulubiony kolor, próbowałam uczyć się nowych rzeczy. 

Dodatkowo radziłam sobie z paskudną chorobą mojego kota, a więc z jedną z najtrudniejszych sytuacji w moim życiu. Sama. Owszem, otrzymywałam wsparcie zarówno od bliskich, jak i nieznajomych, ale to, co było najgorsze, ogarnęłam samodzielnie. Podawanie zastrzyków i tabletek, wizyty u weterynarza, kontrolowanie stanu kota. To wszystko było cholernie ciężkie. Mogłam płakać w głos, dosłownie wyć z bezsilności i strachu o to, czy Rysiu przeżyje, ale po otarciu łez prostowałam plecy z determinacją, bo wiedziałam, że muszę sobie poradzić. Byłam jebaną bohaterką.

Z czasem dotarło do mnie, że bycie singielką wcale nie jest takie złe, choć całe swoje życie desperacko pragnęłam być pokochana. Nie byłam świadoma tego, że jestem kochana. Przez kota, przez mamę, przez przyjaciółki. Wiadomo, bliskości fizycznej nie da się zastąpić niczym innym, ale miałam pudełko zabawek, którymi z łatwością mogłam doprowadzić się do orgazmu, kiedy tylko miałam na to ochotę. Wibrator nie powie mi „Lubię cię, ale nic z tego nie będzie”, co najwyżej może się rozładować akumulator, a taką zdradę można wybaczyć. Może mi brakować pocałunków, dłoni błądzących po moim ciele, mieszających się ciężkich oddechów i ciepła. Jednak nie potrafię, a przede wszystkim nie chcę bliskości bez zobowiązań. Wiem, że zasługuję na więcej, bo sama potrafię dać naprawdę dużo.

Rozpoczęła się moja przemiana w Królową Mieczy. Zaczęłam uczyć się asertywności, niezależności i wiary w swój instynkt. 


Minęło kilka miesięcy, od kiedy postanowiłam skupić się na sobie i było mi lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Pierwszy draft mojej najnowszej powieści był już prawie skończony, terminarz wypełniony po brzegi planami z przyjaciółkami, a półki w moim mieszkaniu zdobiły ukończone obrazki wykonane haftem krzyżykowym. Gra na gitarze akustycznej szła mi coraz lepiej, choć palce mi stwardniały od naciskania na metalowe struny. Byłam też po kilku sesjach laserowego usuwania jednego z tatuaży, przygotowując skórę pod zakrycie innym wzorem. Musiałam jakoś uhonorować to, że coraz bardziej przypominałam Królową Mieczy, która stała się moim wzorem do naśladowania.

Odstawiłam ulubiony kubek-filiżankę na podkładkę, uważając na to, żeby nie oblać okupującego moje kolana kota. Jedną ręką drapałam rude czoło z białą łysinką, bezmyślnie przyglądając się blademu tatuażowi na prawym przedramieniu. Uśmiechnęłam się nikle na wspomnienie, że był zrobiony w słusznej sprawie i wykonał swoje zadanie. Pieniądze za niego trafiły do fundacji przeciwdziałającej nielegalnym firmom futrzarskim. Jednak im więcej miałam tatuaży, tym bardziej ta dziwna, neotradycjonalna sowa odstawała stylem od wszystkiego innego, co miałam na skórze. Sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić stan konta i obliczyć, czy w tej chwili będzie mnie w ogóle stać na nową dziarę. Na koniec miesiąca miałam dostać premię, więc część z niej mogłam przeznaczyć na ten cel, a resztę mogłam wziąć z oszczędności. Ekscytacja zaczęła we mnie wzrastać, a Rysiu na moich kolanach podniósł wzrok leniwie, choć ciekawsko. 

– Mamusia będzie miała nowy tatuaż – poinformowałam go.

Skoro powiedziałam „a”…

Choć jeszcze nie było nawet szóstej rano, otworzyłam Instagram i napisałam do jednej z tatuażystek z salonu, który odwiedzałam niemal regularnie. Znałam procedury doskonale. Opisałam wzór, wyznaczyłam rozmiar, wysłałam zdjęcie rozjaśnionego tatuażu i grafiki referencyjne. Pozostało czekać. Sięgnęłam znów po kawę i wzięłam kilka łyków. Ryszard zeskoczył z moich kolan, wreszcie dając możliwość poruszenia, więc poprawiłam się na krześle i pogrążyłam w myślach. Jeszcze nie byłam u tej konkretnej tatuażystki, ale wiedziałam, że każdemu w tym salonie mogłam powierzyć swoją skórę bez obaw. 

Mniej więcej w połowie zmiany mój smartwatch zawibrował kilka razy. Zerknęłam na niego i uśmiechnęłam się szeroko, bo artystka polubiła wszystkie moje wiadomości i napisała, że chętnie podejmie się tatuażu. Szybko, szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu! Sięgnęłam po telefon, żeby odpisać i ustalić datę, po czym zrobiłam przelew z zadatkiem. Nie umiałam powstrzymać pisku radości, jaki ulatywał ze mnie za każdym razem, gdy zapisywałam się na tatuaż. Obróciłam się na krześle do mojej przyjaciółki, z którą akurat byłam na zmianie.

– Zapisałam się na dziarę!

– Co tym razem?

– Królowa Mieczy, na przedramieniu – powiedziałam, pokazując wyblakły po laserze tatuaż. – Wreszcie to zakryję!

– No to super, pochwal się koniecznie, jak już będziesz miała wzór.

Uśmiechnęłam się do niej promiennie, a ona wstała, żeby podejść do mojego stanowiska. Jak zawsze dzierżyła w dłoniach swój kubek termiczny. Wzięła łyk wrzątku, po czym tradycyjnie zaczęła opowiadać o swojej najnowszej lekturze, korzystając z okazji, że do niej zagadałam. Uwielbiałam jej słuchać, nieważne o czym mówiła. Była jedną z tych osób, dzięki którym moje życie singielki było nie tyle znośne, a wręcz przyjemne. Jeździłyśmy razem na koncerty, wydarzenia kulturalne, odwiedzałyśmy nowe restauracje. Między innymi dzięki niej już dawno temu zrozumiałam, że nie wszystko trzeba przeżywać tylko i wyłącznie ze swoim partnerem, aczkolwiek żałowałam, że tak późno zaczęłam to doceniać. 

– Wyjście do Hard Rock Cafe aktualne? – zapytałam, gdy skończyła streszczać powieść.

– Oczywiście!

– Wspaniale.

I po co mi facet, jeśli mogę iść na „randkę” z przyjaciółką?

Odliczałam dni do wizyty w salonie tatuażu. Co jakiś czas otwierałam czat z artystką, żeby jeszcze raz przyjrzeć się projektowi, który dla mnie przygotowała. Zrobiła wizualizację na zdjęciu mojego przedramienia i zapowiadało się to pięknie. Wzór był dosyć ciemny i zapełniony, więc nie mogłam się nastawiać na lekką sesję. Myślałam o tym jednak w ten sposób, że taki ból będzie lepszy, niż ten, który przeżywałam przy złamanym sercu. Nie zapomniałam o moich doświadczeniach. Nadal czasem przyłapywałam się na tym, że myślałam o swoich byłych i zadawałam sobie pytanie „Dlaczego nie mógł mnie kochać tak, jak tego potrzebowałam?”. Na całe szczęście za każdym razem było coraz łatwiej odepchnąć te myśli. Przez to kilka miesięcy miałam kilka prób nawiązania znajomości, ale pilnie uczyłam się wyłapywać czerwone flagi. Próbuje wzbudzić we mnie współczucie? Żegnam. Opisuje swoją byłą, jako wariatkę? Adios. Twierdzi, że nie wie, czego szuka? Sayonara. Nauczyłam się, żeby nie myśleć, że może jednak powinnam dać któremuś z nich szansę. Nie twierdzę, że ci wszyscy mężczyźni byli złem wcielonym, ale wiedziałam, że niezbędną pracę nad sobą powinni wykonać samodzielnie. Potrzebowałam partnera, mężczyzny, a nie chłopca, którego musiałabym prowadzić przez życie za rączkę.

Ziewnęłam przeciągle, poprawiając czytnik ebooków w dłoni i manewrując nim w taki sposób, żeby widzieć ekran, bo Ryszard stał mi na klatce piersiowej i próbował zdecydować, jak się ułożyć. Prawie usiadł mi na twarzy, ale ostatecznie klapnął na bok w taki sposób, że musiałam go przytrzymywać ramieniem, żeby się nie sturlał. Jego mruczenie było donośne, a gdy spojrzałam na ten zadowolony rudo-biały pyszczek, ciepło rozlało się w moim sercu. Oto jest właśnie bezinteresowna miłość. Cmoknęłam puchate czółko i wróciłam do czytania. Wiedziałam, że nie mogę zarwać nocki, skoro jutro miałam iść na tatuaż, ale fabuła była wciągająca. Poza tym wzięłam wolne, spokojnie mogłam sobie pozwolić na to, żeby pospać dłużej. Jeszcze jeden rozdział. Automatyczna żarówka w mojej lampie zgasła akurat kilka stron przed końcem. Doczytałam i wyłączyłam czytnik, po czym mimo protestów Rysia, ułożyłam się na boku. Naciągnęłam opaskę na oczy i pozwoliłam myślom płynąć swobodnie, gdy kociak układał się w naszej ulubionej pozycji. 

Następnego dnia w moich słuchawkach rozbrzmiewała jedna z piosenek, które kiedyś katowałam w zapętleniu, bo zbyt idealnie odzwierciedlała to, co czułam. Blood Sport zespołu Sleep Token. Z czasem nauczyłam się jej słuchać, nie patrząc na przeszłość, po prostu doceniałam melodię i cudowny głos wokalisty. Wiedziałam, że to oznacza, że jestem na najlepszej drodze do uzdrowienia. Wysiadłam z tramwaju i przeszłam przez ulicę, kierując się do studia tatuażu. Nie mogłam się doczekać, więc przy kolejnej piosence, tym razem zespołu Ghost, zakołysałam biodrami, przyspieszając kroku. Miałam fantastyczny humor i czułam się niepokonana. Wiedziałam, że mimo bólu wrócę do domu z jeszcze lepszym nastrojem. Zadzwoniłam domofonem i zaczekałam na sygnał, żeby wejść na klatkę schodową.

– Hejo! – zawołałam, wchodząc do salonu, jak do siebie.

– Cześć, dawno cię nie było – odpowiedział tatuażysta, od którego miałam chyba najwięcej tatuaży. – Powinienem się obrazić, że mnie zdradzasz.

– Obiecuję, że na następny przyjdę do ciebie. Ktoś musi mi wytatuować Rysia na adopciny.

– Trzymam za słowo.

Zaśmiałam się, po czym ściągnęłam płaszcz i usiadłam na kanapie. Niewiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty, choć zauważyłam nowe printy i dostępne wrzutki. Powstrzymałam pokusę, żeby podejść do ściany i sprawdzić wzory. Wiedziałam, że może to się skończyć tak, że wybiorę kolejną dziarę przed zrobieniem tej, na którą przyszłam. Tatuażysta zaproponował mi kawę, więc z wdzięcznością kiwnęłam głową, nawet jeśli to nie on miał się mną dzisiaj zajmować. Właścicielka salonu wpadła, do środka akurat, jak podnosiłam kubek do ust.

– Rety, przepraszam cię najmocniej za spóźnienie! – powiedziała na wydechu. – Ogarnę się i już drukuję wzór.

 – Luzik, nic się nie stało. Akurat na spokojnie dopiję kawę.

Tatuażystka kiwnęła głową, zdjęła kurtkę i zaczęła się kręcić po przedpokoju służącym za recepcję. Wzdrygnęłam się, gdy usłyszałam dzwonek domofonu. Widocznie przybyła druga „ofiara”. Ciekawsko zerknęłam w kierunku drzwi, gdy rozległo się pukanie. Oho, czyli ktoś, kto nigdy wcześniej tutaj nie był… 

– Dzień dobry. – Mężczyzna wszedł do salonu i uśmiechnął się przyjaźnie do tatuażysty, który mu otworzył. – To do pana się umówiłem, tak?

– Tak, ale nie musimy być na pan, jeśli nie chcesz. Jestem Marcel.

– Oczywiście. Jestem Tobiasz.

– A ja Weronika! – zawołałam radośnie, bo miałam akurat taki kaprys. 

Tobiasz zerknął na mnie z uniesionymi brwiami i skinął głową na przywitanie. Dopiero gdy się do odwrócił, zauważyłam, że był przystojny, dodatkowo bardzo w moim typie – blondyn w okularach. 

– Ty też tutaj tatuujesz? – zapytał chwilę po tym, jak ustalił z tatuażystą, że też chętnie napiłby się kawy.

– Nie, przyszłam na udrękę tak samo, jak ty.

– Udrękę?

– Nie wiem, czy wiesz, ale będzie bolało.

Na jego twarzy pojawił się wyraz udawanego przerażenia i uniósł dłoń do ust. Zauważyłam, że nie ma obrączki, a wydawał się po trzydziestce, czyli mniej więcej w moim wieku. Skąd się w ogóle pojawiły u mnie te myśli? A sio!

– To będzie mój pierwszy tatuaż, więc trochę nie wiem, czego się spodziewać – wyznał i wzruszył ramionami. – A widzę, że ty masz ich sporo. Jakieś porady dla początkującego?

– SPF to twój najlepszy przyjaciel, a…

– Okej, wzór mam wydrukowany w dwóch wersjach – przerwała nam tatuażystka, pokazując wycięte dwie Królowe Mieczy. – Przymierzymy?

Zerknęłam na Tobiasza, który z ciekawością przyglądał się kartkom. Kiwnęłam głową i podeszłyśmy do lustra, gdzie zaczęłyśmy dopasowywać wzór pod kątem rozmiaru. Zgodnie zdecydowałyśmy, że większy będzie lepszy, więc znów opadłam na kanapę.

– Myślę, że Marcel lepiej ci wyjaśni, jak dbać o tatuaż.

– I tak jestem ciekawy, co masz do powiedzenia – odpowiedział Tobiasz, przez co uniosłam brwi.

– W porządku… Więc przez około miesiąc nie możesz pływać. Lepiej brać prysznic zamiast kąpieli, żeby nie moczyć dziarki za długo. Smarować możesz co jakiś czas, ja zwykle to robię co jakieś cztery do sześciu godzin. Sprzedają tutaj dobre kremy, mogę je śmiało polecić.

– Wykonujesz moją robotę? Maszynkę też ci dać? – wtrącił Marcel. – Przyniosłem wam zgody do wypełnienia.

– Dzięki.

Wzięłam kartkę i zaczęłam wpisywać dane tak, jak robiłam to już ponad dwadzieścia razy w swoim życiu. Zauważyłam, że formularz salonu był niezmienny od kilku lat i czułam dziwną dumę w związku z tym, że tak dobrze znam to miejsce.

– A ty co będziesz robił? – zagadnęłam po odłożeniu naszych zgód na biurko recepcji. Skoro rozmowa już się zaczęła, to czemu miałabym jej nie kontynuować?

– Chodzi ci o wzór? 

– No tak.

– Wilk na bicepsie.

W pierwszej chwili pojawił się we mnie niesmak, ale uświadomiłam sobie, że byliśmy przecież w profesjonalnym salonie tatuażu, a nie u jakiegoś Janusza w piwnicy. I Tobiasza miał tatuować Marcel, który był specjalistą od wzorów z motywami zwierzęcymi. Kiwnęłam głową z uznaniem.

– Twój tatuaż ma chyba jakiś związek z tarotem, nie?

– Tak, to Królowa Mieczy.

– Dlaczego zdecydowałaś się akurat na taki wzór?

– Hm…

Nie wiedziałam, na ile szczerości mogłam sobie pozwolić. Dobrze mu z oczu patrzyło, ale nie chciałam odsłaniać się za bardzo. Bycie sympatycznym to było za mało, żeby wzbudzić zaufanie. Od odpowiedzi uwolniła mnie tatuażystka, która właśnie skończyła drukować kalkę i kiwnęła w kierunku drugiego pokoju, żebyśmy do niego poszły. Wstałam z kanapy i znów ruszyłam do lustra, gdzie po przygotowaniu mojej skóry przez chwilę kombinowałyśmy jak dopasować design, żeby odpowiednio przykrył rozjaśniony tatuaż. Po kilku próbach wreszcie miałam Królową Mieczy na skórze. Usiadłam na kanapie, ale tym razem byłam sama. Tobiasz po chwili wyłonił się z łazienki, ale zanim zdążył zająć miejsce obok mnie, zawołał go Marcel. Próbowałam zapuścić żurawia, żeby zauważyć wzór, ale nie było mi to dane. Wyciągnęłam telefon i zrobiłam zdjęcie odbitej kalki, żeby wysłać je moim przyjaciółkom na grupowym czacie o fantastycznej nazwie: „bitwa o Rhysanda”. Uśmiechnęłam się, widząc reakcje moich dwóch ukochanych okularnic. 

– … i postaraj się go teraz nie dotykać, bo musi wyschnąć.

– Oczywiście, będę uważał – odpowiedział Tobiasz, znów siadając obok mnie.

Szybko spojrzałam na wzór odbity na jego skórze. Myślałam, że będzie to coś w stylu wilka wyjącego do księżyca albo szczerzącego kły. Tymczasem przedstawiał ekspresyjną pozę skaczącego zwierzęcia, które miało bardzo… pieski wyraz pyska. Wyglądał, jakby się uśmiechał. 

– Jaka jest twoja profesjonalna opinia? – zapytał, widząc, jak długo wpatruję się w jego ramię, zafascynowana detalami designu.

– Bardzo oryginalny pomysł jak na pierwszą dziarę.

– Który to twój pierwszy?

Wskazałam na uśmieszek dorobiony do dwóch pieprzyków znajdujących się w zgięciu łokcia, tuż nad kalką odbitą na mojej skórze. Tobiasz zaśmiał się i pokręcił lekko głową.

–  Piękne w swej prostocie – skomentował, po czym znów spojrzał na mnie. – Pierwszy i ostatni tak blisko siebie.

– Ha, Królowa Mieczy na pewno nie będzie ostatnia.

– Podejrzewam, że ja też nie poprzestanę na wilku.

– W sumie to dlaczego akurat taki?

Tobiasz popatrzył na mnie, a kącik jego ust uniósł się w psotnym uśmieszku.

– Ty mi nie powiedziałaś, dlaczego wybrałaś Królową Mieczy.

– Chcę stać się taka jak ona.

– To znaczy? Co w tarocie symbolizuje ta karta?

Teraz go pewnie odstraszę.

Wróć, to nie była odpowiednia myśl.

Teraz zweryfikuję, jakie ma nastawienie do mistycyzmu.

Tak lepiej.

– Królowa Mieczy to kobieta niezależna i asertywna, mocno trzymająca się swoich reguł. Wymaga dużo zarówno od siebie, jak i od innych. Mimo wszystko jest sprawiedliwą i współczującą władczynią o ostrym umyśle. Bardziej kieruje się logiką, niż sercem i bardzo chroni swoich granic, nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ma też wspaniały instynkt, którego słucha i nie ignoruje niepokojących sygnałów. Jeśli nie symbolizuje osoby, to jeśli pojawia się w układzie, oznacza, że wszystko jest na dobrej drodze i jedyne, co należy zrobić, to trzymać się planu, a wszystko pójdzie gładko.  

– Wow.

Zamrugałam kilka razy, zaskoczona jego reakcją. Nie byłam pewna, czy w głosie Tobiasza słyszę szczery podziw, czy ironię. Przyjrzałam mu się, skupiając na szaro-niebieskich oczach widocznych za szkłami okularów. Miał uniesione brwi, a usta lekko rozchylone, ale szybko się zamknęły i wygięły w podkówkę, gdy w typowo polski sposób wyraził aprobatę przez kiwanie głową.

– Widać, że doskonale wiesz, co będziesz nosić na skórze.

– Zgadza się, trochę się znam na tarocie.

– To nie brzmiało jak trochę… 

– Więc teraz powiesz mi, o co chodzi z wilkiem? – zapytałam, wskazując na jego ramię.

– Lubię je.

– I… tyle?

– Nie, nie tylko – zaśmiał się. – Wilki są odważne, lojalne i honorowe. Są też zwierzętami stadnymi, dla których wataha jest najważniejsza. Ten mój jest taki… głupkowaty, bo chciałem, żeby reprezentował też poczucie humoru i indywidualizm.

– Fantastyczny pomysł, który wyłamuje się ze schematu. 

Uśmiechnął się do mnie zaraźliwie, wyraźnie wdzięczny za komplement. Chciałam kontynuować rozmowę, ale tatuażystka zawołała, żebym podeszła do stanowiska. Moje serce zabiło mocniej i ruszyłam do pomieszczenia, które tym razem już pachniało środkami dezynfekującymi. Usiadłam na krześle i ułożyłam ramię na specjalnym podłokietniku w taki sposób, żeby Kasi było wygodnie mnie tatuować. Trochę żałowałam, że to akurat prawa ręka, bo chętnie popatrzyłabym na coś w telefonie albo poczytała książkę. Pokój wypełniło charakterystyczne brzęczenie włączonej maszynki, a ja zamknęłam oczy. Tatuatorka posmarowała moją skórę wazeliną i zrobiła pierwszą linię. Ledwie co poczułam, co było dobrym znakiem. Usłyszałam, że Marcel i Tobiasz także zajmują stanowisko, ale nie otwierałam oczu, próbując nie skupiać się na tym, że z każdą kolejną linią ból rośnie. Do arii brzęczenia dołączyła druga maszynka, więc zerknęłam, żeby sprawdzić reakcję Tobiasza na pierwszy kontakt igieł ze skórą. Kiedy wciągnął ostro powietrze, a jego oczy się rozszerzyły, nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Wypełniała mnie dziwna mieszanka rozbawienia i współczucia. 

– I jak? – zapytał Marcel, odsuwając maszynkę do skóry. – Do zniesienia?

– Dam radę.

Dzielny chłopak.

Przez chwilę wszyscy milczeliśmy, ja głównie dlatego, że Kasia mnie nie zagadywała, skoro była skupiona na tym, żeby kontury tatuażu były perfekcyjne. Zdecydowanie bardziej wolałam wypełnianie, zwłaszcza że rzadko decydowałam się na wzory, które wymagały tak zwanego wbijania na blachę. Choć tym razem miało być inaczej… Wzór był ciemny, żeby przykryć jak najwięcej poprzedniego tatuażu.

– Jakim cudem siedzisz tak spokojnie? – zagadnął Tobiasz, ściągając tym samym moje spojrzenie. 

– Weteranka – zaśmiał się Marcel, przerywając tatuowanie, żeby na mnie zerknąć. 

– Ale zdarzyło mi się płakać podczas sesji. Zorientowali się dopiero, jak chlipiąc zapytałam, czy mogą mi podać chusteczkę.

– Nadal mam przez to poczucie winy. I kiedyś musimy dokończyć tego jednorożca.

– Masz wytatuowanego jednorożca!?

– Tak, na boku uda. To mój największy tatuaż. Cierpiałam prawdziwe katusze, gdy ten tutaj się nade mną znęcał. I obiecuję, że kiedyś zbiorę się na odwagę, żeby dobić te osty.

– No ja myślę – powiedział tatuażysta, po czym wskazał na ścianę, gdzie wisiał wzór, który teraz dumnie nosiłam na skórze. – To ten.

– Ale bydlę… 

Wyszczerzyłam się, mile połechtana jego zachwytem. Nie umiałam się powstrzymać i opowiedziałam Tobiaszowi, jak do tego doszło, że mam ten tatuaż na skórze. Była to moja absolutnie ukochana historia, bo Marcel zaprojektował ten wzór przez czystą inspirację naszą rozentuzjazmowaną rozmową, bez wcześniej umówionego terminu. Dzięki temu, że się zagadałam, zupełnie straciłam poczucie czasu, a przede wszystkim nie skupiałam się na bólu. Co jakiś czas zerkałam na swoje przedramię, żeby sprawdzić, jak dużo jest już ukończone. Każde polanie kojącym, chłodnym płynem tatuowanej skóry wywoływało we mnie głęboki, rozkoszny dreszcz ulgi. A rozmowa z Tobiaszem płynęła swobodnie. Raz on o coś dopytywał, raz ja jego. Pierwszy raz więcej słów wymieniałam z osobą, która była tatuowana w tym samym czasie co ja, niż z tatuującą. Zauważałam porozumiewawcze spojrzenia Kasi, ilekroć się uśmiechałam, ale próbowałam je ignorować. Po prostu wzajemnie rozpraszaliśmy się, żeby nie myśleć o igłach wbijających się w ciało. Widziałam, że dla Tobiasza jest to trudniejsze, bo co jakiś czas wstrzymywał oddech, zawieszał się albo krzywił. Gdybym poznała go wcześniej, poleciłabym mu, żeby na początek zrobił sobie mniejszy tatuaż, bo ludzie często nie wiedzą, na co się piszą. Jednak mimo wszystko był dzielny.

– No, gotowe – stwierdziła Kasia po tym, jak skończyła dodawać rozświetlenia białym tuszem, który rzekomo był najgorszy. – Marcel, dużo ci jeszcze zostało?

– Jeszcze trochę cieniowania, a co?

– Nic, nic…

Miałam ochotę ją trzepnąć, choć nie byłam z nią tak poufała, jak z na przykład Marcelem. Ostatni raz ochłodziła moją skórę szczodrym chluśnięciem płynu, a ja aż westchnęłam błogo. Jeszcze tylko kilka rzeczy i czekało mnie to, co było najbardziej bolesne – zapłata. Tak naprawdę to pieniądze nigdy nie grały zbyt wielkiej roli, jak chodziło o tatuaże. Wiedziałam, że o ile nie będę musiała mieć niczego amputowanego, zostaną ze mną na zawsze, dlatego warto było za nie płacić więcej. Kasia spryskała świeżutki tatuaż środkiem, który miał zmniejszyć opuchliznę i wygoniła mnie do poczekalni. Oczywiście pierwsze, co zrobiłam, to pstryknęłam zdjęcie, żeby wysłać przyjaciółkom. Wspomniałam im także o Tobiaszu, przez co znalazłam się pod gradobiciem pytań, głównie ze strony Zająca, skoro była to jej specjalność. Próbowałam ochłodzić entuzjazm dziewczyn, tłumacząc im, że prawdopodobnie nigdy więcej go nie spotkam i po prostu fajnie mi się z nim gadało. Kasia poprowadziła mnie po chwili do osobnego pokoju, gdzie zrobiła swojemu dziełu małą sesję zdjęciową. Wróciłyśmy do pokoju, w którym Marcel nadal znęcał się nad Tobiaszem, żeby zabezpieczyła tatuaż second-skinem.

– Mogę cię oznaczyć na instagramie, prawda? – zapytała niby od niechcenia Kasia, dociskając delikatnie opatrunek do mojej skóry.

– Jasne.

Też jej się zachciało bawić w swatkę…

– Jak skończymy, to też chciałbym porobić zdjęcia i wrzucić na insta – powiedział Marcel, zerkając na swoją ofiarę. – Oznaczyć cię?

No kolejny…

– Nie mam z tym problemu.

Westchnęłam w głębi ducha, po czym podeszłam do recepcji, żeby zapłacić za tatuaż. Trochę żałowałam, że musiałam już wyjść, ale w mieszkaniu czekał na mnie Rysiu, który był pewnie diabelnie głodny. Czyli tak, jak zawsze. Głodny czy to czułości, czy to faktycznie jedzenia. 

–  To w takim razie do zobaczenia! – zawołałam po założeniu płaszcza.

– Do zobaczenia! – odpowiedzieli wszyscy chórem, choć miałam wrażenie, że głos Tobiasza wybrzmiał najgłośniej.

Przywitało mnie donośne miauczenie, gdy weszłam do mieszkania. Oczywiście miałam problem z tym, by ściągnąć buty, bo Ryszard plątał mi się pod nogami, wyraźnie szczęśliwy, że już jestem w domu. Nakarmiłam go i położyłam się na łóżku, żeby scrollować przez chwilę TikToka. Nadal w moim „Dla Ciebie” wyświetlało się mnóstwo treści dotyczących tego, jak osoby o lękowym stylu przywiązania lgną do tych o unikającym. Większość z nich pomijałam, ale algorytm nie chciał się nauczyć, żeby mi nie pokazywać takich filmików. Na górnym pasku pojawiło się powiadomienie, że zostałam oznaczona na stories na Instagramie tatuażystki. Uśmiechnęłam się i natychmiast udostępniłam zdjęcie na swoim koncie, dopisując podziękowanie. Kot wskoczył mi prosto na brzuch, wyrywając ze mnie sapnięcie. Od kiedy przytył po wyzdrowieniu ze śmiertelnej choroby, zaczęłam się bać, że za którymś razem puszczę pawia przez jego gwałtowną chęć okazania czułości. Zaczął deptać moje podbrzusze, mrucząc głośno, jak traktor. Na telefonie pojawiło się kolejne powiadomienie – nowy obserwujący. Zignorowałam to, że puls mi przyspieszył i zerknęłam na profil. Oczywiście był to Tobiasz. Zauważyłam, że miał sporo zdjęć, aczkolwiek nie pozował na modela. Chyba prowadził swoje konto w podobny sposób, jak ja, jako pamiętnik i nie aspirował do bycia influencerem. Także go zaobserwowałam i zaczęłam scrollować przez jego zdjęcia, podejrzewając, że on robi w tej chwili to samo, choć miał dużo więcej do przejrzenia, niż ja. Tobiasz był naprawdę przystojny… Wiedziałam jednak, że nie powinnam się na tym skupiać. Zauważyłam znajomy wzór na koszulce, którą miał na sobie na jednym ze zdjęć.

Tym razem nie mogłam zignorować tego, jak moje serce zatrzepotało.

Nosił t-shirt Sleep Tokena. I to nie byle jaki. Wiedziałam, że to oryginalny merch, bo regularnie odwiedzałam oficjalną stronę zespołu, żeby powzdychać do koszulek, które były dla mnie za drogie. Musiałam wziąć głębszy oddech, żeby stłamsić w sobie ekscytację. To nic wielkiego, po prostu lubiliśmy ten sam zespół. Tak przynajmniej próbowałam sobie to tłumaczyć. To przecież wcale nie tak, że muzyka jest dla mnie niesamowicie ważna, a spójny gust muzyczny z kimś jest jak trafienie w totka. 

Scrollowałam dalej do starszych zdjęć. Makaron z dużą ilością sera na obiad. Widok na scenę jakiegoś metalowego koncertu. Planszówki. Wyszłam z jego profilu i pokręciłam głową. Skup się na tym, co czułaś, jak z nim rozmawiałaś, a nie na tym, czego dowiedziałaś się z Instagrama. Dobrze nam się gadało, nie można było temu zaprzeczyć. Był dowcipny i ciekawski, ale nie natrętny. Wiedziałam, że mój radar na czerwone flagi nie był jeszcze wystarczająco ostry. Otworzyłam czat z najlepszymi przyjaciółkami.

Sowa: Dziewczyny, potrzebuję interwencji i opinii na temat tego Tobiasza.

Konwersacja od razu się ożywiła. Napisałam im wszystko, czego się o nim dowiedziałam, starając się przedstawić go w możliwie neutralny sposób. Bazowałam zarówno na tym, co wyciągnęłam z rozmowy, jak i z tego, co widziałam na jego zdjęciach. Wiedziałam, że poleganie na opinii przyjaciółek mogło się wydawać nie w porządku wobec niego, ale z drugiej strony Rhysandzice nigdy mnie nie okłamały. Wiedziałam, że mogę na nich polegać i ufałam im bardziej, niż sobie samej. Były szczere niemal do bólu i zależało im na moim dobru. Niejednokrotnie wracałam do nich z płaczem, gdy coś nie wypaliło po tym, jak mnie ostrzegały. Jednak nigdy nie usłyszałam „a nie mówiłam?”. Czasem miałam wrażenie, że na nie nie zasługuję.

Zając: Mam za mało danych, ale nie wykrywam nic niepokojącego

Wiskacza: podpisuję się

Zając: Masz nasze wstępne błogosławieństwo

Wiskacza: tylko jak dojdzie do randki to majtki na kłódkę!

Parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową. Wariatki… Ryszard w końcu uznał, że mój brzuch został wystarczająco wygnieciony i zwinął się w precelek. Pogłaskałam go i bezmyślnie wessałam górną kuleczkę kolczyka w dolnej wardze. Przez chwilę bawiłam się piercingiem, przygryzając pręcik, po czym znów otworzyłam Instagram. Zerknęłam kto sprawdził moje stories i zauważyłam profile kilku facetów, z którymi kiedyś się spotykałam. Nie mam pojęcia, po co to robili… Wiem, że powinnam ich zablokować, ale nie czułam takiej potrzeby. A niech patrzą. Wygasiłam telefon i sięgnęłam po czytnik, żeby się jakoś rozproszyć. 

Następnego dnia po powrocie do pracy dostałam wiadomość od Tobiasza. Zaprosił mnie na kawę w sobotę. Normalnie bym odmówiła, bo miałam zasadę, żeby pisać z kimś minimum tydzień, zanim się zgodzę, bo mniej więcej tyle mi zajmowało, żeby poczuć się wystarczająco komfortowo. Jednak tym razem sytuacja była inna. Poznaliśmy się „w dziczy”. Zgodziłam się, więc napisał gdzie i o której chce mnie zabrać. Przyznam szczerze, że nieco się zestresowałam, bo oczywiście chciałam dobrze wypaść. Nie byłam też pewna, czy jest to randka, czy typowo przyjacielskie wyjście, ale nie miałam odwagi o to dopytać. Naturalnie włączyło mi się czarnowidzenie, mimo że nie było ku temu podstaw. Taki był urok zaburzeń lękowych, jednak tym razem, zamiast się rozpraszać, otworzyłam arkusz, w którym rozpisywałam ćwiczenie terapeutyczne. Zwykle robiłam je trochę na odwal się, jednak tym razem się skupiłam. Nie chciałam się negatywnie nastawiać.

W sobotę wieczorem wróciłam z randki z małym, uroczym bukietem kwiatów i szerokim uśmiechem. Kompletnie się tego nie spodziewałam, ale przynajmniej dzięki temu zamiary Tobiasza stały się jasne. No, tak z grubsza. Nie próbował mnie dotykać w inny sposób, niż uścisk na powitanie i pożegnanie, choć zadawał dużo pytań i był wyraźnie ciekawy tego, co mam do powiedzenia. Biorąc pod uwagę, że kiedyś pocałowałam kogoś w ciągu pierwszych piętnastu minut od rozpoczęcia randki, było to dla mnie konfundujące. Jednakże jednocześnie wiedziałam, że jest to dobrym sygnałem. No i te kwiaty… Wcześniej tylko raz w życiu mi się to zdarzyło. Ponad dziesięć lat temu. Oczywiście mój niepokorny umysł zrozumiał ten gest, jako pułapkę. Tak samo traktował też całusy w czoło. 

Po tym, jak zgodnie z obietnicą napisałam Tobiaszowi, że dotarłam do domu, nagrałam długą głosówkę z relacją randki na „bitwę o Rhysanda”. Wysłałam im też zdjęcie kwiatów, które musiałam postawić wysoko na szafce kuchennej, żeby Ryszard ich nie podgryzał. Reakcja dziewczyn była pozytywna, choć miałam (być może błędne) wrażenie, że żałują, że nie mają się do czego przyczepić. Odpowiadałam na wszystkie pytania, jakie zadawały, choć niektóre były od czapy. Ostatecznie jednak zawyrokowały, że powinnam na spokojnie pozwolić się tej relacji rozwijać.

Druga randka z Tobiaszem odbyła w barze z planszówkami, a trzecia w kinie na horrorze klasy B. Ale nie doszło między nami do niczego więcej, niż przytulenie. Zupełnie nie byłam do tego przyzwyczajona. Miałam przez to wrażenie, że go nie pociągam, choć widziałam, w jaki sposób na mnie patrzy. Kiedy opowiadałam mu o czymś, okazywał ciekawość, a jego źrenice się rozszerzały. Przy każdym spotkaniu dawał mi jakiś malutki upominek – Kinder Niespodziankę albo coś w tym stylu. W sumie to bardziej się wymienialiśmy, bo ja także przynosiłam mu słodycze. Strasznie dziwnie było mieć taką… równowagę. Pisaliśmy ze sobą codziennie, ale nie od rana do nocy. Zwykle była to wymiana informacji na temat upływającego dnia albo pytania o jakieś preferencje. Nadal miałam dużo czasu dla siebie, który wykorzystywałam bez poczucia winy. Choć jednocześnie walczyłam ze swoim lękowym stylem przywiązania, który odpowiadał za niepokój związany z tym, że wiadomości nie są wymieniane płynnie. Fakt, że często też rozmawialiśmy przez telefon, był kojący do tego stopnia, że zaczęłam preferować tę formę kontaktu.

Choć Tobiasz był dla mnie dobry, to miałam wrażenie, że to wszystko było… nudne. Posuwaliśmy się do przodu naprawdę powoli, stopniowo. Częściej było tak, że rzucałam się w relacje na głęboką wodę. Flirtowaliśmy delikatnie, co było dla mnie nowością. Przywykłam raczej do wulgarności i dick-piców, w czasie gdy on wysyłał mi zdjęcia z życia codziennego albo zwykłe selfie. Zaczęłam się zastanawiać, czy on po prostu nie jest aseksualny, skoro nigdy nie poruszyliśmy tematu spraw łóżkowych, nie licząc sprośnych żartów, które padały głównie z mojej strony. Podczas spotkań dotyk był delikatny, nienachalny. Kładł dłoń na dole moich pleców, podczas przepuszczania w drzwiach, głaskał po ramieniu, jak opowiadałam o czymś przykrym, delikatne trzymał za rękę, gdy oglądaliśmy film. Wiele miesięcy spędziłam na kontakcie z ludźmi, którzy pożądali mojego ciała bardziej, niż serca. Jednak Tobiasz był inny i się nie spieszył. I to przewrotnie mnie martwiło. Miałam preferencje łóżkowe niemieszczące się w wanilii. Nie chciałam znów znaleźć się w związku, w którym nie mogłabym eksplorować swoich kinków. A tu nawet jeszcze się nie całowaliśmy…

Około miesiąc po naszym pierwszym spotkaniu w salonie tatuażu zdecydowałam, że czas zrobić krok do przodu. Tobiasz zainicjował trzy poprzednie randki, więc nie chciałam być zupełnie bierna i tylko czekać na kolejne zaproszenie. Był czwartkowy wieczór, więc zadzwoniłam do niego bez zbędnego rozkminiania, czy powinnam. Kiedy czekałam, aż odbierze, uderzyła mnie świadomość, że dawno nie czułam się z nikim na tyle swobodnie, żeby zainicjować rozmowę przez telefon.

– Hejka – przywitał mnie znajomy głos o niezwykle przyjemnej dla ucha barwie.

– Cześć! 

– Co słychać w wielkim świecie?

– Wszystko w porządku. Lenię się właśnie z Ryszardem i pomyślałam, że pozawracam ci tyłek – odpowiedziałam, szczerząc się. – A co u ciebie?

– Proszę bardzo, lubię, jak to robisz. U mnie też dobrze, właśnie czytam książkę.

– Uuu! Jaką?

Przez chwilę rozmawialiśmy o tym, co wziął na tapet. Preferował fantasy i kryminały, więc nasz gust w tej kwestii się zazębiał. Nie byłam jakoś szczególnie gorliwa, żeby wyznać mu, że moja półka na Legimi i Kindle’u to w dużej mierze wszelkiej maści erotyki. Nie wspominając o tym, że w  swoim życiu napisałam setki wręcz pornograficznych opowiadań i dwie powieści do szuflady… Było to dosyć dziwne, bo rzadko ukrywałam to, że jestem sprośna. Przy nim trzymałam się na wodzy. A może powinnam mu powiedzieć? Tobiasz jakby przeczytał moje myśli, bo zapytał, po jaką książkę sięgnęłam ostatnio.

– Hm… Jestem w połowie „Lights Out”, czytam ją drugi raz.

– Chyba nigdy o niej nie słyszałem. O czym jest?

Odchrząknęłam niezręcznie i poprawiłam się na łóżku. Ryszard nawet nie zareagował, spał głęboko, leżąc na moim brzuchu.

– To… komediowy dark romans. Erotyk. O nagrywającym thirst trapy hakerze, który stalkuje pielęgniarkę. W sumie to oni wzajemnie się stalkują.

– Och. – Tobiasza wyraźnie zatkało. – Komediowy erotyk?

– Tak, uwielbiam tę powieść.

– To może w takim razie powinienem ją przeczytać? Jest dostępna na Legimi?

Serio chciał to zrobić? Do głowy wpadł mi pomysł, więc wyprostowałam się odrobinę. Rysiu tylko wyciągnął łapki i wydał z siebie przesłodki jęk.

– Jest. Ale jakbyś chciał, to mogę ci pożyczyć papierową wersję. Na przykład w sobotę, co ty na to? Na pewno zdążę do tego czasu przeczytać.

– Bardzo chętnie. Obiecuję, że książka wróci do ciebie w nienaruszonym stanie. Skoro zapraszasz, to gdzie chcesz się spotkać?

– Może… Może chciałbyś wpaść do mnie? Moglibyśmy zagrać w Spór o Bór albo coś obejrzeć – zapytałam, a moje serce zaczęło przyspieszać. 

– Oczywiście, czemu nie?

– Właśnie, czemu nie…

– To jesteśmy umówieni. Przyniosę cydr i jakieś chipsy. O której mam u ciebie być?

– Piętnasta ci pasuje?

– Zdecydowanie. Mam nadzieję, że Ryszard mnie polubi.

– Nie mam co do tego wątpliwości.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę o pierdołach, a uśmiech nie chciał zejść mi z twarzy. Stres związany z zaproponowania spotkania szybko się rozproszył, gdy słuchałam chrapliwego śmiechu Tobiasza w reakcji na mój żart. Niedługo później się rozłączyliśmy, a ja sięgnęłam po książkę z niebieską maską na okładce, by kontynuować czytanie.

Wysprzątałam mieszkanie na błysk, zapaliłam zapachową świeczkę i położyłam opakowania z ciastkami na biurku. Wypełniała mnie dziwna mieszanka ekscytacji i stresu, choć czułam, że randka przebiegnie dobrze. Wiedziałam, że moja podejrzliwość wobec Tobiasza to tylko i wyłącznie efekt tego, że nie wiedziałam, jak to jest być dobrze traktowaną i w każdym geście dopatrywałam się pułapki, a w wypowiedzi drugiego dna. W moim umyśle były dwa wilki, jeden mówił: „To wszystko manipulacja, tylko jej jeszcze nie przejrzałaś”, a drugi: „A więc to tak wygląda randkowanie z kimś stabilnym?”. Był jeszcze trzeci, którego trzymałam w klatce, bo nie chciałam go słuchać. Ten ostatni wilk był moim sercem. I musiałam go pilnować, a przede wszystkim chronić. O borze szumiący, a co jeśli mój styl przywiązania zaczął zmieniać się w unikający? Potrząsnęłam gwałtownie głową i wzięłam głęboki, oczyszczający oddech. Miałam jeszcze piętnaście minut, więc znów umyłam zęby, choć jedyne, co miałam w ustach, to vape. Przeniosłam mały głośnik z łazienki do pokoju, który służył mi za salon i usiadłam na kanapie. Zapatrzyłam się w Ryszarda leżącego na szarym kocu na parapecie i pozwoliłam by jego mruczenie mnie ukoiło. Mój smartwatch zawibrował, więc zerknęłam na powiadomienie i początek wiadomości od Tobiasza: „Jestem w pobliżu, tylko nie chcę komuś wejść na podwórko. Mogłabyś po mnie wyjść?”. Zebrałam się w sobie i wstałam, żeby ruszyć do drzwi. Nie chciało mi się zmieniać butów, więc tylko narzuciłam płaszcz i wyszłam na zewnątrz w swoich super seksownych, puchatych kapciach z jamnikiem. Na całe szczęście było sucho, więc nie musiałam się martwić o to, że jak wrócimy, to naniosę błota do mieszkania. Kilka metrów od furtki zauważyłam Tobiasza i uśmiechnęłam się na widok tego, jak się rozgląda, próbując mnie dostrzec. Gdy w końcu mu się udało, jego twarz rozświetlił szeroki uśmiech. Nie zdążyłam nawet wyjść na ulicę, gdy ruszył w moją stronę, jedną rękę trzymając za plecami. Otworzyłam furtkę, by mógł wejść i witając się, zrobił coś niespodziewanego, ale bardzo miłego – pocałował mnie w policzek.

– Są dla ciebie – powiedział, pokazując bukiet różowych róż przetykanych gipsówkami, który przede mną ukrywał.

– Dziękuję…

Mój głos był cichszy, niż bym tego chciała. Chyba nadal byłam w szoku. I niewątpliwie byłam zarumieniona. Odchrząknęłam i skinęłam głową w kierunku dobudówki domu, w której wynajmowałam mieszkanie. Weszliśmy do środka i zrozumiałam, że Tobiasz trochę tu nie pasuje. Nie miałam oczywiście niczego złego na myśli, moje mieszkanie o niskim standardzie było malutkie, a on był po prostu wysoki, ubrany w stylu smart casual. Wydawało się, że wypełniał przestrzeń zarówno swoim seksownie masywnym ciałem, jak i bijącą od niego pewnością siebie. Mój dzisiejszy outfit nie był specjalny – dopasowane czarne jeansy i ulubiona czerwona bluzka z głębszym dekoltem. Czułam się ubrana nieco nieadekwatnie. Ryszard szybko zorientował się, że mamy gościa, więc wyszedł się przywitać, co było dosyć zaskakujące. Zwykle jak zapraszałam kogoś nowego, musiało minąć przynajmniej kilka minut, zanim kociak się zainteresował. 

– Dzień dobry Ryszardzie, miło mi cię poznać. Słyszałem dużo dobrych rzeczy o tobie – powiedział Tobiasz, znów wywołując na mojej twarzy uśmiech.

– Rysiu, przywitaj się ładnie.

Kot wydał z siebie dźwięk, który był czymś pomiędzy miauknięciem i mruczeniem, po czym otarł się zamaszyście o nogę gościa. Rozczulenie osiadło w mojej klatce piersiowej, gdy Tobiasz bez zawahania zaczął głaskać Rysia, jakby byli kumplami od miesięcy. Ruszyłam do wąskiej kuchni i sięgnęłam po wazon stojący wysoko na półce, żeby zająć się różami, które nadal miałam w rękach.

– Pomogę ci – powiedział, gdy wspięłam się na palce przy lodówce.

– Nie trzeba, dam radę.

– Wiem, że dasz, ale chcę ci trochę ułatwić życie.

Te słowa sprawiły, że spojrzałam na niego zbaraniała. Uśmiechnął się do mnie kątem ust i zdjął wazon z górnej półki, po czym nalał do niego wody z kranu. Wstawiłam róże do naczynia, które trzymał w moim kierunku. Ciepło w spojrzeniu, jakim mnie obdarowywał, było jednocześnie przytłaczające i kojące. Wyjęłam wazon z jego rąk, a nasze palce zetknęły się delikatnie, wywołując małe tąpnięcie w moim sercu. 

– W sumie to skoro jesteśmy przy lodówce, to mogę schować cydry.

– Jasne, proszę bardzo.

Skinął głową na podziękowanie, po czym otworzył drzwi. Spodziewałam się, że jakoś oceni to, że miałam w lodówce jakieś dwa kilo sera i niekoniecznie zdrowe rzeczy. Czekałam na komentarz, ale on nie nadszedł. Otworzyliśmy sobie po butelce i ruszyliśmy do salonu. Zaproponowałam, żeby naszą randkę rozpocząć od partyjki w Spór o Bór, na co chętnie się zgodził. Usiedliśmy na kanapie, a we mnie pojawiła się dziwna, natrętna potrzeba. Cholera, nie umiałam się powstrzymać… Musiałam coś sprawdzić. Wiedziałam, że to dziecinne, ale…

– Masz coś przeciwko, żebym puściła po cichu k-pop?

– Luzik, puść, co chcesz, byle nie było to disco-polo.

– Serio? 

– Jasne, śmiało. 

– Ale jesteś pewien? – Nie umiałam odpuścić, choć wiedziałam, że to absurd.

– Nika… Naprawdę. Puść, na co masz ochotę. Lubię rozszerzać gust muzyczny.

Fakt, że użył jedynego zdrobnienia, które tolerowałam, znów sprawiło, że moje serce drgnęło. Kiwnęłam głową i uruchomiłam głośnik, po czym włączyłam playlistę z k-popowymi utworami, wybierając tryb losowy. Uśmiechnęłam się promiennie, gdy jako pierwszy rozbrzmiał utwór, który słyszałam na żywo. Zauważyłam spojrzenie Tobiasza i ten jego ciepły uśmiech… Próbowałam się przekonać, że to nie są zwidy. Zaczęłam mu tłumaczyć zasady gry, jednocześnie przygotowując karty. Wiedziałam, że nie jestem najlepsza w wyjaśnianiu reguł, ale pierwsza rozgrywka zwykle wystarczyła, żeby zrozumieć, o co chodzi. 

– No dobra… To kto zaczyna? – zapytał, na chwilę unosząc spojrzenie znad kart, które trzymał w dłoniach.

– Myślę, że ja powinnam, skoro jestem starsza.

– Tylko o rok…

– Ćśś – uciszyłam go, na co z rozbawieniem pokręcił głową. 

Wyłożyłam pierwszą kartę i pociągnęłam kolejną. Po kilku rundach zaproponowałam otworzenie ciastek, które zaczęliśmy chrupać między strategicznym rozmieszczaniem kart na kocu służącym nam za pole bitewne do gry. Oczywiście, szczęściem nowicjusza, wygrał Tobiasz. Zaproponowałam rematch.

– W porządku, ale pod jednym warunkiem – powiedział, a w jego głosie pojawiła się nuta psoty.

– Jakim…?

– Wygrany całuje przegranego.

Dobrze, że nie piłam akurat cydru, bo niewątpliwie bym się zachłysnęła. Przełknęłam ślinę, która zebrała mi się w ustach, ale uśmiechnęłam się i zmrużyłam oczy.

– Widzę, że gramy o wysoką stawkę.

– Zgadzasz się na takie warunki?

– Mhm… – zamruczałam, po czym wzięłam duży łyk z butelki, żeby dodać sobie odwagi. – Do boju.

Ręce mi się trochę trzęsły, jak tasowałam karty do następnej rozgrywki, ale starałam się nie pokazać, że jestem zestresowana. Nie chodziło o to, że nie czułam się gotowa, wręcz przeciwnie, już wielokrotnie fantazjowałam o tym, że całuję Tobiasza. Nieświadomie oblizałam usta, ściągając tym samym jego spojrzenie. Chyba powinnam pozwolić mu wygrać… Rozdałam karty, skinieniem głowy zachęcając go do tego, by tym razem to on zaczął. Trudno było skupić mi się na grze, chociaż siedzieliśmy w milczeniu i ciszę rozpraszał tylko głos Taemina śpiewającego Heaven. Ryszard rozładował odrobinę napięcie, bo wskoczył na kanapę i próbował się dobrać do ciastek. Śmiejąc się, odłożyłam kota na podłogę i poklepałam go kilka razy, wyganiając z pokoju.

– Zdobyłaś trzy pola obok siebie – zauważył Tobiasz, gdy miałam położyć kolejną kartę. – Wygrałaś, gratuluję!

– Co? Jak to!?

– Masz legion i dwie kampanie naprzeciwko moich bractw.

– O kurka wodna, rzeczywiście… – powiedziałam, patrząc z niedowierzaniem na karty. – Przegrałeś specjalnie?

Tobiasz milczał przez kilka sekund, po prostu się we mnie wpatrując. Przesunął spojrzenie z moich oczy na usta, po czym znów wyżej.

– Nie. Dostałem słabe karty i… trudno było mi się skupić, skoro wiedziałem, o co gramy.

– Mnie także – przyznałam, po czym powoli zaczęłam składać grę. – Mam nadzieję, że przegraną przyjmujesz honorowo.

– Zdecydowanie. To była uczciwa bitwa.

Uśmiechnęłam się mimo rosnącego stresu mieszającego się we mnie z ekscytacją. Odłożyłam pudełko z grą na bok, po czym przysunęłam się do Tobiasza, który wydawał się być równie poruszony, jak ja. Sięgnęłam do jego okularów, delikatnie je zdjęłam i złożyłam. Sama nigdy nie nosiłam swojej pary, gdy byłam w domu. Do głowy wpadł mi nieco złośliwy pomysł, więc zagryzłam wargę, gdy się do niego zbliżałam. Z gwałtownie łupiącym sercem w piersi nachyliłam się, ale zamiast celować w usta, przycisnęłam wargi do jego gładko ogolonego policzka. Tobiasz zaśmiał się chrapliwie, gdy odsunęłam się, by spojrzeć na niego z bliska.

– Mogłem wyrazić się precyzyjniej – powiedział cicho. – Naprawdę chcę cię pocałować.

Wszystko we mnie zdało się zmięknąć i stężeć jednocześnie. Znów spojrzałam mu w oczy i wzięłam nieco głębszy oddech, nachylając się odrobinę bliżej.

– Więc całuj…

Tobiasz uśmiechnął się, po czym sięgnął dłonią do mojego policzka, przyciągając mnie do siebie. Przesunęłam się na kanapie, ignorując skrzypnięcie, jakie wydostało się ze starego mebla. Lekko rozchyliłam usta, po czym przełknęłam nagromadzoną w nich ślinę. Czułam, jak palce Tobiasza drżą delikatnie, gdy powiódł nimi po moim rozgrzanym rumieńcem policzku. Chociaż był pewny siebie, stresował się tak samo, jak ja, co było dosyć pokrzepiające. Zamknęłam oczy, a moje serce przyspieszało wraz z rosnącym oczekiwaniem. Pocałował mnie, miękko przyciskając usta do moich, a ja miałam wrażenie, że się rozpływam. Odruchowo uniosłam dłoń i położyłam ją na jego karku, gdy nasze wargi zaczynały nieśmiały taniec. Uległam Tobiaszowi, gdy owinął ramię dookoła mojej talii i przyciągnął tak, żeby nasze ciała przylgnęły do siebie, więc objęłam go za szyję. Skubnęłam jego dolną wargę, zachęcając do pogłębienia pocałunku. W niemal synchronicznym ruchu, oboje przechyliliśmy głowy na bok, otwierając usta, by nasze języki mogły zetknąć się po raz pierwszy. W mojej głowie eksplodowały fajerwerki, gdy wolnym, sensualnym ruchem przesunął językiem po moim. Palce u stóp mi się podwinęły, gdy Tobiasz przesunął dłoń z policzka na tył mojej głowy i wplątał palce we włosy. Nasze języki tańczyły powoli, ale sięgały głęboko przed wycofaniem się i złączeniem ust. Oddychałam coraz ciężej i wtulałam się w niego, poddając się temu słodkiemu uczuciu, którego myślałam, że nigdy więcej nie doświadczę. Kręciło mi się w głowie, a moja dłoń sama zaczęła błądzić po ciele Tobiasza. Poruszał rozluźnionym językiem gładko i zmysłowo, co dawało jeszcze więcej przyjemności. Całowałam dużo osób, którzy zdawali się mieć w ustach pałąk, zamiast języka. Wsunęłam dłoń w krótkie kosmyki i przesunęłam paznokciami po jego skórze głowy, sprawiając, że zacisnął palce na moich. Jęknęłam głośno w jego usta, więc przerwał pocałunek.

– Za mocno? – zapytał niskim, nieco zachrypniętym głosem.

– Nie… Nie, jest idealnie…

– Mmm…

Trzymał moje włosy w garści, gdy znów mnie pocałował, jednak tym razem zassał dolną wargę i przygryzł ją delikatnie. Przez mój kręgosłup przebiegł rozkoszny dreszcz, więc przylgnęłam do niego mocniej, nie ukrywając tego, jak jest mi dobrze. Nasze języki znów zaczęły tańczyć, a moje ciało nachylało się do każdego dotyku, jakim obdarzał mnie Tobiasz. Nieco się dziwiłam, że nie sięgał do moich piersi, ani tyłka, skupił się na plecach, talii i zewnętrznej stronie ud. Jego dotyk był ciepły, ale czułam w nim pragnienie, które trzymał na wodzy. Chciałam, żeby przestał się kontrolować… Pocałunek stawał się głębszy, bardziej żarliwy, do tego stopnia, że oboje wydawaliśmy ciche dźwięki przyjemności. Ugryzłam go lekko w dolną wargę, więc jęknął i szarpnął mnie lekko za włosy, żeby przechylić moją głowę bardziej w bok. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej przeżyłam równie cudowny pierwszy pocałunek. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam odchylać się do tyłu i ostatecznie wylądowałam na plecach. Myślałam, że Tobiasz wespnie się na mnie i ułoży między moimi nogami, ale zamiast tego chyba podparł się z łokciem obok mojej głowy. Mimo to jednak czułam się tak, jakbym znalazła się w rozkosznej pułapce. Napierał na mnie ustami, a nasze języki tańczyły fokstrota, raz wolniej, raz szybciej, ale cały czas z pasją. Kiedy zrozumiałam, o czym pomyślałam, uśmiechnęłam się, co Tobiasz musiał poczuć. Jego wargi trwały na moich, gdy tak jakby przerwał pocałunek.

– Co cię tak rozbawiło, słodziaku? 

– Mmm… – zamruczałam w jego usta, korzystając z chwili, by złapać oddech. – Pomyślałam, że nasze języki tańczą fokstrota. 

– To powinny być palce… Ale do tego jeszcze dotrzemy.

 Moje serce zadrżało zarówno przez obietnicę w jego głosie, jak i przez nawiązanie do jednej z moich ulubionych piosenek Sleep Tokena pod tytułem Provider. Tobiasz złożył na moich ustach ostatni pocałunek, po czym odchylił się, żeby usiąść. Nagle zrobiło mi się chłodno bez jego ciała tak blisko mojego, a jednocześnie zrozumiałam, że jestem senna. Zmusiłam się do tego, żeby się wyprostować i popatrzyłam na Tobiasza maślanymi oczami, więc sięgnął po ciastko i uniósł je do moich ust, żeby mnie nakarmić. Wgryzłam się w nie i chrupałam przez chwilę, po czym zrobiłam zamyśloną minę.

– W sumie nigdy nie zapytałam o to, która jest twoja ulubiona piosenka Sleep Tokena – powiedziałam, jak już przełknęłam ciastko.

– Hm… To jest bardzo trudne pytanie, lubię zdecydowaną większość ich dyskografii.

– Całkowicie rozumiem. Ale spróbuj. Dla mnie?

– Myślę, że Mine – odpowiedział po chwili namysłu, po czym wziął łyk cydru. – A twoja?

To był zły pomysł, żeby zapytać…  Akurat ta piosenka? Była dla mnie ważna, choć jednocześnie bolesna. Śpiewałam ją za każdym razem, gdy łapałam do kogoś uczucia, ale kończyło się to kolejnym złamaniem serca.

– Absolutnie uwielbiam Rain, aczkolwiek Emergence też jest wspaniałe.

– Hm, Rain jest chyba jedną z najseksowniejszych piosenek, które nagrali.

– Co nie? W sumie to przez ten utwór mam węża z ich logiem na głowie.

Tobiasz zmarszczył brwi.

– Jak to?

– Są w tym utworze słowa „I’m coiled up like a venomous serpent”.

– Rzeczywiście! A większość osób raczej skupia się na „The mouth of the wolf, the eyes of the lamb”.

Pokiwałam głową, kontynuując analizowanie naszych ulubionych utworów. Serce mi rosło na myśl o tym, że mogłam z kimś o tym porozmawiać. I to nie byle kim. Z mężczyzną, który był mną szczerze zainteresowany, cudownie całował i zachowywał się, jakby miał serce otwarte na… miłość. Szybko odepchnęłam tę myśl. Było za wcześnie. 

Po rozegraniu jeszcze partyjki w Skip-Bo i Wirusa zdecydowaliśmy się coś obejrzeć. Sama nie wiem, kiedy zrobiło się późno. Za oknem zapadła już kompletna ciemność, kiedy kończyliśmy oglądać czwarty odcinek Supernatural. Zapauzowałam przed napisami końcowymi i obróciłam głowę do Tobiasza, żeby na niego spojrzeć.

– Niedługo będę musiał się zbierać… – powiedział cicho, zakładając mi kosmyk włosów za ucho. – Widzę, że jesteś śpiąca.

Nie mogłam temu zaprzeczyć, byłam bardzo zrelaksowana, gdy leżeliśmy obok siebie, obejmując się i trzymając za ręce. Jednak jednocześnie nie chciałam, żeby już wychodził. Popatrzyłam na niego błagalnie, wybrzuszając dolną wargę.

– Zostań jeszcze chwilę…

– Cholera, te twoje puppy eyes za dobrze działają – zaśmiał się, odwracając głowę, żeby na mnie nie patrzeć.

– Przecież cię nie zwiążę i nie będę trzymać na siłę.

– Hm, prędzej ja mógłbym zrobić coś takiego.

Moje serce podskoczyło, a oczy otworzyły się szerzej. Znów obrócił głowę i jak zauważył jaką mam minę, w jego spojrzeniu pojawiła się odrobina zmartwienia. Chyba musiałam wyglądać na przerażoną, choć tak naprawdę byłam podekscytowana. Objął dłonią mój policzek i nachylił się, żeby nasze nosy się zetknęły.

– Spokojnie, żartowałem.

– Szkoda.

– Doprawdy? – Jego głos stał się cichszy, bardziej uwodzicielski, gdy przesuwał okulary z nosa, żeby założyć je na głowę. – Dobrze wiedzieć…

 Pocałował mnie, a ja znów miałam wrażenie, że zaraz się rozpłynę. Kiedy jego język wślizgnął się do moich ust, otworzyłam je chętnie i zamruczałam. Miałam wrażenie, że każdy mięsień w moim ciele się zmienia w watę i zrobiłam się zupełnie wiotka w ramionach Tobiasza. Objęłam go za szyję, gdy całowaliśmy się głęboko i wolno, dokładnie w taki sposób, jak lubiłam. Było mi po prostu… błogo. Nasze języki splatały się, mieszając nasze smaki w jeden. Wyprężyłam się, żeby być bliżej, przyciskając piersi do jego klatki piersiowej. Nie mogłam tego ukryć – pragnęłam go, z każdą chwilą coraz bardziej. Wiedziałam, że to dopiero czwarta randka i wcześniej obiecałam sobie, że będę czekać, zanim pójdę z kimś na całość, ale jeśli on potrafił tak doskonale całować, to jakie inne cuda potrafił zrobić językiem? Oboje wydawaliśmy z siebie ciche dźwięki rozkoszy, a nasze ciała nachylały się do siebie. Poczułam jego erekcję na swoim biodrze i cholernie kusiło mnie, żeby przesunąć po nim ręką, ale zdołałam się powstrzymać. Tobiasz trzymał tył mojej głowy, a drugą ręką gniótł bluzkę, którą miałam na sobie. Czułam, że on też mnie pragnie, więc dlaczego nie robił niczego więcej? 

– Zachowujemy się trochę jak nastolatki… – wyszeptał przy moich ustach głosem zabarwionym rozbawieniem. – Nie, żeby mi to przeszkadzało…

– Mnie też to nie przeszkadza… – odpowiedziałam i skubnęłam jego dolną wargę.

– Jesteś taka słodka…

Po tych słowach ponowił pocałunek, ale tym razem trwał on krócej. Oboje odetchnęliśmy, gdy zetknęliśmy czoła, a Tobiasz zaczął przeczesywać moje włosy palcami. Mogłabym tak zasnąć, choć serce nadal biło mi nieco szybciej, niż zwykle po tak oszałamiającym pocałunku. Czułam się taka spokojna, moje ciało dawało mi wyraźne sygnały, że jestem bezpieczna. Rozchyliłam powieki, żeby spojrzeć na Tobiasza i lekko odchyliłam głowę, żeby go lepiej widzieć. Uśmiechnął się do mnie i przesunął kciukiem po moim policzku.

– Naprawdę muszę już iść – powiedział cicho, z żalem.

– Wiem… 

– Ale zobaczymy się przecież niedługo, prawda?

– Oczywiście – potwierdziłam i pocałowałam go krótko w usta, po czym niechętnie odsunęłam się, żeby mógł zejść z kanapy. – Mogę wybrać, gdzie idziemy?

– No jasne, gdzie byś chciała?

– Co powiesz na gorącą czekoladę?

– Brzmi wspaniale.

Uśmiechnęłam się promiennie i oboje wstaliśmy, a ja oparłam się o framugę drzwi, gdy Tobiasz wkładał buty. Narzucił płaszcz i nachylił się do mnie, żeby dać mi całusa na pożegnanie. Ryszard oczywiście ożywił się na zebranie w przedpokoju, więc podszedł do nas i zaczął donośnie miauczeć, gdy jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy. 

– Rysiu też ma swoją opinię, jak widzę – zaśmiał się Tobiasz, pochylając się, żeby pogłaskać kota. – Miło było cię poznać futrzaku, do zobaczenia.

Po chwili zamknęłam drzwi i westchnęłam błogo. Nie mogłam się doczekać kolejnego spotkania. Kiedy z rozanieloną miną poszłam do łazienki, zerknęłam w lustro. Zauważyłam, że moje policzki nadal są zarumienione, usta nabrzmiałe i zaczerwienione, a oczy dosłownie błyszczą. Zagryzłam wargę, a po chwili dotarło do mnie, że zapomniałam o czymś ważnym. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i napisałam wiadomość do Tobiasza.

Ja: Zapomniałam o książce! Przyniosę ją, jak będziemy szli na randkę w czekoladziarni.

Tobiasz: Oboje byliśmy trochę zajęci ;) Najwyżej poczekam trochę dłużej na przeczytanie.

Ja: Ewentualnie możesz faktycznie przeczytać na Legimi. A, no i daj znać, jak dotrzesz. <3

Tobiasz: Wolę Twoją ;* I obiecuję, że napiszę.

Uśmiechnęłam się do telefonu i pokręciłam głową. Musiałam uspokoić swoje niespokojne serce. To wszystko było trochę zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Znów zaczęłam doszukiwać się haczyków. Weszłam do salonu tylko po to, żeby wziąć głośnik i przenieść go z powrotem do łazienki. Włączyłam muzykę i wzięłam prysznic, śpiewając razem z Vesselem. Skupiłam się na głosie wykonawcy i melodii zamiast na moich czarnych myślach, które zupełnie nie miały pokrycia. Po wysuszeniu się, położyłam się na łóżku i przytuliłam Rysia. Miałam nadzieję, że uda mi się szybko zasnąć… 

 Po naszym pierwszym pocałunku, zaczęliśmy się widywać trochę częściej, przynajmniej dwa razy w tygodniu. Ale niezależnie, czy spędzaliśmy czas u mnie lub u niego w mieszkaniu, czy byliśmy na mieście, nie posuwaliśmy się dalej, jeśli chodzi o fizyczność. Długie sesje całowania powoli przestawały mi wystarczać, ale korzystałam z tego, że chociaż raz nie czułam presji, by się z kimś przespać. Moje następne spotkanie z Tobiaszem miało odbyć się u niego w mieszkaniu. Obiecał zrobić kolację, a moim zadaniem było przynieść wino. W międzyczasie na bieżąco informował mnie o swoich postępach w czytaniu Lights Out. Nieważne czy to w pracy, czy w mieszkaniu, ilekroć widziałam nową wiadomość od niego, uśmiech rozświetlał mi twarz. Współpracownicy zaczęli to zauważać, ale wyjątkowo nie byłam gorliwa do tego, żeby się przechwalać. Nie chciałam zapeszyć, a już niejednokrotnie bywało tak, że jak tylko wspominałam o nowym facecie, wszystko leciało na łeb na szyję. Tylko Rhysandzice były informowane na bieżąco. I o dziwo nadal nie miały na co narzekać. Wieczór przed randką zdecydowałam się zrobić coś, przed czym długo się powstrzymywałam. Brakowało mi tylko jednej informacji, żeby sprawdzić coś, co było dla mnie bardzo ważne. Wyciągnęłam telefon i napisałam do Tobiasza.

Ja: Wiesz, o której godzinie się urodziłeś?

Tobiasz: O papieżowej :D A czemu pytasz?

Ryknęłam śmiechem tak głośno, że aż przestraszyłam Ryszarda, który popatrzył na mnie z urazą. Kot zeskoczył z łóżka i poszedł sprawdzić, czy w misce nie zostały jakieś resztki mokrej karmy. Pokręciłam głową i otworzyłam aplikację astrologiczną, której używałam regularnie, nadal jeszcze chichocząc. Wprowadziłam jego dzień, miejsce i godzinę urodzenia, a mój puls był szybki zarówno z podekscytowania, jak i trwającego we mnie rozbawienia. Pacnęłam kciukiem, żeby aplikacja pokazała mi nasze astrologiczne dopasowanie.

Serce zatrzymało mi się w piersi, a mięśnie twarzy zastygły w wyrazie szoku.

Soul mate.

Chyba pierwszy raz w życiu nie chciałam wierzyć w astrologię. Wpadłam w panikę. Pustym wzrokiem wpatrywałam się w ekran z informacją, która nie pojawiła się nigdy wcześniej. I want to feel my stars align again… – przypomniały mi się słowa piosenki, jakie kiedyś chciałam sobie wytatuować w ramach manifestacji. Nie, to nie mogła być prawda. Sprawdziłam jeszcze raz, czy dobrze wprowadziłam dane, czy nie pomyliłam się z rokiem albo dniem. Ale wszystko się zgadzało. Zaczęłam hiperwentylować. Czułam potrzebę ucieczki. Nie byłam w stanie odpisać Tobiaszowi. Musiałam się uspokoić. Oddychać. 

Bratnie dusze. Cholerne bratnie dusze. Kolejna porcja paniki rozlała się w moich żyłach, gdy dotarło do mnie, że przecież tak wiele na to wskazywało. To jak otwarcie o wszystkim rozmawialiśmy, jak wiele wspólnych tematów i zainteresowań nas łączyło. W jaki sposób na siebie patrzyliśmy. Jak ja się czułam, kiedy byliśmy blisko, jak było mi dobrze i bezpiecznie. Jak zdawaliśmy się wypowiadać swoje myśli od samego początku naszej znajomości. Znałam to uczucie. Próbowałam je zapuszkować, wrzucić do piwnicy, a drzwi do niej zabezpieczyć przynajmniej kilkoma kłódkami. Ale to chyba nie miało sensu. Musiałam się przed sobą przyznać, że zakochałam się w Tobiaszu, choć bardzo długo próbowałam to powstrzymywać. Powinnam skakać z radości, a zamiast tego czułam potrzebę zakopać się jakieś kilkanaście metrów pod ziemią.

Rysiu musiał zauważyć, jak wielkie targały mną emocje, bo wspiął się na mnie i zaczął trącać łebkiem w podbródek. Przytuliłam go, zamykając oczy i wtulając twarz w miękkie futerko. Jego mruczenie działało kojąco, gdy skupiłam się na dźwiękach i wibracji kociego ciałka. Spokój jednak nie trwał długo, bo po chwili mój telefon zaczął dzwonić, wygrywając ośmio-bitową wersję piosenki Lachryma zespołu Ghost. Zerknęłam na ekran. Kurwa, to był Tobiasz. Kusiło mnie, żeby odrzucić połączenie, ale wiedziałam, że to nie byłoby okej wobec niego.

– Hej – przywitałam się zdławionym głosem.

– Wszystko w porządku?

Jak do cholery miałam o to odpowiedzieć!? I skąd wiedział!?

– Tak, chyba tak…

– Nika, proszę… Słyszę, że coś nie gra. Mów do mnie. Uraziłem cię tym, że napisałem, że o papieżowej…?

– Nie, o borze, nie – zaśmiałam się, choć nadal mój głos był napięty. – Nie o to chodzi.

– Więc o co?

Choć pytanie mogło wydawać się natarczywe, zadał je łagodnie, wyraźnie zmartwionym głosem. Jakim cudem on w ogóle wyczuł, że coś jest nie tak? Tylko dlatego, że nie odpisałam mu na wiadomość? Pokręciłam głową, czując na sobie intensywne spojrzenie kota.

– Mam nadzieję, że się nie pogniewasz, ale sprawdziłam nasze dopasowanie w aplikacji astrologicznej… – powiedziałam cicho, niemal ze wstydem.

– Wyszło aż tak źle? 

Nie takiego pytania się spodziewałam.

– Nie, wręcz przeciwnie.

– No to chyba powód, żeby się cieszyć, że gwiazdy nam sprzyjają, nie?

Co z tym facetem jest nie tak? Potarłam twarz dłonią, biorąc drżący oddech. A przede wszystkim, dlaczego czułam teraz tak głęboką potrzebę ucieczki? Milczałam, nie wiedząc, co mogę odpowiedzieć.

– Nika…

– Hm?

– Co się dzieje w twojej głowie teraz? Pogadajmy o tym.

– Nie wiem, trochę panikuję – odpowiedziałam cicho. – Mam ochotę uciekać.

– Dlaczego?

– Bo… Bo to wydaje się zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

– Co dokładnie wyszło w tej aplikacji?

Ucisk w gardle sprawił, że ciężko mi było wziąć oddech. Zacisnęłam drżącą rękę na kołdrze. Przecież nie mogłam tego powiedzieć. Na pewno mnie wyśmieje tak jak zdecydowana większość ludzi, którym mówię, że interesuję się astrologią. Normalnie próbowałabym skorygować swoją myśl, ale byłam zbyt roztrzęsiona, żeby to zrobić. Przełknęłam z trudem i zamknęłam oczy. Musiałam wymyślić jakąś odpowiedź, która będzie w miarę neutralna i nie sprawi, że uzna mnie za kompletną wariatkę.

– Ujmę to tak… W tej apce są różne poziomy dopasowania. U nas jest ten najwyższy – wyjaśniłam z trudem, nie chcąc rzucać w niego informacją, że według astrologii jesteśmy bratnimi duszami.

– Nie cieszy cię to?

– Boję się…

– Czego się boisz, kochanie?

Pod moimi powiekami narodziły się łzy i zaczęłam drżeć. Próbowałam powstrzymać się przed płaczem, ale uczucia wzbierały w moim wnętrzu i nie umiałam tego powstrzymać. Sama nie rozumiałam swoich emocji, ale fakt, że użył słowa „kochanie”, rozbił mnie na kawałki. Nadzieja mieszała się ze strachem, radość z poczuciem zagłady. Mrugałam gwałtownie, walcząc z gulą w gardle i starając się oddychać spokojnie. Podbródek mi drżał, a kolejny wdech, jaki wzięłam, zdradził to, że płaczę.

– Zaraz u ciebie będę.

Zanim zdążyłam zaprotestować, połączenie zostało przerwane. Patrzyłam z niedowierzaniem na telefon, nawet gdy ekran już wygasł, po czym panicznie rozejrzałam się po pokoju. Kurwa, miałam bałagan. Nie spodziewałam się gości. Wiedziałam, że Tobiaszowi dojechanie do mnie zajmie jakieś maksymalnie dwadzieścia minut. Zerwałam się z łóżka, strasząc tym Ryszarda i zaczęłam zbierać wszystkie śmieci i ciuchy z podłogi. Nie było szans, żebym zdążyła pozamiatać podłogę, czy pozmywać. Szczęściem w nieszczęściu było to, że takie desperackie sprzątanie zdołało mnie rozproszyć wystarczająco, żebym przestała płakać. Akurat myłam ręce po wyrzuceniu zużytego żwirku z kuwety Rysia, gdy usłyszałam warkot motocykla, po którym wybrzmiał dźwięk nieostrożnie zamykanej furtki. Zerknęłam na zegarek na moim ekspresie do kawy. Wyrobił się w mniej niż piętnaście minut… Pukanie sprawiło, że wzdrygnęłam się, a moje serce przyspieszyło. Wytarłam ręce i otworzyłam drzwi z duszą na ramieniu. Tobiasz wszedł do środka i natychmiast mnie objął, a jego skórzana kurtka zaskrzypiała przez gwałtowny ruch. Znów musiałam walczyć z łzami, gdy zaczął głaskać tył mojej głowy. Nie było to szczególnie przyjemne, skoro miał na sobie rękawiczki, ale pozwoliłam sobie ukoić się jego dotykiem i zapachem. Choć dominowały nuty skórzanej kurtki, którą miał na sobie, pod spodem czułam perfumy. Dopiero po kilku minutach ostrożnie wypuścił mnie z objęcia, ściągnął rękawiczki i ubranie wierzchnie.

 – Chodź, usiądziemy i powalczymy trochę z twoim strachem – powiedział, biorąc mnie za rękę i prowadząc do salonu. 

To było nieprawdopodobne… Nie zostałam pozostawiona sama sobie. On naprawdę chciał pomóc i uspokoić moje nerwy. Opadliśmy na kanapę, a Tobiasz łagodnie objął mnie ramieniem, zachęcając do mówienia. Nie było to łatwe, zacinałam się i walczyłam z łzami, które co rusz napływały mi do oczu. Jak ognia unikałam wyznania ciążącego mi w sercu, starałam się być neutralna. Gdy próbowałam mu wyjaśnić, skąd pojawiło się u mnie takie przerażenie, głaskałam tatuaż Królowej Mieczy, który miałam na przedramieniu. Miałam przecież stać się taka jak ona. Silna, asertywna, niezależna. Ale przypomniałam sobie też, co powiedziałam Tobiaszowi, gdy zapytał, co oznacza ta karta. Że wszystko idzie zgodnie z planem, jedyne co trzeba zrobić, to się go trzymać. 

– Przepraszam, że musiałeś tu przyjechać, bo mi odwaliło…

– Hej, hej, hej… – Położył dłoń na moim policzku, zachęcając, bym na niego spojrzała. – Po pierwsze, nie musisz za to przepraszać. Po drugie, chciałem do ciebie przyjechać. Po trzecie, to, że pojawiły się w tobie intensywne emocje, nie oznacza, że ci odwaliło. Mam wymieniać dalej?

Kącik moich ust uniósł się w lekkim uśmiechu.

– Jeśli masz ochotę.

– Po czwarte, jesteś dla mnie ważna – powiedział z naciskiem, sprawiając, że przeszły mnie ciarki przez pewne nieprzyjemne wspomnienie. – Po piąte, chcę, żebyś miała we mnie oparcie, bo czuję, że zrobiłabyś dla mnie to samo. 

– Oczywiście, że tak… 

– No właśnie.

– „Nie mów właśnie, bo cię kura jajem trzaśnie”.

– „Kura nie jest taka głupia, żeby sobie jaja tłukła”.

Nie umiałam powstrzymać śmiechu na tę idealną odpowiedź. Tobiasz nachylił się do mnie i oparł czoło o moje, choć nadal miał na sobie okulary. Przez chwilę naszymi ramionami wstrząsał chichot, dopóki nie poruszył się odrobinę i pocałował miejsca między moimi brwiami. Normalnie na ten gest wypełniłabym się zimnem i potrzebą ucieczki, bo zbyt wiele osób robiło to tylko po to, żeby zdobyć moje zaufanie. Jednak tym razem nie czułam, żeby to była pułapka. Tobiasz szczerze pokazywał, że mogę mu ufać.

– Uspokoiłem cię chociaż trochę? – zapytał cicho, odsuwając się, żeby spojrzeć mi w oczy.

– Tak, dziękuję…

– Cieszę się. Na przyszłość pamiętaj, że możesz ze mną pogadać o wszystkim.

Pokiwałam głową i wzięłam długi, oczyszczający oddech. Przygryzłam pręcik kolczyka w wardze i popatrzyłam w jasne oczy Tobiasza, który od razu uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco. Nie chciałam prosić go o zbyt wiele, ale skoro już tutaj był…

– Chciałbyś zostać na noc?

– Jasne.

Nie byłam pewna, czy zrozumiał zaproszenie, jako propozycję seksu, ale wiedziałam, że nie miałabym nic przeciwko temu. Ułożyliśmy się na kanapie i obejrzeliśmy kilka odcinków Supernatural, a z mojego ciała zupełnie zniknął stres, który przeżywałam na początku wieczoru. Tobiasz wziął prysznic pierwszy, a ja w tym czasie przygotowałam kanapę w salonie, żebyśmy mogli na niej spać. Albo robić coś innego… Starałam się wykonać swoją wieczorną rutynę pielęgnacyjną w ekspresowym tempie, bo nie lubiłam, kiedy ktoś na mnie czekał. Wyszłam z łazienki przebrana w piżamę i zauważyłam, że Tobiasz już leży na kanapie, a tuż obok niego, na moim miejscu, wylegiwał się Ryszard. Mogłabym się przyzwyczaić do takiego widoku… Tym razem starałam się nie odpychać tej myśli. Przełożyliśmy kota i wspięłam się na kanapę, po czym wyłączyłam lampki, które były przyklejone do ściany. Salon zalała ciemność, a ja ułożyłam się obok Tobiasza. Złożył na moich ustach delikatny pocałunek i trącił nosem czubek mojego.

– Wolisz być małą, czy dużą łyżeczką? – zapytał cicho, jakby ktoś mógłby nas podsłuchać.

– Małą, a ty?

– Dużą. Obróć się.

Posłusznie wykonałam polecenie, moszcząc się na tyle wygodnie, na ile było to możliwe. Tobiasz owinął ramię dookoła mojej talii i przyciągnął bliżej, choć biodra trzymał odrobinę odsunięte. Pocałował mnie w bark i życzył dobrej nocy. A potem… nie wydarzyło się nic. Z jednej strony byłam nieco rozczarowana, a z drugiej wdzięczna. Po prostu zasnęliśmy. Rano przygotowałam nam kawę, którą wypiliśmy w ciszy, bo widocznie oboje potrzebowaliśmy dłuższej chwili, żeby się dobudzić. Całe szczęście, że była sobota… Na ten dzień mieliśmy zaplanowane, żebym to ja go odwiedziła. Zapytałam Tobiasza, czy ten plan jest aktualny, co natychmiast potwierdził. 

– Wolisz pojechać do siebie, żeby się przygotować? – zapytałam między kęsami tostów, które przygotowaliśmy na późne śniadanie.

– Nie potrzebuję, pojedziemy razem.

– Będę plecaczkiem?

– Tak, będziesz plecaczkiem – odpowiedział z nutą rozbawienia, po czym kciukiem starł odrobinę sosu z kącika moich ust. – Mam nadzieję, że kask będzie na ciebie pasował.

– Och, kask, faktycznie.

– Kupiłem go niedługo po tym, jak się zaczęliśmy spotykać…

Spojrzałam na niego ciekawsko.

– Nie woziłeś wcześniej nikogo na motocyklu?

– Nie, kupiłem go po tym, jak rozstałem się z poprzednią partnerką.

– Rozumiem… Kiedy to było?

– Trochę ponad rok temu. Rozeszliśmy się, bo ona chciała dzieci, a ja nie. Zrobiłem wazektomię i poinformowałem ją o tym po fakcie. Wściekła się na mnie. Z jednej strony rozumiem jej reakcję, ale dzięki temu lepiej zrozumiałem, co czują kobiety, kiedy im się mówi, co mają zrobić ze swoim ciałem – opowiedział i zerknął na mnie, gdy patrzyłam na niego zszokowana. – A ty chciałabyś mieć dzieci?

 W sumie powinniśmy byli poruszyć ten temat dużo, dużo wcześniej, ale na całe szczęście w tej kwestii byliśmy zgodni. Trochę kręciło mi się w głowie na myśl o tym, że jest po wazektomii… Starałam się nie przywiązywać do tego aż tak dużej uwagi.

– Futrzaste dzieci to jedyne, jakie chcę mieć.

– Uff… – westchnął Tobiasz, a jego ramiona widocznie opadły. – Jaka ulga.

– Dla mnie także.

– Więc… 

– Tak? – zachęciłam, gdy zamilkł na chwilę, jakby nie wiedział, jak ująć swoje myśli w słowa.

– Kiedy ostatnio miałaś badania na choroby weneryczne?

– Pod koniec września, a ty?

– Przed zrobieniem wazektomii – odpowiedział, po czym spojrzał na niedokończonego tosta. – Ale od tamtej pory z nikim nie spałem, nawet z moją byłą. Pokażesz mi wyniki?

Stłamsiłam w sobie irracjonalną urazę, która nie miała prawa się pojawić. Tobiasz był odpowiedzialnym mężczyzną i za to należał mu się szacunek. Skinęłam głową, po czym wyciągnęłam telefon i otworzyłam na nim plik PDF z wynikami, żeby mu pokazać. Zapoznał się z nimi, po czym zrobił to samo dla mnie. Identycznie jak w moich, wszędzie było napisane „wynik ujemny”. Zabrał telefon sprzed mojej twarzy, żeby otworzyć inny plik, tym razem z potwierdzeniem, że w jego nasieniu nie ma plemników. Kiwnęłam głową, rumieniąc się, choć przecież byłam z tymi tematami oswojona bardziej, niż ktokolwiek inny.

– Dobrze… – mruknął, po czym dokończył jedzenie.

– Nawet bardzo dobrze.

Spodziewałam się, że zrobi się niezręcznie, ale gdy uśmiechnął się do mnie i wziął za rękę, ciepło rozlało się w moim sercu. Ucałował moje kłykcie, po czym wstał i ruszył do kuchni, żeby umyć talerz mimo moich protestów, by tego nie robił. Kiedy wrócił, ruchem ręki zachęcił, żebym wstała i po prostu mnie przytulił. Ukrył twarz w mojej szyi i rozsunął szeroko palce, jakby chciał dotykać największej powierzchni, jaka była możliwa. Oddychał powoli, gdy tak trwaliśmy w czułym uścisku. Czułam się tak, jakbym ładowała baterie. Jakbym mogła w końcu uspokoić pęd myśli. Kiedy się odchylił, nasze usta same się odnalazły w miękkim pocałunku. Stanęłam na palcach, przyciskając się do Tobiasza, który ciaśniej owinął ramiona wokół mojej talii. Znów oboje mruczeliśmy, gdy nasze języki zaczęły się o siebie ocierać, a palce wplątywać we włosy. Otworzyłam usta szerzej, dopasowując je do jego, gdy pocałunek stawał się głębszy i bardziej chciwy. Rozmowa, którą przeprowadziliśmy była dla mnie ostatecznym potwierdzeniem, że chcę się z nim kochać. Tak, kochać się. Nie pieprzyć. Fakt, miałam swoje kinki i fantazje odstające od tego, co było normą, ale instynkt podpowiadał mi, że będziemy dopasowani pod tym względem. Tobiasz wykazał się tym, że ma dominującą osobowość, a to, że jego palce znów zaciskały się na moich włosach, były dowodem na to, że nie tylko o charakter chodziło. Rozpływałam się w jego ramionach, a kolana się pode mną uginały, gdy przeniósł pocałunek na szyję. Znów zaczęło mi się kręcić w głowie i jęknęłam w reakcji na łagodne ugryzienie. Przycisnęłam do niego biodra i otarłam się kusząco o jego erekcję.

– Nika… – sapnął, odrywając ode mnie usta, żeby znów przytknąć czoło do mojego. – Jeszcze nie teraz…

– Dlaczego…?

– Muszę przed tym zrobić coś ważnego.

Zmarszczyłam brwi i otworzyłam oczy, żeby na niego spojrzeć. Oblizałam nabrzmiałe od pocałunku usta i odetchnęłam cicho, starając się opanować.

– Co takiego?

– Dowiesz się wieczorem. To niespodzianka.

– No weź…

– Wezmę – powiedział uwodzicielsko, dając mi delikatnego całusa. – Ale nie w tej chwili. Proszę o cierpliwość, skarbie.

– No niech będzie…

– Gotowa na bycie plecaczkiem?

Sprytne zagranie. Pokiwałam entuzjastycznie głową, więc wypuścił mnie z ramion i zmierzwił mi włosy. Udałam naburmuszoną i odsunęłam się, pozwalając mu pójść włożyć buty.

– Jeśli chcesz, to możesz spakować coś do spania – zagadnął, zerkając na mnie.

– Nie musisz powtarzać mi dwa razy.

Włożyłam do małego plecaka piżamę i kosmetyczkę. Odruchowo sięgnęłam też do szuflady, w której miałam schowane prezerwatywy po poprzednim związkowym niewypale. Zanim dotknęłam pudełka, na mojej twarzy pojawił się niemal diabelski uśmiech i wycofałam rękę. Zamknęłam plecak i przygotowałam Rysiowi karmę na wieczór i rano w automatycznym karmniku, który otwierał się o odpowiednich porach. Włożyłam okulary i buty, zastanawiając się, czy wzięłam wszystko, co było potrzebne. Po chwili znaleźliśmy się na zewnątrz i Tobiasz tłumaczył mi, jak być odpowiedzialnym pasażerem. Przyznam szczerze, że stresowałam się, bo nigdy wcześniej nie jechałam na motocyklu. Przyjęłam kask i założyłam go na głowę, po czym otworzyłam wizjer. 

– Może selfie? – zapytałam Tobiasza po tym, jak założył swój.

– Pewnie.

Wyciągnęłam telefon i wycelowałam go w nas, gdy zetknęliśmy się kaskami. Oboje mieliśmy otwarte wizjery, więc widać było nasze roziskrzone oczy. Zrobiłam kilka zdjęć, po czym kiwnęłam w kierunku motocykla.

– Jedziemy?

– Pewnie. Jak wrzucisz to zdjęcie na Instagrama, to oznacz mnie, proszę.

– Masz to, jak w banku.

Po tych słowach Tobiasz opuścił wizjer i dosiadł motocykla, a ja zajęłam miejsce za nim. Oparłam dłonie na baku, czując, że cała dosłownie wibruję z podniecenia zmieszanego ze strachem. Upewniłam się, że nie opieram stopy na rurze wydechowej i po ostatnim upewnieniu się, że jestem gotowa, Tobiasz ruszył. Bardzo starałam się pohamować i nie piszczeć, ale gdy wyjechał na główną drogę i przyspieszył, dźwięk sam ze mnie umknął. Ilekroć skręcał, starałam się pochylać ciało w tym samym kierunku co on, żeby motocykl nie stracił równowagi. Tobiasz prowadził całkiem gładko i miałam wrażenie, że specjalnie jedzie nieco wolniej ze względu na mnie. Adrenalina buzowała w moich żyłach, gdy przyciskałam się odruchowo do jego szerokich pleców. Po niecałych dwudziestu minutach zaparkowaliśmy przed odnowioną kamienicą. Zsiadłam pierwsza i przytrzymałam się motocykla, bo nogi mi się nieco trzęsły, a serce łupało gwałtownie w piersi.

– Żyjesz? – zapytał Tobiasz, łapiąc mnie za łokieć, żebym nie straciła równowagi.

– Chyba bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Zaśmiał się i gdy tylko zdjęliśmy i schowaliśmy kaski, chwycił mnie za tył głowy i przyciągnął do pełnego entuzjazmu pocałunku. Myślałam, że zemdleję. Na szczęście oderwał się od moich ust dosyć szybko, bo pewnie czuł, że dosłownie sapię po swojej pierwszej w życiu przejażdżce motocyklem. Weszliśmy na górę do mieszkania, które było w zdecydowanie wyższym standardzie, niż moje. Oprowadził mnie po pomieszczeniach urządzonych dosyć skromnie, choć estetycznie.

– Ten pokój chciałbym przemalować, ale nie wiem, na jaki kolor. Jakieś pomysły? 

– Może zielony? – zaproponowałam, rozglądając się po wnętrzu, które było prawie puste. – Co tutaj w ogóle będzie?

– Myślałem o jakimś pokoju pracy albo coś w tym stylu. Z małą biblioteczką.

– To zdecydowanie zielony będzie pasować.

– A pomożesz mi w malowaniu?

– Jasne, czemu nie?

– Cudownie – powiedział takim tonem, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale się powstrzymał. Odchrząknął, po czym kiwnął głową, żebyśmy ruszyli do salonu. – To może teraz zagramy w jakąś moją planszówkę? Bo domyślam się, że na obiad jeszcze za wcześnie.

Kiwnęłam głową na zgodę. Dzień spędziliśmy na rozmowie, graniu i flircie, który stawał się coraz odważniejszy, ale nadal nie był wulgarny. Wymienialiśmy się wspomnieniami z dzieciństwa, szukaliśmy podobieństw u siebie wzajemnie i opowiadaliśmy sobie najgorsze kawały, jakie znaliśmy. Tobiasz przygotował późny obiad, bo między kolejnymi rozgrywkami planszówek podjadaliśmy winogrona. Choć chciałam pomóc przy gotowaniu, bałam się, że coś zrobię nie tak, więc tylko siedziałam przy wyspie kuchennej i obserwowałam, jak Tobiasz z wprawą sieka warzywa. Wyglądał bardzo smakowicie w ciemnogranatowym fartuchu. Spod rękawa koszulki wystawał kawałek tatuażu, a konkretnie tylne łapy i końcówka ogona wilka. Uśmiechnęłam się na ten widok, przypominając sobie to, jak się poznaliśmy. Minęły już ponad trzy miesiące… 

– Grosik za twoje myśli? – zagadnął Tobiasz, gdy stojąc przed kuchenką, zerknął na mnie przez ramię.

– Wspominam nasze pierwsze spotkanie.

– Masz na myśli salon tatuażu, czy pierwszą randkę?

– Salon tatuażu.

– Hm… – zamruczał i odcedził makaron, który potem wrzucił na patelnię do sosu. – Co pomyślałaś, kiedy zobaczyłaś mnie pierwszy raz?

– Że jesteś bardzo w moim typie.

– Doprawdy?

– Tak. A ty?

– To samo – zaśmiał się, oglądając się na mnie. – Widzisz? Gwiazdy miały rację.

Parsknęłam śmiechem i opuściłam głowę, gdy zalała mnie fala zażenowania związana z moim wczorajszym odpałem. Tobiasz to zauważył i wyłączył kuchenkę, po czym podniósł palcami mój podbródek. Popatrzyłam na niego z wybrzuszoną dolną wargą, a on nachylił się i zassał ją do ust, wyrywając ze mnie cichy jęk. Tylko raz prześlizgnął językiem po moim i odsunął się, a ja podążyłam za nim, prawie spadając z krzesła. Zaśmiał się i pomógł mi usiąść prosto, po czym zmierzwił moje włosy. 

– Jesteś tak słodka, że to powinno być nielegalne – powiedział z westchnieniem, po czym wrócił do kuchenki, żeby nałożyć makaron.

– To mnie skuj w takim razie.

Don’t mind if I do.

Przełknęłam ślinę. Przynajmniej mogłam swoją reakcję usprawiedliwić tym, że jedzenie pachniało oszałamiająco. Usiedliśmy naprzeciwko siebie i zaczęliśmy jeść, a ja nie szczędziłam komplementów dla gotowania Tobiasza. Co prawda może nie było to jakimś wykwintnym daniem, ale sos był doskonały. Poza tym oddałabym duszę za makaron. I żółty ser. Wiedziałam, że cała się pobrudzę podczas posiłku, bo choć się starałam, nie potrafiłam jeść w elegancki sposób. Używałam serwetki, żeby otrzeć usta co kilka kęsów. Po chwili byłam pełna i senna, więc odchyliłam się na krześle, choć na moim talerzu było jeszcze trochę makaronu.

– Nie wmuszaj w siebie, jeśli już nie możesz – powiedział Tobiasz, gdy zauważył, że znów sięgam po widelec.

– Nie chcę, żeby się zmarnowało.

– A ja nie chcę, żeby bolał cię brzuch. Zostawimy na później, nic się nie zmarnuje.

– W porządku…

– Grzeczna dziewczynka.

Przebiegł mnie tak intensywny dreszcz, że na przedramionach pojawiła mi się gęsia skórka. Żałowałam, że przez to wczorajsze zamieszanie nie mieliśmy wina, bo przydałby mi się łyk dla kurażu. Ja wiem, że dla wielu osób te słowa mogły się wydawać niezręczne, wręcz cringe’owe, ale nie mogłam nic poradzić na to, jak na mnie działały. Tobiasz uniósł brew, po czym zmrużył oczy. Moja reakcja była na tyle oczywista, że nie musiał pytać, czy mi się to spodobało.

– Chcesz obejrzeć jakiś film? – zapytał.

– Pewnie. Co proponujesz?

– Może jakąś komedię?

– Mnie pasuje.

W porządku, „kryzys” został zażegnany. Przenieśliśmy się na kanapę i włączyliśmy Netflixa, ale początkowo trudno było mi się skupić na filmie. Tobiasz miał ramię owinięte dookoła moich barków, a nasze palce były splecione. Co jakiś czas zerkał na mnie i uśmiechał się, a ja wiedziałam, że jest równie szczęśliwy, że spędzamy razem czas, jak ja. Nachylał się i całował to moją skroń, to policzek, jakby nie umiał się powstrzymać. Film się skończył, więc Tobiasz przeprosił mnie i wyszedł na chwilę z salonu. Skorzystałam z okazji i napisałam do przyjaciółek, relacjonując pokrótce to, co wydarzyło się do tej pory. Obiecałam im, że więcej informacji otrzymają następnego dnia. Wyciszyłam telefon i wyprostowałam się, gdy Tobiasz wrócił, trzymając moją książkę w ręku.

– Akurat wczoraj skończyłem ją czytać, to pomyślałem, że ci ją oddam.

– Och, dziękuję! Jak ci się podobała?

– Była świetna, Josh jest bardzo pozytywnie pierdolnięty.

– Nie określiłabym go w taki sposób… Ale fakt, jest diabelnie charyzmatyczny i trudno go nie lubić – zaśmiałam się i sięgnęłam po plecak, żeby schować książkę.

– Zaczekaj.

– Hm?

– Otwórz ją najpierw.

Zmarszczyłam lekko brwi, po czym otworzyłam książkę, z której wysunęła się koperta. Wzięłam ją i spojrzałam pytająco na Tobiasza, a on skinął głową na zachętę. Poprawiłam się na kanapie, po czym najdelikatniej, jak umiałam, odkleiłam skrzydełko. Wyciągnęłam kartkę, a gardło gwałtownie mi się zacisnęło. To była… walentynka. To święto nie było nawet blisko. Na okładce było napisane „Bądź moja”. Nigdy wcześniej nie dostałam kartki walentynkowej… Tych, o które dosłownie musiałam poprosić albo danych przez mamę nie liczyłam. Przełknęłam gulę w gardle, choć łzy już zdążyły mi się zebrać pod powiekami. Drżącymi palcami rozłożyłam sztywny papier i zamrugałam kilka razy, żeby być w stanie przeczytać to, co było napisane po lewej stronie.

 

For so long, I have waited

So long that I almost became

Just a stoic statue, fit for nobody

And I don’t wanna get in your way

But I finally think I can say

That the vicious cycle was over

The moment you smiled at me*

 

Wyrwało się ze mnie łknięcie i na ślepo sięgnęłam po rękę Tobiasza. Bez zawahania splótł palce z moimi, a ja ścisnęłam jego dłoń tak mocno, że bałam się połamać mu palce. Łzy już płynęły mi po policzkach, ale otarłam je wierzchem dłoni, w której trzymałam kartkę. Starałam się zebrać w sobie, żeby móc doczytać resztę.

Po naszej pierwszej randce w zapętleniu słuchałem „Mine” i to dlatego ta piosenka stała się moją ulubioną. Nie miałem odwagi powiedzieć Ci tego, gdy o tym rozmawialiśmy. Starałem się, by moje uczucie do Ciebie rozwijało się powoli, ale na tym etapie nie potrafię go dłużej ukrywać. Jestem w Tobie po uszy zakochany. I chcę, żebyś była moja, tak samo, jak ja byłbym Twój.

– Tobiasz… – załkałam, podnosząc na niego zamglone przez łzy spojrzenie.

– Kocham cię. 

– J-ja ciebie też kocham…

Dźwięk, jaki się z niego wydostał, był przepełniony ulgą tak wielką, że niemal bolesną. Wypuścił moją rękę i zagarnął mnie do uścisku, który niemal połamał mi żebra. Gdyby było mi do śmiechu, wydałabym z siebie dźwięk, jak piszcząca zabawka, ale tym razem nie mogłam odwrócić naszej uwagi poczuciem humoru. Nie mogłam oddychać zarówno przez to, że płakałam, jak i przez to, jak desperacko się przytulaliśmy. Czułam, że Tobiaszowi także jest trudno złapać oddech, bo przy wdechach się zacinał. Po dłuższej chwili odsunął się  i objął obiema dłońmi moje policzki, żeby zetrzeć łzy spod moich okularów. Wtedy zauważyłam, że on też płacze. I patrzy na mnie z tak głęboką czułością, że trudno mi było uwierzyć w to, co widzę.

– Czy to znaczy, że chcesz być moja?

– Tak… I żebyś ty był mój.

Odetchnął i przyciągnął mnie, by połączyć nasze usta. Nie był to jeden z tych głębokich i namiętnych pocałunków, bardziej było to wielokrotne wyciskanie całusów między płytkimi oddechami. Przyciskał dłonie do moich policzków, sprawiając, że miałam minę jak rybka. Odchylił się odrobinę i zaśmiał tak ciepło, że moje serce zalała kolejna fala uczuć, które wcześniej tak bardzo próbowałam w sobie stłumić. Po jego policzku stoczyła się łza, którą złapałam na kciuk.

– Teraz powinieneś powiedzieć „kochom cie rybo, pij ze mno kąpot” – powiedziałam na tyle wyraźnie, na ile mogłam, mając zgniecione policzki.

– Jesteś niemożliwa… Ale tak, kocham cię.

Wreszcie wypuścił moją twarz z rąk, ale zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, zdjął okulary najpierw mi, a potem sobie. Kolejny pocałunek, jakim mnie obdarował był gorący, niemal żarłoczny. Tak bardzo się tego nie spodziewałam, że sapnęłam, ale uległam natychmiast, dostosowując się do jego intensywności. Zupełnie, jakby ostatnia nitka trzymająca kontrolę Tobiasza pękła z donośnym trzaskiem. Całował głęboko, nasze języki przyciskały się do siebie w gorączkowym tańcu, gdy popychał mnie, żebym się położyła. Moje pożądanie rosło równie szybko, jak jego, gdy jęczeliśmy sobie wzajemnie w usta. Szarpałam go za włosy, za koszulkę, oplatałam go niecierpliwie nogami, przyciągając bliżej. Nadal byłam pod silnym wpływem emocji, co tylko potęgowało pragnienie. Dosłownie drżałam pod nim, nie mogąc się doczekać, aż połączymy nasze ciała w jedno.

– Łóżko – sapnął między pocałunkami. 

– Tak.

Oderwał się od moich ust, po czym pomógł mi wstać. Zanim zrobiłam choć jeden krok, pochylił się i zahaczył przedramię o zgięcie moich nóg, podnosząc mnie z łatwością. Zupełnie, jakbym nic nie ważyła. Wiedziałam, że trenował, czasem wysyłał mi zdjęcia z siłowni, ale nie byłam jakoś szczególnie drobna. Westchnęłam zaskoczona i szybko owinęłam ramionami jego szyję, żeby nie spaść, gdy niósł mnie do sypialni. Miałam wrażenie, że znów stara się opanować, bo widziałam, że bierze głębsze oddechy. Nie chciałam, żeby się hamował. Wiedziałam już, że potrafi być dziki i pragnęłam doświadczyć tego pierwotnego pragnienia i namiętności. Ułożył mnie delikatnie na łóżku, po czym ściągnął koszulkę przez głowę i odrzucił ją na podłogę. Szybko zrobiłam to samo i gdy tylko wypuściłam bluzkę z dłoni, usta Tobiasza znów były na moich. Sięgnął pod moje plecy i rozpiął biustonosz, który dołączył do reszty ubrań. Oddychaliśmy szybko, gdy drżeliśmy, spragnieni siebie wzajemnie bardziej, niż wody czy powietrza. Kiedy pochylił się i przycisnął rozgrzane ciało do mojego, jęknęliśmy jednocześnie.

– Jesteś taka miękka… – szepnął przed tym, jak przeniósł pocałunek na szyję. – Tak pięknie pachniesz…

Objął dłońmi moje piersi i zaczął je ugniatać, jednocześnie trącając kciukami sutki. Wyprężyłam się pod nim, odchylając głowę bardziej w bok, by dać mu więcej dostępu do swojej szyi. Wsunęłam palce w jego jasne włosy, wiercąc się i pojękując przy każdym dotyku. Choć nie wypiłam ani kropli alkoholu, czułam się pijana. Rzadko podczas seksu byłam aż tak swobodna. Chociaż może to było dzięki temu, że zaczekaliśmy? Albo dlatego, że byliśmy w sobie zakochani… Nawet jeśli to był pierwszy raz, nie było niezręczności. Za bardzo byliśmy skupieni na sobie, by przejmować się czymkolwiek innym. 

Jęknęłam głośno, gdy zassał mój sutek i zaczął go trącać językiem. Doznanie przypominało błyskawicę przebiegającą przez całe ciało. Rozchyliłam powieki, żeby zerknąć na Tobiasza, choć w sypialni było dosyć ciemno, skoro jedynym źródłem światła była lampa, którą zostawiliśmy zapaloną w salonie. Jednak nawet w takich warunkach widziałam, że jego spojrzenie jest dzikie, usta chciwe, a dłonie spragnione. Przeniósł wargi na drugi sutek, robiąc mu te same cuda, co poprzedniemu. Kiedy poczułam, że próbuje jedną ręką rozpiąć mi spodnie, gorliwie mu pomogłam i wspólnymi siłami je ze mnie ściągnęliśmy. Łapczywymi pocałunkami wyznaczył ścieżkę wzdłuż mojego brzucha, oddychając coraz ciężej. Przerwał, gdy dotarł do granicy majtek i wyprostował się, żeby niecierpliwym ruchem je ze mnie ściągnąć. Miałam wrażenie, że dosłownie powstrzymuje się przed tym, by dosłownie ich na mnie nie rozerwać.

– O kurwa – jęknęłam nisko, gdy zanurkował, by wykonać długie, wolne liźnięcie wzdłuż mojej cipki.

– Mmm…

Mruczał z zachwytem, gdy przesuwał językiem od góry do dołu z idealnym naciskiem. Dłońmi trzymał moje uda otwarte, choć nie mogłam powstrzymać się przed tym, by nie kołysać odrobinę biodrami przy jego twarzy. Jedną dłoń trzymałam na blond włosach, a drugą zaciskałam na poduszce, którą miałam pod głową. Nie hamowałam wyrywających się z mojego gardła jęków, gdy ssał łechtaczkę po każdym liźnięciu. Wsunął we mnie język, a moje biodra samoistnie skoczyły do góry, by naprzeć na jego twarz. Dźwięk, jaki się wydostał z Tobiasza, był przepełniony zachwytem i pożądaniem, więc zatoczył językiem koło głęboko w moim wnętrzu. Musiał mnie zmusić do tego, żebym zostawiła uda otwarte, bo odruchowo niemal zacisnęłam je na jego głowie. Przerwał pieszczotę na chwilę, dając mi moment na oddech. Nie trwało to długo, bo dwa naślinione palce wślizgnęły się we mnie głęboko, w czasie, gdy język skupił się na łechtaczce.

– Ostrożnie… – wykrztusiłam, bo rozkosz odbierała mi oddech.

– Coś cię boli? – zapytał, natychmiast się zatrzymując.

Przeczesałam palcami jego włosy i przełknęłam ślinę.

– Jest cudownie… Tylko jeśli za bardzo się postarasz, to trysnę.

– Na boga, kobieto… – jęknął, przyciskając czoło do mojego wzgórka łonowego. – Jesteś doskonała.

Tobiasz zaczął poruszać we mnie palcami, zaginając je lekko i głaszcząc punkt G. Już wiedziałam, jak to się skończy, bo doskonale wiedział, co robić. Zasłoniłam dłonią usta, żeby choć trochę stłumić głośne jęki, jakie się zaczęły ze mnie wydostawać. Moje uda drżały, gdy próbowałam zachować dość skupienia, żeby nie zmiażdżyć Tobiaszowi czaszki. Ssał łechtaczkę i jednocześnie drażnił ją czubkiem języka, sprawiając, że szybko wspinałam się na szczyt. Jego palce z głaskania przeszły w pulsowanie, idealnie celując w najwrażliwszy punkt. Przyjemność była niemal zbyt intensywna. Wyginałam plecy w łuk i poruszałam się na miękkiej pościeli, jakby moje ciało nie mogło się zdecydować, czy powinnam uciekać od tych doznań, czy za nimi gonić. Rozkosz pęczniała we mnie, gdy brałam coraz płytsze oddechy, a ciało napinało się w oczekiwaniu na orgazm. Prawie wbiłam sobie paznokcie w policzek, gdy krzyknęłam w dłoń i spadłam poza krawędź. Moje biodra wierzgnęły kilka razy, a elektryczność przetoczyła się przez ciało, jakby trafił mnie piorun. Parcie uwolniło wytrysk, który zalał podbródek i przedramię Tobiasza. Już nie drżałam, a dosłownie dygotałam przez to, jak bardzo to wszystko było intensywne. Doznania eksplodowały, potęgowane przez nadal poruszające się we mnie palce. 

– Moja grzeczna dziewczynka…

Nie umiałam wypowiedzieć ani słowa, więc tylko zakwiliłam, bezbronna wobec jego słów. Wyciągnął ze mnie palce, a ja otworzyłam oczy akurat w momencie, gdy je oblizywał. Opuściłam głowę, starając się opanować drżenie, które nadal targało moim ciałem. Tobiasz wspiął się wzdłuż mojego ciała i złożył na moich ustach kilka delikatnych pocałunków, nie chcąc utrudniać mi oddechu. Odzyskanie panowania nad sobą zajęło mi chwilę dłużej, niż zwykle, ale mimo wszystko chciałam więcej. Drżącymi palcami sięgnęłam do jego spodni, żeby je rozpiąć. Nie chciałam się bawić w półśrodki, więc wsunęłam dłonie pod gumkę majtek, żeby ściągnąć oba elementy ubioru jednocześnie. Tobiasz zamruczał przy moich ustach, składając na nich ostatni całus, po czym usiadł, żeby rozebrać się do końca. 

– Chodź do mnie, kochanie… – szepnęłam, ciągnąc go w swoim kierunku.

– Mów tak do mnie częściej.

– Jak sobie życzysz…

Ułożył się między moimi nogami, a ja ciekawsko sięgnęłam dłonią do jego penisa. Oddech uwiązł mi w gardle, gdy poczułam, że jest większy, niż się spodziewałam. Przesunęłam po nim ręką kilka razy, rozprowadzając preejakulat, który zdążył się zgromadzić na główce. Biodra Tobiasza poruszyły się kilka razy, poszukując więcej rozkosznego tarcia. Po chwili jednak delikatnie zabrał moją rękę i zbliżył się, tak, że poczułam ciężar jego przyrodzenia na swoim kroczu.

– Jesteś moja, prawda? – zapytał cicho, składając delikatne pocałunki na moich policzkach, które zupełnie nie pasowały do poziomu pożądania, jakie odczuwaliśmy.

– Tylko twoja…

– A ja jestem tylko twój.

Z tymi słowami na ustach pocałował mnie głęboko. Czułam swój smak na jego języku, co było jeszcze bardziej podniecające, choć nie sądziłam, że jest to możliwe. Miałam nadzieję, że nigdy nie przyzwyczaję się do tego, jakie cuda potrafił zrobić ustami. Uniosłam biodra zapraszająco i zaczęłam nimi kołysać zgodnie z jego ruchami, gdy zaczęliśmy się o siebie ocierać. Trzon penisa ślizgał się o moje wilgotne i pulsujące wejście, a ja pragnęłam mieć go w sobie. Tobiasz jednak przedłużał oczekiwanie, całując mnie coraz intensywniej. Ruchy jego języka stawały się bardziej zaborcze i głodne, gdy penetrowały moje usta. Odwzajemniałam mu się tym samym. Ocieraliśmy się o siebie niecierpliwie, a ja cały czas próbowałam ustawić biodra w taki sposób, żeby po prostu się we mnie wślizgnął. Droczył się ze mną, ale także z samym sobą, gdy wycofywał się za każdym razem, jak śliska główka za bardzo zbliżała się do mojego wejścia. Przechodziły mnie dreszcze, gdy twardy spód penisa przesuwał się po nabrzmiałej, pulsującej łechtaczce. Kiedy kolejny raz nie udało mi się go „pochwycić”, wyrwało mi się kwilenie, które zmieniło się w pełny ulgi jęk. Wszedł we mnie powoli, głęboko, wypełniając szczelnie. Miałam wrażenie, jakbym mogła dojść tylko od tego. Pocałunek nadal trwał, a Tobiasz zatrzymał się, jakby po prostu chciał chłonąć to uczucie, że jest otoczony z każdej strony miękkością i wilgocią.

– Mówiłem już, że jesteś doskonała? – wyszeptał w moje usta, na co zaśmiałam się nisko.

– Coś tam przebąkiwałeś…

Tobiasz także się zaśmiał, po czym odchylił się, żeby na mnie spojrzeć. Nie byłam przyzwyczajona do tego, żeby utrzymywać kontakt wzrokowy podczas kochania się z kimś, ale… Jak mogłam nie patrzeć w oczy, które były wypełnione miłością? Przesunęłam dłońmi po plecach Tobiasza, żeby złapać go za pośladki i przyciągnąć do siebie, na co zareagował zaskoczonym sapnięciem. Zauważył, że nie chcę już dłużej czekać, więc zaczął się poruszać. Byłam tak mokra, że ślizgał się we mnie gładko, wolnymi ruchami. Uczucie wypełnienia było niemal przytłaczające, ale jednocześnie tak bardzo błogie, że przy każdym ruchu moje powieki trzepotały. Wpatrywał się we mnie, a jego twarz wyrażała czystą rozkosz. To była druga najpiękniejsza ekspresja, jaką u niego widziałam. Pierwszą był oczywiście szczery i szeroki uśmiech. Kołysałam biodrami razem z nim, dopasowując się do rytmu, który narzucił. Za każdym razem, gdy wchodził we mnie do końca, rozkosznie naciskał na moje dno. Absolutnie uwielbiałam to uczucie. 

– Kocham cię…

– Ja też cię kocham, skarbie.

Przesunęłam paznokciami po jego plecach, na co przyspieszył ruchów. Nie umiałam już utrzymać oczu otwartych, bo przyjemność znów zaczęła we mnie wzrastać. Dzięki temu mogłam skupić się na dźwiękach, jakie z siebie wydawał. Jęczał w tak cudowny sposób, mruczał i wzdychał, pieszcząc mój wrażliwy słuch. Uniosłam nogi, co Tobiasz natychmiast zrozumiał i oparł je sobie o barki, co sprawiło, że wyrwał się ze mnie głośny, zdławiony jęk, bo dotarł jeszcze głębiej, choć myślałam, że to nie jest możliwe. Kręciło mi się w głowie przez to, jak szybko pięłam się do kolejnego orgazmu. Moje ekspresyjne nogi drżały na jego ramionach, gdy przyspieszył ruchy na tyle, że nasze ciała zaczęły zderzać się donośnie. Zwykle ten dźwięk mnie krępował, jednak w połączeniu z warkotliwymi jękami Tobiasza, to brzmiało, jak najbardziej erotyczna aria. Chwyciłam go obiema dłońmi za tył głowy, ciągnąc w dół, co znów zmieniło kąt penetracji. Jęczałam głośno, przyciskając czoło do jego i zaciskając desperacko palce na blond włosach. Byłam praktycznie złożona na pół i ledwo mogłam się poruszać, ale rozkosz, jaka we mnie rosła była tego warta. Dźwięki, jakie wydostawały się z mojego gardła, były coraz krótsze, ale głośniejsze. 

– Zaraz dojdę… – ostrzegł mnie, nadal szybko pracując biodrami.

– Tak, tak, tak…

– Chcesz, żebym się w tobie spuścił? – zapytał, a moje wnętrze odpowiedziało pierwsze, zaciskając się na nim mocno.

– Tak, proszę, tak!

– Kurwa… – warknął przez zaciśnięte zęby, co ku mojemu zaskoczeniu sprawiło, że doszłam.

Ten orgazm zdawał się głębszy, bardziej wstrząsający. Nie byłam w stanie oddychać, gdy otworzyłam usta w niemym krzyku, a umysł wypełnił się czernią. Myślałam, że zemdleje, gdy przez moje ciało przetaczały się fale tak potężne, że trzęsłam się pod Tobiaszem, mocząc jego podbrzusze i uda. Część ejakulatu popłynęła też po moim brzuchu i między piersiami. Drżałam i wreszcie wzięłam oddech, który szybko zmienił się w kilka piskliwych jęków. Po kilku kolejnych, intensywnych pchnięciach Tobiasz zastygł w bezruchu, przyciskając biodra do moich. Zalało mnie inne, głębsze uczucie rozkoszy, gdy poczułam, jak jego penis drga, pompując nasienie. Nie powstrzymałam niskiego, błogiego jęku, gdy zaciskałam się na nim, jakbym chciała się upewnić, że otrzymam każdą kroplę. Choć nie chciałam mieć dzieci, wytrysk we mnie zawsze dawał mi pierwotną satysfakcję. A teraz mogłam to mieć bez obawy o ciążę… Skrzyżowałam stopy za jego karkiem, chcąc przytrzymać go w miejscu. Tobiasz przez chwilę kołysał biodrami, jakby chciał wcisnąć się we mnie jeszcze głębiej, po czym jego ciało zwiotczało. Wydał z siebie długi, pełny satysfakcji pomruk, przez który jeszcze raz się na nim zacisnęłam. Opuścił moje nogi i oddychając ciężko obniżył klatkę piersiową, żeby się na mnie ostrożnie położyć. Nasze ciała były wilgotne od potu i innych wydzielin, gdy próbowaliśmy złapać oddech.

Chwilę później leżeliśmy obok siebie, z grubsza ogarnięci, choć nie chciało nam się jeszcze iść wziąć prysznica. Palce Tobiasza błądziły po mojej klatce piersiowej i brzuchu, a spojrzenie podążało tymi samymi ścieżkami. Ja w tym czasie głaskałam jego przedramię, po prostu pławiąc się w postorgazmicznej błogości. Stety, niestety, włączył mi się tryb gaduły.

– To, że nazywasz mnie grzeczną dziewczynką bardzo mi się podoba… – wyznałam leniwie, ściągając tym samym jego spojrzenie.

– Zauważyłem, dlatego chętnie będę tak na ciebie mówić… O ile oczywiście zasłużysz.

– Gdy zasłużę!? A co, jak nie będę grzeczna, to będziesz mnie karać?

– A chciałabyś być karana? – Odbił piłeczkę, gdy opuszkami palców okrążał mój sutek.

– Zdecydowanie…

– Klapsami, czy w jakiś inny sposób?

– Klapsy to zawsze dobra opcja – powiedziałam z uśmiechem i odgarnęłam włosy z jego czoła. – W sumie to jestem całkiem kinky.

– No co ty nie powiesz… Nie spodziewałem się tego.

Uszczypnęłam go w policzek za sarkazm, jaki pojawił się w jego głosie.

– Mogę ci pokazać listę tego, co mnie kręci.

– Masz listę? – zapytał, jednocześnie zaskoczony i wyraźnie podekscytowany. – Jasne, pokazuj!

Zaśmiałam się, po czym przechyliłam na łóżku, żeby wyłowić z porzuconych spodni telefon. Otworzyłam notatki, na których miałam wypunktowane wszystkie kinki z krótkimi wyjaśnieniami, czym są. Wręczyłam Tobiaszowi smartfon, czekając na to, aż pojawi się we mnie strach przed byciem ocenioną. Jednak nic takiego się nie stało. Obserwowałam jego twarz, to, jak drgały mu brwi, albo wyginały usta w uśmiechu. 

– Burza? Naprawdę?

– Mhmm… Słuchanie grzmotów i oglądanie błyskawic bardzo mnie nakręca. Zdarzyło mi się kilka razy robić sobie dobrze podczas burzy… Mam fantazję o tym, żeby uprawiać seks przy oknie, żebym mogła patrzeć na burzowe niebo.

– To brzmi cudownie… – zamruczał, po czym pocałował mnie w czoło i wrócił do czytania listy. – Wielu z tych rzeczy nie próbowałem.

– Ja także nie. 

– A co jest tym, czego chciałabyś doświadczyć najbardziej?

– Być związana – odpowiedziałam bez wahania. – Mam piękną, czerwoną, siedmiometrową linę od dziewięciu lat, która leży w szufladzie. 

– Akurat w tym mam doświadczenie.

– O borze, kocham cię.

– Wystarczy Tobiasz. I ja ciebie też kocham.

– Wiesz, że zwracam się do boru, a nie do boga, prawda?

– Wiem.

Po tych słowach mnie pocałował i przekręcił nas tak, żebym go dosiadła. Kochaliśmy się jeszcze dwa razy z rzędu, przez co byłam obolała, wymęczona i lubieżnie brudna. Miałam wrażenie, jakbym umarła i powstała z martwych. I w sumie… Trochę tak było. Zanim poznałam Tobiasza, straciłam wiarę w to, że ktoś mnie pokocha. A miłość odnalazła mnie niespodziewanie…


(Tekst piosenki Rain zespołu Sleep Token)

58
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.