Trzy spojrzenia. Anka
3 sierpnia 2026
34 min
Kolejne spotkanie z Anką. Tym razem... (Ej! Nie krzycz na mnie... dobra nic im nie powiem).
Ps. Wszelkie komentarze (zwłaszcza krytyczne) pożądane.
Spojrzenie pierwsze
Jedynym śladem obozowiska była cienka smużka dymu, unosząca się nad bukowym lasem, tuż przy brzegu jeziora przechodzącym w gęstwinę olch. Ukryte w cieniu, rozrzucone chaotycznie, kolorowe namioty pozostawały całkowicie niewidoczne z pobliskiej szosy. Dopiero gdy ktoś podszedł bliżej, mógł dostrzec plamy żółci czy granatu prześwitujące między pniami, usłyszeć dźwięki gitary lub głosy, zauważyć rozpięte między konarami sznurki, na których wisiały wietrzące się śpiwory, ręczniki i para damskich jaskrawoczerwonych majtek, do których od dwóch dni nikt się nie chciał przyznać.
Anka lubiła te zlotowe obozowiska.
Nie dla ich uroku. Urokliwie bywało wyłącznie wczesnym rankiem, gdy wokół panowała jeszcze senna cisza, mgła snuła się tuż nad taflą jeziora, a poranne słońce przeświecało przez liście, malując przestrzeń w kolorową mozaikę. Przez większość dnia obozowisko było raczej brudne, głośne i chaotyczne. Lurę czerpaną ze wspólnego kociołka ciężko było nazwać herbatą, a posiłki najczęściej przypominały konkurs na największy antytalent kulinarny. Wieczorami zaś robili za darmową kolację dla chmar komarów, a jeśli w dzień popadało, dym z wilgotnego drewna tracił całą „oczyszczającą energię” i snuł się smętnie między namiotami, gryząc w oczy.
Tu jednak była u siebie, była sobą i mogła choćby na parę dni zapomnieć o wszystkim. Po prostu oddychać pełną piersią.
W domu ciągle spotykała się z jakimiś ograniczeniami: „Nie krzycz. Nie przeklinaj. Usiądź prosto. Zachowuj się. Nie gap się. Nie kokietuj. Ubierz się skromnie…” mogłaby wymieniać kolejne składowe litanii wniosków, skarg i zażaleń godzinami.
Tu było prościej i łatwiej.
Głód był głodem, zimno zimnem, seks seksem, a jeśli ktoś próbował dorabiać teorię do faktów, zawsze mogła go zgasić ciętą ripostą, lodowatym spojrzeniem, albo po prostu zdzielić po łbie aluminiowym kubkiem (zależnie od nastroju i tego, czy kubek akurat był pusty).
– Anka! Nie rozumiesz! W ogóle nie łapiesz energii tego lasu – perorował Misiek, siedząc przy ognisku z gitarą na kolanach i miną człowieka aspirującego do roli proroka.
Spojrzała na niego spod brwi. Siedziała na kocu, w luźnej bluzce i postrzępionych, pamiętających lepsze czasy, ale wciąż ukochanych jeansach, rozczesując mokre po kąpieli blond włosy.
– Ależ czuję – odpowiedziała spokojnie – śmierdzi mokrymi skarpetkami i jabolem.
Ktoś obok parsknął śmiechem.
– Musisz wszystko zawsze traktować tak dosłownie? – żachnął się Misiek.
– Muszę. Bo w odróżnieniu od twoich wywodów, to działa.
– Jakie to płytkie. – Misiek zrobił minę à la „niezrozumiany geniusz”.
– Nie – zaprzeczyła dziewczyna. – Płytkie to jest jezioro przy pomoście, a to jest po prostu proza życia. Bez tego całego pierdolenia o energiach, aurach i tym podobnych bzdetach.
– To nie bzdety! – tym razem naprawdę oburzył się Misiek.
– Jak nie, jak tak? Słuchaj, możesz bredzić nawet godzinami o mistycznych połączeniach, wymianie energii, wspólnocie dusz i tak dalej, ale to wszystko sprowadza się i tak do jednego – chcesz zamoczyć i szukasz chętnej. Wybacz, nie ten adres.
Wokół ogniska zabrzmiał śmiech. Misiek tylko machnął zrezygnowany ręką. Anka zaciągnęła się papierosem wyjętym bez pytania z ust siedzącego obok chłopaka i sięgnęła po koc – od jeziora ciągnęło wieczornym chłodem, zapowiadała się wyjątkowo zimna jak na połowę lipca noc. Wtedy ją zobaczyła. Krągła brunetka siedziała przed namiotem Szczepana, który miał wyjątkowy talent do ściągania na zloty różnych dziwadeł i pomyleńców. Choć, musiała to przyznać, czasem trafiał na prawdziwe perełki.
Przez zloty przewijały się często nieznane twarze, ale tych, którzy „pierwszy raz”, rozpoznawała bezbłędnie i niemal natychmiast. Zawsze byli trochę obok, w cieniu, jakby próbowali wtopić się w otoczenie. Pozostać w bezpiecznej pozycji cichego obserwatora, na którego nikt nie zwraca uwagi.
Doskonale znała ten rodzaj napięcia. Choć sama nigdy nie próbowała znikać (nie pozwalała jej na to wrodzona przekorność), wiedziała, czym jest to poczucie wstydu wciśnięte pod skórę tak głęboko, że człowiek zaczynał je uważać za cechę charakteru.
Szczepan wyszedł z namiotu. Nachylił się do dziewczyny, powiedział coś, czego nie słyszała, a po chwili ujął dłoń brunetki i poprowadził w stronę ogniska.
– To Marta – przedstawił ją tonem, jakby przyniósł znaleziony przedmiot i liczył, że ktoś rozpozna swoją własność.
Jego towarzyszka spuściła wzrok. Anka tylko przewróciła oczami.
– Będziesz ją niańczył przez cały czas? Czy może sama potrafi się odezwać?
Brunetka gwałtownie podniosła głowę. W jej oczach błysnęło na moment coś ostrego, twardego.
Dobrze – pomyślała. – Coś tam w środku jest.
– Potrafię – odezwała się tymczasem dziewczyna, zadziwiająco mocnym głosem.
– No proszę. Brawo – roześmiała się blondynka. – Choć tu, siadaj, zanim Szczepan zacznie objaśniać oczywistości i zanudzi wszystkich na śmierć.
Ciemnowłosa usiadła na brzegu koca, ostrożnie. Niepewna, czy rzeczywiście może wkroczyć w tę przestrzeń. Powiodła lękliwym spojrzeniem po ludziach zgromadzonych przy ognisku. Anka uśmiechnęła się pod nosem, ale patrzyła na dziewczynę tylko chwilę. Wiedziała, że zbyt długie spojrzenie może zwiększyć jej poczucie niepokoju i zawstydzenia. Zamiast pozwolić komuś trwać w lęku, lepiej go popchnąć i z tego stanu wytrącić. Wtedy z reguły robi się naprawdę ciekawie.
Sięgnęła po kubek i nabrała ciemnobrązowej lury z grzejącego się przy ogniu kociołka.
– Masz. Napij się – powiedziała, podając brunetce.
– Co to? – Marta spojrzała w kubek.
– Większość z nich twierdzi, że to herbata, ja mam wątpliwości, ale przynajmniej jest ciepłe.
Nowa przyjęła kubek, uśmiechając się odruchowo.
I to wystarczyło. Na razie.
Spojrzenie drugie
W promieniach popołudniowego słońca jezioro przestawało być tajemnicze.
Rano, gdy skrywało swą niemal nienaturalnie nieruchomą taflę pod gęstym płaszczem mgły, a nocny mrok wciąż zalegał w rozległych trzcinowiskach, naprawdę miało w sobie coś z tych wszystkich mistyczno-magicznych bzdetów opowiadanych przez Miśka. Tych, przy których Anka odruchowo szukała aluminiowego kubka. Po południu robiło się jednym z setek zbiorników wodnych rozsianych po całym pojezierzu. Pachniało trzciną i tatarakiem z niewielką domieszką kwitnących właśnie lilii wodnych. Nad zmarszczoną ciepłym wiatrem powierzchnią wody śmigały ważki i świtezianki, gdzieś przy brzegu od czasu do czasu odzywała się żaba. W cieniu olch cierpliwie czekały roje komarów, udając kompletny brak zainteresowania rozgrzanymi słońcem ciałami.
Uwielbiała tę banalność. Woda nie pytała, czy ktoś ma na sobie kostium jedno, czy dwuczęściowy, majtki czy kąpielówki, a może tylko wywołaną chłodem gęsią skórkę. Nie przejmowała się wstydem, strachem ani mniej lub bardziej rozmarzonymi spojrzeniami ślizgającymi się po mokrych ciałach. Przyjmowała wszystkich tak samo obojętnie.
Zrzuciła ubrania przy pomoście, nie spiesząc się i nie robiąc z tego przedstawienia, za sobą słyszała śmiech reszty grupy i bluzgi kogoś, kto najwyraźniej uderzył bosą stopą w jakiś korzeń. Nie zwracając na to uwagi, odgarnęła włosy z twarzy, przebiegła po deskach pomostu i skoczyła.
Otoczył ją zielonkawy chłód, na który ciało zareagowało natychmiast. Przepłynęła pod wodą kilka metrów, po czym wynurzyła się, parskając, akurat na czas, by zobaczyć, jak reszta ekipy wpada do jeziora. Niektórzy, jak ona, skakali z pomostu, inni wbiegali z brzegu. W ułamku chwili cicha zatoczka zamieniła się w przepełniony krzykiem i śmiechem chaos bryzgającej wody i mniej lub bardziej nagich ciał.
Prym oczywiście wiódł Misiek, bełkocąc coś o oczyszczającej mocy i czerpaniu energii z żywiołu.
– Jeszcze raz powiesz „oczyszczenie”, to cię utopię – krzyknęła.
– W wodzie? – zapytał ktoś z tyłu.
– Nie, kurwa, w herbacie! Specjalnie pójdę po garnek.
Śmiech rozszedł się po jeziorze, odbił od brzegu i wrócił poszarpany, wymieszany z pluskiem – ktoś skoczył z pomostu na bombę. Mila, drobna szatynka, pisnęła zaskoczona, gdy jakiś dowcipniś przepłynął jej między nogami, dwóch chłopaków próbowało się ścigać. Reszta chlapała się, dokazując niczym niesforne szczeniaki.
Anka była w samym środku tego pandemonium. Naga, mokra, śmiała się i dokazywała jak inni. Rozbryzg wody trafił dokładnie w jej otwarte usta, chwilowo odbierając oddech. W rewanżu, z całej siły posłała falę wody prosto w twarz Szczepana. Zanurkowała, zanim zdążył zareagować. Pod wodą było ciszej. Tylko ciemnozielony półmrok, smugi światła i własne ciało, które nie musiało niczego udawać. Płynąc, klepnęła jakiś męski tyłek, świecący niczym latarnia.
Wynurzyła się kawałek dalej, poszukując swojej ofiary. Dostrzegła młodego, przystojnego szatyna, który wyraźnie speszony nerwowo rozglądał się na boki.
Miron – rozpoznanie błysnęło w głowie. Uśmiechnęła się do siebie. W tym samym momencie jej uwagę przykuł kompletnie niepasujący do otoczenia błysk czegoś jasnoniebieskiego.
Przyjrzała się bliżej.
Marta płynęła, kilkanaście metrów od nich. Równo, spokojnie, niemal elegancko, jakby zawarła z jeziorem własną, prywatną umowę, w której nie było dla nich miejsca. Jasnoniebieski, skromny, jednoczęściowy kostium odcinał się wyraźnie od wody i trzcinowiska w tle. Zdawał się migotać przy każdym ruchu dziewczyny.
Blondynka zatrzymała się, przyglądając z ciekawością.
Dziewczyna sprawiała wrażenie całkowicie skupionej na sobie. Choć krągła sylwetka zdawała się temu przeczyć, w jej „delfinie” widać było siłę i grację kogoś, kto pływa od lat. Przepłynęła około trzydziestu metrów i zanurkowała. Wykonała pod wodą nawrót i ruszyła w stronę pomostu, tym razem spokojną „żabką”.
Ktoś, chyba Szczepan, zawołał ją po imieniu. Marta obejrzała się, uśmiechnęła się krótko, trochę przepraszająco i pokręciła głową.
Nie dołączyła.
Dopłynęła do pomostu i jednym sprawnym ruchem podciągnęła się do góry. Ten gest uwidocznił grube węzły mięśni na jej ramionach i barkach. Anka gwizdnęła cicho, zaskoczona. Tymczasem brunetka stanęła na pomoście, poprawiła kostium na biodrach, potem na piersiach, próbując przywołać żyjący własnym życiem materiał do porządku. Usiadła na deskach, w plamie słońca, zsunęła stopy do wody i zarzuciła ręcznik na ramiona.
Była. Lecz wciąż obok. Nie z nimi.
Zaintrygowana coraz bardziej ruszyła w kierunku pomostu, porzucając zabawę. Ze znacznie mniejszą gracją (co zauważyła z odrobiną zazdrości) podciągnęła się na platformę i usiadła kilka kroków od Marty, wystawiając twarz do słońca. Strużki wody z mokrych włosów spływały jej na kark, ramiona i piersi, wzdłuż brzucha i między uda. Zbierały się w niewielkie kałuże na zadziwiająco gładkich deskach i znikały w szczelinach między nimi.
Dziewczyna spojrzała w jej stronę, krótko, nerwowo. Potem dłużej, choć gdy tylko blondynka uniosła głowę, natychmiast uciekła spojrzeniem, udając, że kontempluje sęki w deskach.
Anka milczała, patrząc na jezioro. Lubiła te chwile, tuż po wyjściu z wody. Ciało było mokre, trochę zmęczone, ale i rozluźnione. Słońce powoli rozgrzewało chłodną, wciąż pachnącą jeziorem skórę. Nic więcej nie było potrzebne.
Marta najwyraźniej uważała inaczej.
Poprawiła ręcznik na ramionach, jeszcze raz kostium na udach, znów ręcznik, choć ten leżał dokładnie tam, gdzie przed chwilą.
Jasnowłosa zerknęła na nią, nie odwracając głowy od słońca.
– Podrzesz go – powiedziała.
– Co?
– Kostium. Jak będziesz go tak non stop naciągać, to w końcu podrzesz i będzie dramat.
Brunetka spuściła wzrok na swoje dłonie, jakby dopiero teraz zauważyła, że rzeczywiście nerwowo szarpie materiał.
– Podwinął się – oznajmiła.
– Amerykę odkryłaś – parsknęła. – Mokry materiał tak ma, wyobraź sobie. Podwija się, klei do ciała, włazi tam, gdzie nie trzeba. Tylko przeszkadza.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Przez chwilę patrzyła na wodę, na chlapiących się ludzi. Jednak jej spojrzenie co chwilę uciekało w kierunku odsłoniętych piersi rozmówczyni.
– Ty naprawdę się nie wstydzisz? – zapytała w końcu.
– Czego? – spytała ze szczerym zdumieniem.
Marta zawahała się, jakby szukała właściwych, bezpiecznych słów.
– No… tego.
– Czyli? Wysłów się.
– Siedzenia tak.
– Na pomoście? – Anka zaczynała się dobrze bawić.
– No… na pomoście… nago – wydukała.
Blondynka przez chwilę zapatrzyła się w niebo, potem znów spojrzała na dziewczynę z niemym pytaniem w oczach, zupełnie nie potrafiąc zrozumieć, gdzie właściwie jest problem.
– Ręce mam, nogi mam, poczuciu estetyki specjalnej krzywdy chyba nie robię. Więc sobie siedzę. Jak ty – odparła po chwili.
– Ja jestem w stroju.
– I?
– To co innego.
– Dla kogo?
– Dla mnie… dla innych.
Anka otaksowała spojrzeniem ukryte w kostiumie ciało brunetki.
– Kurwa, to chyba najdzielniejszy strój kąpielowy na świecie – zaśmiała się. – Prawdziwy obrońca cnoty i przyzwoitości. Tylko i tak widać, że ci sutki sterczą.
Dziewczyna zarumieniła się gwałtownie, podciągnęła kolana pod brodę i ciaśniej owinęła się ręcznikiem.
– Naprawdę? – zapytała. – Musisz być taka bezpośrednia?
– Dziewczyno, ja tylko stwierdzam stan faktyczny. Kostium to nie pancerz, a sutki nie są tajemnicą państwową. Jak ci zimno, to się przebierz, jak się wstydzisz, to się owiń ręcznikiem. A jak chcesz siedzieć, to siedź, wystaw buźkę do słońca, tylko błagam cię, nie rób z własnego ciała afery.
Brunetka zacisnęła usta.
Przez chwilę wyglądała, jakby miała się obrazić, uciec lub powiedzieć coś, co ją samą wystraszyło. Blondynka czekała. Bez słowa, bez gestu, siedziała obok, mokra, naga i wręcz nieznośnie spokojna.
– Ja nie mam takiego ciała jak ty – przerwała ciszę Marta.
– Wielkie mecyje! – odparła Anka. – To czy kogoś jest więcej, czy mniej, nie ma znaczenia, ciało to tylko ciało.
– Łatwo ci mówić.
– Bardzo często.
– Mówię poważnie.
– Ja też. To z milczeniem mam problem.
Brunetka mimo woli parsknęła śmiechem, ale zaraz się opanowała.
– Wszystko obracasz w żart.
– Nie wszystko. Tylko kwestie banalnie proste, z których ludzie próbują robić epopeję narodową lub dramat w trzech aktach.
– Nagość nie jest prosta.
– Gówno prawda. Nagość to coś najzwyczajniejszego na świecie.
Marta spojrzała na jezioro. Jakaś dziewczyna pisnęła właśnie, gdy ktoś, najwyraźniej odbijając się od dna, wypchnął ją niespodziewanie wysoko nad wodę. Opadła z głośnym pluskiem, co reszta towarzystwa skwitowała ogólnym śmiechem. Brunetka przyglądała im się przez chwilę, jakby chciała zapytać, skąd w nich wszystkich ta odwaga, czy wręcz bezkarność.
– Ja tak nie umiem – szepnęła jednak tylko.
– Jak?
– Tak po prostu.
– Po prostu to się oddycha i śpi. Reszta zwykle ma jakąś instrukcję obsługi, tylko z reguły nikt jej nie czyta. Nawet własnej.
– Może, ale nie umiałabym tak siedzieć.
– W tej chwili wychodzi ci całkiem nieźle.
– Przestań.
– No przecież siedzisz. Pomost się nie zawalił, jezioro nie wyparowało, a ja nie oślepłam, wszystko w normie.
– Jestem w stroju.
– No tak, zapomniałam. Twój bohater.
Dziewczyna spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi.
– Ty naprawdę nie rozumiesz, czy tylko udajesz? A może się mną bawisz?
To pytanie było inne. Trochę agresywne, ale bardziej obronne. Zbyt celne i ważne, by zbyć je śmiechem.
– Rozumiem – odparła po chwili Anka. – Tyle że mnie to wkurwia.
– Co?
– To, że ktoś ci wmówił, że ciała trzeba pilnować, zakrywać, przepraszać za nie, jakby samo w sobie było nietaktem, albo się z niego tłumaczyć. A teraz, już dorosła, trafiłaś w środek lasu, nad jezioro, między ludzi, których gówno obchodzi, czy ktoś ma na sobie majtki i czy wygląda bardziej jak fasolka szparagowa, czy arbuz, a mimo to wciąż zachowujesz się wobec siebie jak klawisz.
– Nikt mi niczego nie wmówił. – Marta poruszyła się niespokojnie.
– Jasne, jasne. Urodziłaś się od razu z kolanami pod brodą i komisją obyczajową w głowie.
– Nie znasz mnie. Może po prostu nie mam ochoty świecić tyłkiem przed wszystkimi.
– To nie świeć.
Brunetka zamrugała, zdziwiona.
– Co?
– Nie świeć, przecież nie ma obowiązku.
– Ale cały czas mówiłaś, jakby…
– Mówię tak – przerwała blondynka – bo cały czas próbujesz przekonać samą siebie, że masz do wyboru tylko dwie drogi, kostium i ręcznik, albo świecenie tyłkiem. A może jest trzecia opcja?
– Jaka?
– Siedź w tym swoim cholernym kostiumie, ale nie zachowuj się, jakbyś miała pod spodem co najmniej pas szahida.
Marta przez chwilę patrzyła na nią bez słowa. Potem spojrzała w dół, na swoje podciągnięte pod brodę kolana, otulone przytrzymywanym dłońmi ręcznikiem. Powoli, ostrożnie poluzowała uchwyt, pozwoliła, by materiał zsunął się z jednego ramienia, potem drugiego. Jakby naprawdę musiała się przekonać, że nic się nie stanie.
Nic się nie stało.
Siedziały obok siebie, milcząc i patrząc na wciąż dokazujące w wodzie towarzystwo.
– Naprawdę cię to nie rusza. Ani ich? – przerwała ciszę brunetka.
– Co?
– No… że wszyscy tak… razem.
– Nago?
Odpowiedzią było jedynie nieznaczne skinienie głową.
– Każdy z nas się przejmował, kiedyś. Przez pierwszych parę minut. Potem okazuje się, że woda jest cudownie chłodna i tak przyjemnie otula całe ciało. Jeszcze później ktoś cię ochlapie, ktoś nadepnie na stopę, a ktoś zacznie się śmiać jak debil i nagle okazuje się, że ta wielka tajemnica nagości jest równie przyziemna, jak muł między palcami.
– Fuj!
– A tam zaraz fuj. To jezioro, nie basen.
– Nagość jest aż tak ważna?
– Nie nagość. Ciało. Ono ma tę – khm – wadę, że jest z tobą zawsze, nawet gdy oszukujesz się, udając, że go nie ma.
Marta znów zamilkła. Tym razem, chyba nieświadomie, wyprostowała nogi i pozwoliła ręcznikowi spłynąć na pomost, podpierając się na łokciach.
Blondynka zauważyła tę zmianę pozycji, ale nie skomentowała.
– Ja tak nie umiem – powtórzyła cicho brunetka.
– A próbowałaś?
– Nie.
– To skąd wiesz?
Ciemnowłosa spojrzała niepewnie.
– Nie jestem tobą.
– I całe, kurwa, szczęście – parsknęła Anka. – Świat by tego nie przetrwał.
Dziewczyna spojrzała na nią, wydawało się, że przez moment walczy ze sobą, jednak kąciki jej ust same uniosły się do góry.
– Niemożliwa jesteś – roześmiała się.
– Do usług.
Przez chwilę śmiały się głośno i beztrosko.
– Nie musisz być mną – powiedziała po chwili blondynka. – Serio. Jedna taka wariatka wystarczy.
– Więc co mam robić?
– A skąd ja mam to niby wiedzieć?
– Przed chwilą zachowywałaś się, jakbyś wiedziała wszystko.
– To tylko mój urok osobisty, często mylony z kompetencjami.
Marta pokręciła głową.
– Jesteś okropna.
– Tak mówią.
– I męcząca.
– Zdarza mi się.
– I… chyba masz trochę racji.
– Możliwe, ale nie mów nikomu. Reputację mi popsujesz.
Jasnowłosa wyciągnęła się na pomoście, spuszczając stopy do wody i prezentując słońcu wszystkie swoje wdzięki. Obok niej brunetka, wciąż w stroju kąpielowym, przyjęła podobną pozycję.
Przez chwilę siedziały obok siebie w milczeniu.
Z jeziora dobiegł krzyk Miśka.
– Anka! Chodź do wody. Bez ciebie jest mniej energii.
Zamknęła oczy.
– Zabiję go kiedyś!
– Tak całkiem, czy tylko trochę? – odezwała się Marta.
– No proszę. Jednak masz pazurki. – Blondynka spojrzała na nią zaskoczona.
Dziewczyna zarumieniła się znowu, lecz już po chwili jej oczy rozjaśnił błysk uśmiechu.
– I wiem, jak ich używać.
Spojrzenie trzecie
Wieczorne ognisko płonęło jasno. Zasilone wreszcie suchym drewnem nie groziło, że zaraz zgaśnie, nie gryzło dymem w oczy. Iskry szybowały w górę i ginęły między koronami drzew, a płomień z każdą chwilą coraz mocniej podkreślał kontrast między obozowiskiem a ciemniejącym lasem.
Po południowych szaleństwach w wodzie, po czymś, co Szczepan z uporem nazywał obiadem, choć większość składników najwyraźniej spotkała się w garnku przypadkiem i bez wzajemnej zgody, czas zwolnił. Jak co wieczór. Ktoś brzdąkał na gitarze, ktoś suszył włosy przy ogniu, ktoś inny drzemał z plecakiem służącym za poduszkę.
Anka leżała na kocu, wsparta na łokciu. Miała na sobie starą, wyraźnie za dużą, flanelową koszulę narzuconą na gołe ciało, bo od jeziora ciągnęło już chłodem. Ubranie osłaniało plecy i ramiona, więc spełniało swoje zadanie. Guzikami nie zawracała sobie głowy. Ognisko dawało wystarczająco dużo ciepła.
Rozejrzała się po rodzącym się kręgu.
Marta siedziała po przeciwnej stronie. Już nie przed namiotem Szczepana, w cieniu. Między ludźmi, z nogami podwiniętymi pod siebie, w luźnej bluzie i lnianych spodniach. Od czasu do czasu uśmiechała się lekko, czasem odzywała się półgłosem. Ich spojrzenia się spotkały. Blondynka skinęła tylko głową.
Misiek bezceremonialnie władował się na jej koc już kilka minut temu i próbował sprawiać wrażenie, że znalazł się tam przypadkiem. Dziewczyna pozwalała mu na to, bo wyglądało to zabawnie, jednak gdy położył rękę na jej ramieniu, strąciła ją pozornie niezamierzonym gestem.
– Wiesz – odezwał się w końcu – dzisiaj jest w tobie coś innego.
– Mam trawę w zębach?
– Nie. To coś… bardziej niematerialnego.
– Nie pieprz!
Ktoś po drugiej stronie ogniska zachłysnął się herbatą. Marta uniosła wzrok znad kubka.
Misiek skrzywił się i przez moment wyglądał, jakby ktoś narobił mu na ołtarz.
– Ty zawsze musisz tak dosłownie?
– Tak. Dzięki temu szybciej dochodzimy do sedna.
– A jakie jest to sedno?
– Że ciągle sprawdzasz, czy druga runda wchodzi w grę.
Przez krąg przeszedł krótki, nierówny śmiech. Chłopak wykrzywił usta w nieco wymuszonym uśmiechu, ale nie zaprzeczył od razu. To było na swój sposób uczciwe.
– Zawsze warto mieć nadzieję – stwierdził.
Anka usiadła, wsparta na dłoni, przez co koszula rozchyliła się jeszcze bardziej. Nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Spojrzała spokojnie.
– Wybacz. Mistycyzm wywołuje u mnie odruch wymiotny. Było, minęło i niech tak zostanie – powiedziała zadziwiająco łagodnym tonem.
Przy ognisku zapadła podszyta napięciem cisza.
Misiek westchnął teatralnie.
– Czyli nie czujesz przypływu mocy.
– Czuję… odpływ.
Tym razem śmiech wybrzmiał głośniej. Chłopak machnął z rezygnacją ręką, próbując ocalić resztki własnej godności i odsunął się od dziewczyny, która już kompletnie przestała zwracać na niego uwagę.
Jej spojrzenie przesuwało się ponad ogniskiem, aż zatrzymało się na Mironie.
Siedział niemal dokładnie naprzeciwko. Blisko Marty. W blasku ognia nie wyglądał już tak blado, jak w wodzie, choć Anka nadal bardzo dobrze pamiętała tamten jasny błysk pod powierzchnią i jego minę, gdy wynurzyła się chwilę później.
Uśmiechnęła się do siebie.
– I jak, Miron, odkryłeś tajemnicę podwodnej napaści?
Szatyn wyprostował się gwałtownie, przez co mogła mu się lepiej przyjrzeć. Kształtna, gładka twarz, młode jeszcze odrobinę chłopięce ciało, trochę zbyt chude, choć z rysującymi się pod skórą mięśniami.
– Ja? – zapytał lekko speszony.
– Nie. Mówię do tego buka za tobą.
Blondynka kątem oka zauważyła, jak Marta ukrywa śmiech, pochylając się nad kubkiem. Kilka innych osób zachichotało otwarcie. Chłopak zaczerwienił się, ale nie uciekł spojrzeniem. No przynajmniej nie od razu.
– Odkryłem. I co z tego?
– Nic. Jestem po prostu ciekawa wrażeń – dziewczyna przybrała minę niewiniątka.
– Miło jest być zauważonym – odparł z odrobinę niepewnym uśmiechem.
Anka uniosła brwi.
No proszę.
Wciąż było w tym sporo skrywanego lęku, młodzieńczej niepewności, trochę jakby stawiał pierwsze kroki na chybotliwym pomoście. Ale to było jego. Niezapożyczone, nieschowane za odwagą grupy. Jego własne.
Wstała.
Przeszła boso, na przełaj, przez krąg. Minęła ognisko. Na moment złowiła uważne spojrzenie Marty i wciąż obecne na jej twarzy niedowierzanie, lecz tym razem już bez śladu zażenowania. Zatrzymała się przed Mironem.
– Posuń się.
– Gdzie?
– No raczej do tyłu. Niewiele. Kawałek koca mi wystarczy.
Ktoś obok znów się zaśmiał, a chłopak, uciekając wzrokiem przed jej nagością, zrobił jej miejsce
.
Dziewczyna usiadła przed nim, plecami przywierając do jego klatki piersiowej. Poczuła, jak sztywnieje.
– Spokojnie – mruknęła. – Żeber ci nie połamię, lekka jestem. Chcę się tylko wygodnie oprzeć.
– Miło być przydatnym.
– Nie nakręcaj się. Na razie tylko siedzę.
Rozluźnił się, ale jego oddech pozostał przyspieszony i płytki.
– Oddychaj – powiedziała.
– Przecież oddycham.
– Tak. Jakbyś kradł powietrze i bał się, że ktoś zauważy.
Zaczerpnął głębiej tchu. Miała wrażenie, że lekko się uśmiechnął, lecz jego dłonie nadal leżały bezładnie po bokach, jakby kompletnie nie wiedział, co z nimi zrobić.
Anka sięgnęła po jedną z nich i położyła sobie na brzuchu, pod luźną połą flaneli. Mruknęła, czując przyjemne ciepło.
Zesztywniał, ale nie cofnął ręki. Dla blondynki ten gest miał większą wagę, niż wszystko, co mógłby w tej chwili powiedzieć. Spojrzała w kierunku Marty. Dziewczyna siedziała z podkulonymi nogami, wspierając brodę na kolanie. Sprawiała wrażenie kompletnie niezainteresowanej tym, co się dzieje tuż obok, ale Anka kilka razy złapała jej ukradkowe spojrzenie. Dłoń chłopaka wciąż leżała sztywno na jej brzuchu, niemal jak martwa.
– Jak nie chcesz, to zabierz rękę – powiedziała cicho, tym razem kierując słowa wyłącznie do niego.
– Chcę – szepnął wprost w jej włosy.
– To przestań się zachowywać tak, jakbyś dotykał odbezpieczonego granatu.
– Pracuję nad tym.
– Słabo ci idzie, ale doceniam wysiłek.
Jego palce w końcu rozluźniły się trochę na jej skórze. Delikatnie musnął opuszkami palców okolice pępka, ale najwyraźniej wciąż bał się przesunąć dłoń choćby o milimetr.
– No i widzisz, grom cię nie trafił, świat się nie zawalił – skwitowała jego próby.
– Zauważyłem.
– To już sukces.
Anka znów zerknęła na Martę. Dziewczyna odwróciła się w ich stronę i już niemal jawnie obserwowała to, co się dzieje. Miała zaczerwienione policzki i lekko rozchylone usta.
Blondynka uśmiechnęła się w duchu do siebie. Na moment uniosła głowę i posłała brunetce długie, niemal bezczelne spojrzenie, potem znów odwróciła się do Mirona.
– To co? – zapytała. – Dalej gorszymy Martę, czy idziemy się pieprzyć?
Zaskoczony chłopak spojrzał na nią z niedowierzaniem. Otworzył usta, zamknął, powiódł błędnym wzrokiem po kręgu i jeszcze raz spojrzał na blondynkę, z miną kogoś, kto próbuje sobie przypomnieć, jak działa oddychanie. Po chwili opanował emocje.
– To zaproszenie, czy obietnica? – zapytał tylko odrobinę drżącym głosem.
Uśmiechnęła się.
– Sugestia.
– Ale… że tutaj?
– Czego nie zrozumiałeś w słowie „idziemy”?
Tym razem roześmiał się naprawdę. Nadal piekł raka i siedział trochę za sztywno, ale śmiech był szczery.
– Myślę, że podoba mi się ta sugestia.
Anka wstała bez słowa i wyciągnęła do niego rękę.
Ujął jej dłoń, podnosząc się z koca. Przez chwilę stał, patrząc na jej oświetloną blaskiem ogniska twarz, w oczy. Ruszył w stronę ciemności.
Zadowolona, poszła za nim.
Zostawili za plecami szmery rozmów, czyjś śmiech i ognisko. Minęli ostatnie namioty i z każdym krokiem zagłębiali się coraz bardziej w ciemność bukowego lasu. Towarzyszyło im tylko cykanie świerszczy i błyskający od czasu do czasu między koronami drzew księżyc. Mimo że odeszli już spory kawałek od obozowiska, Miron szedł dalej, klucząc.
– Będziemy tak chodzić całą noc? – przerwała ciszę. – Jeśli się rozmyśliłeś, to wracamy i bez urazy.
– Nie rozmyśliłem się.
– Wiesz, łóżka z pościelą to tu raczej nie znajdziesz.
Obejrzał się przez ramię.
– Lubisz, jak ci się korzenie wbijają w tyłek? – zapytał.
– O, o – zatrzymała się w pół kroku, zaskoczona.
– Co?
– Nic, zaintrygowałeś mnie.
– Gdzieś tu była polanka z mchem. Mam nadzieję, że jej całkiem nie zadeptali.
– Proszę, proszę. Nie tylko fajny tyłek, ale i co nieco pod czupryną.
– Długo jeszcze będziesz mi przypominać?
– Co?
– Tę nieuzasadnioną napaść w jeziorze.
– To nie była napaść, tylko rozpoznanie terenu.
– Ręką?
– Wolałbyś język? Wybacz, pod wodą to trudne.
Niemal zachłysnął się oddechem, totalnie zaskoczony. Patrzył na nią w milczeniu, po czym jednak ruszył dalej przez paprocie. Wreszcie wyszli na niewielką polankę, zalaną srebrną poświatą księżyca. Miron nie kłamał. Niemal całą wolną od drzew przestrzeń porastał gruby i przyjemnie sprężysty dywan gęstego mchu.
– Może być? – zapytał.
Anka rozejrzała się teatralnie.
– Faktycznie korzeni nie ma, kamieni też nie widzę, ale jeśli mrówki mnie zeżrą, to będziesz winny.
– Przyjmuję odpowiedzialność.
– No ja myślę.
Przez chwilę stali na wprost siebie. Miron głośno przełknął ślinę, patrząc na jej błyskające spod rozpiętej koszuli ciało, wciąż się wahał. Dziewczyna nie miała takich skrupułów. Westchnęła z udawaną irytacją i zanim się zorientował, przywarła do jego ust. Mocno, zdecydowanie, namiętnie. Jej dłonie błyskawicznie znalazły się na jego ciele, niecierpliwe, bezwstydne, wygłodniałe.
Oddał pocałunek, obejmując ją, jak na jej gust trochę zbyt delikatnie, nieśmiało, wyraźnie zaskoczony jej zdecydowaniem i bezpośredniością. Zachowywał się tak, jakby znalazł się na nieznanym sobie gruncie.
Po dłuższej chwili Anka odsunęła się i spojrzała mu prosto w oczy.
– Nie mów, że ty nigdy nie… – zaczęła.
– No co ty – przerwał. – Nie jestem prawiczkiem, po prostu trudno z tobą złapać rytm.
– Bo wciąż próbujesz tańczyć do innej melodii.
– A jaka jest właściwa?
– Moja.
– Cóż za skromność – zażartował, próbując rozładować nieco krępującą atmosferę.
– Gdybym była skromna, siedziałbyś przy ognisku.
Tym razem to on pochylił się do jej ust. Odważniej, głębiej. Poczuła jego dłonie, poznające kształt ciała, jego sprężystość, fakturę skóry, reakcje. Odruchowo rozchyliła nieco uda.
Wciąż był spięty, ale już nie tak niezdarny. Czuła wyraźnie, że wie, czego chce i ma odwagę po to sięgnąć. To jej się spodobało. Problem w tym, że nadal nie potrafił do końca wejść w jej rytm, odnaleźć się w ewidentnie nowej dla niego sytuacji.
– Cholera – mruknął, nagle odrywając usta od jej dekoltu. – Nie mam gumek.
– A na chuj ci gumki?!
– Dokładnie.
– Aż taki jesteś pewny, że zamoczysz?
– Nooo, z tego, co wiem o pieprzeniu…
– To gówno wiesz. Ale spoko, ja mam. W razie „w”.
Zastygł, jakby właśnie zabrała mu instrukcję obsługi, zanim zdążył ją przeczytać.
– Zawsze wszystko tak komplikujesz?
– Ja? Ja po prostu nie lubię, jak jest nudno.
– Nudzę cię?
– Jeszcze nie, ale nie zmuszaj mnie do rewizji opinii.
Tym razem zaśmiał się krótko i wrócił do przerwanych pieszczot. Śmielej, odważniej. Jego dłonie przesunęły się pod flanelą na biodra, pośladki. Język musnął sutek, wyrywając z jej ust ciche westchnienie.
Koszula zsunęła się z ramion, na odsłoniętej skórze osiadł chłód, zadrżała. Przywarła do chłopaka całym ciałem, wtulając jego twarz między swoje piersi.
– Mmm – mruknęła z zadowoleniem. – Jednak coś potrafisz.
– Dzięki za uznanie.
– Tylko oceniam postępy.
– Dopiero zaczęliśmy.
– Więc się nie rozpraszaj.
Naprawdę chciał, próbował. Tyle że ona nie ułatwiała. Nie czekała biernie na jego ruch. Nie pozwalała mu wejść w bezpieczną dla każdego faceta rolę, w której mógłby decydować i przesuwać granice. Sama przesuwała ją szybciej.
Bezceremonialnie wsunęła dłoń w jego szorty, obejmując już nabrzmiałą męskość.
– Nie tylko tyłek masz fajny – szepnęła zadowolona.
Miron przerwał pocałunek, gwałtownie wciągając powietrze. Dłoń dziewczyny poruszała się na jego członku w sposób, którego nigdy wcześniej nie doświadczył. Zdecydowanie, świadomie, nie pomijając żadnego z najwrażliwszych punktów.
– Zaskoczony? – szepnęła, zanim przygryzła jego obojczyk, intensyfikując pieszczotę.
– Trochę – zdołał wydukać, czując gwałtownie wzbierającą falę. Oddychał coraz szybciej, z trudem wciągając powietrze do ściśniętych nagłym lękiem płuc.
– Anka… – jęknął, próbując zapobiec nadchodzącej katastrofie.
Nie zdążył.
Przez chwilę stał jeszcze wyprężony jak struna, głośno łapiąc oddech, potem odsunął się, opierając o najbliższe drzewo. Pochylił głowę, uciekając przed jej spojrzeniem.
– Ups – powiedziała tylko, wycierając dłoń w mech.
Zapadła niezręczna, niemal fizycznie bolesna cisza. Tylko świerszcze, nieświadome dramatu, kontynuowały swój koncert.
– … Sorry… – odezwał się w końcu, próbując przetrwać upokorzenie – mi nigdy… wcześniej…
– Przestań! – rzuciła twardo. – Po prostu przestań.
Znów, przez kilka uderzeń serca słychać było tylko jego oddech i świerszcze. Blondynka przyglądała mu się w milczeniu, bez litości, ale również bez tego obrzydliwego pobłażania w oczach, przy którym człowiek czuł się jeszcze bardziej żałosny.
– Naprawdę? Aż tak cię jaram? – zapytała wreszcie, zadziwiająco lekkim tonem. – W sumie chyba powinnam być dumna, ale mówiąc szczerze, liczyłam na coś więcej.
– … Ja… nie wiem, co powiedzieć.
– To nic nie mów. Mleko się rozlało. Zdarza się.
Podniósł wzrok. Nieśmiało spojrzał w jej stronę, z miną zbitego psa, chcąc się upewnić, że wciąż z nim jest.
Była.
Stała w lekkim rozkroku, brutalnie pewna siebie, stanowcza, w rozpiętej koszuli, która nie opadła na ziemię, tylko dlatego, że zgięła ręce w łokciach. Z oczami błyszczącymi w blasku księżyca i miną kogoś, kto naprawdę nie zamierza wyprawiać pogrzebu jego męskości.
– Ty tak na serio?
– Nie kurwa, stoję sobie i marznę dla dekoracji – odparła lekkim tonem.
Na moment jego wargi drgnęły w mimowolnym uśmiechu.
– Słuchaj! – dodała, poważniejąc. – Doszedłeś raz, dasz radę znów. Tyle w temacie. Mam tylko nadzieję, że tym razem ja też dostanę coś dla siebie.
– Co tylko zechcesz – zadeklarował.
– Już, znów, taki pewny siebie jesteś?
Zamilkł, wbijając spojrzenie w jej stopy.
– Nie gap się tak, pedicure nie mam. Przydaj się wreszcie.
Oparła się plecami o drzewo, rozchylając koszulę. Uniosła nogę, stawiając stopę na odłamanym konarze. Miron stał wciąż nieruchomo, niemal pożerając wzrokiem jej wdzięki.
– Potrzebujesz zaproszenia, czy mapy? – rzuciła zaczepnie.
Zawahał się przez sekundę, potem uklęknął na mchu, tuż przed nią. Przez chwilę tylko muskał palcami jej ciało, powodując przyjemny dreszcz, zataczał kręgi wokół pępka, delikatnie przesunął paznokciami po udach. W końcu poczuła na skórze wilgotne, ciepłe usta. Westchnęła.
Naprawdę chciał i musiała przyznać, wiedział, co robi. Sęk w tym, że nie znał jej ciała, potrzeb. Był trochę zbyt delikatny, wybierał nieidealne punkty.
Lekkim naciskiem dłoni i przesunięciem bioder, próbowała nakierować jego język na właściwe miejsce.
– Jak się przyłożysz, to zacznę robić za piecyk, a nie lodówkę – zażartowała.
Nie musiała czekać, by poczuć, jak bardzo wziął sobie to do serca. Jęknęła.
Przestał udawać, że wie wszystko. Obserwował reakcje, słuchał oddechu, dostosowywał się. Na moment zamarł z ustami tuż przy jej łechtaczce, niespodziewanie dmuchnął chłodnym powietrzem wprost na nią, powodując rozkosznie obezwładniający dreszcz.
– No – wydyszała Anka. – Widzisz. Chcesz, to potrafisz.
Poruszył się ostrożnie. Znów zaczął ją całować, odważniej, intensywniej.
– Dobrze? – zapytał, odrywając od niej wargi.
– Nie gadaj – jęknęła. – Działaj.
Posłuchał i to było najlepsze, co mógł zrobić.
Przymknęła oczy, delektując się pieszczotą. Chłód nocy kąsający odsłonięte piersi coraz mocniej kontrastował z żarem narastającym między udami. Miron dawał z siebie wszystko. Bez tej sztucznej perfekcji, o której można wyczytać tylko w naiwnych historyjkach dla nastolatek, ale z wystarczającą uwagą i cierpliwością, by dać jej dokładnie to, czego potrzebowała.
– Ożeż kurwaaa… – jęknęła głośno, gdy niemal idealnie trafił w miejsce, sposób i intensywność pieszczoty.
– To był komplement? – zapytał, przerywając na moment.
– Nie przerywaj! – zdążyła tylko jęknąć.
Jego język znów zawładnął jej ciałem, wyginając ją w łuk. Po chwili świat przestał istnieć…
– No proszę – powiedziała, gdy tylko odzyskała zdolność mówienia. – Jak chcesz, potrafisz być naprawdę użyteczny.
– Potraktuję to jako wyrazy uznania.
– Nie przyzwyczajaj się. Jeszcze nie skończyliśmy.
Uklęknęła na mchu i jednym zdecydowanym gestem zsunęła jego szorty, odsłaniając na wpół wzwiedziony członek.
– Wiedziałam – mruknęła tylko.
Nim zdążył się zorientować, co planuje, wzięła jego męskość do ust.
Jęknął głośno, odruchowo wplatając dłoń w jej włosy.
Tym razem pieszczota była spokojniejsza, nie tak intensywna, jak to, co wcześniej robiła dłonią, ale szybko zaczęła przynosić efekty. Dziewczyna nie pominęła najmniejszego fragmentu. Pieściła go całego, nie zapominając o jądrach.
– Anka… – jęknął, czując jak szybko „wraca do życia” – jesteś genialna.
– Eee tam – rzuciła lekceważąco, na chwilę wypuszczając go z ust. – Obsługa faceta jest prostsza niż cepa.
– No dzięki.
– Nie powiedziałam, że tego nie lubię – dodała zaczepnie i znów zaczęła go pieścić.
Był w stanie wydobyć z siebie jedynie cichy jęk.
Kiedy znów był gotowy, po prostu pchnęła go na mech. Upadł ciężko na plecy, a ona, nie czekając, wyjęła z kieszonki w koszuli srebrny blister. Szybko i sprawnie nałożyła prezerwatywę, po czym usiadła na jego biodrach. Siedziała milcząca i nieruchoma, patrząc mu prosto w oczy, wodząc dłońmi po jego klatce piersiowej. Po chwili poruszyła biodrami, ocierając się o jego męskość.
Miron syknął przez zęby.
– Ej! Nie rób mi tego – rzuciła tonem rozkazu.
– Nie mam zamiaru – odparł, czując, że tym razem mają czas.
– No i tego się trzymaj. Robi się naprawdę miło.
Uniosła nieco biodra, sięgnęła w dół ręką, nakierowując go na właściwe miejsce i powoli opuściła się, biorąc go, dosłownie i w przenośni, w posiadanie.
Jęknął, czując, jak wpuszcza go w swoje ciasne wnętrze.
– Oddychaj.
– Oddycham.
– Nie. Sapiesz jak maratończyk na finiszu.
– Do finiszu jeszcze daleko.
– Mam nadzieję.
Zaśmiał się, ale śmiech urwał się niemal od razu. Anka poruszyła się, najpierw powoli, potem nieco szybciej, szukając idealnego rytmu. Nie spieszyła się. Nie po to doprowadziła go z powrotem do stanu używalności, żeby znów jej odleciał po raptem kilku ruchach.
Leżał z dłońmi na jej biodrach. Nieruchomy, jakby po wszystkich jej uwagach i korektach uznał, że lepiej nie wykazywać inicjatywy.
– Cycki mi marzną – rzuciła, nie zmieniając tempa.
– Co?
– Będziesz tak leżał jak kłoda? Zapomniałeś, że masz ręce?
Tym razem tylko się uśmiechnął i sięgnął ku niej śmielej. Poczuła na piersiach dotyk ciepłych dłoni, a po chwili jeszcze gorętszych ust. Jednocześnie ręce przeniosły się na pośladki, ugniatając je i rozgrzewając.
– O taaak – jęknęła, przyspieszając. – Widzisz? Da się.
– Czy to pochwała?
– Być może.
– Wiesz, w seksie… – zawahał się i stęknął, gdy wzięła go w siebie wyjątkowo głęboko – wolę te mniej… wyartykułowane.
– Nie gadaj tyle – sapnęła.
– Sama zaczęłaś.
– I właśnie żałuję.
Nie żałowała. Robiło się coraz lepiej, goręcej. Nie dlatego, że nagle magicznie się do siebie dopasowali, lecz dlatego, że Miron przestał walczyć o własny scenariusz. Pozwalał jej się ponieść, kierować, szukać wspólnej przyjemności.
– Jeszcze nie – jęknęła, czując, że zaczął pulsować w jej wnętrzu.
Zmieniła kąt i tempo, by ograniczyć ilość dostarczanych mu doznań. Napiął ciało. Trochę zbyt mocno wbił palce w jej pośladki. Pulsowanie osłabło.
– Ja… pieprzę, Anka – wydusił z siebie, przez zaciśnięte wargi.
– Jeśli już – odparła, oddychając ciężko – to ja pieprzę, a ty podziwiasz widoki.
Tym razem się nie speszył.
– To akurat można zmienić.
Złapał ją za biodra, unieruchomił i sam zaczął się poruszać.
Przez chwilę było świetnie, naprawdę dobrze, niemal w mgnieniu znalazła się na krawędzi orgazmu. Później jednak za bardzo się rozpędził. Jakby chciał wymazać wcześniejszy falstart siłą i gwałtownością.
– Stop! – sapnęła. – Nie wbijasz gwoździ.
Zwolnił bez słowa. Nie przeprosił, nie tłumaczył się, nie pytał. Po prostu odnalazł rytm, który jeszcze chwilę temu dyktowała sama.
Opadła na jego tors i wtuliła twarz w zagłębienie szyi.
– Tak… właśnie tak… – jęknęła cicho, przygryzając płatek jego ucha.
– Uczę się.
– I chwała ci za to.
Zrobiło się naprawdę gorąco i naprawdę dobrze. Dziewczyna pozwalała nieść się fali przyjemności ku zbliżającemu się powoli spełnieniu. Miron jednak miał nieco inne plany. Nagle postanowił całkowicie przejąć inicjatywę. Silnym i gwałtownym napięciem mięśni odbił się od podłoża i przetoczył na nią, ani na moment nie wychodząc z jej wnętrza.
Uniósł się i oparł na przedramionach, z włosami opadającymi na jej twarz i gorącym oddechem muskającym policzek.
Tym razem nie próbował już wbijać gwoździ.
Anka roześmiała się mimowolnie, czując, jak mech łaskocze jej pośladki, zmniejszając napięcie.
– Kurwa… mogłeś zaczekać – sapnęła rozczarowana.
– Wybacz, nie ja projektowałem to łóżko – odparł i naparł na jej biodra.
Poruszał się w niej uważnie, szukając właściwego tempa i kąta, coraz lepiej odczytując wysyłane przez nią sygnały.
– Fajnie ci się cycuszki bujają – palnął nagle.
Otworzyła oczy. Dostrzegła twarz, z której zniknęły resztki niepewności i wstydu. Miała nad sobą kochanka takiego, jakich lubiła najbardziej. Pewnego siebie, zdecydowanego, lecz jednocześnie uważnego i skupionego na niej.
– Argument ostateczny – rzuciła, uśmiechając się.
– Działa.
– Widzę. Nie potrafisz się oprzeć.
Jeszcze przez chwilę wodziła wzrokiem po jego twarzy, a także po swoich, rzeczywiście podrygujących w rytm jego pchnięć piersiach. Musiała sama przed sobą przyznać, że jej również podobało się to, co widzi.
– Anka… – Jego głos znów wytrącił ją nieco z rytmu.
– Miron, proszę. Mniej recenzji więcej argumentów.
– Tak jest! – zabrzmiał niemal jak szeregowy, delikatnie przyspieszając ruchy.
– I bez takiego tonu, bo mi się odechce.
– Tak jest. – szept połaskotał jej ucho.
– Idiota.
– Ale użyteczny.
– Chwilami.
Znów się zaśmiał. Tym razem śmiech nie zepsuł rytmu, a wręcz go dopełnił. Ku własnemu zaskoczeniu poczuła, że znów jest blisko. Odchyliła głowę, łapiąc powietrze. Wilgotny chłód mchu, który przeniknął przez koszulę, z każdym pchnięciem Mirona ustępował narastającej rozkoszy.
– Taaak – jęknęła przeciągle – pieprz mnie.
Posłuchał. I to było dokładnie to, czego w tej chwili potrzebowała.
Nigdy nie była przesadnie ekspresyjna. Doszła z cichym jękiem, drżeniem ud i paznokciami wbitymi w jego plecy. Mimo tak znikomych oznak zorientował się, że jest na szczycie i zadbał o utrzymanie rytmu, by pozwolić jej zostać tam jak najdłużej.
Rozchyliła szerzej uda, wpuszczając go głębiej w swoje rozluźnione orgazmem wnętrze.
– Dokończ – szepnęła, całując go w usta.
Nie potrzebował wiele czasu.
Teraz nie było już wstydu ani lęku, nie było uciekania wzrokiem. Jedynie rozkoszne drżenie wypełniającego ją członka, rwany oddech łaskoczący ucho i przyjemny ciężar gorącego, nagle nieco bezwładnego ciała.
Anka leżała bez ruchu, delektując się chwilą. Zapomniała już o początkowej katastrofie.
– No – powiedziała w końcu.
– No?
– Możesz być z siebie dumny. Prawie.
– Prawie?
– Nie przeginaj… I nie sap mi tak do ucha, brzmisz jak przebity ponton.
Zaśmiał się głośno, prawdziwie, tak że poczuła to w głębi siebie. Mruknęła, czując delikatne iskierki spowodowane tym drżeniem – wspomnienie orgazmu.
Leżeli jeszcze chwilę na mchu, wciąż rozgrzani, spoceni, zaspokojeni. Od strony obozowiska dobiegł jakiś głośniejszy, okropnie fałszujący głos. Dziewczyna przesunęła się, kładąc głowę na jego ramieniu i spoglądając na migocące między gałęziami gwiazdy.
– Anka?
– Hm?
– Dziękuję.
– Za co?
– Za drugą szansę.
– Przestań bredzić! – uniosła się i spojrzała mu głęboko w oczy. – Przestań być kolejnym, żałosnym dupkiem, który dał sobie wmówić te wszystkie bzdury.
– Jakie bzdury?
– Że to, co się stało na początku, to jakaś, kurwa, pierdolona katastrofa. Gówno prawda. Nie jest ważne, że nie wyszło, tylko co z tym zrobisz.
Zamilkła na chwilę.
– A ty – dodała już ciszej i spokojniej – fakt, z moją pomocą, ale zrobiłeś dokładnie to, co należało.
– To komplement?
– Nie przyzwyczajaj się.
Przez jakiś czas znów leżeli w milczeniu, nocny chłód coraz mocniej kąsał nagie ciała. Blondynka usiadła i przez chwilę przyglądała się kochankowi. Zaczęła nawet wodzić dłonią po jego brzuchu, biodrach, z każdym ruchem coraz bardziej zbliżając się do uśpionej męskości. Po chwili jednak zabrała rękę.
– Nie – powiedziała jakby do siebie – kończymy, zanim na śmierć cię zajdę.
Miron uniósł głowę.
– To ty chyba raczej nie masz już siły.
– Tak – prychnęła. – Na kopanie grobu.
– Jesteś niemożliwa – rzucił, nie potrafiąc powstrzymać śmiechu.
– Nie – zaprzeczyła. – Jedyna w swoim rodzaju.
Andrew Boock
Jak Ci się podobało?