Samotna Królewna (I)

4 września 2016

1 godz 48 min

Katrina, to młoda kobieta o oryginalnym imieniu, nietypowym podejściu do życia i bolesnej przeszłości. Jest bezpośrednia, wulgarna i bezczelna, a w okół niej są chłopcy, niedojrzali panowie i prawdziwi mężczyźni. Którego z nich wybierze Katrina? Sam/a zdecyduj! Tu ty masz prawo głosu!

Prolog

Retrospekcje

– Nie jestem the best – powiedziała brunetka i z załamaniem wsparła swoje łokcie na kolanach, a dłońmi złapała się za głowę. Już wcześniej każdy z jej włosów był skierowany w inną stronę, ale teraz rozczochrała się jeszcze bardziej.

– Nie, nie jesteś the best – przytaknął mężczyzna, przekraczający bosą stopą próg czerwonego pokoju. Jego krok był wolny, choć chwiejny.

W lewej dłoni dzierżył kieliszek, do połowy napełniony czerwonym winem. W drugiej natomiast miał butelkę, dopiero co odkorkowaną, tym razem wino także było czerwone, choć żadne z nich nie było pewne czy jest tej samej marki co poprzednie.

Facet podszedł bliżej. Wyszedł zza zakrętu, składającego się z wąskiego fragmentu pokoju, zagraconego kolorowymi pudełkami po lewej stronie i materiałową szafą po prawej. Spojrzał na młodą kobietę i powtórzył:

– Nie, nie jesteś the best.

– Jak możesz tak mówić? Ranisz moje uczucia – poskarżyła się udawanym płaczliwym tonem. Zrobiła minkę jakby ją coś bardzo mocno zabolało albo zasmuciło i oparła plecami o oparcie kanapy. Zjechała nieco niżej, rozwierając przy tym uda w sposób bardzo nieprzyzwoity.

– To posiadasz takie mankamenty charakteru?

– Co? – Zmrużyła oczy i zmarszczyła nos. Być może gdyby miała trzeźwy umysł, to okazałoby się, że doskonale wie co to są te mankamenty, ale w chwili obecnej, nie miała głowy do tak trudnych słów. Właściwie czuła się jakby w ogóle nie miała głowy albo miała ją tak pustą, że wiatr mógłby wlecieć przez jedno jej ucho, pohulać sobie troszeczkę i wylecieć drugim.

– Nico – syknął przez zaciśnięte zęby i dolał wina, najpierw do kieliszka stojącego na niewielkim stoliczku dziecięcym, a potem dopiero do swojego, tego trzymanego ciągle w dłoni. – Pytałem czy w ogóle masz coś takiego jak uczucia? – wyjaśnił, znając ją już na tyle, by wiedzieć, że nie odpuści i będzie drążyła, drążyła i drążyła, aż wydrąży mu dziurę w brzuchu, i to taką, wielkości, co najmniej, kuli armatniej.

– Gdzieś, tam na dole, na dnie pizdy, być może.

– Czemu zawsze musisz być taka wulgarna? – Odłożył butelkę na środek stolika i oparł się ramieniem o ścianę. Upił dwa łyki ze swojego kieliszka i odstawił go obok butelki.

– Chyba nie lubię wina – stwierdziła, wyciągając rękę przed siebie.

Mężczyzna ułatwił jej zadanie i podał trunek wprost do kobiecej dłoni, której paznokcie miejscami były obdrapane, a skórki nierówne.

– Skoro nie lubisz, to po co pijesz? – zapytał cicho, niemal szeptem.

– Po piątym kieliszku straciłam rachubę, a po kolejnych dwóch nie czuję już smaku.

– Można i tak. – Wzruszył ramionami.

– Można, kurwa, można. – Przechyliła naczynie i wypiła do dna. – Chujowo tak pić bez większego powodu. Tak, kurwa, za nic. – Rzuciła okiem na swojego towarzysza i gestem dała mu do zrozumienia, by jej polał.

Mężczyzna tylko przytaknął ruchem głowy. Ledwo nachylił się po butelkę, a oberwał poduszką.

– Co ty robisz? – zapytał lekko rozgniewany, choć może był tylko zaskoczony.

– Powód podaj!

– A skąd ja mogę wiedzieć za co ty chcesz pić? Może za przyszłość, przeszłość... za retrospekcje.

– Retro... retro...

– Retrospekcje – niemal wysylabizował w chwili, gdy czerwona ciecz lała się z butelki wprost do kielicha, tak typowo przy tym chlupiąc.

– Piosenka taka była – przypomniała sobie. – Kiedyś ją cholernie lubiłam.

– Jaka piosenka? – zdawało mu się, że stracił wątek, albo że Katrina znajduje się już w innym świecie, po którym biegają białe myszki i to nie gęsiego, a zapierdzielają stadami.

– No ta, taka... Kada miała tam refren.

– Kto? – Tym razem to on zmrużył oczy i zmarszczył nos. Czuł, że musi to przepić. Nawet już nie trudził się dolewaniem do swojego kieliszka. Napił się wprost z butelki.

– No ta taka, no na pewno wiesz.

– Nie – jęknął.

– Jak ty się na niczym nie znasz. – Katrina wydawała się być załamana niewiedzą swojego towarzysza. – To leciało jakoś tak... To pożłókły...

– Pożółkły – poprawił ją.

– Żółkły – warknęła, rzucając w jego stronę spojrzenie, które gdyby tylko miało taką moc, to przyszpiliłoby go do ściany, krzyżując niczym Rzymianie Chrystusa. – ...kalendarz pełen dat i notatek. Lista na życie planów i wydartych kartek. To szum zakurzonej płyty jak ostatnia lekcja. Wspomnień... coś tam, coś tam re-trosss-pekcja.

Kilka lat wcześniej...

Blondyn o niebieskich oczach depnął gazu i pewniej zacisnął swoje dłonie na kierownicy. Znał drogę na pamięć. Przemierzał ją co najmniej dziesięć razy w ciągu tygodnia – w tę i z powrotem, zawsze gdy jechał do pracy, i gdy z niej wracał. Piwo spokojnie spoczywało w miejscu przeznaczonym na kubek, było otwarte. Sergiusz co jakiś czas wyciągał po nie rękę, czynił łyk, czasami dwa i odkładał na miejsce.

Niespodziewanie zadzwonił jego telefon komórkowy, umiejscowiony na kokpicie. Stara Nokia w niebieskiej obudowie z elementami fosforyzującymi, zapewniającymi jej widoczność, nawet w całkowitej ciemności. Sergiusz chwycił pewnie za ten telekomunikacyjny wynalazek i przyłożył go do swojego prawego ucha, jednocześnie zdejmując dłonie z kierownicy, by wyciągnąć gumę z ust i wrzucić ją do popielniczki.

– Sergiusz Antczak z tej strony – powiedział swoim zwyczajnym, ciepłym i przemiłym głosem. Lekko ochrypł, zapewne od sędziowania podczas zawodów, przynajmniej tak pomyślała Katrina kiedy tylko go usłyszała.

Pięćdziesięciodwuletni mężczyzna, jednak, nie zdążył usłyszeć ani jednego słowa dziewczyny. Komórka wypadła mu z rąk. Szybko zerknął na znak drogowy, wskazujący na to, że ma drogę pierwszeństwa. Schylił się więc po komórkę i zaczął na oślep poszukiwania. Jego lewa dłoń ciągle spoczywała na kierownicy.

Niespodziewanie czarne Audi wyjechało znikąd na drogę, jakby było zjawą, nagle zrzuconą z nieba na ten właśnie odcinek trasy. Sergiusz zauważył pojazd w ostatniej chwili. Nie było szans, by go wyminął, bo wszędzie znajdowały się drzewa. Pozostało tylko podjąć szybko jakąś, męską decyzję.

Lewo? Prawo? Prosto?

Odbił w lewo...

Wyrok boski zapadł i był nie do odwołania, a słowa owego wyroku, przekazał mężczyzna w białym kitlu, zaraz po wyjściu z sali operacyjnej:

– Pan Antczak... zoperowaliśmy go, wydaje się, że będzie żył, ale jego mózg był długi czas niedotleniony. Gdyby sprawca nie uciekł z miejsca wypadku, wyjął pani męża z pojazdu i udzielił pierwszej pomocy, to być może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.

– Co mogę teraz robić? – zapytała Alicja. Była trzydziestokilkuletnią kobietą o nienaturalnej barwie włosów i jeszcze mniej naturalnej barwie oczu. Blondynka w pasemkach o oczach tak błękitnych, że można było w nich utonąć.

– Modlić się i być dobrej myśli. Wszystko się okaże dopiero po wybudzeniu pacjenta – odpowiedział chirurg, który już miał wyminąć kobietę i zbierać się do domu, ale na korytarz właśnie wpadli kolejni ludzie.

Nowymi przybyłymi było młode małżeństwo z kilkuletnim dzieckiem na rękach i kobieta około pięćdziesięciu lat. Ta także miała blond włosy i niebieskie oczy, ale jej tęczówki nie miały już tej wspaniałej barwy błękitu, i nie odbijały światła w ten specyficzny, magiczny sposób, jak tęczówki Alicji.

– Panie doktorze, jestem Anna Antczak. Chciałabym wiedzieć co z moim mężem.

Szatyn w białym kitlu stanął jak wmurowany i tylko przenosił swój wzrok z jednej blondynki na drugą. W końcu zatrzymał swoje rozbiegane spojrzenie na tej starszej z pań i rzekł powoli, jakby z niedowierzaniem:

– Pani mężem?

Lekarz tamtego dnia faktycznie pomylił kochankę Sergiusza Antczaka z żoną mężczyzny. Lekarz ten w ogóle często się mylił, zupełnie, jakby się nie znał na ludziach, ale ukończył studia medyczne z wyróżnieniem i był naprawdę dobrym chirurgiem. Co do jednego, mężczyzna w białym kitlu miał jednak rację – gdyby tamtego dnia, ten drugi kierowca, nie uciekł z miejsca zdarzenia, wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej...

Wykorzystany utwór:

Ippon & Kada – Retrospekcja

Rozdział 1

Życie różnie się układa

Składałam właśnie swój ulubiony sweter w rurkę. Nigdy nie lubiłam składać ubrań i nigdy nie potrafiłam tego porządnie robić, być może dlatego, że zawsze nieszczególnie się przykładałam do prac domowych. Co prawda dbałam o porządek i starałam się, by w naszym niewielkim, dwupokojowym, wynajmowanym mieszkanku było względnie czysto, ale i tak nie było dnia, by jakaś zbłąkana szklanka, pusta butelka, czy kolczyk lub rękawiczka bez pary, nie znajdowały się na stole, komodzie czy parapecie. W mojej szafie też panował rozpiździec. Wszystko było zmięte i wciśnięte na siłę. Dywan nie był idealnie wyprany, a podłogi nigdy nie pastowałam. Teraz myślałam o tym wszystkim, stojąc przed kanapą, gapiąc się w okno, znajdujące się za nią i gniotąc ten biały sweter zrobiony na szydełku, który miałam zaledwie dwa razy na sobie. Pomimo tak rzadkiego użytkowania, to ubranie stało się moim ulubionym i czułam, że tak pozostanie już na zawsze. W końcu nachyliłam się do torby sportowej, leżącej na złożonej kanapie i wcisnęłam w nią biały, wełniany sweter, potem dopakowałam jeszcze jakąś szkatułkę z biżuterią i siatkę ze skarpetkami. Jakimś cudem udało mi się zapiąć zamek, a później przekazać bagaż szczupłemu brunetowi.

– To wszystko? – zapytał Gracjan.

Chłopak był rok ode mnie młodszy. Kiedy nie zdałam, a było to w jeszcze w podstawówce, to spotkaliśmy się w tej samej klasie. Przez pewną, zołzowatą nauczycielkę zostaliśmy zmuszeni, by dzielić z sobą ławkę, na dodatek jedną z pierwszych, tę znajdującą się przed samym biurkiem.

– Nie wiem... – szepnęłam, czując ból gardła tak silny, że odbierał mi przyjemność z mówienia.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Zabrałam kilka książek z witryny, za której szkłem znajdowały się różnego rodzaju kieliszki, z czego każdy był inny. Były tam też alkohole. Nic wielkiego, bo jakieś tanie, ruskie szampany i wódka Barmańska. Chwyciłam za wódkę o smaku wiśniowym i wcisnęłam ją do walizki stojącej na ziemi. To samo uczyniłam z książkami.

– Teraz to wszystko? – dopytywał brunet, mający ładny, śniady odcień karnacji. Być może gdyby był pulchniejszy na twarzy i szerszy w ramionach, to stałby się bożyszczem wśród tych wszystkich nastoletnich idiotek. Niestety on był chudy jak szkapa, a w dodatku bardzo nieśmiały.

Ponownie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Mój wzrok tym razem padł na niewielką walizkę. Taką metalową, jakby kosmetyczną. Trzymałam w niej maszynkę do robienia tatuaży.

– Z tym już sobie poradzę sama – odpowiedziałam kumplowi i wskazałam na rzecz, o którą mi chodzi.

– Dobra, czyli ja biorę to, to i to. – Palcem wskazał na dwie duże walizy i torbę sportową. – I jeszcze to – dodał, zakładając różowy plecak na jedno ramie.

Nigdy nie lubiłam różowego koloru, ale jak to mówią darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Więc nie zaglądałam.

Gracjan wyszedł, pozostawiając otwarte drzwi, a ja ostatni raz usiadłam na złożonej, zniszczonej kanapie, przykrytej popielatym kocem ze wzorem rzymskiego, płonącego koloseum. Dziwne, ale moje serce nie płonęło. Nie czułam jakby się rozrywało na pół, nawet w momencie kiedy ściągałam złotą obrączkę z serdecznego palca i wsuwałam ją do kieszeni kurtki. Być może ja już nie miałam serca...

Wstałam i chwyciłam za misia – czerwonego, małego Clifforda. Prezent od matki, który ofiarowała mi w dniu kiedy znalazła w mojej kosmetyczce pozytywny test ciążowy. Miałam siedemnaście lat. Powinna się wkurzać, prawda? No, ale nie wkurzała. To mnie nachodziły wątpliwości, myśli o aborcji, rodzinach zastępczych, a ona się po prostu cieszyła. Chciała mieć wnuka, ale z ręką na sercu przysięgała, że jeśli to będzie dziewczynka, to będzie ją równie mocno kochać. Całą trójką – razem z Oskarem – wybieraliśmy imiona. Wypisaliśmy sześć naszym zdaniem najładniejszych, a potem ja rzucałam dwa razy kostką. Wypadło trzy i cztery. Sergiusz albo Amanda. Śmiałam się z nich, bo padło akurat na moje typy, a oni, wielce zbulwersowani, uznali, że oszukuję. Decyzja jednak była nieodwołalna i już tydzień później śmigałam ubrana w koszulkę ciążową z różowym odciskiem małej dłoni i niebieskim niemowlęcej stopy, napis na ubraniu głosił: Amanda albo Sergiusz.... zgadnij kim jestem?. Te wydarzenia były tak dokładnie wymalowane w moich wspomnieniach, jakby miały miejsce dzień lub dwa dni temu. Minęły jednak miesiące. Poczułam, że się rozklejam i że ktoś kładzie swoje dłonie na moich ramionach. Delikatnie masuje i szepce:

– Nie myśl o tym.

Łatwo mu było powiedzieć nie myśl o tym. Wszystkim kurwa było łatwo, ale to ja miałam wyrzuty sumienia. To ja z początku nie chciałam tego dziecka, a potem kiedy go zabrakło, to też ja najbardziej za nim tęskniłam. Nie obwiniałam zmarłego potomka ani o szybki ślub, ani o nieudane małżeństwo. Właściwie to nikogo za to nie winiłam, może z wyjątkiem Oskara i samej siebie. Obwiniałam też Boga, ale za coś zupełnie innego – za śmierć, za zabieranie niewinnego, za odebranie mi szansy na normalne życie... na bycie matką.

– Poczekaj w samochodzie – szepnęłam do Gracjana, kładąc swoją dłoń na jego dłoni, która wciąż spoczywała na moim ramieniu. – Rozejrzę się tu jeszcze i zaraz przyjdę.

Gracjan uśmiechnął się ciepło, odsłaniając przy tym swoje nierówne, ale białe jak śnieg zęby, a może był to tylko mylący i złudny efekt za sprawą odcienia jego karnacji? Sama nie wiem. Delikatnie objął główkę Clifforda i wyszarpnął mi go z dłoni.

– Wezmę to – powiedział.

Poczułam nieśmiałe muśnięcie jego warg na mojej skroni.

Chłopak wyszedł, a ja udałam się do zrujnowanej i wieki niemalowanej łazienki. Przemyłam mokrą od łez twarz i wytarłam się ręcznikiem papierowym. Ledwie otworzyłam białe, zacinające się drzwi, a już ujrzałam charakterystyczne, mocno rażące, zielone obuwie sportowe, należące do mojego męża. Jak nie trudno się domyślić, buty były na nogach swojego właściciela.

– Cześć Oskar – rzuciłam do mężczyzny z niedbałym, kilkudniowym zarostem i mocno ciemnymi, niemal czarnymi oczami.

– No cześć – odpowiedział takim tonem jakby mówił kupę lat żeśmy się nie widzieli.

W rzeczywistości minęły dwa, może cztery dni odkąd ostatni raz patrzyliśmy sobie w oczy. Nigdy nie liczyłam ile dokładnie czasu był nieobecny. On także nie wnikał, gdzie ja jestem, gdy nie ma mnie w domu ani kiedy zamierzam wrócić.

– Spakowałam większość swoich rzeczy, zostały tylko jakieś duperele, których nie używam. Możesz sobie zostawić je na pamiątkę, wywalić albo spalić. Co tam uważasz za słuszne, to z tym zrobisz. Rozmawiałam już z właścicielem, więc jeśli uregulujesz zaległy czynsz za dwa miesiące, to możesz dalej tutaj mieszkać. Ja już się wymeldowałam – mówiłam jak maszyna, jak osoba całkowicie wyprana z emocji. – To chyba byłoby na tyle – dodałam uderzając wierzchem prawej dłoni o wewnętrzną stronę lewej.

Wyminęłam Oskara bez żadnego trudu. Co prawda usiłował mnie złapać za rękę, ale zachwiał się i w efekcie wylądował na ścianie. Właściwie to gdyby nie ta ściana, to padłby jak długi. Nie umiał się utrzymać na chwiejnych nogach.

– Ale jak to się wyprowadzasz? – zapytał, kiedy ja nachylałam się po walizkę z akcesoriami do robienia tatuaży.

To właściwie przez ten przedmiot się bliżej poznaliśmy, a miejsce to miało jakieś dwa lata temu. Zabawne, ale nigdy nie miałam pamięci do dat, urodzin, rocznic i tych wszystkich dupereli.

Skierowałam swoje kroki w stronę drzwi. Nagle przystanęłam. Dokonałam w głowie po raz setny rachunku zysków i strat. Zawróciłam. Podeszłam do wysokiego, śmierdzącego kacem mężczyzny. Wspięłam się na palcach, by sięgnąć jego policzka. Złożyłam najbardziej delikatny pocałunek, jaki tylko potrafiłam dać i szepnęłam:

– Żegnam Oskar.

– Katrina! – zawołał za mną, gdy byłam już na klatce schodowej. – Ale tak właściwie to dlaczego ty się wyprowadzasz?

Przystanęłam na moment. Nawet się nie odwróciłam. Po prostu prychnęłam pod nosem i ruszyłam przed siebie. Uznałam, że tłumaczenie powodów jest zbędne. W końcu mówiłam mu tyle razy czego oczekuję. Zawsze kończyło się na obietnicach, a potem robił to samo, czyli nie robił właściwie nic, by cokolwiek zmienić.

Pół godziny po tym wydarzeniu byłam już w mieszkaniu mojej rodzicielki. Niewiele się tutaj zmieniło od mojego ostatniego pobytu, czyli od jakiś dwóch tygodni. W jednym pokoju podłoga nadal nie była pokryta niczym, nawet gumolitem, na jego środku stał okrągły stół. Trzy ściany i sufit pomalowane były na beżowo, a jedna okalana brązową tapetą we wzór konturów róż z kolcami.

– Połóż gdziekolwiek – rzuciłam do Gracjana, który wciąż robił za mojego tragarza.

Odwiesiłam kurtkę na wiszący, mosiężny wieszak, a klucze, które trzymałam w dłoni wrzuciłam do specjalnej, drewnianej skrzyneczki, zawieszonej na wewnętrznej stronie drzwi. Gracjan przyniósł kolejne moje bagaże, a ja zapaliłam światło w drugim pokoju. Ten miał ułożenie w kształcie litery L, a większość ścian miała krwistoczerwony kolor. Na jasnych panelach walały się ciężkie tomy książek, różnego rodzaju albumy i pirackie płyty DVD. Wiele razy chciałam to wszystko gdzieś upchnąć, ale zawsze brakowało mi czasu, pomysłu i energii. Omiotłam wzrokiem cały ten bałagan i z ulgą przyznałam, że w końcu czuję się jak u siebie. Już miałam opaść tyłkiem na kanapę, gdy przypomniało mi się o Gracjanie i o tym, że nawet nie zaproponowałam mu niczego do picia. Chłopak zażyczył sobie jedynie czegoś zimnego, bo na dole, w samochodzie, czekał na niego kierowca. Weszłam więc do kuchni w celu zajrzenia do lodówki i doznałam szoku. Zamrugałam chyba z osiemset razy na minute, potem otworzyłam oczy najszerzej jak się tylko dało. W kuchni nie było nic! Dosłownie nic! Puste ściany, wiszący bojler, brak podłogi i ledwo trzymający się kupy żyrandol. Na szczęście była woda – gazowana, butelkowa, stała sobie w zgrzewkach ułożonych na podłodze. Czyli zwyczaje mojej matki się nic nie zmieniły. Nadal pijała wodę hektolitrami. Wcisnęłam Gracjanowi w dłonie całą butelkę i oznajmiłam, że może sobie ją zabrać, bo ja nawet gdybym chciała nalać mu jej do szklanki, to nie mam pojęcia, gdzie jest jakiekolwiek szkło w tym domu.

– Okay. – Uśmiechnął się łobuzersko, z jedną brwią nachodzącą na oko, to była taka jego specyficzna mimika twarzy, a przynajmniej ja nie znałam nikogo innego, kto by tak czynił.

Gracjan skierował swoje kroki do wyjścia i w tym właśnie momencie, do domu wróciła moja matka. Niska i szczupła kobietka, o farbowanych blond włosach i w sportowym odzieniu.

– Cześć chłopaku – rzuciła do mojego kolegi.

– Mamo to jest Gracjan. – Chciałam być miła i ich sobie przedstawić.

– Przecież widzę, że nie pan Jezus – odpowiedziała, a potem wzruszyła ramionami.

Spojrzałam zdziwiona na bruneta, a potem na moją rodzicielka i w końcu, wszystko dla mnie stało się jasne. Oni się znali! Ale jak i skąd?

– Siedziałam z jego ojcem na wywiadówkach, gdy jeszcze chodziłaś do szkoły.

Nadal nie wiedziałam, co ojciec Gracjana ma wspólnego z nim samym i z moją matką jednocześnie, ale już wkrótce doznałam oświecenia, za sprawą jednej z obecnych przed moimi oczyma osób.

– Mamy się na fejsie w znajomych – wyjaśnił Gracek, a potem grzecznie się pożegnał i zbiegł schodami w dół po starej, zaniedbanej, i śmierdzącej dymem tytoniowym klatce.

Zamykając drzwi, zastanawiałam się, co oni wszyscy widzą w tych portalach społecznościowych. Ja tam nigdy nie miałam potrzeby, by obwieszczać swoje zdjęcia i swoje dane całemu światu. Mało tego, jak bywałam u mojej przyjaciółki – Wiktorii, i zerkałam jej przez ramie, podczytując co niektórzy wrzucają na tablice, to nie wiedziałam czy mam się śmiać z ich głupoty, czy płacząc nad nią ubolewać. To nie tak, że byłam zacofana, w końcu z GG, Hangouty i SMS-ów, korzystałam. Dobrodziejstwa płynące z internetu, także nie były mi obce, ale zwyczajnie miałam w dupie życie innych i nie chciałam, by obcy ludzie włazili swoimi oczyskami, przez ekran monitora, w moje własne. W końcu co, kogo, to interesuje ile kto ma dzieci, czy się ożenił, czy wyszła za mąż, jak mieszka i gdzie byli na wakacjach? Coraz częściej miałam wrażenie, że te wszystkie portale społecznościowe, zostały wymyślone tylko po to, żeby rodzić zazdrość, niezgodę i ploty, a z tego wszystkiego plotkowania i obgadywania nie lubiłam najbardziej. Być może dlatego nie miałam nigdy potrzeby, by się na takim portalu logować. Bo niby co ja miałabym tam robić, skoro miałam swoje realne życie i głęboko miałam życia innych, i ich rodzin?

– Wprowadzasz się? – zapytała moja matka, siedząc na białym krześle i zdejmując sportowe, zimowe buty.

Skąd wiedziała? – zanim zdążyłam zadać to pytanie na głos, ona już wskazała dłonią na walizki.

– A Oskar? – dopytywała.

– Co Oskar?

– No czy też się wprowadza?

– A broń Boże. – Zrobiłam minę jakbym się przestraszyła, bo naprawdę taka wizja nie napawała mnie optymistycznie. – Nadal nie położyłaś paneli u siebie w pokoju – rzuciłam dla zmiany tematu, bo o czym jak o czym, ale o moim mężu, to z pewnością nie miałam ochoty rozmawiać.

– Wiesz jak to jest, jak jest czas to nie ma pieniędzy, a jak są pieniądze to nie ma czasu i zanim się znajdzie czas, to te pieniądze już się wyda.

Zdjęła kurtkę, bluzkę, a nawet stanik. Tak po prostu, na moich oczach. Dała mi do zrozumienia, że mam się przesunąć, bo zagradzam jej dojście do szafy. Wyjęła z niej ekskluzywną, satynową bieliznę.

– Masz kogoś? – Wiem, że może nie powinnam o to pytać tak od razu, niemal w progu, ale nie potrafiłam się powstrzymać.

– Nie, z Dorotką się umówiłam na piwo.

– Aha – dałam do zrozumienia, że przyjęłam do wiadomości, choć tak naprawdę, nie widziałam sensu w zmienianiu bielizny, skoro szło się tylko na piwo z koleżanką. No bo chyba koleżanki nie oglądają swoich staników i majtek nawzajem, siedząc w barze, przy wysokiej szklance piwa, prawda?

Zanim moja matka zdjęła spodnie ja już ją wyminęłam, by tego nie widzieć. Przykucnęłam przy jeden walizce, rozpięłam ją i zaczęłam się rozpakowywać upychając wszystko w materiałowej szafie z drzwiami na zamek.

– Co się stało z kuchnią?! – krzyknęłam.

– Zmęczyła mnie. Poza tym pralka się zepsuła. Wywaliłam wszystko!

– A za co kupisz nowe?! – dopytywałam ciągle krzycząc.

– No właśnie, o tym pomyślałam tydzień po wywaleniu starego, ale nie martw się, coś się wymyśli. Póki co to jakbyś miała czas, to możesz tam pomalować.

– Nie, dzięki – syknęłam pod nosem. – Przyszłam tu, by odpocząć od męża i uporać się z rozwodem, a nie użerać się z farbą – dodałam szeptem, tak że nie mogła tego słyszeć. – Pomogę ci wyremontować mieszkanie, zabawię tu dłużej!

– Dobra. Bądź ile chcesz. Nigdy cię nie wymeldowałam! – Tak moja matka okazywała uczucia, poprzez takie gesty jak meldunek stały, coś do ubrania albo zegar, który do dzisiaj zdobił moją ścianę. Natomiast nigdy nie mówiła kocham cię, zależy mi na tobie ani też nie pytała co cię trapi czy, jak ci pomóc?.

Tak właściwie, to ona sama była osobą, która nijak była przystosowana do życia i nieustannie potrzebowała czyjeś pomocy. Była jak takie dziecko we mgle, które dopiero co raczkuje. Wiedziałam, że jeszcze miną, co najmniej, dwie dekady zanim nauczy się chodzić.

A ja? Ja umiałam już latać. Ponad chmurami. Z tej wysokości, dostrzegałam każdy problem znajdujący się u dołu. Problem w tym, że nadal latałam za nisko, by poznać rozwiązania na te frasunki. Nagle w moje oczy rzuciła się wódka, którą zabrałam Oskarowi podczas pakowania się. Wysłałam SMS-a do Wiktorii czy wpadnie na jednego drinka i odrzuciłam telefon na kanapę, znajdującą się nieopodal. Powróciłam do rozpakowywania, jednocześnie czyniąc dwa duże łyki prosto z gwinta.

– Pijesz i się nie podzielisz? – zapytała moja rodzicielka, stojąc za moimi plecami.

Odwróciłam się w jej kierunku. Wyglądała jak seksbomba w tych lateksowych legginsach i popielatej tunice z dużym dekoltem. Do tego na nogi wcisnęła moje kozaczki na wysokiej szpilce. Już miałam jej zwrócić uwagę, ale odpuściłam. I tak w nich nie chodziłam, nie lubiłam ich. Były takie cholernie niewygodne.

– Nie dzielę się, bo ty nie lubisz pić. – Wyjęłam z walizki kartonik z lakierami do paznokci i dużą kosmetyczkę.

– Wystarcza, że ty lubisz na tyle, że pijesz za nas dwie.

– Ja to piję za pięciu. Wpadnie Wiktoria, chyba zostanie na noc.

– Jasne, tylko zamknij za mną drzwi i nie szlajaj się nigdzie, bo nie biorę kluczy. Nie mieszczą mi się do torebki.

W tym momencie zastanawiałam się jak klucze mogą się nie mieścić do torebki?, ale nie zapytałam o to. Poczłapałam posłusznie za moją mamuśką, zatrzasnęłam za nią drzwi i podeszłam do dużego lustra, wiszącego w przedpokoju. Miałam bladą cerę, podkrążone oczy i potargane włosy – to na pewno nie był najlepszy z momentów mojego życia. Pytanie tylko, czy mogło być gorzej? Pewnie mogło, ale teraz jakoś nie chciałam o tym myśleć. Chwyciłam za pilot i włączyłam starą wieże Techniksa. Z głośników rozniosło się po całym mieszkaniu:

Ja wiem, nie będzie łatwo poczuć, że się żyje.

Może jednak warto, nie poddawać się.

Masz siłę, masz wiarę, raz jeszcze pozbieraj się.

Nie żyjesz za karę, nie...

Poszłam zajrzeć w swój telefon komórkowy czy Wiktoria odpisała. Oczywiście jak zawsze mnie nie zawiodła. Miała być za dziesięć minut. Po pięciu uświadomiłam sobie, że muszę ją powiadomić o tym, by przyszła do mieszkania mojej matki, a nie do tego, które wynajmowałam z Oskarem.

– Rychło w czas. Właśnie twój men otworzył mi drzwi domofonem.

– To olej mojego mena i zawróć! – wrzasnęłam, kucając w pokoju mojej matki i przeglądając jakieś siatki. Poszukiwałam szklanek. – Albo wiesz co? Weź od niego jakieś szkło. Może być nawet słoik po musztardzie. Ta idiotka chyba wszystko wywaliła.

– Katrina, zwolnij – wypowiedziała lekko zirytowanym tonem. – Mówisz za szybko i nic nie rozumiem.

– Weź od Oskara dwie szklanki – niemal wysylabizowałam.

– Teraz rozumiem. Kupię kubeczki plastikowe po drodze. A teraz uciekam, zanim zejdzie po mnie na dół. Nie zamierzam się mu tłumaczyć za ciebie. To ty od niego odeszłaś, więc ty mu to wyjaśniaj.

– To przez ciebie się z nim związałam – warknęłam, ale po drugiej stronie już nie było Wiktorii, a tylko to charakterystyczne pi pi.

Odłożyłam telefon na stół, wróciłam się do przedpokoju i przed moimi oczami stanęła wysoka komoda w połowie oszklona. Dosłownie mogłabym przysiąc, że jeszcze przed pięcioma minutami jej tu nie było. Cóż, najwidoczniej z moją spostrzegawczością jest jeszcze gorzej, niż z orientacją w terenie. Za szkłem stały kieliszki, do wina białego, czerwonego, martini, szampana, likieru a nawet margarity.

Mój Boże, chyba umarłam i trafiłam do nieba! – Uśmiechnęłam się tak szeroko, że to aż dziwne, iż ten uśmiech nie rozpuścił mnie jak cukier na deszczu.

Szybko otworzyłam oszklone drzwiczki komody, chwyciłam za kieliszek do szampana i szepnęłam z czułością:

– Chodź malutki do mamusi.

Położyłam go na podłodze z braku innej opcji i zajrzałam do dolnego wnętrza komody, licząc na to, że skoro w górnej jej części znalazłam kieliszki, to w dolnej będzie jakiś dobry alkohol. Nie było go tam. Zamiast niego moim oczom ukazały się mąki, cukry, makarony, chyba każdy z rodzajów Pomysłu na obiad i inne tego typu, zbędne moim zdaniem, produkty. Jednak gdzieś w tej namiastce mini marketu, uchowały się też chipsy – paprykowe – moje ulubione. Szybko za nie chwyciłam, wzięłam też z sobą kieliszek i poszłam do pokoju. Tam w spokoju mogłam poddać się relaksowi, czyli rozłożyć na kanapie z nogami wyciągniętymi przed siebie i napić się wiśniówki zmieszanej z colą, chrupiąc przy tym chipsy.

W mieszkaniu rozbrzmiała melodia znana z filmu Noce i dnie. Film ten znałam aż za dobrze. Oglądałam go kiedyś niemal codziennie, przez dwa tygodnie, naprzemiennie z filmem Nigdy w życiu. Ktoś powie, że to dziwne upodobania, by oglądać kilkakrotnie jedno i to samo. Cóż... ja się z tym kimś zgodzę. Wtedy jednak byłam dwunastoletnim dzieckiem, chorym na anginę i zmuszonym do tego, by pozostać w domu, w łóżku. Wtedy też powinna być przy mnie matka albo ojciec, nieprawdaż? No ewentualnie jakaś babka powinna przy mnie być, czyż nie? Nie było jednak nikogo. Nikt nie gotował dla mnie rosołków i nie podgrzewał ,wcześniej niezjedzonego do końca, obiadu. Radziłam sobie sama, będąc więźniem małego pokoju, na rozłożonej wersalce, która zajmowała jego większą część. Obok stała czarna ława z niebieską serwetą. Właściwie to bieżnikiem. Na tej ławie stał różowy termos z herbatą Rooibos – moją ulubioną, na termosie była naklejka z Timonem z Króla lwa, a obok termosu znajdowała się położona treścią do dołu książka – szkolna lektura – Opowieść wigilijna. Ja byłam jednak wpatrzona w telewizor, obok którego stało nowiusieńkie DVD i odtwarzało, naprzemiennie, dwie płyty, dołączone do miesięcznika Viva. Tymi płytami były właśnie filmy – ekranizacja powieści Marii Dąbrowskiej, pod tytułem Noce i dnie, i ekranizacja książki Katarzyny Grocholi, o tytule Nigdy w życiu. Obrazek ten byłby zapewne pięknie leniwy, gdyby nie fakt, że ja, wtedy miałam na sobie dwie pary spodni dresowych, koszulkę, grubą bluzę, byłam nakryta po samą szyje puchową pierzyną, a na dodatek miałam na głowę zimową czapkę. Powód mojego nietypowego stroju był prosty do odgadnięcia. W mieszkaniu temperatura sięgała kilku stopni Celsiusza poniżej zera, dokładnie tak samo jak na dworze.

Odłożyłam kieliszek na ziemie, zgramoliłam się z kanapy i ruszyłam w kierunku drzwi. Tym razem melodia słynnego walca, nie wybrzmiewała ze starego, małego telewizora, a z dzwonka, zwiastującego przybycie gościa. Pokombinowałam więc przy zamkach, z czego jeden nieustannie się zacinał i otworzyłam drzwi na oścież, wyśpiewując pod nosem:

Już zielenieje sad po burzy,

nim roztopimy się w podróży.

Ty kochaj mnie od nocy, do nocy,

aż po noc.

Wiktoria, dziewczyna o ciemnych blond włosach i piwnych oczach, przekroczyła właśnie próg. Stanęła w korytarzu i nawet nie zwracając uwagi na moje fałszujące śpiewy, zaczęła rozpinanie kurtki, i zdejmowanie szalika. Z czapką sama jej pomogłam. Szybko zakosiłam ją z jej głowy i założyłam na swoją. Stanęłam przed lustrem i z żalem przyznałam, że styl reggae do mnie nie pasuje. Oddałam więc mojej przyjaciółce trójkolorową czapkę z dużym pomponem, sięgającym niemal do samych pośladków.

Wika przewróciła oczami, włożyła czapę do rękawa i zawiesiła odzienie na wieszaku, który ja jakiś rok temu własnoręcznie przykręcałam do ściany, za pomocą śrubek przeznaczonych do karton-gipsu, i śrubokręta, który miał w sobie taki fajny magnesik. Już miałam się pochwalić moim dziełem, gdy Wiktoria mnie uprzedziła i pierwsza rzekła:

– Cześć. Nie powinnaś być czasem załamana?

– Ależ jestem – odpowiedziałam, otwierając szeroko moją parę oczu, jedyną jaką na chwilę obecną posiadałam, bo okulary jakiś czas temu gdzieś posiałam i do dziś nie odnalazłam. – Nie widać? – zapytałam.

Wiktora przyjrzała się uważnie moim błyszczącym paczadełkom, uśmiechowi od ucha do ucha i rumianym policzkom.

– Nie, właśnie nie widać – stwierdziła z całą powagą i skierowała swoje kroki do mojego pokoju. Rozsiadła się na kanapie, na której jeszcze nie tak dawno ja leżałam.

– Bawimy się! – krzyknęłam podkręcając muzykę na tyle głośno, by zdenerwować sąsiadów, ale na tyle cicho, by słyszeć podniesiony głos Wiki.

W dłoń chwytłam butelkę i napełniłam nią połowę kieliszka. Nalałabym jej więcej, ale ta idiotka protestowała, że tyle jej w zupełności wystarczy.

– Nie mogę dziś dużo wypić. Jutro idę do pracy na rano.

– Biedna ty – ubolewałam nad jej losem naprawdę krótką chwilę, a zaraz potem stwierdziłam – ale ja nie, ja mam wolne. – Wykonałam kilka łyków wódki owocowej, niskoprocentowej, wprost z butelki.

– Zanim się rozkręcisz, to babcia ma badania na dziewiątą rano. Ktoś musi zająć się Kaśką. Wyjątkowo padło na ciebie.

Zaraz, zaraz, że co ona właśnie powiedziała? Ja miałam zajmować się jej dzieckiem?

Co prawda, ja nie miałam nic przeciwko, by zabrać małą na jakiś spacerek, ale raczej w godzinach wieczornych. W końcu, kto normalny funkcjonuje jak należy, o tak rychłej godzinie, jak dziewiąta rano? A przy tak małym dziecku, to chyba wypadało funkcjonować jak należy, prawda?

– Tak, wiem, nie jesteś z tego zadowolona, ale pomyśl, że ja mam gorzej. To ja będę zapierdalała na produkcji, stojąc jak na szpilkach i zamartwiając się, czy ty sobie radzisz.

– Nie, no czemu? Spoko, poradzę sobie. W końcu to nie takie małe dziecko, nie? Ile ona ma?

– Pożal się Boże nad tobą. I ty jesteś chrzestną?

Stanęłam w lekkim rozkroku i wsparłam dłonie na moich seksownie zaokrąglonych biodrach.

– Jeszcze jej nie ochrzciłaś – warknęłam, jakby to miało być jakimś usprawiedliwieniem na fakt, iż nie znałam wieku swojej przyszłej chrześnicy.

– Jedenaście miesięcy.

Przewracając oczami, zaczynałam kalkulować, ile to jest tak naprawdę to jedenaście miesięcy. Starałam się sobie wyobrazić jakie może być dziecko w takim wieku.

Czy to już mówi? Chyba jeszcze nie. Ale być może już chodzi... – Miałam nawet o to zapytać, ale uznałam, że najgorzej jest się wygłupić. W końcu kogo nie rzucą na głęboką wodę, ten nigdy nie naumie się pływać.

– Spoko, damy radę – zapewniłam.

– A potem jak już oddasz małą mojej babci, to pojedziesz z nią do Patryka. Sama sobie nie poradzi z wózkiem, poza tym Patryk ma urodziny, a ja mam akurat nadgodzinny i będzie mu miło jak chociaż ty go w tym dniu odwiedzisz. Ostatnio o tobie wspominał.

– Twój brat? O mnie? – dziwiłam się. – On mnie w ogóle pamięta?

– Byliście w tej samej rodzinie zastępczej.

– Nie zaaklimatyzowaliśmy się – wspomniałam.

– Potem w tym samym domu dziecka – dodała.

– Wiem, wiem, pamiętam przecież tego szczyla. – Znowu zrobiłam dwa łyki wprost z butelki i odstawiłam pozostałość na białą komodę.

– A tak właściwie, to czemu wyście się w tej rodzinie nie uchowali?

Uśmiechnęłam się i przyłożyłam palec do dolnej wargi. Starałam się sobie przypomnieć wszystkie powody. Zapewne było ich więcej niż jeden. Jednak, z powodu krótkiej i szwankującej pamięci, rzuciłam tylko:

– Tryk tęsknił za babcią i siostrzyczką, i ciągle płakał, a ja pokłóciłam się z tym frajerem.

– Znaczy się tym niby ojcem?

– No. – Uśmiechnęłam się i w zabawny sposób poruszyłam kilkakrotnie brwiami. – Debile kazali mi do kościoła chodzić. Jak ja w Boga nie wierzę. To co ja tam miałabym robić?

– Jak to w Boga nie wierzysz? Chrzestną masz być?

– No nie wierzę, ale chrzest i bierzmowanie mam, to matką chrzestną mogę być. Poza tym nie wtryniaj mi się, bo opowiadam teraz moją historię. Na czym ja skończyłam? A no tak, na tym, że debil mi kazał chodzić do kościoła, no i ja nie chciałam, on mnie szarpnął, ja mu dałam w twarz, jego poniosło, i mi oddał, i zagroziłam, że albo mnie odeśle, albo powiem wszystko babie co tam do nas przyłaziła, albo podetnę sobie żyły. Uznał, że nie będzie się męczył z gówniarą, w sensie mną, no i mnie odesłać postanowili, a Patryk poszedł w moje ślady, bo był przy tym obecny, i też rzucił szantażem. No to potem nas dali do tego bidula, nie co wcześniej, a tego co ty w nim byłaś. A tym ludziom... tej rodzinie zastępczej, przyznali jakieś małe bachorki, takie biedne kajtki, szkoda mi ich tam, bo dom jak muzeum. Sama porcelana, antyki i obrazy. Istna beznadzieja. Oto koniec historii.

– Dziękuje za streszczenie. – Sięgnęła po kieliszek, przybliżyła go i dolała sobie soku wprost z kartonika.

– Też tak chce – szepnęłam niczym małe, obrażone przez pominięcie dziecko i uklęknęłam przy niej z butelką. Na owej butelce złożyłam ręce niczym do modlitwy.

Wiktoria już nawet się nie śmiała z moich poczynań. Była do nich po prostu przyzwyczajona. Nie trudziła się napełnianiem mojego kieliszka. Dolała mi soczku po prostu wprost do butelki. Ja tę buteleczkę zakręciłam, porządnie to wszystko wymieszałam i spróbowałam.

– Pychoszka – stwierdziłam z promiennym uśmiechem od ucha do ucha i zmieniłam repertuar płynący z głośników firmy Logi Tech, będących podłączonymi wprost do mojego telefonu komórkowego marki LG. Uwielbiałam tę markę, choć za dzieciaka byłam raczej fanką Noki.

Teraz cały pokój nie rozbrzmiewał rapem ani balladami rockowymi, a gorącymi rytmami erotycznego discopolo, nie mówiącego o niczym innym, jak o imprezowaniu, chlaniu i pierdoleniu. Tego właśnie dzisiaj było mi potrzeba. Wytańczyłam kawałek, przepiłam moją nieczułość na melodie i te kanciaste ruchy, by wreszcie krzyknąć:

– Chcę się bawić! Chodźmy na disco! – Chwyciłam Wiktorie za dłoń i pociągnęłam.

– Dopiero zerwałaś z Oskarem i...

– I coś mi się od tego życia należy, prawda? W końcu jestem rozwódką.

– Nie, nie jesteś.

– Jestem. – Tupnęłam prawą nogą. – Separacja w naszym przypadku to jak rozwód. – Odgarnęłam nieposłuszne włosy w tył, chwyciłam za fluid z Revlon, miętową kredkę do oczu i mocno czarny tusz. Wszystkie te przybory znajdowały się w małej, drewnianej skrzyneczce, której zamykanie odpadło lata temu. – Idę się przemalować, ty też popraw co nieco i ruszamy w tany – postanowiłam.

– Katrina, ja wstaje rano do pracy! – krzyknęła za mną, gdy już byłam w drodze do łazienki.

Zanim zasunęłam za sobą, stare, ledwie trzymające się kupy, harmonijkowe drzwi, odkrzyknęłam:

– Wiem, wiem, będziemy tylko do pierwszej! Jesteś mi coś winna! W końcu to z twojej winy go ponownie spotkałam!

Odkręcając tusz do rzęs, wejrzałam jeszcze raz na te nieszczęsne drzwi. Doszłam do wniosku, że w najbliższym czasie, będzie trzeba je wymienić na jakieś masywniejsze. Właściwie to się dziwiłam, że moja matka jeszcze nie wypierdzieliła ich na śmietnik. Ona miała w zwyczaju pozbywać się wszystkiego co się zepsuło. Tylko przy moim ojcu jakoś tak wyjątkowo długo trwała, pomimo że ten model faceta, zużył się już jakieś osiem lat po ślubie. W końcu to on puścił ją kantem z piętnaście lat młodszą zdzirą, która zaszła w ciąże. Tan machnięty na tylnym siedzeniu Skody Fabii bachor, rozpierdolił moją rodzinę. Czy miałam mu to za złe? Nie, bo w końcu dziecko jest nic nie winne, ale z drugiej strony, nikt nie zadbał o to, bym z tym młodszym ode mnie, o dwanaście lat, szczeniakiem, miała jakieś więzi, dlatego nie musiałam mówić o nim mój braciszek, ani udawać jak bardzo mi na nim zależy. To nawet i lepiej. W końcu na co było mi go znać? Ja tam, sama o sobie, wolałam mówić, że jestem jedynaczką. Jednak nią nie byłam i kiedy to do mnie docierało, to na krótki moment miałam wrażenie, jakby cały świat wokół mnie się burzył. Teraz też tak było.

Usiadłam na zamkniętej desce klozetowej, oparłam się łokciem o kosz na pranie, a dłoń przyłożyłam do czoła. Miałam dwoje braci, miałam ojca, miałam macochę, babcie, ciotki, wujków i kuzynów, a od lat nie czułam przy moim boku, ni cienia, ich obecności. Tak zwyczajnie odwrócili się od nas plecami, kiedy my najbardziej ich potrzebowałyśmy. Zapomnieli. Skreślili. Nagle z dnia na dzień przestałam być częścią ich drzewa genealogicznego i moja matka tak samo, nagle, przestała być ich rodziną. Nie zamierzałam się jednak użalać nad sobą i swym losem, bo jak w piosence Alicji Janosz Jest jak jest, nie zawsze dobrze, tak trudno żyć, a ktoś ma gorzej niż ty. Po co więc lać łzy nad rozlanym mlekiem i zmuszać się do zmiany tego, czego zmienić się nie da? Lepiej iść naprzód i świetnie się bawić, nie rozpamiętywać, nie czuć, udawać, że się nie cierpi.

Umalowane i ubrane staliśmy już przy drzwiach. Ja właśnie wkładałam do niewielkiej kieszonki, umiejscowionej na lewej piersi, banknot dwudziestozłotowy i rozglądałam się za kluczami.

– Trzy dychy nam starczy? Ja nie mam więcej niż dyszkę. – Wika jak zwykle widziała wokół same problemy i przeszkody.

– Nie mam więcej. Poza tym na imprezę nie wolno brać za dużo pieniędzy, by za dużo nie wydać. Wyrwiemy jakiś dwóch lamusów, to na pewno coś postawią. Najważniejsze to mieć na szatnie i na wlotkę.

– Idziemy do Blue?

Alcatraz chyba zamknięte nie?

Alcatraz to zamknęli, gdy ty jeszcze do gimnazjum chodziłaś.

Faktycznie, z tym akurat miała rację, ale u nas w mieście, nazewnictwo klubów i barów, zmieniało się w ekspresowym tempie.

– No, ale wiesz o co mi chodzi? O to co było w tym samym miejscu.

– Piramida, a potem Koka, wszystko albo zbankrutowało, albo prokuratura zamknęła właścicieli za prochy.

– Jest jeszcze Graciarnia – przypomniałam sobie, chwytając za klucze.

– Nie masz z tym miejscem złych wspomnień? – dopytywała, kiedy ja męczyłam się z tym felernym, zepsutym zamkiem.

– Nie, dlaczego? – W końcu uporałam się z zamknięciem drzwi i mogłam śmiało zbiegać w wysokich szpilkach po krętych, i nierównych schodach. Zawsze pod koniec traciłam równowagę i wpadałam na ścianę dłońmi. To było już takim moim rytuałem.

– Katrina, Katrina, bo głowę rozbijesz. – To był głos mojej matki. – W ogóle, dokąd ty się wybierasz? – zapytała jakoś tak niezwykle surowo, przynajmniej jak na nią.

Wiktoria rzuciła grzecznościowe: dzień dobry pani.

– Na imprezę – odpowiedziałam wyprostowana. Nawet zasalutowałam i dodałam – pani sierżant.

– Mówiłam ci przecież, że nie biorę kluczy, gdy wychodziłam. Jakbym weszła do domu?

– Nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą i wzruszyłam ramionami. Nie mogłam już dłużej wytrzymać tej powagi i buchnęłam niezwykle szczerym śmiechem.

Moja matka też się zaśmiała, ale ona znacznie krócej i bardziej przyzwoicie.

– Idziesz świętować zerwanie z tym nieudacznikiem? – zgadywała.

Przytaknęłam ruchem głowy.

Matka przyłożyła dłoń do mojego policzka, potarła go pieszczotliwie opuszkiem kciuka i uśmiechnęła się przyjaźnie, ale zarazem smutno.

– W takim razie, baw się dobrze, nie przyprowadzaj nikogo na noc i jak już będziesz kogoś wyrywać, to niech ten facet będzie chociaż trzeźwy więcej razy niż dwa dni w tygodniu. A najlepiej to niech będzie żonaty i dzieciaty.

– Dlaczego? – zdziwiła się Wiktoria.

– Bo wtedy, to będzie tylko przygoda bez zobowiązań, a moja córka nie słynie z sumiennego wypełniania obowiązków. Jest za młoda na kolejne małżeństwo. Niech się lepiej wybawi, wyszaleje, zajmie sobą, a nie praniem skarpet i gaci jakiemuś frajerowi. Poza tym taki żonaty, to ma kobiecie coś do zaoferowania, a taki szczeniak, mieszkający z rodzicami, bez stałej pracy i porządnego samochodu. Na co jej taki?

– Mam myśleć jak ty? – Skrzywiłam się.

– Gdybym chciała mieć kulę przy nodze, to bym kupiła rewolwer i palnęła sobie w kolano, a nie przyprowadzała faceta do domu, by żył na moim garnuszku, a ty popełniłaś moja droga ten błąd, pomimo że cię ostrzegałam. – Wyminęła nas i ruszyła w kierunku drzwi.

– Klucze! – krzyknęłam za nią i rzuciłam przedmiotem.

Złapała go, gdy ten był jeszcze w locie i oczywiście wcale się przy tym nie natrudziła. To znaczyło tylko tyle, że refleks mogłam odziedziczyć po niej.

– Masz zajebistą matkę – powtórzyła to, już chyba setny raz w życiu, Wiktoria. – Uwielbiam tę kobietę.

– Tak, naprawdę? – dopytywałam, marszcząc nos.

– A ty jej nie lubisz?

– Sama nie wiem. Wiele nas różni – przyznałam, idąc w kierunku ciemnego parku, przy którym znajdował się nasz cel, czyli klub o nazwie Graciarnia. – Alka lubi porządek, mieć czysto, wszystko mieć poukładane w życiu i w papierach, a u mnie rozpierdol taki jak na biurku, za czasów, gdy jeszcze mieszkaliśmy w bidulu, w jednym pokoju, pamiętasz chyba?

– Tak, zagracałaś swoją i moją przestrzeń – wytknęła niemiłym tonem.

– Fakt. Jednak wracając do mojej matki. Alka jest słaba, szybko się poddaje, załamuje, marudzi, zrzędzi. Ja tak nie mam. Ja biorę życie w garść i idę do przodu. Ja nie rozpaczam i nie mam pretensji do całego świata za swoje niepowodzenia. – Przystanęłam, bo właśnie znajdowałyśmy się przed wejściem do klubu, umiejscowionym w piwnicy jednej ze starych kamienic.

– Na pewno chcesz tu wejść? – zapytała, krzywiąc przy tym twarz.

Wiedziałam o co jej chodzi. To w tym klubie doszło do pierwszego zbliżenia, między mną i Oskarem, to też w tym klubie, tak naprawdę, bliżej go poznałam, i to również w tym klubie, spędziliśmy większość swojego czasu, tego spędzonego razem.

Uśmiechnęłam się zwycięsko w stronę, o głowę ode mnie wyższej, Wiktorii i z pewnym głosem, lekko zdartym od wciąż trwającego przeziębienia, zapewniłam:

– Ani mnie to ziębi, ani grzeje. Idę w tany.

Ruszyłam naprzód, wąskimi schodami, na sam dół. Otworzyłam drzwi i od razu do mnie dotarło, że błędem była, tak długa moja nieobecność w tym miejscu. W końcu to był mój świat, ten podziemny świat, ukochany, jedyny tak dobrze mi znany.

– Cześć Filip – rzuciłam do szatniarza, zdejmując z siebie odzież wierzchnią. – Macie? – zapytałam i ukradkiem trąciłam się w nos kciukiem, delikatnie przy tym też nosem pociągnęłam.

– Za barem. Tylko nie syp po przekątnej. Jakoś... tak wiesz... by nikt nie widział.

– Spoko. – Puściłam do niego oczko, a ten zamiast być dla mnie miły i jakoś pochwalić mój wygląd, to uraczył mnie informacją:

– Oskar nagrał, naprawdę, dobry kawałek. Powinnaś być z niego dumna.

Nic już na to nie odpowiedziałam. Przewróciłam tylko oczami i zabrałam numerek. Wrzuciłam tę niewielką blaszkę do jedynej kieszeni jaką miałam w czarnej, obcisłej sukience i ruszyłam na parkiet, chwytając po drodze Wiktorię za rękę i ciągnąc ją za sobą.

Wykorzystane utwory:

IRA – Mocny

Walc Barbary z filmu Noce i dnie

Alicja Janosz – Jest jak jest

Rozdział 2

Akompaniament marzeń i wspomnień

Ranek uderzał w moje okna wrednymi promieniami słońca. Była zima! Czy słońce musi wschodzić na niebo nawet o tej porze roku, i to w dodatku tak wcześnie? Już miałam się podnieść i zasunąć ciężką, czarną zasłonę na całą szerokość okna, gdy przypomniałam sobie, że jej nie ma, bo przecież moja matka postanowiła ją zdjąć, tłumacząc się, że nie będzie mieszkała jak w burdelu. Bełkotała coś o tym, że nie dość, że pokój czerwony, to jeszcze w oknach czarno. Zacisnęłam więc moje małe zębiska i wydałam z siebie odgłos przypominający warknięcie. Okręciłam się na brzuch, by móc ukryć twarz w miękką poduszkę i spać dalej, otulona przyjemnym mrokiem i spokojem ciemności. Nie było mi to dane, bo właśnie wtedy coś ciężkiego wylądowało na moim tyłku. Poczułam się jakby zostało na nim położone z kilka albo nawet z kilkanaście kilo.

Nigdy nie miałam wyczucia co do wagi, ani też miarki w oczach, swoją drogą kompasem też byłam kiepskim.

– Co jest, do cholery?! – chciałam krzyknąć, ale ledwie zaczęłam wypowiadać pierwsze słowo, a już usłyszałam:

– Uważaj, nie wierć się, bo ją zrzucisz.

Uprzedzała mnie o owym zrzuceniu moja matka.

Zaraz, zaraz. Kogo ja mogłam zrzucić i na kogo miałam uważać?

Otworzyłam powieki z niemałym trudem i zerknęłam przez ramie na pyzatą dziewczynkę, która dosłownie wspinała się po moich plecach i to tylko po to, by chwycić za wsuwkę, którą miałam we włosach. Pociągnęła zdecydowanie i mocno. Przy okazji pozbawiła mnie sporego pukla moich za gęstych, i teraz, mocno rozczochranych włosów. Wtedy sobie przypomniałam – Kaśka! Miałam się nią zająć.

– Długo tu jest? – zapytałam moją rodzicielkę i ścisnęłam dziewczynkę mocno za ramię, zanim stoczyła się z moich pleców, i spadła na twardą podłogę, nie okrytą nawet dywanem.

Nikt mi nie odpowiedział.

Nie ma to jak czuć się ignorowaną we własnym domu!

Trzymając Kasię okręciłam się tak, by móc usiąść i oprzeć się o ścianę. Spojrzałam na roześmianą twarzyczkę, niespełna, rocznego berbecia i dopiero wtedy poczułam gorycz w gardle, napływającą z mojego kanału nosowego.

Chyba tak to się nazywało, o ile dobrze pamiętałam lekcje biologi z gimnazjum.

Przymknęłam oczy i przełknęłam, czując nieprzyjemny smak. Amfetamina to jednak nie był mój najlepszy pomysł, ale nie byłam uzależniona, nawet nie brałam często. Właściwie, to mogłabym policzyć na palcach jednej dłoni razy skosztowania fety. Teraz jednak musiałam zająć się czym innym, a konkretniej – kimś innym. Zabrałam małej wsuwkę z rączki zanim wsadziła ją sobie do buzi albo do oka. Wstałam z kanapy z dzieckiem na rękach i poczułam zawroty głowy, tak silne, iż musiałam usiąść, by się nie wywalić.

– Znowu nawaliłaś – syknęła Alka, czyli moja matka, opierająca się ramieniem o futrynę. – Daj mi ją, zanim jej głowę rozbijesz. – Wyciągnęła ręce po dzieciaczka i wykonała kilka kroków w moim kierunku.

– Nie! – uniosłam się. W końcu to ja miałam zająć się małą Kaśką i chciałam się wywiązać z tego zadania możliwie jak najlepiej, i to choćby w połowie.

Poza tym nie chciałam, by moja matula czuła się ode mnie, we wszystkim, lepsza i kolejny raz była przekonana o tym, że jej córka się do niczego w życiu nie nadaje. Była moją matką, ale nie lubiła mnie – nie miałam złudzeń. W końcu takie osoby jak ja ciężko polubić, ze względu na ich wyjątkowość.

Mała wystraszyła się krzyku i nerwowej atmosfery, ale zanim zdążyła zapłakać, szarpnęłam nią w tył, następnie w przód i położyłam plecami na rozłożonej kanapie. Połaskotałam po żebrach oraz brzuchu, tak jak lubiła najbardziej. Przy okazji zakręciło mi się w żołądku, ale jakoś udało mi się powstrzymać odruch wymiotny.

– Zrób mi kawę – rozkazałam matce.

Sama w tym czasie chwyciłam małą za rączki, szarpnęłam do góry i pozwoliłam skakać po łóżku. Podobało jej się to. Śmiała się wniebogłosy i krzyczała w niezrozumiałym dla mnie języku. No może poza tutu – to rozumiałam. Wiedziałam, że chodzi jej o picie, więc zaczęłam się rozglądać po pokoju w poszukiwaniu butelki. Dopiero wtedy zorientowałam się, że jestem w samej bieliźnie.

– Ciotka-klotka się ubierze i pójdziemy w melanż co?

– Gdzie ty chcesz to biedne dziecko zabrać? – Alka położyła kubek z nasypaną kawą na ławie i podała mi do ręki niekapek mojej przyszłej chrześniaczki. – Sergiuszek miałby taki sam – wspomniała, wbijając załzawiony wzrok w ten czarny przedmiot, w białe, krowie łaty.

– I co z tego? – warknęłam, podając kubeczek Kaśce. – Miałby... – szepnęłam i wzruszyłam ramionami. Nie chciałam wracać wspomnieniami do mojego synka. Nie dziś i na pewno nie teraz, a już z całą pewnością, nie w obecności mojej matki.

Kaśka przyssała się do ustnika i jednocześnie, zabawnie uginała kolanka, czyniąc takie półprzysiady w rytm muzyki.

– Lubisz tany tany? – zapytałam.

Załapała, bo zaczęła kręcić bioderkami i ruszać rączkami.

– Radzę sobie – syknęłam do Alki. – Nic jej nie grozi. Nie patrz mi tak bez przerwy na ręce. Nie rzucę nią o ścianę, nie wywalę przez okno, i nie obije nerek, gdy zacznie płakać. Jestem popierdolona, ale nie na tyle, by skrzywdzić jakiekolwiek dziecko.

– Jesteś jeszcze pijana...

– Na kacu – przerwałam stanowczo. – Zimne powietrze dobrze mi zrobi. Pójdę z małą na spacer...

– Pójdę z wami.

– Nie! – krzyknęłam i zdjęłam małą z kanapy wprost na podłogę.

Dziewczynka powędrowała do pustej, plastikowej butelki po wodzie mineralnej. Zaczęła gryźć jej spód. Moja rodzicielka oczywiście od razu chciała jej odebrać ten przedmiot, ale ja zabroniłam mówiąc:

– Przecież się nie zabije kawałkiem plastiku. Niech się bawi.

Podeszłam do walizki i wyjęłam z niej dresowe, popielate spodnie i miętową, chyba nawet męską, bluzę. Na niewielkiej ławie położyłam malutkie lusterko i zmyłam pozostałości wczorajszego makijażu. Mała w tym czasie czyniła rewolucje w mojej kosmetyczce, usiłując odkręcić maskarę. Nie udało jej się to, więc wzięła się za drugą, ta bardziej przypadła jej do gustu, bo wibrowała po naciśnięciu przycisku, czyniąc dzięki temu rzęsy bardziej rozdzielone i wyraziste, choć owa maskara mogła mieć też inne, konkretniejsze zastosowanie i skutecznie zastąpić faceta w zimną noc. Właściwie to maskara była lepszym pomysłem na zimną noc niż sam facet.

– Uwaga, zalewam – uprzedziła wesoło moja rodzicielka i po przygotowaniu mi kawy, wraz z osłodzeniem i wymieszaniem cukru odłożyła kubek na półkę z książkami, tak wysoko, by Kasia nie mogła go dosięgnąć.

Mała w rzeczywistości ani trochę nie była tym kubkiem zainteresowana. Mój świecący błyszczyk, pochodzący wprost z New York City, przypadł jej o wiele bardziej do gustu, niżeli jakiś tam kawałek porcelany z napisem Kubek super córki. Nic dziwnego, najwidoczniej miała gust – ja też wolałam owy błyszczyk, który Gracjan ofiarował mi szczerze, niżeli kubek, który dostałam od matki na dzień dziecka. Naczynie bowiem miało zakłamany napis – kupiła z takim, bo uznała, że to wypada, a nie bo tak naprawdę myślała. Gracek przynajmniej nic nie udawał i za to go szanowałam. Nienawidziłam nieszczerości u ludzi. Stanowczo wolałam prawdę między oczy. Korzystałam jednak z kubka nader często, z braku chęci i czasu na zakup nowego. Poza tym ja nigdy nie miałam pieniędzy na takie zbędne badziewia. Nie robiło mi różnicy w czym pijam kawę albo herbatę. Mogłam to czynić nawet w słoiku po majonezie albo plastikowym opakowaniu po Jogobelli. Dużo ważniejsze były dla mnie szklanki i kieliszki z przeznaczeniem do kosztowania alkoholu, a nie jakieś tam filiżanki, podstawki, kubeczki...

Zdążyłam podkreślić moje oczy miętową kredką, dopasowaną kolorystycznie do bluzy i umalować rzęsy, a Kaśce już znudziła się zabawa moimi kosmetykami. Na kolanach powędrowała do komody i usiłowała ją otworzyć.

– Palce przyczaśniesz – powiedziałam niewyraźnie i zaczęłam tapirować włosy, gdyż wiedziałam, że bez umycia ich, nie mam szans na inne ułożenie. Nie miałam czasu ich teraz myć, więc z burdelu na mojej głowie, postanowiłam uczynić jeszcze większy burdel. – Gotowa! – krzyknęłam, biorąc małą pod paszkami, lekko wyrzucając w powietrze wciąż trzymając i usiłując zapiąć guziki jej puchatego, popielatego sweterka, z którego założeniem też był nie lada problem.

Po sweterku przyszła kolej na buty, czapkę i czerwony bezrękawnik z włochatym wnętrzem kaptura. Zajęło mi to więcej czasu niż sądziłam. W życiu bym się nie spodziewała, że małe dzieci jest tak trudno ubrać! Cholerne bachorki, nawet pięciu minut, na dupsku nie umiały usiedzieć. Szybko wciągnęłam swoje kozaki z wełnianym ściągaczem. Nie były ciepłe – nie musiały takie być, bo zima już dobiegała końca. Swój krótki, w kratkę i zapinany na krzywy zamek płaszczyk wrzuciłam do wózka, małą wzięłam pod pachę i wyjechałam na klatkę schodową.

– Mogłabyś pomóc! – krzyknęłam do mojej matki i wróciłam się do domu, oczywiście ciągle mając Kaśkę pod pachą. Zawróciłam po to, by łyknąć jeszcze trochę tej gorącej kawy dla pobudzenia. – Pójdziemy na plac zabaw – zapowiedziałam berbeciowi.

– Zniosłam ci wózek na dół. Idź już, bo ci ukradną. Na pewno dasz sobie radę?

– Świetnie sobie radzę, jak zawsze! – odwarknęłam nieuprzejmym tonem i wyszłam.

Wpakowałam małą do wózka, zapięłam szelkami, Założyłam płaszczyk w zielono-niebieską kratę, nie zapięłam go i ruszyłam przed siebie, wprost do parku.

– Podobają ci się drzewka? – zagadnęłam jedenastomiesięczne dziecko. – Niedługo będą zielone, bo będzie wiosna, potem lato i plaża z ciepłym piaskiem i zimnym piwkiem pod ręką. Może cię mama zabierze. W końcu ona prawie nie pije od kiedy cię urodziła. Gdybym miała dziecko, też miałabym powód, by nie pić i iść na przód, a nie stać w miejscu – ciągnęłam dalej zatrzymując się przy placu zabaw i siadając na ławce. – Ale nie mam, więc mogę melanżować – dodałam ze smutnym uśmiechem na ustach i przyciągnęłam trójkołowy pojazd do siebie, by móc wyjąć z niego małą Katarzynę. Swoją drogą nienawidziłam trójkołowych wózków, zwłaszcza, gdy przednie koło, nieproszone, kręciło się we wszystkich możliwych kierunkach.

Potem pokazałam dziecięciu cały plac zabaw, który za moich czasów wyglądał nieco inaczej. Teraz miał lepsze drabinki i huśtawki, jednak, pomimo tego, panowały na nim pustki. Za czasów mojego dzieciństwa, pomimo badziewnych sprzętów i pourywanych huśtawek, takie place zabaw zawsze były oblegane przez dzieciarnie i ich rodziców, i to w każdej porze roku. Najwidoczniej teraz te wszystkie młode, pojebane mamusie wolały malować paznokietki i oglądać w domu paradokumenty albo walić w klawisze laptopów, zamiast wyjść z dzieckiem na spacer. Te starsze, moim zdaniem, były jeszcze gorsze – co to za matki,, po trzydziestce, które zazwyczaj pakują swoje dzieci w foteliki samochodowe i na spacer zabierają do marketu, po spożywcze zakupy albo do galerii handlowej? Potem te biedne dzieciaki nie umieją nawiązywać kontaktu i żyją w swoim świecie, pełnym interaktywnych zabawek, które zamiast dzieci rozwijać, tylko wstrzymują, moim skromnym zdaniem, ich rozwój. W końcu po co komu bębenek, który sam gra albo Myszka Miki, która sama mówi? Jedynie po to, by dziecko zajęło się samo sobą i nie zawracało dupy rodzicom, którzy zamiast do tego dziecka mówić, wolą pisać posty, SMSy i likować beznadziejne foty swoich szkolnych znajomych na fejsie.

W życiu nie będę taką matką – postanowiłam w myślach i uśmiechnęłam się ciepło w stronę około dwuletniego chłopca, który przyczłapał się na plac zabaw, na własnych, małych nóżkach. Domyśliłam się tego, bo nieopodal była jego babcia i nie miała z sobą wózka.

Mały chłopczyk zrobił papa i posłał buziak w stronę Kaśki, dlatego na głos nazwałam go małym Casanową, podając mu jednocześnie dłoń. Nie chciał się tak przywitać, wolał stuknąć żółwika.

– Gites, młody, może być żółwik – powiedziałam do niego i wsadziłam na huśtawkę, bo pokazywał rączkami do góry.

Szybko znalazła się przy nim kobieta, mająca nieco siwych odrostów. Huśtała go delikatnie. Zamieniłam z nią kilka słów. Nie była babcią, a prababcią Oliwiera. Nigdy nie lubiłam tego imienia, ale w końcu imię najmniej świadczyło o człowieku. I mały Oli pomimo, moim skromnym zdaniem, okropnego imienia był bardzo fajnym chłopcem – uśmiechniętym od ucha do ucha, wygadanym, wyśpiewanym i ruchliwym. To był wprost idealny malec, zresztą mała Kaśka też. Zawsze wolałam ruchliwe dzieci, pomimo, iż czasami irytowały, ale lepiej się czasami zdenerwować, niż mieć w domu takie zahukane, spokojne i wręcz nieżywe bachorstwo typu zombie czy mumia.

Spojrzałam na zegarek. Zbliżała się godzina dwunasta. Nie była idealna na obiad, ale ja jeszcze nawet nie jadłam śniadania.

– Lubisz pączki? – zapytałam małą, wsadzając ją do wózka i odjeżdżając.

Obie uczyniłyśmy jeszcze papa w stronę wysyłającego całusy Oliwiera. Musiałam przyznać żartobliwie, że gesty małego nawet mi schlebiały, bo w życiu nie zainteresował się mną tak młody chłopak. Ten był pierwszy i w gruncie rzeczy miałam nadzieję, że ostatni, bo nigdy nie lubiłam młodszych i nie pragnęłam mieć takich adoratorów.

– Może lepiej pączek nie, co? – zagadywałam małą dalej. Trochę szkoda, że tak mało mówiła, bo nie można było z nią pogadać, ale z drugiej strony patrząc, dzięki temu, można było jej wszystko powiedzieć, a ona nie mogła tego wygadać. – Kupimy biszkopty. Dzieci takie małe jak ty, na pewno, jedzą biszkopty.

Udałam się do spożywczego. Wjechałam do środka tym wózkiem, który z powodu obracanego, przedniego koła, doprowadzał mnie do kurwicy. Tego cholerstwa nawet się nie dało zablokować. Niestety byłam skazana na taki pojazd i nie miałam możliwości wymienić go na inny. Z prowizorycznym śniadaniem, w postaci biszkoptów i trzech jogurtów, ruszyłam w kierunku domu. Jeszcze z podwórka skrzyknęłam moją matkę, by zeszła na dół i pomogła mi wnieść wózek, bo zauważyłam, że mała Kaśka usnęła. Chciałam ją nawet położyć, ale nie wiedziałam jak obniżyć oparcie. Darowałam to sobie. Wiedziałam, że moja matka będzie wiedzieć. Nie myliłam się. Ona potrafiła nawet tą gówniarę rozebrać, tak by jej nie obudzić. Przykryła ją letnim kocykiem i tak zostawiła, tyłem do okna, by światło jej nie przeszkadzało.

– Jak widzisz mała żyje, ale chyba ją zmęczyłam. Te dzieci teraz to zero energii mają – poskarżyłam się i zrobiłam kilka łyków mojej, już mocno zimnej, kawy, tej samej, którą matka przygotowała mi, na moje żądanie, rano.

– To nie te dzieci nie mają energii, tylko to ty masz ADHD. Nie pij tej kawy. – Wyrwała mi kubek z dłoni. – Wrzodów się nabawisz. Świeżą ci zrobię.

– Dzięki, Alka. – Uśmiechnęłam się w jej stronę i korzystając z chwili wolnej, podłączyłam do prądu laptop, i uruchomiłam system.

Nie zdziwiła mnie ani jedna wiadomość e-mailowa od Oskara. Nie używałam GG, a on zapewne nie miał kasy na koncie, by do mnie zadzwonić czy choćby napisać SMS-a. Brak kasy był zawsze jego stałą wymówką i to na wszystko. Pamiętałam nasze dialogi typu:

– Zrobiłeś zakupy?

– Nie dałaś mi pieniędzy.

– No to nie będziesz jadł. Ja nie będę cię utrzymywała, nie jestem twoją matką tylko żoną. – Zawsze tak mówiłam, ale co z tego, skoro nigdy nie spełniłam tej groźby? Zastawiałam wszystko, co jeszcze dało się zastawić w lombardzie, byśmy mieli co jeść albo zapożyczałam się u kogo się tylko dało, byśmy mieli na pokrycie zaległego czynszu. Moja pensja nie starczała na utrzymanie wynajmu i nas dwoje, a on nie garnął się do żadnej pracy, no chyba że takiej do pierwszej zaliczki, a potem w długą, do pierwszej bramy, na kilka piw ze swoimi koleżkami.

Inny nasz dialog brzmiał tak:

– Co tak późno? Mogłeś zadzwonić, nie gotowałabym.

– Nie miałem kasy, by konto naładować. Odgrzejesz mi to zjem.

– Sam sobie, kurwa, odgrzej, nie jestem twoją służącą! – Wychodziłam i za sobą trzaskałam drzwiami. Po kilku minutach, albo kilku godzinach, wracałam, po to by zasnąć przy nim, albo i nie spać, tylko robić inne, mniej przyzwoite rzeczy.

Dorosłość – zakpiłam na samą o niej myśl. – Dorosłość mnie zawiodła – dodałam, odpalając link, który przysłał mi Filip. Filip, czyli ten szatniarz i barman z Graciarni.

Kiedy strona się ładowała, ja rozmyślałam o tym, że wcale nie pragnęłam od Oskara tak wiele. Skoro już wpadliśmy i przypieczętowaliśmy nasz związek zaślubinami, to chyba mogliśmy stworzyć normalną rodzinę. On był ode mnie starszy, do cholery, powinien być na to gotowy bardziej niż ja! A tymczasem to ja chodziłam do szkoły, dorywczo pracowałam, gotowałam, robiłam zakupy i sprzątałam burdel, który on narobił podczas mojej nieobecności. Każdy miałby w końcu dość i uciekł z tego niedożycia układu, bo małżeństwem, pomimo srebrnych obrączek na palcach i podpisanego aktu ślubu, trudno było nas nazwać. Z resztą, nawet nie miałam pewności, czy Oskar miał tą obrączkę do teraz. Szczerze, to nie zwracałam na to uwagi, ale można się po nim było spodziewać, że już dawno sprzedał ją za kilka złotych, by mieć na tak zwanego szczeniaczka, albo Argusa z Lidla.

Link się załadował, a moim oczom ukazał się filmik na YouTube, dostępny tylko dla znajomych Filipa. Owy filmik wyświetlał obrazki, wygrzebane z internetu, z przeróżnymi cytatami, a w tle leciała rapowa piosenka. Szybko poznałam głos Oskara... głos mojego jeszcze męża.

Walę w ścianę głową – nie mogę jej przebić.

Tak się dzieje kiedy nie ma ściany. Co ty bredzisz?

W kółko rap, koledzy. Powiedz gdzie ta nasza miłość?

Spaliłem ją z jointami czy w ogóle jej tu nie było?

Nie nazwałbym cię zdzirą, chociaż czasem nią byłaś.

Trzymałem cię za włosy, ty dopiero dochodziłaś.

Może tu przeginam, że w ogóle tak o tym piszę.

Lecz to jedyny sposób, jaki znam na to życie.

Spędziłem w celi tydzień. Mam ziomka – mija dycha.

Mam zero odpowiedzi, a dręczy mnie tyle pytań.

Dam ci ten list przeczytać, chyba tego nie nagram.

Serce, którego nie ma, właśnie podeszło do gardła...

Zatrzymałam utwór i odpisałam na maila Fifiego:

Co to kurwa jest?

Twój mąż, dziś rano nagrał. Pomyślałem, że chciałabyś wysłuchać. Nie wrzuci tego do sieci, bo jest o tobie. Musiałabyś się zgodzić. Jest coraz lepszy – odpisał.

To niech się chłopak rozwija, wrzuca co chce i gdzie tylko chce. Mnie to ani ziębi, ani grzeje. Do zobaczenia pojutrze, albo dziś, w klubie. Buźka, przytulas i kop w zadek ;-)

Odpowiedział już samym ciągiem uchachanych emotikonków. Sprawił, że uśmiechnęłam się do ekranu, ale pomimo tego moją głowę zaprzątnęły retrospekcje – te piękne, jak i te niewygodne, wspomnienia z Oskarem w roli głównej...

Ja i mój mąż – Oskar Michalski poznaliśmy się typowo, tak jak się poznaje większość młodych ludzi. Nie, nie przez internet! To znajomi nas skojarzyli. Byłam wtedy czternastolatką, nie muszę chyba dodawać, że zbuntowaną. Nosiłam czarne ubrania i srebrną żyletkę na szyi. Całość dopełniał kapelusz – czarny, popielaty, albo słomiany, w zależności od pory roku, od biedy zdarzała się też czapka – czarna z białymi krzyżami na ściągaczu. Miałam długie, farbowane na granatową czerń włosy z kolorowymi końcówkami. Czasami końcówki były białe jak korektor, innymi razy czerwone, różowe, niebieskie, a nawet zielone się zdarzyło mieć – wszystko zależało od tego, jaki sprej udało mi się zdobyć albo jaką kolorową maskarę oferowali w Avonie lub Oriflam.

Matkę często, z powodu mojego wyglądu, wzywali do szkoły, ale to nie było ważne ani dla mnie, ani dla niej. Zazwyczaj nawet z nimi nie dyskutowała, kwitowała ich zażalenia słowami: to moja sprawa jak ubiera się moje dziecko, przecież nago nie chodzi. Najwięcej czepiał się mnie katecheta, który jak na złość, był też moim wychowawcą. Nie wiem czy przeszkadzał mu we mnie wygląd, czy trafne pytania jakie śmiałam mu zadawać. Chyba to drugie, bo zazwyczaj nie znał na nie, zadowalającej mnie, odpowiedzi i ja drążyłam dalej, i drążyłam, i drążyłam, aż w końcu się na mnie wydarł, że snuje mu herezję na lekcji, i wyrzucił z klasy. Choleryk jeden! Nie mniej czepiała się mnie także pani od matematyki, ale ona zapewne dlatego, że była stara i zazdrościła mi mojej młodości, beztroski, i braku przygotowania do lekcji. Nie, to nie tak, że nie umiałam materiału, bo z niego byłam doskonale przygotowana. Po prostu często nie miałam przyborów, takich jak linijka, cyrkiel, kątomierz. Zdarzało mi się też przybyć do szkoły po nocy spędzonej poza domem, a wtedy miałam z sobą jedynie kartkę i długopis, które udało mi się od kogoś wyłudzić na przerwie. Nigdy takich rzeczy nie oddawałam, zwyczajnie wywalałam to co zbędne do kosza, bo co innego miałam zrobić? Szukać tego co mi pożyczył pisadło po całej szkole? Jak swojego nie pilnował, to tylko i wyłącznie jego wina, że to tracił.

Powróćmy jednak do Oskara i naszego pierwszego spotkania. Był ode mnie starszy o cztery lata... niepełne cztery lata. Poznaliśmy się w piwnicy. Moi znajomi z byłej dzielnicy, czyli miejsca, w którym spędziłam przedział swojego życia od czwartego do trzynastego roku, mieli tam siłownie. Wtedy ja i Oski tylko się minęliśmy. Trąciłam go w drzwiach, bo nie chciał mnie przepuścić. Miał białą koszulkę z dużym, czarnym znaczkiem Nike i popielate spodenki w kratkę oraz papierosa włożonego za ucho. Do chłopaków wpadł po lewy tytoń, którym handlowali. Nigdy nie interesowało mnie skąd go mieli, ważne dla mnie było, że mogę tanio kupić paczkę i mieć co palić. Oskar wtedy nie wydał mi się nikim ciekawym.

Nie, z pewnością, nie można tego nazwać miłością od pierwszego wejrzenia!

Drugi raz na Oskiego wpadłam w klubie, ale nie jakimś wielkim z parkietem na środku. Był to klub bilardowy, barowa pipidówa, gdzie przesiadywała większość małolatów, będących na wagarach. Chyba nawet nie zliczę ile razy mnie stamtąd wywalono. Powód był zawsze jeden i ten sam – wniesiony alkohol. Fakt, przyznaję się, wnosiliśmy go w plecakach i torebkach, a potem otwieraliśmy puszki, wcześniej robiąc hałas, by nie było słychać tego charakterystycznego psss. Z wódką nie było tego problemu, bo odkręcany korek nie psyczał. Dlaczego zamawialiśmy tam jedno piwo na podrobioną legitymację i ewentualnie kieliszek dwadzieścia pięć mililitrów, z popitą, a resztę przemycaliśmy, wprost z pobliskiego marketu? Powodem były wygórowane ceny. Po co płacić za piwo pięć złotych, jak można było dać złoty sześćdziesiąt dziewięć za puszkowe albo po co wykładać na wódkę około czterech dych, jak w sklepie obok kosztowała niecałe piętnaście zeta? Tutaj wygrywała oszczędność i podstawowe zasady ekonomi – szkoły, do której w przyszłości planowałam uczęszczać.

Oskar Michalski, zwany Michu, Misiek, Mnich, czy też Ski załatwiał sobie i swoim kolegom z zespołu koncert w tym klubie. Mieli tam grać za darmowe piwo, nic więcej, a w zamian, mieli przyciągnąć tłumy swoich rówieśników, czy też fanów ich amatorskich występów. Podsłuchałam jego rozmowę z właścicielką baru, która robiła tam też za barmankę. Traf chciał, że akurat szłam po bile i kije, bo mnie, i Ewce uzbierało się akurat dziesięć złotych na godzinę grania. Ewka była moją przyjaciółką. Była, ponieważ później bardziej zażyłe więzi miałam z jej młodszą siostrą, niż z nią. Co do tego doprowadziło? Nic. Nie było żadnej, większej kłótni, niesnasek, czy różnicy poglądów. Po prostu ona urodziła jednego syna i użerała się z alkoholikiem, biedą, i dzieckiem przy cycku, a ja dalej szalałam. Potem, kiedy jej Robi poszedł siedzieć, nasze drogi ponownie się połączyły i wydawało się, że czas imprez, i szaleństw może powrócić, bo mały Alan miał już roczek, i jej młodsza siostra chętniej z nim zostawała. Niestety nic bardziej mylnego, bo Ewa okazała się być ponownie w ciąży i w efekcie, znowu uwiązała się przy kolejnym dziecku, zamiast w końcu pomyśleć o sobie, jakieś stałej pracy, i czasie wolnym, gdy ten jej szczyl uczęszczałby do żłobka. Nie zabezpieczała się, więc jej wina, w końcu nie od dziś wiadomo, że za głupotę się płaci. Ja za swoją również zapłaciłam, sporo wybuliłam, choćby nieudanym małżeństwem, bólem po śmierci syna i depresją, którą do dziś zwalczałam alkoholem, i nikotyną. Jednak nie wyprzedzajmy faktów, powróćmy jeszcze raz do Oskara i naszego zderzenia w klubie. Zderzenia, ponieważ dosłownie wpadliśmy na siebie, ale z jego winy, bo się odwrócił. W efekcie tego spotkania naszych ciał z sobą, mnie przeszedł dziwny, wcześniej mi nieznany dreszcz, a on oblał się piwem i przeklął siarczyście pod nosem.

– Sorry, ale uważaj gdzie stawiasz kroki, bo jestem mała i mógłbyś mnie staranować. Szkoda, by wtedy było – powiedziałam z lekkim, krzywym uśmieszkiem i położyłam dychę w drobnych na tackę. – Godzinkę proszę.

– Szkoda dla mnie czy dla ciebie? – zapytał, zdejmując biały T-shirt. To był jego standardowy kolor, chyba ulubiony.

W sumie to teraz naszła mnie refleksja, że najprawdopodobniej tylko przez wzgląd na jego ubrania, mieszkając wspólnie, kupowałam proszek do białego.

– Dla całego świata, utrata mnie, byłaby dużą szkodą – odburknęłam, zabrałam bile i krzyknęłam na Ewkę, by ruszyła dupę po kije, bo przecież miałam tylko parę rąk, co chyba nie jest aż tak dziwne, w końcu byłam przeciętnym człowiekiem, a nie jakimś ludziem-pająkiem.

Oskar wtedy się zaśmiał. Usłyszałam ten lekkim, zachrypły śmiech i odwróciłam się przez ramie. Zapatrzyłam na to, jak gładzi swoją brodę trzema palcami i lustruje mój tyłek. W efekcie, o mały włos, rozpłaszczyłabym się na szklanych drzwiach. Na szczęście Ewka mnie przed tym uchroniła, roztwierając je przede mną, niczym przed jakąś hrabiną.

Ponownie zerknęłam na Oskiego, gdy układałam bile w trójkącie. Popijał piwo z wysokiej szklanki. Stał bez koszulki, miał ją zmiętą w dłoni, a potem podał barmance, by mu zaprała i wysuszyła. Było lato, więc wystarczyło, że na godzinkę wystawiła za okno, a ubranie już było suche.

Wejściówki do klubu, gdy odbywał się koncert były płatne, niewiele bo od jeden do pięciu zeta, ale ja i tak nie miałam ochoty płacić, bo za tę kasę mogłam już sobie pozwolić na kilka albo nawet całą paczkę szlug, ewentualnie dołożyć do piwa lub innego alkoholu. Chciałam też bardzo posłuchać jak śpiewa, gra, czy co on tam robi, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rapuje. Po minionej godzinie, zostawiłam Ewkę samą przy stole, by zebrała bile, a sama udałam się do baru, by oddać kije i poprosić dwa piwa z sokiem.

– Ty, duży i nagi! – zaczepiłam go, starając się przekrzyczeć muzykę, która rozbrzmiewała w całym pomieszczeniu, ale to przy barze zdawała się być najgłośniejsza. – Kiedy występujecie?

– W ten weekend – odpowiedział. Nawet na mnie nie spojrzał. Wciąż miał podparte łokcie o bar i sączył piwo, delikatnie obejmując szklankę ustami.

– Dwa piwa z sokiem proszę – rzuciłam do właścicielki.

– Na fałszywą legitymację, by twój ojciec znowu robił problemy?

– Musiałaś mnie z kimś pomylić. Ja nie mam ojca. Znaczy, musiała mnie pani z kimś pomylić – poprawiłam się, bo uznałam, że to jest jednak trochę starsza ode mnie osoba, poza tym kobieta, więc należał się jej szacunek. Gdyby to był facet, to zupełnie co innego, wtedy obowiązywały inne zasady.

– Nie sądzę – syknęła. – Twój ojciec ma komis samochodowy ulicę dalej. Poza tym wychowywał się ze mną w jednym bloku – dodała.

– Chuj mnie obchodzi co ci powiedział – warknęłam, bo już zaczynała mnie wkurwiać. – To nie jest mój ojciec, koniec i kropka! – wrzasnęłam, nawet dla efektu położyłam podrobioną legitymację na blacie baru i to z niemałym hukiem.

– Sprzedam ci, ale jak będzie znowu robił problemy, to...

– Osobiście zapłacę komuś, by obił mu mordę – dokończyłam.

– Nie, to wtedy ty dostaniesz wilczy bilet, mała – zagroziła, krótko ścięta, farbowana blondyna o dużych cyckach, które aż wylewały się, z obcisłej bluzki z dekoltem, wprost na zakurzony bar.

Oskar ciągle gapił jej się w dekolt, a przez to nie zwracał uwagi na mnie, czym ta suka irytowała mnie jeszcze bardziej.

– Tomasz Banasik to twój ojciec? – zapytał nagle i niespodziewanie.

– Nie – odpowiedziałam, chwytając za dwie wysokie szklanki z zimnym, bursztynowym napojem, nieco zabarwionym różowym sokiem osadzonym na samym dnie. Odwróciłam się na pięcie i dodałam – to tylko facet, który płaci na mnie alimenty.

– Też go nie lubię – usłyszałam za plecami.

– A co, sprzedał ci grata? – zaśmiałam się.

– Nie, ale jest strasznie dwulicowy. Na dodatek tchórz. Słyszałem kiedyś, że córka go pobiła. To może ty?

– Nie pobiłam go. Oddałam. Pchnęłam, a on poszedł na policję i pokazał posiniaczony brzuch.

– Co było powodem?

– Zostawił mnie i matkę w nędzy. Walczyłam o swoje. Ze wszystkiego nas okradł. Zresztą, nie chcę o tym mówić. Wolałabym żeby zdechł i nie musiałabym się każdemu tłumaczyć z tego jak dorosłego, osiemdziesięciokilowego faceta, pobiła dwunastolatka, którą wtedy, to ja byłam. – Przewróciłam oczami i ponownie okręciłam się na pięcie. Ruszyłam w kierunku Ewki, która już uporała się z bilami.

Ja usiadłam przy loży, a Ewa powróciła do mnie z dwoma paragonami, które były podstęplowane na drugiej stronie. Cieszyła się jak głupia do sera i piskliwym głosem oznajmiła:

– Dostałyśmy od tego tam, chudego i wysokiego, po darmowej wlocie w ten weekend.

Chciałam odszukać Oskara wzrokiem, ale nie było go już przy barze. Zerknęłam na drzwi toalety, zarówno tej damskiej jak i męskiej, ale obie miały zgaszone światła. Dopiero wtedy mój wzrok padł na drzwi wyjściowe, Oskar już wychodził, w białej koszulce.

Po wszystkim, wtedy, wróciłam do domu. Matka była na nocce – wyczytałam to z kartki, przyczepionej kolorowym magnesem do lodówki. Na kartce w kratkę, zapewne wyrwanej z mojego zeszytu, widniała treść: wypadła mi dodatkowa nocna zmiana, chce zarobić, by w końcu kupić ci lepszy telefon.

– Cudownie – syknęłam i zajrzałam do wnętrza chłodziarki, by znaleźć tam jakiś gotowy obiad. Nie było go, ale w sumie czego się spodziewałam, przecież moja matka nigdy nie lubiła gotować, a od rozwodu z ojcem, robiła to naprawdę sporadycznie.

Już miałam zgrzać sobie parówki w mikrofali i zagryźć je chlebem z majonezem, gdy odezwała się moja komórka. Na wyświetlaczy widniało Sergiej ;-*. Zatrzasnęłam lodówkę i podniosłam telefon ze starego, małego stołu kuchennego. Odebrałam i syknęłam:

– Cego pan ce?

– Alicja nie odbiera. Chciałem wpaść – usłyszałam jego roześmiany głos. Sergiusz często się uśmiechał, nawet wtedy gdy nie miał ku temu za dużo powodów. Taki już był, nie dawał po sobie poznać, że trapi go jakiś problem.

Dziś myśląc o nim, chyba zacytowałabym kawałek piosenki Verby mówiący:

Z problemami nauczyłem się zasypiać.

Jak się nie nauczysz, nie pozwolą ci oddychać.

– Wpadaj, ale jej nie ma – odpowiedziałam wtedy i ponownie zajrzałam do lodówki. Wyjęłam z niej zimną parówkę i zagryzłam.

– Jak to jej nie ma?

Wzruszyłam ramionami i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że on nie mógł zobaczyć tego gestu, a tym samym nie było możliwości, by cokolwiek z niego rozczytał.

– W robocie jest – odpowiedziałam z pełnymi ustami.

– Co jesz? – zainteresował się.

Zastanawiałam się czy mu odpowiedzieć, bo co jeśliby naszła go ochota na parówki? Były tylko cztery, na dodatek niezbyt duże, więc nie miałam ochoty się ni jedną dzielić. Bo czym ja bym się najadła, gdyby przyszedł i wszamał choćby pół? Co prawda był jeszcze pasztet, makaron i sos z papierka do przygotowania spaghetti, ale po dwóch piwach, i o dwudziestej pierwszej trzydzieści, nie chciało mi się gotować, i chyba nie było w tym nic dziwnego, prawda?

– Zimną parówkę – odpowiedziałam. – Ostatnią – dodałam zapobiegawczo.

– Fatalna kolacja – stwierdził.

W wyobraźni mogłam dokładnie namalować jego krzywy uśmiech, gdy to mówił.

– Nie wolałabyś kebabu, frytek i surówki?

– Pewno, że tak. Każdy by wolał, ale jakby ci to powiedzieć... chwilowo brak many many.

– Wpadnę z czymś na wynos – odparł i rozłączył się, zanim zdążyłam zaprotestować.

To nie było tak, że go nie lubiłam. Po roku jaki spędził z moją matką, na nocnych schadzkach, przyzwyczaiłam się do jego obecności, do śniadań jakie nam przygotowywał i uwielbiałam rozpakowywać zakupy jakie dla nas robił. Był dobrym człowiekiem, choć zdradzał żonę i to z niejedną. Moja matka nie była jego jedyną kochanką, wiedziała o tym, ale co miała zrobić? Myślała o korzyściach, lubiła go takim jakim był. Poza tym on z żoną był w separacji, a mieszkał z kobietą, z którą miał wspólne kredyty... to te kredyty ich łączyły. Sergiusz wiedział, że gdyby od niej odszedł, musiałby wszystko spłacać sam, a tak spłat dokonywała ona, bo to jej córka korzystała z tamtych, pożyczonych pieniędzy, by zakupić sobie, mężowi i nienarodzonemu dziecku, dwupokojowe mieszkanie w blokach. Sergiusz kierował się w tym przypadku rozsądkiem. Ja potrafiłam go zrozumieć, matka widocznie też, skoro nie umiała kopnąć go w dupę i cieszyła na każde jego przybycie. To właściwie dzięki Sergiuszowi miałyśmy gdzie mieszkać, bo gdy administracja postanowiła zburzyć lokum, które dotychczas zajmowaliśmy, to oferowali nam jakąś suterynę o standardzie mieszkania jakie przyjęliśmy. Właściwie to przyjęli – moi rodzice, bo ja przecież wtedy miałam tylko cztery lata. Podpisali po prostu lipną umowę, że w razie rozbiórki, właściciel musi nam zapewnić lokum o takim samym standardzie, jak ten w dniu naszej wprowadzki, a nie wyprowadzki – paradoks, którego mój przemądrzały ojczulek, zwany przeze mnie męską pizdą, oczywiście nie zauważył. W efekcie ja z matką, gdyby nie Sergiusz, zostałybyśmy na bruku, a tak mogłyśmy zajmować dużą kawalerkę, która należała do jego cioci. Tą ciocią moja matka kiedyś się opiekowała, całe wakacje, gdy Sergiej – tak lubiłam do niego mówić – wyjechał do Niemiec, by zarobić.

Zżyłyśmy się z tą starszą panią, lubiła mnie, nauczyła grać w karty i zaraziła zamiłowaniem do wenezuelskich telenowel, harlekinów i poezji. Gdy Sergiusz wrócił z Niemiec, to ja oglądałam z jego ciotką Nie igraj z Aniołem. W tym samym czasie pralka się zepsuła i zbierał wraz z moją matką wodę na kolanach... to właśnie wtedy zaiskrzyło, i iskrzyć nie przestało. Po krótkim czasie od tego momentu, ciocia zmarła, we śnie, taką piękną śmiercią, nie z powodu choroby, a zwykłej starości, a nam dostała się kawalerka na czas nieokreślony w umowie. Antczak nawet nie chciał byśmy płaciły mu czynsz. Tak jak mówiłam – był po prostu dobrym człowiekiem i to takim, który zawsze pragnął mieć córkę, i miałby ją, gdyby jego żona nie usunęła ciąży. Kobieta wybrała karierę, on nie umiał jej tego wybaczyć i odszedł do koleżanki z pracy, zostawiając z tą pojebaną babą – swoją żoną – niemal dorosłego już wtedy syna.

Dzwonek do drzwi zwiastował jego przybycie. Jak zwykle ubrany był na sportowo – nie ma się temu co dziwić, w końcu był nauczycielem wychowania fizycznego. W dłoni dzierżył reklamówkę z dwoma styropianowymi opakowaniami. Przywitałam się z nim cmoknięciem w policzek – od pewnego czasu to już było rytuałem. Usiedliśmy w pokoju, na wygodnych, choć starych i niskich fotelach, i zajadaliśmy wprost z pudełek plastikowymi widelcami. W starym telewizorze, którego ekran był napęczniały, tak mocno, jakby działał na drożdże, leciał horror Koszmar minionych wakacji z moim ulubionym aktorem, tym samym, który grał rolę Sebastiana w Szkole uwodzenia.

– Lekcje odrobiłaś? – padło niespodziewanie pytanie.

Przez chwilę złapałam takie zdziwko, że aż skamieniałam. Co go interesowały moje lekcje? Nawet matka o to nigdy nie pytała.

– Tak – odburknęłam.

– Pokaż – polecił, ale z uśmiechem na twarzy.

Spojrzałam na niego i otworzyłam szeroko oczy, a nawet, i buzię rozdziawiłam.

– Żartujesz? – zapytałam.

– Czyli nie odrobiłaś – wywnioskował z takim dziwnym smutkiem w błękitnych oczach.

– Nieprawda. Po prostu, pokazywałam gdy byłam mała, a teraz się wstydzę! – skwitowałam zadowolona ze swojej, po części rymującej się, wymówki.

– Szkoda. Jesteś inteligentna, mogłabyś wiele osiągnąć, gdybyś tylko chciała.

– Póki co to mi się marzy sesja w Playboyu – palnęłam, w sumie tylko po to, by go zniesmaczyć. Sądziłam, że poczuje się urażony, obrazi się i wyjdzie, ale nic z tego.

– Całkiem fajny pomysł.

Nie myślisz tak – chciałam zaprotestować, ale on mnie ubiegł, odzywając się ponownie:

– Wszystko zależy od tego, z jakiego powodu się na tej rozkładówce CKM znajdziesz. Możesz być wybitną panią doktor, co wynalazła lekarstwo na raka, a przy okazji zapragnęła światu pokazać swoje, nieskazitelne ciało, a możesz też być typem głupiej Dorotki, znaczy się Dody i pokazywać cycki z plastiku, i skórę wygładzoną komputerowo, a w rzeczywistości, zapewne, pełną rozstępów po solarce.

Zatkał mnie. Wolałam nic na to nie odpowiadać, bo żadne odpowiednie słowa nie przychodziły mi do głowy.

– Zaczerwieniłaś się – zauważył i dotknął moich włosów tuż przy karku.

Gdy przekładał moją kitkę na przód, na moje ramię, przeszedł mnie niemal taki sam dreszcz, jak wtedy, gdy wpadłam na Oskara. Kto wie, może był to nawet silniejszy bodziec, bo nagle cała zesztywniałam.

– Zostaw mnie – szepnęłam.

– Nic ci nie zrobię – odparł szybko i zabrał ręce. Powrócił do jedzenia. – Traktuję cię jak córkę, której nigdy nie miałem, a zawsze chciałem mieć. Zabawne, bo nawet chciałem by miała na imię Katarzyna.

– Ja mam Katrina.

– To to samo – szepnął i uśmiechnął się tak, że pokazał wszystkie swoje zęby. Może nie szczególnie białe, ale proste i wszystkie, co, jak na jego wiek, mogło zachwycić. W końcu niektórzy, ledwie po czterdziestce, już nosili sztuczne szczęki. – Kiedyś to mieszkanie i akcje w klubie sportowym, którego jestem dyrektorem, będą twoje.

– Dlaczego moje? Ledwie mnie znasz.

– Kocham cię jak córkę. Jesteś szalona, zwariowana, masz własne zdanie i nie dasz sobą pomiatać. Zawsze chciałem córkę o takim charakterku.

– Dzięki za komplement.

– Proszę, ale rzuć palenie i nie pij po bramach. Jak masz pić to w domu albo w barach. Tylko wcześniej się umaluj, by cię za starszą uważali.

– Super rady, tatusiu – zadrwiłam.

– Znam żyćko, też byłem młody. – Puścił do mnie oczko i odłożył puste opakowanie na ławę, przykrytą białą serwetą w beznadziejne falbany.

– Cieszę się, że mnie rozumiesz, a teraz tak serio, nie baw się w mojego ojca. Jednego już miałam i postawiłam na nim krzyżyk. – Wstałam z fotela i poszłam do swojego pokoju, bo pomimo że to była kawalerka, to zostało wydzielone małe pomieszczenie, odgrodzone moim biurkiem i dyktą, mieściło się w nim jedynie małe, jednoosobowe łóżko, to wspomniane wcześniej biurko, i niewielka komoda.

– Jeszcze się do mnie przekonasz! – krzyknął za mną.

Miał racje, przekonałam się. Jednak do dnia dzisiejszego, nie mam pewności, jak go właściwie traktowałam. Czy darzyłam go uczuciem typowym dla dziecka, które kocha ojca? Czy może był moim, niedosięgalnym pragnieniem, nie do ziszczenia marzeniem, takim snem na jawie... zabawą w dom, w nieistniejących w realu wyobrażeniach? Co było powodem tych zakłóceń? On sam! Tak naprawdę, to on te zakłócenia stworzył. Być może, gdyby się zachowywał, tak jak się zachowywał, przy swojej nieistniejącej, rodzonej córce, to ona niczego takiego dziwnego, by do niego nie poczuła. Ja poczułam. Nie byłam jego dzieckiem, nie mieliśmy tej samej krwi, nie łączyły nas geny. Co miałam myśleć o dorosłym, wysportowanym facecie, który niejednokrotnie chodził przy mnie goły, o mężczyźnie, który wchodził do łazienki, gdy leżałam naga w wannie i przynosił mi miskę pełną popcornu oraz boomboxa, gdy tylko go o to poprosiłam? Co miałam sądzić, gdy przebierał się przy mnie, bez skrępowania albo obdarowywał mnie prezentami? Jak miałam powstrzymać serce, gdy rozmawiał ze mną na tematy, o których nigdy dorosły, obcy mężczyzna, nie powinien był mówić przy nastolatce? Nie wiedziałam tego wtedy i nie wiem dziś. Minęło tyle lat, a ja nadal nie znam odpowiedzi na te pytania, ale jednego jestem pewna – Sergiusz Antczak nigdy nie chciał mnie wykorzystać, nigdy nie kierowały nim brudne myśli ani złe intencje. Jakkolwiek to zabrzmi – on po prostu taki był.

Jednak znowu zboczyliśmy z głównego tematu, czyli z Oskara Michalskiego i tego jak w ogóle doszło do naszego zostania parą. Nie stało się to na jego koncercie, choć dotarłam tam wraz z Ewką. Wysłuchałam kilku rapowych kawałków, z których, tylko refren jednego szczególnie utkwił w mojej pamięci. Potem wyszłam, bo on średnio zwracał na mnie uwagę. Po wyrapowaniu swoich zwrotek, zajął się graniem w bilard i piciem alkoholu w towarzystwie swoich kumpli. Nasze drogi jednak zeszły się ponownie, równo rok później. Przez ten rok w moim życiu wiele się zmieniło i to niekoniecznie na lepsze.

Teraz jednak nie miałam czasu tego rozpamiętywać. Obiecałam Wiktorii, że pojadę z jej babcią do bidula, na urodziny jej brata – Patryka. Poprosiłam więc matkę, by pomogła mi znieść wózek, a ja w tym czasie wzięłam na ręce Kaśkę, która w rączkach trzymała gumową piłkę z kilkoma dziurkami, idealnymi, by włożyć w nie palce i pochwycić. Piłeczka w środku miała plastikowe jajko z kulkami, które grzechotało. Wpakowałam małą do wózka, zapięłam, a ta, gdy już znudziła się nieustannym wywalaniem zabawki na chodnik, po którą to ja musiałam się schylać, w końcu usnęła. Nudziło mi się tak iść w ciszy, więc włożyłam słuchawki douszne i włączyłam muzykę z telefonu:

Strach nie pozwalał głośno o tym mówić

Strach nie pozwalał kochać się i śmiać

Strach nakazywał opuścić w dół oczy

Strach nakazywał cały czas się bać...

Wykorzystane utwory:

Zbuku – List do...

Tilt – Jeszcze będzie przepięknie

Rozdział 3

Uczucia nadziei i bezsilności

Babcia Wiktorii była starszą, zmęczoną życiem kobietą. Nie było co się temu dziwić. Całe życie pracowała fizycznie, za dzieciaka w polu, a potem, gdy jej rodzice zmarli, a całą gospodarkę odziedziczył jej brat, ona wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci, z czego syn umarł po upadku z drzewa, a córka wyszła za nieroba i alkoholika, sama się przy nim rozpijając. Życie więc tę kobietę mocno skatowało, bo chyba nie dało się, tego co ją spotkało, nazwać inaczej. Pomimo tego jednak była serdeczna, taka miła i ciepła. Zawsze jak wpadałam do Wiki, to częstowała mnie wszystkim co tylko miała. Czasami był to wypasiony bigos albo jakiś placek, a innymi razy suche placki ziemniaczane, albo chleb ze smalcem, ale czy to było ważne? Babcia Wiktorii była jedynym człowiekiem, jakiego do tej pory poznałam, który byłby w stanie podzielić się ostatnią kromką chleba, nawet z nieznajomym. Paradoksalnie, dała mi więcej niż moje własne babcie, choć przecież byłam dla niej zupełnie obcą osobą. Teraz też serdecznie mnie przywitała, uściskiem i pocałunkami w oba policzki.

– Dałaś sobie radę – rzekła, zauważając, że Kaśka jest cała i właśnie otwiera swoje paczadełka, rozbudzając się z płytkiego, dziecięcego snu.

– Jak widać – rzuciłam z przyjaznym uśmiechem, puszczając do małej oczko.

– Ja wiedziałam, że sobie poradzisz. Ja nie wiem czemu ci ludzie tak w ciebie nie wierzą. Przecież ty w gruncie rzeczy, to inteligenta dziewucha jesteś – pochwaliła, a zaraz potem dorzuciła – tylko kup bilet i nie jedź na gapę, by cię nie spisali i byś mi wstydu nie narobiła. A jak nie masz pieniążków, to mi powiedz, to...

– Ja mam nawet bilet – przerwałam, wyjmując z kieszeni żółty bilecik, z tym błyszczącym paseczkiem, świadczącym o jego oryginalności.

Babcia Wiktorii wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem i już miałam jej zaproponować, by sprawdziła prawdziwość biletu z każdej możliwej strony, dając jej tym samym do zrozumienia, że nie mam nic do ukrycia, ale przyjechał autobus, więc nie miałyśmy czasu na takie trele morele. Wniosłyśmy we dwie wózek, zajęłyśmy miejsca i ja obserwując krajobraz za oknem, przyznałam w duchu rację starszej kobiecie siedzącej obok mnie, bo miała nosa z tym biletem. Co prawda, faktycznie był autentyczny, ale był kradziony, bo moi znajomi okradli kiosk kilka tygodni temu, do teraz nie zostali złapani i dzięki temu mieli możliwość nieco sobie zarobić na handlu po znajomych fajkami, biletami i prezerwatywami. Gazet nie brali, bo tam gdzie mieszkali prawie nikt nie czytał, więc nie byłoby popytu na taki towar.

Po drodze zabawiałam małą Kaśkę albo wymieniałam ze staruszką poglądy na różne tematy, od cen sklepowych począwszy, na polityce kończąc. W końcu za szybą dostrzegłam duży budynek ze starej cegły, otoczony bramą niczym więzienie, z czerwoną tabliczką przymocowaną do ogrodzenia. Na tabliczce widniał biały napis, głoszący wszem i wobec, wszystkim mijającym, że ten oto budynek jest niczym innym jak domem dziecka. Przystanek był kawałek dalej, więc po tym jak wygramoliłyśmy się z autobusu, musiałyśmy się cofnąć. Kaśka zaczęła płakać, bo już się znudziła tak długą podróżą, więc wzięłam ją na ręce, a babci Wiktorii zaproponowałam, by wstawiła torby do wózka i go popchała, gdyż tak będzie jej o wiele wygodniej, niż nieść je w rękach. Wykorzystała mój pomysł i w ten oto sposób, po dwóch i pół minuty szybkiego marszu, znalazłyśmy się przed bramą. Szczerze podziwiałam tę babunie, że ma taki power, by nawet kulejąc tak szybko sandałować. Ja w jej wieku, to pewno już, od co najmniej pięciu lat, będę leżała, przysypana pierzyną z piasku i robiła za obiadek dla czerwonych mrówek, i dla czarnych pewnie też. Chociaż kolor wolałam czerwony, więc też bym wolała, by mnie same czerwonki wcinały.

Patryk musiał wypatrzyć nas z okna, bo wyszedł przed budynek domu dziecka i zaczął wolnym krokiem zbliżać się do bramy. Musiałam przyznać, że strasznie się zmienił. Pamiętałam go jako wątłego, chuderlawego chłopczyka w loczkach, a teraz? Teraz miał włosy modnie postawione na żel, co dodawało mu kilku centymetrów. Nie był też już taki chudy, a wciśnięty w całkiem trafione dżinsy i z szeroką bluzą na ramionach, luźno na nim wiszącą, wydawał się być nawet całkiem, całkiem zbudowany. Znaczy nie! On jeszcze nie był zbudowany. Na razie miał taką misiowatą masę, co po latach regularnego ruchu czy jakiegoś treningu, mogłoby go uczynić całkiem przystojnym facetem, takim z szerokimi barkami, wyrzeźbioną klatką piersiową i drabinką na brzuchu. Choć może nie powinnam go oceniać, bo przecież był ode mnie sporo młodszy, na dodatek to brat mojej przyjaciółki, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać i nawet na głos, gdy podszedł bliżej, by nam otworzyć furtkę i pomóc, to rzuciłam z uśmiechem:

– Wyprzystojniałeś.

– Dzięki, Kati – odparł. – Tak w ogóle, część wam – dodał i zabójczo się wyszczerzył. Miał mega białe zęby, jak ludzie z reklam past do zębów. Co prawda nieco oszpecała, ten powalający efekt bieli, szpara między górnymi jedynkami, ale i tak uśmiechem sprawił, że kolana się pode mną chciały ugiąć.

– Ile kończysz lat? – zapytałam z ciekawości, bo szczerze miałam ochotę się pieprzyć, bo z Oskarem nie robiliśmy tego od dawna, a rozprawiczenie takiego przystojnego gówniarza, mogłoby stać się moim trofeum, ale...

– Czternaście – skutecznie ostudziło mój zapał, bo dało mi do myślenia, że ten gówniarz nie tylko jest nieletni, ale przede wszystkim jest nielegalny.

– Za rok – wymsknęło mi się na głos.

– Co za rok? – zapytała babcia tego dzieciaka.

– Nic, nic. – Machnęłam ręką. – Za rok piętnaście – wyjaśniłam. – A stamtąd to już tylko trzy do osiemnastki i do domu – dorzuciłam ze smutnym uśmiechem.

Wiedziałam, że Patryk ponad wszystko pragnie zamieszkać z babcią, siostrą i siostrzenicą. Kochał ich, a oni jego. Ta mała to chyba jego ubóstwiała najbardziej. Nikomu nigdy nie dawała tyle całusów i ugryźnięć w policzek co jemu, a przynajmniej Wiktoria tak opowiadała, za każdym razem, gdy wróciła z odwiedzin brata w tym okropnym miejscu.

Miejsce okropne, ale wcale nie miało krat w oknach i białych ścian z licznymi pęknięciami. Tak naprawdę, to wewnątrz było całkiem kolorowo. W pokojach maluchów nawet były nalepki postaci bajkowych, ale to mimo wszystko nie był dom. Te dzieci, w większości, wolałyby mieszkać na piętrowym łóżku z piątką swojego licznego rodzeństwa i gnieździć się z rodzicami w kawalerce, ale być z rodzicami, nawet jeśli ci nadużywali alkoholu, i przemocy. Taka chora miłość. Dziwna zależność, którą ja – osoba o nikłych uczuciach do własnych rodzicieli, nie umiałam pojąć ani zrozumieć. Liczyłam, że poczuję tę zależność na własnej skórze, gdy sama zostanę matką, ale sen się nie ziścił, Sergiusz udusił się pępowiną, a ja teraz byłam tutaj, tą dziewczyną, odwiedzającą niemal dorosłego kajtka w sierocińcu, a nie kobietą, spacerującą z wózkiem po miejskim parku. Choć gdy wracałam wspomnieniami do mojego pobytu w pogotowiu opiekuńczym, potem u rodziny zastępczej, a następnie w domu dziecka, to zdawałam sobie sprawę z tego, że ja też wolałam być w domu, z matką, ale u mnie to była inna sytuacja. Moja rodzicielka nie piła, nie ćpała, nie puszczała się, ani mnie nie lała po głowie czym popadnie. U nas jedynym problemem, byśmy mogły być razem, był po prostu brak domu... brak mieszkania czy nawet pokoju. Po prostu miejsca, w którym mogłybyśmy egzystować, a potem gdy matka znalazła takie miejsce, to uznali, że nie ma w nim warunku do mojego poprawnego funkcjonowania i do tego bym się mogła rozwijać. Chore zasady, w tym zdychającym z roku na rok państwie!

Usiadłyśmy na świetlicy, wcześniej witając się z dwójką wychowawców mających dyżur. Oboje doskonale mnie znali. Baba za mną nie przepadała, a facet zdawał się mnie lubić, pomimo że nawet teraz mi wypomniał, jak ostro dawałam mu w kość. Wspominał jak miał nocny dyżur, a ja z Wiktorią i kilkoma innymi dziewczynami, dałyśmy nogę na imprezę. Uśmiechnęłam się do niego, bo pamiętałam, że wtedy nie wezwał policji, ani nikogo nie powiadomił o naszym zniknięciu. Zachował się iście niezawodowo, bo dowiedział się gdzie jesteśmy, nakazał starszym dziewczyną zająć się młodszymi dzieciakami, gdyby te się zbudziły i sam po nas ruszył.

Pan Paweł zostawił nas samych z kilkorgiem dzieci, które na weekend nie pojechały do domu. Babcia Patryka zaczęła wyjmować smakołyki z torby, w tym także tort waniliowy, na który mnie zaświeciły się oczy. Solenizantowi również. Myślę, że nawet się nie spodziewał aż tyle. Dla niego liczyła się obecność kogokolwiek, kilka drobiazgów, zwyczajna pamięć. Nawet szepnął babci, że nie musiała tyle szykować, że po co i czy nie szkoda jej na to pieniędzy. Nie było jej szkoda i nawet ja to wiedziała, to po prostu było widać, że wnuki i prawnuczkę kochała nad życie, i nigdy na nic nie żałowała. Poza tym było im lżej odkąd Wiktoria znalazła pracę na produkcji i miały coś więcej, niż tylko samą lichą emeryturę, i niepewne alimenty, bo z tatusia małej nie zawsze dało się coś ściągnąć. Czasami sam komornik był bezsilny i zwyczajnie rozkładał ręce. Wiktoria liczyła, że gdy znajdzie pracę, to sąd ponownie rozpatrzy wniosek o powrót Patryka do rodziny. Wcześniej babcia nie mogła stać się rodziną zastępczą dla wnuka, bo rzekomo była już w starszym wieku i sędzia zmierzył jej siły na zamiary. Uznał, że nie podoła. Teraz, gdy Wiktoria wystartowała z wnioskiem, by to ona zajęła się bratem, przedstawiła dokumenty, że ma pracę, że zaocznie się uczy oraz dodała, że ma dobrą opinię pośród sąsiadów, to była jeszcze nadzieja na to, że Pat wyjdzie z sierocińca przed osiemnastym rokiem życia. Nic mu jednak na razie nie mówiły, ani siostra, ani babcia, więc i ja milczałam w tym temacie. Życie nauczyło mnie, że czasami nadzieja jest najgorszym co można mieć, zwłaszcza, gdy potem zawodzi, gdy sen się nie spełnia, bo trzeba się podnieść, otrzepać kolana i iść dalej, mimo ran postrzałowych, które dziurawiły serce niczym ser szwajcarski.

– Bo ja coś dla ciebie mam – przypomniałam sobie nagle i wyjęłam z kieszeni bon podarunkowy do Croppa. – Ta dam! Bo tak wiesz... nie wiedziałam w sumie czego ci trzeba, więc sobie sam wykorzystasz, na to co ci potrzebne – dodałam targając jego nażelowane włosy i niszcząc mu tym fryzurę. Miałam możliwość, to uczynić, bo był ze mną niemal równy, a nawet i odrobinkę ode mnie niższy. Zastanawiałam się czy jeszcze urośnie, czy już pozostanie takim kurduplem.

– Dzięki – rzucił, wyczekując jak babcia odpali świeczki.

Zapalniczka ją zawiodła, więc pan Paweł przybył z odsieczą. Wysoki, szczupły blondyn, przyprowadził na swojej dłoni pudełeczko pełne zapałek.

– To młodego – powiedział z łobuzerskim uśmiechem, a ja wtedy sobie przypomniałam o pewnym fakcie.

– Właśnie, bo ty masz karę za palenie! – wykrzyknęłam. – To dlatego targałam tyle rzeczy z twoją babcią aż tutaj, bo gdybyś nie palił, to przecież byłbyś w domu. I byłaby też szansa, że byłbyś wyższy. Palenie skraca – dorzuciłam.

– Sama pewnie palisz – wytknął.

– Nie palę. Szkoda mi na to kasy i płuc. – Usiadłam obok niego i poczułam jak się do mnie przybliża. Jego oddech na moim uchy był wręcz namacalny.

– A wątroby ci nie szkoda? – zapytał złośliwie, czym sprawił, że z zacieszonej mnie, stałam się ja z wredną, urażoną miną.

Nie było mu mnie szkoda, bo się uśmiechał, zamiast przepraszać.

Przestałam skupiać uwagę na nieletnim bracie mojej przyjaciółki i przeniosłam się na podziwianie pana Pawła. Ten też jakoś dziwnie wyprzystojniał. Choć nie. Nadal był chudy i miał zakola, pomimo że, przecież nie był jeszcze aż tak stary. Teraz się po prostu lepiej ubierał, niż te kilka lat temu. Zastanawiałam się co go tak odmieniło i ledwie zadałam sobie w myśli to pytanie, a facet zaczął poprawiać, krzywo zapięte, guziki koszuli jednego malucha, a moim oczom ukazała się obrączka na serdecznym palcu jego prawej dłoni.

Żonaty pan Paweł przyniósł talerzyki, widelczyki i inne takie rzeczy. Dzieciaki opierały się łokciami o jakiś sześć stolików, złączonych w jeden i kilkoro z nich się bujało jakby miało chorobę sierocą. Wszystkie niczym wygłodniałe wilki wgapiały się w tort i ja nie byłam tutaj żadnym wyjątkiem, bo babcia Patryka i Wiktorii po prostu była zajebiszczą piekarką, więc niejeden chciał skosztować choćby kawałeczek.

Moment dmuchania świeczek, krojenia tortu i otwierania przez Pata jego trzech, zapakowanych w kolorowe torby, prezentów, ja wykorzystałam na to, by móc się wyrwać do ogrodu i zadzwonić do Wiktorii. Wiedziałam, że dziewczyna o tej porze ma przerwę na kawę i kanapkę, bo napisała mi to we wcześniejszym SMS-ie. Chciałam ją powiadomić, że wszystko jest dobrze, że jesteśmy już z jej babcią i córką u młodego, i że ten wydaje się zadowolony, i nie smuci się brakiem jej obecności, że rozumie iż ma prace, i nie mogła przyjechać. Wika dopytywała jak gówniarz zareagował na prezenty. Odruchowo więc zerknęłam na duże, dwuskrzydłowe drzwi, jakby te miały być przezroczyste i dawały możliwość ujrzenia uśmiechu nastolatka po rozpakowaniu pakunków, ale przecież były drewniane. Skłamałam więc, że zadowolony. W końcu wiedziałam co dostał i ja też byłabym zadowolona z dotykowego Sony otrzymanego od babci, nawet jeśli ten byłby używany i zakupiony w lombardzie. Modne, firmowe adidaski też by mnie ucieszyły, zwłaszcza, iż pomimo że zakupione od takich panów trudniących się kradzieżami, to i tak nie były najtańsze, choć i tak o niemal połowę tańsze niż w sklepie, za co Wika była szczerze mi wdzięczna, bo to ja je pomogłam załatwić. No i przede wszystkim deskorolka. Patryk marzył o desce odkąd jego stara poszła się jebać, pękając w pół. Deska była od przyjaciół, tych jego, ale też tych Wiktorii. Zrobili po prostu zrzutkę i każdy dał ile miał, wszyscy się podpisali na jej tyle, my – ja i Wika również, a nawet babcia i oczywiście mała Kaśka zrobiła na niej różowy stempelek swojej dłoni.

– Zmarzniesz – usłyszałam nagle za swoimi plecami, gdy przymierzałam się do tego, by usiąść na jednej z metalowych, starych huśtawek.

Na tej samej, na której niegdyś siadywałam niemal codziennie.

– Kocyk – dodał znajomy głos, kładąc na moje kolana wełniany w kratkę.

– Dzięki – rzuciłam w kierunku pana Pawła i pożegnawszy się z Wiką, wsunęłam komórkę do kieszeni. – Znaczy, dziękuję panu – poprawiłam się szybko.

Blondyn się uśmiechnął i puścił do mnie znaczące oczko.

– Daj spokój z tym panem. Jesteś już dorosła. Słyszałem, że wyszłaś za mąż.

– Zdarzyło się – syknęłam szybko, dając mu do zrozumienia, że nie cierpię tego tematu. Byłam jednak pewna, że pan wychowawca, jak to facet, nie zrozumie aluzji, więc byłam zmuszona dodać coś jeszcze. – A teraz zdarzy się rozwód, za niedługo.

Zaśmiał się lekko, jakbym opowiedziała jakiś średniej klasy żart, a on, z racji dobrego wychowania, był zmuszony okazać temu dowcipowi należyte zainteresowanie, ale po chwili znacznie spoważniał.

– Przykro mi z powodu dziecka. Byłabyś świetną matką, choć większość w to wątpi.

Spojrzałam w ziemie i na krótki moment się zamyśliłam, jakby do mnie zupełnie nie docierały jego słowa. Faktycznie, jak zaszłam w ciążę, to chyba każdy mnie skreślał w nowej, przyszłej roli. Tak naprawdę, niewiele osób we mnie wierzyło, ale ja miałam to głęboko w piździe. W końcu to byli obcy ludzie, jeśli nie chodzili w moich butach i w życiu nie pomogli mi nawet zawiązać pół sznurowadła, to nie mieli prawa mówić mi, jak mam żyć ani oceniać. Do gadania to zawsze każdy jest pierwszy, ale wyciągnąć pomocną dłoń potrafi naprawdę niewiele osób i to, że zdawałam sobie z tego sprawę, chyba najbardziej przerażało mnie w życiu, i dorosłości. Myślę, że to jaką byłabym matką, miałoby prawo ocenić tylko i wyłącznie moje dziecko, a nie nieproszeni obserwatorzy.

– Przepraszam – szepnął pośpiesznie. – Nie powinienem był...

Przerwałam krótkim:

– Spoko. Potraktuję twoje... pana słowa, jako komplement.

– Może być twoje – zapewnił, mrużąc oczy i usiadł na huśtawce obok. – Jak sobie radzisz? Jak mama twoja?

– Pracuje, ona, ja też. Znów mieszkamy razem.

– Wyremontowała się?

– Zdemolowała – odpowiedziałam – kuchnie – dodałam szybko. – To dziwny temat, trudny do ogarnięcia, bo nawet ja jej nie ogarniam, choć to moja matula, więc ty tym bardziej nie próbuj.

– Nie zamierzam. Choć pamiętam, że to była bardzo ładna kobieta. – Zaśmiał się uroczo pod nosem, a do moich wspomnień powrócił moment, gdy pewnego dnia, podczas jakieś rozmowy, siedzieli z moją matką obok siebie i on chwycił ją za kolano, potrząsł, i zapewniał, że będzie dobrze, i że jakoś się wszystko ułoży.

Podobnie zrobił mojej matce ksiądz, gdy mieli mnie nie dopuścić do bierzmowania i matka poszła go wybłagać, by dał mi szanse, i każdą moją nieobecność na mszach świętych, i spotkaniach, tłumaczyła trudną sytuacją rodzinną.

– Jasne, tylko zupełnie nie jestem do niej podobna, więc tego już nie potraktuję jako komplement, panie Pawle. Zwłaszcza, że ma pan obrączkę na palcu. Właśnie, jak to do tego doszło w ogóle?

– Zdarzyło się – odpowiedział, powtarzając moje wcześniejsze słowa.

Oboje żeśmy się zaśmiali, a potem on zmienił temat, zaczął tłumaczyć, że gdyby to od niego zależało, to puściłby Patryka do domu, bo to przecież było tylko palenie, a tu niemal każdy pali i są w końcu jego urodziny, ale dyrektorka się uparła.

– Ta jędza zawsze coś wymyśli głupiego – warknęłam przez zaciśnięte zęby. – Gdy tu przebywałam, to prawie wcale nie puszczała mnie do domu – wspominałam. – Na dwór też nie.

– Ty ciągle miałaś kary.

– Dlatego tak źle wspominam tutejszy pobyt.

– Bo to z założenia nie miały być wczasy.

Spojrzałam na niego z wątpliwą kpiną, wymalowaną w mimice mej twarzy.

– Nigdy tego tak nie traktowałam – powiedziałam z ostrym zapewnieniem. – Byłam za duża, gdy tu trafiłam, by wierzyć w bajki, jak te maluchy, że to tylko takie kolonie bez rodziców – dodałam z wyraźnie słyszalnym smutkiem w głosie, więc postanowiłam zmienić temat, bo nie lubiłam ludzi, którzy się zbytnio nad sobą użalają, więc i ja nie zamierzałam tego robić. – Słyszałam, że macie tu całkiem, całkiem liceum dla dorosłych – rzuciłam na zachętę, by trochę mi opowiedział o tej szkole.

Nie przeliczyłam się, bo bardzo ciekawie opowiadał, zarówno o licealnej, jak i o kursach policealnych, darmowych dla absolwentów, jeśli w ciągu roku, od zdobycia średniego wykształcenia, się zdecydują na kontynuowanie nauki.

– A chciałoby ci się taki kawał dojeżdżać? – spytał w końcu, nieco zaskoczony moją twierdzącą odpowiedzią.

– Bo ja wie pan, panie Pawle, mam plan na przyszłość. Doskonały plan – odpowiedziałam.

– Aż się boję zapytać jaki – zażartował z szerokim zacieszem, wstał i podał mi rękę bym uczyniła to samo.

Zrobiłam tak, ale nie skorzystałam z jego pomocy. Sama wstałam, a kocyk się zsunął z moich ud i upadł na ziemie, tuż obok moich stóp. Wychowawca się po niego schylił. Przykładnie złożył na cztery i wskazał drogę. Konkretnie, to dłonią pokazał na drzwi. Ruszyłam więc w ich kierunku, bo to przecież były urodziny Pata, więc byliśmy zobowiązani znajdować się przy nim, a nie w ogródku, na starym placu zabaw, plotkujący w najlepsze.

Kiedy dotarliśmy do wejścia, Paweł otworzył przede mną drzwi, ale ja demonstracyjnie tupnęłam nogą i warknęłam:

– Niechże mój feminizm coś znaczy.

– Czyli uczynię ci przyjemność wchodząc pierwszy? – zapytał zdezorientowany, nieco zdziwiony, bo miał taką kanciastą minę.

– Tak! – krzyknęłam radośnie.

– Super. – Wzruszył ramionami, pokonał próg i odwrócił się w moją stronę. – Łatwo było cię uszczęśliwić i cieszę się, że mogłem to zrobić – zadrwił, a potem skierował się w stronę salki, na której znajdowali się pozostali.

Przewróciłam oczami i podążyłam za nim. Kaśka siedząc Patrykowi na kolanach, zajadała biszkopty, on sam, jak i inne dzieciaki wcinał tort, a babcia miała łzy w oczach. Podeszłam do niej i położyłam dłonie na jej ramionach.

– Będzie dobrze – szepnęłam wprost do jej ucha.

– Nie chcę by tu był – wyznała, nakrywając moją rękę swoją własną, taką pomarszczoną i nieprzyjemną, chropowatą w dotyku.

– Wiem – przyznałam. – Ja też tego nie chcę – dodałam bezgłośnym szeptem i poczułam się jakoś tak dziwnie. Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że uczucie, które mnie ogarnęło nie ma nic wspólnego z cudami i dziwami, bo była to po prostu zwyczajna, najprostsza i najgorsza ze wszystkich możliwych odczuć bezsilność.

Od autorki:

Chcieliście coś dłuższego, więc postanowiłam wrzucać po kilka rozdziałów do jednej części. Tylko teraz nie wiem czy nie przesadziłam w drugą stronę.

Pewnie pojawią się jakieś literówki, niedopatrzenia i przecinki nie w tym miejscu, ale to czysta amatorka więc proszę o wyrozumiałość, choć jednocześnie nie boję się krytyki i jak coś będzie mocno rażącego i rzuci się wam w oczy, to dawajcie znać.

Na pewno też coś jeszcze powinno być pochyłe, ale musiałam to wszystko od nowa wprowadzać ręcznie, bo po "kopiuj wklej" poznikało i tekst stał się prosty, bez pogrubień i pochyłych, więc pewnie nie wszystko wyłapałam.

Pewnie dodam kolejną część za jakiś tydzień lub dwa, a gdyby ktoś chciał wcześniej się z nią zapoznać to zapraszam na blog:

http://samotna-krolewna.blogspot.com/

Pozdrawiam i czekam na wasze komentarze, bo tak jak w opisie, tak naprawdę to czytelnicy decydują o zakończeniu tej historii. Na chwilę obecną chciałabym wiedzieć czy chcielibyście... albo raczej ilu z was by chciało, by Katrina przespała się z Patrykiem (bratem Wiktorii)?

25,277
8.2/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.2/10 (9 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (3)

Nonieźle · 6 września 2016

0
0

Nie przypadło mi do gustu. Nie podoba mi się bohaterka ani ta cała patologia. Nie mowię tego po złośliwości tylko wypowiadam swoją opinię. Stylistycznie bardzo dobrze ale fabuła do kitu dlatego dam mocne 1/10

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Antonio · 11 września 2016

0
0

Ja bym nie chciał.
Fabuła całkiem ciekawa, nieco ciągnie patologią, lecz wciągnąłem się, choć od sierocińca forma spadła.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Taka_Miłość · Autor · 3 kwietnia 2017

0
0

Nonieźle - Nie da się dogodzić każdemu i nie wszystko musi się podobać. Rozumiem to.

Antonio - Kiedyś pewnie poprawię to opowiadanie i postaram się, by forma nie spadała.

Pozdrawiam was 🙂

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Opowiadania o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.