Wakacje z Jolą
23 lipca 2026
15 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
To miały być piękne wakacje. Wspaniały hotel nad samym morzem, chorwackie słońce, bałkańskie specjały, upojne chwile we dwoje. Miały być…
Przyznać muszę, że byłem dość zapracowanym człowiekiem. Od moich studiów minęło już kilka lat, udało mi się znaleźć pracę świetną, choć niemal całkowicie wypełniającą mój czas. No i nieustanne podróże. Rodzice pomogli mi kupić samochód, a mieszkanie udało mi się nabyć bardzo korzystnie, choć niestety na kredyt. Ale cóż, kto dzisiaj nie ma kredytu? Powoli je umeblowałem, wyposażyłem w niezbędny sprzęt. Tylko nie miałem czasu się nim cieszyć, ani myśleć o kobiecie na stałe. Jaka praca, takie życie…
Moją Jolę poznałem przez przypadek, na imieninach naszej wspólnej, jak się okazało, znajomej. Wcześniej nawet nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu. Jola była czarującą brunetką, nieco młodszą ode mnie. Zaskoczony byłem, że między nami od razu coś jakby zaiskrzyło. Prosto z przyjęcia poszliśmy na długi wiosenny spacer i tak to się zaczęło. Jola mieszkała dwadzieścia kilka kilometrów ode mnie, w sąsiednim miasteczku. Z czasem poznałem jej rodzinę, przesympatycznych ludzi. Wzięliśmy ślub już we wrześniu bez zbytniego rozmachu, wesele tylko w gronie najbliższych, a w podróż poślubną postanowiliśmy pojechać latem następnego roku.
Kolejne miesiące wypełniała nam radość z bycia we dwoje w swoim gniazdku. Choć nie mogłem poświęcić Joli tyle czasu, ile bym chciał, to każdą wspólną chwilę staraliśmy się wcześniej zaplanować, by wykorzystać ją od początku do końca. Jednak z planów niewiele wychodziło, bo gdy tylko mieliśmy siebie blisko, to do czego miałyby być nam potrzebne jakieś plany!
Mijały kolejne miesiące, a moje szczęście dodawało mi sił do pracy i podróży. Nastało lato, nasz wyjazd był gotowy, wszystko starannie spakowane. Na lotnisko zawiózł nas Benek, brat Joli i pożegnał z uśmiechem, nie ukrywając zazdrości.
Na miejsce dotarliśmy wczesnym wieczorem, płacąc krocie lotniskowemu taksówkarzowi. Trudno, jak się powiedziało A, to warto powiedzieć B. Nasz hotel faktycznie był znakomity. Położony nad niewielką zatoczką, z wąskim, podłużnym tarasem, wychodzącym wprost na niewielką plażę. Rozlokowaliśmy się w małym apartamencie na drugiej kondygnacji, obejmującym salon z balkonem i przytulną sypialnię. Zatoczka miała około stu, może dwustu metrów szerokości. Po jej drugiej stronie stał ogromny kompleks hotelowy, a na wysokim piętrze, dokładnie naprzeciw nas, miał dużą kawiarnię, wychodzącą na zewnątrz. Z pewnością było z niej widać w całej okazałości obiekt, w którym mieszkaliśmy. Dzielił nas, na zakolu zatoki, piękny park, z wąskim piaszczystym pasem plaży od strony wody.
Zaraz po rozpakowaniu bagaży, postanowiliśmy pójść na kawę, na hotelowy taras. Zeszliśmy schodami, nie myśląc o windzie. Bez przesady, ruch to zdrowie. Zajęliśmy stolik przy zewnętrznej barierce, zamówiliśmy kawę i jakiś firmowy napój z lodem. Na tarasie oprócz nas siedziało starsze małżeństwo, zajęte rozgorączkowaną dyskusją. Dwa stoliki od nas gnieździł się typek o wyglądzie playboya. Kiedy tylko usiedliśmy, zaczął wpatrywać się w Jolę i od czasu do czasu posyłał szerokie uśmiechy. Widać było, że mojej żonie zaczęło się to podobać, bo starała się nieśmiało odwzajemniać te gesty.
Typek był dobrze zbudowany, z owłosioną klatą. Ubrany tylko w slipki i klapki, we włosy wpiął szpanerskie okulary. Na szyi dość gruby łańcuch (ciekawe, czy to prawdziwe złoto), a na przegubach rąk niezliczone bransoletki. Do tego popijał kawę, a gdy podnosił filiżankę, odchylał mały palec. Ogólnie sprawiał koszmarne wrażenie, ale z pewnością znalazłyby się kobiety, którym takie typki imponowały. No przecież nie mojej Joli, która miała dobry gust. Dlaczego więc zwracała uwagę na kogoś takiego?
Następnego dnia, po śniadaniu, Jola poszła na kawę, a ja wróciłem do pokoju, żeby coś przygotować na laptopie. Nie chciałem, żeby urlop spowodował mi zaległości, których później nie będę w stanie nadrobić. Minęła godzina, a Jola nie wracała. Wyjrzałem na balkon, widać z niego było całą, nieosłoniętą markizą, część tarasu. Przy stoliku siedziała Jola z tym typkiem i widać było, że prowadzą radosną, ożywioną rozmowę, dolatywały do moich uszu strzępy angielszczyzny. Trochę mnie zmroziło, ale pomyślałem, niech się przekona, co to za facet. Niemożliwe, żeby mógł ją oczarować. Nie ktoś taki! Jola niebawem wróciła, a ja nie przyznałem się, że widziałem ich razem. Po południu czekała nas ciekawa ekspedycja, wynajętym w hotelu samochodem. To było najważniejsze.
Kolejnego poranka sytuacja się powtórzyła. Ja przy laptopie, a Jola z playboyem przy kawie. Jeszcze to jakoś zniosłem, choć widać było, że coraz lepiej się dogadują, niemal jak starzy znajomi. Czy chciałem, czy nie, moje obawy zaczęły zamieniać się w irytację. Nie przyjechałem tu z żoną po to, by ją adorowały jakieś koszmarne indywidua. Trzeba jakoś odreagować, więc najlepsza będzie kolejna wyprawa w teren.
Czwarty dzień zajęło nam głównie opalanie się. Typek oczywiście rozłożył koc tak, aby nas dobrze widzieć. Nie miał jednak odwagi podejść do nas.
I znów poranek, poranna kawa. Ja do pokoju, a Jola zdecydowała jeszcze zostać na tarasie. Tym razem postanowiłem być czujny. Minęło może pół godziny i wyjrzałem z balkonu. Jola z playboyem szczebiotali rozkosznie, a on delikatnie poklepywał jej dłoń, którą położyła na stoliku. Co to, to nie! Zbiegłem na dół i stanąłem naprzeciw Joli. Udała zaskoczenie, jednak wcale się nie zmieszała.
– Pozwól, że ci przedstawię – zaczęła, a typek wyszczerzył zęby i próbował wyciągnąć do mnie rękę.
Przerwałem jej, nie ukrywając wściekłości:
– Powiesz mu delikatnie, żeby sobie poszedł, czy ja mam mu brutalnie oznajmić, żeby spierdalał?
Jola znieruchomiała, uśmiech zniknął z jej twarzy. Playboy chyba zrozumiał, co do niej mówię, choć mówiłem w naszym ojczystym języku, którego z pewnością nie znał. Wstał, odsuwając krzesło i odszedł szurając klapkami.
– Jak możesz – Jola chciała wybuchnąć, ale zapiszczała tylko żałośnie.
– Jak mogę? Czy ty nie widzisz, kto to jest? Że to facet, który poluje na naiwne kobiety i próbuje je zaciągnąć do łóżka?
– Chyba zwariowałeś! Za kogo ty mnie masz?
– Odpowiem ci tak: mam cię za swoją żonę i nie zamierzam się z nikim dzielić. A jeśli taki układ ci nie pasuje, to powiedz mi wprost – moja wściekłość zaczęła już przekraczać granice zwykłych pretensji – nie mogę się nadziwić, że flirtujesz z takim typem, zwłaszcza z takim typem, całkiem zapominając o mnie.
Jola milczała przez chwilę, zbierając myśli. Wreszcie się odezwała powoli dobierając słowa:
– Wiem kim jestem i nic tego nie zmienia. A ty masz przerost fantazji! Do tego próbujesz być chamem, choć to do ciebie niepodobne.
– No to sobie wyjaśniliśmy: ja jestem chamem, a ty rozsądną, pełną dobrych manier, kobietą.
– Jarek, powiedziałam, że próbujesz, a nie że jesteś. Dajmy już spokój, wróćmy do pokoju.
Tak trzeba było zrobić. Reszta dnia upłynęła nam w milczeniu. Nie odzywaliśmy się aż do kolacji. Może sen przyniesie ulgę i wróci spokój.
Następnego dnia zamierzałem pojechać do pobliskiego miasta i rozejrzeć się za prezentami dla bliskich. Poprosiłem Jolę, żeby została i zrobiłem to z pełną premedytacją. Wciąż byłem pełen obaw i miałem w głowie chytry plan. Wiedziałem, że pójdzie na kawę, wiedziałem, że będzie tam ten typek i byłem ciekawy, czy coś się wydarzy.
Zajechałem pod hotel naprzeciw i wszedłem na kawiarniany taras. Zamówiłem coś do picia i usiadłem przy barierce, nieco w cieniu stojącej w donicy, ogromnej palmy. Wyposażony w lornetkę, którą zabraliśmy z domu, żeby podziwiać widoki, postanowiłem przyglądać się naszemu tarasowi. Dopadły mnie wątpliwości. Albo już zbzikowałem, albo mam się czym martwić.
Pierwsze obawy sprawdziły się dość szybko. Zobaczyłem, jak playboy dosiada się do Joli, a ona go wita, rozkładając przyjaźnie ręce. Gaworzyli i wymieniali radosne uśmiechy. Zobaczymy co dalej. Obraz w lornetce przybliżał mi ich tak, że można było dostrzec zmarszczki na twarzach.
Minęło może dwadzieścia minut i, o dziwo, typek wstał i odszedł. Skierował się do bocznych drzwi obiektu, którymi można był wyjść na taras, kiedy kawiarnia była nieczynna. Po następnych kilku minutach Jola wyruszyła z powrotem do hotelu, przechodząc przez kawiarnię. Może nic się nie wydarzy, a może jednak…
Postanowiłem obserwować nasz pokój, którego balkon miałem dokładnie na wprost. Po chwili zobaczyłem w głębi pokoju Jolę. Stała, jakby na kogoś czy na coś czekała. Nie minęła minuta i przy Joli pojawił się ten koszmarny facet i ją objął. Zaczęli się całować, po czym typek zdjął jej bluzkę i rozpiął stanik. Nachylił się, by całować jej piersi. W tym czasie Jola zsunęła majtki i delikatnie odepchnęła go od siebie. Siedziałem jak marmurowy posąg i nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Krew o mało nie rozsadzała mi głowy. Jola przykucnęła i powoli zaczęła zdejmować kochasiowi slipki. Kiedy już przed jej oczami pojawiło się, a właściwie stanęło, jego przyrodzenie, ujęła je delikatnie ręką i pocałowała czubek. Po czym uniosła je i językiem zaczęła przesuwać w górę i w dół po zewnętrznej stronie penisa. Typek odchylił się do tyłu i splótł ręce za głową.
– Ale ci dobrze sukinsynu, żebyś tak zawału dostał z rozkoszy! – pomyślałem gorączkowo, widząc jak facet odrywa Jolę od swojego kutasa, bierze ją na ręce i kieruje się w stronę sypialni.
– No to mam was, przepióreczki – warknąłem sam do siebie pod nosem. Wstałem, rzuciłem na stolik banknot i popędziłem do samochodu. Dwie, trzy minuty i byłem pod naszym hotelem. Wbiegłem schodami na drugie piętro i delikatnie otworzyłem kartą drzwi pokoju. Starałem się poruszać bezszelestnie. Na środku salonu zobaczyłem porzuconą przez nich bieliznę, a z sypialni słychać było namiętne jęki. Złapałem jego slipki i dyskretnie wyszedłem na balkon. Zmiąłem je w ręce i cisnąłem przed siebie. Gdzie spadły, nie wiem. Może na markizę nad tarasem, a może komuś na stolik. Jaka to dla mnie różnica?
Stanąłem w drzwiach sypialni. Pieprzenie trwało w najlepsze. Typek miarowo poruszał tyłkiem, a Jola mocno oplotła go nogami. On dyszał z rozkoszy, a ona pojękiwała. Nawet mnie nie zauważyli.
– Brawo, jak dobrze wam idzie – niemal krzyknąłem i para zastygła w bezruchu. Po czym Jola zebrała siły i odepchnęła typka. Klęknął na łóżku z nastroszonym kutasem, uzbrojonym w prezerwatywę. Fakt, mógł zaimponować wielkością swojego przyrodzenia, ale skąd do diabła wziął kondoma? Przygotował się? Był pewny zdobyczy?
Wszedłem do sypialni:
– No no, całkiem ładny widok Jolu. Taka jesteś pięknie zarumieniona. Wyglądałabyś z pewnością na spełnioną, gdybym wam nie zepsuł upojnej zabawy.
Jola obróciła się na bok, plecami do mnie, a typek spoglądając złowieszczo wycofał się do salonu. Po chwili zajrzał z powrotem i zapytał Jolę o swoje slipki.
– Powiedz mu, że poleciały na dół, niech ich szuka w kawiarni. Może mu nikt jeszcze nie ukradł – roześmiałem się dość kwaśno.
Jola cicho przetłumaczyła typkowi co powiedziałem i zamilkła. Facet rzucił mi wściekłe spojrzenie i już otwierał gębę, by coś powiedzieć, ale nie dałem mu szansy.
– Masz dwie możliwości – warknąłem po angielsku – albo wyjdziesz natychmiast, albo wzywam ochronę. Rozumiesz dupku?
Facet złapał w rękę swój romantyczny instrument i wyszedł trzaskając drzwiami.
– Tak, narób jeszcze więcej hałasu, będziesz miał wdzięczną widownię – pomyślałem złośliwie.
– Ubierz się, ćwiczenia cielesne na dziś zakończone – rzuciłem do Joli – ja jestem jednak chamem, bo wam przerwałem zupełnie niewinne igraszki, a ty pozostałaś porządną kobietą, moją wierną żoną.
Jola chyba chciała odpowiedzieć, ale wybuchnęła płaczem. Płacz przechodził w spazmy, a ja miałem wrażenie, że przestaje mnie to obchodzić. Poszedłem do kawiarni i zamówiłem piwo. Playboya ani śladu. Targały mną skrajne uczucia, to wściekłość na Jolę, to rozbawienie, że typ musiał paradować goły po hotelu, może już nie ze sterczącą pałą.
Reszta dnia była nijaka, Jola tkwiła w sypialni, udając że czyta książkę. Ja siedziałem przed telewizorem i oglądałem co popadło, aż późnym wieczorem zasnąłem na kanapie.
Rano oznajmiłem Joli, że jadę do miasta, może uda mi się przebukować bilety na następny dzień, bo zamierzam wrócić jak najszybciej do domu. Na odchodne postanowiłem nie oszczędzać żony:
– Wrócę za jakieś dwie-trzy godziny. Zatem będzie dużo czasu, żebyś zaprosiła ponownie swojego kochasia i żebyście dokończyli to, w czym wam przeszkodziłem. I powiem otwarcie: wisi mi to!
Udało mi się załatwić sprawę z biletami. Chyba miałem dużo szczęścia, w końcu sam środek sezonu wakacyjnego i ruch spory, również w samolotach. Zamieniłem bilety i wybrałem dla nas osobne miejsca. Następnego dnia pożegnaliśmy hotel i kolejną taksówką dotarliśmy na lotnisko. Jola zadzwoniła do brata, żeby o umówionej godzinie czekał na nas na lotnisku w Polsce. Gdy dotarliśmy na miejsce, oznajmiłem Benkowi, że ma zabrać Jolę do rodzinnego domu, a ja wrócę ze znajomym do naszego mieszkania. Nieco się zdziwił, ale widząc, że nie żartuję, zrobił tak, jak prosiłem. Postanowiłem od następnego dnia skupić się na pracy, zamiast rozdrapywać rany. Pozostała jednak do załatwienia jedna sprawa, wizyta u teściów. Wszystko musiało być do końca jasne!
Wszedłem na posesję teściów i lekko trzasnąłem furtką. W głębi podwórza zobaczyłem ojca Joli i jej brata, majstrowali przy motocyklu. Dostrzegli mnie i skinęli głowami. Benek uniósł rękę w pozdrowieniu. Pomachałem im i skierowałem się w stronę drzwi wejściowych do domu. Miałem nadzieję zastać teściową, która rzadko wychodziła, od wielu lat cierpiąc na problemy z poruszaniem się. Chodziła co prawda o własnych siłach, ale nie wyprawiała się pieszo poza podwórze. Faktycznie była w domu. Przywitała mnie nieśmiałym uśmiechem, w którym była tak niepewność, jak i obawa, z czym przychodzę. Siedziała za stołem, trzymając w ręce filiżankę z herbatą.
– Dzień dobry mamo. Przyjechałem, bo muszę czymś się podzielić.
– Witaj, usiądź. Trochę się boję, co za wieści masz dla mnie. Wczoraj przyjechała Jola, cała zapłakana, nic nie mówi, nie je, zamyka się w pokoju i nikogo nie wpuszcza. Co się stało Jarek, co z wami jest?
Złość, która we mnie tkwiła, teraz niemal wybuchła. Postanowiłem darować sobie wstęp i zacząłem bezceremonialnie:
– Czyli Jola nie pochwaliła się swoją zdobyczą? Swoim sukcesem miłosnym?
– O czym ty mówisz? – twarz teściowej przybrała wystraszony wyraz.
– Mówię o tym, jak Jola zaliczyła w hotelu miejscowego playboya. Niesamowita wręcz historia – rzuciłem drwiąco – można by z tego zrobić instruktaż dla nieśmiałych panienek.
– Jarek, litości, albo mówisz co się stało, albo nie mów nic – widać było, że teściowa zaczyna tracić siły – czyli Jola cię zdradziła? Jesteś pewny? Stwierdzasz, jakbyś przy tym był.
– W sumie można tak powiedzieć. Dopadłem ich w trakcie miłosnego uniesienia, ale przewidziałem to. Szkoda, że moje obawy się sprawdziły.
– Tak po prostu poszła z nim do łóżka?
– O nie, poprzedziły to wstępne przygotowania. Żeby mama widziała, jak ona go pieściła, co ona mu pieściła…
– Daruj sobie szczegóły – przerwała mi teściowa słabym głosem – wolę ich nie słuchać. Głos jej się łamał, wychodził gdzieś z wnętrza, niemal z otchłani.
– Taki mam zamiar mamo. Zawsze, kiedy mi się przypomni tamto zdarzenie, robi mi się niedobrze.
– Ale dlaczego? Potrafisz mi powiedzieć, dlaczego? – westchnęła teściowa.
– Nie potrafię. Ja rozumiem, że chyba dałoby się wytłumaczyć pewien rodzaj zdrady, fascynację czyjąś osobowością, podziw dla intelektu, poprzez dłuższe przebywanie z tym kimś, poznanie go… Czy ja wiem? Może jestem naiwny. Ale nie da się, ja nie potrafię, racjonalnie wytłumaczyć prymitywnego, wręcz prostackiego puszczenia się z pierwszym napotkanym, napalonym buhajem. Tak bezrefleksyjnie, bezmyślnie, kierując się zwykłą chucią. To mi się nie mieści w głowie.
– Mój Boże, to straszne – twarz teściowej przybrała kolor pergaminu – na kogo ja ją wychowałam? Powiedz mi, czy coś się między wami wcześniej psuło, coś zauważyłeś, coś przewidywałeś?
– Nie, no skądże! Gruchaliśmy zgodnie, jak dwa gołąbki – roześmiałem się gorzko – spokój, idylla niemalże, miłość jak z obrazka. Wychodziłem z siebie, żeby miała wszystko, żeby dobrze jej się żyło, żeby była szczęśliwa. Ech… brakuje słów.
Zaczęło mi też brakować tchu, jakieś mroczki przelatywały mi przed oczami. Bałem się, że za chwilę stracę świadomość.
– Czyli to ta wasza wymarzona podróż poślubna? – kontynuowała mama Joli.
– Tak, nasza wymarzona podróż poślubna, z niezbyt wymarzonym zakończeniem.
Teściowa opuściła głowę, podparłszy ją splecionymi dłońmi. Widziałem, że chce coś powiedzieć, ale nie może wydobyć głosu. Jej dostojna twarz straciła jakikolwiek wyraz. To musiał być szok. Ukochana córeczka, oczko w głowie, a tu taka historia.
Do kuchni wszedł Benek. Spojrzał na nas niepewnie:
– Mamo, coś się stało? O co chodzi z Jolką?
– Wyjdź, proszę wyjdź natychmiast! – resztką sił wydusiła teściowa.
Benka zamurowało. Stał bez ruchu, a my milczeliśmy, nie patrząc na niego. Po chwili obrócił się i wyszedł, zamykając ostrożnie drzwi.
– Jarek, to co będzie teraz z waszym małżeństwem? – mama żony postanowiła przejść do konkretów.
– Z naszego, jak to mama szumnie nazwała, małżeństwa, chyba po prostu już nic nie będzie. Tak się nie da żyć. Ja mam mnóstwo pracy, sporo wyjazdów. Mam przy Joli przyzwoitkę posadzić, czy założyć jej pas cnoty? Zawsze poza domem mam się niepokoić, że żona przyjmuje kolejnego, przygodnego gacha?
– Czyli nie widzisz żadnych pozytywnych perspektyw?
Zastanowiłem się. Przez chwilę milczałem.
– Póki co, musi być tak, jak jest teraz. To znaczy Jola u siebie, ja u siebie. Czy kiedykolwiek sytuacja wróci do normy, śmiem wątpić. Szczerze mówiąc nie wiem, czy tego chcę.
– Przecież się kochacie… kochaliście – teściowa próbowała załagodzić – nie da się puścić tego złego w niepamięć?
– Proszę, niech mama lepiej nie używa słowa „puścić” – niepotrzebnie tak się odezwałem, zbyt okrutnie. To musiał być koniec rozmowy. Teściowa nadal tkwiła w bezruchu, nie patrząc na mnie, a jedynie na blat stołu przed sobą.
– Mamo, jest mi niezmiernie przykro, że tak się stało, że musiałem ci to opowiedzieć, bo bardzo cię lubię i szanuję. Ale na mnie już pora, przepraszam za moje zachowanie, do widzenia – chciałem wyjść z tego domu jak najszybciej.
Kobieta nie odpowiedziała, wtuliła tylko twarz w dłonie. Wyszedłem przed dom. Teść i Benek patrzyli na mnie sprzed komórki, stojąc niemal na baczność. Kiwnąłem niedbale ręką na pożegnanie. Teść próbował unieść dłoń, ale zrezygnował. Nie był pewny, czy powinien. Wydawało mi się z wyrazów ich twarzy, że nieśmiało liczyli na to, że podzielę się jakimiś wieściami. Nie chciałem jednak i im sprawiać bólu, więc nie zamierzałem niczego powtarzać. W sumie to zacna, sympatyczna rodzina, teraz chyba z małym wyjątkiem. Wsiadłem do auta i odruchowo spojrzałem w stronę domu. Byłem pewny, że na piętrze, za firanką w oknie zobaczyłem znikającą twarz Joli. Ścisnęło mnie w gardle, a przez całe ciało przebiegł jakiś dreszcz.
– Mój Boże, czy to możliwe, że ja ją nadal kocham? Dlaczego?
JoWisZ
Jak Ci się podobało?