You Are My Driver: Przystawka
11 lipca 2026
13 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Xoxo,
SamX
Kiedy Natalia odwróciła się w stronę wejścia do samolotu, poczułem ulgę. Ewa jeszcze machała w moją stronę, tuląc w lewej ręce Kubusia Puchatka, a ja już za nią tęskniłem. Ale pustka i perspektywa trzech tygodni rozłąki niosły ze sobą też trochę radości. Dla Natalii konferencja na Florydzie to było spełnienie zawodowych marzeń. Będzie tam razem z całą wierchuszką rynku kosmetycznego na jednej scenie opowiadać o badaniach, które prowadziła przez ostatnie pięć lat w ramach doktoratu i które mają szansę zmienić myślenie o Polsce na tym rynku na kolejne lata. Przekonanie o „ostatnim przystanku” w Europie, na którym najlepiej sprzedają się suplementy diety i gigantyczne ilości witaminy C w okresie jesienno-zimowym. A po konferencji prawie trzytygodniowa podróż z Ewą po wschodnim wybrzeżu USA do Kanady. To był prezent dla nich ode mnie, a ja zrobiłem wszystko, żeby nie musieć stanowić jego elementu. Chciałem mieć te trzy tygodnie dla siebie w Warszawie. Trzy tygodnie, w trakcie których będę wracał do pustego domu z perspektywą, że nie muszę absolutnie niczego. Nie muszę być mężem, ojcem, nie muszę pamiętać o tym, żeby zrobić zakupy, a pierwszą rzeczą, jaką będę mógł zrobić po powrocie do domu, to napić się whisky. A potem włączę na telewizorze w salonie filmy z dziewczynami z kanału WOW Girls na Pornhubie i będę przy nich walił konia. Długo i bez obaw, że ktoś mnie zobaczy. Odkąd urodziła się Ewa, czas dla siebie był czymś, o czym czytałem jedynie na okładkach kolorowych gazet, które prenumerowała Natalia. Dlatego kiedy obie wchodziły już do samolotu, czułem coś, co trudno było mi opisać jednym słowem. Rodzaj tęsknoty. Z drugiej strony radości, czy wręcz ulgi…
Wróciłem do domu prosto z lotniska i, wchodząc do naszego mieszkania, poszedłem w stronę narożnej szafki, w której trzymaliśmy alkohol. Trzymaliśmy go tam niczym gaśnicę, po którą sięgaliśmy, kiedy robiło się wokół nas gorąco. W ostatnim czasie tego gorąca musiało być naprawdę sporo, bo w litrowej butelce whisky było już niewiele płynu, którym mógłbym ugasić cokolwiek. Nalałem trochę do szklanki, dodając kostkę lodu, i wypiłem na raz. Wypełniający i rozgrzewający mnie od środka płyn usuwał cały ugrzęźnięty we mnie rodzaj tęsknoty, który czułem za Ewą. Wypiłem drugą szklankę. Ustępująca nostalgia zamieniała się w dreszcz. Czegoś, co wraz z mieszającym się z krwią etanolem zaczynało pulsować czystym, zwierzęcym pragnieniem. Pragnienia czegoś tak bardzo prawdziwego i mojego, czego nie robiłem od bardzo dawna, a czego bardzo teraz potrzebowałem. Czegoś, co było częścią mnie, a co na chwilę przed zaręczynami z Natalią schowałem głęboko w szafie i w swojej głowie jakby z nadzieją, że schowane nie będzie już częścią mnie. Myliłem się. Wszystko, co schowałem głęboko, odcinając od swojego życia, a co było żywe – prędzej czy później zaczęło domagać się wyjścia na zewnątrz, zaczerpnięcia powietrza, które niezbędne mu jest do życia. Wrzało jak lawa w uśpionym kraterze wulkanu, która małymi ruchami przedziera się w stronę gardzieli, by dać upust ciśnieniu, które potęguje jej wybuch. I zamienia się w czarną magmową skałę.
Poszedłem do łazienki, gdzie zadbałem o absolutną czystość od środka. Głęboko, bezkompromisowo, przygotowując ciało na każdą ewentualność tego wieczoru. Miałem potrzebę bycia autentycznie czystym, wejścia w tryb mentalnego odrętwienia gotowego na przyjęcie bodźców. Na zmianę polewając się raz zimną, a raz ciepłą wodą, coraz dłużej zostawałem pod coraz zimniejszym strumieniem, którym chciałem ugasić żar, jaki zalewał mnie od środka. Zdjąłem obrączkę i położyłem ją na prysznicowej półce. Krew w moim serdecznym palcu zaczęła żwawiej płynąć. Temperatura mojej pozbawionej owłosienia skóry, którą usunąłem pod pretekstem osiągania lepszych wyników w bieganiu, szarpała się z temperaturą mojego wnętrza, która coraz bardziej intensywnie narastała. Złapałem się obiema rękami ściany i, próbując utrzymać oddech, poddałem się zimnemu strumieniowi wody, który z każdą kolejną minutą był coraz bardziej przyjazny i kojący w swym dotyku. Po chwili zmieniłem znów strumień wody na coraz cieplejszy. Pragnąłem, aby ta woda wypłukała ze mnie wszystkie zastygłe emocje i ugasiła intensywne pragnienie, które narastało we mnie coraz bardziej. Woda błądziła po moim torsie i plecach, by na wysokości jąder połączyć się w jeden palący strumień, próbując oddalić je od mojego ciała jak najdalej pod wpływem narastającego ciepła wody. Podkręciłem temperaturę wody jeszcze bardziej, chciałem, żeby były jeszcze niżej. Żeby na chwilę nie były moje. Przez kilkanaście minut zmieniałem temperaturę wody, która oprócz tego, czego nie potrafiłem nazwać jednym zdaniem, zmywała ze mnie jeszcze łzy. Myślałem, że już zapomniałem, jak to jest umieć płakać. Jakby płacz był jakimś rodzajem kompetencji, a nie rodzajem komunikatu o przeżywanej emocji, jaki wysyłamy na zewnątrz. Nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad tym, dlaczego ludzie płaczą. Płacz był dla mnie przez większość mojego życia symbolem słabości, nieumiejętności poradzenia sobie ze światem. Moje łzy lały się tępo po mojej twarzy, mieszając z wodą, która spływała po mnie pewnym strumieniem. Łzy, które już w zarodku targane były jakimś zewnętrznym prądem, który je unicestwiał. Ból od kontaktu chlorowanej wody z niedomkniętym okiem próbował zgasić tlące się we mnie pragnienie. Zakręciłem kurek z wodą, żeby je ochronić.
Po wyjściu spod prysznica owinąłem moje długie włosy ręcznikiem i założyłem szlafrok Natalii. Poszedłem do salonu i nalałem sobie kolejną szklankę whisky. Wyszedłem na taras, na którym włączone było ogrzewanie. Za przesuwanymi, szklanymi drzwiami była szara, utytłana od listopadowej mgły i smogu Warszawa. Zamiast chłodu w połączeniu z tym palącym destylatem czułem błogą lekkość. Przypominała ona balon, który, pozbawiony obciążenia, tracił przywiązanie i próbował odlecieć. Od patrzenia na to szare i brudne od światła miasto robiłem się coraz bardziej trzeźwy. Poszedłem do sypialni, otworzyłem szafę i lekko chwiejnym krokiem wszedłem na połowę drabinki, której Natalia używała do wniesienia ubrań na najwyższe półki w naszej garderobie. Za zimowymi kocami była drewniana skrzynka wielkości paczki na dziesięć butelek wina. Położyłem ją tam jeszcze zanim wprowadziła się do mnie Natalia i, pomimo że od ośmiu lat mieszkaliśmy razem, nie miałem ochoty jej wyrzucać. W środku było to, co kiedyś było moją drugą skórą, moim miękkim podbrzuszem, które niechętnie wystawiałem przed światem i moim prawdziwym kawałkiem siebie. Czarne maskujące jeszcze wtedy owłosienie, które miałem na nogach – pończochy, koronkowe stringi z maskującymi przyrodzenie wkładkami, satynową, dwuczęściową piżamę ze srebrnymi cekinami oraz blond perukę z długimi, do ramion włosami. Pierścionek z niebieskim oczkiem, zwisające do ramion kolczyki i srebrny łańcuszek z wisiorkiem symbolizującym nieskończoność. Obok leżały czarne szpilki od Louis Vuitton z czerwoną podeszwą, kupione w Mediolanie, gdzie spędziłem najlepsze sześć miesięcy swojego życia na wymianie Erasmus. Pamiętam dzień, w którym znalazłem te buty na witrynie sklepu LV w rozmiarze 42. Podobno stały tam cztery lata i nikt nie chciał kupić butów w tak dużym rozmiarze. Wydałem na nie wszystkie moje oszczędności, ale wtedy te buty były dla mnie jak przedłużenie mnie, brakująca część kosmicznego kamienia, którą znalazłem w galerii LV na ulicy Mediolanu i która przywróciła we mnie poczucie szczęścia. Coś, bez czego byłem niekompletny. Założyłem je raptem kilka razy; głównie na bale przebierańców z okazji Halloween oraz często w domu, kiedy nikt nie widział i kiedy nie mieszkałem jeszcze z Natalią. Wysuszyłem włosy i założyłam całą zawartość tej skrzynki. Jedynie kolczyki sprawiły mi trudność, bo dawno nie nosiłam w obu uszach kolczyków, ale po chwili nie było już śladu po kilku nieudanych próbach przeciskania zapięcia przez przekłute dawno temu ucho. Zakładając szpilki, odzyskałam równowagę. Odkąd pamiętam, nie musiałam jakoś specjalnie się wysilać, żeby nauczyć się w nich chodzić. Szybko też nauczyłam się w nich tańczyć. Pretty Woman w wykonaniu Roya Orbisona była pierwszą piosenką, przy której na imprezie halloweenowej w Mediolanie zatańczyłam w moich LV.
Pretty woman, walkin’ down the street,
Pretty woman, the kind I like to meet,
Pretty woman, I don’t believe you, you’re not the truth
No one could look as good as you.
Pomimo że wszyscy moi znajomi szybko okrzyknęli mnie królem parkietu tamtej nocy, ja o sobie myślałam jednym wersem tej piosenki: nie wierzę, że jesteś prawdziwy (zanim wszedłeś na parkiet — dopowiadałam w swojej głowie). Dla nich to było przebranie i wszyscy dzięki mnie bawili się jeszcze lepiej, a ja tamtej nocy stawałam się sobą. Jak feniks, nielot wstający z popiołu, tylko na chwilę, żeby po niej znów z kretesem móc upaść. Sięgnęłam po butelkę i wylałam z niej ostatnie pół szklanki, które przedłużyłam roztapiającą się z trzech kostek lodu wodą. W toalecie Natalii znalazłam trochę kosmetyków, którymi zrobiłam makijaż zwieńczony czerwoną szminką. Kiedy byłem małym chłopcem, podkradałam podobną szminkę mojej mamie i malowałam się, kiedy tego nie widziała.
All the leaves are brown and the sky is gray
I’ve been for a walk on a winter’s day
I’d be safe and warm if I was in L.A.
California dreamin’ on such a winter’s day
Słowa piosenki The Mamas & The Papas rozbrzmiewały z głośników w moim salonie i delikatnie wylewały się na taras, odbijając od parujących od ogrzewania szyb. Odczuwałam błogość, która mieszała się z narastającym poczuciem wolności. Byłam w końcu sama, bez żadnych zobowiązań, bez konieczności spełniania oczekiwań innych. Każdy krok, który robiłam w szpilkach, był krokiem w górę, który dumnie robiłam, manifestując jakiś dotąd niewypowiedziany i jednocześnie prawdziwy kawałek siebie.
Zacząłam tańczyć w rytmie muzyki, która wylewała się z naszych zawieszonych pod sufitem głośników Harmana Kardon po całym salonie, pozwalając, aby zwiewna koronka piżamy falowała wokół mnie. Każdy ruch był jak wyzwolenie. Ciężar, który nosiłam zapakowany na barkach, robił miejsce czemuś nowemu, zostawiając po sobie dziwną, lekką pustkę. Jakby kolejne warstwy narzuconych mi ról odklejały się ode mnie niczym niepotrzebne warstwy za dużego ubrania, od którego noszenia było mi już niewyobrażalnie gorąco. Byłam sobą – coraz bardziej autentycznie, prawdziwie. Żar od bursztynowego płynu nadal tlił się w moim wnętrzu, ale teraz nie było to już uczucie ucieczki. Kiedy popijałam ostatnie krople, które zostały w szklance, moje ciało i umysł zaczęły synchronizować się w jednym rytmie, nabierając kształtu jedności i całości, od której byłam dotąd bardzo daleka. Siedząc na kanapie z wyciągniętymi do góry i opartymi o regał nogami, spoglądałam na ciemność za oknem przecinaną ulicznym światłem. Z każdą kolejną chwilą moje ciało opuszczało napięcie…
Potrzebowałam jeszcze więcej alkoholu, a butelka z whisky już była tylko zwykłą butelką po whisky. Wzięłam do ręki telefon i w aplikacji do zamawiania taksówek wybrałam zamówienie nowego kursu z kierowcą, który posiada samochód marki premium i który może być u mnie najszybciej, jak to tylko możliwe. Po kilku sekundach kurs przyjął kierowca o imieniu Nazari. Wyglądał na młodego chłopaka z ciemnobrązowymi oczami i rudymi włosami ostrzyżonymi na 2–3 mm. Wyraźne kości policzkowe i silnie zarysowana szczęka zaprowadziły moje myśli nad Kaukaz. Zadzwoniłam do niego. Łamał polskie słowa tak bezlitośnie, jakby chciał je zmiażdżyć w dłoniach. W jego głosie słyszałam, jak bardzo były męskie. Z zamówionych dwóch butelek przywiózł jedną, ale zanim to zauważyłam, w drzwiach mojego mieszkania stał wysoki na metr dziewięćdziesiąt Gruzin, który wyglądał, jakby cały dzień zamiast w taksówce spędzał na siłowni. Stałam przed nim ubrana we wszystko, czego brakowało mi na co dzień. Uśmiechnął się na mój widok, podając w moją stronę siatkę z zakupami. Nie miało dla mnie znaczenia, że była o połowę lżejsza niż zakładałam, że będzie. Jego oczy wierciły we mnie jakiś obłędnie przyjemny odwiert. Zapytał, czy czegoś jeszcze potrzebuję, a ja w odpowiedzi dałam mu dwieście złotych do ręki i wydałam z siebie krótki dźwięk, mówiąc, że nie. Przez chwilę nasze dłonie się dotknęły na wysokości korony Zygmunta I Starego. Czułam ciepło jego chropowatej skóry, zanim zdążył zabrać dłoń. Nazari ledwo mówił po polsku, ale w tej chwili to ja nie byłam w stanie wypowiedzieć żadnego słowa. Jego przewaga nad sytuacją rosła z chwili na chwilę do coraz większych rozmiarów. A mój kutas zaczął ścigać się z nią na długość… Moje hamulce przestały istnieć, rozpuszczone w alkoholu. Resztkami trzeźwego umysłu wyobraziłam sobie, jak jednym pchnięciem wpycha mnie do mieszkania i robi mi krzywdę jakimś ostrym narzędziem, zabierając wszystko, co tylko zmieści się w jego umięśnionych rękach, wyeksponowanych przez czarną, skórzaną kurtkę. Zamiast tego jego twarz zastygła w lekkim uśmiechu i dawał mi wręcz nachalnie do zrozumienia, że moje potrzeby nie muszą się kończyć na tej jednej butelce whisky. Albo to ja chciałam tak rozumieć tę sytuację moim zalanym wódką mózgiem. Ta myśl odruchowo przywołała w mojej głowie słowa pożegnania, które wypowiedziałam z lekkim pośpiechem. Cofnęłam się do mieszkania i zamknęłam drzwi, odzyskując przy tym oddech. Czułam, jak nienaturalny uścisk w mojej krtani w końcu puszcza, pozwalając na pierwszy, nieporadny dźwięk. Miałam poczucie, jakby z mojej krwi ktoś odessał co najmniej połowę wódki, którą właśnie wypiłam, czyniąc mnie tym niebezpiecznie trzeźwą. Otworzyłam butelkę, którą przywiózł mi Nazari, i jednym haustem wypiłam równowartość kilkunastu małych kieliszków mojej ostatniej dawki odwagi, które odliczyłam nieporadnie w swojej głowie.
Your eyes I say your eyes
May look like his
Yeah, but in your head, baby
I’m afraid you don’t know where it is
Odliczanie przerwał Jefferson Airplane, wołając do mnie z głośników o poszukiwanie kogoś do kochania. Uwielbiałam śpiewać Somebody to Love na karaoke. Przewinęłam ją od początku i śpiewałam o tym, jak prawda okazuje się być kłamstwem i o tym, jak cała radość we mnie umierała. Próbowałam tańczyć, jakby to miało pomóc mi tę radość odzyskać, ale mój mózg był za bardzo pijany, żeby wydzielić jakiekolwiek endorfiny. Mimo to się nie poddawałam. Napędzana jakimś dotąd nieodczuwanym rodzajem siły, tańczyłam uparcie, śpiewając o łzach, które jeszcze niedawno po długiej przerwie płynęły nieporadnie po moim ciele, kiedy stałem pod prysznicem.
Mój taniec zaprowadził mnie na taras. Po kilkunastu minutach pląsania zaczęło ogarniać mnie zmęczenie. W głowie miałam mętlik wspomnień i pragnień, który wyglądał jak świeżo utkana pajęcza sieć. Coś wewnątrz mnie kazało mi wstać i do kolejnej szklanki dodać podwójne espresso, którego aromat tchnął we mnie powiew świeżej energii. Zegar na ścianie wybijał północ. Położyłam się na kanapie, wpatrując się w sufit w kolorze cloud dancer, który zdawał się wirować w rytm muzyki. Przymknęłam delikatnie oczy, pozwalając, aby dźwięki muzyki zaprowadziły mnie w stan lekkiego zawieszenia, który oddzielał mnie od snu. Espresso uderzyło do głowy szybciej niż whisky, zmieniając strach w czystą adrenalinę. Musiałam go usłyszeć. Wzięłam do ręki telefon i bez zamawiania kursu zadzwoniłam do Nazariego. Odebrał jeszcze szybciej niż poprzednio, z taką pewnością w głosie, jakby był pewien, kto dzwoni. Poprosiłam, żeby przywiózł mi dwie kolejne butelki mojego bursztynowego tlenu, a on odpowiedział, że będzie za 15 minut. Kiedy zadzwonił do mojego domofonu, wypiłam całą zawartość whisky z chłodnego szkła, które na chwilę ostudziło rozgrzaną dłoń, i poszłam w stronę drzwi. Stał w nich jeszcze bardziej pewny siebie, trzymając siatkę, w której już nie byłam w stanie ocenić, ile jest butelek. Z równowagi wytrącił mnie pytaniem, czy może skorzystać z toalety. Nie miałam już żadnej sprawnej części głowy, która mogłaby myśleć o jakimkolwiek niebezpieczeństwie, dlatego wpuściłam go do środka bez chwili zawahania. Zamiast do łazienki dla gości zaprowadziłam go do łazienki, do której droga prowadziła przez sypialnię. Szedł za mną. Z każdym kolejnym krokiem jego spojrzenie świdrowało moje plecy, paląc skórę dokładnie tam, gdzie koronkowe spodenki wbijały się w tyłek. Kiedy przed wejściem do łazienki obróciłam się, żeby go przepuścić, spojrzałam przez chwilę w jego lekko uśmiechnięte oczy, w których mętniało pożądanie zmieszane z odwagą. Wróciłam do salonu i nalałam sobie kolejny kieliszek. Wpatrywałam się w warszawski skyline, tracąc przy tym poczucie czasu. Po chwili usłyszałam, jak otwierają się drzwi z łazienki i z ciemności sypialni wyszedł on. Szklanka, którą trzymałam w dłoni, szybko poddała się prawu grawitacji, a serce zaczęło mi bić jak na widok lwa. Nazari miał na sobie jedynie bokserki, luźno odstające od jego wyrzeźbionych ud. Wyglądał jak żywa rzeźba Michała Anioła, tylko że z jeszcze piękniejszą twarzą i krótkimi włosami podkreślającymi jego męski wygląd. Szedł w moją stronę, a ja stałam nieruchomo, patrząc, jak dzieli go ode mnie coraz mniejsza odległość. Odległość, którą coraz bardziej i coraz szybciej skracał również odstający coraz bardziej od jego podbrzusza kutas…
Dandelion
Jak Ci się podobało?