Przebudzona (VII-IX)

26 marca 2026

Opowiadanie z serii:
Przebudzona

18 min

Zapraszam na kolejna odsłonę fragmentów powieści Przebudzona. Tym razem bez seksu, lecz zdecydowanie dużo się dzieje.
Uspokajam - seks będzie ;)
To kontynuacja, więc zdecydowanie zachęcam najpierw zapoznać się z wcześniejszymi rozdziałami.
Pełna powieść jest dostępna. Jak poszukacie, to znajdziecie.

Rozdział 7

 

Wpadła do domu jak na skrzydłach. Było późno, ale to nie miało znaczenia. Dręczyła ją chcica. Chciała seksu, a jedynym, który mógł i miał prawo jej to dać, był jej Andrzej.

Męża zastała śpiącego. Jego chrapanie odbijało się echem od ścian. Nie zaskoczyło jej to, chociaż poczułaby się lepiej, gdyby czekał na nią z lekkim uczuciem zazdrości.

Trudno. Obudzę go – pomyślała. – Mało tego. Zrobię coś absolutnie szalonego, zakazanego i perwersyjnego.

Decyzja o tym, żeby wybudzić go ze snu fellatio, nakręciła ją jeszcze bardziej. Nie smakowała penisa od tak dawna.

Cicho zdjęła sukienkę i bieliznę. Nago, na paluszkach, podeszła do łóżka i kucnęła na wysokości jego bioder. Włożyła rękę pod kołdrę i wymacała flanelę piżamy.

Cholera! – zaklęła w duchu. – Czy zawsze muszę mieć pod górkę?

Była jednak zbyt napalona, by się poddać. Włożyła dłoń pod ściśnięty gumką brzeg spodni od piżamy. Mąż przestał chrapać i odchrząknął przez sen. Sara włożyła dłoń pod materiał bokserek i przygotowała się do zanurkowania pod kołdrę w wiadomym celu. Z krocza ciekło jej z ekstremalnego podniecenia. Ciekawe, jak jej mąż zareaguje na taki prezent – zastanawiała się.

Włożyła dłoń głębiej i zanurzyła palce w kędziorach włosów łonowych. Już prawie, prawie…

W tym momencie Andrzej poruszył się niespokojnie na łóżku i z odgłosem rytmicznego, mokrego warkotu pierdnął przeciągle.

Sara wyrwała rękę, jakby groziła jej amputacja. Odsunęła się od łóżka zniesmaczona.

W ułamku sekundy podniecenie uleciało niczym dym z zalanego wodą ogniska.

Nie ma co… – pomyślała gorzko. – Potrafisz sprawić, kochanie, że kobieta czuje się naprawdę wyjątkowa.

Wstała i poszła do łazienki. Po żądzy nie zostało ani śladu. Jej Andrzej potrafił uwolnić ją od bolesnego podniecenia i palącego pożądania nawet przez sen. Bez dotykania.

Ekspert, jakich mało.

Mistrz, normalnie.

Co jej pozostało?

Wzięła szybki prysznic, umyła zęby i udała się w objęcia innego mężczyzny, który nawiedzał ją każdej nocy – Morfeusza.

 

Rozdział 8

 

Miasto daje, ale miasto wymaga. Zabiera życie, choć podarowuje możliwości. Karmi się marzeniami, a w zamian oferuje polewkę z mieszaniny rozczarowania, iluzji sukcesu oraz niespełnionych oczekiwań.

 

Dni przepełnione obowiązkami mijały szybciej, niż wypada, ale wolniej, niż należy.

Sara rzuciła się w wir pracy. Kierowanie działem wymagało pełnej uwagi i dostępności. Po fuzji otrzymała nowe zadania, które przyjęła z takim samym entuzjazmem, z jakim każdy manager przyjmuje więcej odpowiedzialności za te same pieniądze. Na szczęście zróżnicowany grafik nie pozwalał się jej nudzić.

Musiała dopiąć brief najbliższego numeru, zaakceptować propozycje sesji, przejrzeć portfolio agencji modelingowych, zapoznać się z ofertą domów mody, przyjrzeć się pomysłom projektantów, przekalkulować koszty z zasięgami influencerów i masą dodatkowych spraw. Dodatkowo uczestniczyła w trzech sesjach fotograficznych. Nie tak pasjonujących, jak ta, którą wspominała z rozrzewnieniem. Na szczęście jej asystentka wnosiła mnóstwo świeżego humoru, zaangażowania i pasji. Sara uwielbiała z nią pracować. Zwłaszcza teraz czuła, że ich relacje są niejako pogłębione. Za sprawą tajemnicy, rzecz jasna, ale jednak.

Co było oczywiste, Sara nie wspomniała słowem o pamiętnej nocy. Znała temperament swojej podwładnej i była prawie pewna, że bardziej opłacalne było siedzieć cicho. Gdyby wezwała ją na dywanik i rzuciła oskarżenie, że pieprzyła się w jej biurze, Angela speszyłaby się zdecydowanie mniej, niż przestraszyła utratą pracy.

Piątkowe przedpołudnie obie spędziły na sofie w biurze, przeglądając fotosy i mockupy. Tej samej sofie, na której Maks brutalnie ją pieprzył, a ona tak ochoczo mu się oddawała. Świadomość tego kręciła Sarę w dziwnie perwersyjny sposób.

– Dlaczego tak nagle ulotniłaś się z przyjęcia? – zagaiła nagle Angela, jakby wyczuła myśli przełożonej. Widocznie to miejsce również wywołało w niej wspomnienia. – Myślałam, że poplotkujemy i pofilujemy facetów.

Sara uśmiechnęła się skrycie.

Ty na pewno konkretnie sobie pofilowałaś – pomyślała i ze zdziwieniem poczuła, że do tej myśli przyczepiła się nutka zazdrości.

– Musiałam wcześniej wyjść – skłamała.

– Szkoda.

– A działo się coś ciekawego? Jak się bawiłaś?

Tym razem Angelika uśmiechnęła się do wspomnień.

– Było fajnie – tylko taką odpowiedź raczyła podać.

– Udało ci się usidlić jakiegoś faceta?

Na policzki dziewczyny wpełzł rumieniec, a zamglone spojrzenie ewidentnie podpowiadało Sarze, że Angela przeniosła się w inny czas i miejsce.

No, może nie w inne miejsce, bo cała akcja działa się właśnie tutaj – pomyślała Sara.

– Może… – odpowiedziała tajemniczo Angelika.

Nagle telefon wydał dźwięk powiadomienia. Sara podniosła go.

– Dokończ tutaj – powiedziała do podwładnej. – Wpadło mi spotkanie z szefową. Wzywa mnie do siebie.

– Idziesz do naczelnej? Czego może chcieć?

– A bo ja wiem? Zaraz się przekonam.

Wstała i wyszła z gabinetu, zostawiając Angelikę z poleceniem, by dokończyła. Dopiero po chwili dotarła do niej dwuznaczność tego stwierdzenia.

 

* *

 

Gabinet Anny Romilczak był zawalony papierami. Wyglądało to tak, jakby redaktor naczelna nie radziła sobie z zadaniami. Ale to był tylko pozór. Sara znała legendarne wręcz ogarnięcie swojej przełożonej.

– Cześć, Sara – przywitała ją podniesieniem głowy znad rozłożonego segregatora. – Usiądź. Już kończę.

Usiadła na sofie i położyła smartfon na blacie. To był już jej nawyk. Jak również to, że każde spotkanie, rozmowę i ustalenia nagrywała na dyktafon. Może nieeleganckie, ale doskonałe na dupochron. Zwłaszcza w korporacji. A już przede wszystkim w sytuacji, gdy jest się wezwanym na nagłe spotkanie bez podania wcześniejszej agendy i tematu rozmowy.

Redaktor naczelna zamknęła skoroszyt, podeszła i usiadła, po czym od razu przeszła do rzeczy.

– Pozwól, że od razu przejdę do rzeczy – oznajmiła, po czym położyła na blacie stolika teczkę na akta wielkości A4. – Nadal jesteś zainteresowana zmianą działu i kierunku swojej kariery?

Sarę zatkało. Wszystkiego mogła się spodziewać, ale czegoś takiego? Po jej minie przełożona wywnioskowała, że zabrakło jej słów. Słuszny był to wniosek, ponieważ odezwała się ponownie.

– Męczysz mnie tym od dawna. A ja, jeżeli mam być szczera, nie godziłam się na to dla twojego dobra. No i, jeżeli znowu mam być szczera, dla dobra korporacji.

Sara słuchała wdzięczna, że jej szefowej zebrało się na tak wiele szczerości.

Anna pochyliła się i podniosła akta.

– To – uniosła je przed oczy Sary – jest zadanie idealne dla dziennikarza śledczego. Dziennikarki, jeżeli mam już być konkretna. Pytanie tylko, czy się podejmiesz? I od razu zaznaczę, że nie będzie to łatwe zadanie. Chociaż z innych powodów, niż może ci się wydawać.

– Ale co może mi się wydawać, Ania – Sara odzyskała język – jak nie mam pojęcia, o co chodzi? O co chodzi? Dlaczego tak nagle zmieniasz zdanie? Co się zmieniło?

Anna westchnęła i oparła się ciężko na oparcie sofy.

– Kierownictwo się zmieniło. O to. I to kierownictwo właśnie zaczęło przeglądać pomysły, wnioski i maile na pewnej skrzynce. A jak sama wiesz, dużo tam wysłałaś wniosków o przeniesienie. Pamiętasz może?

– To oficjalna skrzynka na takie sprawy – odpowiedziała, ale nie zamierzała się tłumaczyć. Nie było z czego.

– No i dobrze, dobrze. Po to jest i po to będzie. Rzecz w tym, że ktoś z samej góry zapoznał się z twoją propozycją i zostałam poproszona o wydanie opinii w twojej sprawie.

Sara zaśmiała się serdecznie.

– Czyli nic nowego. Tak, jak wcześniej, mój los i moja kariera są w twoich rękach. Po to mnie wezwałaś?

– Nie tym razem, bo wiesz co? Postanowiłam zmienić zdanie i zarekomendować cię do tego zadania. I do zmiany działu na dziennikarstwo śledcze. O ile się podejmiesz, rzecz jasna – wskazała na teczkę, ale Sara doskonale wyczuła, że nie powinna jeszcze po nią sięgać.

– Co to za zadanie?

– Chwileczkę, chwileczkę – redaktor naczelna uniosła dłoń – musisz wiedzieć, jak wiele ryzykowałam i ile kosztowało mnie przekonanie góry, że to właśnie ty, szefowa działu fashion, może się do tego zadania nadawać. To wykracza daleko poza obszar twoich kompetencji, więc niejako ja też nadstawiam dupę, rozumiesz?

– Czyli, jak dam dupy, to ty też za to bekniesz?

– Oby do tego nie doszło. Naprawdę ci radzę. Bo musisz wiedzieć, że lubię cię Sara i cenię twoją pracę. Wiem, że potrafisz zapierdalać i angażować się na całego. Ale gdy przyjdzie mi wybierać: ja albo ty, jeśli ty nie podołasz – nie będę miała wyboru.

Sara milczała długo.

– Wylecę? – wydukała w końcu.

– Niestety, ale może do tego dojść, chociaż zrobię co tylko możliwe, aby się to nie wydarzyło – odpowiedziała ze smutkiem Anna.

– Czego ode mnie oczekujesz? – Sara ze świstem wypuściła powietrze.

– Decyzji. Do poniedziałku do południa. Później nie będzie odwrotu. I żadnego koła ratunkowego.

– Co to znaczy?

– To, że nie będziesz mogła przejść z powrotem do swojego działu – zabrzmiało to, jak wyrok. – Twoje obowiązki przejmie ktoś inny.

Sara przełknęła ślinę. Poczuła gorzki smak ryzyka. Znała temperament szefowej. Wiedziała, że ma ledwie kilka sekund, by się na coś zdecydować. Przypomniała sobie ostatnie wydarzenia. Incydent na pasach, sesję zdjęciową z dorodnymi byczkami, przyjęcie, skryty seks w jej gabinecie. I to, ile tej ekscytacji ma w domu.

Sięgnęła po teczkę.

– Dam ci odpowiedź w poniedziałek do południa.

– Doskonale – Anna Romilczak wstała, dając znak, że spotkanie dobiegło końca.

– I dziękuję, szefowo.

– Za co?

– Że się za mną wstawiłaś.

– Jeszcze nie dziękuj, bo to może być niedźwiedzia przysługa. Najpierw zapoznaj się z aktami. W domu. Masz na to cały weekend. Tymczasem, mamy co robić.

Po wyjściu z gabinetu redaktor naczelnej Sara oparła się o ścianę i poczuła, że zbliża się atak paniki. To było tak nierealne. Tak dziwne.

Tak bardzo jej na tym zależało, tak długo o to zabiegała. Za każdym razem zderzała się ze ścianą. I w chwili, gdy już odpuściła i machnęła ręką, to marzenie spełniło się samo.

Czuła ekscytację. Zarówno z powodu wiadomości i nowych perspektyw, jak i nowego zadania, które jej przydzielono.

Ściskając pod pachą tajemniczą teczkę z aktami, wróciła na swoje piętro. Do być może ostatnich zadań, które stały przed nią na stanowisku dyrektorki działu fashion.

Chociaż miała czas do poniedziałku, już wiedziała, że się zgodzi. Że to zrobi.

 


Rozdział 9

 

Nie zgadzam się! – To była pierwsza myśl, jaka ją zaatakowała, gdy tylko zrozumiała treść zawartych w teczce akt. – Za żadne skarby! To jakieś szaleństwo!

Tę wewnętrzną walkę prowadziła ze sobą już piąty raz w ciągu ostatnich dwóch dni. A nazajutrz musiała dać odpowiedź.

Od piątkowego wieczoru nie zmieniło się za wiele. Nie posunęła się o krok w podjęciu decyzji.

 

* *

 

Po powrocie do domu nie od razu wzięła się za otwarcie teczki. Nie chciała tego robić “przy okazji”, jedząc schabowego albo, co gorsza – siedząc na sedesie. Zapoznanie się z nowym zadaniem, które miało zmienić bieg jej kariery, wymagało zabiegów, jak do pierwszej randki z najprzystojniejszym chłopakiem ze szkoły. Pragnęła cieszyć się każdą chwilą przygotowań. Czy zachowywała się dziwnie? Jakaś część jej samej podpowiadała, że faktycznie to lekko dziecinne. Zgasiła wewnętrznego krytyka pytając; czy często dostaje się taką szansę od losu? I czy nie należy się tym cieszyć?

I czy w ogóle to tak naprawdę może by się łaskawie odpierdolił?

Do celebracji zapoznania się z jej nową zawodową szansą usiadła wieczorem. Po miłej kolacji z mężem. Andrzej odczytał bezbłędnie jej podekscytowanie. Na jego szczere i troskliwe pytanie, dała wymijającą i kłamliwą odpowiedź. Oczywiście, że mu wszystko opowie, ale prawo pierwszeństwa należało do niej.

Wieczorem usiadła w gabinecie. Z lampką wina. Mąż, co tym razem jej nie przeszkadzało – zajął się przeżywaniem jakiegoś meczu siatkówki.

Są takie chwile w życiu, które potrafią zagotować od środka. Wywołać gilgotki.  Rozpalić emocje napędzane oczekiwaniem, radością i absolutnie niemożliwym do opanowania uczuciem szczęścia. Tak, jak małe dziecko czeka na Gwiazdkę. I to uczucie, gdy wymarzony prezent trzyma się w rękach. Tuż przed rozpakowaniem. Jakby się samego pana Boga złapało za nogi. Trzymając się tych biblijnych metafor, które Sarze były tak bliskie, właśnie to wydarzenie, ta konkretna, krótka chwila, trwająca moment zaledwie, miały dla niej większą wartość, niż rozstąpienie Morza Czerwonego, zburzenie Wieży Babel, albo przemienienie wody w wino.

Sara! Dość! – przywołała się do porządku, zdając sobie sprawę z tego, że bluźni. Przypomniała sobie największy wyczyn, nieosiągalny cud, którego dewaluować nie miała prawa. – Nic nie jest większe, niż przemienienie wody w wino. Opanuj się dziewczyno.

Na potwierdzenie tych przemyśleń umoczyła usta w burgundowym trunku, po czym, wstrzymując oddech – otworzyła akta i, niczym wygłodniały od miesiąca zając pałaszujący soczystą marchewkę, zanurzyła się w lekturze.

W miarę czytania wyszło od razu kilka kwestii. Pierwszą z nich była ta, że zamiast otrzymywać konkretne dane i odpowiedzi, dostawała coraz więcej pytań i niejasności. Kolejna sprawa? To, co wyczytała na kartkach i fotografiach, wydawało się tak absurdalne, że aż podejrzewała szefową o kiepski żart.

Zamyśliła się nad tym podejrzeniem. Romilczak znana była z wielu rzeczy, cech i upodobań. Jednak nie z poczucia humoru.

Czyli nie żart – rozmyślała dalej. – To może pomyłka?

Te się zdarzają. Nawet te złośliwe.

W końcu zamknęła teczkę. Wino straciło swój smak. Rubinowy bukiet Toskanii, wyciśnięty z wyrosłych na zboczu gron, karmionych południowym Słońcem, tak wykwintny i magiczny, przemienił się w kwaśny bełt. Przemienienie – pomyślała – cholera by to!

Wstała i udała się do salonu. Mecz siatkówki trwał w najlepsze. Jej mąż przeżywał spektakl, który Sarze kojarzył się ze skaczącymi w stadzie spanielami po dwóch stronach płotu. Nie chciała mu przeszkadzać, ale nie miała wyjścia. Potrzebowała rady kogoś zaufanego. Teraz. Musiała uzyskać odpowiedź na bardzo ważne pytanie, które w tej chwili, po tych wszystkich informacjach, rozsadzało jej czaszkę. Postanowiła o tego towarzysza w trudnych chwilach się upomnieć.

– Mamy gdzieś wódkę? – rzuciła tak poważnie, że Andrzej prawie oderwał wzrok od telewizora. Był jednak prawie pewien, że się przesłyszał.

– Czego potrzebujesz, kochanie? – zapytał i od razu rzucił polisę ubezpieczeniową. – Już prawie koniec meczu.

– Andrzej… – powiedziała to jednym z „tych” głosów, które mrożą facetom krew w żyłach i z przerażenia podnoszą włosy na plecach. To był ton, który sprawiał, że nie miał wyboru. Musiał się podporządkować.

Zresztą – pomyślała, usprawiedliwiając samą siebie – sytuacja jest poważna.

Odwrócił się do niej. Był skołowany. Spojrzał w jej oczy i natychmiast podjął działanie.

Wstał i bez słowa wyszedł z salonu.

Sara stała na progu z rozdziawionymi ustami. Jego zachowanie było tak absurdalne, że… A nie! – spostrzegła. – Już wraca.

Niósł w jednej ręce butelkę a w drugiej szklanki. Chociaż do wódki pasowały kieliszki, doskonale odczytał jej potrzebę. Jak porządny przyjaciel – wziął większe, dostojniejsze miarki. Rżnięty kryształ, który kupili podczas miesiąca miodowego w Turcji.

Usiadł na sofie i wyłączył telewizor. Sara z rozczuleniem zauważyła, że mecz nie dobiegł końca. U jej męża uaktywnił się protokół ochrony i troski. Kochała go między innymi za to.

– Co się dzieje? – zapytał i nalał przezroczystego płynu do szklanek.

Sara usiadła obok niego. Poczuła się tak ciężka. Tak przytłoczona. Tym wszystkim. Tym, co na nią spadło. O co sama się prosiła.

Ale, do jasnej cholery – pomyślała i wyciągnęła rękę po trunek – o to na pewno się nie prosiłam.

Mimo ciszy, która zaległa pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, Andrzej nie naciskał i nie ponaglał. Dawał jej przestrzeń. Sara umoczyła usta i pociągnęła gorzki łyk. Wódka paliła jej gardło i przełyk. Po chwili ciepłem rozlała się w brzuchu. Fajnie.

Świadoma, że oto zaczął się proces dostarczania wyzwalacza do krwiobiegu, przytuliła się do swojego mężczyzny, ale nie odezwała słowem. Zamknęła oczy i przyjęła delikatne głaskanie po głowie.

Poczuła się tak dobrze. Tak bezpiecznie. Otoczona ramionami westchnęła ciężko. I chociaż wiedziała, że to tylko placebo, poczuła że alkohol już działa.

– Mam sprawę w pracy – wypaliła nagle. – Trudną.

– Rozumiem – odpowiedział po chwili – może o tym opowiesz?

Sara czuła, że czasami jest hipokrytką. To był jeden z tych momentów. Z jednej strony fantazjowała o tym, żeby jej facet dał jej powód do szybszego bicia serca, rozpalonych przygodą emocji. Marzyła skrycie o zakazanej lub ryzykownej grze. Chciała pewnego siebie samca, który zamiast całusa w czoło po byle jakiej kopulacji, ściśnie ją w pasie i odbierze resztki oddechu pocałunkiem, który oznaczać będzie bez cienia wątpliwości, że dopiero z nią zaczął i za moment zabawi się ponownie. Ale tym razem mocniej. Tak, chciała, marzyła skrycie o kimś takim i karała się wyrzutami sumienia, że jej mąż taki nie jest. Jednak teraz potrzebowała kogoś wręcz przeciwnego. Przyjaciela, który ją wysłucha, otoczy troską, bezpieczeństwem i przede wszystkim nie będzie ani oceniał, ani doradzał. A już tym bardziej próbował naprawiać.

Andrzej taki właśnie był. Problem w tym, że cały czas. Cholera! – zaklęła w myślach i wtuliła się mocniej w niego.

Czy można mieć wszystko? Czy w ogóle wypada tego chcieć?

– To nic takiego – skłamała. Czuła, że nie powinna jeszcze mówić mu wszystkiego. – Muszę podjąć trudną decyzję w pracy. To wszystko.

Andrzej ucałował ją w skroń. Nie odezwał się słowem. Nie naciskał. Sara czuła jednak, że ta cisza ma już wyraźny ciężar. On zrozumiał, że jego kobieta ma problem i jak porządny mężczyzna, natychmiast włączył protokoły naprawy. Nie wyskoczył, rzecz jasna z żadnym pomysłem, ale jej milczenie wyraźnie budowało w nim napięcie.

– Burczy ci w brzuchu – odparła nagle z czapy. – Głodny jesteś?

– Przepraszam – rzucił natychmiast, chcąc również zamaskować krępującą ciszę. – Najadłem się bigosu pod korek i chyba to był błąd.

Sara parsknęła. Oto kwintesencja ich głębokiego zaufania do własnej relacji. Po coraz wyraźniejszych odgłosach dobywających się z brzucha jej męża domyśliła się, gdzie zapodziała się jej ulubiona kawowa maślanka, której nie mogła wcześniej znaleźć.

– Tylko nie mów, że popiłeś maślanką – uśmiechnęła się szeroko. Trzewia jej męża odpowiedziały gromkim przelewaniem i bulgotaniem. Andrzej nie musiał się już odzywać. Wszystko zostało powiedziane. Sara czuła, że mają niewiele czasu.

– Dostałam propozycję zmiany ścieżki kariery, ale to ryzykowne – wyznała w końcu. – Muszę to przemyśleć. To długi temat, Andrzej.

– Potrzebujesz jakiejś rady? – zapytał i powiercił się na sofie.

– Na razie nie – pogłaskała go czule po policzku. Wykrzywił się, lecz ona wiedziała, że to nie z powodu jej gestu.

To był bigos.

I maślanka.

Czas zaczął pożerać sekundy, które im zostały. Jej mąż był teraz niczym Etna przed erupcją. Nie wiadomo kiedy, ale wiadomo, że na pewno.

– Cokolwiek postanowisz – odpowiedział szybko – będę cię wspierał. I popieram każdy twój wybór.

Po tych słowach, jakby obawiając się, że Sara będzie kontynuować wątek – wstał.

– Przepraszam, muszę do toalety. Goni mnie ważna sprawa. Muszę coś załatwić.

– Powodzenia – uśmiechnęła się do niego. – Widzę, że to grubsza sprawa, faktycznie. Przesrane, co nie?

– Lepiej bym tego nie ujął, kochanie – rzucił i zamknął za sobą drzwi świątyni dumania.

Sara została sama ze swoimi myślami.

Podniosła szklankę i pociągnęła spory łyk wódki.

Przełknęła i poczuła nagły przypływ strachu.

Sięgnęła po teczkę.

Wyjęła plik zdjęć satelitarnych przedstawiających tajemniczą posiadłość w środku rozległego lasu. Rezydencja, co widoczne było nawet z kosmosu, otaczał rozległy teren ogrodzony murem. Po cieniu rzucanym przez promienie słońca wnioskowała, że wysokość tej bariery przekraczała ustawowe dwa metry dwadzieścia centymetrów. Kolejne ujęcie przedstawiało wykonaną z dystansu bramę wjazdową z najprawdziwszą budką strażniczą.

Kolejne zdjęcie. Niewyraźne. Z ogromnymi szumami i artefaktami. Jako ekspertka od fotografii od razu rozpoznała mocno przycięty kadr większego zdjęcia.

– CSI to wy nie jesteście – rzuciła cicho w przestrzeń.

Nie potrzebowała jednak magicznych sztuczek rodem z Hollywood, żeby zauważyć, że strażnik na zdjęciu miał długą broń.

Na myśl o tym, że mogłaby wpaść w jego łapy, przeszły jej ciarki po plecach.

Bała się. Tak. Ale nie strażników. To znaczy – ich również, rzecz jasna. Najbardziej niepokoiło ją samo zadanie.

Podniosła kartkę z wytycznymi i danymi misji.

Infiltracja, inwigilacja, działanie z ukrycia. Przy pełnej konspiracji.

Zdana tylko na siebie. Swój spryt, determinację i improwizację.

Jak niby ma tego dokonać? Jak ma się dostać do środka? W życiu się na to nie zgodzi.

Przechyliła szklankę i zobaczyła dno. Przełknęła. Czuła, że ma już w czubie. To nic. Dolała kolejną porcję alkoholu. Obraz zaczął już falować, ale myśli jeszcze były trzeźwe.

Przynajmniej tak się jej wydawało.

Zrezygnowana rozejrzała się po mieszkaniu. Cierpiała z powodu nudy i marazmu, fakt. Ale czy to coś złego? Czy to takie straszne mieć stabilizację? Normalność? Brak szargających nerwy przygód? Czy to źle?

Nie, nie zrobię tego – postanowiła i upiła kolejny łyk. – Chyba że coś mi powie, żebym jednak tak. Może jakieś słowo od Boga? Święty znak? Albo od biedy chóry anielskie? Może coś doradzą?

Spojrzała w górę i wysłała cichą intencję do tego, w którego moc wierzyła.

Boże, daj mi jakiś znak – poprosiła szczerze z otwartym sercem. – Chcę to zrobić, ale tak się boję. Strach mnie paraliżuje, że nie dam rady i stracę pracę, pozycję, karierę. I pieniądze. Że dam dupy. O, przepraszam cię, panie Boże – wyraziła skruchę, że tak bezczelnie rzuciła dupą w bezpośredniej wiadomości do Najwyższego. – Proszę, daj mi jakiś znak. Co mam robić?

Niebiosa, jak to zwykle bywa, postanowiły nie podnosić słuchawki. Sara przeczuwała, że nikt również nie oddzwoni. Nic nowego. W siedzibie wszechmogącego raczej nie mieli nikogo do obsługi automatycznej sekretarki.

Sięgnęła po szklankę.

– Jebać to! – rzuciła. – Dobrze jest, jak jest. Po co psuć? Nuda mnie zabije, ale to lepsze, niż to – spojrzała na teczkę.

A co? Nie można żyć w marazmie, nudzie i nijako do końca życia?

Westchnęła. Wódka zdecydowanie nie była tym, co teraz napełniało ją największą goryczą.

W tym momencie mogłaby przysiąc, że wyczuła lekkie wibracje. Nie była pewna, czy to alkohol wprawia ją w drgania, czy też chóry anielskie postanowiły jednak oznajmić decyzję Szefa. Cokolwiek by to nie było, do jej uszu dobiegł śpiewny i spektakularnie wyrazisty rezultat czynności, które działy się za zamkniętymi drzwiami świątyni dumania. Najpierw usłyszała przepełniony cierpieniem jęk, niczym dobywający się z najbardziej kulminacyjnego momentu horroru. Chwilę później dobiegł soczysty, dźwięczący ze zmienną częstotliwością warkot gazowego wyrzutu z rozbryzgiem, który skontrapunktował pełen ulgi jęk Andrzeja. Etna przemówiła. Wyspiarze mają przesrane. Sycylię czeka zagłada. W duecie tego zaśpiewu zawtórował chlupot podobny do tego, który wydaje głaz wrzucony do jeziora i dodatkowo poczęstowany odgłosem rozlewania wiadra polewki na posadzkę z czerwonej cegły po rozbiórce powojennej kamienicy. Dźwięki tej trąby Jerychońskiej, zaczynające się w skali infradźwięków, które słyszą tylko słonie, na ultradźwiękach drażniących psi słuch kończąc – oznajmiły oratorium zastępów anielskich. Wygłoszona przez bigos i maślankę rota nieomylnie kojarzyła się z koncertem, który onegdaj zburzył mury Jerycha. Z przestrachem zanotowała, że chyba ściany mieszkania lekko drżą.

No to masz swoją odpowiedź, babo – przemknęło jej przez głowę. – Oto Bóg przemówił. Osobiście, dupą Andrzeja.

A może to wódka?

Zamyśliła się lekko zniesmaczona, no ale sama przecież nie była Jednorożcem. Wszystko, co ludzkie…

I nagle do niej dotarło!

No tak! To był ten znak! Z samego wychodka niebios! Widocznie właśnie tam teraz przebywał Gospodarz! I super, bo to jedyne miejsce, gdzie można w spokoju przejrzeć wiadomości.

Zrozumiała z całym oświeceniem, które na nią spłynęło, że jeżeli niczego nie zrobi, do końca życia czeka ją właśnie to, co działo się teraz za zamkniętymi i, na szczęście, w miarę szczelnymi drzwiami ubikacji.

Andrzej ponownie okazał się pomocny.

Prawdziwy przyjaciel. Do rany przyłóż. Złote chłopisko. Kochała go za to.

Z toalety dobiegło pierdzące potwierdzenie, jęk ulgi i rytmiczny warkot wentylatora, który – zupełnie, jak w postapokaliptycznej grze – odsysał toksyczne wyziewy i zieloną chmurą, niczym z atomowego grzyba – rozwiewał po okolicy.

Przynajmniej komary wybije – pomyślała, śmiejąc się duchu. – I ptaki.

– A zresztą, srał pies – powiedziała już zdecydowanie i na głos. – Zrobię to! Dostałam okejkę z samej góry.

187
3/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 3/10 (1 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.