Ilustracja: Gustavo Fring

Początek drogi (I)

15 października 2026

41 min

Tekst poniżej stanowi luźne połączenie grozy, fantasy i erotyku. Początkowo miało to być jedynie krótkie opowiadanie. W tekście pozostały wątki i postaci, które mija nasza główna bohaterka w trakcie swojej podróży oraz jej wspomnienia. Wszystkich nie rozwinę, ale jeśli któreś z nich wzbudziło wasze zainteresowanie, napiszcie w komentarzu.

Wstęp

Za oknami sunęły odległe kadłuby przygotowujących się do startu samolotów. Żółte wózki przemykały niczym rozmyte, żółtawe plamy, w gęstej, przypominającej biały szum jesiennej mżawce. Różowa łuna reklamowego neonu wpadała przez okna za moimi plecami, podkreślając cienie i zagięcia przeciwdeszczowych kurtek i płaszczy. Jedynie pulsujące białym światłem jarzeniówki w głębi korytarza, rozświetlały korytarz swym klinicznym blaskiem. Szum rozmów, ocierających się o siebie anonimowych sylwetek, wypełniał przestrzeń. Inni stali w bezruchu, wpatrzeni w rosnące kałuże na wybetonowanej tafli lotniska, w oczekiwaniu na dalszą drogę. Szturchnięcie w bok wyrwało mnie z zamyślenia.

– Co się mówi? – usłyszałam karcący, matczyny ton.

– Przepraszam.

Spojrzałam za siebie, najpierw na błyszczące czarne buciki i bordowych rajstopach, podkreślające chude, patykowate nogi dziewczęcia. Granatowa spódniczka poniżej kolana i bordowa bluza sprawiały, że wyglądała niczym uczennica prywatnej szkoły, wracająca do domu po lekcjach. Ściskała w dłoniach czytnik książek w beżowym etui. Uśmiechnęłam się pojednawczo.

Wróciłam do obserwowania płyty lotniska, po której niczym w podmorskiej głębinie przesuwały się jasne Boeingi, niczym lewiatany otoczone ławicą migających rybek. Wysoka metalowa wieża, błyskała czerwonymi światełkami, jak boja wznosząca się gdzieś ponad powierzchnie morza.

W szybie odbijało się wnętrze korytarza za mną, gdzie spośród ludzkiej masy wyróżniało się dwóch podstarzałych panów z brzuszkami i mocno posuniętą łysiną. Patrzyli prosto w moją stronę, teatralnie nachylając się ku sobie. „Nigdy nie widzieli kobiety w legginsach?”, pomyślałam, czując ich palące, śliskie spojrzenia. W takich chwilach zdecydowanie wolałabym mieć na sobie parę luźnych, szerokich sztruksów albo zupełnie niemodne bojówki. Większość ubrań leżała obecnie w pralce bądź tworzyła nierównomierną hałdę na krześle obok biurka, gdzie zaczekają, aż wrócę.

Ruszyłam przed siebie, przeciskając się przez tłum ludzi. Moja zasłużona torba zsuwała się z każdym krokiem, ciągnąc mnie do ziemi, niczym kotwica. Samolot już miał opóźnienie i nie zapowiadało się, że coś ulegnie zmianie. Jednocześnie ani powrót na górę, ani wyjście na zewnątrz nie były dla mnie satysfakcjonującym rozwiązaniem. Dopiero w kącie przy schodach udało mi się znaleźć odrobinę miejsca.

Kolejne ciekawskie oczy zaczęły lustrować mnie, niczym artysta szykujący woskową podobiznę do muzeum Madame Tussaud lub fotograf próbujący uchwycić najlepszy kadr. Niczym miękki pędzel sunący po krzywiźnie biodra, pozbawiony gwałtownej łapczywości.

Ciekawiło mnie, w jakiej roli występowałam teraz w jego wyobraźni. Czy byłam teraz jego osobistą asystentki, niegrzecznej uczennicą, a może kimś jeszcze innym? Był barczysty, z jedynie niewielkim brzuszkiem o włosach przyprószonych siwizną. Nie speszył się zbytnio, gdy nasze spojrzenia spotkały się, a jedynie uśmiechnął się lekko pod nosem. Był tak blisko, że doskonale widziałam dwudniowy zarost na jego policzku, idealnie wyprasowany kołnierzyk koszuli i złocisty pierścionek na palcu. Przygryzłam wargę, przestępując z nogi na nogę. Wyobraźnia podpowiadała mi kolejne scenariusze, wywołując znajome pulsowanie w głębi trzewi. Sprawiało mi przyjemność wprowadzanie aktorów na scenę wyobraźni. Tym razem aktor był jeden i graliśmy scenę łóżkową. Patrzyliśmy na siebie zbyt długo, by było to dzieło czystego przypadku. Czułam korzenny zapach jego perfum.

Nie wiem, jak długo trwała ta wymiana spojrzeń. Przerwało ją nagłe pojawienie się wysokiej, chudej damy o jasnych, blond włosach i mocno wymalowanych ustach. Z zupełnie wyskubanymi, a następnie ponownie narysowanymi brwiami, wydawała się, być ciągle poirytowana. Usłyszałam jej podniesiony, piskliwy ton, gdy opowiadała mężowi o swoich zdobyczach ze strefy wolnocłowej. Włożyłam słuchawki, otulając się ciszą.

Nagłe uderzenie chłodnego powietrza wypełniło ciasną przestrzeń, a niesione wiatrem krople deszczu prysnęły mi w twarz. Ruszyłam za tłumem. Po chwili niemal wepchnięto mnie do ciasnego busa, który miał nas zawieść wprost pod schody, prowadzące do samolotu. Gdy stanęliśmy przy schodach, szpakowaty mężczyzna stał tuż za mną.

Zbliżając się do samolotu, coraz mocniej odzywał się we mnie nieokreślony lęk. Samotny lot do Francji kłócił się z naturą tego miasta. Nawet świadomość, że romantyczny Paryża był sprzedawaną turystom fikcją, nie zmieniało to tego, jak to miasto na mnie wpływało. Ostatni raz byłam tam nieco ponad dwa lata wcześniej z moim ówczesnym partnerem. W niewielkiej paryskiej restauracji oświadczył mi się, o czym świadczył do niedawna niewielki pierścionek na palcu. Potem zniknął na zawsze z mojego życia. Oboje wiedzieliśmy, że nie ma sensu tego przedłużać i lepiej zakończyć, na etapie, w którym jeszcze możemy się na siebie patrzeć. Potem dowiedziałam się, że będąc ze mną, zalecał się do mojej przyjaciółki ze studiów.

Mój hotel znajdował się kilkanaście minut piechotą od terminala, skąd wysiadałam, więc ominie mnie zbliżenie się do wzbudzających wciąż mieszane wspomnienia miejsc. Zapewne i tak spędzę pół nocy w pokoju, przebijając się przez dokumenty, po to, tylko by rano ratować się ogromnym kubkiem czarnej kawy na podwójnym espresso. Potem czeka mnie długa droga na burgundzką prowincję, do zapomnianej wioski, o której na ten moment wiem, tylko tyle, że słynie ze stawów rybnych i tego, że kiedyś Napoleon przystanął oddać tu mocz, czy czymś podobnie chwalebnym. Na razie sama idea zerknięcia do teczki, w której leży testament i plik innych dokumentów, napawał mnie odrazą.

Gdy stanęłam w kolejce do samolotu, mój „rzeźbiarz”, jak nazwałam go w myślach, ustawił się zaraz za mną. Powoli pokonywałam kolejne śliskie stopnie, czując, jak przygląda się moim ruchom. Ciekawe, czy będzie o mnie fantazjował, leżąc dziś wieczorem z żoną. Mocniej poruszyłam biodrami, jakby chcąc zagwarantować sobie miejsce w jego pamięci. Wchodząc do środka, spojrzałam mu w oczy ostatni raz. Przełknął nerwowo ślinę, gdy zmierzyłam go wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na ciemnym materiale jeansów i nieznacznym wybrzuszeniu, jakie się tam pojawiło.

Stewardessa przywitała mnie i po chwili dotarłam na swoje miejsce przy oknie. Spróbowałam rozprostować nogi w ciasnym fotelu. Projektanci tej linii dawno uznali wygodę pasażerów za rzecz, z której można zrezygnować. Klaustrofobiczny wytwór sadystycznej wyobraźni, potocznie nazywany „fotelem w tanich liniach lotniczych”, zatrzeszczał lekko, gdy poprawiałam miękkie, welurowe oparcie. Wkrótce znajoma dziewczynka wraz z matką zajęły miejsca obok mnie. Z przodu stewardessa prowadziła szkolenie bezpieczeństwa. Szansa, że zdążę wykonać którąkolwiek z jej instrukcji, gdy samolot zacznie pikować ku ziemi, była niemal równa zeru.

Wystartowaliśmy, a ja mogłam spokojnie rozpiąć pasy i zdjąć sweter. Powinnam czytać teraz akta sprawy i przeglądać listę sporządzoną przez zawodowego rzeczoznawcę kilka miesięcy temu. Zamiast tego po kryjomy, przyglądałam się zaczerwienionej dziewczynce, która najpierw nerwowo przygryzała wargę, by po chwili w skupieniu wodzić wzrokiem po kolejnych liniach książki, kurczowo zaciskając palce na niewielkim urządzeniu. Za oknem ciemne chmury przemykały pod nami, ledwie oświetlane, przez zachodzące słońce.

Na skraju sąsiedniego rzędu siedział dość wysoki mężczyzna o orlim nosie. Kremowa, lniana koszula opinała jego atletycznie zbudowane, szczupłe ciało. Mimowolnie wracałam do niego wzrokiem. Długimi wypielęgnowanymi palcami rozczesywał w roztargnieniu włosy do ramion koloru brązu. Żałowałam, że nie siedzi teraz bliżej. Przycisnęłam mocniej sweter do podołka, czując narastający żar. Nici z pracy w podróży. Na początku owulacji, zwłaszcza odkąd rozstaliśmy się z Arturem, jak to określa moja koleżanka, „przeleciałabym jeża”. Teraz w większym stopniu szukałam czegoś, co odwróci moją uwagę od stresującej przyszłości, a przystojny chłopiec i pięknym profilu doskonale się nadawał do tej roli.

Zbyt długo przyglądałam mu się, bo zwrócił na mnie uwagę. Przez moment przyglądaliśmy się sobie, a ja w niemym oczekiwaniu puściłam mu oko. Wyobraziłam sobie, że za obitą welurem podpórką nie siedzi dziewczę, zaczytujące się w młodzieżowym romansidle z wypiekami na buzi. Gdyby on tu był, moje palce tańczyłyby po jego kolanie, a on bawiłby się mną. Zacisnęłam mocno palce na swetrze, marząc o jego dotyku. „Opanuj się”, pomyślałam sobie.

Dalej siedziała obok mnie ta młoda dziewczynka, ubrana w granatową spódniczkę i bordowe rajstopy, a jej chude kolana, niczym metronom, stykały się ze sobą, gdy kurczowo ściskała urządzenie, przygryzając w zamyśleniu wargę. Samolotem szarpnęło. Na chwilę dziewczynka zastygła w bezruchu, zerkając na matkę. Zapewne trafiła na jakiś szczególnie pikantny kawałek.

On zaś oparł się wygodniej w fotelu i odpowiedział mi uśmiechem, po czym lekko skinął głową, idealnie odczytując uczucia, które mnie opanowały. Najpierw ostrożnie muskałam włosy, bawiąc się nimi, drażniąc kasztanowym pasemkiem policzek, by opaść samą opuszką niżej, tycząc krętą drogę. Pragnęłam, by przeszedł tę ścieżkę wargami, językiem i zębami. Dotknęłam sutki, czując wyraźną twardość pod materiałem. Zdjęłam sweter, prezentując nieznajomemu biały top, świadoma odznaczających się na nim nierówności sutków i krzywizn piersi. Strach przed byciem zauważoną przez kogokolwiek, oprócz tego anonimowego pasażera, dodawał wszystkiemu pikanterii. Na moment straciłam go z oczu, gdy najpierw stewardesa, a po chwili jakąś pulchna starsza dama przeszły korytarzem.

On czekał w skupieniu, to pukając złączonymi palcami w policzek, to powoli muskając go i dotykając warg. Drobne niepozorne ruchy, dla nieświadomego obserwatora nieco dziwne, dla mnie zmieniły się w doskonale zrozumiały język migowy. Uszczypnęłam sterczącą sutkę palcami, wywołując u niego lekko zakłopotany uśmiech i powolne skinienie głowy, jakby zachęcające do dalszej gry.

Pokręciłam głową z szelmowskim uśmiechem. Wycofałam się w głąb fotela, wydobywając z torby dokumenty. Po krótkiej chwili nieznajomy pasażer, zaczytana nastolatka i szum samolotu straciły znaczenie. Nie miałam zbyt wiele czasu, by zapoznać się ze szczegółami zadania, chociaż wstępnie nakreślony plan, nie wydawał się zbyt skomplikowany. Na początek będę musiała dotrzeć do domu należącego do naszego zmarłego klienta, gdzieś w Burgundii. Rano miałam odebrać samochód z wypożyczalni. Na miejscu Agnieszka zdążyła zarezerwować nocleg i umówić się na spotkanie ze starszym sąsiadem i prawdopodobnie jedynym bliskim przyjacielem klienta. Potem pozostanie mi przejrzenie prawie pięciuset zabytków, rzeźb, figurek i obrazów. Przebiegałam wzrokiem po kolejnych stronach dokumentacji dołączonej do spadku, z każdą chwilą pogłębiając się w przeświadczeniu, że to przekracza moje kompetencje. Miałam nadzieję, że nie pojawi się nagle, jakiś nikomu nieznany krewny. Prawo francuskie pod tym względem bywało skomplikowane.

Pierwotnie miała lecieć Agnieszka, która najlepiej z nas orientuje się w lokalnych niuansach, niestety wczoraj rano połamała się, zostawiając mnie z tym samą. Szef uznał, że dam sobie radę, w końcu studiowałam we Francji, znam dobrze język i jest zdolna. Czego więcej trzeba… Wyobraziłam sobie nagle długą kolejkę wyimaginowanych, złaknionych krwi i fortun nieślubnych dzieci i porzuconych kochanek. Przełknęłam ślinę, z większym trudem łapiąc oddech. Do kompletu jeźdźców mojej stresowej Apokalipsy brakowało jeszcze migreny i sraczki.

„Jak wszystko pójdzie gładko, może czeka mnie awans”, pocieszyłam się. „Skup się na dokumentach. Kroczek po kroczku”, tłumaczyłam sobie w myślach, niemal powtarzając lekcje wyniesione z dawno skończonej terapii.

Sam życiorys zmarłego okazał się całkiem interesujący i na moment odsunął czarne myśli. Wyemigrował z Polski po studiach, po czym spędził kilka lat we Włoszech, aby ostatecznie trafić do Francji. Parał się rozmaitych zajęć, był pomocnikiem murarza, hydraulikiem, a przez moment pracował, jako szewc. Dorobił się majątku dzięki kilku sklepom z obuwiem, które sprzedał kilka lat temu. Poświęcił się całkowicie kolekcji, jakby odkrył w tych dziełach nieznany nikomu sekret. Słowa i imiona, które byłam w stanie, chociażby wymówić, jak „Abaddon”, „Uriel”. „Azreael” i „Nefilim”, mieszały się ze słowami, które pasowały bardziej do menu, hinduskiej knajpy, albo odgłosów wydawanych przez kogoś duszącego się kluskami. Utknęłam w ciągach niewymawialnych spółgłosek i obcych imion.

Głośny komunikat wyrwał mnie z lektury, informując wszystkich o zbliżającym się lądowaniu, które okazało się zaskakująco miękkie. Na szczęście w Paryż przywitał mnie lepszą pogodą. Minęła dłuższa chwila, zanim pokonałam długi hol, by znaleźć wreszcie właściwy pas z bagażem. Gdy tak stałam, czekając na moją wielką beżową walizkę z czerwoną opaską na rączce, usłyszałam za sobą kroki. Kątem oka dostrzegłam nieznajomego pasażera, z którym na migi flirtowałam na początku lotu. Podszedł dość blisko, bym mogła poczuć cytrusowy zapach perfum.

– Może pomóc z walizką? – zapytał grzecznie.

– Poproszę – odpowiedziałam cicho, czując gęsią skórkę na karku. Miał głęboki, melodyjny głos.

– Muszę ci podziękować. Już dawno żaden lot nie minął mi tak szybko – wyszeptał, sięgając po uchwyt mojego beżowego olbrzyma, by po chwili z gracją zdjąć nasze walizki z karuzeli.

– Cieszę się. Mnie również było bardzo…

– Co cię sprowadza do Paryża. Biznes czy pleasure? – rzucił z uśmiechem, gdy ruszyliśmy w kierunku wyjścia z terminala.

– Biznes. Chociaż w zasadzie, do samego Paryża tylko na chwilę. A ciebie?

– Podobnie. – Wzruszył ramionami. – Przynajmniej na początku. Potem narzeczona dołączy do mnie i mam nadzieję, że znajdzie się też trochę tego drugiego. – Mówił spokojnie, a mimo to słowo „narzeczona”, przypominało opadający szlaban. Poczułam, że się czerwienie ze wstydu.

– Ehh. Głupio mi – wyrzuciłam z siebie.

– Oboje jesteśmy dorośli, a nasza pantomima… – zażartował. – Jeśli potrwałaby dłużej, bałbym się o czystość sumienia.

– Skończ, bo zaraz całkiem spalę się ze wstydu.

– Wybacz. Adrian, tak w ogóle.

– Sara. – uścisnęliśmy sobie dłonie. – Ja…

– Nawet nie próbuj się tłumaczyć. Powodzenia. – Przystanął przy rozwidleniu korytarza, wyciągając rękę na pożegnanie.

Powoli mój rumieniec zanikał, wciąż pozostawiając niejasne uczucie niepewności. Obserwowałam go jeszcze przez chwilę, jak odchodził. Musiałam przyznać, że w dopasowanych jeansach jego tyłeczek wyglądał niesamowicie apetycznie.

Ruszyłam w kierunku hotelu, mijając gromadkę azjatyckich turystów i stojącego pod jedną z wind adoratora ze schodów. Dzierżąc w dłoni kartę do pokoju, powlokłam się do windy. Gdy już dotarłam do pokoju 502, spodziewałam się zastać ciasną klitkę z wąskim i miękkim łóżkiem. Widok małżeńskiego łoża, butelki szampana z dwoma lampkami i bilecikiem był przyjemnych zaskoczeniem.

Na bileciku zapisano „Pour Agnès”. Westchnęłam cicho, jakbym przypadkiem natknęła się na parę kochanków in flagranti. Agnieszka miała narzeczonego i dwa puchate yorki. Z chytrym uśmieszkiem na twarzy, zrobiłam kilka zdjęć romantycznego wnętrza, w którym brakowało jedynie płatków róż i serduszek z ręczników, do pełnego obrazu. Kusiło mnie wysłanie ich na firmowym komunikatorze, zwłaszcza że na ekranie aplikacji obok miniaturki Marcina, naszego przełożonego, paliła się neonowo-zielona kropka. Wyglądało na to, że przez nagły wypadek mojej koleżanki, zapomniał odwołać dodatkowych usług. Postanowiłam jednak zostawić to sobie w zanadrzu. O ich romansie krążyły jedynie niepotwierdzone plotki, ale sądząc po tym, co tu zobaczyłam, tłumaczyło to te wszystkie projekty „dociągane” do późna w nocy.

Wyjęłam teczkę z torby, rozkładając dokumenty na niewielkim biurku. Zagłębiając się w kolejne szczegóły, zdałam sobie sprawę, że proste zadanie z łatwością może stać się, skokiem na głęboką wodę. Szybko dostrzegłam rosnące zainteresowanie Henryka starożytnością, bo imiona i nazwiska współczesnych artystów, ustępowały miejsca nazwami królestw, jak Babilon, Asyria, Elam, czy Mina. Potrzebowałam przerwy. Nie jestem muzealnikiem, a ni archeologiem, by znać się na tym, jak zabezpieczyć starożytne zabytki.

Szampan w pokoju kusił, ale zbyt wyraźnie pamiętałam, ostatnie panieńskie, na jakim byłam.
Usiadłam na stołku przy barze, kontemplując pokryte tatuażami plecy niskiej barmanki. Zauważyła mnie i po chwili obserwowałam w ciszy, jak przygotowuje moje pornstar martini.

– Cześć. – usłyszałam męski bas za swoimi plecami. – Mogę się przysiąść?

– Proszę – odpowiedziałam, rozpoznając w nim „rzeźbiarza” z lotniska.

Przysiadł się obok. Kątem oka obserwowałam jego duże dłonie. Złota obrączka błyszczała, doskonale widoczna na opalonej skórze

– Drinki lepiej jest pić w towarzystwie. – uśmiechnął się.

Po chwili obok mojego kieliszka pojawiła się, zamówiona przez niego podwójna szkocka z lodem.

– Rozumiem, że twoje zostało w pokoju? – Wskazałam, skinieniem na obrączkę.

– Odsypia lot. Zawsze ma migrenę po locie.

– Czekacie na przesiadkę?

– Tak. Mieliśmy lecieć w nocy na Mauritius, ale lot się opóźnił.

– Zazdroszczę. Idealna pogoda na cieplejszy klimat.

– A no – mruknął posępnie. – A ty?

– Tylko wyjazd z pracy. Przyszłam trochę się odprężyć przed jutrem.

– Jak ci idzie?

– Coraz lepiej.

– Tam na lotnisku miałem wrażenie, że miałaś ochotę o coś mnie zapytać. Zanim przyszła moja… – mówił cicho. Wyglądał na zdenerwowanego, a żelazna pewność siebie, zaczęła powoli pękać.

– Hmm, może – westchnęłam.

– Nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. W duszy miałem nadzieję, że cię tutaj zobaczę – mówił spokojnie, dobierając każde słowo z rozwagą. Zrobiło mi się po tym wyznaniu ciepło.

– Nawet nie znasz mojego imienia.

– Czy to ważne? Pewnie i tak się nigdy więcej nie zobaczymy.

– Zazwyczaj nie interesują mnie żonaci – powiedziałam cierpko.

– Nasz związek spaja obecnie jedynie dziecko, wygoda i kredyt. Może Elę trzymają jeszcze te wszystkie wakacje w ciepłych krajach. Oboje mamy swoje grzeszki. Ja nie dopytuje o jej malowanie obrazów przy winie i powroty z firmowych wyjazdów, a ona o moje słabości…
Obserwowałam przez chwilę w milczeniu jego minę. Mało brakowało i sama utknęłabym w takim związku.

– Jak tak można żyć? – spytałam cicho.
Wzruszył ramionami, po czym dopił whisky jednym haustem.

– Chciałam cię zapytać… A zresztą. Mieszkam w pokoju 502. – Pusta lampka przewróciła się z hałasem. Postawiłam ją ponownie na barze, po czym szybko ruszyłam w kierunku windy, czując znajomy pomruk paniki, mieszającej się z podnieceniem. Rozważałam, czy nie pobiec teraz do pokoju i nie zamknąć drzwi na klucz. Bałam się, co zrobić, gdy przyjmie moją propozycję i jednocześnie niesamowicie mnie to nakręcało.

Podszedł, gdy jeszcze stałam przed windą. Gdy tylko weszliśmy, jeszcze zanim drzwi zamknęły się zupełnie, poczułam jego ciężką dłoń na biodrze. Odwrócił mnie ku sobie i pocałował, wpijając we mnie usta. Odwzajemniłam pocałunek, opierając się o jego tors. Jego serce biło, jak młot.

– No, no – szepnęłam, gdy brzęczyk poinformował o tym, że dojechaliśmy na właściwe piętro.
Parsknął śmiechem, ja zresztą po chwili też. W pośpiechu dotarliśmy do pokoju.

– Widzę, że szef troszczy się o ciebie. – Uśmiechnął się na widok łoża i stojącego na stoliku szampana.

– Raczej o moją koleżankę, która miała tutaj pierwotnie jechać.

– Jej strata – szepnął, obejmując mnie w pasie.

Zacisnął dłonie na moich biodrach, po czym docisnął do ciebie, by znowu zamknąć mi usta pocałunkiem. Swobodnie przeniósł chwyt na pośladki i wbił mnie palce. Nie czekając na nic, rozpinałam mu koszulę. On nie był tak delikatny, niemal zdzierając ze mnie sweter.

– Delikatniej – powiedziałam.

– Nie mogę się ciebie doczekać. Już na lotnisku chciałem cię zerżnąć – wyrzucił z siebie. Ostatnie słowo zadziałało na mnie niczym zapalnik, detonując wiszące między nami napięcie. Mocnymi szarpnięciami pozbawiłam go paska, a po chwili również całych spodni.

Z łapczywą namiętnością złapał mnie za pierś okrywaną jedynie przez cienki top. Uwolniłam się od jego uścisku na chwilę. Czułam, że rzuci się na mnie, odrzucając na bok miękką otoczkę. Dawno nie czułam się na kogoś tak napalona. Nie zdążyłam zdjąć reszty ubrań, gdy niczym napastnik futbolowy rzucił mnie na miękkie łoże, po czym nakrył ciałem. Gdy musnął wargami sterczący sutek, jęknęłam głośno z rozkoszy. Kąsał mnie i lizał, schodząc po krzywiźnie piersi, a potem brzucha w kierunku łona. Wygięłam się w łuk, pozwalając mu zdjąć z siebie obcisły materiał legginsów. Wpił się w moją kobiecość i zaczął mnie świdrować nim. Zachowywał się, jak doświadczony kochanek, który dobrze pamięta zasady tej gry. Dawno nie było mi z nikim równie dobrze. Wiedział doskonale, jak wyzwolić we mnie kolejną falę rozkoszy, a kiedy odpuścić, by orgazm mógł wezbrać i powrócić niczym tsunami. Nawet jego szorstki, ledwie widoczny zarost, drażniąc moje uda, potęgował doznania i prowokował. Chwyciłam go za włosy i przyciągnęłam bliżej, dając mu całusa w lepkie od moich soków wargi. Poczułam swój smak na jego ustach. Usiadł obok, dysząc ciężko.

– Moja kolej – szepnęłam, drażniąc palcami wypukłość w materiale bordowych bokserek.

Odsunęłam gumkę na bok, wypuszczając naprężoną, mokrą od preejekulatu męskość. Musiał widzieć ogniki czystej podniety w moich oczach, gdy zbliżyłam się do niego, biorąc go w dłonie. Jęknął, gdy dotknęłam go językiem, by po chwili objąć wargami. Jego zapach doprowadzał mnie do szału. Samo wrażenie, jego nabiegłego krwią do granic możliwości penisa, który drgał w moich ustach, sprawiało, że czułam, że przemakam.

– Poczekaj – wystękał. Z trudem wydobył prezerwatywę z portfela i rozerwał ją drżącymi palcami. Nie pozwoliłam mu jej ubrać.

– Ja to zrobię – powiedziałam, wyjmując mu lepki kondom z palców.

Uklękłam przed nim, rozkoszując się widokiem, jak drży na skraju orgazmu. Powoli nasunęłam gumkę, całując przez jasny lateks obfitą żołądź, zostawiając na niej krople lepkiej śliny. Pchnął mnie na łóżko i nie czekając ani chwili dłużej wszedł we mnie niemal natychmiast.

Gdy doszedł, oboje potrzebowałam czasu, by odpocząć i złapać oddech. Gdy leżałam, powoli zastanawiając się nad tym, co właśnie się stał, podał mi lampkę pełną szampana. Z przyjemnością poczułam jego słodycz.

– Gotowy na więcej? – Wyszczerzyłam zęby. – Kładź się.

– Mhm. Co proponujesz?

– Zobaczysz.

Usiadłam na nim tyłem, biorąc go w siebie. Chciałam wycisnąć z tego wieczoru wszystko, co miał do zaoferowania. Gdy wychodził, dochodziła pierwsza w nocy. Ruszyłam pod prysznic na drżących nogach, pragnąc zmyć z siebie ślady rozkoszy, znaczące moje ciało bladymi smugami soków. Gdy wróciłam do sypialni, nawet nie sięgnęłam po spodenki i koszulkę. Z przyjemnością wpadłam naga w miękkie objęcia łóżka i niemal natychmiast zasnęłam.


Rano w wypożyczalni miał czekać na mnie czerwony Volkswagen Polo. Potem czekało mnie kilka godzin jazdy na spotkanie z sąsiadem klienta.

„Muszę wyglądać profesjonalnie. Na legginsy, sztruksy i wyciągnięte swetry przyjdzie czas później”, powiedziałam pod nosem, wyciągając z walizki nowe rajstopy i zieloną sukienkę do kolana. Zapewne Agnieszka przyleciałaby do Paryża, wystrojona w ten idealnie skrojony żakiet i szpilki, na których, żadna normalna kobieta nie utrzyma się dłużej niż kwadrans i poradziłaby sobie ze wszystkim, popijając szampana i pieprząc się z szefem.

Przy śniadaniu minęłam mojego wczorajszego kochanka przy ekspresie. Staliśmy przez moment w niezręcznym milczeniu. Dopiero na odchodne, szepnął cicho “dziękuję”.

Prowincja

Nie zdążyłam na dobre wydostać się na autostradę, gdy wściekły klakson kierowcy BMW niemal przyprawił mnie o atak serca. Od niedawna byłam szczęśliwą posiadaczką prawa jazdy. Zdałam je za piątym razem i to w Sochaczewie, ale zdałam uczciwie i to bez protekcji pana Sławka — egzaminatora. Jego wizytówkę z zaproszeniem na prywatne lekcje i sugestię, że długość spódnicy jest odwrotnie proporcjonalna do szansy na zdanie u niego, wyrzuciłam do kosza.

Dopiero wyjazd na autostradę pozwolił mi się uspokoić. Nie ukrywam, że jazda nowym samochodem, w innym kraju, do pracy, na której się nie znam, potęgowały mdłości ze stresu. Szybko odpłynęło odprężenie z poranka, zastępowane przez twardą rzeczywistością.

Inwentaryzacja kolekcji powinna być dokonywana przez rzeczoznawcę. Jedynie dość oryginalna konstrukcja umowy klienta sprawiała, że zamiast zawodowego rzeczoznawcy, albo przynajmniej muzealnika, zadanie to spadło na spanikowaną absolwentkę prawa. Długa lista eksponatów leżała w teczce, ograniczając moje zadanie do dopasowywania numerów, robienia zdjęć i notatek. Dodatkowe punkty dostanę za znalezienie szczegółowej dokumentacji zabytków, których nasz klient nie dołączył oczywiście do akt sprawy.

Jednym słowem nic trudnego. Przynajmniej starałam się sama o tym siebie przekonać. Potem muszę tylko dopilnować, by ekipa transportująca zabytki spakowała je właściwie i odebrać pokwitowanie. W międzyczasie czekała mnie rozmowa z sąsiadem naszego nieboszczyka, który otrzymał w spadku przyjemną sumkę i prawa do ziemi.

Przed wyjazdem przejrzałam treść testamentu i na widok kwoty, zrobiło mi się ciepło. Z takimi pieniędzmi mogłabym ułożyć sobie nowe życie, a przynajmniej wyjechać na bardzo długie wakacje w jakieś ciepłe miejsce. Raczej na mieszkanie w Warszawie by nie starczyło, ale na chatkę nad morzem na jakiejś rajskiej wysepce na pewno. Moja skuteczność stanowiła tutaj o moim przyszłym, być albo nie być w firmie.

Mimo że to wszystko wyglądało dość prosto i klarownie, wciąż czułam, że brak mi jakichś kluczowych kompetencji. Gdyby nie to, że kurczowo ściskałam kierownicę, to teraz zapewne ogryzałabym paznokcie ze stresu.

Gdy zjeżdżałam z autostradę w wąskie drogi ciągnące się wśród pól i niewielkich skrawków lasu przypomniało mi się rodzime okolice. Od wyjazdu na studia do Warszawy, rzadko bywałam w domu, zresztą nie byłam tam nigdy zbyt mile widzianym gościem, także widok ten nie wywołał we mnie fali nostalgii.

Matka traktowała mnie, jak powietrze, bo przypominałam jej kogoś, kogo znała dawno temu, a komu zawdzięczałam kasztanowe, lekko falowane włosy i brązowe oczy. Ojczym próbował zachowywać się, jak mój biologiczny ojciec, ale nie zawsze mu to wychodziło. Zacisnęłam zęby, uświadamiając sobie, że znowu ich tłumaczę. Jedynie babcia, jako jedyna szczerze mnie wspierała i myślę, że gdyby nie ona, nigdy nie skończyłabym studiów.

Zacisnęłam zęby, tamującą frustrację. „Nie mogę ich tłumaczyć”, pomyślałam, gdy ostatnie pół roku psychoterapii, szło, jak krew w piach. Na studiach musiałam sama się utrzymać, co przy studiowaniu prawa w Warszawie, nie było proste. Dopiero, gdy poznałam Artura, poczułam, że komuś zależy na mnie. Nie ukrywam, że to on wyciągnął mnie z bagna zepsutej samooceny i wycofania. Faktem było to, że zdradził mnie. Niestety szczerą rozmowę o stanie naszej relacji przeprowadziliśmy już po tym, jak moja przyjaciółka pokazała mu bardziej zielony trawnik rosnący za płotem naszego związku.

Moje rozważania i wspominki przerwał odgłos płynący z pokładowej nawigacji. Minęłam niedużą wioskę, skupisko domów wokół brukowanego placyku. Gdzieś tutaj miałam zarezerwowany nocleg. Za domami znalazłam wąską polną drogę, biegnącą pomiędzy polami i zielonkawymi plamami stawów rybnych, aż pod dwa, obrośnięte gęstym dywanem bluszczu domy, które z oddali wyglądały, jak para zgrzybiałych staruszków.

Ledwie zdążyłam wysiąść z samochodu, by rozprostować nogi, gdy dotarło do mnie głośne szczekanie psa zza rozpadającej się furtki. Ze szczeliny pomiędzy szczeblami wystawał czarny, nos i plamy biało-rudej, przypominającej zamsz sierści. Zbliżyłam się do furtki, dostrzegając poprzez szczeliny między sztachetami, krępego, nieco otyłego beagla. Wkrótce z wnętrza domu wyłonił się właściciel wywabiony naturalnym dzwonkiem. Obserwowałam jego sprężysty, młodzieńczy krok. Gdy jednak dostrzegł mnie za furtką zaszła zmiana, jakby mój widok dodał mu nagle lat albo przypomniał sobie, że powinien wyglądać i zachowywać się, jak na niemal siedemdziesięciolatka przystało. Przypiął psu smycz i z trudem odciągnął go od bramki. Pierwszym, co zwróciła moją uwagę, była jego łysa, jakby kanciasta głowa i odstające uszy. Wielkie krzaczaste brwi dodawały mu uroku, właściwego starym profesorom i filozofom. Sądząc po zacięciu na chudej szyi, niedawno skończył się golić.

– Przepraszam za Francine – rzucił, wskazując w kierunku, w którym zabrał zwierzę – Od ostatniej nocy jest bardzo podejrzliwa wobec obcych.

– Nic nie szkodzi. Sara Wysocka. – Przywitałam się. Uścisnął mi dłoń i pomimo pozornej chudości i słabowitości, zrobił to zaskakująco mocno. – Przyjechałam z biura notarialnego z Polski, by dokonać oględzin domu pana Stawskiego – wskazałam na stojący obok budynek – i omówić z panem kwestie spadku. Czy mogę wejść?

– Ach tak. Mówiono mi o panie, a raczej o pani koleżance. Agnieszka – z trudem wymówił polskie imię – tak jej było na imię?

– No cóż. Niestety zachorowała. Zastępuje ją w tej sprawie.

– Straszna szkoda, ale poradzimy sobie ze wszystkim, prawda. Zapraszam do środka. Pierre Arnault – przedstawił się mimochodem, jakby dopiero przypomniał sobie, o tym.

– Słyszałam, że przyjaźnił się pan z panem Henrykiem Stawskim?

– To mocno powiedziane, ale chyba byłem jedyną osobą, która go tutaj dobrze znała.
Pies w kojcu siatki kręcił się niespokojnie. Dla niego byłam tutaj intruzem. Ciekawe, co wydarzyło się, wczoraj w nocy, że ta suka jest tak niespokojna.

– Ponoć ufał panu.

– Na tyle, by powierzyć mi klucze i prosić o podlewanie kwiatów. Czasem grywaliśmy w szachy przy koniaku. Tak się żyje tu na prowincji. – Wzruszył ramionami.
W jego głosie dało się słyszeć niedopowiedziane, „ale co ty możesz o tym wiedzieć dziecino”. Różniły nas całe dekady. Dla mnie trzydziestka była dopiero przyszłością.

– Piękny dom – powiedziałam, wchodząc do mrocznego wnętrza salonu. Stare drewniane meble i ciemna boazeria sprawiały, że przestrzeń mimo południa tonęła w mroku. Dopiero gdy weszliśmy do salonu, wpadające przez wysokie okna światło rozświetliło wnętrze, czyniąc je nieco bardziej przytulnym, a puchaty dywan przyjemnie uginał się pod stopami.

– W moim wieku, ciężko o niego zadbać – powiedział cicho. – To za dużo, dla kogoś takiego, jak ja. Czego się panienka napije? Kawy, herbaty, może coś mocniejszego? – spytał z lekkim uśmiechem. Skinieniem głowy wskazał na barek, wypełniony zakurzonymi butelkami.

– Kawa wystarczy.

– Z mlekiem?

– Tak proszę – powiedziałam, cicho.

– Proszę mówić, słuch mam jeszcze całkiem niezły – rzucił w powietrze, wchodząc do kuchni.
Poszłam za nim, mimowolnie zerkając na pokryte patyną kurzu wnętrza szafek. Część jednak wyglądała na niezbyt dawno sprzątaną. Obserwowałam jego ruchy, stukot kubków na blacie i syk odpalanego palnika. Żeliwny garnek parował jeszcze spod lekko uchylonej pokrywki.

– No cóż, w zasadzie sprowadza mnie kilka tematów, które chciałabym z panem omówić. Na początku, niestety formalności dotyczące spadku. Oczywiście minie trochę czasu, zanim środki i prawa własności zostaną przekazane, ale to istotny krok, a potem może byłby pan tak uprzejmy i pokazał dom pana Stawskiego.

– Formalności, czym byłoby nasze wspaniałe społeczeństwo bez nich – westchnął ze znużeniem – Wolałbym, żeby takie piękne damy wpadały do mnie pogawędzić. Zje pani coś? – zaproponował, wskazując na żeliwny garnek stojący na palniku.

– Nie dziękuję. Nie jestem głodna.

– Tę zupę gotuje się przez całą dzień i noc. Kiedyś gotowano ją w kociołkach nad wielkim ogniem, czasem przez stulecie bez przerwy, oczywiście dorzucając, co rusz nowych składników. Z opowieści Henryka śmiem twierdzić, że w pani rodzinnych stronach nie będzie pani dane skosztować.

– Brzmi smakowicie – powiedziałam cicho.

– Proszę się poczęstować – rzucił cicho. – Nalegam, powinna być całkiem ciepła.

– W porządku, namówił mnie pan. Może sama zaniosę? Kawą też się zajmę.

– Piękna i dobrze wychowana. No dobrze. Tam na górze są głębokie talerze. – Wskazał szafkę i stojący obok stołeczek ze stopniem.
Wspinając się na górę, czułam na sobie jego wzrok. Wyjmując jeden z talerzy, kątem oka dostrzegłam, jak z ledwie widocznym uśmiechem przyglądał mi się.

– Proszę podać – szepnął, zbliżając się do mnie. – Mówi pani, że pani Agnieszka się pochorowała, tak?
Wziął ode mnie biały, pokryty siateczką pęknięć talerz i niby przypadkiem, dotknął moich pleców. Wzdrygnęłam się lekko i szybko zeszłam ze stołka.

– Tak. Niestety. Skręciła kostkę – powiedziałam.

– Szkoda bardzo. Proszę jej życzyć powrotu do zdrowia ode mnie.
Napełnił talerz gęstą zupą i podał mi go z namaszczeniem, po czym sprawnym cięciem ukroił grubą pajdę chleba. Po chwili ostrożnie maszerowałam na powrót do salonu. Czując się na moment niczym mała dziewczynka.

– Chodźmy w takim razie, proszę wygodnie usiąść – wskazał na tapicerowany fotel. Sam zajął miejsce naprzeciwko.

– Dziękuję – usiadłam pewnie.
Nagle niemal zostałam wciągnięta przez głęboki mebel z głośnym tąpnięciem. Zielona spódnica podjechała do góry, w ostatniej chwili zatrzymując się na udach. Czułam się, niemal jak w fotelu ginekologicznym. Minęło może kilka sekund, zanim zacisnęła z trzaskiem kolana, powoli wydostając się z objęć starego fotela. Stary cap uśmiechał się od ucha do ucha zadowolony z tego darmowego widowiska. Widziałam tylko te jego wielkie uszy i łysą jak kolano czaszkę. „Mogłabym udusić go teraz”, pomyślałam, zaciskając palce, aż pobielały mi kostki.

– Powinienem panią ostrzec. To bardzo wygodny fotel… ale zdradliwy – westchnął.

– Właśnie widzę… – wycedziłam, czerwieniąc się ze wstydu.

– Proszę wybaczyć ten drobny żarcik. Nie spodziewałem się, że aż tak panią wciągnie – powiedział, tonem niewiniątka. Po czym położył przede mną stołową łyżkę.
„Jeszcze jedno słowo, a obiecuję, że rozbiję ci ten łysy łeb, jak jajko”, zaklęłam w myślach. Na głos powiedziałam, jedynie krótkie „nic się nie stało”.

– Rozumiem, że pan Stawski mieszkał sam i był raczej samotnikiem tak? – zapytałam.

– Jedynie listonosz go odwiedzał. Nigdy nie widziałem nikogo z rodziny, zresztą rzadko o kimkolwiek wspominał. Wydawało mi się, że gdyby nie ta jego kolekcja, to nigdzie by się stąd nie ruszał.

– To znaczy? Jezu, pyszna – powiedziałam, pochłaniając kolejne łyżki zupy. Docenił moją pochwałę. Za ten posiłek, mogłam mu wybaczyć żart z fotelem.

– Wyjeżdżał tylko, gdy zwęszył gdzieś kolejną figurkę, czy obraz. To była jego pasja, jedyna w gruncie rzeczy.

– Widziałam wykaz jego… zbiorów, ale nie miałam okazji obejrzeć ich na żywo.

– Niektóre z nich są bardzo ciekawe. Nigdy nie rozumiałem klucza, jakim się posługiwał, przy ich doborze, chociaż kilka razy mi próbował wyjaśniać.

– Klucza?

– Sama panienka zobaczy – uśmiechnął się samym wargami.

– Rozumiem, że jego śmierć była dla pana dużym zaskoczeniem?

– Dlaczego pani pyta?

– Chyba ciekawość. Wiem, że jeździł czasem do Polski i planował przeprowadzkę.

– Ludzie są istotami stadnymi, chociaż w przypadku Henryka, zawsze uznawałem go za wyjątek potwierdzający regułę – rzucił z namysłem. – Faktycznie, telefon z państwa biura mnie zaskoczył. Nic nie wiem, o jego przeprowadzce. Może po prostu potrzebował zmienić otoczenie. Nie spowiadał mi się. Myślałem, że znowu pojechał po kolejnego aniołka do kolekcji. Żałuję tylko, że nie mogłem być na pogrzebie. Oj chyba woda się gotuje. Zaraz przyniosę – zaczął powoli wstawać. Z daleka słyszałam trzeszczenie, nie wiem, czy mebla, czy stawów starego mężczyzny.

– Przyniosę, proszę siedzieć – powiedziałam, podnosząc się z zagłębienia fotela.

– To bardzo miłe – rzucił.

Odchodząc, czułam, jak wpatruje się w mój tyłek. Zapewne długo będę grała główną rolę w jego snach. Modliłam się, tylko by on nie pojawiał się w moich – mleko stoi na dolnej półce spiżarni. Zaraz obok lodówki.
Zalałam kubki, pozostawiając sobie miejsce na mleko, po czym ruszyłam w poszukiwania, we wskazanym miejscu. Spiżarnia okazała się wąską, długą wnęką pełną regałów. Większość wypełniały naczynia, butelki, słoiki i psie żarcie. Od kurzu kręciło mi się w głowie. Weszłam głębiej, rozglądając się za kartonami.

– Proszę poszukać niżej, tam na samym dole. – Stary podpowiadał mi dalej, najwyraźniej korzystając z okazji, by bezkarnie móc napawać się moim widokiem.
Dopiero po chwili znalazłam kilka stojących kartonów.

– A jednak… – powiedziałam cicho, wychodząc na zewnątrz.

– Tak, jak mówiłem. Po prawej stronie. Mam nadzieję, że nic się panience nie stało?

– Wszystko dobrze – szepnęłam – zakręciło mi się w głowie od kurzu.

Przez moment stałam jeszcze, poprawiając zmięty materiał sukienki. Wróciłam do salonu, niosąc dwa kubki w drżących dłoniach. Stary lubieżnik był mieszanką różnych osób, które poznałam w życiu, a jednocześnie był od nich zdecydowanie bardziej „intensywny”. W tonie jego głosu kryło się coś przyciągającego uwagę. Jednocześnie obudził we mnie stare wspomnienia i ku mojemu zaskoczeniu, atencja, którą mi poświęcał była na swój sposób przyjemna. Postawiłam oba kubki na stoliku między nami i zajęłam miejsce na skraju zdradliwego fotela.

– Wie pan, że jest wymieniony w testamencie pana Stawskiego.

– Tak, jestem mu wdzięczny.

– Mam ze sobą dokumenty. – Wydobyłam z torby teczkę, odsuwając na bok opróżniony już talerz. – Henryk Stawski przepisał panu równowartość stu tysięcy euro oraz prawa własności do trzeciej części gruntu wokół domostwa tzn. ogrodu wraz z przyległościami. Czy jest to dla pana jasne?

– Mhm. Jak najbardziej.

– Potrzebuję potwierdzić pana tożsamość, a potem poproszę o podpis.

– Już oczywiście.

Formalności zajęły nam chwilę.

– Mówił pan, że pana suka zrobiła się od wczoraj bardzo nieufna. Czy coś się wydarzyło? – zapytałam z ciekawości, wskazując palcem kolejne miejsca, gdzie wymagany był jego podpis lub parafka.

– Proszę skończyć z tym panowaniem. Mów mi Pierre po prostu – pokiwałam głową na zgodę. – Widzisz, ktoś próbował się wczoraj włamać do domu Henryka. Na szczęście moja Francine znacznie bardziej spostrzegawcza ode mnie i swoim szczekaniem musiała go spłoszyć. Zdążyłem wezwać policję, zanim tamten człowiek, chociażby wszedł do domu.

– Ponoć był alarm.

– Nie wystarczający, jak się okazało i niepodłączony do wszystkich drzwi. To bezpieczna okolica. Francine wyczuła go z daleka. Zauważyłem tylko sylwetkę. Szybko przyjechali. Włamywacz zdołał otworzyć zamek i wejść do środka, ale nic nie ukradł. Przynajmniej, tak sądzę.

– Kiedy to było? – spytałam zaskoczona.

– Przedwczoraj wieczorem. Wczoraj był monter i wymienił wszystkie zamki. – Skrzywił się ze wstrętem. – Hieny są wszędzie.

– Dobrze, że pan się tym zajął.

– Może nie byłem fanem kolekcji Henryka, ale złodziei nie znoszę jeszcze bardziej.

– Pokaże mi pan ten dom? – spytałam, dopijając kawę.

– Tak, oczywiście. Proszę za mną. Dam pani też nowe klucze.

Odniosłam do kuchni naczynia i pozmywałam. Pierre pokiwał głową z uznaniem. Gdy wychodziliśmy z domu, pies najwyraźniej zaakceptował, że byłam tu gościem, a nie kolejnym złodziejem.
Dom Henryka Stawskiego jedynie z zewnątrz przypominał sąsiednie domostwo. Był nieznacznie większy, o szerokich owalnych oknach wprawionych na najwyższym piętrze, które sprawiały, że przypominał nieco elegancką szkołę. Czerwona cegła, obecnie zszarzała kryła się pod grubym kobiercem bluszczu i wypłowiałej winorośli. Ogród wokół wyglądał na zaniedbany i zarośnięty, otoczony na wpół już bezlistnym grabowym żywopłotem. Musiałam pchnąć z całej siły, zanim przerdzewiała furtka ustąpiła, pozwalając nam zagłębić się w gąszczu. Tak, jak ogród Pierre, wyglądał na stary i zaniedbany, ten wyglądał jak zupełnie opuszczony. Henryk już dawno postawił na nim kreskę, pozwalając naturze na nowo go zdobywać.

Pierre szedł przodem, dzierżąc w drżącej dłoni klucze. Wybudzony w zaroślach kos albo inny czarny ptak wzleciał, przelatując niemal przed moją twarzą. Odsunęłam się odruchowo, czując podchodzące do gardła serce. W odróżnieniu od furtki drzwi do domu ustąpiły bez trudu i po chwili znaleźliśmy się wewnątrz domu. Nie było tutaj śladu po starości i kurzu, jaki wysycał dom obok. Wnętrze urządzono nowocześnie, chociaż znaczną jego część wypełniały regały pełne książek i fragmentów kolekcji. Puste przestrzenie zapełniono obrazami i ceramicznymi ozdobami.

– To tylko fragment. Na górze urządził sobie swój osobisty Luwr. – Staruszek uśmiechnął się, wskazując na długi regał.

Na samą myśl o tym zrobiło mi się słabo. Moje optymistyczne założenia, że wystarczy tydzień, mogą się okazać dalece niedostateczne. Sama kolekcja na żywo wydawała się znacznie bardziej eklektyczna, niż przedstawiały to suche listy i posiadane zdjęcia. Pomiędzy niezmiernie starymi monetami, ceramiką i figurkami, stało sporo dzieł współczesnych. Wszystko jednak łączył jeden wspólny temat. To, co staruszek nazwał aniołkami, było w rzeczywistości istnym zaprzeczeniem, znanego mi wizerunku. Na wpół zwierzęce, na wpół ludzkie hybrydy patrzyły na mnie ze wszystkich stron. Zamiast słodkich cherubinków, z ramek spoglądały na mnie repliki, a może autentyczne podobizny, gdzie samo zrozumienie oglądanych istot zdawało się dalece wykraczać, poza dobrze znany świat natury.

– Rzeczywiście, intrygujący zbiór – powiedziałam cierpko.

– Umysł świadomy, pozbawiony właściwych narzędzi nigdy nie zrozumie ich w pełni – staruszek rzucił tajemniczo, wodząc wzrokiem po jednej z figurek.

– Co pan na myśli?

– Psychodeliki. Może niektóre, co bardziej orientalne style medytacji. Proszę się tak nie dziwić, wbrew temu, jak wyglądam, nie zawsze byłem skurczonym starcem.

– Właśnie słyszę – rzuciłam z uznaniem.

– Stare dobre lata siedemdziesiąte.

– Nie wygląda pan na hippisa.

– Teraz zostają wspomnienia – rozrzewnił się. – Starczy historii starego człowieka. Może kiedyś będziemy mieli chwilę.

– Interesuje mnie jeszcze coś.

– Mhm? – Przystanął przy fragmencie glinianej tabliczki.

– Dokumentacja i materiały Henryka. Będą nam potrzebne do ustalenia pochodzenia dzieł. Bez tego będzie to dalece trudniejsze zadanie.

– Henryk wspominał kiedyś o nich, ale z moją pamięcią… Musi mi panienka wybaczyć – powiedział cicho. Wyczułam w tym, jednak pewną nutkę fałszu, jakby nie zdradzał wszystkich szczegółów.

– Czy mogę liczyć na… hmm… odświeżenie pana pamięci? Może będzie mi pan w stanie wskazać miejsca, gdzie mogą się znajdować te dokumenty.

– Piękne nogi panienki doskonale pobudzają wszelkie zakamarki mojej pamięci, ale obawiam się, że minie chwila, zanim przypomnę sobie szczegóły.

– Nie wystarczy, ile się pan na nie napatrzył w kuchni? – odpowiedziałam z pobłażaniem.

– Pilnowałem z czystej troski.

– Raczej z troski o kolor mojej bielizny. Jak się podobała?

Pierre chrząknął zakłopotany, uznając to za osobisty afront.

– Jeszcze czego… Chociaż myślę, że w jaśniejszych kolorach byłoby panience bardziej do twarzy – stwierdził, znikając w sąsiednim pomieszczeniu. Dłonie zapiekły mnie, gdy zacisnęłam palce, a rumieniec wstydu zalał mi policzki. Po kilku oddechach opanowałam się jednak i dołączyłam do niego.

Mój przewodnik stał oparty o jeden z foteli przy niewysokiej gablotce. W środku stał tylko jeden przedmiot. Z daleka widziałam jego nieregularny kształt, obły, wykonane z nieznanego mi materiału, na wpół ludzki, na wpół przywodzący stworzenia z morskich głębin. Posążek miał może dwadzieścia centymetrów wysokości. W blasku słońca wpadającym przez okno kamień zdawał się wibrować, drgać rzucając na jasne drewno gabloty zielonkawe refleksy. Nie wiem, dlaczego, ale im dłużej na niego patrzyłam, tym ciężej było mi skupić wzrok. Wyciągnęłam rękę, by go dotknąć, ale dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że posążek jest dobre pół metra dalej. Nienaturalne kształty coś robiły z moim postrzeganiem odległości.
Zbliżyłam się, by lepiej przyjrzeć się pełnemu skaz kamieniowi. Niewielkie symbole, zagłębienia przypominające pismo klinowe, pokrywały postument, na jakim stała figura. Dopiero z bliska wychwyciłam, że przedstawiała na wpół kobiecą, na wpół zwierzęcą postać.

– Co to takiego? – spytałam.

Stary mężczyzna przystanął obok. Tak blisko, że uderzył mnie zapach jego szałwiowego mydła. Wyciągnął rękę równocześnie z moją, jakby chcąc wskazać na jakiś szczegół. Zatrzymał się w połowie i delikatnie musnął moją wyciągniętą dłoń. Nie mogłam się ruszyć. Wszystkie kolory wyblakły nagle, jakby posążek wysysał je z otoczenia. Był tylko on, lśniący i zielonkawy.

– Jeden z ostatnich nabytków – kątem oka dostrzegłam, jak jego blade, zgrubiałe palce opadają na mój kark i zaczynają głaskać mnie z czułością, tak jak zwykle drapie się wylegującego się na kolanach kota – Podoba ci się?
Jego głos był odległy, jakby docierał do mnie z oddali.

– Mhm – westchnęłam, a może po prostu otworzyłam usta i język ugrzązł mi w gardle.

Uznał to za wystarczającą odpowiedź, wodząc opuszkami palca po linii kręgosłupa. Geometria figury załamywała wzrok, jakby stworzono ją, gdzieś gdzie obowiązywały inne zasady. Nie umiałam oderwać wzroku, czując, że pochłania mnie. Wszystkie włosy na ciele stanęły mi dęba, a serce zabiło jak oszalałe. Jak gdyby umysł w ostatnim akcie silnej woli próbował wyrwać się z okowów. Te kształty, niczym te wężowate macki wychodzące z ciała postaci zaklętej w malachit, wnikały we mnie, głaszcząc zakamarki psyche.
Nagle pociemniało mi w oczach, a kolory wokół posążka uciekły. Nawet dźwięki przycichły. Nie wiem, jak to możliwe, ale na przysięgłabym, że na wypolerowanej powierzchni kamienia widziałam cienie, niczym gałęzie kołysane przez wiatr, chociaż nie było niczego, co mogłoby te cienie rzucać.

Zapach szałwii stał się obezwładniający. Przez krótką chwilę byłam tylko ja, figurka i ten zapach. Pierre mówił mi coś do ucha, ale nie słyszałam słów.
Nagle jego dotyk wyrwał mnie z tej porażającej katatonii. Potrząsnęłam głową, jakby fizycznie manifestując zrzucenie z siebie nadnaturalnej presji. Figurka znowu stała się figurką, cienie i zapachy wróciły do normy. Poczułam mocny uchwyt mężczyzny na ramieniu.

– Przepraszam, gdzie jest łazienka – spytałam, drżącym z napięcia głosem.

– Na lewo – wskazał, drepcząc za mną.

Niemal pobiegłam przed siebie, zamykając za sobą drzwi. Lepiłam się, cała się lepiłam. Zdałam sobie sprawę z tego, w momencie, gdy wszystko wróciło do normy. Majtki były całkiem mokre, podobnie rajstopy, lepiły się od soków, jakbym właśnie skończyła się masturbować, chociaż nie było śladu, by ktoś mnie tam dotykał.
„Czy on to zrobił? Przecież dotknął tylko mojego ramienia, a może to ta figurka? To nie możliwe”, pomyślałam, łapiąc oddech. Przyjrzałam się materiałowi rajstop, jednakże nie był w żaden sposób naruszony.
„Może dosypał mi coś do kawy?”, przeszło mi przez myśl.

Gdy wyszłam z łazienki, powoli opanowując nerwy, czułam na sobie jego bystre, świdrujące spojrzenie. Pod płaszczykiem spokoju, wyczuwałam, że dokładnie wie co się ze mną dzieje. Wspięliśmy się po schodach na piętro, gdzie czekał mnie gabinet pełen książek, sypialnia i coś, coś, co było ciągiem dalszym kolekcji. Kolejne figurki wypełniały pomieszczenie.

– Mówił pan o aniołkach? Do tej pory widziałam jedynie kilka. Większość to…

– No cóż. Są anioły i anioły. Henryka fascynowały te bardziej biblijne.

– Czy ta zielonkawa figurka… czy pan też coś poczuł…? – spytałam, drżącym głosem.

– Pierre to po pierwsze. Nie, skądże znowu. To tylko kawałek ładnego kamienia, chociaż działa na wyobraźnię.

– Chciałabym zobaczyć dokumenty i notatki poświadczające pochodzenie tych… aniołków – rzuciłam, nie znajdując lepszego słowa, na widok tych wszystkich pokracznych stworzeń.

– Obawiam się, że jedynie w niewielkim stopniu będę mógł pomóc. Możemy razem poszukać – zaproponował usłużnie – przy panience od razu poprawia mi się pamięć.

– Na razie chciałabym rozejrzeć się tu sama, ale zostawiłam wizytówkę razem z dokumentami, jakby ci przyszło coś do głowy.

– Jeśli potrzebujesz pomocy…?

– Dziękuję i tak pan mi bardzo pomógł – stwierdziłam przymilnie.

– Drobiazg. To ja wracam do siebie. Zapraszam, jakby miała pani jeszcze ochotę na kawę… albo porozmawiać… – wybąkał, lekko zaskoczony. Podziękowałam mu.

Po chwili usłyszałam trzaśnięcie drzwi na dole. Zostałam sama w pustym domu należącym do zmarłego człowieka, pełnym upiornych figurek i obrazów. Zaczęłam krążyć po piętrze, ale szybko zdałam sobie sprawę, jak daleko posunęły się kolekcjonerskie zapędy denata.

Przeszłam się po piętrze. Część pomieszczeń przekształcono w swoiste domowe muzeum. Na gęsto ustawionych regałach stały rzędy figurek, a każdą ścianę tych sal pokrywały obrazy. Z każdego skrawka patrzyły się na mnie demony, anioły i bestie.
Minęłam sypialnie z rozległym, drewnianym łożem. Purpurowa, satynowa pościel przykrywała je szczelnie niczym krwisty kokon. W szafkach panował idealny ład i porządek. Nie znalazłam w nich jednak nic, co mogłoby odkryć sekrety tej kolekcji. Sypialnia sąsiadowała z niedużą łazienką i gabinetem.

To ten ostatni zatrzymał mnie na dłużej. Zwłaszcza widok ogromnego, zagraconego biurka, pełnego dokumentów i książek dawał nadzieję na znalezienie reszty dokumentacji całej kolekcji. Chociaż w tym momencie, bardziej pragnęłam poznać pochodzenie zielonkawej figurki. Gdy tylko pomyślałam o niej, dreszcz przeszedł mi po skórze. Nie wiem, jak długo przebywałam w gabinecie, przerzucając kolejne książki. Wciąż jednak miała niejasne poczucie, że czegoś brakuje.

Na biurku i w szufladach pozostały zaledwie pojedyncze, zapomniane pomiędzy innymi dokumentami strony notatek i bazgrołów. Na tym, jednak co zostało, pozostały odniesienia. Naniesione na marginesach książek notatki, wypisane równym, drobnym pismem, prowadzące do dzienników Henryka. Początkowo nie rozumiałam, co znaczą te pojedyncze rzymskie cyfry i towarzyszące im daty. Dopiero potem znalazłam cienki zeszyt z rzymską cyfrą trzy na grzbiecie, wsunięty na dnie jednej z szuflad biurka. Poszczególne strony opatrzono datami. Najwyższą rzymską cyfrą, jaka pojawiła się w rozrzuconych na biurku książkach była szóstka. Sądząc po dacie, wpis ten musiał być sporządzony zaledwie na miesiąc przed śmiercią.
Schowałam dziennik do torby, by zapoznać się z nim później. Nigdzie było widać śladu po reszcie dokumentów. Panujący w gabinecie bałagan w niczym nie przypominał idealnego uporządkowania reszty domu. Wyglądało to tak, jakby ktoś przeszukiwał gabinet i w trakcie tych poszukiwań przeoczył jeden z dzienników. Czyżby tajemniczy złodziej, a może Pierre.

Nigdzie jednak nie widać było śladu po innych dziennikach. Według znaczników w książkach dzienników musiało być co najmniej sześć. W końcu podniosłam się zza biurka, zdając sobie sprawę, że tkwię tu od kilku godzin. Chwilę potem, ciało, jakby zdało sobie sprawę, że na moment odstawiło na bok głód i pragnienie i teraz przypomniało sobie o nich ze zdwojoną siłą.

Zameldowałam się w niewielkiej agroturystyce. Wioska okazała się maleńka, a cała ludność mieściła się w granicach setki. Kilkanaście domów stało ciasno stłoczone wokół centralnego placu i dwóch ulic. Dostałam niewielki pokoik na piętrze z widokiem na zamglone o tej porze łąki. Przyjęła mnie szczupła szatynka o włosach przyprószonych siwizną i przyjaznej twarzy. Widząc moją walizkę, szybko wywołała męża z wnętrza domu, by pomógł mi zanieść bagaż do pokoju na piętrze. Najwyraźniej niedawno wrócił z pracy, sądząc po brudnym od farby, roboczym stroju. W kącie niewielkiego przedsionka z biurkiem, które służyło za rejestrację wciąż stała torba z kluczami francuskimi i złączkami.

– Czy można u państwa zamówić jakąś obiadokolację? Albo zna pani może niedaleko jakąś restaurację? – spytałam.
Kobieta szybko kiwnęła głową, wręczając mi rachunek za pokój.

– Jakieś dziesięć minut stąd jest bistro u Beatrice. Powinno być czynne o tej porze. Nie jest to może knajpa najwyższych lotów, ale na jej gulasz przyjeżdża cała okolica – uśmiechnęła się serdeczne. – A jakby była zamknięta, to coś się wymyśli.

Podziękowałam jej za pomoc i ruszyłam w poszukiwaniu rzeczonej knajpy. Bez trudu ją odnalazłam. Niewielki kominek w rogu przyjemnie oświetlał wnętrze. Z kuchni wkrótce wyłoniła się pulchna, dobijająca pięćdziesiątki blondynka. Zgodnie z poleceniem zamówiłam gulasz i lampkę wina, zajmując miejsce obok kominka.
Potrzebowałam ochłonąć i przemyśleć to wszystko. Uświadamiałam sobie teraz rozmiar stojącego przede mną zadania. „Gulasz wołowy i lampka wina powinny w tym pomóc”, pomyślałam. Odnalezienie dokumentów stanowiło zadanie premiowane. Pierwszeństwo miało zinwentaryzowanie i sprawdzenie kolekcji. Jeśli zaś chodzi o dokumenty i dzienniki, nie pasował mi chaos na biurku Henryka, w niczym nie podobny do panującego wszędzie nieskazitelnego porządku.

Od początku czułam, że stary piernik coś ukrywał. Zasłaniał się wiekiem i problemami z pamięcią, ale widziałam na własne oczy, że jego rozum jest nadal ostry i bystry. Od momentu, gdy wkroczyłam do jego królestwa, stałam się jego naturalnym celem. Obdarty z atrybutów siły i męskości, próbował na każdy sposób wykorzystać okazję. Chociażby po to, by zajrzeć mi pod sukienkę i uchwycić skraj bielizny albo mgnienie uda.
Często potrzebuję czasu, by zebrać myśli w takiej sytuacji. Spodziewałam się znajomego poczucia gniewu, wściekłości podsycanej urywkami wspomnień. Tym razem kiełkowało we mnie coś innego. Zerknęłam do torebki, gdzie z bocznej kieszonki dalej wystawała otwarta paczka nawilżanych chusteczek i niemal odruchowo zacisnęłam uda. Nie wiem, co wydarzyło się pod tym posążkiem, ale w jakiś sposób przekształciło gniew, wyrywając mu zęby. Pierre w jakiś sposób wszedł mi do głowy.

Starsza kelnerka przyniosła głęboki talerz pełen parującego gulaszu. Ledwie wbiłam widelec w soczysty kawałek mięsa, gdy drzwi bistro ponownie się otworzyły. Wchodzący mężczyzna wyglądał na wojskowego. Schylił się, ledwie unikając zderzenia z futryną. Krótka szczecina czarnej brody pokrywała jego szeroką szczękę, biały pozbawiony nadruków T-shirt wydawał się za moment pęknąć, naciągnięty na szerokiej piersi i muskularnych ramionach. Biały materiał zdawał się błyszczeć na tle jego smoliście czarnej skóry. Dopiero po chwili dostrzegłam niewielką książkę, którą trzymał w dłoniach.

Gdy zajmował miejsce kelnerka i zapewne właścicielka w jednej osobie niemal podbiegła do niego. Z daleka widać było czarną, koronkę stanika, który z trudem powstrzymywał ogromne piersi korpulentnej damy. Niosąc zamówione danie i wysoki kufel piwa kołysała biodrami, siląc się, by wyglądały sugestywnie. Pochyliła się nad mężczyzną, niemal podtykając mu obfity dekolt pod nos. Na jej kolejne słowa, nieznajomy zmierzył ją wzrokiem. Nowo przybyły wyglądał na wojskowego, a przynajmniej, tak się nosił. Gdy zaczął mówić, w pustym bistro, doskonale słyszałam jego amerykański akcent.

– Dziękuję za pani ofertę… noclegu, ale już mam, gdzie zostać. To wszystko – mówił powoli, chociaż z odczuwalną irytacją, siląc się na kurtuazję.

Kobieta odeszła zrezygnowana w kierunku kuchni. Upiłam łyk wina, wpatrując się w niego. Uniosłam do ust kawałek wołowiny, gdy dotarło do mnie, że ciemny sos, ma kolor jego skóry. Wyobraźnia dodała resztę. Niemal bezwiednie oplotłam kawałek mięsa językiem, fantazjując o czarnoskórym olbrzymie. Spojrzeliśmy na siebie, co nie było niezwykłe, zważywszy na to, że byliśmy tu sami. Po sekundzie, ciągnącej się, w nieskończoność, zrozumiałam, co właśnie robię i czerwieniąc się, jak burak, wlepiłam wzrok w talerz, byle tylko uciec przez jego ciekawskim spojrzeniem. Tłumaczyłam sobie to wypitym alkoholem, ale prawda była taka, że gdyby podszedł do mnie teraz i rozpiął rozporek… Przełknęłam trzymany w ustach, rozpadający się kęs. Wychodząc z bistro, kątem oka dostrzegłam „Collins Birds Guide” na okładce niewielkiej książki.

 

 

224
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Konstrukcja, prowadzenie historii, zakończenie.
Atrakcyjność scen erotycznych, napięcie, zmysłowość, sposób przedstawienia intymności.
Język, styl, dialogi, interpunkcja, technika pisania.

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.