Laluś (The Doll)

11 października 2026

30 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

...z niewyrażonych dotąd słowami apokryfów LALKI Bolesława Prusa

„Lalka” Bolesława Prusa (pisana w latach 1887–1889, a wydana w formie książkowej w 1890 roku) to arcydzieło polskiej literatury i wnikliwa panorama dziewiętnastowiecznej Warszawy. Osią fabuły jest niszcząca, obsesyjna miłość bogatego kupca Stanisława Wokulskiego do zubożałej, wyniosłej arystokratki Izabeli Łęckiej. Powieść po mistrzowsku ukazuje zderzenie romantycznych złudzeń z twardym, kapitalistycznym wyrachowaniem oraz nieuchronny moralny rozkład zepsutych wyższych sfer.

W tym bezlitosnym świecie brylują dwie postacie, na których skupia się poniższa fantazja. Kazimierz Starski to zblazowany, cyniczny utracjusz i zbankrutowany arystokrata, dla którego życie stanowi jedynie plac zabaw, a inni ludzie – narzędzia do zaspokajania egoistycznych kaprysów. Pozbawiony jakichkolwiek hamulców, uosabia najgorsze cechy upadających elit. Z kolei pan Maruszewicz to żałosny rezydent, tchórz i pochlebca bez kręgosłupa, który w desperackiej walce o utrzymanie pozorów chwyta się najniższych łotrostw, z fałszerstwem weksli na czele.

Poniższa historia jest moją osobistą, autorską fantazją osnutą wokół relacji tych dwóch bohaterów. To mroczny, transgresyjny wątek, który napisałX na podstawie moich własnych, ukrytych pragnień. Inspiracją do stworzenia tego tekstu był dla mnie pokaz premierowy nowej ekranizacji powieści, po którym postanowiłX sprawdzić z dawno niewidzianym kumplem, jak moje fantazje odnajdą się w surowym klimacie dziewiętnastowiecznej Polski. I obciągnąłX mu fiuta w toalecie. Tak, wiem, często uprawiam ostatnio seks w publicznych toaletach, ale niewiele mogę poradzić na to, że żonaci faceci tylko tam mają ostatnio chwilę na bycie sobą ;-) Moja pralnia, do której oddaję garnitury i garsonki do prania, bardzo się z tego fetyszu cieszy.

Polecam ten tekst wszystkim miłośnikom „Lalki”, która budzi teraz w Polsce tak duże emocje w związku z głośną premierą filmu i serialu – niech ta reinterpretacja będzie nieoczywistym uzupełnieniem gorącej dyskusji, która toczy się obecnie wokół dzieła Prusa.

Możecie czytać, nie trzymając rąk na klawiaturze cały czas…
SamX

„Lalka” Bolesława Prusa (pisana w latach 1887–1889, a wydana w formie książkowej w 1890 roku) to arcydzieło polskiej literatury i wnikliwa panorama dziewiętnastowiecznej Warszawy. Osią fabuły jest niszcząca, obsesyjna miłość bogatego kupca Stanisława Wokulskiego do zubożałej, wyniosłej arystokratki Izabeli Łęckiej. Powieść po mistrzowsku ukazuje zderzenie romantycznych złudzeń z twardym, kapitalistycznym wyrachowaniem oraz nieuchronny moralny rozkład zepsutych wyższych sfer.

W tym bezlitosnym świecie brylują dwie postacie, na których skupia się poniższa fantazja. Kazimierz Starski to zblazowany, cyniczny utracjusz i zbankrutowany arystokrata, dla którego życie stanowi jedynie plac zabaw, a inni ludzie – narzędzia do zaspokajania egoistycznych kaprysów. Pozbawiony jakichkolwiek hamulców, uosabia najgorsze cechy upadających elit. Z kolei pan Maruszewicz to żałosny rezydent, tchórz i pochlebca bez kręgosłupa, który w desperackiej walce o utrzymanie pozorów chwyta się najniższych łotrostw, z fałszerstwem weksli na czele.

Poniższa historia jest moją osobistą, autorską fantazją osnutą wokół relacji tych dwóch bohaterów. To mroczny, transgresyjny wątek, który napisałX na podstawie moich własnych, ukrytych pragnień. Inspiracją do stworzenia tego tekstu był dla mnie pokaz premierowy nowej ekranizacji powieści, po którym postanowiłX sprawdzić z dawno niewidzianym kumplem, jak moje fantazje odnajdą się w surowym klimacie dziewiętnastowiecznej Polski. I obciągnąłX mu fiuta w toalecie. Tak, wiem, często uprawiam ostatnio seks w publicznych toaletach, ale niewiele mogę poradzić na to, że żonaci faceci tylko tam mają ostatnio chwilę na bycie sobą ;-) Moja pralnia, do której oddaję garnitury i garsonki do prania, bardzo się z tego fetyszu cieszy.

Polecam ten tekst wszystkim miłośnikom „Lalki”, która budzi teraz w Polsce tak duże emocje w związku z głośną premierą filmu i serialu – niech ta reinterpretacja będzie nieoczywistym uzupełnieniem gorącej dyskusji, która toczy się obecnie wokół dzieła Prusa.

Możecie czytać, nie trzymając rąk na klawiaturze cały czas…

SamX

****

 

Plac wyścigowy na Polu Mokotowskim tętnił gorączkowym życiem, przypominając z dala jaskrawy ul, w którym zamiast miodu gromadzono jeno złudzenia.

Blade, jesienne słońce grało na lakierowanych pudłach powozów, w jedwabiach damskich parasolek i szkłach lornet oprawnych w macicę perłową.

Zjechał tu cały wielki świat warszawski, by rzekomo podziwiać gonitwy, choć w istocie każdy przybył nade wszystko po to, by wziąć udział w nieustannym wyścigu własnej próżności.

W owym mrowisku ludzkim przemykał pan Maruszewicz.

Ruchy miał nerwowe, urywane; przypominał zaszczute zwierzę, desperacko szukające luki w obławie.

Tego popołudnia jego szara, zapadła fizjognomia okryta była perlistym potem, a sfatygowany tużurek wydawał się jeszcze ciaśniejszy niźli zazwyczaj.

Rozpaczliwie krążył wokół kas totalizatora, wypatrując naiwnego, któremu mógłby za marne kilka rubli odstąpić poufny sekret o pewnym koniu.

Czas naglił okrutnie.

Weksel z podrobionym podpisem Stanisława Wokulskiego, opiewający na czterysta rubli, lada godzina miał trafić w ręce wierzycieli.

Dla Maruszewicza oznaczało to kryminał i ostateczną zgubę.

Nie wiedział wszelako, że w owej grze został już dawno obstawiony i przegrany z kretesem.

Kazimierz Starski obserwował go z loży, leniwie opierając dłonie w irchowych rękawiczkach o rzeźbioną balustradę.

W jego postawie kryło się owo arystokratyczne zblazowanie, właściwe ludziom, dla których cudza tragedia stanowi co najwyżej kiepski wodewil.

Od wczorajszego wieczoru w wewnętrznej kieszeni jego nieskazitelnie skrojonego surduta spoczywał złożony we dwoje rewers.

Starski odkupił ów sfałszowany dokument od znajomego lichwiarza za ułamek wartości – bynajmniej nie z litości, lecz z czystej ciekawości.

Miał po prostu kaprys ujrzeć, jak nisko potrafi upaść człowiek w pełni świadomy swego końca.

Gdy Maruszewicz, zrezygnowany i bliski omdlenia, oderwał się od tłumu i ruszył chwiejnym krokiem ku ustronnemu pawilonowi w cieniu trybun, Starski niespiesznie podążył jego śladem.

Chłód i półmrok marmurowego ustępu przyniosły fałszerzowi chwilową ulgę.

Oparł drżące dłonie o brzeg fajansowej miednicy i machinalnie spojrzał w lustro na swe przekrwione oczy.

Ciszę przerwał nagle miarowy stukot laski o posadzkę.

Zza rogu wyłoniła się smukła sylwetka Starskiego.

Arystokrata stanął w progu, rzucając na dłużnika długi cień, po czym spokojnym, na wskroś eleganckim ruchem przekręcił ciężki, mosiężny klucz w zamku, odcinając ich od gwaru wyścigów.

– Zmylił pan tory, panie Maruszewicz – odezwał się z pańskim niedbalstwem Starski, powoli zdejmując z dłoni irchową rękawiczkę i gładząc jej szwy. – O ile mi wiadomo, tutejsze ogiery biegają za owies, a nie za fałszowane asygnaty.

Maruszewicz znieruchomiał, a jego twarz przybrała barwę brudnego pergaminu.

– Ja… wszakże ja nie pojmuję, panie Kazimierzu… – wybełkotał rezydent, cofając się o krok, przy czym nerwowo przełknął ślinę.

Zamiast odpowiedzi, Starski powolnym ruchem wydobył z kieszeni ów feralny weksel.

Rozłożył go dwoma palcami i uniósł pod światło matowego okienka.

– Sfałszować podpis Wokulskiego? Człowieka, który trzęsie połową kupieckiej Warszawy? – rzekł arystokrata z cichym, lodowatym śmiechem, nie spuszczając swych stalowych oczu z twarzy dłużnika. – Jesteś pan, mój drogi, nie tylko pospolitą szują, ale nade wszystko głupcem. Sąd kryminalny i cytadela to kwestia, powiedzmy… – tu Starski zawiesił na moment głos, wydobywając złoty zegarek na dewizce – ...jakichś dwóch godzin.

Maruszewicz osunął się po ścianie, gdyż nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

Znalazł się w matni.

– Racz to pan wykupić… – jęknął zaszczuty człowiek, składając dygoczące dłonie niby do modlitwy. – Zostanę pańskim sługą do grobowej deski! Zapłacę każdą, choćby i najstraszniejszą cenę!

Starski w milczeniu schował weksel w zanadrze i postąpił krok naprzód.

W owej dusznej, odizolowanej od świata przestrzeni ustępu, gdzie woń taniego mydła mieszała się z gryzącym odorem ludzkiego strachu, arystokrata zatrzymał się tuż przed nim.

W jego spojrzeniu nie było znać ni gniewu, ni litości, a jeno chłodną obietnicę całkowitej, fizycznej przewagi.

– Radziłbym miarkować się z deklaracjami, panie Maruszewicz – odparł półgłosem, w którym dźwięczała zgoła nieludzka groźba.

Wtem na obliczu dziedzica odmalował się wyraz najwyższej pogardy; nie spuszczając wzroku z nieszczęsnego dłużnika, bezczelnie wypchnął prawy policzek koniuszkiem języka, po czym rozciągnął wargi w szerokim, nader dwuznacznym uśmiechu.

– Albowiem właśnie zamierzam odebrać pierwszą ratę. Przekona się pan w tej oto chwili, w jaki to sposób podobne kwestie zwykło regulować się w Paryżu.

Odwrócił głowę, zaszczycając dłużnika wejrzeniem pełnym niewymownej pogardy, po czym pchnął go w głąb mroczniejszych partii dolnej kondygnacji drewnianego pawilonu.

Długi, wyłożony posadzką korytarz zdawał się nie mieć końca.

Maruszewicz drobił kroki niczym skazaniec wiedziony na szafot, łapczywie chwytając powietrze.

Starski zaś postępował za nim, raz po raz łapiąc się za krocze z ową swobodną gracją właściwą ludziom, dla których świat cały stanowi jeno plac prywatnych igraszek.

Skoro dotarli do ciężkich, dębowych drzwi rzadko uczęszczanego o tej porze szaletu, dziedzic zatrzymał się, lustrując swą ofiarę od stóp do głów.

W panującym tam półmroku twarz jego przypominała alabastrową maskę – uderzająco piękną, lecz do cna wyzutą z jakichkolwiek ludzkich poruszeń.

– W każdej chwili wolno panu zrezygnować – rzucił nagle arystokrata, a ton jego był nad wyraz uprzejmy, wręcz usypiający.

Wymawiając te słowa, zniżył nieznacznie głos do drapieżnego szeptu i począł z wolna, acz nieubłaganie napierać na rozdygotanego rezydenta.

Zbliżył swą twarz tak niebezpiecznie blisko twarzy Maruszewicza, iż ów poczuł na policzku jego chłodny oddech i znieruchomiał, niby ptak zahipnotyzowany spojrzeniem węża.

– Droga wolna – ciągnął dalej Starski. – Wszakże pamiętaj pan, panie Maruszewicz… Jeżeli w tej sekundzie naciśnie pan klamkę, wyjdziesz stąd jako skończony bankrut. Zetrę pana w proch. Weksel powędruje do rąk prokuratora jeszcze przed zachodem słońca, a jutro o świcie obudzisz się pan w cyrkule.

Nieszczęsny rezydent dygotał na całym ciele, a jego rozbiegane oczy gorączkowo szukały jakiejkolwiek drogi ocalenia.

Wargi wykrzywiły się w niemym błaganiu, atoli ręce – posłuszne bardziej zwierzęcemu instynktowi przetrwania niźli resztkom honoru – opadły bezwładnie wzdłuż tułowia.

Zrozumiał on w owej chwili, iż wpadł w żelazne kleszcze.

Arystokrata, przesunąwszy wzrokiem po swej ofierze z ową powolną, okrutną celebracją, począł zrzucać okrycie.

Elegancki, dopasowany do figury surdut wylądował na brzegu miednicy.

Za nim z jedwabnym szelestem podążyła koszula.

Obnażony tors dziedzica prezentował się niczym dzieło antycznego dłuta; zrzuciwszy powłokę warszawskiego lwa salonowego, stawał się on oto uosobieniem nagiej, bezlitosnej wręcz siły.

– Za cudze ruble, mój panie, płaci się zazwyczaj krwią albo honorem – zauważył filozoficznie Starski, obrzucając wejrzeniem swą ofiarę. – Skoro zaś tego drugiego najwyraźniej nie posiadasz, uiścisz pan dług w walucie znacznie bardziej bezpośredniej. Klękaj.

Nieszczęsny fałszerz osunął się na kolana z głuchym, zdławionym szlochem.

– Otwórz usta – rzucił zimno dziedzic, spoglądając nań z góry. – Weź go do ryja.

Kutas Starskiego miał jakieś dwadzieścia dwa centymetry we wzwodzie i był gęsto owłosiony.

Kruczoczarne włosy prawie w całości pokrywały jego jądra, nadając im jeszcze bardziej samczy i zwierzęcy wygląd.

Dłużnik, gnany ślepym, zwierzęcym instynktem, posłusznie pochylił głowę, a Starski przymknął powieki, do cna upajając się poczuciem absolutnej, pańskiej władzy.

Dla Maruszewicza otaczający go świat przestał w owej chwili istnieć.

Czuł jeno dławiący ciężar swego żałosnego położenia.

Kiedy w swym bezgranicznym upokorzeniu przylgnął wargami do oprawcy, w jego rozedrganym umyśle dokonał się ów przerażający przełom.

– Delikatnie. O tak – instruował Starski – oprzyj na nim swoje wargi i nie dotykaj zębami – z góry na dół, z góry na dół… płacisz psim honorem, ty kurwi synu.

Z każdym ułamkiem sekundy owego najniższego, fizjologicznego hołdu, zatracał resztki własnego jestestwa.

Obezwładniający ciężar tej intymności i naga, bezwzględna uległość przestały wnet stanowić torturę, budząc w nim zgoła przerażającą gorliwość.

Wmawiał sobie w szaleńczym amoku, iż owa uległość, zanoszona z absolutnym zapamiętaniem, w jakiś irracjonalny sposób zmywa zeń brud kryminalnego uczynku.

Z każdym kolejnym ruchem czuł jak kutas Starskiego robi się coraz bardziej słodki od wydzielającej się spermy, co dodatkowo potęgowało w nim podniecenie i było niczym rytmiczna muzyka uzupełniająca bardzo brudny taniec.

W chwili, gdy ów bezlitosny akt upodlenia wydawał się osiągać swe apogeum, Starski gwałtownym ruchem wpił palce w policzki i żuchwę dłużnika.

Szorstka dłoń z miażdżącą siłą wymusiła na fałszerzu uniesienie zlanej potem twarzy.

Wraz z rwanym oddechem w nozdrza rezydenta wdarła się ostra, gryząca woń końskiego potu, skórzanej uprzęży i surowego nawozu, przyniesiona na palcach dziedzica wprost z mokotowskich stajen.

Ów odór stanowił ostateczną pieczęć zhańbienia.

Starski obnażył przed nim potworną prawdę – Maruszewicz stał się dla niego jeno tępym bydlęciem, nabytą za owych czterysta rubli własnością, którą można było do woli łamać.

– Wokulski wciąż się łudzi, iż kupi sobie wejście na salony, wzdychając z oddali do alabastrowych wdzięków panny Beli… – szepnął Starski, a na jego ustach wykwitł uśmiech pełen wyrafinowanego jadu.

Przerwał na moment ów akt wymuszanej spłaty i z demonstracyjną pogardą odwrócił się do klęczącego tyłem, okazując mu swą nagą, fizyczną przewagę.

Zmusił w ten sposób Maruszewicza do aktu jeszcze głębszego, na wskroś zwierzęcego poddaństwa, odzierając go z jakichkolwiek resztek ludzkiej woli.

Dłużnik, sprowadzony na samo dno upokorzenia i zatracony w strachu przed ostatecznym zniszczeniem, przysunął się bliżej.

Wpadł w rodzaj histerycznego amoku; z desperacką, ślepą gorliwością wbił usta w owłosioną dupę arystokraty, gorączkowo zaspokajając jego mroczny kaprys, co wywołało u Starskiego jedynie chłodny dreszcz absolutnej satysfakcji z posiadania władzy nad drugim człowiekiem.

– Wyobraź więc sobie w tej chwili, mój fircyku, iż to przed nią klęczysz – wycedził dobitnie dziedzic. – Że to jej najskrytszym zakamarkom oddajesz właśnie hołd z tym swoim psim oddaniem. Błagaj o litość tak nisko, jak tylko potrafisz upaść.

Maruszewicz penetrował językiem odbyt Starskiego, a nagłe uderzenie gorączki zmieszało się z panicznym lękiem.

Mdliło go od ogromu własnego upokorzenia, od miażdżącej świadomości, iż ten idealnie wyrzeźbiony utracjusz trzyma w kieszeni całe jego nędzne życie.

Upodli się do cna.

Zetrze go na proch.

Nagle Starski przerwał swą upokarzającą grę.

Odwrócił się i niespiesznym, pańskim krokiem zbliżył się ku fajansowej miednicy.

Rozległ się głuchy zgrzyt mosiężnego kurka i szum wody, brzmiący w uszach dłużnika niby dzwon obwieszczający wyrok ostateczny.

Zaraz potem Maruszewicz usłyszał powolne pocieranie szarego mydła.

Skoro dziedzic wyłonił się z powrotem z cienia, jego oblicze zdawało się jeszcze chłodniejsze i bardziej nieludzkie niźli przedtem.

– A teraz, panie Maruszewicz, przejdziemy do zasadniczej części pańskiej spłaty – rzekł z cicha, stając nad obezwładnionym do cna człowiekiem.

Zanim nieszczęsny rezydent zdołał w pełni pojąć sens owych słów, został brutalnie obrócony, a jego twarz z głuchym łoskotem uderzyła o ociekającą wilgocią ścianę ustępu.

Zepchnięto go siłą do parteru.

Starski gwałtownym szarpnięciem zerwał z niego znoszone ineksprymable, obnażając chude, dygoczące z przerażenia lędźwie.

W odrażającym zaduchu, gdzie gryząca woń karbolu mieszała się ze smrodem nawozu, dobiegającym z pobliskich stajen, Maruszewicz zadławił w krtani zwierzęcy skowyt.

Starski namydloną rękę roztarł po jego odbycie, po czym z impetem wszedł w niego bez chwili zastanowienia.

Przyciskany do brudnych, wilgotnych desek, czuł na swych plecach miażdżący ciężar arystokraty.

Śliska od szarych mydlin skóra paliła go żywym ogniem przy każdym surowym, gwałtownym pchnięciu fiutem, którym Starski odbierał mu ostateczne pozory ludzkiej godności.

Gorączka i obłęd pulsowały w jego skroniach, skoro oprawca wbijał się weń z rosnącą furią.

Wtem żelazny uścisk dłoni Starskiego zacisnął się na karku ofiary.

– Ani mru-mru, psia twoja mać, łajdaku – syknął dziedzic, pochylając się tuż nad jego uchem. – Tak właśnie płaci się za fałszywe weksle – powiedział z narastającą pewnością siebie w głosie i z jeszcze większym impetem dociskał kutasem Maruszewicza do ściany.

Maruszewicz jęknął głucho, zagryzając wargi aż do posmaku krwi czując przy tym jak owłosione jądra Starskiego odbijają się od jego rozwartego tyłka.

Odgłosy końskich kopyt i rżenie ogierów, dobiegające z mokotowskiej bieżni, stapiały się z obrzydliwym chlupotem owego miejsca, tworząc tło dla jego absolutnego upadku.

Z każdym kolejnym gwałtownym szarpnięciem osuwał się w swój własny mrok, z dławiącą świadomością, iż z tego odrażającego przybytku nie wyjdzie już człowiek, lecz bezwolna, sponiewierana na zawsze własność.

Rzecz pańska.

Upodleniec…

Ów mroczny, podyktowany ślepą biologią akt dobiegał wreszcie swego końca.

Ruchy Starskiego przyprawiały go o lekki pot na czole, przypominający delikatną rosę, okalającą jeszcze zieloną trawę, a jego kutas robił się z każdym pchnięciem coraz bardziej twardy.

– Brawo… brawooo… – syczał Starski, dobijając Maruszewicza swoim koniem. – Zobacz, nędzniku, który koń w tym wyścigu jest najlepszy – powiedział z dumą.

– Mój panie… twój koń, mój panie… – wybełkotał Maruszewicz, który nie czuł już swojego tyłka.

Wówczas Starski, owładnięty nagłą, narastającą gorączką, wezbrał w sobie niczym dżokej dopadający ostatecznej linii wyścigu.

Chwycił z tyłu za zgnieciony materiał surduta Maruszewicza, ująwszy go żelaznym kleszczem dłoni, zupełnie jakby ściągał skórzane lejce narowistego konia.

Z bezlitosną, pańską siłą docisnął wzdrygającego się rezydenta jeszcze niżej, wymuszając absolutne posłuszeństwo i ostatecznie sprowadzając owego bywalca warszawskich salonów do żałosnej roli ujeżdżanego, złamanego zwierzęcia.

Dobiegające zza okiennych szyb salwy śmiechu i radosne okrzyki tłumu jedynie potęgowały gorączkowe podniecenie arystokraty, który z nieludzką satysfakcją doprowadzał swe dzieło zniszczenia do ostatecznego finału.

Zalał nędzną dupę dłużnika swoją ciepłą, gęstą spermą w serii gwałtownych, pulsujących salw.

Kiedy z jego potężnego fiuta wyrywał się ostatni, najgorętszy strumień, na zewnątrz idealnie zawtórował mu triumfalny ryk tłumu na cześć zwycięskiego konia.

Starski odstąpił o krok, a z dupy Maruszewicza wylewała się jego gęsta sperma.

Zanim jeszcze począł doprowadzać swą krawiecką powłokę do perfekcyjnego ładu, jego zimny wzrok padł na dygoczącego w paroksyzmach niemocy fałszerza.

Nieszczęsny usiłował podźwignąć się z wilgotnych desek, a jego trzęsąca się dłoń machinalnie sięgnęła do brustaszy.

Wydobył stamtąd ostatni bodaj atrybut swej dawnej, salonowej godności – nieskazitelną, batystową chusteczkę, którą pragnął otrzeć zlaną zimnym potem i łzami twarz.

Lecz zanim biały materiał zdążył dotknąć jego policzka, Starski wyrwał mu go z dłoni gwałtownym ruchem.

– Cóż to znowu za arystokratyczne nawyki, panie Maruszewicz? – zakpił z pańska dziedzic, obracając w palcach delikatną tkaninę. – W rynsztoku nie używa się batystu.

Z powolną, wyćwiczoną po francuskich buduarach bezczelnością, arystokrata począł wycierać ową elegancką chustką swe nagie, zroszone lepką wilgocią pachwiny, po czym przetarł nią swój odbyt.

Zbierał w ten sposób w jasny jedwab cały fizjologiczny brud ich niedawnego, zwierzęcego aktu, bezpowrotnie profanując ów jedyny czysty przedmiot, jaki ostał się nieszczęsnemu dłużnikowi.

Gdy tkanina pociemniała od potu i upokorzenia, Starski pochylił się i wcisnął zbezczeszczony materiał z powrotem do brustaszy rezydenta, tak by ów sromotny znak hańby wystawał na zewnątrz.

– Będziesz pan to nosił z fasonem, fircyku. Jako swój najdroższy order – wycedził powoli.

Cierpki zapach jego ciała, bijący teraz wprost z piersi Maruszewicza, przyprawił omdlewającego rezydenta o gwałtowne mdłości.

Lecz to bynajmniej nie był koniec owej zwierzęcej tresury.

Zanim nieszczęsny dłużnik zdołał w ogóle zaczerpnąć tchu, Starski chwycił za wyświechtany, jedwabny fular, spinający kołnierzyk jego brudnej koszuli.

Szarpnął ze złością, rwąc wątłe nici, po czym błyskawicznym ruchem okręcił materię wokół szyi mężczyzny, zaciskając potężny węzeł tuż pod jego krtanią.

Wolny koniec fulara okręcił wokół własnej dłoni, zgoła niczym najprawdziwszą smycz.

Maruszewicz wydał z siebie jeno stłumione rzężenie, skoro szorstki jedwab wpił się w jego szyję.

Starski pociągnął brutalnie ku dołowi, zmuszając swą ofiarę, by opadła na czworaki w sam środek cuchnącej kałuży pomyj.

– Masz pan tak wyjść na zewnątrz, rozumiesz? – warknął Starski, a w głosie jego zabrzmiała owa naga, rynsztokowa wulgarność, łamiąca na ten jeden moment wszelkie konwenanse warszawskich salonów.

– Chcę, kurwa, ażeby każdy na owej wymuskanej trybunie ujrzał, z kim ma do czynienia. Będziesz pan szedł przy mojej nodze, warował na każdy mój gest, z ową zeszmaconą chustką przy sercu i obrożą na karku. Zostaniesz pan moim posłusznym psem.

Szarpnął fular ze zdwojoną siłą, wlokąc zaszczutego dłużnika po wilgotnych deskach w stronę fajansowej miednicy, w której ledwie przed chwilą obmywał dłonie ze stajennego kurzu.

– A psy z Powiśla zwykły pijać z rynsztoka – dorzucił chłodno arystokrata, przyciskając kark dłużnika obcasem do krawędzi naczynia z wodą. – Pij pan, panie Maruszewicz. Chłeptaj ową wodę. Dowiedź mi w tej chwili, jak bardzo zależy ci na wekslu.

Złamany do cna fałszerz, dławiąc się łzami i owym gryzącym zapachem oprawcy, bijącym wprost z jego brustaszy, pochylił głowę ku mętnej, spienionej szarym mydłem wodzie.

Skoro wargi jego dotknęły brudnej tafli, pogrzebał on na zawsze ostateczne resztki swej dawnej, salonowej godności.

Dopiero wówczas, z niespieszną, zgoła obraźliwą dla pokonanego gracją, arystokrata począł nakładać odzienie.

Zapiąwszy ostatni guzik jedwabnej kamizelki, ujął z powrotem swą kosztowną laskę, po czym sięgnął do wąskiej kieszonki.

Rozległ się cichy brzęk metalu.

W smukłych, pańskich palcach błysnęła matowo moneta – pospolity, wytarty miedziak.

Starski obracał go przez chwilę w milczeniu, po czym z drwiącym uśmiechem rzucił owego rubla pod nogi rezydenta, prosto w kałużę, którą Maruszewicz zrobił, pijąc wodę z miednicy.

– Podnieś pan to, panie Maruszewicz – rozkazał lodowato.

Fałszerz drgnął.

Z trudem usiłował sięgnąć po monetę dłonią, atoli ostry trzask pańskiej laski o posadzkę powstrzymał ów ruch w samym zarodku.

– Ależ bynajmniej nie dłonią, mój drogi – mruknął dziedzic, powstrzymując go leniwym gestem. – W najpodlejszych zamtuzach Powiśla dziewki nie dotykają swej zapłaty rękoma. Użyj pan ust. Bierz pan zębami – polecił wymownie, ruszając brodą w stronę kałuży.

Nieszczęsny, do cna złamany człowiek pochylił powoli głowę ku zanieczyszczonej podłodze, na której skupiło się całe okrucieństwo wielkiego miasta, gdzie ludzka godność miała mniejszą wartość niż rzucony w błoto miedziak.

Zacisnął drżące zęby na chłodnym krążku i z najwyższym trudem uniósł go z brudnej kałuży.

Gdy język jego poczuł rdzawy posmak wytartego rubla pospołu z rynsztokową wodą, Starski zaśmiał się cicho – tym beztroskim, dźwięcznym śmiechem salonowego próżniaka, który nigdy nie skalał dłoni pracą ani butów błotem prawdziwej nędzy.

– Zważ pan… – zauważył z pańska, opierając się swobodnie na swej kosztownej lasce. – Za sfałszowany weksel żądano od ciebie, panie Maruszewicz, czterystu rubli. A przecież pańskie autentyczne usługi, wyświadczane w tym oto szalecie, warte są zaledwie jednego. I to srodze wytartego – skwitował Starski.

Z owym zardzewiałym rublem w zębach i rynsztokowym błotem na języku, dłużnik z najwyższym trudem uniósł tułów.

Oparł się na drżących ramionach, klęcząc u stóp arystokraty i łudząc się przez ułamek sekundy, iż to już ostateczny koniec jego męki.

Ineksprymable wciąż pętały jego obolałe kolana, czyniąc go zgoła bezbronnym.

Zanim nieszczęsny rezydent zdołał wydać z siebie bodaj jęk zawodu, Starski błyskawicznym ruchem zahaczył krzywulą swej kosztownej laski o jego kark.

Z pańską, nieludzką wręcz siłą szarpnął ku dołowi, zmuszając na wpół obnażonego dłużnika, by ów na powrót runął w cuchnącą kałużę pomyj i odruchowo wręcz wypiął pośladki, opierając się na łokciach.

Następnie dziedzic odwrócił laskę i z bezlitosną precyzją wbił jej ciężkie, mosiężne okucie głęboko w dupę Maruszewicza, która ociekała jeszcze spermą i przyszpilił go do mokrych, lepkich desek niczym bezwolnego owada.

– Podoba Ci się? – warknął Starski – Chcesz głębiej? – Chcesz. Widzę to – a mówiąc to wsunął głębiej laskę w dupę Maruszewicza.

Starski, wrodzonym arystokratom obyczajem, nie raczył wcale oczekiwać odpowiedzi.

Z jego dumnie wyrzeźbionego oblicza ustąpił bez śladu ów cień znudzonego zaciekawienia, który jeszcze przed kwadransem igrał w piwnych źrenicach; ostała się tam jeno chłodna, zgoła urzędowa bezwzględność, właściwa ludziom od pokoleń przywykłym do rozkazywania.

Nieszczęsny Maruszewicz drgnął konwulsyjnie, niby ptak schwytany w żelazne sidła, i zacisnął mocno powieki.

Spod rzęs, na zszarzałe, obwisłe policzki rezydenta poczęły staczać się ciężkie krople łez, których w ostatecznym swym upodleniu nie usiłował już nawet tamować.

— Zali przypada to panu do gustu? — rzucił ostro dziedzic.

Maruszewicz milczał, dygocząc na całym ciele, jakby trawiła go mokotowska febra.

— Zadałem panu pytanie, panie Maruszewicz — wycedził Starski, pochylając się nad nim z ową niedbałą, a tak obezwładniającą gracją. — Pragniesz pan, ażebyśmy kontynuowali?

Dłużnik poruszył głową, usiłując zapewne wykrzesać z siebie znak zaprzeczenia, atoli zabrakło mu bodaj cienia dawnego, kawalerskiego animuszu, by ruch ten do końca doprowadzić.

Krztusił się na poły, kalecząc wargi o zardzewiały krążek, w szaleńczym amoku dbając jeno o to, by owego miedziaka z dygoczących ust nie zgubić.

Na wąskich ustach Starskiego wykwitł uśmiech pełen najgłębszego, iście paryskiego cynizmu.

— Pragniesz pan tego — rzekł półgłosem, w którym dźwięczała straszliwa, niewzruszona pewność. — Dostrzegam to aż nadto wyraźnie – mówił, a jego laska coraz głębiej świdrowała odbyt pana Maruszewicza.

— Bynajmniej… — wyjęczał zaszczuty dłużnik.

— Bynajmniej?

W owym jednym, z pańska rzuconym słowie, kryło się tyle bezlitosnego szyderstwa, iż Maruszewicz umilkł jak rażony piorunem.

Arystokrata przez dłuższą chwilę lustrował jego zalaną łzami fizjognomię, owe drżące powieki i rozbiegane wejrzenie człowieka, który w pełni świadomie sam na siebie wydał wyrok.

— Zali wie pan, mój drogi, co jest w pańskiej naturze najzabawniejsze? — zapytał, przybrawszy raptem ton zgoła konwersacyjny, salonowy wręcz, jak gdyby dyskutowali o szansach faworyta w resursie kupieckiej. — Oto mianowicie, iż nawet w tak opłakanej matni oczekujesz pan ode mnie łaskawej dymisji, by móc wreszcie wypowiedzieć owo zbawienne „nie”.

Dłużnik uniósł nań błędny, pełen niemego przerażenia wzrok.

— A tymczasem ja — ciągnął z leniwym pobłażaniem Starski — już dawno przestałem panu cokolwiek odbierać. Pan sam mi swą wolę oddajesz, i to z nadzwyczajną, wręcz psią gorliwością – dodał, a jego laska w jednej trzeciej już ukryta była w ciele dłużnika.

Maruszewicz ze zgrozą spuścił głowę, pojmując wreszcie z całą okrutną wyrazistością ogrom swego położenia.

Dziedzic zaś wyprostował niespiesznie swą smukłą sylwetkę, otrzepał niewidoczny pyłek z mankietu surduta i dodał lodowato:

— Nie zmuszajże mnie pan zatem, bym o pańskie upodobania musiał dopytywać po raz czwarty — wycedził z pańską wyższością.

Mówiąc to, zagłębił okucie swej kosztownej laski w dupie Maruszewicza i począł obracać nią kilkakroć, z ową miarową, nieustępliwą celebracją, która do złudzenia przypominała ruch ciężkiej korby przy wydobywaniu ze studni najmętniejszej wody.

Wreszcie, z głuchym mlaśnięciem rynsztokowej mazi, dziedzic wyciągnął rzeźbioną trzcinę.

Dźwigając się z obrzydliwej posadzki z głuchym jękiem, Maruszewicz począł wciągać znoszone ineksprymable na obolałe lędźwie.

Wypluwszy ową upokarzającą, zardzewiałą monetę, wyciągnął drżącą, bladą dłoń ku arystokracie, naiwnie oczekując, iż ów zwróci mu wreszcie przeklęty skrypt dłużny.

Dziedzic w istocie sięgnął do kieszeni.

W mroku szaletu błysnął biały prostokąt papieru.

Lecz w chwili, gdy brudne palce rezydenta miały już dotknąć zbawiennego dokumentu, Starski cofnął ramię.

Z wyćwiczonym uśmiechem wsunął rewers z powrotem w zanadrze surduta.

– Skądże ów pośpiech, mój drogi? – zapytał z pobłażaniem, unosząc nieznacznie brwi. – Zali sądziłeś pan, iż te rynsztokowe usługi wystarczą na pokrycie czterystu rubli kapitału? To była zaledwie rata odsetkowa. Skromny procent za zwłokę. Kupiłeś pan sobie raptem parę dni prolongaty. Główny dług wciąż figuruje w moich aktach. Bądź więc pan w pogotowiu. Gdy najdzie mnie kaprys, zjawisz się pan na każde moje zawołanie. A jeśli nie… prokurator z niekłamaną chęcią obejrzy pańskie dzieło kaligraficzne.

Zrozumiał on w owej chwili potworną prawdę, iż bynajmniej nie wykupił swej wolności, lecz z własnej, nieprzymuszonej woli nałożył na swą szyję wieczną, upokarzającą obrożę.

Zanim jednak przekroczyli próg i wmieszali się w gęstniejący tłum, dziedzic z niesmakiem wypuścił z dłoni jedwabny sznur.

Pozostawił go wszelako ciasno zaciśniętym na krtani rezydenta, zmuszając go chłodnym spojrzeniem, by ów sam wsunął postrzępione końce pod kołnierzyk, skrywając ową rynsztokową smycz przed wzrokiem warszawskiego świata.

Obroża stała się odtąd niewidzialna dla ogółu, atoli Maruszewicz z każdym wdechem czuł jej dławiący uścisk.

Dwa kwadranse później październikowe słońce uderzyło w twarz fałszerza z bezlitosną jasnością.

Skoro opuścili mroczne czeluście pawilonu i powrócili na skąpane w świetle trybuny, pyszny świat warszawskiej elity na powrót upomniał się o swoje prawa.

Każdy krok w loży przypominał nieszczęsnemu dłużnikowi stąpanie po rozżarzonych węglach.

Maruszewicz musiał desperacko maskować rwący ból i paraliżującą świadomość zbrukanej, przylegającej do ciała bielizny.

Kiedy stanął tuż obok oprawcy przy rzeźbionej balustradzie, ogarnął go paniczny lęk.

Zdało mu się nagle, iż ów gryzący zapach strachu pospołu ze stajennym nawozem to bynajmniej nie wszystko.

Przemoczony fular i sfatygowany tużurek cuchnęły ostro szaletowym karbolem, zatęchłymi pomyjami z posadzki oraz mdłą wonią szarego mydła.

Owa makabryczna mieszanina unosiła się nad nim niby demaskatorska chmura, jaskrawo kontrastując z wonią paryskich perfum otaczającego ich towarzystwa.

Każde przelotne spojrzenie wymuskanych dam interpretował on teraz jako bezwzględnie wydany na siebie wyrok.

A tuż obok stał on.

Kazimierz Starski, oparty niedbale o barierkę, leniwie pykał grube, hawańskie cygaro.

W pewnej chwili arystokrata odwrócił powoli głowę.

Jego spojrzenie, zimne niby stal skalpela, przewierciło rezydenta na wylot.

Wtem Starski, nie zdejmując z twarzy maski salonowego zblazowania, wykonał mikroskopijny, obelżywy ruch – wpatrzony prosto w oczy swej ofiary, bezczelnie wypchnął od wewnątrz policzek koniuszkiem języka.

Prawą rękę trzymał w kieszeni wyraźnie dotykając swojego kutasa kiedy swoimi spojrzeniami raczył Maruszewicza.

Dla Maruszewicza ów niemy, obsceniczny gest był niczym szarpnięcie za smycz.

Ułamek sekundy po nim, dziedzic, z uśmiechem na pozór pełnym pańskiej zażyłości, objął dłużnika ramieniem i przyciągnął go brutalnie do swej piersi.

Pod osłoną owej fałszywej serdeczności, dłoń arystokraty powędrowała w dół.

Rozchyliwszy niepostrzeżenie połę jego tużurka pod pozorem fałszywej serdeczności, dłoń arystokraty powędrowała w dół.

Starski bezszelestnie, brutalnie wsunął palce między zniszczone zapięcia jego brudnej koszuli, torując sobie drogę do nagiego ciała.

Z bezlitosną, mechaniczną precyzją wcisnął krwistoczerwony, rozpalony koniec cygara w powstałą szczelinę, gasząc żar wprost na nagim sutku rezydenta.

Maruszewicz zesztywniał.

Jego źrenice rozszerzyły się w obłędnym bólu, gdy swąd palonego ciała uderzył w jego nozdrza.

– Pojmujesz pan już, kim jesteś? – usłyszał nad uchem cichy szept dziedzica. – Widzisz pan, do czego będziesz mi odtąd służył? Wyłącznie jako mój prywatny popielnik. Spróbuj jeno zadrżeć, pospolita szmato, a jutro zgnijesz w cyrkule.

Płuca paliły go od stłumionego wrzasku.

Instynkt samozachowawczy ostatecznie zadeptał w nim resztki człowieczeństwa.

– Tak… panie… – wybełkotał jeno przez zaciśnięte zęby, podczas gdy tłum wybuchnął ogłuszającym rykiem na cześć zwycięskiego konia.

Skoro salwa krzyków opadła, Starski wskazał wzrokiem lożę naprzeciwko, gdzie w otoczeniu wianuszka adoratorów jaśniała postać panny Izabeli Łęckiej.

Na ustach dziedzica wykwitł z wolna uśmiech pełen wyrafinowanego jadu.

– Pójdziemy tam, panie Maruszewicz – rzucił chłodno, poprawiając mankiety swej koszuli. – Złożymy pannie Beli moje najgłębsze uszanowanie. A przy okazji… pochwalimy się jej, jakie to nowe, wprost niezwykłe umiejętności pan dzisiaj posiadł.

Rezydent zbladł jak płótno, a jego osłabłe kolana ugięły się niebezpiecznie.

– Panie Kazimierzu… na litość boską… zaklinam pana, chciej pan milczeć… – wyjąkał rezydent, chwytając się kurczowo poręczy pobliskiego fotela. – Błagam…

Starski w jednym mgnieniu oka ujął go żelaznym uściskiem za ramię, wbijając palce zgoła do kości.

– A to z jakiej przyczyny, mój fircyku? – wycedził, przybliżając swą twarz do zroszonego potem oblicza dłużnika. – Kto wie, zali panna Izabela sama nie nabierze ochoty, by osobiście się przekonać, jak sprawnie radzi pan sobie z… podobnymi kwestiami? Pójdziesz pan tam ze mną niby potulny wyżeł.

Złamany do cna fałszerz wlókł się u boku dziedzica w stronę loży Łęckich, czując na sobie brzemię tysiąca spojrzeń.

Skoro stanęli przed panną Izabelą, dławiła go paraliżująca świadomość, iż jako żywy, chodzący brud, kalęczy jej salonową czystość samym swym oddechem.

Starski skłonił się przed arystokratką z wyćwiczoną, iście paryską dystynkcją.

– Kuzynko, doprawdy jaśniejesz dziś na tle owego zgiełku niczym diament w popiele – rozpoczął, obsypując ją gradem salonowych komplementów, które panna Izabela przyjmowała z łaskawym, wyuczonym uśmiechem. – Pozwolisz jednakże, iż zwrócę twą uwagę na mego dzisiejszego towarzysza. Pan Maruszewicz okazał się dziś wprost nieoceniony. Rzecz to zdumiewająca, z jak niewiarygodną precyzją radzi on sobie na dzisiejszych wyścigach.

Starski zawiesił na moment głos, a wejrzenie jego, zimne i drwiące, prześlizgnęło się po dygoczącym fałszerzu.

– Znakomicie zna się na ogierach, panno Izabelo – ciągnął dziedzic, a każde jego słowo ociekało ukrytą dwuznacznością, która wbijała się w umysł rezydenta niby zardzewiały gwóźdź. – Potrafi oszacować ich możliwości niemal co do centymetra… ach, zechciej mi wybaczyć owo przejęzyczenie. Co do sekundy, rzecz prosta. Chciejże opisać pannie Beli, panie Maruszewicz, owego wspaniałego faworyta, na którego postawiłeś pan dzisiaj wszystko. Cóż to za okaz?

Nieszczęsny rezydent zesztywniał.

Kątem oka dostrzegł w wejrzeniu swego oprawcy błysk sadystycznej, bezlitosnej zachęty.

Przełknął ślinę, czując, jak zimny pot perli mu się na czole.

– To… to prawdziwie potężny okaz, łaskawa pani – wybełkotał, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w koronki przy dekolcie arystokratki. – Zwierzę nad wyraz okazałe… o kruczoczarnej, nadzwyczaj gęstej sierści…

– Śmielej, mój drogi, śmielej. Podziel się pan szczegółami – zachęcił go miękko Starski.

– Nader wysoki i niebywale wręcz gruby… – ciągnął Maruszewicz rwanym głosem, dławiąc się własnym upokorzeniem. – Twardy niby kamień… niezwykle sprężysty. Tętniący gorączkową siłą i bezwzględnie nastawiony na cel. Prący naprzód bezlitośnie, aż do samego końca… Twardo stąpający po ziemi, budzący niekłamany respekt swym… swym zatrważającym wręcz rozmiarem…

Panna Izabela, chociaż przywykła do kwiecistych opowieści, uniosła lekko brwi, cokolwiek zaskoczona owym panicznym, fizjologicznym wręcz zachwytem nad wyścigowym zwierzęciem.

– No, wystarczy już owego entuzjazmu, panie Maruszewicz – przerwał mu nagle Starski, chłoszcząc dłużnika chłodnym, drwiącym uśmiechem. – Panna Izabela gotowa jeszcze pomyśleć, iż pańskie zamiłowanie do owego czarnego ogiera wykracza dalece poza ramy sportu.

Arystokratka, wiedziona przyjemnym poczuciem bycia w centrum uwagi, przeniosła swój chłodny, błękitny wzrok na rezydenta, by przyjrzeć mu się uważniej po owym dziwnym zająknięciu.

Wejrzenie jej wyrażało początkowo łaskawe uznanie dla jego rzekomych talentów, atoli po chwili na idealnym jej czole zarysowała się delikatna zmarszczka.

Dostrzegła bowiem nie tylko zszarzałą cerę Maruszewicza i owe nienaturalnie przekrwione, zaszłe łzami oczy, lecz nadto poczuła cierpką, niepokojącą woń tlącego się materiału.

Jej arystokratyczny nos zmarszczył się z ledwie dostrzegalnym niesmakiem, gdy wzrok padł na brudne kolana jego spodni i ów wystający z brustaszy, pociemniały batyst.

Maruszewicz, zdrętwiały z przerażenia, usiłował drżącą dłonią zasłonić ową zbezczeszczoną chustkę, lecz ubiegł go Starski.

– Pan Maruszewicz, uniesiony iście sportowym entuzjazmem dla owego ogiera, potknął się o stopień trybuny, łaskawa kuzynko – wtrącił gładko dziedzic z wyśmienitym uśmiechem salonowego kłamcy, stając tak, by nieco zasłonić ofiarę. – A na domiar złego, upadając, strącił mi niefortunnie cygaro wprost na swój surdut. Zechciej wybaczyć nam ów niefortunny nieład.

– Czy stało się panu co złego, panie Maruszewicz? – spytała łagodnie panna Izabela, zniżając nieco głos z ową uprzejmą, salonową troską, w której pobrzmiewała nuta autentycznego zdumienia. – Wygląda pan na… głęboko wstrząśniętego.

Fałszerz przełknął ślinę.

Smak rynsztoka wciąż dławił go w krtani.

Zmusił swe blade, drżące usta do wykrzywienia się w upiornym grymasie, który w mniemaniu jego imitować miał dworski zachwyt.

– Bynajmniej, łaskawa pani… – odparł, składając niski, niemal służalczy ukłon, jakby pragnął ukryć przed jej wzrokiem pałające z upokorzenia lica. – To po prostu… to jeno łzy ogromnej radości, jaka mnie w dniu dzisiejszym spotkała. Jestem nieskończenie wdzięczny panu Starskiemu za owe… słowa szczerego uznania.

Panna Izabela, do cna nieświadoma podwójnej gry toczącej się tuż przed jej oczyma, przyjęła ów egzaltowany hołd za dobrą monetę, obdarzając obu mężczyzn łagodnym, cokolwiek protekcjonalnym uśmiechem.

Starski tymczasem drgnął nieznacznie, kładąc dłoń na ramieniu swego dłużnika z siłą, która groziła rychłym zwichnięciem stawu.

– Zechciej mi wybaczyć, kuzynko, atoli zmuszeni jesteśmy uchodzić – odezwał się gładko, niedbale poprawiając monokl i uśmiechając się samym tylko kącikiem ust, chociaż w głosie jego zabrzmiała niebezpieczna nuta. – Wpatrywanie się w twe piękno czyni mnie wielce niecierpliwym.

Skłoniwszy się z wyszukaną paryską gracją, odwrócił się na pięcie, zgoła nie czekając na odpowiedź.

Natychmiast opuścił lożę i skręcił w odosobnione, opustoszałe korytarze okalające wyścigowe trybuny.

Prowadził za sobą Maruszewicza, który wlókł się w ślad za nim krok w krok, zupełnie niby potulny, zaszczuty wyżeł.

To dziedzic swym sprężystym, iście pańskim chodem dyktował bezlitosne tempo i dystans owego marszu.

Z każdym uderzeniem mosiężnej gałki jego laski o posadzkę, na blade czoło rezydenta na powrót występowały gęste krople zimnego potu, a paraliżujący lęk przed dalszym biegiem zdarzeń dławił go za gardło.

– Posłuszne zwierzę – rzucił w pustą przestrzeń arystokrata, wyciągając z papierośnicy nowe cygaro i odpalając je z wolna od podsuniętej zapałki. – Lecz nie łudź się, mój fircyku. Owa drobna posługa… owa dzisiejsza, nędzna sromota w mokotowskim ustępie… to był zaledwie mój najdelikatniejszy kaprys. Zanim zwrócę ci ów zgubny weksel, poznasz ty do dna, co na naszych salonach oznacza prawdziwe, psie posłuszeństwo.

Skoro tylko opuścili gwarną trybunę i zagłębili się w ocieniony, chłodny korytarz pod lożami, Starski zwolnił nieco kroku.

Cienie zdawały się tu gęstnieć, odcinając ich na moment od blichtru wielkiego świata.

Arystokrata, nie odwracając głowy, rzucił w mrok krótkie, bezwzględne polecenie:

– Będziesz pan teraz powtarzał za mną, słowo w słowo – nakazał, a ton jego był chłodny niby stal. – Szeptem, krok w krok. Wokulski to nędzny dorobkiewicz i śmieć, a ze mnie jest jeno popielnik szanownego pana Starskiego. Jestem mężołożnikiem.

Maruszewicz dygotał na całym ciele, jak w ataku zimnicy.

Ostatnie słowo uwięzło mu w krtani niby ość, dławiąc oddech.

W mniemaniu ówczesnego świata warszawskiego słowo to nie było bowiem zwykłą obelgą; oznaczało ono ostateczne, bezpowrotne wręcz moralne dno i wykluczenie poza nawias jakiejkolwiek ludzkiej czci.

– Wokulski… to śmieć… – wychrypiał dłużnik, potykając się o własne nogi i chwytając wilgotnymi dłońmi powietrza – a ze mnie… ze mnie popielnik…

Zamilkł gwałtownie, nie mogąc przebrać miary swego upodlenia.

Wówczas Starski zatrzymał się w pół kroku.

Uderzył głucho mosiężną gałką laski o posadzkę, po czym obrócił się powoli ku swej ofierze.

– Milkniesz pan? – syknął z jadowitą wyższością, wwiercając w niego swe zimne źrenice. – Jeżeli owo słowo nie przejdzie ci w tej oto chwili przez gardło, daję słowo honoru, iż mój weksel jeszcze dziś trafia do rąk prokuratora. Powtarzaj!

– Jestem śmieciem… – zaszlochał z cicha nieszczęśnik, kryjąc twarz w dygoczących dłoniach, by nikt z przechodzących nie dojrzał jego łez. – Jestem popielnikiem szanownego pana Starskiego. Jestem mężołożnikiem.

Starski kroczył dalej z wolna, z wyraźną lubością wsłuchując się w ów mroczny, zbolały szept, po czym znów zatrzymał się na jedno mgnienie oka.

– A teraz powtórz to – rzucił twardo przez ramię, nie zaszczycając dłużnika nawet spojrzeniem. – Wokulski to pederasta. Powtórz pan to.

Maruszewicz zamknął mocno swe przekrwione, rozpalone gorączką oczy.

Pod cienkim materiałem koszuli czuł wciąż rwący ból poparzonego ciała, doświadczał upokarzającej, lepkiej wilgoci w ineksprymablach, a w nozdrza bił go ów straszliwy, obezwładniający smród własnego, zwierzęcego strachu.

– Wokulski… to pederasta… – wymamrotał w geście najzupełniejszego poddania, tracąc resztki swego człowieczeństwa.

Na ustach dziedzica wykwitł lodowaty, pełen niewymownej pogardy uśmiech, w którym malował się ostateczny triumf materii nad ludzkim duchem.

– Zaiste, pięknie – skwitował miękko Starski, ruszając niespiesznym krokiem w dalszą drogę i postukując miarowo laską. – A teraz powtarzaj to pan bez ustanku. W rytm moich kroków, panie Maruszewicz. Niechże owa prawda wryje się raz na zawsze w pański pusty łeb.

Zaszczuty do cna fałszerz, dławiąc się bezgłośnym szlochem i brzemieniem własnego, niepojętego upodlenia, powlókł się posłusznie za dziedzicem niby uwiązany na smyczy cień, który utracił wszelką własną wolę.

– Jestem pederastą… Jestem pederastą… – bełkotał rytmicznie, idąc tuż za swym panem, a miarowy stukot pańskiej laski o posadzkę wyznaczał bezlitosne tempo owej upokarzającej litanii. – Jestem pederastą…

Starski kroczył przodem z wyćwiczoną, salonową dystynkcją, ani razu nie zaszczycając swej ofiary wejrzeniem.

Na jego nieskazitelnej, alabastrowej twarzy igrał jednakże bezczelny, triumfujący uśmiech drapieżnika, w pełni napawającego się swą absolutną, niczym niepohamowaną władzą.

Oddalając się od zgiełku wyścigów, Maruszewicz kroczył mechanicznie, zgoła nie mając pojęcia, jak długo potrwa ów rozpisany na lata pochód hańby.

Lecz w najgłębszych, zepsutych do cna zakamarkach jego rozedrganego umysłu zrodziło się uczucie zgoła przerażające.

Wbrew resztkom instynktu samozachowawczego, złamanemu fałszerzowi zdało się nagle, iż całą swą istotą pragnie powrócić do owego zatęchłego ustępu.

Zamiast spodziewanego wstrętu, poczuł obezwładniający, cielesny głód bezwzględnego, dławiącego ciężaru dziedzica.

Ogarnęła go chora, niewolnicza żądza, by znów paść na kolana, złożyć ów najniższy, fizjologiczny hołd i poczuć w ustach ów akt absolutnego oddania.

W jego pękniętym pojęciu, to potworne, cielesne poddanie panu Starskiemu stawało się odtąd jedynym, mrocznym sensem jego zrujnowanego istnienia.

W swym ostatecznym, niepojętym upadku pragnął już tylko jednego – by pan Starski ponownie wepchnął w jego gardło swojego grubego, dwudziestodwucentymetrowego fiuta okalanego kruczoczarnym włosiem.

Chciał krztusić się owym aktem absolutnej dominacji, w chorym amoku łaknąc, by oprawca po raz wtóry zniewolił jego usta i ostatecznie zadusił w nim resztki dogasającego człowieczeństwa…

 

80
8.67/10

Fabuła

9/10

Erotyka

8/10

Warsztat

9/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Konstrukcja, prowadzenie historii, zakończenie.
Atrakcyjność scen erotycznych, napięcie, zmysłowość, sposób przedstawienia intymności.
Język, styl, dialogi, interpunkcja, technika pisania.

Komentarze (0)

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.