Ku światłu
30 października 2026
18 min
Schodzę powoli, schodek po schodku. Ciemno choć oko wykol. Oszczędzają tu, cholera, na żarówkach. Inna sprawa, że nie chce mi się macać za włącznikami. Na szczęście w końcu widzę blask. Prostokąt futryny wejścia na najniższe piętro.
To Anna zaproponowała spotkanie. Sama z siebie! A przecież od jej SMS-a: „Nie pisz więcej, bo jej powiem” grzecznie trzymałem się z dala. I, Bóg mi świadkiem, tęskniłem. Każdego dnia z tych trzech cholernie długich miesięcy. Nie mogłem ani nie chciałem jej odmówić. Przystałem na wszystkie warunki. Najgorsze, co można zrobić przed negocjacjami. W zamian za nikły promyk nadziei.
Ta klatka schodowa to nic w porównaniu do otchłani, w jakiej tkwię ostatnio. Nie dość, że interesy słabo, to w domu jeszcze gorzej. I tak zostawili mnie, cholera, samego z tym całym gównem. Ale jest światełko w tunelu! Za tymi ostatnimi drzwiami moja Ania czeka na mnie w swoim małym królestwie rozświetlonym jarzeniówkami.
Chyba rozumiem jej zamysł. O tej porze tu już nikogo nie ma. Dobra miejscówka na bardzo prywatne rozmowy. Na spotkanie, którego żadne z nas nie chce upubliczniać. Sam gmach znajduje się w miarę w centrum, a wejść można do niego dyskretnie. To, że nie zażyczyła sobie jakiegoś zatłoczonego lokalu, dobrze rokuje. Bez wahania przystałbym nawet na trawnik przed moim domem.
Naprawdę szaleję przez nią.
Metalowe drzwi skrzypnęły. Już trzeci raz przekraczam ten próg. Za pierwszym odebrałem Anię; potem poszliśmy do niej. Bardzo miło spędziłem tamtą noc. Dobre wspomnienie. Za drugim zażądała już spotkań wyłącznie poza miejscem pracy „żeby ludzie nie gadali”. Ludzie, czyli ten gość, z którym pracuje, bo przecież nie pacjenci. Jest młodszy i wyraźnie zazdrosny o nią, widziałem to w jego oczach. Od razu nas rozszyfrował, ale trzymał gębę na kłódkę. Przynajmniej przy mnie.
– Hej! – witam się cicho.
Sala jest niewielka, moje słowa odbijają się echem od białych kafelków. Widzę, że dziewczyna jest w swoim roboczym fartuchu i stoi nad ciałem rozłożonym na stole. Zaskoczyła mnie więc po raz kolejny. Pogaduszki przy robocie? Czy to wiadomość dla mnie? Od kiedy ona bawi się w takie rzeczy?!
Nie daję po sobie nic poznać i grzecznie czekam na jej reakcję. W białym kitlu i ze spiętymi włosami wygląda seksownie. Jak to ona. Nawet w tych okolicznościach. Zwłaszcza że nie widziałem jej tyle czasu. Maryjo, Matko Jezusowa, jak mi jej brakowało!
Spogląda na mnie zza swojej maski ochronnej.
– Nie sądziłam, że uda mi się cię sprowadzić – mówi spokojnie.
Niestety, nie słyszę radości w jej głosie.
– Poprosiłaś, to jestem. – Uśmiecham się, mając nadzieję, że i tym razem ten stary czar zadziała.
– Możesz usiąść tam. – Wskazuje ruchem głowy na ścianę po mojej prawej. Rąk nie odrywa od osobnika na stole.
Za jej gestem kieruję się do niewielkiego pokoiku z szafkami na papiery i te ich chemikalia. Obecnie jest jednak pogrążony w półmroku, bo i tu najwyraźniej oszczędzają na prądzie. Choć na biurku pali się świeca. Taka gruba. Przyglądam się – płomień pełga, wabi. Zwalczam to uczucie i zauważam, że obok gromnicy stoi też półprzezroczysty pojemnik z uchylonym wiekiem. Najwyraźniej kolacja.
– Posil się – rzuca, nie podnosząc wzroku. – Nie czekaj na mnie.
Czyżby mnie jednak obserwowała? Nie jestem jej taki całkiem obojętny!
Kusi mnie, aby skosztować. Anna może i nie gotuje najlepiej w powiecie, ale nie jest też taka znowu najgorsza. Przyznam, że akurat na tym polu wygrywa Małgorzata. Powstrzymuję się jednak. Nie chcę sprawiać wrażenia, że lekceważę nasze spotkanie.
Ciekawe, czy przygotowała to wszystko z myślą o nas, czy po prostu został jej obiad? Oby to pierwsze!
„Posil się” to jakiś regionalizm? Kiedy jeszcze rozmawialiśmy na różne tematy, wspominała, że pochodzi z małej wsi. Do tej pory jakoś nie zdradzała tego wymową.
Stoi tam też butelka… Ania jest z tych, które do kolacji piją tylko wino. Ze zdziwienia wypalam:
– To wódka?
– Śmiało. – Nadal nie podnosi wzroku.
– Na razie podziękuję – rzucam, niepewny, co mam myśleć.
To musi być dla mnie, ale czemu? To jakiś test mojej silnej woli? Przecież nie piłem przy niej. Wolę podziękować, tym bardziej że ostatnio i tak sobie zbytnio folgowałem. Na pewno nie będę pił, kiedy mam szansę odbić się od dna.
Usiadłem na taborecie w kącie tak, bym mógł na nią patrzeć.
– Przede wszystkim przepraszam, że cię tu sprowadziłam, po prostu nie dało się ina…
– Spokojnie, jestem.
Przerwałem jej, bo wolałem przejść do sedna. Właściwie to był impuls. Naprawdę nie przeszkadza mi miejsce. Nie miałem oporów przyjść tu poprzednimi razy, o co więc chodzi? Jakby mi pozwoliła, to nawet bym ją tu zapiął. O tym fantazjowałem, nie mam co ukrywać; bardzo chciałbym, żeby to się dziś tak skończyło. Na samą myśl staję się gotowy.
Kiwa głową.
– Tak. Po drugie musisz mi wybaczyć, ale muszę nadgonić z pracą, więc będę robić i mówić, więc jeśli masz coś…
– Nie mam, śmiało.
Przerwałem Ani po raz kolejny. Nie miałem żalu do niej o tę małą demonstrację. Zdecydowałem się to ignorować. Pewnie na jej miejscu też chciałbym pokazać, jak lekko traktuję to rendez-vous.
Marzę, aby siedziała tu obok. Wiem, że byłoby złym pomysłem wychodzić z podobną propozycją. Na razie. Nie chodzi tylko o to, że musiałaby sobie zrobić przerwę – ona wciąż trzyma mnie na dystans. Czuję to. Jasno daje mi do zrozumienia, że w każdej chwili może cofnąć zaproszenie. Muszę być cierpliwy. I delikatny. Przede wszystkim delikatny.
Skupiam się więc na tym, co pozytywne. Moja mimika i postawa mają zdradzać jedynie radość. Autentyczną radość. Mogę znowu słuchać jej głosu. Patrzeć na jej blond włosy upięte w kok. U siebie je rozpuszczała. Obserwowałem je, jak rozkładały się na pościeli na moment przed tym, jak przeżywała rozkosz, którą jej dawałem. Słodki Jezu, jak mi tego brakuje!
Zmuszam się do skupienia. Kobieta jakby na to czeka. Nawet jej ręce tkwią w bezruchu w bebechach pacjenta.
– Krzysztofie… – zaczyna oficjalnie. Już wiem, że nie spodoba mi się, co powie dalej. – …trzy miesiące temu podjęłam decyzję. Chciałabym, żebyś wiedział, że nie było mi łatwo to zrobić, ale… – zawahała się – …trzeba było tak postąpić.
Miała oczywiście na myśli gwałtowne zerwanie naszego namiętnego i dyskretnego związku. Dla mnie to był cios poniżej pasa.
– Anno… – spróbowałem polubownie. – Tęsknię za tobą. Pragnę cię jak wtedy… – mówię spokojnie i wkładam w słowa całą słodycz, na jaką mnie stać. Nie odczuwam też potrzeby ukrywania moich motywów. – …a nawet bardziej. Wiem, że nie byłem ci obojętny. Nie chcę cię utracić, powiedz, dlaczego nie możemy być razem?
Znów patrzy na mnie przez chwilę w milczeniu. Jakby oceniała, czy stroję sobie z niej żarty. W końcu po prostu sięga po prawe ramię ciała klienta. Widzę, jak lśni jego obrączka. Zwalczam odruch zerknięcia na własną.
– Z żoną żyjemy jak w separacji. Nasza miłość się wypaliła. Już od dawna – mówię szybko, jakbym miał ograniczony czas. – Ty jesteś kobietą, która się w moim życiu liczy…
– Widziałam was – wcina się tym razem ona. – Was wszystkich. Ją. Wasze dzieci.
Robi krótkie pauzy, jakby chciała mi dać czas, abym przypomniał sobie własną rodzinę. Domyślam się, że wypatrzyła nas na spacerze. Może w parku? Może jak szliśmy do kościoła?
Umiem sobie to wyobrazić. Ja obok Małgorzaty. Jacek biegnie przed nami, goni Kabla. Pies to ucieka, to wraca do chłopca. Karolinka drepcze za nimi. Może i powoli, ale dzielnie idzie sama. Ciekawe, gdzie w tym sielskim obrazku jest Anna? Schowana za drzewem? Nie, to nie w jej stylu, pewnie obserwuje gdzieś z boku. Może akurat siedzi na ławce?
Widzi szczęśliwą rodzinę. Jak z ulotki Świadków Jehowy. Nie zauważa, że żona, jeśli już zwraca się do mnie, to rzuca tylko krótkie zdania. Głównie w trybie rozkazującym: „Zrób to!”, „Pamiętaj o tamtym!”. Chłód jej głosu dociera jedynie do moich uszu. A mówi cicho, aby dzieci nie słyszały. Odpowiadam półsłówkami, bo po każdym moim dłuższym zdaniu zeźli się. I znowu się zacznie. I jak to wszystko wyjaśnić?
– Trzymamy pozory przed rodziną.
– Masz dzieci.
Mam. Nie zapomniałem. Jacek to dobry syn. Myślę, aby w przyszłym roku zapisać go do drużyny piłki nożnej. Karolina jeszcze nie chodzi do przedszkola. Ale co to ma do rzeczy?
– Wiedziałaś od początku, nie ukrywałem tego nigdy.
Nic nie mówi. Nie zaprzecza. Miałem obrączkę na palcu, kiedy pierwszy raz stykały się nasze dłonie. I wtedy, kiedy z jej udami na biodrach powoli wsuwałem się w nią. Anna była naga i miała zamknięte oczy, jej jęk był cichy. Starałem się działać nieśpiesznie, bo ona lubi tak zaczynać…
Odganiam wspomnienia. Wróciły, od kiedy mnie zaprosiła. Jakby dostały zielone światło, aby mi się naprzykrzać. Jak choćby to, kiedy bez słowa żądała, aby wsunął penisa z powrotem…
Stop!
Teraz, kiedy patrzę na nią, aż trudno uwierzyć, że to ta sama kobieta.
– Staramy się przed dziećmi i rodzicami. Ale między Małgorzatą a mną nigdy nic…
Źle to ująłem… Kiedyś przecież się uwielbialiśmy. Poprawiam się:
– Nasze uczucie już umarło.
Ponownie brak reakcji. Chyba jednak mnie słucha, bo przestała szperać w brzuchu tego biedaka. Mam szansę? Na pewno nadzieję na szansę, a to o wiele więcej niż wcześniej. Ciągnę dalej:
– Myślałem o przerwaniu tej szopki, ale dzieciaki są takie małe…
Tak po prawdzie, to nie aż takie znowu małe. Syn czuje, że coś jest nie tak, tylko nie rozumie co, nie umie tego nazwać. Córcia…? Nie, chyba nie. Ona naprawdę jest za mała.
Anna dalej milczy. Muszę rozwinąć:
– Patrzą na mnie jak na natręta. We własnym domu. Małgorzata i jej matka… – Nawet w tym momencie rośnie mi ciśnienie na samą myśl o niej. Ciężko mnie, Panie, doświadczasz, dając taką teściową. Kto wie, może moje małżeństwo udałoby się naprawić, gdyby ta jędza mieszkała dużo dalej. O wiele dalej niż te kilka ulic i park. Uspokajam się. – …nie dają mi żyć. Potrzebowałem odetchnąć. Akurat się poznaliśmy…
I myślami wskakuję nagle w nasze pierwsze spotkanie. To było jakieś małe przyjęcie. Nie pamiętam dokładnie. Anna była raczej cicha, sączyła drinka. Mówiła głównie jej znajoma. Znajoma mojego znajomego. Tych dwoje właściwie wtedy cały czas nadawało, ale pozwoliło mi to przyglądać się ich milczącej towarzyszce. Dziewczyna rzucała mi ukradkowe spojrzenia. Kiedy towarzystwo zaczęło się wykruszać, my zostaliśmy.
W końcu się odzywa, sprowadzając mnie do teraźniejszości:
– Czemu właściwie wtedy spróbowałeś?
Myśleliśmy widać o tym samym. Głupie pytanie – miałbym nie zagadać do ładnej blondynki? Która ewidentnie puszcza do mnie oczko co kilka dowcipów przy stole? Dobrze nam się gadało. Zaprosiłem ją na kawę. Rozmawiało nam się jeszcze lepiej. Wziąłem ją za rękę. Wiedziałem, że mnie nie odtrąci.
– Jak mógłbym się oprzeć? Do dziś tego nie potrafię.
Uśmiechnęła się! Serce zabiło mi mocniej. W końcu jakieś pęknięcie w tej jej lodowej skorupie. Teraz byle nie zepsuć.
– Dobrze wyglądasz. Cieszę się, że mogłem cię znowu zobaczyć. Brakowało mi twojego uśmiechu.
Brakowało mi też wielu innych momentów. Jak choćby kiedy nad wyraz wymownie spoglądała na mnie, zagryzając wargę. Jak byliśmy sami we dwoje, często prowokowała. Bawiła się guziczkami swojej bluzki. Robiła znaczące miny, stojąc na progu mieszkania albo sypialni. W samym seksie lubiła się poddawać, czuć siłę i dominację. Wyrażała to jasno; nie to, co Małgorzata. Anna nie krępowała się, informując mnie, co mogę, a czego nie. Bez wahania zawsze na to się godziłem. Czy w życiu, czy w łóżku. Zresztą po kilku chwilach jej bariery puszczały. Chwytałem ją już wtedy za biodra albo nadgarstki, starając się utrzymać szybkie tempo. A ona odpływała. To były te momenty, kiedy ją najmocniej wielbiłem.
Znów odganiam natrętne myśli. Jakbym potrzebował przypomnienia, o co toczy się gra.
Z żoną mamy ciche dni. Nasze rozmowy ograniczają się wyłącznie do spraw bieżących. Ile to już trwa? Dwa tygodnie? Nie, zaczęło się wcześniej, na wakacjach. Cichy miesiąc. Także nocami. Nic dziwnego, że wszystko mi się kojarzy z jednym.
Dziewczyna przede mną ciągle się uśmiecha, ale jakby z grzeczności. Cholera, zamyśliłem się. Zmieńmy dynamikę:
– Anno, co u ciebie?
Boję się zdrabniać jej imię. Poufałości od obcych ją drażnią. Tym bardziej odrzuconych kochanków. Jest też za wcześnie, aby sprawdzać moją pozycję w jej oczach.
Kiedyś mogłem rzucać „ssij, Aniu”, ile chciałem. Pod warunkiem że ona już klęczała przede mną, a jej usta obejmowały mojego członka. W innych okolicznościach pieprzne gadki ją mocno irytowały. Ot, kobieca zmienność: raz uległa, a raz mówi twarde „nie”. Ale nauczyłem się rozpoznawać jej humory. Warto było, bo fellatio robiła zdecydowanie lepiej od mojej ślubnej. Zresztą kiedy Małgośka brała mi do buzi, to zawsze od niechcenia i szybko się nudziła. Gdy Ania sunęła po penisie języczkiem, to z takim entuzjazmem, jakby sama miała zaraz dojść. I ta jej sukowata minka tuż przed tym, jak przyjemność zmuszała mnie do przymknięcia powiek. Samo to sprawiało, że dochodziłem, a z moich ust bez udziału woli wydobywał się jęk.
Te wspomnienia są coraz mocniejsze. Z coraz większym trudem wracam do rzeczywistości.
– Zaprosiłam cię, ponieważ to jedyna okazja, aby się pożegnać.
Pożegnać?!
Chcę się zerwać z miejsca, ale wiem, że to zły pomysł, więc tylko gwałtownie wiercę się na taborecie.
– Nie zaprosiłaś mnie tu chyba tylko po to, żeby mi to powiedzieć?
– Krzysztofie… – Jest wyraźnie skołowana, nie wie co powiedzieć. – Przecież…
Postanawiam zagrać odważniej.
– Aniu, połączyło nas coś więcej niż namiętność. Zaprosiłaś mnie tu, a to znaczy, że nie tylko ja tęskniłem.
Wstaję i podchodzę do niej. Zmuszam się, aby robić to zupełnie spokojnie.
– Stój. – Jej głos wbija mnie w miejsce. – Krzysiek…
Niedobrze wyszło. Jednocześnie wiem, że jakby było całkiem źle, to by nie zdrabniała mojego imienia. Odczekuję moment i gram va banque:
– Nie było nam razem źle – mówię łagodnym tonem. – Wiem, że wciąż mnie pragniesz.
Dziewczyna nie chce mi spojrzeć w oczy. Patrzy w dół, a tam jest rozcięty nieboszczyk, zerka więc w bok. Znam to spojrzenie. To ta chwila, kiedy ona wstydzi się przyznać mi rację. Jak wtedy, kiedy mówiłem jej, że nie pojawię się u niej z wizytą na świętach. Albo że nie mogę się urwać na wspólny wypad. Dobry Jezu, jaka ona jest urocza z tymi minkami!
Jakbym znowu był nastolatkiem i rozmawiał z Renatą. Szczeniacka miłość. Tamta też bała się przyznać, co do mnie czuje. Chciałem iść na całość – odmawiała. Zakochany byłem po uszy; dobrze pamiętam tamten stan. Mówiłem jej, że jest moją jedyną, ale była stanowcza: seks jedynie po ślubie. Pozwalała się jedynie dotykać z bielizną pod ubraniem. Prosiłem i ostrzegałem. Uparta była.
Przepraszała czasem dokładnie w ten sam sposób, niezdolna do spojrzenia mi w oczy. Dziś jednak wiem, co trzeba było wtedy zrobić. Fizyczna bliskość pomogłaby mi poskromić jej wątpliwości. Przerabialiśmy to już przecież. Żadna zresztą nie może się temu oprzeć.
Przesuwam się delikatnie w kierunku mojej kochanki, tak jakbym chciał ukryć, że się zbliżam.
Anna niemal szepcze:
– Krzysiek… Przecież… Ja też tęskniłam, ale…
Ale co?
– Ty nie rozumiesz chyba… – Dziewczyna coś intensywnie analizuje. – Babcia ostrzegała mnie: „nigdy kochanka”. Mówiła mi, że żądza zaślepia, że tego nie można kontrolować…
O co jej chodzi?
Zwracając się już do mnie, dodaje:
– Nie sądziłam, że to zadziała. Że przyjdziesz.
– Anno…
– Mówiła, że taki duch nie rozumie, że nie nasycę go.
Jaki, kurwa, „duch”?
Stałem skołowany, próbując ją zrozumieć. Zalatywała takimi wiejskich zwyczajami. Wspominała mi tę swoją babkę; spędzały razem wiele czasu. W jej okolicy chrześcijaństwo mieszało się z zabobonem. Podłapała z tego co nieco. Jeśli wszystko ograniczało się do ziołowej receptury na katar, to nie miałem nic przeciwko. Mądrość ludowa wszak przetrwała u wiejskich kobiet. Zresztą uczeni też ziołami leczyli.
Zabawne – Anna unikała Kościoła; religia to były dla niej właściwie jedynie święta. No i takie poganizmy. Do tej pory nie przykładałem do tego wagi.
– Anno, jestem tu.
– Tak, przywołałam cię. Wybacz, to było głupie.
Pierwszy raz widzę ją w takim stanie. Rozpada się na moich oczach. Postanawiam dać jej nieco czasu. Spróbuję też przypomnieć, o czym rozmawiamy.
– Aniu, chciałbym wrócić do ciebie, chciałbym nawet… – Biorę głęboki wdech, to jednak jest poważna deklaracja. – …aby to było na stałe. Nie mam po co zostawać z Małgorzatą.
Tak! Wypowiedziałem to na głos!
W końcu.
I chyba naprawdę w to wierzę.
– Wybacz babciu, powinnam była ci zaufać.
Co do cholery?! Ona mnie ogóle nie słucha. Nigdy to się nie zdarzyło. O co chodzi?
– Aniu, proszę cię…
– Stój! Stój! Nie ruszaj się!
Nie ruszam się więc.
Święci, potrzebuję wsparcia. Tamta zimna, ta wariatka.
– Krzysiek, my nie możemy… Opanuj się, proszę, ja tylko chciałam się pożegnać.
– Aniu, przecież widzę…
Przerwała mi jednak:
– Nie, ty słuchaj!
Słucham.
– Kiedy się dowiedziałam, po prostu… – Nie wie, co powiedzieć dalej, ale grzecznie czekam. – Ja też tęskniłam, ale tak było trzeba, ten związek nie miał przyszłości. Z trudem, ale jednak go ucięłam. Było nam miło… Potrzebowałam ramienia do łez.
Ona nie tylko ramienia szukała wtedy. Staje mi przed oczami widok, jak posuwam ją nachyloną nad umywalką. Z zarzuconą na plecy sukienką. Tłumi jęki dłonią, nie pamiętam czemu. Ależ mnie to kręciło! Z każdą sekundą byłem pewien, że za chwilę trysnę, ale doszliśmy razem. Takich rzeczy potrzebowała!
Czekała na mnie wieczorami. Może zapewniać, że chodziło o przytulanki czy rozmowę, ale nasze spotkania zmierzały do łóżka. Brała do buzi, wypinała się – wszystko, czego sobie zażyczyłem. Ja się starałem dla niej. W końcu miło być mężczyzną wobec kobiety. Nie musieć wysłuchiwać pretensji. Samo to, że dziewczyna rozkracza się z ochotą, a nie daje z łaski i jeszcze leży jak kłoda.
– Krzysiek!!!
Nie do końca rozumiem, co ja właściwie…?
A tak, rozmawiam z Anią.
Co jest ze mną, do cholery?
– Posil się, proszę.
Co…?
Chyba widzi moje skołowanie, bo ruchem głowy wskazuje na pokoik z kolacją. Stać mnie tylko na:
– Nie jestem głodny, dziękuję.
– Lepiej, żebyś coś miał z naszego spotkania.
Dalej nie rozumiem. Puszczam to mimo uszu.
– Anno, przyszedłem dla ciebie. Chcę wrócić. Jeśli będzie trzeba, rozwiodę się.
I ponownie – wypowiedzenie tego ostatniego na głos zadziałało, jakby coś ciężkiego spadło mi z barków. Tak, należało to zrobić już dawno. Zostawić Małgośkę z jej matką wiedźmą, niech sobie siedzą i knują razem. Nie ma sensu tego dłużej kontynuować. Moja rodzina pewnie będzie się boczyć, sąsiedzi i w kościele będą patrzeć krzywo, ale przecież nie jestem pierwszym rozwodnikiem. Prędzej mi pozazdroszczą odwagi. Dobrze wiem, że niejeden z nich rzuciłby swoją połówkę dla młodszego tyłeczka. Ja opuszczam kobietę, która nie potrafi zrozumieć, że zakładając nową rodzinę, trzeba umieć pożegnać tę starą. Móc powiedzieć: „Nie, mamo! Mąż jest ważniejszy!”.
Więc tak. Jestem już zdecydowany.
Chcę żyć dalej z Anną. Chcę móc ją czasem chwycić za włosy, kiedy krzyczy „Mocniej! Mocniej!”. Będziemy mogli w końcu bez gumki, do tej pory wymuszała to na mnie. Godziłem się tylko przez wzgląd na Małgośkę.
A Jacek? Karolina? No, nie zabroni mi przecież się z nimi widywać… Decyzja podjęta.
Anna jednak milczy.
– Nic nie powiesz?
– Krzysiek…
Chwilę czekam, bo zbiera się, aby coś powiedzieć. W końcu jej się udaje:
– Nie ma dla nas przyszłości. Możesz… Możesz jedynie odejść. Posil się, napij i odejdź…
Bredzi w kółko o tym samym. Nie spodziewałem się tego.
– Anno, ja nie żartowałem. Wniosę o rozwód, choćby i dziś. Jestem zdecydowany. Zostań ze mną. Zostańmy razem.
Nie może być inaczej.
Znowu jakby mnie nie słyszała, mówi, jakby nie do mnie:
– Przywieźli cię rano, akurat dziś. Okazja nasunęła się sama.
Mówiąc, nie patrzy na mnie. Zerka w dół, jakby mówiła do tego swojego pacjenta rozłożonego przed nią. Wbija w niego wzrok tak intensywnie, że mimowolnie podążam za jej spojrzeniem.
Chryste Panie!!! To niemożliwe!!!
Ania ściąga lateksową rękawiczkę. Uwolnione palce wsuwa pod swoją maskę. Widzę, jak składa na nich delikatny pocałunek. I jak ręka mojej kochanki kieruje się w stronę twarzy trupa.
Mnie? Przecież stoję tutaj! Jak to możliwe, że równocześnie leżę tam!?
Dziewczyna patrzy smutno na niego… Nie, nie „niego”, na ciało. Moje?
– Żegnaj, Krzysztofie.
Dotyka martwych warg.
Moich.
Spogląda na mnie. Na mnie-mnie, nie na tamtego mnie.
– Duchu przyzwany… – Głos jej lekko drży, ale słowa wypowiadane są spokojnie i wyraźnie.
Nie, to przecież niemożliwe. Przecież przyszedłem tu z parkingu!
Nie, nie pamiętam wyjścia z samochodu. Nie pamiętam też jazdy.
Jak ja w ogóle trafiłem do tego budynku?
– Jedliście… – Tu trochę się zawahała, ale kontynuuje monotonnym głosem jak wyuczoną lekcję. – Piliście. Idźcie teraz do siebie.
Nie rozumiem. Czuję, że byłoby dobrze wyjść, ale nie chcę. Co tu się dzieje?!
– Kim on jest? – Pokazuję na zwłoki.
– Przepraszam, powinna byłam słuchać.
– Nie, nie, nigdzie nie idę! Co, do cholery?!
Anna mówi tym razem stanowczo, głośno i wyraźnie, jakby grała na scenie, a ja mam wrażenie, że krzyczy:
– Wracaj tam, skąd przyszedłeś!
Świetlówki jakby na moment przygasły.
W jednej chwili zdaję sobie sprawę, że leżę na wznak. Anna stoi nade mną, ale obok. Jakbym to widział, choć oczy mam zamknięte. Ma w dłoni chirurgiczną igłę. Czuję, jak ją we mnie wbija, przeciąga nić, a rozcięta skóra styka się na powrót ze sobą. To nie boli; jedynie wiem, że to się dzieje. Nie przeraża mnie to. Tak samo jak to, że nie mogę poruszyć najmniejszym mięśniem. Tak po prostu jest. Jestem najzupełniej spokojny, jakbym nigdy nie miał żadnych uczuć. I nie mogę nic mówić.
Anna nakrywa mnie prześcieradłem. Do pomieszczenia ktoś wchodzi.
– Nadgodziny? – Poznaję wesoły męski głos tego jej kolegi z pracy.
– Nie, po prostu nadrabiam.
Kłamie. Ja to poznaję, mimo tego, że ona udaje znakomicie. On się pewnie nabierze.
– To ten z rana?
– Tak, już skończyłam. – Wzięła się za sprzątanie narzędzi, stukając mi nimi koło głuchego ucha, co nie przeszkadza mi w słuchaniu.
– I co?
– Brak udziału osób trzecich.
– Pomóc ci?
– Zdmuchniesz świecę?
– Okej. – Zaskoczyła go, to pewne. – Awaria jakaś była?
– Babcię wspominam. – Kłamczuszka… Ale widać musi wyjaśnić: – Dzisiaj Dziady. Właściwie, co tu robisz o tej porze?
– Wychodziłem już, ale zobaczyłem światło. To twoja kolacja? – Zgaduję, że zauważył żarcie w kanciapie.
– Nie, to dla duchów. Ja myślałam zjeść na mieście – przeciągnęła słowa, tak ociupinkę. Znam ja te nutki jej flirtu.
Zgrzyt otwieranych drzwi chłodni.
– Okej… Może… – Facet się waha, ale nawet ja wiem, co chce zaproponować. – …razem gdzieś wyskoczymy?
Słyszę stal i skrzypienie kółek wózka, na którym jestem.
– Masz na myśli jakiś konkretny lokal?
Trzaśnięcie metalu o metal. Cisza i ciemność.
koko
Jak Ci się podobało?