Ilustracja: Taylor Friehl

Suzi

11 stycznia 2023

1 godz 27 min

Gwoli wyjaśnienia - to jest fragment większej całości. Całość składa się z ośmiu nowelek, z których jedną dziś "pokątnie" zamieszczam, ale z pewną otoczką. Rzecz jasna mógłbym otoczki nie dodawać, ale uznałem, że w niczym to nie przeszkadza, a może kogoś zainteresuje całość, która powstała zainspirowana "Dekameronem" Boccaccia. Będzie dostępna na rynku. W cenie pół litra, jakby kogoś interesowało.

Uprzedzam amatorów ostrego porno, że w tym fragmencie go wyjątkowo nie ma. Zatem uprzejmie proszę nie czytać, jeśli wątki psychologiczno-kryminalne komuś nie wystarczają...

P.S. Znajdziecie tu znaną ze "Sprawy Laury K." parę. Komisarza Burskiego i jego żonę. Są we francuskich Alpach. W odciętym przez lawinę pensjonacie utknęli wraz z czwórką warszawiaków, atrakcyjną właścicielką i tajemniczym facetem, którego polscy narciarze początkowo biorą za Francuza... Ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Po godzinie butelka była pusta, a ja wiedziałem, że mam temat na jeszcze jedną książkę. Tajemniczy, nigdy niewykryty, “mściciel” zasługiwał na sportretowanie bardziej niż ktokolwiek inny.

 

 – Media to potęga… Kiedy mi opowiesz dalszy ciąg? – zapytałem. – Zwłaszcza… zakończenie?

Burski uśmiechnął się szeroko.

 – Ja też umiem budować suspens. Opowiemy ci razem z moim przyjacielem. W Polsce – dodał, obserwując moją zaskoczoną minę. – A teraz chodź na dół. Zgłodniałem – powiedział zupełnie trzeźwym głosem, jakbyśmy wypili pół litra wody mineralnej.

 


 

 – Nie pytam, o czym rozmawialiście, ale czuję, że nie obyło się bez polskiej vodka – powiedziała Marianna, wkładając naczynia do zmywarki.

Przestaliśmy oszczędzać prąd z generatorów dzień wcześniej, kiedy służby techniczne naprawiły uszkodzoną linię energetyczną.

 – Jak chyba zauważyłaś, nie mam już wątpliwości co do ludzi, z którymi można ją pić.

 

Usiadła na krzesełku.

 – Kiedyś usłyszałam anegdotę o Napoleonie, który powiedział do swoich oficerów, żeby pili jak Polacy. Wtedy tego nie zrozumiałam.

 – A teraz rozumiesz?

 – Tak. Teraz zaczynam rozumieć – uśmiechnęła się. – Tylko nie pojmuję jednego. Wy się otwieracie dopiero po alkoholu?

 – “In vino veritas”. To powiedzenie powstało w starożytności, więc nie dotyczy wyłącznie moich rodaków – odparłem. – A ty? Kiedy się otwierasz? – zapytałem.

 – Kiedy mam dla kogo – szepnęła.

 


 

Zaraz po śniadaniu usłyszeliśmy warkot. Najpierw pojawił się ciężki pług. W ścianie śniegu zobaczyłem prześwit. Monstrualnych rozmiarów maszyna pokręciła się jeszcze chwilę i zawróciła.

Po kwadransie przy wjeździe na parking zatrzymały się dwa skutery śnieżne. Trzej mężczyźni w pomarańczowych puchówkach rozglądali się z zaciekawieniem.

Marianna narzuciła kurtkę i wybiegła przed dom. Rozmowa trwała krótko. Skutery odjechały, zostawiając za sobą dwa białe pióropusze śnieżnego pyłu.

 

 – Droga jest już przejezdna – zakomunikowała nam gospodyni.

 – A wyciąg działa? – zapytał Karol z nadzieją w głosie.

 – Nie. Naprawa uszkodzeń potrwa jeszcze kilka dni. Potem przyjedzie komisja i oceni sytuację. To kwestia bezpieczeństwa narciarzy, chyba rozumiecie?

 – Czyli jesteśmy wolni, ale z nart nici?

 – Jakie nici, Karolu? – wtrącił się Marek. – Przecież dziesięć kilometrów stąd jest inna nartostrada. Możecie pojechać tam samochodem.

 – A ty i Basia nie jeździcie na nartach? Po co przyjechaliście w Alpy zimą? – Stępień dał wyraz zdziwieniu.

 

Burski uśmiechnął się wyrozumiale.

 – Bo taki mieliśmy kaprys. Zresztą mamy w bagażniku sanki. Też fajna rzecz. Prawda, Baśka? – spojrzał na żonę, która przytaknęła, z zapałem kiwając głową.

 

Karol wyjrzał przez okno. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Zmrożony śnieg iskrzył się w promieniach słońca.

 – Ja bym zaryzykował. Mam w samochodzie łańcuchy. Założę i możemy jechać – zaproponował, patrząc na żonę i dwójkę warszawskich przyjaciół. – Ty, Paweł, też się zmieścisz – mrugnął do mnie.

 

 – Dziękuję, ale nie skorzystam. Chcę dziś popracować nad moją książką, póki wszystko pamiętam. A propos, kto dziś wieczorem opowiada? – spojrzałem znacząco na Basię.

 – Tak. Ja. Rozumiem, że Ewa ci nie popuści i też podzielisz się z nami czymś niebanalnym, Pawełku?

 – Zawsze dotrzymuję słowa – mruknąłem.

 – A Marianna?  – drążyła Basia.

 – A będę mogła mówić po francusku? – zainteresowała się gospodyni.

 – Mój translator ma funkcję podłączenia do monitora. Podepniemy go do tego i będziemy wszyscy czytać z dużego ekranu – Karol wskazał na pięćdziesięciocalowy, wiszący na ścianie telewizor.

 – Nie wszyscy – zauważył Marek. – Paweł się świetnie dogaduje z Marianną w jej ojczystym języku bez translatora. Pozazdrościć… – uśmiechnął się znacząco.

 – Sprawny język potrafi czynić cuda… – rozmarzyła się Beata. Powiedziała to nie po angielsku, a po polsku, wywołując zaciekawione spojrzenie Francuzki.

 – Potem ci to przetłumaczę – szepnąłem po francusku do ucha właścicielki pensjonatu, głaszcząc ją po włosach.

 

 – To ja idę zakładać łańcuchy na koła. Wojtek, pomożesz? – Karol zmienił temat i wstał z fotela.

 


 

Warszawskie towarzystwo pojechało w komplecie. Marek wyciągnął z mazdy sanki i po chwili para, trzymając się za ręce, zniknęła za drzewami.

Obserwowałem ich przez okno. Marianna stała obok. Wsunęła mi dłoń pod bluzę.

 – Od ilu lat oni są małżeństwem? – zapytała.

 – Nie wiem dokładnie. Chyba od co najmniej dziesięciu.

 – A są w sobie zakochani jak nastolatki… – szepnęła. – Co sprawia, że tak jest? Udany seks?

 – Sądzę, że nie tylko – zamyśliłem się. – Gdyby tak było, połowa par na świecie rozchodziłaby się po kilku latach. Albo już po nocy poślubnej – zażartowałem.

 – O ile dobrze zrozumiałam opowiadanie Marka, oni mieli kryzys i się prawie rozstali.

 – Dobrze zrozumiałaś. Niemniej znaleźli sposób na przetrwanie, mimo że się pogubili.

 – Odizolowali się od świata na adriatyckim odludziu… I tam się odnaleźli. Paul, dlaczego ludzie są szczęśliwsi, gdy uciekną od tłumu? – popatrzyła na masyw Mont Blanc.

 – A ty jesteś szczęśliwa?

 – Byłam.

 

Na stole stała butelka wina. Podszedłem i nalałem do dwóch szklaneczek. Usiadłem w fotelu, wskazując kolana. Kobieta usiadła na nich i przytuliła się.

 – Marianne, jaki był twój mąż?

Posmutniała. W ogromnych oczach dostrzegłem cień melancholii.

 – To był bardzo dobry i uczciwy człowiek – powiedziała. – I nie pytaj o niego więcej, dobrze?

 

Wypiła zawartość szklanki. Wstała.

 – Chodź do sypialni. Teraz – wyciągnęła rękę.

 


 

W górach zmierzch zapada szybko. Leżący na parkingu śnieg stał się ciemny. Do chwili, gdy rozbłysnął oświetlony reflektorami opla.

Narciarze wysiedli z samochodu w znakomitych nastrojach i nie zdejmując ekwipunku z dachowego bagażnika, podbiegli do drzwi pensjonatu.

 – Marianne, pomóc ci w kuchni? – krzyknęła od progu Ewa.

 – Paul mi pomógł. Przebierzcie się i siadajcie do obiadu. Wszystko gotowe – uśmiechnęła się Francuzka. – Przy okazji zapukajcie do pokoju Marka i Basi. Od dwóch godzin nie wychodzą – mrugnęła okiem.

 

Czwórka gości zniknęła na piętrze.

 


 

 ‑ Pojedliśmy, posprzątaliśmy… to teraz czas na bajkę na dobranoc – Marek otworzył butelkę whisky. – Żono moja, serce moje… Opowiadaj – zaśmiał się, mimowolnie cytując początek refrenu znanego przeboju disco polo. Pozostali zachichotali.

 

 – To też ci potem przetłumaczę. I wytłumaczę – dodałem rozbawionym tonem, zerkając na Mariannę.

 

Basia usiadła wygodnie. Gospodyni włączyła translator i zastygła w oczekiwaniu.

 – “Momenty” będą? – parsknęła śmiechem Beata.

Żona komisarza uśmiechnęła się zagadkowo.

 – To jakiś polski idiom? Co to są “momenty”? – Marianna nie zrozumiała nawiązania do klasyki radiowego kabaretu z dawnych czasów.

 – Ten niuans też ci wytłumaczę. Później – powiedziałem. – Beata pytała, czy będzie seks. W tym opowiadaniu, znaczy – uściśliłem.

 – Trudny jest wasz język – pokiwała głową.

 – Mogę już? – Basia skarciła nas wzrokiem.

 

Wreszcie zapadła cisza.

 


 

 

“Suzi”

 

 – Babciu, błagam…

 – Wiesz, która godzina? Południe dochodzi! Proszę, wstań wreszcie.

 – Jestem pełnoletnia i mogę sama decydować, jak długo śpię. Mam wakacje – dobiegło spod narzuconej na głowę poduszki.

 – Pełnoletnia jesteś dopiero od wczoraj, moja panno. To po pierwsze. A po drugie jesteś umówiona z adwokatem, nie pamiętasz?

Niewyglądająca na babcię dorosłej pannicy sześćdziesięciolatka energicznym ruchem szarpnęła kołdrę i wyszła z nią z pokoju.

Zuzia przetarła oczy. Chwyciła opartą o ścianę gitarę, ze złością szarpnęła struny i zaśpiewała. Stojąca za drzwiami Maria uśmiechnęła się mimowolnie, słysząc perfekcyjne wykonanie przeboju Suzi Quatro “If You Can`t Give Me Love”.

 

 – Po kim masz taki talent? Przecież nie po matce – mruknęła pod nosem, roniąc jednocześnie łzę. Nieżyjąca od dwunastu miesięcy córka stanęła jej przed oczami jak żywa.

 


 

Mecenas Zawadzki spojrzał na zegarek.

 – Spóźniłaś się tylko pół godziny – odezwał się do wchodzącej. – O, przepraszam, od wczoraj powinienem zwracać się do ciebie “pani Zuzanno”.

Filigranowa szatynka potrząsnęła opadającymi na ramiona włosami. Wyjęła dłoń z kieszeni dżinsów i podała ją mężczyźnie.

 – Przepraszam. Wczorajsza impreza się przedłużyła. Poza tym wolę imię “Suzi”. I tak proszę do mnie mówić. Ma pan wodę mineralną?

 

Westchnął i sięgnął do małej lodówki. Obserwował, jak dziewczyna łapczywie wysącza zawartość szklanki i zastanawiał się, w jaki sposób przekazać licealistce to, co zostało mu zlecone.

 

- Ma pan zabawną minę, mecenasie – uśmiechnęła się.

Poprawił krawat i chrząknął.

 – Znamy się od roku, prawda? Dotychczas zajmowałem się twoimi sprawami spadkowymi.

 – A jest coś nowego, poza tym, że od dziś mogę dysponować samodzielnie majątkiem po mamie?

 

Zawadzki patrzył w skupieniu w ciemne oczy klientki.

 – Tak. Jest coś nowego – rzekł po namyśle. – I powiem szczerze, że nie wiem, jak to przyjmiesz. Tak czy inaczej to mój obowiązek.

 – Dowiem się w końcu, o co chodzi? Babcia o tym wie?

 – Pani Maria jeszcze nie wie. Sama postanowisz, czy ją wtajemniczyć. To będzie twoja decyzja. Otóż… – przerwał i sięgnął do szuflady biurka, skąd wyjął upstrzoną pieczątkami kopertę.

 

 – To dostałem kilka miesięcy temu drogą… powiedzmy dyplomatyczną, za pośrednictwem naszej ambasady w Waszyngtonie. Wraz z instrukcją, aby wręczyć ci zawartość dzień po osiemnastych urodzinach – powiedział ze śmiertelnie poważną miną.

 – Co to jest? – Zuzia poczuła dreszcz.

 – Nagranie wideo. Twoja mama przed śmiercią postanowiła wyjawić ci…

 – Mówże pan wreszcie! – krzyknęła, przypominając sobie tragiczną informację sprzed roku. – Oglądał pan to?!

 – Tak. Musiałem. Takie dostałem polecenie jako twój pełnomocnik.

Wyciągnął z koperty list podpisany przez asystentkę ambasadora, kopie jakichś dokumentów z nadrukiem FBI i mały pendrive.

 

 – Wolisz to zrobić w domu czy tutaj? Sugeruję skorzystanie z mojego komputera. W razie czego od razu doradzę w razie pytań natury prawnej… – urwał, widząc łzy cieknące po twarzy.

 – Usiądź sobie tu – wskazał swój fotel –  a ja wyjdę na kawę. Nikt nie będzie ci przeszkadzał.

Skinęła głową.

Adwokat włączył laptop i zniknął za drzwiami gabinetu.

 


 

Na monitorze pojawiła się drobnej budowy kobieta. Lekko umalowana twarz uśmiechała się do kamery. W tle stał regał z książkami.

Zuzia odruchowo wyciągnęła dłoń i dotknęła ekranu.

 – Mamusiu… – powiedziała cicho.

 – Dzień dobry, córeczko.

Pierwsze słowa zabrzmiały jakby czterdziestolatka usłyszała głos jedynego dziecka. Dziewczyna sięgnęła po papierową chusteczkę. Głośno wytarła nos.

 – Posłuchaj mnie teraz uważnie. Bardzo uważnie… – kontynuowała po chwili milczenia jej matka.

 

Być może nagrywam ten film niepotrzebnie. Być może nic złego się nie stanie. Być może w dniu twoich osiemnastych urodzin opowiem ci to wszystko osobiście.

Boże… jak ty szybko dorastasz… Już za trzysta pięćdziesiąt dni mój skarb będzie pełnoletni…

 

Tu, w Stanach, znalazłam się w złym miejscu o złej godzinie. Widziałam coś, czego nie powinnam była zobaczyć. Teraz muszę zmierzyć się z konsekwencjami. Wierzę, że dobrzy ludzie mi w tym pomogą, ale gdyby coś poszło nie tak… Pamiętaj, że cię zawsze bardzo kochałam… i będę kochać, gdziekolwiek trafię. Do nieba albo do piekła. Boję się…

 

Mówiąca przerwała na moment monolog. Wstała i sięgnęła za siebie.

Zuzia wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w monitor. Mama odwróciła się ponownie w stronę obiektywu. W dłoni trzymała książkę.

 

Widzisz dobrze okładkę? – zapytała. – To “Wędrówka dusz. Tajemnice życia po życiu” Michaela Newtona. Nie musisz jej czytać, ale zapamiętaj tytuł.

 

A teraz chcę zdradzić ci mój największy sekret. Dotyczy ciebie. A właściwie twojego ojca.

To nieprawda, że umarł przed twoim narodzeniem. On żyje i nawet nie wie, że ty istniejesz…

Kiedyś uznałam, że tak będzie najlepiej dla nas wszystkich. Dziś wiem, że popełniłam błąd. Jeżeli mnie zabraknie, zostanie ci tylko babcia. Zasługujesz na prawdę. Całą prawdę. I na ojca, który nie będzie mógł się ciebie wyprzeć…

Wiesz, że kiedy będąc jeszcze brzdącem, sięgnęłaś pierwszy raz po gitarę i próbowałaś grać – moje serce krwawiło? Było mi ciężko. Wspomnienia bolały…

A kiedy założyłaś szkolny zespół rockowy, myślałam, że oszaleję. Każdy twój sukces na konkursach wywoływał u mnie radość i smutek jednocześnie. Kilka razy byłam blisko powiedzenia ci, że… jesteś córką bardzo znanego muzyka. Czy mi to wybaczysz? Wybaczysz, że cię okłamywałam przez siedemnaście lat?

Błagam… Wybacz mi… Wybacz mi, Suzi!

 

Ciemne, takie same jak u córki, oczy wypełniły się łzami. Znów zapadła cisza. Trwała kilkanaście sekund.

 

Nikt, nawet babcia nie wie, kim jest twój ojciec. Nie wiń jej za nic. To wszystko obarcza wyłącznie moje sumienie.

 

Pewnie chcesz zapytać, czy kochałam tego człowieka?

Tak. Kochałam. Po szczeniacku. A czy on mnie kochał? Wątpię. Spotkaliśmy się tylko raz. I to ja chciałam być z nim blisko. To ja go uwiodłam. Bo chciałam. Bo był moim idolem. Bo byłam młoda i głupia.

A potem, będąc w ciąży, zrozumiałam, że nie mam prawa mu niszczyć życia. On wtedy jeszcze miał żonę. Rozwiedli się kilka lat później, ale ja… nie wierzyłam, że on w ogóle będzie mnie pamiętał.

 

Matka ukryła twarz w dłoniach.

 

Serce Zuzi trzepotało jak oszalałe. Zaciskała palce na podłokietniku fotela, czekając na dalszy ciąg.

 

Twoim ojcem jest Igor Stawski, były lider zespołu “AIPS”. Mało kto wie, że to archaiczne słowo oznacza przysięgę. U Gotów. Powinnaś kojarzyć, bo kiedyś cię interesowały takie rzeczy…

Igor nawet nie znał mojego prawdziwego imienia. Przedstawiłam mu się jako Haliuruna. To taka gocka czarownica… Wiem. To było głupie. Ale zadziałało na gwiazdora.

To się stało po koncercie na zamku w Rynie. Tam zostałaś poczęta, Suzi…

 

Znam twój charakter. Jesteś jak ja. Jeśli czegoś chcesz, to najpierw robisz, potem myślisz. Czy zechcesz pojechać do ojca, tego nie wiem. Myślę, że tak. On się wyprowadził na prowincję. Mieszka w Nałęczowie. Nie ma drugiej żony… Tu masz adres – zbliżyła do kamery kartkę z nazwą ulicy i numerem domu.

 

- Mamo! Ty obserwowałaś jego życie! Ty go kochałaś do końca! – krzyknęła Zuzia, jakby kobieta z ekranu mogła to usłyszeć.

 

I pamiętaj – zawsze będziesz moją najdroższą małą córeczką. Przepraszam cię za wszystko…

 

Film zatrzymał się. Ostatni kadr spetryfikował dwie łzy płynące z brązowych oczu.

Zuzia włączyła nagranie od początku. Powtórzyła to pięciokrotnie.

 

Adwokat uchylił drzwi. Dziewczyna siedziała przy biurku z głową opartą o blat.

Chrząknął cicho. Podszedł i delikatnie dotknął zgarbionych pleców.

 – Chcesz może coś słodkiego? Mam czekoladę – zaproponował.

Odwróciła się powoli.

 – Nie. Dziękuję.

Wstała i podeszła do okna. Obserwowała ruchliwą, skąpaną w słońcu, warszawską ulicę.

 – Podjęłaś już decyzję? – zapytał Zawadzki.

 – Tak.

 – Zadzwonisz do niego, czy może ja mógłbym cię w tym wyręczyć?

 – Nie zadzwonię. Pojadę tam.

Adwokat pokiwał głową ze zrozumieniem.

 – Tego się właśnie spodziewałem – mruknął. – Kiedy?

 – Jutro.

 – Tego też się spodziewałem – uśmiechnął się. – Masz jakieś pytania do swojego prawnika, panno Suzi?

 – Tylko jedno. Pana obowiązuje tajemnica adwokacka, prawda?

 – Jak najbardziej.

 – Więc proszę na razie nie mówić nic mojej babci – powiedziała zadziwiająco stanowczym, jak na nastolatkę, tonem.

 – Od wczoraj masz pełne prawo, aby tego ode mnie wymagać. To wynika z przepisów. Właśnie poznałaś w praktyce pierwszy plus bycia pełnoletnim. Ale uważaj, bo są również minusy… Nie zrób jakiegoś głupstwa.

 – Nie zamierzam – odparła chłodno. – Dziękuję za wodę mineralną, mecenasie. To przypadek, że to była “Nałęczowianka”?

 – Przypadek. Czysty przypadek.

 


 

 – Gdzie jest mój plecak?

 – Na pawlaczu. A po co ci?

 – Wyjeżdżam na kilka dni.

 – Jak to? – Maria odłożyła widelec i spojrzała zaniepokojona na wnuczkę. – Dokąd i kiedy?

 – Jutro. Do Lublina.

 – Co to za nagły pomysł?

 – Nie złość się, ale nie bardzo chcę ci to tłumaczyć. Po prostu jadę i już.

 – Suzi… Twoja mama też kiedyś wyjechała na kilka dni i… – ugryzła się w język.

 – Do tego tematu jeszcze wrócimy. Ale nie dziś.

 

 Maria zaniemówiła.

 – Co się wydarzyło u mecenasa? – zapytała po chwili. – Chyba do niego zadzwonię.

 – Nic ci nie powie. Ma nowe pełnomocnictwo. Tym razem podpisane nie przez opiekuna prawnego. Ja jestem jego klientką. Nie ty, babciu.

 – Tak mi się odwdzięczasz za wszystko?

 

Zuzia podeszła i cmoknęła urażoną kobietę w policzek.

 – To nie tak. Po prostu muszę sama podjąć pewne kroki. Nie gniewaj się – uśmiechnęła się rozbrajająco. – A teraz wybacz. Idę się pakować i spać. Mam pociąg o ósmej rano.

 


 

Szła cienistą uliczką. Plecak nie był ciężki, a przewieszona przez ramię gitara dodawała odwagi. Jeszcze raz zerknęła na ekran telefonu. Aplikacja prowadziła ją do celu.

Adrenalina kompensowała zmęczenie podróżą. W Lublinie uciekł jej bus, a na następny czekała ponad godzinę.

Stanęła przy furtce. W głębi ogrodu stała stara, typowa dla najstarszej części Nałęczowa, willa.

 – To tu się schowałeś przed światem – szepnęła. – Wśród kuracjuszy sennego uzdrowiska.

 

Miała w pociągu mnóstwo czasu, aby zapoznać się z życiem Stawskiego. Plotkarski internet okazał się bardzo pożyteczny. Wiedziała już, że po burzliwym rozstaniu z kapelą, obrażony muzyk przestał występować publicznie. Żył z tantiem i z komponowania muzyki do filmów.

Suzi przesłuchała wszystkie dostępne na You Tube kawałki. Niektóre znała wcześniej.

 

Głos masz uroczy… Jaki jesteś naprawdę? – pomyślała i wcisnęła niewielki, ledwo widoczny pod gęstym bluszczem guzik.

 

 – Pani do kogo, młoda damo? Najbliższy obóz harcerski jest pod Kazimierzem.

Na ścieżce pojawił się bardzo szczupły mężczyzna w dżinsach i granatowym t-shircie. Czarne włosy opadały na opaloną szyję. Rozpoznała go bez trudu. Pomimo że dawno przekroczył pięćdziesiątkę, mógłby uchodzić za młodszego.

 

 – Widzi pan na mnie szary mundurek? – odparowała natychmiast.

 – Widzę gitarę i plecak. Teraz wszędzie pełno tajniaków, to skauci też mogą się kamuflować – zaśmiał się ironicznie. – Czym mogę służyć? Lekcji gry na razie nie udzielam. Może na starość zacznę.

Podszedł do furtki, ale jej nie otworzył. Mierzył dziewczynę badawczym spojrzeniem.

 

 – Czy my się gdzieś nie spotkaliśmy? – potarł dłonią kilkudniowy zarost i zmarszczył czoło.

 – My nie. Ale jestem bardzo podobna do mamy.

 – A jak się mama nazywa?

 – Nazywała. Dopóki żyła.

Zmieszał się.

 – Współczuję… Bardzo mi przykro – powiedział. – Jak się nazywała? – drążył temat.

 – Pan poznał ją kiedyś jako Haliurunę – wypaliła prosto z mostu. – Wpuści mnie pan, czy będziemy gadać przez płot?

 

Igor drgnął. Zmrużył oczy i otworzył furtkę.

 – Wchodź. Ale ostrzegam, że jeśli nasłał cię jakiś tabloid, to nie ręczę za siebie!

 

Rozejrzał się czujnie po uliczce i poprowadził Zuzię w stronę domu. Chwilę później wskazał jej fotel w salonie obwieszonym starymi fotografiami i plakatami.

 

 – Skąd się wzięłaś? I co jest grane?

 – Ma pan gdzieś tu komputer?  – zapytała, rzucając plecak na podłogę z lakierowanych desek. Otuloną pokrowcem gitarę delikatnie położyła na obitej czarnym materiałem sofie.

 – Tam leży laptop – wskazał stół zarzucony arkuszami papieru nutowego.

 – To proszę go włączyć i wyszukać w necie informację o zabójstwie polskiej tłumaczki, która pracowała dla ONZ. Zamordowano ją rok temu w Nowym Jorku.

 – A co ja mam z tym wspólnego?

 – Nic. Ale będzie się nam łatwiej rozmawiało. Nie słyszał pan o ładunku wybuchowym w samochodzie? O okolicznościach śmierci mojej mamy? O zemście handlarzy narkotyków?

 – Nie oglądam telewizji, prawie nie słucham radia, a internetu używam wyłącznie do celów zawodowych.

 

Zamyślił się. Włączył laptop.

 – Jakie nazwisko mam wpisać w Google?

 – Tańska. Katarzyna Tańska.

 

Stawski dotknął klawiatury. Znieruchomiał, widząc kilkadziesiąt wyników wyszukiwania. Otworzył pierwszy link.

Zuzia patrzyła na jego pobladłą nagle twarz i drżące usta.

 

Po dziesięciu minutach odezwał się chrapliwym głosem.

 – Ty naprawdę jesteś jej córką?

 – Proszę. To mój dowód osobisty. A to – sięgnęła do plecaka – dokumenty, które wczoraj dostałam od prawnika.

Igor wyciągnął dłoń. Długo czytał pismo z ambasady. Potem papiery z FBI.

 

 – Czegoś nie rozumiem… Dlaczego mi to pokazujesz? I dlaczego przyjechałaś?

 – To wszystko panu wytłumaczy – podała pendrive. – Śmiało. Tam nie ma wirusa. Nie wierzy pan? Mam złożyć przysięgę aips?

 

Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Rozmyślił się i wetknął mały przedmiot do gniazda USB.

 

Włączył odtwarzanie. Z każdą sekundą jego twarz tężała, osiągając apogeum w końcówce nagrania.

Siedział nieruchomo, wpatrzony w ostatni kadr. Potem wstał i podszedł do barku. Wciąż milcząc, wyciągnął butelkę whisky, nalał po brzegi do szklanki i wypił duszkiem.

Obrócił się w kierunku Zuzanny. Patrzył, nie mogąc wykrztusić ani słowa.

 

 – Nie przyjechałam po alimenty, mama bardzo dobrze zarabiała, odziedziczyłam dużo pieniędzy, po jej śmierci zaopiekowała się mną babcia, niczego materialnego od ciebie nie potrzebuję. Jeśli chcesz, zrobimy test DNA, ja zapłacę – wyrzuciła z siebie serię słów z szybkością karabinu maszynowego.

 – Po prostu chciałam cię poznać. Tato – dodała powoli, drżącym głosem.

 


 

Mecenas Zawadzki włączył komputer. Po raz kolejny obejrzał nagranie. Cofnął do dwudziestej sekundy. Potem sięgnął do akt Zuzanny Tańskiej.

 – Nie. To niemożliwe… W zdenerwowaniu musiała się przejęzyczyć… – szepnął i zamknął odtwarzacz.

 


 

Mały peugeot zwolnił przed rondem. Kierująca skręciła w prawo. Do Nałęczowa pozostało tylko kilka kilometrów.

Niepokój narastał. Ostre słońce raziło podkrążone oczy. Bezsenną noc zawdzięczała ojcu, który po roku milczenia zadzwonił wczoraj z wiadomością o bardzo złym stanie zdrowia i poprosił o pilny przyjazd, niczego nie tłumacząc.

Długo biła się z myślami, zanim podjęła decyzję. O świcie wyruszyła z Olsztyna, kierując się na Warszawę, a potem na Lublin.

 

Minęła Park Zdrojowy. Ojciec nadal nie odbierał telefonu. Z piskiem opon zatrzymała się przed jego domem.

Długo naciskała guzik dzwonka. Szarpała klamkę.

Bez rezultatu. Zdesperowana, wspięła się na ogrodzenie i drąc spodnie o siatkę, zeskoczyła na starannie utrzymany trawnik. Pobiegła w stronę drzwi frontowych. Nie były zamknięte. Ze środka dochodziły dźwięki muzyki.

Wpadła do wnętrza jak burza.

I zastygła w niebotycznym zdumieniu.

 

Przed keyboardem stał tatuś i wybijając rytm stopą, grał jeden ze swoich starych utworów. Obok podrygiwała młodziutka, skąpo ubrana laska. Szarpała struny gitary i śpiewała.

 

 – Co to ma znaczyć?! – wrzasnęła wściekła Basia.

 

Zapadła cisza. Para odwróciła się powoli.

 – Dobrze, że już jesteś. Pozwól, że przedstawię ci twoją siostrę – rzekł Igor, szczerząc zęby w bezczelnym uśmiechu.

 – Ty stary draniu! Zabawiasz się z tą siksą i co? Chciałeś się przede mną tym pochwalić? I jeszcze głupie żarty się ciebie trzymają?! Moja noga nie postanie więcej w tym domu!

Basia odwróciła się na pięcie i pomaszerowała w kierunku drzwi. Odwróciła się na moment.

 – A ty, ty… mogłabyś być jego wnuczką! Wstyd! Wstyd! – krzyknęła, stojąc w progu.

- Zanim nas opuścisz, przebierz się. Całą pupę ci widać, Basieńko – zaśmiał się Stawski.

 

Odruchowo pomacała się po pośladkach. Rozdarty materiał odsłaniał wąziutkie figi i chorwacką opaleniznę.

Nie znajdując odpowiednich słów, wzniosła ramiona w górę i zacisnęła pięści.

 

 – Natychmiast otwórz bramę – zasyczała. – Chcę tu wjechać!

 – Pilot leży tam – wskazał parapet. – Zjesz z nami obiad?

Nie odpowiedziała. Zasłaniając dłonią dziurę w białych dżinsach, wybiegła do ogrodu. Stawski i Suzi podążyli jej śladem.

 

Po dwóch minutach z podjazdu rozległ się łomot i brzęk. Basia zaparkowała z impetem w ustawionych przed garażem pojemnikach na śmieci.

 

 – Chyba potrzebujesz nowej lampy do tego francuskiego cuda… – skwitował ze stoickim spokojem gospodarz.

 – Nienawidzę cię – warknęła pani Burska, oglądając uszkodzony reflektor.

 


 

 – Ona zawsze była taka… impulsywna? – zapytała Zuzia, gdy Basia zniknęła w łazience, taszcząc torbę podróżną.

 – Rzadko. Ale faktycznie trochę przegięliśmy…

 – Nie mogłeś jej wytłumaczyć wszystkiego przez telefon?

 – Wtedy by nie przyjechała. Mówiłem ci, że nasze stosunki ostatnio… – machnął ręką.

 – Aż tak ci zależało, żebyśmy się poznały na cito? Przecież jesteś moim ojcem dopiero od czterech dni – trąciła struny gitary. Wydały delikatny dźwięk.

 – “Trzeba żyć tak szybko jak nadchodząca chwila”. Wiesz, czyje to słowa? – spytał, uderzając klawisze keyboarda. Samotny akord C-dur zdawał się dopominać o dalszy ciąg.

 – Stachury?

 – Brawo, Suzi – uśmiechnął się. – A kiedy zadzwonisz do babci?

 – Już dzwoniłam. Ale nic jeszcze jej nie powiedziałam. Myśli, że jestem u koleżanki.

 – Na co czekasz?

 – Aż moja przyrodnia siostra wyjdzie z łazienki – zachichotała. – A w ogóle to mam pomysł… Idź do pizzerii i przynieś obiad do domu.

 – Przecież mogę zamówić przez telefon.

Kpiący wzrok wystarczył za odpowiedź. Zrozumiał.

 – Tak wolisz? A poradzisz sobie z nią sama? – zapytał.

 – Spróbować nie zaszkodzi. Na ciebie jest bardziej wściekła. Znikaj już. Słyszę, jak wypuszcza wodę z wanny.

 


 

 – Ile ty właściwie masz lat?

Kąpiel i świeże ciuchy zadziałały. Głos Basi brzmiał spokojnie, choć w oczach dawało się zauważyć niechęć.

 – Pięć dni temu skończyłam osiemnaście.

Burska podeszła do lodówki. Wyjęła karton soku. Nalała do szklanki i usiadła na sofie.

 – Jesteś prawie dwa razy młodsza ode mnie. Gdzie ten satyr? Uciekł?

 – Wysłałam go po obiad. Lubisz pizzę?

 – Już go sobie owinęłaś dookoła palca? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Basia. – Od dawna się znacie?

 – Od czterech dni – padła szczera odpowiedź.

Suzi głaskała gryf ukochanego instrumentu. Na jej twarzy błąkał się melancholijny uśmiech.

 

Burska spojrzała badawczo.

 – Kochasz go, nie daj Boże?

 – Na razie lubię. Mam nadzieję, że kiedyś pokocham…

 – Powiedz, dlaczego małolaty są takie durne? – prawie krzyknęła kobieta. – Jemu chodzi wyłącznie o seks! Zawsze taki był! Na co liczysz, głupia?

 

Zuzia zagrała kilka akordów i odłożyła gitarę.

 – Igor jest moim ojcem. Nie słyszałaś, co powiedział?

 

Basia parsknęła śmiechem.

 – Posłuchaj… Jeżeli nie chcesz mieć we mnie wroga, nigdy nie próbuj robić ze mnie idiotki! Nawet jeśli on cię do tego namówi!

 – Wiem, że twój mąż jest policjantem. Bardzo dobrym policjantem… Na pewno docenia dowody i fakty. Ty też to potrafisz?

 – Ostrzegam cię, dziewczyno! Nie przeciągaj struny! – syknęła żona komisarza.

 – To potrafisz czy nie potrafisz? – Suzi wstała z krzesła i włączyła laptop.

 – Po kim masz taki tupet? – zapytała ironicznie Basia. – Twoi rodzice wiedzą, że sypiasz z podstarzałym gwiazdorem? Co na to twoja matka?

 

 – Moja mama nie żyje… Chcesz wiedzieć, kim była? Proszę – przesunęła komputer.

 

Złośliwy uśmiech zniknął z opalonej twarzy.

 – Przepraszam… Nie wiedziałam… – Burska wpatrywała się w ekran.

Zapadła krępująca cisza.

 

 – Pamiętam tę historię – odezwała się w końcu. – Mój mąż się nią interesował. Mówił, że u nas robi się podobnie jak w Stanach… – zamyśliła się. – Tylko że to niewiele zmienia. A co robi twój ojciec?

 – Poszedł po pizzę.

 

Burska otworzyła usta. Powstrzymała przekleństwo.

 – Prosiłam cię grzecznie, żebyś ze mnie nie kpiła. Twoja mama przewraca się w grobie, gdy na to patrzy z góry.

 – Możesz włączyć ten filmik? – Zuzia usiadła obok gościa i wskazała ikonkę na pulpicie.

 – To jakiś kolejny dowcip pana Stawskiego? Teledysk?

 – Nie. I ja cię też grzecznie proszę: ani jednego złego słowa o mojej mamie!

W głosie dziewczyny zadźwięczała nuta agresji.

 – A teraz obejrzyj – kliknęła ikonkę, ustawiając głośność na maksimum.

 

Wstała i podeszła do okna. Patrzyła na skąpany w lipcowym słońcu ogród. Za plecami słyszała monolog, brzmiący jak z zaświatów. Poczuła wilgoć pod powiekami.

Odwróciła się dopiero, gdy laptop ucichł.

 

Basia siedziała zdezorientowana i zaciskała usta. Podniosła wzrok, długo szukając odpowiednich słów.

 – Nie zrozum mnie źle… Ale to jeszcze nie znaczy, że… Twoja mama mogła się przecież pomylić…

 

Suzi podeszła do sofy z uniesioną ręką, zaciskając drobną pięść. Basia, widząc furię w oczach, odruchowo zasłoniła się ramieniem.

 – Sugerujesz, że moja mama się puszczała i nie wie, z kim zaszła w ciążę?! Jak śmiesz!

 – Uspokój się. Nie miałam nic takiego na myśli.

 – Ale to powiedziałaś!

 – Sama wspomniałaś o dowodach i faktach. Dowodem byłoby badanie – wymamrotała pojednawczo, czując nieokreślony lęk.

 – Trzy dni temu pojechaliśmy do Lublina. To ja chciałam tych badań. I to ja zapłaciłam za ekspresowy termin! Wyniki będą jutro, siostrzyczko.

 

Zuzia wybiegła na taras, pozostawiając osłupiałą Burską samą.

 


 

Igor wszedł bezszelestnie. Postawił trzy płaskie pudełka na stole i spojrzał na Basię.

 – Co się stało? Gdzie jest Suzi? – zapytał cicho.

 – W ogrodzie. Ty mnie pytasz, co się stało? – wstała z sofy. – Nic. Absolutnie nic się nie stało! – zaśmiała się nerwowo. – Takie rzeczy zdarzają się ludziom codziennie. Kiedy wreszcie wydoroślejesz?

 – Córciu, pogadajmy…

 – Bardzo chętnie. Później. Teraz muszę się przejść. Chcę pobyć sama. Rozumiesz? Sama!

Chwyciła torebkę i wybiegła z salonu.

 

Stawski patrzył przez okno na furtkę, za którą zniknęła. Podrapał się po głowie, wyszedł z domu i usiadł na hamaku obok Zuzi.

 

 – Pokazałaś jej film?

Suzi pokiwała głową.

 – Pokłóciłyście się?

Skinęła powtórnie.

 – Zjemy pizzę?

Znowu potwierdziła skinieniem.

 – Pomilczymy sobie na wspólny temat?

Kiwnęła po raz kolejny.

 


 

 – O, wreszcie wróciłaś. Nie jesteś głodna? Przygotowałem ci pokój na pięterku. Ten po prawej stronie.

 – Zjadłam obiad w restauracji. I chciałabym pójść się położyć. Zarwałam noc. Przez ciebie – spojrzała z wyrzutem na Igora.

 – Jak sobie życzysz. Czy mam się zająć twoim samochodem? – spojrzał na zegarek.

 – Sama się zajmę. Jutro. Dobranoc państwu.

 

 – Jest ciągle w szoku… – Igor zerknął na Zuzię, przeglądającą tradycyjny album ze zdjęciami.

 – Na razie nie wierzy. Czeka na jutrzejsze wyniki – mruknęła dziewczyna. – Byliście kiedyś szczęśliwą rodziną… –  zatrzymała wzrok na fotografii kilkuletniej Basi, przytulonej do taty i mamy.

 

Stawski pochylił się nad tekturową kartą, do której kiedyś przyklejał teraźniejszość, przeistoczoną po latach w odległą przeszłość.

 – To z Zakopanego – powiedział. – Miesiąc bez koncertów.

 – Powiedz… dużo dziewczyn zaliczałeś, gdy jeździłeś w trasy?

 – Znacznie mniej, niż mnie o to podejrzewano. Możemy zmienić temat?

 – Jasne. Mam chęć na spacer. Zabierzesz mnie na lody? Masz w tym duże zaległości… – uśmiechnęła się smutno.

 


 

Igor zaparkował w cieniu. Dochodziło południe i niemiłosierny żar lał się z bezchmurnego nieba.

 – Poczekasz na mnie? – zerknął na Zuzię.

 – Może to ty poczekasz na mnie?

 – Masz wątpliwości co do wyniku?

 – Nie.

 – To idziemy razem.

 – Tak będzie najlepiej.

 


 

Warsztat samochodowy mieścił się niedaleko. Szef, poznając córkę Stawskiego, ukłonił się nisko.

 – Pani na długo z wizytą u tatusia? – spytał uprzejmie.

 – A ile potrwa naprawa?

Mechanik zamyślił się. Postukał w reflektor.

 – Trzeba zamówić nowy. Dla pana Igora postaram się na pojutrze. Pod wieczór może pani odebrać – uśmiechnął się.

 – Dla pana Igora… – zmrużyła oczy. – A dla mnie?

 – Też na pojutrze. Zresztą jaka to różnica dla kogo? Rodzina to rodzina.

 – Spora różnica, panie Mieciu. Spora.

 

Siwy mężczyzna wytarł szmatką ubrudzone smarem dłonie.

 – Dawno pani nie było w Nałęczowie… Ani w Boże Narodzenie, ani w Wielkanoc… A pan Igor sam jak ten palec…

 – Sam? Nigdy nie narzekał na brak towarzystwa. Zwłaszcza damskiego – skrzywiła się.

 – No przecież on gejem nie jest, pani Basiu. To z kim się ma zadawać? – zdziwił się szczerze.

 – Wy wszyscy tacy sami jesteście, panie Mieciu. I solidarni do bólu.

 – Baby też solidarne są. Oj, wiem ja coś na ten temat – parsknął śmiechem.

 – Nie wszystkie. I nie zawsze. Muszę już iść. Do widzenia.

 

A tę co ugryzło? – pomyślał, śledząc wzrokiem odchodzącą.

 


 

Igor i Zuzia jeszcze nie wrócili z Lublina. Basia kręciła się nerwowo po willi. Natrętne myśli nie dawały spokoju.

Aniołek usiadł za prawym uchem. Diabełek za lewym. Obaj szeptali jednocześnie. Potem zaczęli się kłócić coraz głośniej. To było nie do zniesienia.

 

Burska potrząsnęła włosami, strącając obu na podłogę i otworzyła barek.

Po godzinie butelka wina była pusta. Popatrzyła z niecierpliwością na zegarek.

Włączyła laptop.

Obejrzała nagranie, łowiąc każde słowo i każdy gest. Potem jeszcze raz.

Coś się nie zgadzało. Nie potrafiła tego sprecyzować.

 

Sięgnęła po kolejną butelkę. Tym razem whisky. Colę znalazła w lodówce. Usiadła na tarasie i sącząc drinka, wpatrywała się w bramę.

Kilka razy sięgała po telefon i odkładała go na stolik. Duma była silniejsza.

 


 

 – Pan mecenas Zawadzki?

W głośniczku rozbrzmiał męski głos z wyraźnym obcym akcentem.

 – Tak. Bogusław Zawadzki. Słucham.

 – John Smith. Dzwonię z american embassy. Chciałbym się z panem pilnie spotkać. Czy to jest do zrobienia dziś po południu?

 – Zależy, o co chodzi – odparł adwokat, tknięty dziwnym przeczuciem.

 – To bardzo delikatna sprawa… Wolałbym wytłumaczyć osobiście.

 – Zapraszam wobec tego do kancelarii. Za godzinę mam ostatniego klienta.

 – Kancelaria nie jest dobrym miejscem. Proponuję inne rozwiązanie…

 – Pan chce mi powiedzieć coś o jednej z moich klientek…? – domyślił się mecenas.

 

W telefonie zapadła kilkusekundowa cisza.

 – Proszę zgadnąć, mister Zawadzki.

 – Okej, mister… Smith. Co pan proponuje?

 


 

Drgnęła, widząc otwierającą się bramę. Na podjazd wtoczył się granatowy mitsubishi. Igor i Suzi wysiedli jednocześnie.

 – Już świętujesz?

Stawski zerknął na prawie pustą szklankę i uśmiechnął się szeroko.

Zuzia podeszła zdecydowanym krokiem do stoliczka i wyciągnęła dłoń. Duża koperta znalazła się na blacie.

 – Proszę. Oto ostateczny dowód, siostro.

Burska wyciągnęła zadrukowany papier. Szybko przebiegła tekst wzrokiem.

Wstała bardzo powolnym ruchem.

 – Przepraszam – powiedziała. – Nie bardzo wiem, co mam teraz zrobić. Przytulić cię jak w telenoweli i rozpłakać się ze wzruszenia?

 – Wystarczy, jeśli odszczekasz to, co powiedziałaś o mojej mamie.

 – Hau hau – wymamrotała, czując, że mieszanka wina z whisky zaczyna ścinać ją z nóg. Opadła na krzesełko.

 – Ja chyba muszę… zadzwonić do Marka – sięgnęła po komórkę.

 – Pozdrów szwagra. A my pójdziemy sobie z tatusiem na spacer do parku. Prawda? – Suzi mrugnęła do ojca.

 – Nie było źle być jedynaczką… – diabełek w uchu Basi bawił się w suflera.

 – Ty tak o sobie czy o mnie mruczysz pod nosem?

 – Przestańcie, bo mnie zaraz szlag trafi! – podniósł głos Igor. – Baśka, nie pij już więcej, a jeśli chcesz, to chodź z nami.

 – Nie mam zamiaru zataczać się po alejkach. Idźcie, idźcie…

 – Chyba masz rację. Tamta butelka była rano pełna – zadrwił, dostrzegając leżącą w rogu tarasu zieloną flaszkę.

 

 – Marek, jak ci coś powiem, to spadniesz z krzesła – Basia zaczęła mówić do telefonu.

 

Igor i Zuzia dyskretnie wycofali się i po chwili szli deptakiem w kierunku kompleksu sanatoryjnego.

 


 

Czarne bmw z tablicami dyplomatycznymi zatrzymało się przy krawężniku.

 – Proszę wsiadać, mecenasie – dobiegło przez uchyloną szybę.

Zawadzki chwycił klamkę i otworzył masywne drzwi suva. Usiadł obok kierowcy.

Niepozorny blondyn mógł mieć około czterdziestu lat. Ciemny, drogi garnitur, biała koszula i gustowny krawat budziły zaufanie.

 – Przyznam, że zaintrygował mnie pan, mister Smith. Chociaż mam wrażenie, że Smith to nie jest pańskie prawdziwe nazwisko.

Blondyn zaśmiał się.

 – Nazwisko nie ma większego znaczenia. Pracuję dla Departamentu Sprawiedliwości. Obecnie jako Smith.

 – Świetnie mówi pan po polsku.

 – Mój dziadek był Polakiem. Wyemigrował do Stanów jeszcze za Gomułki.

 – To wszystko wyjaśnia. Dokąd jedziemy? – zapytał adwokat.

 – Tam, gdzie nikt nas nie podsłucha – odparł John.

 – A kto chciałby nas podsłuchiwać?

 – Mam nadzieję, że nikt. Ale zawsze warto dmuchać.

 – Na zimne. Dmuchać na zimne.

 – Tak. Na zimne – zgodził się Amerykanin, przyspieszając na obwodnicy.

 – Zatem z czym pan do mnie przybył?

 – Wszystko opowiem, gdy dojedziemy. Mam ochotę na mały spacer, a pan?

 – Czuję, że moje chęci nie mają żadnego znaczenia…

 – Proszę się nie gniewać – rzucił pojednawczym tonem kierowca. – I tak naruszam kilka reguł. W interesie pana klientki – dodał.

 – Coraz bardziej mnie to intryguje – mruknął Zawadzki i zamilkł, obserwując drogę.

Po kilkunastu minutach ostrej jazdy skręcili w boczną szosę. Smith zatrzymał bmw na pustym leśnym parkingu i wysiadł. Sięgnął do kieszeni, z której wyjął małe pudełeczko.

 – Pan wybaczy, mecenasie, ale muszę sprawdzić, czy nie ma pan urządzeń nagrywających i takich tam różnych… I proszę wyłączyć komórkę.

 

Adwokat poddał się dziwnej procedurze, a w jego głowie zakotłowało się od domysłów.

 

 – Okej. Jest pan czysty. To teraz przejdziemy do sedna. Postaram się streściwiać – usłyszał.

 – Streszczać – odruchowo poprawił tajemniczego faceta.

 – Dziękuję. Nobody`s perfect – zaśmiał się blondyn. – Ponad rok temu pani Katarzyna Tańska, tłumaczka zatrudniona w głównej siedzibie ONZ wybrała się na wycieczkę. W pewnym momencie zjechała z drogi i zatrzymała się na małym parkingu, na którym doszło do strzelaniny. Zabito pewnego człowieka, a sprawca zbiegł. Niestety zdążył zapamiętać numery rejestracyjne samochodu pani Tańskiej, do której też zresztą strzelał, chcąc pozbyć się świadka. Nie trafił. Spłoszył go nadjeżdżający patrol policji, tak więc pani Katarzyna ocalała.

Uznano, że były to porachunki dilerów, bo w samochodzie tego zabitego znaleziono kilka woreczków amfy. Kilka dni później morderca jednak dopiął swego. Ładunek wybuchowy podłożony w samochodzie Tańskiej zabił ją na miejscu. Szczątki skremowano i po miesiącu załatwiania formalności, dostarczono rodzinie w Polsce. Pochówek odbył się na cmentarzu powązkowskim. Ładna nekropolia. Wiem, bo wczoraj tam byłem.

 – Po co mi pan to opowiada? Przecież wszystko podali w prasie i innych mediach. U was i u nas.

 

Smith uśmiechnął się.

 – Bo to była wersja just for media, mister Zawadzki. Jak się ten ksiądz od trzech prawd nazywał? Tis… Tisz…

 – Tischner. “Świnto prowda, tys prowda i gówno prowda”. Znaczy… wersja dla mediów to…

 – Gówno prawda, mecenasie. Bullshit. To nie byli dilerzy.

 – A kto?

 – Pewien niezupełnie uczciwy senator był szantażowany i żeby pozbyć się problemu, zlecił zabójstwo.

 – Musiał być bardzo “niezupełnie uczciwy”, prawda?

 – To są szczegóły, których nie mogę ujawnić. Chodzi o interes i wizerunek Stanów Zjednoczonych, do you understand?

 – Zatem czym zasłużyłem na wtajemniczenie?

 – Jest pan pełnomocnikiem córki Tańskiej.

 – Mimo wszystko nadal nie rozumiem.

 

Amerykanin westchnął i nabrał powietrza w płuca. Wokół odludnego parkingu rosły wysokie sosny. Ich zapach przyjemnie kontrastował z wyziewami wielkiego, oddalonego o niespełna dziesięć kilometrów miasta.

 

 – Prawda wyglądała inaczej niż bełkot w mediach. Gdy pani Katarzyna zorientowała się, że napastnik uciekł, podeszła do umierającego w samochodzie człowieka. Zanim skonał i zanim podbiegli policjanci, ten gość dał jej małą karteczkę. Roztrzęsiona schowała ją do kieszeni i nie przekazała gliniarzom z patrolu. Dopiero, gdy przesłuchiwało ją FBI, oddała to federalnym.

 – Co było na karteczce?

 – Nie od razu to zrozumiano i doceniono. Dopiero po dwóch tygodniach.

Szantażysta się zabezpieczył i ukrył haki na senatora w skrytce bankowej. Na karteczce była zaszyfrowana lokalizacja. Adres banku i tak dalej.

 – W ten sposób FBI trafiło na właściwy trop?

 – Yes. I w takiej sytuacji do akcji wkroczyli śledczy z Departamentu Sprawiedliwości.

 – A dlaczego Tańska nie była pilnowana? Przecież macie tam program ochrony świadków? Poza tym coś mi tu nie pasuje. Co się stało z senatorem i tym killerem?

 – Tańska była pilnowana przez federalnych, zaręczam. Killera dorwali miesiąc po wybuchu samochodu. Zastrzelono go przy próbie ujęcia. Zdążył ciężko ranić dwóch agentów. To był profesjonalista… – Smith przeciągnął się. – Pięknie pachną te sosny – powiedział.

 – Pilnowana? Kiepsko, jak widać… A senator? – Zawadzki spojrzał w oczy Jankesa. – Poniósł konsekwencje karne?

 

John rozpiął guzik koszuli i poluzował krawat.

 – I tu dochodzimy powoli do celu naszej rozmowy. Widzi pan, mecenasie… Czasem koszty postawienia komuś zarzutów… a mówię o postaciach bardzo wysoko postawionych, mających dostęp do tajemnic państwowych… są zbyt wysokie, rozumie pan?

 – To jakaś kpina? Ten człowiek odpowiada za śmierć dwóch osób!

 – Mister Bogusław… niech mi pan da dokończyć, please.

Senator nie żyje. Uległ dwa tygodnie temu nieszczęśliwemu wypadkowi. Poraził go prąd. Wie pan… nawet u nas w United States instalacja elektryczna bywa zawodna… Szczególnie w tych starych wiktoriańskich rezydencjach – mrugnął okiem.

 – Czyżby ktoś…

 – Mecenasie, nie ma sensu drążyć. Oficjalna wersja mówi o wypadku i niech tak zostanie. Ktoś, kto by taką wersję podważał, mógłby zostać uznany za osobę zagrażającą interesom mojego kraju, nie sądzi pan? Przyjmijmy, że Bóg ukarał winowajcę. Jak to polskie przysłowie brzmi? Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy, tak?

 

Adwokat zamyślił się. Nagle go olśniło.

 – Nagranie dla córki, powstało pod okiem FBI, prawda?

 – Tak. Pani Tańska mocno nalegała. Przekonała ich, że to bardzo ważne. Bała się, że jej nie ochronią i ta mała nigdy nie pozna ojca.

 – Nie mogła po prostu zadzwonić do Polski?

 – Nie mogła. Znam to nagranie i wiem, że miało trafić do córki, gdy według waszego prawa będzie pełnoletnia. Pan się z tego sumiennie wywiązał.

 

Zawadzki zaczerpnął powietrza.

 – A dlaczego ten film nakręcono trzy tygodnie po śmierci pani Katarzyny? – wypalił znienacka.

 

Amerykanin nie wydawał się zaskoczony.

 – Brawo, mecenasie! No właśnie w tej kwestii się spotkaliśmy…

 


 

 – Babciu, pojutrze wracam. Cieszysz się?

 – Martwiłam się o ciebie.

W głosie Marii słychać było ulgę. Przez całą noc męczyły ją dziwne sny. Obudziła się spocona, a serce biło niepokojąco szybko. Zaparzyła melissę i siedząc na kanapie, trzymała w jednej dłoni filiżankę, w drugiej telefon.

 – Niczym się nie martw. Ale ja nie wracam sama.

 – Koleżanka też przyjedzie? Gość w dom, Bóg w dom.

 – To nie koleżanka, babciu.

 

Maria odstawiła filiżankę.

 – Czy… to… kolega? – zapytała cicho.

 – Nie wiem, jak ci to powiedzieć… Nie. To nie kolega. Za pięć minut zadzwoni do ciebie mecenas Zawadzki i wszystko wytłumaczy, dobrze?

 – Nic nie rozumiem.

 – Czy z twoim sercem wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? – Suzi zmieniła temat.

 – Wczoraj byłam u lekarza. Nic złego się nie dzieje. Ale… o co chodzi z mecenasem?

 – Muszę kończyć. Proszę, niczym się nie denerwuj. Kocham cię. Pa.

 

Kobieta długo patrzyła w czarny ekran. Nagle rozległ się dzwonek. Na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko adwokata.

 


 

 – Jesteś pewna, że babcia chce mnie widzieć?

Igor patrzył niepewnym wzrokiem na młodszą córkę i pocierał czoło.

 – Pierwszej teściowej nie znosiłeś. Z wzajemnością. Może tym razem będziesz miał więcej szczęścia? – zakpiła Basia, zagłębiając łyżeczkę w pucharku lodów.

Siedzieli w kawiarnianym ogródku przy zabytkowym pensjonacie “Ewelina”.

 – Pani Maria nie jest moją teściową – zaprotestował.

 – To jak nazwać babcię twojej córki? – Burska oblizała usta.

 – Po prostu. Babcią mojej córki.

 – No… Bez problemu możecie sobie mówić po imieniu. Jesteś niewiele od niej młodszy – zachichotała.

 – Ona jest super – wtrąciła Suzi. – I to jej zawdzięczam, że nie zwariowałam po śmierci mamy.

 – Czy mecenas pokazał pani Marii ten film? – zainteresowała się Basia.

 – Tak. Chociaż trochę się bałam o jej serce. Miała kilka lat temu problemy z ciśnieniem.

 

 – Suzi… Na filmie mama mówi, że do twoich urodzin zostało trzysta pięćdziesiąt dni. A zginęła dokładnie rok i pięć dni przed tą datą. To daje trzysta siedemdziesiąt. Też to zauważyliście? – żona komisarza policji zdecydowała się wreszcie poruszyć ten temat.

 – Pomyliła się. Była w stresie. Również o tym myślałem – Igor sięgnął po filiżankę z kawą.

Basia nie ustępowała.

 – A ta książka? Nie macie wrażenia, że chciała coś w ten sposób przekazać?

 

Zuzia zmrużyła oczy.

- Mama nigdy nie interesowała się metafizyką. To rzeczywiście do niej niepodobne… Chyba miała zamiar mnie podnieść na duchu, cokolwiek by się nie wydarzyło.

 

Uniosła szklankę i umoczyła usta w soku pomarańczowym.

 – Ale coś wam muszę powiedzieć – szepnęła. – Dzięki temu filmikowi, czuję jej obecność. Wiem, że nade mną czuwa i że nie odeszła bez śladu. Ona gdzieś jest.

 – Jako duch? – zapytał Stawski.

 – Jako energia, tato. Energia, która dodaje mi sił.

 – Masz jeszcze nas. Nie zapominaj, siostro – zaśmiała się Burska, kładąc dłoń na ramieniu osiemnastolatki.

Spojrzała na telefon.

 – Pójdziemy do pana Miecia po peugeota? Napisał esemesa, że już mogę odebrać.

 – To oznacza, że jutro wracasz w ramiona Marka?

 – Tak. I w ramiona biznesu. Moja wspólniczka już warczy. Najpierw zostawiłam ją samą na trzy tygodnie w czerwcu, a teraz…

 – Da się wyżyć z takiego sklepu?

 – Tato, kobiety do końca świata będą kupowały kosmetyki – parsknęła śmiechem. – Co masz taką minę, sister?

 – Właśnie mi uświadomiłaś, że mama na nagraniu miała usta pomalowane na kolor, którego nie znosiła… Chodźmy już, bo zaczynam za dużo myśleć.

 


 

 – Suzi, musimy się spotkać. I to szybko.

Spokojny zazwyczaj głos adwokata brzmiał tym razem inaczej.

 – Właśnie wracamy z cmentarza. Z tatą i babcią. To bardzo ważne? – zapytała.

 – Na tyle ważne, że zapraszam cię do kancelarii natychmiast.

 – Możemy przyjechać w trójkę?

 

W telefonie zapadła cisza. Zawadzki wahał się.

 – Jeśli chodzi o ojca, nie widzę przeszkód. Ale wiem, że pani Maria ma słabe serce. Nie chcę… Nie mogę jej narażać, rozumiesz?

 

Suzi ścisnęła komórkę.

 – O czym pan mówi?! Co się stało?

 – Czy babcia jest gdzieś blisko?

 – Nie. Poszła coś załatwić w zarządzie cmentarza. Czekamy na nią w samochodzie. Ma pan natychmiast powiedzieć, co się dzieje! – prawie krzyknęła do mikrofonu.

 – Mam… nowe informacje w sprawie twojej mamy. Przez telefon nie mogę wyjawić nic więcej. Dasz radę być u mnie w ciągu godziny?

 – Odwieziemy babcię do domu i przyjedziemy – popatrzyła na Igora, który przysłuchiwał się rozmowie ze wzrastającym zainteresowaniem.

 – Czekam.

 

 – Co się wyprawia? – zapytał Stawski.

 – Nie wiem, ale już jestem cała w nerwach. On nigdy nie był taki spięty. Ale jeśli to ma zaszkodzić babci… to nic jej nie mówmy. Mogę na ciebie liczyć?

 – Głupie pytanie. Pewnie, że możesz. Patrz! Ona już idzie.

 

Wysiadł i usłużnie otworzył tylne drzwi.

 – Jedziemy na obiad? Ugotuję coś pysznego – powiedziała Maria, uśmiechając się przyjaźnie do Igora.

 – Podrzucimy cię do domu, ale musimy wyskoczyć do miasta. Wrócimy szybko, babciu.

 – Może to i lepiej – zachichotała. – Nie lubię, gdy mi się rodzina kręci po kuchni.

 

Igor spojrzał porozumiewawczo na córkę. Ruszył ostro z parkingu.

 


 

Kancelaria mieściła się na pierwszym piętrze starej, eleganckiej kamienicy. Pokonanie trzydziestu dwóch marmurowych stopni zajęło im kilka sekund.

Suzi nie zdążyła nacisnąć dzwonka. Mecenas najwyraźniej obserwował ulicę przez okno, bo otworzył drzwi natychmiast. Jego oczy błyszczały.

Wskazał korytarz i poszedł przodem. Zaprosił gości do gabinetu i podał dłoń Igorowi.

 – Dobrze, że pan też przyszedł. Córka może przeżyć szok. Pan zapewne również.

 

Zuzia oderwała wzrok od twarzy Zawadzkiego i rozejrzała się po pokoju. Jej nozdrza zadrgały.

 – Czuję perfumy. Takich samych używała mama. Mam omamy?

Adwokat nie odpowiedział.

 – Napijecie się czegoś? Panu nie proponuję, bo jest pan kierowcą, ale może Suzi zechce kropelkę koniaku?

 – Zechcę. I bardzo proszę – niech pan wreszcie powie, dlaczego nas pan tu ściągnął!

 – Dla mnie może być woda – mruknął Stawski, patrząc na kieliszek z bursztynową zawartością.

 

 – Usiądźmy – mecenas wskazał fotele. – Nie ukrywam, że takiej sprawy jeszcze nie prowadziłem…

 – Panie Bogusławie! Do rzeczy! – podniosła głos dziewczyna, czując w ustach smak Napoleona.

 

 – Zatem cofnijmy się o rok. Pani Katarzyna była świadkiem morderstwa.

 – Przecież to wiemy! – przerwała Suzi.

 – Dasz mi skończyć? Dziękuję – odparł Zawadzki. – I ja też się napiję.

Wyciągnął drugi pękaty kieliszek z szafki i nalał do połowy. Uniósł szkło, umoczył usta i kontynuował przemowę.

 – Kilka dni temu odwiedził mnie pewien Amerykanin. Nie ukrywam, że… to, co powiedział… No dobrze. Po kolei – przełknął kolejną porcję cierpkiej brandy.

 – Prawda okazuje się inna niż to, co podała prasa. To nie były porachunki handlarzy narkotyków. To było zabójstwo na zlecenie. Nie mogę niestety zdradzić szczegółów…

 – Panie mecenasie, moja córka zaraz wybuchnie – ostrzegł Igor.

 – Jeszcze moment. Bardzo proszę. Postaram się najkrócej, jak to możliwe – rzekł adwokat. – Życie pani Katarzyny było zagrożone, a ze względu na pracę dla ONZ, dochodzenie prowadziła nie policja, a FBI. Federalni zapewnili jej ochronę. Pani mama została ukryta w bezpiecznym miejscu, a ją samą zastąpiła odpowiednio ucharakteryzowana agentka. FBI miało nadzieję w ten sposób zwabić w pułapkę strzelca z parkingu.

Niestety zawodowy zabójca okazał się sprytniejszy i choć popełnił błąd, dzięki któremu potem został namierzony i zastrzelony, to udało mu się dokonać zamachu. Tyle że nie zrobił tego za pomocą podłożonego ładunku. Użył granatnika przeciwpancernego M72. To leciutka zabawka. Waży tylko kilka kilogramów…

 

 – To znaczy, że morderca mojej mamy też nie żyje? To dobra wiadomość. Nie rozumiem tylko, po co ten cały cyrk dzisiaj. I dlaczego uważa pan, że babcię mogłoby to zdenerwować?

 

Zawadzki dopił zawartość koniakówki.

 – Nie słuchałaś uważnie? Samochodem jechała nie pani Katarzyna, a agentka FBI. To ona zginęła.

 

Dwie pary oczu świdrowały mecenasa. Stawski rozpiął dwa guziki koszuli i otarł pot z czoła, a Suzi zbladła.

 – Gdzie jest moja mama?! – krzyknęła.

 

Drzwi gabinetu uchyliły się.

 – Tutaj jestem, córeczko.

 


 

 – Może zostawimy panie same? – zaproponował Zawadzki, patrząc na szlochające, obejmujące się kobiety.

 – Dobry pomysł – przytaknął Igor.

 

Adwokat zamknął drzwi i poprowadził muzyka do pokoju obok.

 – Panie mecenasie, proszę mi wytłumaczyć, dlaczego ona mogła wyjść z ukrycia dopiero teraz?

 – Jestem zobowiązany do zachowania dla siebie pewnej wiedzy, której zresztą nie posiadłem w całości… Niemniej mogę powiedzieć, że w tle tych zabójstw było coś większego. Bardzo ważnego dla Amerykanów. I dopóki nie doprowadzili sprawy do końca, pani Kasia nie miała prawa zmartwychwstać.

 – Ona wróci do pracy w Nowym Jorku?

 – Na pewno nie. Przeżyła w Stanach piekło. Powiedziała mi, że nigdy więcej nie zostawi córki, nawet gdyby za granicą oferowali fortunę.

 

Stawski zamyślił się.

 – Musiała milczeć i cierpieć. Na tym nagraniu są jednak pewne wskazówki. Liczba dni, tajemnicza książka… A nawet kolor szminki. Amerykanie nie skapowali się, że Kasia przemyciła zaszyfrowane sygnały?

 – Po pierwsze, nie przeceniajmy inteligencji naszych przyjaciół zza oceanu. Po drugie, przyznajmy, że my też ich nie odczytaliśmy, prawda? Po trzecie, jeden człowiek się jednak zorientował. Facet, który mi powiedział prawdę, gdy już mógł.

 – I jeszcze ktoś.

 – Kto?

 – Moja starsza córka dostrzegła te znaki. Tyle że nie śmiała wyciągać właściwych wniosków.

 

Zawadzki spojrzał z uznaniem.

 – Jakie ma pan plany wobec Suzi? – zapytał.

 – Przede wszystkim chciałbym uznać ją prawnie jako córkę.

 – Prawo jest dość dziwne, panie Igorze. Co do zasady niemożliwe jest uznanie ojcostwa dziecka pełnoletniego… Ale znajdziemy sposób – uśmiechnął się. – Mamy też inny problem – dodał.

 – Jaki?

 – W sensie prawnym bardzo łatwo jest umrzeć. Natomiast powrót do świata żywych oznacza mnóstwo kłopotów i walki z urzędami. Biurokracja, panie Stawski, biurokracja.

 – To jakiś absurd! – krzyknął muzyk.

 – A bo to jeden mamy w przepisach? – mruknął Zawadzki. – A propos, amerykański Departament Sprawiedliwości przyznał pani Katarzynie coś w rodzaju odszkodowania. Kwota spora…

 – Nie interesują mnie pieniądze Kasi – usłyszał zdecydowaną odpowiedź.

 – A ona jako ona?

 

Igor przełknął ślinę. Odwrócił głowę. Krępującą ciszę przerwały głosy z korytarza.

 – Tato, gdzie jesteś? Chcę, żebyś poznał moją mamę.

 – Ale my już się poznaliśmy. Kiedyś – odpowiedział zmieszany.

 – To się poznajcie jeszcze raz.

Katarzyna podeszła do zakłopotanego mężczyzny.

 – Cześć. Mam na imię Haliuruna – uśmiechnęła się, ocierając chusteczką wciąż mokrą od łez twarz.

 – Hej. Przyjaciele mówią na mnie Atanaryk.

 

Suzi mrugnęła do adwokata.

 – Panie mecenasie, chodźmy do gabinetu i zastanówmy się, jak przygotować babcię. A wy – omiotła spojrzeniem dwie wpatrzone w siebie postacie – pogadajcie sobie na osobności.

 


 

Basia zamilkła. Marek wstał i dołożył drewna do kominka.

 – Co było dalej? – zapytałem. – W internecie nie widziałem sensacyjnych plotek na temat Stawskiego.

Żona komisarza uśmiechnęła się tajemniczo.

 – Jeszcze zobaczysz. Od tych wydarzeń minęło zaledwie pół roku.

 – Czy to oznacza, że…

 – To oznacza, że talent mecenasa Zawadzkiego w połączeniu z możliwościami finansowymi Haliuruny pozwoliły, jak na razie, zabezpieczyć się skutecznie przed wścibstwem.

 – Powiedziałaś “Haliuruna”?

 – Tak. Zdziwisz się, ale się bardzo zaprzyjaźniłyśmy. Często odwiedzam ją w… – zawahała się.

 – W Nałęczowie? – zaśmiałem się.

 – Bywasz domyślny, Paweł.

 

 – Ostatni toast i idziemy spać. Za dobrych prawników – odezwał się Wojtek, wznosząc szklankę.

 – I za muzykę – dodał Marek.

 – I za miłość – szepnęła Marianne tak cicho, że nikt poza mną tego nie usłyszał.

 


 

 Przez całą noc sypało gęstym śniegiem. Dzień wstał pochmurny, a jodły chwiały się, targane silnymi podmuchami wiatru.

 – Odradzam narty – powiedziała gospodyni. – Zresztą wyciągi są nieczynne w taką pogodę.

 – Cholera! – zaklął Karol. – Czy ten pech się kiedyś skończy?

 – Są i dobre strony – odezwała się Ewa. – Możemy posiedzieć przy kominku i posłuchać opowiadania Marianny. Po co czekać do wieczora?

 – Jesteś gotowa? – zerknąłem na Francuzkę.

W jej oczach dojrzałem niezdecydowanie.

 – Bardzo prosimy – głos Basi zabrzmiał prawie błagalnie.

 – Dobrze. Ale najwcześniej za godzinę.

 – Pomóc ci w czymś? – zapytałem.

 – Non, merci. Pójdę teraz do siebie. Sama – spojrzała mi w oczy. –  Paul, masz wolne.

 – Marianne… Ale ja…

 – Nic nie mów, proszę.

Odwróciła się i zniknęła za masywnymi drzwiami.

 

 – Wychodzę na papierosa – zakomunikowała Ewa. – Paweł, nie chcesz się przewietrzyć?

 – Twoja propozycja zalatuje oksymoronem – odparłem, wciąż patrząc na drzwi oddzielające świat Marianny od świata gości.

 – Staniesz po nawietrznej. Rusz literacką dupę – zmrużyła oczy.

 


 

 – Jakie masz zamiary względem Marianny? – zaatakowała bez pardonu, wypuszczając kłąb dymu.

 – A właściwie dlaczego cię to interesuje?

 – Pytam przez ciekawość.

 – Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, Ewciu.

 

Papierosowy dym zawirował i porwany wiatrem rozpłynął się nad parkingiem.

 – Znasz bajkę o trzech wędrowcach? – spytała.

 – Znam wiele bajek. O którą ci chodzi?

 – O tę, w której trzech facetów, wyposażonych w magiczne piórka, szukało bogactwa. Tam, gdzie upadło pierwsze piórko, znaleźli złoża srebra i tam został pierwszy z nich. Dwaj pozostali ruszyli dalej. Gdy upadło drugie, odkryli żyłę złota. – Zostań tu ze mną, złota starczy dla dwóch. Obaj będziemy bogaci – powiedział właściciel szczęśliwego pióra. – Nie. Ja pójdę dalej z moim. Na pewno znajdę co najmniej diamenty – rzekł trzeci wędrowiec.

Ruszył więc dalej, ściskając kurczowo piórko. Doszedł do mroźnej krainy, wspiął się na sam szczyt wysokiej góry, a tam stał przykuty do skały człowiek. Cierpiał okrutnie, bo zębate, lodowe koło wirowało po jego czaszce. Gdy wędrowiec podszedł bliżej, koło przeskoczyło na głowę przybysza, a łańcuchy  otoczyły ciało.

Uwolniony skłonił się nisko i podziękował. – Ja też kiedyś przyszedłem aż tu z piórkiem w dłoni – powiedział. – Nie doceniałem tego, co mogłem mieć. I spotkało mnie dokładnie to, co teraz ciebie. Żegnaj.

 

 – To koniec? Smutna bajka – mruknąłem.

 – Mądra.

Ewa zdusiła niedopałek, ale nie odchodziła.

 – Intuicja mi podpowiada, że to, co opowie Marianna będzie skierowane do ciebie. Nawet jeśli ona tego nie zrobi świadomie, rozumiesz?

 – Lubisz mnie, Ewa?

 – Lubię. I dlatego właśnie chciałam zapalić w twoim towarzystwie.

 

Patrzyłem, jak stawia ostrożnie stopy w śniegu, idąc w kierunku ganku.

 


 

14,468
9.99/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.99/10 (60 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (11)

SENSEIH · Autor · 12 stycznia 2023

0
-1

O, ktoś dał "jedynkę" 😀 Pozdrawiam go/ją serdecznie i zapraszam do ujawnienia się... Do uzasadnienia... 😀

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Hosse · 12 stycznia 2023

+9
0

Gdybym był szarym Rzymianinem z dawnych dziejów, grzmialbym: "chleba i igrzysk". Jestem tu i teraz, grzmię: "chleba i kunsztu Twego pióra...".

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

SENSEIH · Autor · 12 stycznia 2023

+4
0

@Hosse Dziękuję. Jest mi bardzo miło móc dostarczać strawy duchowej 🙂

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

adamnet72 · 13 stycznia 2023

+12
-1

Świetne opowiadanie, nic dodać, ująć. Mam nadzieję, że kolejne części się ukażą bardzo szybko.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Tomp · 13 stycznia 2023

0
0

"...mama mówi, że do twoich urodzin zostało trzysta pięćdziesiąt dni. A zginęła dokładnie rok i pięć dni przed tą datą". Ponieważ musiałem trzy razy przeczytać ten ustęp, by zrozumieć zależność czasową, proponuję zamienić na "...mama mówi, że do twoich osiemnastych urodzin zostało trzysta pięćdziesiąt dni. A zginęła dokładnie rok i pięć dni przed nimi". Co do formy innych uwag nie mam. Co do treści, to zakończenie trochę rozmyte. Po sensacyjnym opowiadaniu trudno przestawić się na niuanse towarzyskie. I czy one są istotne, czy opowieść o nieznających się córkach, intrydze FBI, "zmartwychwstałej" matce i szansie na rozkwit niezgasłej miłości?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

SENSEIH · Autor · 13 stycznia 2023

+2
0

@Tomp Dzięki za wnikliwą lekturę. Wiele osób "przelatuje" tylko tekst, szukając "momentów" lub po prostu zakończenia i rozwiązania "zagadki".
Fakt, że "pięć dni przed nimi" jest łatwiejsze dla czytelnika. Zgoda. Czy poprawię? Nie wiem.
Co do zakończenia nowelki, które to zakończenie wybrzmiewa jeszcze przez kilka zdań, ale już w "alpejskiej" fabule... Otóż, tak jak napisałem w słowie od autora na początku - to jest fragment książki. Za moment będzie tu (czeka na publikację) kolejny fragment. Niestety CAŁEJ książki na Pokatne nie wrzucę z przyczyn komercyjnych. Zaś tylko lektura całości daje pełen obraz, wydobywa to, co chciałem pokazać, uzmysłowić, uderzyć w podświadomość.
Przyznam, że oczywiście mogłem wrzucić "gołą" nowelkę bez wspomnianej otoczki. Wtedy nie byłoby "rozmycia". Ale nie byłoby też powiewu czegoś w rodzaju "zwiastuna" "Ciemnej strony Księżyca". To byłoby jak wykadrowany obraz, w dodatku bez ram.
No... zawsze jest coś za coś .
No i ważna rzecz - wątek alpejski to nie "niuanse towarzyskie". To równoległa fabuła tej książki. Ściśle powiązana z treścią ośmiu nowelek. Więcej chwilowo nie zdradzę.
Zatem wybaczcie, czytelnicy, że do kotletów dodaję trochę ziemniaków i jarzyn, niemniej uczciwie o tym piszę w przedmowach, które warto czytać na równi z opowiadaniem sensu stricto.
To samo zresztą będzie, gdy admin wrzuci (zapewne w ciągu najbliższych godzin) kolejną nowelkę z tego zbioru. Oprócz kryminalnej nowelki "właściwej", zatytułowanej "Nietypowe zlecenie", znów pojawi się owa otoczka w postaci fragmentu "przed" i "po" zwierzeniach jednego z ośmiu narratorów. Natomiast przypominam raz jeszcze - całości książki TU nie opublikuję. Najwyżej podam info, gdzie będzie dostępna. Niestety nie za darmo, ale ludzie pióra też muszą jeść i pić. Przynajmniej do czasu, gdy 500+ nie zostanie rozszerzone na literatów 😉

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Sylwia76 · 15 stycznia 2023

+15
-26

Cóż. Jesteśmy w dziale z opowiadaniami erotycznymi. Erotyka to z definicji coś, co ma budzić podniecenie. Chętnie dowiem się co wg autora podniecającego miało być w lekturze tego opowiadania😂

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

SENSEIH · Autor · 15 stycznia 2023

+31
-15

@Sylwia76
Cóż, Eros i jego rzymska wersja - Amor był bogiem nie tylko miłości fizycznej, lecz miłości w ogóle. To po pierwsze.

Po drugie zaś, owo opowiadanie, otagowane zresztą słowem "kryminał", a nie przykładowo "orgia" jest (jak wyraźnie zaznaczono w przedmowie) CZĘŚCIĄ większej całości. Książki, z której już - niejako w prezencie, opublikowałem na Pokątnych trzy nowelki, wraz z pewnymi "otoczkami", a "w drodze" jest czwarta. I nie jest to antologia. Nie jest to pudełko z klockami, a coś spojonego fabułą. A całość aż kipi od erotyki w tym sensie, o którym rozmawiamy. Tyle że nie kipi na każdej stronie z prostej przyczyny - do potrawy, aby była smaczna, dodajemy kilka łyżeczek przypraw. Nigdy odwrotnie.

Po trzecie - portal "Pokątne" ma kilka opisów. Jeden z nich, umieszczony w stopce, brzmi: "Pseudoliteracki, a może coraz częściej erotyczny zbiór tekstów tworzonych pokątnie przez naszych czytelników już od 19 lat!".
Semantycznie rzecz ujmując, "coraz częściej erotyczny" oznacza to, co oznacza. I nie ogranicza autorów do skryptów dla onanistów.
Na marginesie warto dodać, że pewne, niestety nieliczne grono autorów tu publikujących PSEUDOliteratami wcale nie jest. Nie wymienię ich nicków, bo nie daj Boże kogoś pominę i się poczuje urażony, ale oni są, publikują i chwała im za to. Bez nich portal byłby li tylko azylem grafomanów erotomanów tworzących językiem uczniów podstawówki werbalne wersje niemieckich pornosów.

Poza tym... Jeśli ktoś nie może się przy jakimś tekście podniecić, a nie ma się do czego przyczepić w sensie warsztatu literackiego, to uczciwiej i zdrowiej byłoby dla niego, gdyby zwyczajnie poszukał innego, otagowanego tym, co lubi, opowiadania, zamiast wyładowywać frustrację i przywalać "jedynkami". Ani to mądre, ani kulturalne.
Zwłaszcza że jest to metoda nieskuteczna, albowiem admin, człek światły, przewidział takie behawiory. Portal ma wbudowane automatyczne narzędzia, aby to tępić...

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Tomp · 23 stycznia 2023

+2
-1

@ SENSEIh Eros i Amor byli bogami wyłącznie miłości seksualnej. Grecja znała 7 bogów interesujących się różnymi przejawami miłości. Język grecki znał 8 słów nazywających szczególne miłości, a eros (jako pojęcie) było jednym z tych ośmiu. W ewangeliach nigdy nie użyto eros; nawet jak Jezus trzykrotnie pyta Piotra "Czy mnie miłujesz", a on trzykrotnie odpowiada, to obaj używają dwóch słów: agape i phileo (co zresztą przez domorosłych kaznodziejów i egzegetów nie jest w ogóle zauważane, a gra tych słów jest osią przekazu). Podobnie język polski zna dziesiątki słów na różne rodzaje miłości. PS Biskup Paetz obdarzał kleryków majtkami z napisem ROMA i kazał im to czytać od tyłu, co stało się istotnym argumentem za jego odsunięciem.

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

SENSEIH · Autor · 23 stycznia 2023

0
-1

@Tomp O, lubię historyczne i etymologiczne nawiązania.
Oczywistym jest, że Grecy używali ośmiu określeń. Nawet możemy je tu przywołać: agape, philia, eros, philautia, storge, pragma, ludus i mania. Nawet portal "kobieta.onet.pl" je wymienia, choć jedno z literówką.

Aby jednak spojrzeć na zagadnienie z innej strony i wzbogacić rozważania, wciąż posługując się etymologią i badaniami tradycji - przypomnijmy sobie jak mówi się "miłość" w językach romańskich. Okaże się, że wszystkie te piękne słowa pochodzą wprost od łacińskiego "amor", zaś Władysław Kopaliński w "Słowniku mitów i tradycji kultury" pisze tak: "Amor - rzymski bóg miłości, syn Wenery, utożsamiany z greckim Erosem; wyobrażenie, uosobienie miłości".

Jako że mam wiele, wiele wspólnego z filologią romańską, skojarzenia moje są równie romańskie. Greków zostawiam w spokoju... Przy okazji i na marginesie - jest wątpliwym, aby Jezus rozmawiał z ziomalem, prostym rybakiem z Galilei po grecku. Obstawiam język aramejski, którego nie znam, zatem sprawdziłem z ciekawości jak jest po aramejsku "kocham cię" i wyskoczyło mi coś takiego: "klʾnʾ myr", co wydaje się być wiedzą bezużyteczną, ale przygotowanym być warto, bo co będzie, gdy okaże się, że kosmici używają archaicznych słowników?

Podsumowując, nie odmawiajmy Amorowi (a nawet Erosowi) romantyzmu i pamiętajmy, że "amor vincit omnia"...

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Opowiadania o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.