Służka Krwi i Księżyca (I) – Echo Tańca

16 kwietnia 2026

Opowiadanie z serii:
Służka krwi i księżyca

36 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Po zdecydowanie zbyt długim okresie powracam na Pokątne!

Na start: serdecznie dziękuję koleżance Agnessie za sugestie. Zgodnie z nimi lekko skróciłam parę opisów, nieco "upłynniłam" tekst, tu i ówdzie pozmieniałam. Dzięki!

Mam nadzieję, że tym razem wytrwam w swym postanowieniu pisarskim! Niniejszym życzę Ci, miła czytelniczko, miły czytelniku, pysznej lektury.

Rozdział I:
Echo Tańca


„Almost nobody dances sober, unless they happen to be insane”

 – The Loner of Providence


Taniec był formą ekspresji, której Elyara pragnęła całą sobą, a jednocześnie nie potrafiła pojąć jej istoty. Otaczały ją śmiech, muzyka, wesoły gwar rozmów, dziesiątki ludzi, ona zaś potrafiła myśleć jeno o tym, z kim mogłaby zatańczyć. Któż nauczyłby ją, jak sunąć po parkiecie, jak dopasować krok do rytmu melodii i gdzie kierować wzrok – ku sobie nawzajem czy też, w tanecznym uniesieniu, pozwolić mu błądzić gdzieś w bok?

Nie, nie o to ci przecież chodzi. Masz tu inny cel.

Elyara zagryzła wargę, czując pod palcami chłód mosiężnej balustrady. Rozejrzała się po tarasie, ale na szczęście nikt nie zwracał na nią większej uwagi. Budynek pulsował wielobarwnym światłem kryształów eteru, które tego wieczoru rzucały na gości głębokie odcienie purpury, oranżu i czerwieni. Były niezwykle intensywne, acz przy tym przytulne na swój własny sposób.

Kojarzyły się jej z domem, chociaż nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Nie pamiętała, gdzie się wychowywała, ani kiedy właściwie ten „nowy świat” stał się jej jedyną rzeczywistością.

Zastukała czarnymi, idealnie opiłowanymi paznokciami o brzeg kryształowego kieliszka z absurdalnie drogim drinkiem. Dźwięk, który się rozległ, był wysoki, czysty, ginący w syku pary wydostającej się z rur wentylacyjnych budynku.

– …mówię ci, jeśli Kanclerz znów podniesie cło na kryształy zasilające, warsztaty w Dolnym Mieście po prostu staną – dobiegł ją czyjś stłumiony szept z pobliskiej loży.

– Słyszałeś o nowym wyposażeniu straży miejskiej? Podobno mają gogle, które śledzą eter. Nawet w najgęstszej mgle – usłyszała z innej strony.

– Och, moja droga, doprawdy, to żałosne plotki i pomówienia, zapewniam cię. Przecież…

Elyara uśmiechnęła się kącikami ust. Panorama Lumerii rozpościerała się przed nią niczym sen. Widziała iglice uniwersytetów kłujące nocne niebo i stalowe kadłuby sterowców, które płynęły nad miastem z majestatem podniebnych bestii. Gdzieś tam, w dole, rytm gigantycznych tłoków mieszał się z trzaskiem wyładowań eterycznych, tworząc symfonię, której nikt inny zdawał się nie słyszeć.

Dookoła niej wirowały przeróżne postacie. Młoda arystokracja, czerpiąca z życia pełnymi garściami dzięki rodowym fortunom. Najwybitniejsi studenci akademii magicznych, niemalże absolwenci, którzy już zacierali ręce, aby wykazać się rozlicznymi talentami w Mieście Magii i Technologii. Bajecznie bogaci przedsiębiorcy, których pradziadkowie pracowali jeszcze w polu, a dziadkowie ledwo potrafili pisać i czytać.

Triada nie była zwykłym barem – przyjmowała wszystkich, którzy zasługiwali na to, aby się tam znaleźć, lecz grono to było nieliczne, a selekcja nieoczywista. Nie chodziło tylko o urodzenie oraz zasobność portfela, chociaż oba odgrywały istotną rolę. Nowoczesny budynek, naszpikowany miedzią, szkłem i magią, dumnie osadzony na Wzgórzu Iglic, królował nad Lumerią. Z tego miejsca nocny pejzaż przypominał morze migotliwych świateł gazowych i błękitnych wyładowań eterycznych, rozlewających się po sam horyzont.

Parter i pierwsze piętro tętniły surową, głośną energią studentów oraz drobnej szlachty, wciąż zachłystujących się urokami miasta. Drugi poziom zapraszał tych, których eteryczna aura i ambicje rezonowały nieco inaczej, obiecując, że wkrótce wespną się po drabinie społecznej. Na trzecim piętrze muzyka stawała się cichsza. To tam spotykali się ludzie, których pozycja oraz naturalny ciężar eteru mówiły same za siebie, nie wymagając rozgłosu. 

Jednak dopiero tutaj, na rozległym tarasie na dachu budynku, powietrze stawało się naprawdę rzadkie. Przebywali tu wyłącznie ci, których obecność w samej tkance Lumerii, bez względu na tytuły czy rodowód, stanowiła wartość samą w sobie.

Tego wieczoru świat wokół Elyary wydawał się nierealny. Jakby utkany z dymu i iluzji. Intensywne czerwienie i fiolety kryształów eteru, zasilające nastroje klienteli, sprawiały, że twarze gości nabierały przedziwnych, niemal groteskowych barw. Zapach ozonu, perfum, tytoniu, alkoholu oraz efemeru przeplatały się ze sobą, upajając całą klientelę. Szepty rozmów urywały się bądź przechodziły w okrzyki radości, tworząc nieprzewidywalną kakofonię. Muzyka grała nieustannie, lecz pod jej warstwami Elyara miała wrażenie, iż jest w stanie dosłyszeć zgoła odmienną melodię.

Starą, pierwotną.

Wyciągnęła przed siebie rękę, sięgając daleko poza balustradę. Nie wiedziała, dlaczego to robi. Po prostu… zdawało się jej, iż jeśli tylko wyciągnie dłoń wystarczająco daleko, wówczas palcami przebije cienką błonę rzeczywistości, a cała Triada okaże się tylko…

Z transu wyrwał ją niski, znajomy męski głos, który jako jedyny nie brzmiał jak część otaczającej ją kakofonii.

– Jeśli będziesz tak intensywnie wpatrywać się w te sterowce, jeden z nich na pewno zboczy z kursu i wyląduje nam prosto w barze – rzucił barman, opierając się bokiem o barierkę.

Elyara drgnęła lekko. Zdziwiła się tym, że nie usłyszała go wcześniej. Byłaś zbyt rozproszona. Przeniosła wzrok na mężczyznę i uśmiechnęła się do niego. Patrzył na nią przystojny młodzieniec, niespełna dwudziestoletni, o szelmowskim spojrzeniu, którego lśniące oczy zdawały się skrywać mapę wszystkich sekretów Triady. Nosił dopasowaną, brązową kamizelkę z miękkiej skóry, a podwinięte rękawy koszuli odsłaniały szczupłe, acz umięśnione przedramiona, pokryte tu i ówdzie bliznami.

Elyara doskonale wiedziała, o czym świadczyły owe stare rany. Nigdy jednak nie poruszyła z mężczyzną tego tematu. Nie musiała.

– To byłaby przynajmniej jakaś odmiana, Leo – odparła z bladym uśmiechem, patrząc mu prosto w oczy. – Lumeria wygląda stąd tak spokojnie. Nigdy nie znudzę się tym widokiem.

– Też tak myślałem. – Mężczyzna wyjrzał przez barierkę i westchnął. – Niestety, wszystko z czasem powszednieje, El. Nawet ten widok.

– Wyjątkowo mało optymistyczne spojrzenie na świat jak na ciebie.

– Może jestem już zmęczony tą robotą. – Leo zastukał palcami o barierkę, po czym wrócił wzrokiem do Elyary, ponownie się uśmiechając. – Albo po prostu dzisiejsze tłumy mnie męczą, ot i tyle.

– Chcesz o tym pogadać? Zamówię specjalnie trzy drinki po kolei – zaoferowała ciepłym tonem.

– Nie dzisiaj, za dużo klientów – odparł, po czym zlustrował ją wzrokiem. – Ale zanim wrócę za kontuar, muszę ci powiedzieć, że wyglądasz zjawiskowo.

Elyara uniosła brew, rozbawiona szczerym podziwem w głosie kompana. Prawda była taka, że nie poświęciła nazbyt wiele czasu na przygotowania, wybierając zestaw, który łączył elegancję z praktycznością niezbędną w Mieście Pary i Eteru.

Głęboka czerń batystowej koszuli o lekko bufiastych rękawach kontrastowała z alabastrową, delikatną cerą, sprawiając, że wydawała się niemal nierealnie jasna. Gorset o barwie ciemnego mahoniu, ozdobiony tu i ówdzie miedzianymi wstawkami, opinał talię, podkreślając krągłe biodra i smukłą figurę. Całości dopełniała bordowa spódnica, sięgająca tuż przed kolano, oraz ciemne pończochy, które wraz ze skórzanymi butami do połowy łydki eksponowały zgrabne nogi.

Przy swoich pięciu stopach i sześciu calach wzrostu, Elyara nie potrzebowała dominować nad tłumem fizycznie, by skupiać na sobie uwagę. Poruszała się z gracją, która sprawiała, że rozmowy w lożach na moment cichły, gdy przechodziła obok, a wzrok bywalców Triady podążał za nią z mieszanką niewypowiedzianego zachwytu i niepokoju. Było w niej coś magnetycznego, jakby jej obecność w tej przesyconej oparami eteru przestrzeni była jedyną istotną rzeczą.

Zachwyt ten mijał po ledwie paru sekundach, lecz wrażenie niezwykłości pozostawało na długo.

– Dziękuję, Leo – odpowiedziała miękko, posyłając mu szczery uśmiech. – Rzadko zdarza mi się usłyszeć komplement, który nie jest niczym podszyty.

– Nie wierzę. Na pewno masz dziesiątki adoratorów.

– Uwierzyłbyś, gdybym zaprzeczyła?

– Oczywiście, że nie. – Mężczyzna odepchnął się lekko od barierki, po czym obrócił się i oparł o nią plecami. – Aczkolwiek, skoro są adoratorami, to ich pochwały zawsze mają drugie dno.

– No wiesz co? Teraz to już nigdy nie uwierzę w żaden komplement z męskich ust! – Elyara ściągnęła brwi w teatralnym geście udawanego gniewu, lecz w jej czarno-złotych oczach tańczyły karmazynowe diabliki rozbawienia.

– Uniżenie proszę o wybaczenie w imieniu całej męskiej rasy – odpowiedział poważnym głosem barman, kłaniając się przed nią nisko. – Czy rekompensata w postaci Mechanicznej Pomarańczy ukoi twe nerwy?

– Jesteś nad wyraz łaskaw. Będę czekała z niecierpliwością.

Leo wyprostował się i uśmiechnął do niej wdzięcznie. Przejął od niej pusty już kieliszek, po czym zasalutował luźno dwoma palcami.

– Nie zmieniaj się nigdy – rzekł z wesołym błyskiem w oku. Kierując się w stronę schodów, rzucił jeszcze na odchodne: – Baw się dzisiaj dobrze, El. I nie zrzucaj nikogo z dachu, proszę.

– Niczego nie mogę obiecać.

Odprowadziła go wzrokiem, gdy niespiesznie wracał do obowiązków, żartując z niemal każdym po drodze. Z perspektywy Elyary był to ciekawy widok. Leo w hierarchii społecznej Lumerii, czy nawet samej Triady, był właściwie nikim. Ot, był przystojny, znał się na alkoholach i potrafił czytać oraz pisać. Nic specjalnego. A jednak obracał się w tłumie arystokratów i patrycjuszy niczym tancerz, którego sceną była cała Triada.

Kruczowłosa jeszcze przez dłuższą chwilę podążała za nim spojrzeniem, nim w końcu zdecydowała się zająć miejsce na kanapie w rogu. Świat dookoła wirował, niezależnie od tego, którymi zmysłami go odbierała – wzrokiem, słuchem, zapachem, dotykiem czy nawet smakiem.

Miękki aksamit obicia pochłaniał ją stopniowo, stanowiąc jedyny stały punkt w przestrzeni, która dusiła się w fioletach, oranżach i karmazynach. Przymrużyła oczy, które błysnęły na ułamek sekundy żółcią zainteresowania. Kobiety w bufiastych sukniach i panowie w eleganckich koszulach przypominali z tej perspektywy perfekcyjnie zaprogramowane mechanizmy. Ich uśmiechy wydawały się wyuczone, gesty miarowe i powtarzalne niczym praca miedzianych tłoków w manufakturze, a wybuchy śmiechu następowały w tych samych, precyzyjnych odstępach czasu. Całe potężne państwo-miasto Lumeria, będące klejnotem rewolucji przemysłowej wyrosłym na fundamentach starożytnej magii, oddychało w dole z głuchym jękiem żelaza, jednak tutaj, na Wzgórzu Iglic, nikt nie chciał o tym pamiętać.

Eter był niezbędny dla funkcjonowania metropolii, lecz arystokracja w Triadzie przepalała go wraz z alkoholem i efemerem, rozpylając nad głowami wyłącznie po to, by zgubić kontakt z rzeczywistością. I chociaż Elyara zdawała sobie sprawę, że to marnotrawstwo, a Lumeria, zamiast dzielić się postępem, zaborczo go kontroluje, to jednocześnie była dogłębnie urzeczona wszystkim, co ją otaczało.

Otrząsnęła się, ostro zagryzając wargę. Ukłucie bólu przywróciło ją do rzeczywistości. Wzięła głęboki oddech, po czym leniwie powiodła spojrzeniem po całym balkonie, aż jej wzrok padł na łagodnie oświetlone schody, prowadzące na szczyt Triady z niższego piętra.

Spomiędzy latarni, rozpylaczy efemeru oraz wmurowanych w posadzkę donic, z których wyrastała bujna, egzotyczna roślinność oddzielająca poszczególne loże, wyłoniła się nowa sylwetka. Mężczyzna, który właśnie pokonał ostatni stopień, nie zjednoczył się z wirującym tłumem. Zamiast wkroczyć w otwartą przestrzeń dziarskim, głośnym krokiem nowobogackiego fircyka, zatrzymał się z niezmąconym spokojem, ignorując radosne okrzyki mijających go ludzi. Chociaż nie miał na sobie munduru, Elyara od razu rozpoznała w nim oficera. Postawa, spojrzenie, a nade wszystko eteryczna aura wprost krzyczały o profesji przybysza. Ona zaś potrafiła słuchać.

Mężczyzna przystanął u szczytu schodów i zmrużył stalowoszare oczy, cierpliwie lustrując przestrzeń. Nie rzucał wzrokiem na oślep, lecz metodycznie odhaczał kolejne partie dachu Triady, ignorując zaczepne uśmiechy podobnych mu wiekiem młodych dżentelmenów i nie zwracając  uwagi na ukradkowe spojrzenia zainteresowanych arystokratek.

W końcu owa wędrówka dobiegła końca. Spojrzenie przybysza zatrzymało się na narożnej kanapie, krzyżując się w ułamku sekundy z nienaturalnie ciemnymi źrenicami Elyary.

Zapadła absolutna cisza. A przynajmniej we wnętrzu jej głowy. Świat dookoła wciąż wirował, lecz owego mężczyznę widziała aż nad wyraz wyraźnie. Ujrzała, jak cała twardość żołnierskiego oblicza momentalnie ulatuje. Ostre, naznaczone cieniami rysy twarzy rozluźniły się, a kąciki ust powędrowały w górę w szczerym, promiennym uśmiechu – całkowicie pozbawionym fałszu i drapieżności, tak obcym w otaczającej ich kakofonii.

Ruszył w jej stronę pewnym krokiem. Ominął parkiet, nie dał się zaczepić postawnemu baronowi, uprzejmym gestem odmówił zaproszeniu do tańca obiecującej studentce z rodu Grimshaw. Lawirował pomiędzy donicami, kierując się prosto do niej, ona zaś czuła, że dzisiejszy wieczór zmieni wszystko.

– Elyaro! – rzekł pewnym, a przy tym tak serdecznym głosem, iż kruczowłosa zadrżała. – Wieki cię nie widziałem!

Dźwięk własnego imienia, uformowany przez te konkretne usta, uderzył w nią niczym wyładowanie eteru. Na ułamek sekundy zamarła.

Krótki, ostry przebłysk. Duszne powietrze zagraconej sali kreślarskiej. Zapach gorzkiego ozonu i czyjś ciepły śmiech tuż nad uchem. Szorstka dłoń, mosiężne pióro.

Wspomnienie zgasło równie gwałtownie, jak wybuchło, pozostawiając po sobie jedynie przyspieszone tętno. Elyara zamrugała, uziemiając się w rzeczywistości, po czym powoli, z wrodzoną gracją, podniosła się z kanapy. Skórzane buty stuknęły o posadzkę. Z racji różnicy wzrostu musiała unieść podbródek, by spojrzeć mężczyźnie prosto w twarz.

– Viktor – powiedziała, a jej głos, choć opanowany, zadrżał z niedowierzania. – Naprawdę tu jesteś. Przez chwilę myślałam, że to opary efemeru płatają mi figle i wyciągają na wierzch duchy przeszłości.

Oficer zaśmiał się głęboko, a dźwięk ten wydał się jej z jakiegoś powodu kojący. Bezpieczny. Chwycił ją za dłoń i skłoniwszy się nisko, musnął ustami wierzch dłoni.

– We własnej osobie – odparł, patrząc na nią z uśmiechem. Wyprostował się i zakrył drobną dłoń Elyary swoimi. – Bogowie, ileż to czasu już minęło?

– Jeśli dobrze pamiętam – rzekła powoli, dziwiąc się samej sobie, iż zna odpowiedź – to blisko trzy lata. Trzydzieści trzy miesiące, o ile mnie pamięć nie myli. To wtedy wojsko powołało cię na te tajne misje, o których nie mogłeś opowiadać.

– Tak mówiłem? Widocznie chciałem się popisać.

– Czyli kłamałeś? – Elyara uniosła lewą brew w geście rozbawienia.

– Koloryzowałem. Owszem, z Lumerii wyjechałem, lecz ekspedycje na północy trudno obecnie uznać za tajne misje. – Oficer uśmiechnął się szerzej, a jego oczy błysnęły. – Liczyłaś te miesiące z tęsknoty za mną?

– Wiesz przecież, że zawsze byłam dobra z liczbami.

– Istotnie! Tego z pewnością nie mogę ci ująć. – Viktor puścił jej dłoń, co z perspektywy kruczowłosej było skrajnie nieprzyjemnym odczuciem. – Przysięgam na bogów starych i nowych, Elyaro, zawsze wyróżniałaś się nawet na Uniwersytecie Gwiazd, lecz przez czas naszej rozłąki doprawdy rozkwitłaś. Niczym czarna róża w Niebiańskich Ogrodach.

– Och, dziękuję. Z ust takiego dżentelmena to prawdziwy komplement. – Kruczowłosa przechyliła głowę na bok i cofnęła się o pół kroku. – Ty również się zmieniłeś. Zmężniałeś i…

Viktor wyglądał inaczej. Wiedziała to, chociaż nie potrafiła przywołać z pamięci obrazu tego, jak niegdyś się prezentował. Tego wieczoru przyodział  ciemnografitową kamizelkę o surowym kroju i śnieżnobiałą koszulę z nonszalancko rozpiętym kołnierzykiem, która opinała szerokie ramiona. Z bliska bił od niego przyjemny zapach drogiego tytoniu, wyprawionej skóry i nienachalnych perfum.

Gładko wygolona twarz uwydatniała męskie rysy oraz mocno zarysowaną szczękę, nadając mu aurę kogoś, kto nawykł do wydawania rozkazów, a przy tym brania za nie odpowiedzialności. Ciemne włosy, choć po bokach ostrzyżone z rygorystyczną, wojskową dyscypliną, na czubku pozostały nieco dłuższe. Jedno niesforne pasmo opadało mu luźno na czoło, łamiąc surowy, regulaminowy wizerunek i dodając odrobiny dawnej, chłopięcej awanturniczości, którą podświadomość Elyary wciąż zdawała się pamiętać.

– I? – dopytał z uśmiechem, kiedy cisza poczęła się przeciągać.

– I… – zawahała się, po czym dokończyła: – I dobrze cię widzieć, Vik. Jesteś tu z kimś, czy przyszedłeś sam?

– Przyszedłem sam, ale zdecydowanie nie zamierzam już samemu stąd odchodzić.

Nie potrafiła powstrzymać śmiechu. Parsknęła lekko, zasłaniając usta dłonią i nie spuszczając mężczyzny z oczu. Obecność Viktora była nienachalna, a bezpośredniość stanowiła miłą, ożywczą odmianę od zawoalowanych komplementów i wymuszonych uprzejmości, do jakich nawykła.

– W takim razie zapraszam – rzuciła, wskazując dłonią narożną kanapę, przylegającą bezpośrednio do balustrady.

Usiedli prostopadle do siebie. Elyara usadowiła się wygodnie tuż przy samym rogu, mając doskonały widok zarówno na panoramę spowitego oparami miasta, jak i na profil Viktora. Z tej odległości wyraźnie czuła bijące od niego ciepło. W przeciwieństwie do jej własnego, subtelnego chłodu, ów żar wydawało się niemal gorączkowy, pełny kruchego, ulotnego, lecz jakże cudownego życia.

Mężczyzna oparł się wygodnie, zakładając jedną nogę na drugą, po czym spojrzał w dół na morze świateł oraz przemykające w oddali stalowe kadłuby sterowców. Wyglądał na zmęczonego, a przy tym nadzwyczaj zadowolonego, iż nie odpoczywa w domowym zaciszu.

– Zawsze wiedziałem, że zajdziesz wysoko, El, ale dach Triady to szczyt. Dosłownie – powiedział wesoło, zapatrzony w przestrzeń. – Chociaż muszę przyznać, że z tej perspektywy najlepiej widać, jak niesamowitym organizmem jest Lumeria.

– To prawda – zgodziła się, podążając za jego wzrokiem. – Rytm, energia… Wszystko tu żyje. Zawsze lubiłam ten widok.

– Nic dziwnego. Prawdziwa poezja inżynierii. – Viktor uśmiechnął się szeroko. Był diablo przystojny. – Te nowe silniki z Politechniki to absolutne mistrzostwo. Czasami mam wrażenie, że w dobrze naoliwionym układzie tłokowym jest więcej autentycznej magii niż w murach niejednej akademii.

Elyara roześmiała się. Był to dźwięk absolutnie szczery, jasny, choć gdzieś pod jego powierzchnią wibrowała ta specyficzna nuta, której oficer nie miał prawa wychwycić.

– Wybacz, Vik, ale dobrze wiesz, że w tej kwestii nigdy się z tobą nie zgodzę – powiedziała, kręcąc z rozbawieniem głową.

Nie powinnaś tego mówić. Skąd go pamiętasz? Skąd wiesz, jak było między wami? Przecież ty nic nie…

Viktor westchnął z udawaną rezygnacją, zaczesując palcami niesforne pasmo włosów opadające na czoło.

– Racja, racja. Jak mogłem zapomnieć? – zapytał z teatralnym dramatyzmem, wbijając w nią bystre, stalowoszare spojrzenie. – Zawsze wolałaś te stare, zakurzone grymuary i zapach pergaminu od porządnego silnika.

Elyara uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie, pozwalając, by zdanie na moment zawisło między nimi. Lumeria była Miastem Magii i Technologii, perełką na mapie świata. To tutaj rodziły się fortuny, marzenia nabierały kształtów, a architekci przyszłości realizowali plany. Eleganckie sterowce muskały nieboskłon, pociągi pędziły po mieście oraz poza jego granicami, tysiące ludzi zaś przemierzało szerokie ulice, pędząc zarówno za obowiązkami, jak i przyjemnościami.

Nic dziwnego zatem, że każdy w Lumerii upatrywał w sojuszu magii i technologii remedium na wszelkie bolączki tego świata. Jednak Elyara, mimo młodego wyglądu, nie była nowoczesna i myślała inaczej niż oni. Podczas gdy czarodzieje i inżynierowie próbowali odrzeć życie z mistycznych szat, starając się pojąć trybiki maszyny, którą zwali rzeczywistością, ona poszukiwała sił, których nie dało się obudzić do życia ani żelazem, ani parą.

– Powiedzmy, że jestem tradycjonalistką – odpowiedziała w końcu powoli. – Ciekawa jestem, co ciebie tu sprowadza, Vik? I nie mów mi, proszę, że widoki, bo w to nie uwierzę.

Mężczyzna zaśmiał się krótko i pokręcił głową.

– Widoki są wspaniałe, przyznaję, ale niestety przygnały mnie tu obowiązki. A mówiąc ściślej: spotkanie biznesowe. – Westchnął ciężko, choć w jego oczach wciąż tańczyły wesołe ogniki. – Mam dziś, jako przedstawiciel sektora wojskowego, umówione spotkanie z przedstawicielem Konsorcjum Aetheris. Grube ryby, rzekomo, chociaż wiesz, że z biznesem nigdy mi nie było po drodze. Rządzi nimi sam markiz Kastell. Kojarzysz go?

Elyara zamrugała powoli. Serce, którego bicia zazwyczaj w ogóle nie rejestrowała, wykonało jeden, mocny skurcz.

– Oczywiście. Trudno nie kojarzyć kogoś takiego jak markiz Kastell – odparła gładko, pilnując, by głos nie drgnął jej nawet na moment.

– Zgadza się. Kastell ma potężną flotę handlową, a wojsko ma pewne potrzeby względem sektora prywatnego. – Viktor zniżył nieco głos, uśmiechając się szelmowsko. – Wysłali mnie, żebym dogadał szczegóły z ich audytorką zewnętrzną. Podobno ma bzika na punkcie ksiąg rachunkowych, ale nic więcej o niej nie wiem, poza tym, że miałem się z nią tu spotkać. Rzecz w tym, że mój pośrednik gdzieś wyparował. Spóźnia się już dobre pół godziny.

Trybiki w głowie Elyary obróciły się z precyzją, składając rozrzucone elementy układanki w klarowny obraz. „Zbadaj ten projekt i jego twórcę. Sprawdź, czy są warci naszej uwagi” – zabrzmiał we wspomnieniach głos Doriana Kastella.

Markiz nie wysłał jej tu przypadkiem. Kastell, posługujący się tytułem arystokratycznym w obu światach, doskonale wiedział, kim był oficer prowadzący ów projekt. Zakon Krwi zawsze grał długoterminowo. Markiz potrzebował wtyczki w wojsku, dostępu do ich technologii, więc zagrał nią jak pionkiem na szachownicy, bez wahania wykorzystując dawną relację podwładnej, by zyskać przewagę negocjacyjną.

I nawet ci nie powiedział, że to ktoś, kogo znasz z czasów przed Wtajemniczeniem. Musimy to zapamiętać.

Elyara wzięła głęboki wdech. Tylko tym dała po sobie poznać, jak bardzo jej świat wewnętrzny został właśnie zburzony.

– Cóż, obawiam się, Vik, że w kwestii ksiąg rachunkowych markiz Kastell wymaga absolutnej perfekcji – powiedziała, układając dłonie jedna na drugiej na udzie. – Ale zapewniam cię, że zrzędzę tylko wtedy, gdy ktoś bezczelnie marnuje mój czas. Albo próbuje wcisnąć Konsorcjum niedopracowany złom.

Viktor zamarł. Z półotwartymi ustami wpatrywał się w nią przez kilka sekund, wyraźnie próbując połączyć kropki.

– Czekaj… – mruknął, mrużąc oczy. – Ty… ty jesteś tą audytorką?

– Główna audytorka zewnętrzna Konsorcjum Aetheris, do twoich usług – odparła z niewinnym uśmiechem, gdy w jej ciemnych oczach błysnęła zieleń rozbawienia.

Viktor odchylił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim śmiechem, który mógłby przebić się do sąsiedniej loży, gdyby nie gęstniejąca mgła efemeru. Narkotyk zaburzał nie tylko zmysły – dosłownie wpływał na to, jak dźwięk roznosił się w przestrzeni. Elyara doskonale wiedziała, dlaczego tak się działo, choć szczerze powątpiewała, by w Triadzie ktokolwiek poza nią zdawał sobie z tego sprawę.

– Nie wierzę! – wydusił z siebie Viktor, przecierając kącik oka. – Przez cały ten czas zastanawiałem się, jak cię zgrabnie przeprosić, żeby pójść szukać jakiejś sztywnej urzędniczki, a los postanowił po prostu ze mnie zakpić. Z całej Lumerii: Elyara! Bogowie, naprawdę osiągasz szczyty!

– I kto tu ma teraz przewagę taktyczną, panie oficerze? – skwitowała z rozbawieniem, choć w głębi umysłu wciąż analizowała motywy Kastella. Chcąc nie chcąc, musiała grać w jego grę. Jej pozycja w Bractwie i tak była wystarczająco chwiejna. – Skoro mamy już za sobą oficjalne zapoznanie i wiesz, że nie dam się kupić za uśmiech, powiedz mi: co to za dyskretny projekt, który wojsko tak bardzo chce zamontować na naszych sterowcach?

Viktor uśmiechnął się, a z jego twarzy zniknęła na moment chłopięca wesołość, ustępując miejsca profesjonalnemu skupieniu.

– Niewykrywalny napęd – powiedział cicho, pochylając się ku niej. – Mamy prototypy tłumików, które wyciszają sygnaturę eteryczną silnika. Jeśli zamontujemy je na waszych statkach towarowych i sprawdzimy tutaj, pośród tysięcy detektorów, to…

– ...to udowodnicie, że sprawdzą się wszędzie – dokończyła powoli Elyara, czując, jak skóra zaczyna ją przyjemnie mrowić.

Technologia omijająca magiczne zmysły i detektory. Nic dziwnego, że Bractwo rękami Kastella pragnęło położyć na niej swoje lodowate dłonie. Jeśli prawdą było, że straż miejska miała zostać wyposażona w gogle wykrywające eter, to taki napęd zrewolucjonizowałby systemy szpiegowskie nie tylko w obrębie samej Lumerii. Niewielka, acz świetnie wyszkolona armia lumeriańska zyskałaby kolejną przewagę technologiczną nad sąsiadami.

O ile, rzecz jasna, napęd w ogóle działał.

– Brzmi to wszystko niezwykle obiecująco, Vik – powiedziała z uśmiechem, przysuwając się w stronę rozmówcy, po czym oparła ramię o podłokietnik kanapy. – Oczywiście pod warunkiem, że wasze tłumiki to coś więcej niż zbiór optymistycznych założeń na pogniecionym papierze. Wybacz sceptycyzm, ale pracując dla Aetheris widziałam już zbyt wiele cudownych wynalazków, które przy pierwszym próbnym rozruchu stawały w płomieniach.

Zanim Viktor zdążył odpowiedzieć i stanąć w obronie swojego dzieła, z efemerycznej mgły wyłoniła się smukła sylwetka. Leo zgrabnie wymanewrował między donicami, pewnie balansując mosiężną tacą. Na jego twarzy błąkał się uśmiech, lecz postawa wyrażała pełen profesjonalizm i dystans, należny gościom dachu Triady.

– Najmocniej przepraszam za najście. Mam wielką nadzieję, że nie przerywam państwu rozmowy – zaczął gładko barman, kłaniając się lekko przed Viktorem. Z gracją postawił przed oficerem pękatą szklankę z gęstym, ciemnym alkoholem o ostrym zapachu. – Dla pana oficera coś konkretnego, wedle życzenia. A dla naszej honorowej bywalczyni…

Leo odwrócił się do niej. W jego oku błysnęła poufna iskra, choć ton pozostał nienagannie uprzejmy.

– ...obiecana rekompensata, Elyaro.

Postawił przed nią ciężki, rzeźbiony kielich ze szkła tak czystego, iż wydawało się ono nierealne. Gęsty, bursztynowy płyn wypełniający naczynie zdawał się pulsować własnym światłem. Pomiędzy kilkoma kryształowymi kostkami lodu, które raz po raz uderzały o ścianki naczynia, leniwie spływał ciężki syrop o rubinowym kolorze. Osadzał się na samym dnie niczym krwista mgławica, kontrastując z jasnym alkoholem. Wśród lodu i owocowego osadu unosiły się kunsztownie wycięte z ciemnej skórki cytrusów miniaturowe koła w kształcie zębatek. Obracały się powoli, wprawiane w ruch przez uciekające z koktajlu bąbelki efemeru, pośród których wirowały drobne, karmazynowe włókna egzotycznych przypraw.

Całość pachniała upojnie: mieszanką kandyzowanych cytrusów, palonego karmelu i czegoś, co tylko zmysły kruczowłosej potrafiły wychwycić. Acz nie odważyła się nazwać owej woni nawet w myślach.

– Dziękuję, Leo. Jak zawsze niezawodny. – Elyara skinęła mu głową, ujmując chłodną nóżkę kielicha.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Życzę państwu owocnego wieczoru – rzekł barman uprzejmym tonem.

Skłoniwszy się, wycofał się o krok, po czym zniknął równie szybko, jak się pojawił, pochłonięty z powrotem przez coraz to bardziej roztańczony tłum. Viktor przyglądał się przez chwilę drinkowi z wyraźnym uznaniem, po czym uniósł szklankę w toaście.

– Konsorcjum najwyraźniej bardzo dba o swoich ludzi. Ten drink to ćwierć miesięcznego żołdu oficera. – Mężczyzna zaśmiał się cicho i upił solidny łyk ciemnego alkoholu. Gdy odłożył szkło na blat, oparł się wygodniej, uśmiechając się błogo. – Ach, tego mi brakowało na służbie.

– Alkoholu i efemery?

– Oraz dobrego towarzystwa.

– Och, zaraz się zarumienię. – Elyara zakręciła metalową słomką w drinku, podziwiając, jak kolory niespiesznie mieszają się ze sobą. Sposób, w jaki Leo przygotował koktajl, był prawdziwą sztuką. – Niestety dla ciebie i wojska Lumerii, jestem nieprzekupna. Nawet przy użyciu komplementów.

– Niczego innego bym się po tobie nie spodziewał. Odpowiadając zaś na twoje wątpliwości, El: moje tłumiki nie staną w płomieniach. Zaprojektowałem je sam, paradoksalnie opierając się na zapomnianych schematach, które na Politechnice uznano za zbyt niestabilne i zbytnio obciążone… archaiczną symboliką. Z twoim zamiłowaniem do starych ksiąg powinnaś to docenić.

Elyara uniosła kielich wyżej. Wzmianka o archaicznych symbolach natychmiast przykuła jej uwagę. Upiła łyk koktajlu przez metalową słomkę. Smak był obezwładniający – głęboka słodycz przełamywana rześką cierpkością i eterycznym mrowieniem, które rozlewało się po języku niby dziesiątki maleńkich wyładowań. Oraz ten charakterystyczny posmak…

– Odważnie, panie oficerze. Wyciąganie archaicznej wiedzy na światło dzienne często kończy się nieprzewidywalnie – powiedziała z mruczącym zadowoleniem, obracając kielich w dłoni, by lód cicho zadzwonił o szkło. Lubiła ten dźwięk. – Czego dokładnie użyliście? Run tłumiących? Gnomich sekretów?

– Żeby tylko – prychnął Viktor. Przysunął się odrobinę bliżej, jakby zdradzał największą tajemnicę. – Pamiętasz ten zniszczony traktat o rezonansie, nad którym kiedyś ślęczeliśmy? Wtedy tylko nas zrugano za to, że tracimy czas, grzebiąc w zdezaktualizowanych starociach. Jednak to my mieliśmy rację, El. Pokombinowałem z moimi podwładnymi tu i tam, aż w końcu połączyliśmy runy tłumiące i sekwencje z tego traktatu wprost na komorach eteru. Kiedy silnik wchodzi na najwyższe obroty, runy pochłaniają energię i rozsyłają ją zwrotnie. Sygnatura znika.

– A niestabilność? Przecież silniki się nagrzewają, musicie to jakoś kontrolować.

– I to jest najpiękniejsze. Parę run chłodzących, aby ustabilizować całość i napęd staje się niemal samowystarczalny. Wystarczy rozrusznik energetyczny, a potem stabilne źródło zasilania, żeby sterowiec latał dniami. – Oficer uśmiechnął się z dumą i upił solidny łyk. – Niemalże perpetuum mobile, o którym tak bardzo marzyliśmy niegdyś.

Elyara słuchała uważnie, jednocześnie obserwując otoczenie. Powietrze wokół robiło się coraz gęstsze – tym gęstsze, im dłużej dyfuzory rozpylały narkotyk, eteryczne kryształy przygasały subtelnie, a ledwo zauważalna obsługa rozpalała kolejne świece, zawierające coś więcej niż tylko wonne olejki.

Ludzie na dachu zaczynali się zmieniać. Zaledwie kilkanaście minut temu stanowili zbiór eleganckich, choć nieco sztywnych arystokratów i bogaczy. Teraz ich ruchy stawały się niepokojąco płynne, wręcz nienaturalne. Jakaś młoda para kilka lóż dalej zaśmiewała się histerycznie z żartu, który w ogóle nie padł. Kobiety w wielobarwnych sukniach wirowały na parkiecie, a w fioletowym, pomarańczowym i czerwonym świetle kryształów ich tańczące sylwetki zostawiały za sobą powidoki. Poważni dżentelmeni coraz bardziej gubili się w tytoniowym dymie, który niczym na akwarelowym obrazie miękko mieszał się z efemerową mgłą.

Cała scena nabierała absurdalnego, wprost groteskowego wymiaru, w którym to muzyka dyktowała myśli i emocje. Elyara obserwowała z fascynacją, jak tłum stopniowo pogrąża się w transie, a jednostka przestaje być jednostką, stając się częścią roztańczonej całości.

Viktor zaś oddychał dokładnie tym samym powietrzem co oni.

Dostrzegła pierwsze objawy w drobnych detalach. W tym, jak mężczyzna nieświadomie poluzował kołnierzyk o kolejny guzik, w nieco cięższym mrugnięciu stalowoszarych oczu, w miękkiej asymetrii twardego uśmiechu. Efemer, połączony z torfową whiskey, leniwie, acz nieustępliwie rozmywał ostre krawędzie wojskowego rygoru.

– Brzmi to fascynująco – odparła Elyara miękko, upijając parę łyków, nie spuszczając z oficera wzroku, podczas gdy tuż obok ich loży jakiś industrialista potknął się o własne nogi, po czym z pełną powagą skłonił się przed pustą donicą. – Ale nawet najbardziej poetyckie wykorzystanie starożytnych run wymaga weryfikacji. Przy całej mojej miłości do owych schematów, które kiedyś przeglądaliśmy.

Były wybrakowane. Ułomne. Od samego początku. Czemu on je naprawił? Czemu ty o nich zapomniałaś? Przecież…

– I dostaniesz ją, El. Słowo oficera. – Viktor oparł łokieć o kolano, wpatrując się w towarzyszkę intensywnie. Stalowoszare oczy poczęły lśnić specyficzną purpurą. – Otworzę przed tobą podwoje magazynu. Zobaczysz każdą śrubkę i każdą wyrytą linię. Moje silniki są perfekcyjne.

– Zapraszasz mnie do wojskowego magazynu? Cóż za romantyk.

Viktor zaśmiał się głośno. Zbyt głośno. Przeniósł na chwilę wzrok na parkiet, wpatrując się w falujący tłum. Elyara podążyła za tym spojrzeniem. Taniec oraz przestrzeń zdawały się coraz bardziej zlewać w jedno. Gdzie kończyły się loże, a zaczynał parkiet – nie sposób było orzec.

Pary nie wirowały już obok siebie, lecz splatały się w jeden zmysłowy organizm. Fioletowa mgła, przesycona oranżowym blaskiem kryształów, zachęcała do zrzucenia z twarzy masek przyzwoitości. Taniec usprawiedliwiał każde przekroczenie granic. W półmroku sąsiednich lóż i w cieniu egzotycznych roślin dało się dostrzec dłonie błądzące niżej, niż pozwalała etykieta, oraz drżące sylwetki oddające się zakazanym na co dzień uciechom. Goście Triady łapczywie chwytali cudze ciepło, obdarowując innych własnym, niepomni na świat dookoła.

Z perspektywy kruczowłosej widok ten był na wskroś fascynujący. Obserwowała rozkład społecznych norm z rosnącym, niemal bolesnym pragnieniem. Czuła palącą potrzebę, by dołączyć do rozedrganego mirażu i zanurzyć w całkowitym zatraceniu. Chłonęła dekadencką atmosferę, łaknąc zjednoczenia z pulsującym życiem parkietu. Tam, między rozszalałym tłumem, chciała odnaleźć swoje miejsce.

Kiedy znów spojrzała na Viktora, dostrzegła u niego zmiany. Efemer zatarł w nim dystyngowanego oficera oraz podekscytowanego inżyniera, budząc do życia zepchnięte w głąb instynkty. Mężczyzna chciał wtopić się w ów upojny wir, ona zaś całym swym jestestwem zapragnęła podążyć tam razem z nim.

– Patrząc na to zbiegowisko – powiedział powoli, a jego głos stał się odrobinę niższy, chropowaty od torfowego alkoholu i słodkiego dymu – zaczynam myśleć, że spędzanie całego wieczoru na rozmowach o silnikach, wojsku i audytach to grzech przeciwko temu miastu.

– Lumeria zaś nie wybacza takich grzechów, nieprawdaż?

Viktor spojrzał na nią oczyma błyszczącymi charakterystyczną dla efemeru purpurą. W ciepłym świetle Triady prezentowały się nadzwyczaj przyciągająco.

– El, cieszę się, że cię widzę – odparł, unosząc szklankę w geście toastu. – Twoje zdrowie.

– Nasze zdrowie – poprawiła gładko, unosząc kielich.

Stuknęli się lekko, lecz dźwięk kryształu wydał się niezwykle głośny. Jakby potrafił przebić fioletowo-oranżową mgłę, przecinając ją niczym ostry nóż. Były to jeno pozory, acz Elyara odniosła wrażenie, iż na ułamek sekundy loża stała się bezpieczną ostoją wśród roztańczonego tłumu. Upiła kilka łyków Mechanicznej Pomarańczy. Rozkosz zalała jej usta, rozpływając się po ciele przyjemnymi dreszczami.

– Też się cieszę, Vik. Kompletnie nie spodziewałam się ciebie tutaj spotkać – rzekła, obserwując, jak mężczyzna dopija whisky. Nawet w tak prozaicznym zachowaniu potrafił przemycić odrobinę szarmanckości.

– W takim razie – oficer odstawił szklankę na blat – grzechem byłoby tu pozostać. Radość należy rozprzestrzeniać, a szczęśliwą energię konsumować.

Podniósł się z kanapy płynnym ruchem. Chociaż Elyara wciąż dostrzegała w nim wojskowe przyzwyczajenia, teraz sposób poruszania oficera zyskał miękką, drapieżną lekkość. Stanął obok, po czym z szerokim uśmiechem wyciągnął dużą, naznaczoną drobnymi bliznami dłoń.

– Obiecałem ci to lata temu, pamiętasz? – zapytał z ciepłem, uderzającym w sam środek pustych, wymazanych wspomnień. – Zatańczysz ze mną, El?

Spojrzała na wyciągnięte palce. Markiz Kastell kazał zbadać tego człowieka. Logika podpowiadała, by utrzymać chłodny dystans i w bezpieczny sposób ocenić przydatność oficera dla Zakonu. Jednak inna, głęboko pogrzebana część dawnego „ja”, pragnęła poczuć to bijące na wyciągnięcie ręki gorąco. Zjednoczyć się, choćby na niespełna wieczór, z pulsującym życiem, od którego sama pozostawała tak boleśnie odcięta.

– Pamięć bywa zawodna, Vik – odpowiedziała cicho, wbijając w niego czarno-złote spojrzenie. – Ale nigdy nie potrafiłam ci odmawiać.

Wsunęła dłoń w tę szeroką, a Viktor natychmiast splótł ich palce. W geście nie uchowało się absolutnie nic z oficerskiej kurtuazji – przyciągnął ją do siebie z pewnością spragnionego wędrowca, odnajdującego na pustyni źródło krystalicznie czystej wody. Wkroczyli w sam środek purpurowej mgły, dając się pochłonąć tłumowi.

Parkiet nie wymagał znajomości kroków ani zasad etykiety. Muzyka była  jednocześnie ciężka i lekka, uziemiająca, a zarazem czysto spirytualistyczna. Przejmowała kontrolę nad gośćmi, którzy reagowali w zgoła odmienny sposób. Niektórzy tańczyli w małych grupkach, leniwie, przypominając smagane delikatnym wiatrem trzciny. Inni przemykali pomiędzy lożami, stolikami oraz pobratymcami. Niby urocze, acz złośliwe duszki z baśni, pojawiali się to tu, to tam, wymieniając partnerami i oddając coraz to żywszej melodii.

Viktor pociągnął Elyarę gwałtownie, obejmując w talii, podczas gdy drugą rękę ułożył na wysokości łopatki. Zderzenie ciał przypominało uderzenie morskiej fali o klif. Oparła dłoń na twardym ramieniu towarzysza, drugą zaś ujęła szeroką szyję. Czuła każdy nierówny oddech, łomoczące tętno oraz gorąc, który tak bardzo ją przyciągał. Początkowo obawiała się, iż jej nienaturalny chłód odrzuci go, ale stało się odwrotnie. Lgnął do tego zimna, jakby w całej metropolii stanowiła jedyną istotę zdolną ugasić trawiącą go gorączkę.

Silna, żołnierska powędrowała w dół, zsuwając się wzdłuż kręgosłupa. Mężczyzna przyciągnął ją blisko. Spojrzeli na siebie z odległości kilku cali. Oczy Elyary błyszczały drapieżną czerwienią, przebijającą się przez naturalną czerń. W spojrzeniu Viktora na próżno było szukać analitycznego podejścia inżyniera czy rozbawionej elegancji. Królowały tam jeno dzika euforia, zwierzęca drapieżność i ledwo okiełznany głód.

Nie przeszkadzało jej to w najmniejszym stopniu. Zamknęła powieki, w pełni poddając się zatraceniu Triady. Smukłe palce wsunęła pod rozpięty kołnierzyk koszuli, gładząc szorstką, rozgrzaną skórę karku. Wyczuwała pulsującą tuż pod opuszkami tętnicę – rwącą rzekę słodkiego, tętniącego życia. Eter w organizmie oficera wibrował przyjemnie w sposób wyczuwalny wyłącznie dla wyżej postawionych członków Zakonu Krwi.

Z niepokojącą łatwością dopasowali się do rytmu muzyki. Był dziki i zwierzęcy, a przy tym na wskroś zmysłowy – niczym sama Lumeria, łącząca największe cuda świata z nieprzeniknionym mrokiem. Viktor prowadził stanowczo, zaborczo. Każde pociągnięcie i zwinny obrót niosły nieustępliwość rozbudzonego żywiołu. Kruczowłosa, chociaż z natury poruszała się z bezszelestną gracją łowcy, poddała się tej gorączkowej energii. Wirowali spleceni tak blisko, iż momentami zatracali poczucie odrębności. Balansowali na cienkiej granicy tańca oraz czystego pożądania, przelewającego się z tłumu wprost na parkietową parę.

Płynnie mijali grupki tancerzy, równie mocno zatraconych w przyjemności. Obłędny, żywy labirynt z drogich atłasów i jedwabi podsycał ogień trawiący zgromadzonych gości. Ludzie płonęli głodem życia, spragnieni gwałtowności, muzyki, nieskrępowanej dzikości. Elyara zaś, pozbawiona możliwości odczuwania tego we własnym sercu, łapczywie chłonęła cudze emocje.

Wszystko stawało się jednym. Triada sama w sobie, jak i otaczająca arystokracja, która w tanecznym amoku zapominała o okowach cywilizacji. Światła stopniowo przygasały, Lumeria za balustradą cichła, świat zasypiał. Elyara całkowicie skupiła się na mężczyźnie znajdującym się przed nią. Na głodnych oczach, na zapachu palonego torfu i woni męskiego potu wymieszanej z perfumami. Na gorącym ciele oraz pełnych życia tętnicach.

Półprzytomny z pożądania Viktor pochylił głowę, chowając twarz w zagłębieniu alabastrowej szyi. Zadrżała, zaciskając palce na silnych ramionach, kiedy gorące wargi oficera musnęły obojczyk. Zostawiał na skórze mokre ślady, a każdy wilgotny pocałunek posyłał wzdłuż kręgosłupa dreszcz uderzający niczym wyładowanie eteryczne. Gorący oddech wprost parzył. Mężczyzna przesunął zębami po krawędzi dekoltu, dłońmi błądząc po talii, plecach oraz biodrach. Dotyk wydawał się nad wyraz przyjemny w swej gorączkowości i chaotyczności. Taki pierwotny, tak boleśnie prawdziwy, jak…

Jak co?

Viktor warknął. Wsunął dłoń w kruczoczarne włosy, stanowczo odchylając głowę Elyary do tyłu i zaborczo odsłaniając łabędzią szyję. Gdy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, w oczach oficera nie uchował się żaden ślad kalkulującego umysłu. Błyszczała tam czysta, wyolbrzymiona efemeryczną mgłą żądza. Zsunął palce z karku, chwytając chłodny policzek. Kciukiem nacisnął dolną wargę, zmuszając do rozchylenia spragnionych ust, po czym wpił się w nie ze zdesperowaną, nienasyconą zachłannością.

Dopiero wówczas Elyara zdała sobie sprawę, jak potężne było to pragnienie.

Oddała pocałunek z drapieżną siłą istoty dopadającej ofiarę po długich tygodniach postu. Języki splotły się w gwałtownym tańcu, gdzie każdy ludzki oddech stanowił irytującą przerwę, wymuszaną przez niedoskonałą fizjologię. Wbiła ostre paznokcie w materiał koszuli, z rozkoszą chłonąc stłumiony, gardłowy jęk, wibrujący z szerokiej piersi aż po gardło prosto w jej usta. Dali się zepchnąć tanecznemu żywiołowi w najgłębszy cień loży, daleko za rzeźbione donice oraz przygaszone latarnie, doszczętnie obdarci z resztek lumeriańskiego decorum.

Viktor przyparł ją do mosiężnej lampy będącej częścią balustrady, aż okucia jęknęły z cichym protestem. Chłód metalu na plecach stanowił ostry, niemal bolesny kontrast względem obezwładniającego żaru, którym płonęło męskie ciało. Mężczyzna nie zamierzał tracić czasu na niepotrzebne delikatności. Prowadzony czystym instynktem i głodem, zsunął dłonie na smukłe uda, gwałtownym ruchem zadzierając ciężki materiał spódnicy.

Silne palce wbiły się w bladą, gładką skórę. Nie pytając o zgodę, Viktor uniósł jedną nogę Elyary, która ochoczo oplotła go w biodrze. Ich usta splotły się w drapieżnym tańcu, dłonie przesuwały po spragnionych ciałach. Pragnęła go. Nie rozumiała dlaczego, lecz czuła absolutną potrzebę bycia z nim tu i teraz, w tej właśnie chwili. Złapała go za kark, wbijając paznokcie, drugą dłonią zawędrowała na krocze. Jęknęła, gdy pochwycił ją za pośladki. Nie był subtelny, co przyjęła z dziką satysfakcją. Zaskakująco zwinne jak na żołnierza palce szybko odnalazły spragnioną dotyku kobiecość.

Przerwała pocałunek, by natychmiast lekko ugryźć mężczyznę w szyję. Dreszcze rozkoszy przetoczyły się po bladym ciele. Przez purpurową mgłę zewsząd docierały jęki, westchnięcia i okrzyki obcych ludzi. Bez wahania dołączyła do tej dekadenckiej symfonii. Gdy Viktor zintensyfikował pieszczoty, warcząc niczym bestia, z jej rozchylonych ust uleciał cichy, drżący jęk czystej przyjemności. Chwyciła mocniej za twardość skrytą pod materiałem spodni, po czym na oślep odnalazła skórzany pas, rozpięła go sprawnie i wsunęła dłoń pod bieliznę.

Tym razem to oficer jęknął zduszonym głosem. Ugryzł kochankę w ramię, zaciskając powieki. Gorąco bijące od niego stanowiło w owej chwili najsilniejszy afrodyzjak. Złapała pewniej twardą męskość, pieszcząc okrężnymi ruchami. Wargami wędrowała po okrytej potem szyi, zdobiąc skórę to pocałunkami, to drobnymi ugryzieniami.

Mężczyzna drżał pod wpływem dotyku, a resztki opanowania doszczętnie ulatywały w fioletową mgłę. Oddech Viktora rwał się i spłycał. Pchnięty ową śmiałą, bezwstydną pieszczotą, całkowicie zrezygnował z jakiejkolwiek powściągliwości. Złapał kobietę pod uda i gwałtownie uniósł, a Elyara natychmiast oplotła go nogami w pasie, przywierając plecami do chłodnego filaru.

Pozbycie się ostatniej bariery w postaci jej bielizny stanowiło zaledwie formalność. Jednym, zdecydowanym ruchem wypełnił ją, wydając z siebie zwierzęce warknięcie.

Złączenie było nagłe, głębokie i obezwładniające. Z gardła kruczowłosej wyrwał się zduszony okrzyk, tonący w basowej muzyce. Mężczyzna natychmiast pochwycił jej usta w kolejnym zachłannym pocałunku. Żar wdarł się w nią gwałtownie, rozpraszając chłód, którym żyła na co dzień. Viktor poruszał się z pierwotną siłą, w której brakowało subtelności, za to królowała zachłanność. Każde pchnięcie dociskało ją do balustrady, sprawiając, że metal jęczał w rytm gwałtownych ruchów, jakby protestował przeciwko ich niecywilizowanemu zachowaniu.

Elyara zacisnęła ramiona na silnym karku, poddając się gorączkowej fali. Było w tym coś zniewalającego – namacalna twardość mięśni pod opuszkami, pot perlący się na męskim czole, zdesperowany oddech owiewający mokrą od pocałunków szyję. Oficer napierał bezlitośnie, a ona odpowiadała mu ochoczo, wyginając się w łuk, wbijając paznokcie w szerokie plecy i chłonąc każdą sekundę dusznej jedności.

Wibrujący od życia i namiętności eter był niemal namacalny. Czuła go w pulsujących tętnicach, urywanym oddechu, perlącym się pocie.

Zatopieni w amoku, napędzali się wzajemnie głodem oraz kontrastem temperatur. Viktor nie zwalniał tempa. Z każdym kolejnym, głębokim pchnięciem dociskał kochankę do balustrady, jakby pragnął wgnieść bladą skórę w zimny mosiądz, a zarazem stopić dwa skrajnie odmienne byty w jeden organizm. Elyara oplatała go coraz mocniej, przywierając do rozgrzanej piersi. Wdychała odurzającą mieszankę palonego torfu, efemeru, perfum oraz potu, pozwalając, by ta intensywność doszczętnie pochłonęła zmysły.

W owej chwili oficer zachowywał się skrajnie zwierzęco, lecz jego ubiór wciąż zdradzał człowieka o wysokiej pozycji w lumeriańskim społeczeństwie. Błądził dłońmi po jej ciele z zaborczą siłą, jakby ktoś miał mu ją zaraz odebrać. Głuchy i ślepy na świat dookoła, z każdą chwilą pogłębiał ich zbliżenie.

Kontrast między jego zachowaniem a pozycją społeczną, jaką piastował, nad wyraz fascynował Elyarę. Jednak drapieżnik w niej łaknął więcej.

Złapała Viktora obiema rękami za tył głowy. Oderwała się od balustrady na tyle gwałtownie, że zdezorientowany mężczyzna zachwiał się, a ciężki but poślizgnął na gładkiej posadzce. Upadli. Z początku Elyara nie zwróciła uwagi na to, gdzie dokładnie wylądowali – liczyło się wyłącznie spełnienie. Całowali się drapieżnie, aż w końcu, nie wytrzymawszy napięcia, chwyciła go za policzki i przygryzła wargę. Smak krwi rozszedł się po podniebieniu z mocą znacznie większą niźli serwowany wcześniej koktajl. Był upajający, zniewalający wręcz.

Dopiero wówczas zorientowała się, jak szczęśliwy okazał się ten upadek – trafili wprost na rozłożystą, aksamitną kanapę w głębi loży. Viktor oparł plecy o miękkie obicie, łapczywie próbując pozbawić ją resztek odzieży. Nie należał do delikatnych – trzask rozrywanego materiału dobitnie o tym świadczył. Elyara nie oponowała. Karmazyn spływał po pełnych wargach, a tęczówki lśniły złotem i czerwienią. Czuła, jak żywy, gorący eter krąży w jej żyłach.

Oderwała usta od jego i uniosła się nieznacznie. Z tej perspektywy kochanek prezentował się nad wyraz wspaniale – dzikie, gwałtowne ruchy perfekcyjnie kontrastowały ze szlacheckim ubiorem. Postanowiła nie pozostawać dłużna i szybko rozpięła guziki białej koszuli, po czym szarpnęła niecierpliwie. Zrozumiał aluzję od razu. Wyswobodził się z kłopotliwego materiału na tyle, o ile pozwalała obecna pozycja.

Kiedy tylko to uczynił, szarpnął raz jeszcze za czarny batyst, oswabadzając spragnione dotyku piersi. Złapał jedną z nich mocno, wywołując głośny jęk Elyary. Nie przejął się tym zanadto. Zbliżył twarz do różowego sutka, objął go rozgrzanymi wargami i zaczął pieścić natarczywym, wcale niesubtelnym językiem.

Kruczowłosa zadrżała na całym ciele. Poderwała głowę, spoglądając w stronę niebios. Fioletowa mgła Triady i para wiecznie unosząca się nad Lumerią utrudniały ujrzenie gwiazd, acz dla niej pozostawały one zawsze widoczne. Zamknęła oczy, wydając z siebie naturalny, niekontrolowany jęk. Było cudownie, rozkosznie, wręcz bosko.

Jednak mroczna natura wciąż domagała się więcej.

Opuściła się powoli na twardą, pulsującą męskość, wracając spojrzeniem do oficera. Ponowne złączenie było niemal ceremonialne, wyraźnie kontrastując z wcześniejszą, chaotyczną gwałtownością. Czuła każdy cal rozgrzanej twardości, rozpychającej i rozkosznie wypełniającej lodowate wnętrze. Z jej ust uleciało przeciągłe, drżące westchnienie, w którym zmysłowy ból mieszał się z paraliżującą przyjemnością. Viktor zareagował natychmiast – żołnierskie palce wbiły się w smukłe biodra z siłą, która u kogokolwiek innego zostawiłaby siniaki, a z piersi dobył się głuchy, gardłowy mruk, przypominający warknięcie rannego zwierzęcia.

Opuściła się do samego końca, wzdychając z ukontentowaniem. Z absolutnie niewyjaśnionych przyczyn mężczyzna wypełniał ją wprost idealnie. Przez moment trwali w bezruchu, złączeni fizycznie oraz duchowo, łapiąc oddech w purpurowym powietrzu. Viktor eksplorował dłońmi i ustami całą dostępną powierzchnię alabastrowej skóry, a eter wibrował w nim szaleńczo, doprowadzając ją do obłędu.

Zaczęła się poruszać. Unosiła się i opadała niespiesznie, z drażniącą premedytacją, celebrując każdy cal. On zaś nie pozostawał dłużny. Chwytał zaborczo za pośladki, biodra, uda, łydki, ściskał piersi, pieścił plecy. Wodził wargami po szyi i ramionach, zostawiając palące, mokre ślady, gdy z krtani raz po raz wyrywały mu się raz po raz urywane jęki oraz syki.

Elyara obserwowała to z satysfakcją spod przymkniętych powiek. Widziała, jak mięśnie na jego karku drżą, jak żyły pulsują na skroniach, a stalowoszare oczy do reszty pochłania fioletowo-oranżowa barwa. Chłonęła te reakcje, napawając się widokiem kogoś, kogo niegdyś znała wyłącznie jako ambitnego czarodzieja-naukowca, pragnącego zrewolucjonizować wojsko oraz stolicę.

Przyspieszyła tempo, poruszając miednicą w rytm tak bliskiej, a zarazem odległej muzyki. Napięcie w Viktorze gęstniało, eter pulsował chaotycznie, oddech stał się chrapliwy, urywany, ciało poczęło sztywnieć. Nie musiała czekać długo.

Wpił się palcami w biodra, wgryzając się brutalnie w obojczyk. Opadła do samego końca, łapiąc kochanka obiema dłońmi za głowę i przyciskając mocno do piersi. Zareagował gwałtownym, niekontrolowanym spazmem, gdy z gardła wyrwał się zduszony, zwierzęcy krzyk. Zastygł na kanapie, wstrząsany falami obezwładniającego spełnienia, rozlewającego się gorącem w chłodnym wnętrzu. Zamruczała zadowolona, całując powoli ciemne włosy.

– Tak, tak, tak – szeptała cicho. – Bądź ze mną, Vik. Bądź tylko mój.

Nie odpowiedział słowami. Duże dłonie wciąż zaciskały się na zgrabnym ciele, jęki umykały z ust w niekontrolowanej manierze. Drżał nieustannie, a co parę sekund przechodził po nim silniejszy spazm. Elyara chłonęła uderzającą rozkosz, spełnienie i witalność, które z niego wypływały. Twardy członek wciąż wyczuwalnie pulsował. Tak, jakby kochanek w dalszym ciągu pozostawał nienasycony, pragnąc czegoś znacznie więcej niż tylko tego jednego zbliżenia.

Okazja była idealna. Kruczowłosa pochyliła się gwałtownie, upewniając się, że nie przerwie intymnego złączenia. Oficer jęknął głucho, lecz zupełnie to zignorowała. Chwyciła szerokie ramiona zapobiegawczo – ot, gdyby zechciał się wyrwać. Zbytecznie. Viktor nie zaprotestował ani odrobinę, kiedy ostre kły wbiły się w jego szyję, bezwstydnie torując Elyarze drogę do przepełnionej eterem krwi.

Smakowała wybornie. Oficer wojskowy, lumeriański szlachcic, a zarazem utalentowany czarodziej – wszystkie te aspekty sprawiały, iż karmazynowa ciecz tętniła energią, której drapieżnik w jej wnętrzu pragnął nade wszystko.

Zaspokajała obezwładniający głód, wybuchający zawsze w najmniej spodziewanych momentach. I tylko cichutki, ledwo słyszalny szept rozbrzmiewał co jakiś czas z tyłu głowy, brutalnie niszcząc tę idealną chwilę.

Przecież miałaś zatańczyć, czyż nie?

15
9/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9/10 (1 głosy oddane)

Z tej serii

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.