Łyżeczka

16 lipca 2026

5 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

“Szanowny Panie, gdyby spędzałby Pan równie wiele czasu na czytaniu moich raportów, ile spędza na oglądaniu gołych pań na Youtubie, to byśmy nie musieli spotykać się co tydzień na callu. W załączniku zamieszczam screen z dzisiejszej listy seansów, do których mamy wgląd. Pozdrawiam serdecznie…”

Patrzę na migający kursor tuż przy nazwie mojego stanowiska, dobrze wiedząc, że zaraz ten paragraf zniknie z ekranu monitora i zostanie zastąpiony przez nijaką, korporacyjną nowomowę zakończoną potwierdzeniem jutrzejszego spotkania.

Kolejny dzień w piekle.

Tylko że piekło 30-latków z kredytami hipotecznymi nie wygląda tak jak na obrazach Boscha. Nasze kręgi piekielne są oddzielone białymi ściankami działowymi z dykty i nie kreślił ich Dante Aligheri tylko pan Stanisław z działu technicznego. Zamiast kotłów mamy dwa metry kwadratowe powierzchni. Dwa monitory na blacie, bo biurkiem nie mogę tego nazwać. A w tyłek nie kłują nas widły, tylko niewygodne, najtańsze fotele biurowe z którejś ze skandynawskich sieciówek. Z pewnością Szatan zrobił sobie rebranding i jest teraz CEO jakieś międzynarodowej korporacji.

Treść maila poprawiona na akceptowalną społecznie oraz wysłana. Robota wykonana na dzisiaj. Jeszcze tylko sześć godzin do fajrantu.

Gryzienie się w język i po palcach, aby nie stracić klienta, trzeba sobie wynagrodzić szybkim rzutem dopaminy. Na drugim monitorze odpalam aplikację randkową. Zaczynam przewijać profile, analizując każdy z różną intensywnością. Niektóre odpadają po pierwszych zdjęciu, inne po przeczytaniu pierwszych zdań opisów. Czy serio, nadal, po tylu latach, serwisy streamingowe i podróże są uznawane za cechy osobowości? Rzadko mój palec uderza w klawisz ze strzałką w prawo. Mało które profile wydają się intrygujące na pierwszy rzut oka, a inne wybieram, bo dobrze wiem, że w pięć do dziesięciu zdań jestem w stanie umówić się z kimś takim na drinka, który tego samego wieczora skończy się na mojej kanapie.

Czy martwię się o bycie przyłapanym? Nie. Dobrze zadbałem w trakcie przenosin do nowego biura, by stanowisko pracy ustawić w taki sposób, żeby nikt nie widział moich monitorów. Aktualnie mam taką samo zblazowaną i zniesmaczoną minę jak zawsze w godzinach 7-15. Równie dobrze mogę przeglądać gazetkę sieci dyskontów, wyniki kwartalne mojego najlepszego klienta albo patrzeć na literówkę w menu lokalnego bistra. Najważniejsze, że sprawiam wrażenie osoby, która ciągle jest zajęta. Im bardziej udajesz zajętego, tym mniej projektów i obowiązków dostajesz w zamian za tą samą wypłatę.

Czytam wiadomości od Karoliny, 28-letniej „kobiety biznesu” z drugiego końca miasta, która ewidentnie już planuje naszą papierową rocznicę po jednej, leniwej rozmowie i nagle słyszę w słuchawkach krótki odgłos, który oznacza tylko jedno — powiadomienie w służbowym systemie. Zerkam na drugi ekran i widzę jedynkę w nawiasie na końcu nazwy karty w przeglądarce. Karolcia, musisz poczekać. Obowiązki wzywają.

Tym razem nie jest to mordeczka z działu technicznego, która chce wyśmiać ostatni mecz ulubionej drużyny piłkarskiej. Ani przełożony z pytaniem o dokumenty, które są „na jutro”, ale są gotowe od wczoraj i tylko czekają, aż o nie zapyta, by bez słowa wysłać mu załącznik. Tym razem na komunikatorze widzę koleżankę z innego działu.

- Jakby dzisiaj brakowało Ci cukru, to upiekłam szarlotkę. Zapraszam do naszej części budynku. Zostawię jeden kawałek specjalnie dla Ciebie. 
 

Kilka uśmieszków w windzie i żartów sprawiło, że zaczęliśmy pisać do siebie w godzinach pracy, jak i po niej. Długie, intensywne i przyjemne rozmowy do późnych godzin nocnych.

- Dzisiaj przywiązany do biurka. Ślęczę nad dokumentacją na jutrzejszy call, ale jeśli chciałabyś podrzucić kawałek koledze do biurka, to będę bardzo wdzięczny.
 

Przez moment patrzę się na moją wiadomość i analizuje każde słowo. Czy dobrze postawiłem przecinek? Czy nie ma literówek? Ona pisze zawsze idealnie i zmotywowała mnie do poprawnej pisowni na komunikatorach służbowych. Oczywiście, teraz wszyscy myślą, że jestem pasywno-agresywny i mam problemy z nimi. No cóż, im mniej wizyt przy moim biurku tym lepiej.

- Jak coś to brakuje u nas łyżeczek.

Zerkam na migający wielokropek, oznaczający tworzącą się odpowiedź. Po kilkudziesięciu sekundach zamienia się w kolejną linijkę czatu.

- Może jeszcze w zębach Ci przynieść?

- Nie, ale możesz przynieść ją w buzi. Z posmakiem Twojej śliny ciasto będzie smakować o niebo lepiej — odpisuję, uśmiechając się prawym kącikiem warg.

Zamiast odpowiedzi moja wypowiedź zostaje ozdobiona emotikoną serduszka. Zapada cisza. Karolcia, wracamy do Ciebie. Powiedz, jakie imiona nadałaś naszym wymyślonym dzieciom.

Kilka minut później na korytarzu zauważam ją. Wchodzi do naszego biura, wita się z wszystkimi i podchodzi do mojego kącika. Na małym talerzyku leży kawałek przepysznie wyglądającej szarlotki. Obok niej łyżeczka.

Patrzę w oczy koleżance w wymowny sposób i zerkam na łyżeczkę, która powinna być w jej ustach. Dodaję do tego znaczące chrząknięcie, jak ojciec, który chce strofować rozrabiające dziecko w galerii handlowej. Ona wywraca oczami, bierze łyżeczkę w dłoń i wkłada sobie ją na chwilę do buzi. Jakby robiła wymaz do badań u bardzo natrętnego lekarza. Przejmuję łyżeczkę od niej, muskając palcami jej dłoń. Patrząc jej w oczy i przejeżdżam całym językiem po łyżeczce, akcentując szczyt łyżki końcówką języka. Niech dobrze wie, co ten język potrafi. Lata praktyki spędzone pomiędzy kobiecymi udami, a nie trening na opakowaniach serka waniliowego dla dzieci. Niech będzie świadoma, że moja oszroniona siwizną broda wchłonęła tyle samo kobiecych soków co olejków i balsamów z niemieckich drogerii. Niech wyobraża sobie, że mogłaby być tą łyżeczką.

Ta chwila z boku mogła trwać 15 sekund, ale dla nas trwa o wiele za długo.

- Przepyszna. Jak zawsze – mówię, wciąż patrząc jej w oczy z łyżeczką w ustach.

Odpowiada mi jej drobny uśmiech, płonące oczy oraz lekkie drżenie z podniecenia, niewidoczne dla nikogo poza mną. Śledzę ją wzrokiem, dopóki nie zniknie za rogiem korytarza. Analizuje kołysanie jej bioder, kolor oraz teksturę rajstop na kształtnych nogach i powiększający się rumieniec na jej bladych policzkach. Wyjmuję łyżkę z ust, czując bardziej metaliczny posmak niż ten, który tak naprawdę chciałbym poczuć. Częstuję się kawałkiem ciasta.

Kurwa, trzeba jej przyznać, kobieta umie piec.

 

60
9.33/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.33/10 (4 głosy oddane)

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.