Zamieć – gość na noc
5 sierpnia 2026
34 min
Bohaterowie tej historii są fikcyjni, wszyscy uczestnicy scen erotycznych są dorośli, a wszelkie podobieństwo do osób rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe.
Wersja poprawiona. Dziękuję @jamer106 @AgnessaNovvak
Ustaliliśmy kiedyś, że nie kusimy losu.
Nie było w tym wielkiej deklaracji ani przysięgi. Jedno zdanie rzucone w ciemności po rozmowie, która zabrnęła o pół kroku za daleko: rozmawiać można o wszystkim, ale robić już niekoniecznie. Przytaknąłem, bo tak było nam obojgu wygodniej.
Osiemnaście lat małżeństwa, jeden kredyt, jeden dom pod lasem – dwadzieścia kilometrów od najbliższej latarni – i dorosła córka na drugim roku studiów w Krakowie, urodzona dwa lata przed naszym ślubem. Miałem czterdzieści trzy, Marta o rok mniej. Przez cały ten czas żadne z nas nie zdradziło drugiego.
Zamieć zaczęła się koło czternastej.
Do zmroku zasypała drogę dojazdową, a wiatr usypał przy bramie zaspę przypominającą wywróconą falę. Radek zadzwonił przed piątą. Był na drodze krajowej za Skarżyskiem i według nawigacji posuwał się z prędkością trzech kilometrów na godzinę. Kazałem mu jechać ostrożnie; kolacja mogła poczekać.
Marta robiła w kuchni coś pachnącego majerankiem i przypalonym masłem. Co pięć minut podchodziła do okna, wycierając ręce w ścierkę, choć były zupełnie suche.
O szóstej wzięła z garażu łopatę i wyszła.
– Daj spokój. Za pół godziny zasypie z powrotem.
– Jak zostawimy zaspę, wjedzie w nią po ciemku. Potem będziemy odkopywać auto do rana.
Odgarniała podjazd przez czterdzieści minut w mojej starej kurtce. Przez kuchenne okno widziałem pochyloną nad łopatą sylwetkę w słupie światła. Zarysowywały się pełne biodra i mocne uda. Śnieg leciał bokiem. Pracowała w upartym, równym tempie, którego nie zmieniała nigdy – ani przy sprzątaniu, ani na basenie, ani podczas kłótni. Nawet gruby materiał nie ukrywał kobiecej sylwetki zaznaczającej się przy każdym zamachu. Wyglądała seksownie, ale nie delikatnie; biła od niej siła i żywiołowość kogoś, kto naprawdę potrafi przesunąć pół zimy z jednego miejsca w drugie.
Rękawice przemokły po pół godzinie. Ściągnęła je, zamiast wrócić po suche.
Weszła z twarzą czerwoną od wiatru. Dłonie aż po nadgarstki miała zaczerwienione, kostki lekko opuchnięte, a opuszki pobladłe. Trzęsły się tak mocno, że nie mogła rozpiąć kurtki.
Odkręciłem letnią wodę.
– Nie od razu. Od wody boli najbardziej. Najpierw niech trochę odtają.
Pomogłem jej zdjąć kurtkę i owinąłem dłonie miękkim ręcznikiem. Stała przy kuchence dobry kwadrans, wciskając ręce pod pachy. Do garnka wróciła dopiero wtedy, gdy odzyskała czucie.
– Nie dojedzie – stwierdziła.
– Dojedzie. Radek zawsze dojeżdża.
Znaliśmy go ponad dwadzieścia lat. Poznaliśmy się we troje na drugim roku, kiedy wszyscy byliśmy dorośli, choć żadne z nas nie zachowywało się szczególnie dojrzale. Przez trzy tygodnie Marta spotykała się z Radkiem. Potem wyjechał na obóz nad Solinę i wrócił z inną. Przez dwa miesiące siedziała na wykładach w ostatnim rzędzie i udawała, że notuje. Później pożyczałem jej własne zapiski.
Z tamtej historii została przyjaźń trwająca przeszło dwie dekady: najpierw jego wesele, później nasze, a dwa lata temu – rozwód. Teraz mieszkał sam w Warszawie, jeździł na rowerze po dwieście kilometrów w weekend i wyglądał lepiej niż w wieku trzydziestu lat.
Za Martą wciąż oglądali się mężczyźni – w markecie, na parkingu, przy kasie na stacji. Trzy razy w tygodniu chodziła na basen. Miała wysportowaną sylwetkę, pełne piersi, wyraźną talię i szerokie biodra, które umiała podkreślić ubraniem. Krótko przycięte ciemne włosy odsłaniały szyję – wiedziała, że w tej fryzurze wygląda najlepiej. Poruszała się bez pośpiechu i nie schodziła nikomu z drogi; na wąskim chodniku to inni ustępowali jej miejsca.
Nie lubiła tylko swoich dłoni. Od października do marca skórki pękały, a palce czerwieniały od zimna i wody. Chowała je pod rękawy nawet przy mnie.
Radek dojechał o wpół do ósmej.
Wysiadł z auta w samym swetrze, zapadł się w śnieg po kolana i wrzasnął coś, czego nie da się powtórzyć. Zostawił mercedesa skosem na podjeździe, tuż przy bramie, po czym brnął do nas, śmiejąc się jak wariat.
– Zostawiam go tam! Rano odkopiemy albo i nie! Ktoś tu machał łopatą, co?
Marta wybiegła na taras w kapciach. Radek porwał ją w ramiona i uniósł nad ziemię. Pisnęła, objęła go za szyję i roześmiała się; jeden kapeć spadł z nogi na deski. Przez trzy sekundy patrzyłem, jak mój najlepszy przyjaciel trzyma żonę w powietrzu. Postawił ją dopiero, gdy stopą wymacała zgubę. Zanim puścił, przesunął wzrokiem po jej ciele od dołu do góry – szybko i dokładnie.
Nie poczułem zazdrości.
Zapamiętałem to, bo sam się zdziwiłem.
Kolacja trwała dwie godziny.
Jedliśmy gulasz i wypiliśmy po jednym ciemnym piwie. Potem Radek wyjął z torby butelkę whisky i oznajmił, że przy takiej okazji grzechem byłoby jej nie otworzyć.
Za oknem sypało coraz gęściej. Około dziesiątej sprawdziłem w telefonie komunikaty o drogach: droga do nas była nieprzejezdna, a pług miał ruszyć w tę stronę najwcześniej nad ranem.
– No to masz przerąbane. Śpisz u nas.
– Jaka tragedia – odparł, patrząc, jak Marta pochyla się nad stołem, żeby sięgnąć po półmisek.
Wstała, żeby pościelić w pokoju gościnnym. Kiedy mijała jego krzesło, Radek położył dłoń na jej plecach – zwyczajnie, jak między starymi znajomymi. Dotyk trwał może o sekundę za długo. Odwróciła głowę i popatrzyła mu w twarz. To spojrzenie wystarczyło, by zabrał rękę.
– Pamiętasz Solinę? – rzuciła od drzwi.
Zakrztusił się resztą whisky.
– Nie zaczynaj.
– Ja nic nie zaczynam. Pytam, czy pamiętasz.
Wyszła, zanim zdążył odpowiedzieć. Bardzo ostrożnie odstawił kieliszek.
– Ona nadal pamięta.
– Marta pamięta wszystko. Nie łudź się.
Radek przywiózł też czerwone wino, ale po whisky nikt nie chciał go otwierać. Marta zabrała butelkę do piwnicy, a ja ruszyłem za nią.
Kucała przy regale z telefonem przyciśniętym brodą do piersi; snop latarki skakał po półkach. W piwnicy było chłodniej. Schody zaskrzypiały pode mną jak zawsze.
– Pomóż, bo nic nie widać.
Kucnąłem obok. Pachniała kuchnią i perfumami, których używała od piętnastu lat. Ich znajomy zapach na chwilę przyćmił wszystkie inne.
– Marta.
– No?
– On się w ciebie gapi.
– Wiem – odparła, nie podnosząc głowy.
– I co?
Teraz spojrzała. W świetle telefonu wyglądała młodziej, lecz ostre cienie podkreślały linię szczęki i kości policzkowe.
– Czego się spodziewałeś? Że powiem, że nie zauważyłam?
– Chyba tak.
Uśmiechnęła się jednym kącikiem ust. Po osiemnastu latach znałem ten grymas: za moment miało paść zdanie, po którym nie dałoby się już udawać, że rozmawiamy o niczym.
– Piotr, mam czterdzieści dwa lata. Zauważam wszystko. Nawet kiedy ktoś przestaje patrzeć.
Nie było dobrej odpowiedzi.
Postawiła butelkę na półce i wstała. W wąskim przejściu otarła się o mnie biodrem, potem piersią i ramieniem. Miejsca było wystarczająco dużo. Wiedziałem, bo sam murowałem tę ścianę.
Chwyciłem ją za nadgarstek i przycisnąłem do chłodnego regału, aż oparła się o niego plecami. Pocałowałem ją; butelka stuknęła o półkę. Na moment znieruchomiała, po czym wolną dłonią objęła mnie za kark i pocałowała w odpowiedzi – głęboko, zachłannie.
– Zaraz zejdzie – szepnęła.
– Niech schodzi.
– Wariacie.
Zaśmiała się i przesunęła kolanem w górę mojej nogi. Zanim wysunęła się z ramion, ugryzła mnie lekko w dolną wargę.
Poszła po schodach pierwsza, kołysząc biodrami mocniej niż zwykle – bez wątpienia celowo.
Przenieśliśmy się do salonu. Dorzuciłem do kominka dwa polana i zgasiłem górne światło. Marta zdjęła sweter i została w cienkiej czarnej bluzce, dżinsach i miękkich skarpetkach. Pod materiałem prześwitywała ciemna linia biustonosza.
Usiadła na dywanie z plecami opartymi o kanapę. Ogień wydobywał z półmroku szyję, pełny biust i krągłość bioder opiętych dżinsem. Patrzyłem na nią uważniej niż od dawna.
Radek najwyraźniej pomyślał to samo.
– Bez urazy, Piotr, ale Marta wygląda lepiej niż na trzecim roku.
– Na trzecim roku ważyłam dziesięć kilo mniej.
– I miałaś za mało bioder.
Zaśmiała się i schowała twarz za kubkiem. Wiedziałem, że komplement trafił. Chwalił nie wspomnienie dziewczyny ze studiów, lecz kobietę siedzącą przed nami.
– Uważaj, bo ci uwierzy.
– Już mu uwierzyłam.
Radek wrzucił kostkę lodu do szklanki. Wyłowiła ją łyżeczką, przełożyła na obojczyk i przesunęła wolno w dół, aż do krawędzi dekoltu.
– Gorąco od kominka – rzuciła, choć w salonie było ledwie ciepło.
Kropla spłynęła pod materiał, bluzka przylgnęła do skóry i zarysowała ciemną koronkę biustonosza. Brodawki stwardniały tak, że widziałem ich kształt przez obie cienkie warstwy.
Radek odstawił szklankę.
– Pokaż ręce.
Cofnęła dłonie pod mankiety.
– Nie ma czego oglądać.
– Odgarniałaś pół drogi przeze mnie. Pokaż.
Wyciągnęła dłonie, pokazując wnętrza. W świetle ognia było widać czerwień, lekko opuchnięte kostki i białe pęknięcia przy paznokciach.
Nie dotknął ich od razu.
– Mogę je ogrzać? Tylko delikatnie.
– Możesz.
Podała mu ręce. Otulił je własnymi i ogrzewał oddechem. Potem obejmował po kolei każdy palec, od nasady po opuszkę, a na końcu zamknął jej lewą dłoń między obiema swoimi.
– Boli?
– Wraca czucie. To najgorszy moment.
– Wiem.
Wsunął jej dłonie pod sweter, przyciskając je do ciepłej skóry tuż nad pasem. Nie cofnęła rąk od razu. Gdy wreszcie je wysunęła, musnęła go po karku i spojrzała mu prosto w oczy.
Siedziałem naprzeciwko. Nie odwróciłem wzroku.
Za szybą wiatr niósł śnieg poziomo.
Około jedenastej Radek połączył telefon z głośnikiem. Popłynęły piosenki, których słuchaliśmy ponad dwadzieścia lat wcześniej.
Marta wstała, gdy zabrzmiał utwór grany na każdej akademikowej imprezie – ten, przy którym pierwszy raz ją pocałowałem. Wyciągnęła do mnie rękę.
Tańczyliśmy przy kominku po raz pierwszy od trzech lat. Trzymałem ją za biodra; objęła mnie za szyję i wtuliła twarz w mój sweter. Do ostatniego taktu byliśmy tylko my.
– Odbijany. – Radek podniósł się przy następnym utworze.
Popatrzyła na mnie przez ramię. Nie było w tym pytania; raczej sprawdzała, czy rozumiem, dokąd to prowadzi.
– Proszę bardzo.
Prowadził lepiej ode mnie. Obracał ją, przyciągał, po czym wypuszczał na długość ramienia. Śmiała się przy każdym obrocie. W pewnej chwili znalazł się za jej plecami i objął ją w pasie. Z kanapy widziałem, dokąd patrzył. Lekki uśmiech Marty zdradził, że również to zauważyła.
Kiedy muzyka ucichła, odwróciła się w jego ramionach. Ich twarze dzielił jeden oddech. Sekunda. Druga. Nie pochylił się do pocałunku. Wysunęła się z objęcia i sięgnęła po kubek.
– Piotr, masz świętą cierpliwość.
– Bo?
– Bo ja bym nie wytrzymał.
Po raz pierwszy ktoś powiedział na głos to, co od kolacji wisiało między nami.
Marta usiadła po turecku na dywanie. Bluzka podjechała z tyłu, odsłaniając pasek skóry nad dżinsami i czarną koronkę bielizny. Drobny kwiatowy wzór kończył się falowaną krawędzią, miękko obejmującą biodra.
Radek patrzył. Nie poprawiła bluzki. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uniosła brwi.
Idąc do kuchni po lód, musiałem na moment oprzeć się o blat.
Zobaczyłem, jak wchodzi do ciemnej pralni po ścierkę. Ruszyłem za nią i zamknąłem drzwi. Między pralką a suszarką zostało dokładnie tyle miejsca, ile potrzeba dwojgu ludziom, którzy bardzo się spieszą.
– Oszalałeś – szepnęła, ale sama docisnęła drzwi, aż zatrzask zaskoczył, i przyciągnęła mnie za kark.
Całowaliśmy się na stojąco, obijając się o meble. Odchyliłem jej głowę do tyłu i pocałowałem szyję pod uchem. Ramiona natychmiast pokryły się gęsią skórką.
Rozpiąłem dżinsy. Złapała mnie za nadgarstek, spojrzała mi w oczy i sama wsunęła moją dłoń pod czarną koronkę.
– Nie mów ani słowa – szepnęła.
Materiał był ciepły i cienki. Wysoko wycięte figi obejmowały biodra; z przodu miały delikatną koronkę podszytą miękką satyną. Wilgoć przesączyła się już przez obie warstwy.
– Ani słowa – powtórzyła, kiedy wyczuła mój uśmiech.
Rozstawiła stopy i docisnęła moją dłoń ruchem bioder. Nie potrzebowałem innych instrukcji. Zsunąłem jej dżinsy razem z bielizną. Wyplątała nogi, figi kopnęła pod suszarkę, a spodnie odsunęła stopą. Potem obróciła się twarzą do pralki i oparła dłonie na chłodnej blasze.
– Chodź.
Wszedłem w nią jednym powolnym ruchem, wbrew pośpiechowi, który oboje czuliśmy. Zacisnęła się wokół mnie, ciasna i gorąca. Przez kilka sekund trwałem nieruchomo, z ustami przy karku. Dopiero gdy zaczęła napierać biodrami, dopasowałem się do jej rytmu.
Muzyka zza ściany tłumiła nasze oddechy. Poruszałem się szybciej, trzymając ją za talię. Wychodziła biodrami naprzeciw każdemu pchnięciu, sama wyznaczając jego siłę. Piersi kołysały się pod bluzką, a w ciemnej szybie drzwiczek pralki odbijała się czarna koronka biustonosza.
Sięgnąłem do przodu i zacząłem pieścić łechtaczkę. Przygryzła rękaw własnej bluzki. Brzuch stwardniał pod moją dłonią, uda zaczęły drżeć.
Doszła z cichym, urwanym jękiem stłumionym przez rękaw. Najpierw poczułem gwałtowne napięcie pleców, potem serię skurczów wokół mnie. Kolana ugięły się pod nią, więc objąłem ją w pasie i nie pozwoliłem osunąć się na blachę. Kilka pchnięć później sam doszedłem, wciśnięty do końca, z twarzą w jej krótkich włosach i znajomym z piwnicy zapachem perfum.
Znieruchomieliśmy.
– Od dawna tego potrzebowaliśmy – powiedziała, nadal oparta o pralkę.
– Wiem.
Podałem jej ręcznik. Podciągnęła dżinsy, ale bielizna została na podłodze. Sięgnąłem pod suszarkę po czarne figi i zacisnąłem je w dłoni.
– Mogę je zatrzymać do rana?
Odwróciła się. Wyciągnęła rękę, więc sądziłem, że chce je odebrać. Zamiast tego skierowała moją zaciśniętą dłoń ku tylnej kieszeni.
– Do rana. Potem ja zdecyduję.
Schowałem figi. Nie chodziło o koronkę. Liczyło się to, że sama zostawiła je u mnie do rana.
Przejrzała się w ciemnej szybie drzwiczek, wygładziła bluzkę i poprawiła włosy. Wyszła do salonu, a w progu zerknęła na mnie przez ramię.
– Pilnuj ich do rana.
Kiedy wróciłem z lodem, zobaczyłem przez drzwi tarasowe Radka palącego pod okapem, dwa metry od domu. W salonie Marta pochylała się nad kominkiem z polanem w ręku, tyłem do niego.
Widział ją wyraźnie, ale oświetlona od tyłu nie mogła dostrzec go w ciemności tarasu.
Nie zapaliłem lampy w kuchni. Chwilę później dostrzegła za szybą czerwony żar papierosa. Poprawiła polano, pozostała pochylona odrobinę dłużej, po czym odwróciła się przodem do tarasu.
Radek wszedł po minucie, otrzepując śnieg z ramion.
– Ty palisz? Rowerzysta? – zapytała.
– Tylko przy wyjątkowych okazjach. I kiedy naprawdę marznę.
– A teraz marzniesz?
– Jak pies – odparł, nie odrywając od niej wzroku.
Około północy Marta wyciągnęła wysłużoną talię do tysiąca. Dwadzieścia cztery karty zmiękły od lat tasowania. Dama kier miała zagięty róg i plamę po winie na sukni – pamiątkę po akademickim wieczorze sprzed przeszło dwóch dekad. Po tym śladzie można ją było rozpoznać bez odkrywania.
Przez godzinę graliśmy zupełnie normalnie. Dokładaliśmy do kominka i obgadywaliśmy znajomych, w tym dwie rozwiedzione pary z naszego rocznika. Wszystko, co wydarzyło się wcześniej, wisiało w powietrzu jak dym.
W którymś momencie Radek zaproponował pytania dla przegranego.
– Dowolne. Bez kręcenia.
– Głupia gra. – Skrzywiła się, patrząc w karty.
– Boisz się.
– Rozdawaj.
Pierwszą partię przegrałem ja, drugą – Radek. Marta zapytała, dlaczego naprawdę rozwiódł się z Justyną. Odpowiedział bez uników; przez następne dwie minuty nikt się nie uśmiechał.
Trzecią przegrała.
– Ile razy zdradziłaś Piotra?
– Zero – odpowiedziała natychmiast.
Czwartą przegrała ponownie. Przysiągłbym, że specjalnie.
– Ile razy miałaś ochotę?
W kominku strzeliło polano. Odstawiła kubek.
– Więcej niż zero.
– Ostatni raz?
– To drugie pytanie.
– To powiedz tylko kiedy.
Zanim odpowiedziała, odnalazła mój wzrok. Nie pytała o pozwolenie; upewniała się, że oboje rozumiemy, dokąd prowadzi ta rozmowa.
– Dzisiaj.
Radek zebrał karty i starannie wyrównał brzegi talii. Gdy wsuwał ją do pudełka, jedna karta wyślizgnęła się na dywan. Dama kier upadła licem do góry między stolikiem a kominkiem.
Widzieliśmy ją wszyscy troje.
Nikt nie wyciągnął ręki.
Po kartach Marta przyniosła koc, zsunęła skarpetki i usiadła między nami. Rozłożyła go szeroko, przykrywając własne nogi, moje kolana i udo Radka.
– Nastałam się dzisiaj. Bolą mnie stopy.
– Wymasuję. – Radek wyciągnął rękę.
– Nie.
Cofnął ją natychmiast.
Przez następny kwadrans rozmawialiśmy o oponach zimowych. Radek nie ponowił propozycji. Dopiero później sama wróciła do tematu.
– Podobno jesteś sportowcem. Tylko stopy. Pokaż, co umiesz.
Sama położyła nogi na jego kolanach.
– Tylko stopy – powtórzył.
Ugniatał je kciukami z prawdziwą wprawą. Westchnęła długo i oparła głowę na moim ramieniu.
– Dobrze?
– Bardzo.
Wsunąłem dłoń pod koc, na gołą skórę między bluzką a dżinsami. Nakryła moje palce własnymi i zatrzymała je dokładnie tam, gdzie chciała.
Przeszedł do drugiej stopy. Po chwili zatrzymał się.
– Dalej nie idę.
Otworzyła oczy.
– Wiem.
– I?
– Daj mi chwilę.
Zabrała nogi z jego kolan i usiadła prosto. Cisza zgęstniała, lecz nie było w niej lęku. W kominku pękło polano.
Radek odłożył kubek.
– Muszę coś powiedzieć, zanim pójdziemy dalej. Nie robię tych dwustu kilometrów w weekend wyłącznie dla zdrowia. Jeżdżę, żeby nie wracać za wcześnie do pustej kawalerki. Mieszkam tam od dwóch lat i nadal nie mam firanek, bo po co? W lodówce musztarda i piwo. Najgorsze, że już się do tego przyzwyczaiłem. Dopiero u was przypominam sobie, że można żyć inaczej.
Objęła go jak starego przyjaciela. Wtulił twarz w jej ramię i odwzajemnił uścisk ostrożnie, z dłońmi na łopatkach.
Po chwili odsunęła się i wróciła między nas.
Spojrzała na damę kier leżącą przy kominku. Sięgnęła po nią, obejrzała zagięty róg i położyła kartę na własnym kolanie.
– Teraz ja. Chcę, żebyś mnie dotknął, Radek. Piotr zostaje ze mną. Jeśli coś będzie nie tak, powiem „stop”.
Popatrzyła na mnie.
– Zostaję. Ja też tego chcę.
Radek spojrzał najpierw na nią, potem na mnie.
– Chcę ciebie. Chcę też, żeby Piotr został.
– Zostanę.
Marta położyła damę kier na środku stolika, licem do góry.
– No to chodźcie bliżej.
Pocałowała mnie pierwsza. Długo, głęboko, z dłonią na moim karku. Kiedy się odsunęła, odwróciła się do Radka.
Otworzyła ramiona i przyciągnęła go sama.
Ich pierwszy pocałunek nie wyglądał jak próba nadrobienia ponad dwudziestu lat w jednej chwili. Zetknęli usta ostrożnie, jakby sprawdzali, czy rozpoznają w sobie tych dwoje ze studiów.
Potem położyła dłoń na jego karku i pocałowała go drugi raz – już bez ostrożności.
Radek objął ją w talii, przyciągnął do siebie i wsunął język między jej usta. Odpowiedziała całym ciałem. Widziałem napięcie pleców, palce zaciskające się na jego swetrze i biodra przesuwające się bliżej. Siedziałem pół metra dalej, z sercem bijącym za szybko. Zazdrość ukłuła mnie krótko, lecz zaraz ustąpiła zdumieniu, podnieceniu i czemuś jeszcze – dumie, że znalazła odwagę nazwać to, wokół czego wszyscy troje krążyliśmy od kolacji.
Odsunęła się pierwsza. Miała rozchylone usta i oddychała szybciej.
– No. To mamy za sobą.
Zaśmiał się cicho.
– Mówisz tak, jakbyśmy zdali egzamin.
– Jeszcze nie wiadomo.
Odwróciła się do mnie i usiadła bokiem na moich kolanach. Pocałowała mnie bez pośpiechu; jej usta wciąż smakowały herbatą i śladem whisky. Nie było w tym przeprosin. Raczej przypomnienie, że nadal jestem częścią tej chwili.
Radek czekał. Nie dotykał jej, dopóki sama nie wyciągnęła ku niemu zaczerwienionej dłoni.
– Znowu zimne.
Ujął jej rękę i pocałował po kolei każdą kostkę. Obrócił dłoń wnętrzem do góry i musnął ustami nadgarstek. Zadrżała mocniej niż wtedy, gdy całował ją w usta.
– Wrażliwe? – zapytałem.
– Dzisiaj wszystko.
Wyciągnęła ku mnie drugą dłoń. Pocałowałem pęknięcie skóry przy kciuku, a potem wewnętrzną stronę nadgarstka. Przez moment siedziała między nami, a każdy z nas trzymał jedną z jej rąk. Wyglądała jak ktoś, kto po raz pierwszy nie musi wybierać, gdzie jest cieplej.
Radek przesunął się bliżej. Jego palce zatrzymały się na brzegu czarnej bluzki.
Uniosła ręce.
Ściągnął materiał przez jej głowę. Krótkie włosy naelektryzowały się i stanęły w kilku miejscach. Została w czarnym koronkowym biustonoszu i rozpiętych dżinsach. Miękkie miseczki bez fiszbin podtrzymywały piersi, nie spłaszczając ich; przez kwiatowy wzór prześwitywała ciepła skóra, a falowana krawędź kończyła się tuż nad brodawkami.
Czarne figi z tego kompletu miałem w tylnej kieszeni.
– Nowy? – zapytałem.
– Od września.
– Dlaczego go wcześniej nie widziałem?
– Widziałeś. Tylko nie patrzyłeś.
Zdanie trafiło we mnie mocniej, niż się spodziewałem. Przesunąłem dłoń po miękkiej koronce i objąłem pierś od spodu. Spojrzała mi w oczy, a potem odwróciła się do Radka.
– Teraz obaj patrzymy.
– Teraz możecie obaj dotknąć.
Podtrzymywałem lewą pierś, a Radek ujął prawą, początkowo przez koronkę. Nie ścisnął od razu. Przesuwał kciukiem po wzorze, aż brodawka stwardniała i wyraźnie odcisnęła się pod materiałem. Wtedy naparła na jego dłoń. Dopiero po tym zaproszeniu zacisnął palce mocniej.
Rozpiąłem biustonosz znajomym ruchem, wyćwiczonym przez osiemnaście lat. Koronka poluzowała się, a piersi opadły w nasze dłonie. Były dojrzałe, miękkie u dołu i jędrniejące pod dotykiem. Na moment wstrzymał oddech.
– Na studiach miałaś mniej bioder. Piersi też były mniejsze.
Uderzyła go lekko w ramię.
– Uważaj.
Uśmiechała się jednak. Opuściła ramiączka, wyswobodziła ręce i odłożyła biustonosz na kanapę. Wstała, zsunęła dżinsy po biodrach i wyszła z nich, przytrzymując się mojego ramienia. Kiedy stanęła przed nami zupełnie naga, Radek spojrzał na jej ciało, a potem na odłożoną koronkę.
– Gdzie druga połowa? – zapytał.
Wskazała moją tylną kieszeń.
– Piotr pilnuje.
– Do rana – przypomniałem.
– Do rana.
Stanęła przy ogniu. Blask ślizgał się po nagim biuście, łagodnym zaokrągleniu brzucha, szerokich biodrach i mocnych udach. Najbardziej pociągał mnie sposób, w jaki przenosiła ciężar z nogi na nogę, bez skrępowania poprawiała włosy i odwracała się do nas tyłem.
– Rozłóż koc.
Rozłożyłem go przed kominkiem. Dama kier nadal leżała na środku stolika. Przeciąg przesunął ją aż na skraj.
Położyła się na plecach. Pociągnęła mnie, żebym usiadł przy jej głowie, a Radka gestem skierowała między uda.
– Zacznij od nóg. Dobrze ci szło.
Uklęknął. Wcześniej dotykał tylko jej stóp; teraz ujął nagą łydkę, przesunął ręce ku kolanu i pocałował zagłębienie pod nim. To samo zrobił z drugą nogą. Każdy gest był spokojny i dokładny, jak przy ogrzewaniu zmarzniętych palców.
Odchyliła głowę na moje udo. Całowałem szyję, obojczyki i piersi. Znałem jej ciało, ale przy Radku patrzyłem uważniej, jakbym sam widział je od nowa: drobne pieprzyki przy żebrach, linię talii, ruch brzucha przy wdechu i brodawki ciemniejące pod ustami.
Przesuwał się wyżej. Pocałował wewnętrzną stronę uda i pachwinę. Zatrzymał się kilka centymetrów od miejsca, które już lśniło w świetle ognia. Rozsunęła kolana szerzej i ułożyła dłoń na jego karku.
To wystarczyło.
Pierwsze muśnięcie języka było długie, od wejścia ku łechtaczce. Wciągnęła powietrze i wygięła plecy. Nie spieszył się. Lizał powoli, całą szerokością, wracał niżej, a czubkiem zataczał kręgi. Jedną ręką obejmował udo, drugą przytrzymywał biodro.
Nie odrywała ode mnie wzroku.
Ująłem obie piersi i ugniatałem je w innym tempie niż ruchy jego ust. Kiedy ścisnąłem brodawki, z gardła wydobył się niski jęk. Wyczuł jej reakcję i przyspieszył.
– Nie naraz – wydyszała. – Na zmianę.
Zrozumieliśmy. Gdy mocniej ssał łechtaczkę, tylko podtrzymywałem jej biust. Gdy zwalniał, moje kciuki przejmowały rytm. Dotyk już nie konkurował o uwagę; jeden ustępował drugiemu.
Zacisnęła dłoń na moim przedramieniu. Uda drżały wokół jego głowy.
– Jeszcze. Właśnie tak.
Wsunął w nią dwa palce, zagiął je i nie przerwał pieszczot ustami. Brzuch stwardniał pod moją dłonią. Widziałem moment, w którym przestała prowadzić. Oczy rozszerzyły się, oddech urwał, a całe ciało napięło się jak łuk.
Orgazm przeszedł przez nią seriami. Najpierw uniosła biodra, po chwili przycisnęła je do koca, zaciskając uda i palce. Nie próbowała tłumić krzyku; za ścianami i tak wył wiatr. Nie zmieniał rytmu, dopóki sama nie poluzowała dłoni na jego karku.
Opadła na koc i łapała oddech.
Nigdy wcześniej nie widziałem jej przyjemności tak blisko, a zarazem jakby z boku. Nie czułem się odsunięty. Cały czas szukała mnie wzrokiem, jakbyśmy wspólnie odkrywali coś, co od lat należało do nas, ale czego nie umieliśmy zobaczyć.
Usiadł na piętach. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka.
– Chodź wyżej.
Przysunął się. Pocałowała go, nie przejmując się własnym smakiem na jego ustach, a zaraz po nim przyciągnęła także mnie. Kilka sekund byliśmy zbyt blisko, splątani oddechem i ramionami. Nie szukałem dla tego nazwy.
– Wody – poprosiła w końcu.
Wręczyłem jej szklankę. Wypiła połowę, a resztę oddała Radkowi. Siedzieliśmy na kocu, czekając, aż oddechy się uspokoją.
– Jeszcze tego nie żałuję – oznajmiła.
– Bardzo pokrzepiające.
– Nie psuj.
– Milczę.
Poszedłem na górę po prezerwatywy. Schody zaskrzypiały tak głośno, że za plecami usłyszałem ich śmiech.
Po dwóch minutach wróciłem z małym pudełkiem i dodatkowym ręcznikiem. Zastałem Radka na kanapie bez swetra; Marta klęczała między jego kolanami i rozpinała koszulę guzik po guziku. Gdy odpięła ostatni, zsunęła materiał z jego ramion. Nie wyglądała na kogoś, kto czeka na instrukcję.
Miał ciało człowieka, który spędza długie godziny na rowerze: szczupłe, twarde uda, wyraźne mięśnie brzucha, ramiona smuklejsze od moich. Na lewym barku biegła stara blizna po upadku, o której nic nie wiedziałem.
Pocałowała bliznę.
– Kiedy?
– Trzy lata temu. Zakręt przed Pułtuskiem.
– Nic nie powiedziałeś.
– Nie chciałem wam zawracać głowy.
Nie było w tym wyrzutu, tylko samotność, której wcześniej nie zauważaliśmy.
Zsunęła mu spodnie i bieliznę. Był twardy, wyraźnie pobudzony, lecz nadal czekał. Objęła go dłonią, powoli poznając kształt i ciepło. Kciukiem przesunęła po czubku.
Zamknął oczy.
– Otwórz oczy.
Otworzył.
Przesunęła językiem od nasady ku czubkowi – tylko raz. Objęła go ustami i wzięła głębiej. Nie zerkała na mnie. Skupiona na jego reakcjach zwalniała, gdy drgały mu biodra, i przyspieszała, kiedy rwał się oddech.
Usiadłem za nią na kocu i objąłem piersi od tyłu; oparła plecy o mój tors, nie przerywając pieszczoty. Jedną ręką pieściłem brodawkę, drugą prowadziłem po brzuchu między uda. Rozsunęła kolana, wpuszczając moją dłoń głębiej, i nie zwolniła.
Wolną dłoń zacisnął na krawędzi kanapy, nie próbując kierować jej głową.
Odsunęła się. Wykonała jeszcze kilka ruchów dłonią, doprowadzając go niemal do końca, i znieruchomiała.
– Nie teraz.
Wypuścił powietrze.
– Okrutna.
– Sam mnie nauczyłeś czekać.
Odwróciła się do mnie. Ściągnęła mi sweter i koszulkę jednym ruchem i rozpięła spodnie.
– Tylko mnie nie każ czekać dwudziestu lat – mruknąłem.
– Ciebie znam.
Usiadła na mnie okrakiem, zanim zdążyłem całkiem zdjąć spodnie. Ujęła mnie dłonią, uniosła biodra i opuściła się powoli, przyjmując mnie do końca. Westchnęła przy mojej szyi.
Przez pierwszą chwilę tylko siedziała, obejmując mnie ramionami. Ten znajomy ciężar i ciepło uspokoiły coś, o czym nie wiedziałem, że jest napięte.
– Wszystko w porządku? – szepnęła.
– Lepiej niż w porządku.
Znała mój rytm, ale tym razem nie szukała najkrótszej drogi. Kołysała się powoli, zataczała małe kręgi i pozwalała mi czuć każdy ruch. Obok siedział nagi Radek, z oddechem wciąż przyspieszonym. Patrzył, jak moje dłonie obejmują szerokie biodra, piersi poruszają się przed moją twarzą, a ona całuje mnie z zamkniętymi oczami.
Wyciągnęła rękę w jego stronę.
Przysunął się. Zamiast od razu dotknąć jej między nogami, zaczął od dłoni. Spletli palce; popękana skóra wciąż była wyraźnie zaczerwieniona. Stamtąd przesunął usta po ramieniu ku szyi. Drugą ręką objął pierś od boku.
Poruszała się na mnie, podczas gdy on pieścił ją z boku. Po kilku minutach przyspieszyła. Łapała oddech w moje usta, cofała biodra i opadała mocniej.
Przesunął palce na łechtaczkę. Położyła na nich własną dłoń, jednym ruchem pokazała właściwe tempo i puściła.
– Tak.
Znów zbliżała się do szczytu, lecz nie chciała jeszcze dojść. Zwalniała, kiedy napięcie rosło za szybko, całowała mnie i wracała do głębszych ruchów. W końcu zatrzymała Radka.
– Jeszcze nie. Chcę zachować trochę sił.
Zsunęła się ze mnie. Pocałowała mnie w czoło, co w tej sytuacji było jednocześnie czułe i absurdalne.
– Teraz jego kolej.
Radek wziął z pudełka prezerwatywę. Założył ją sprawnie, bez ceremonii. Obserwowała go, siedząc na kocu z podciągniętymi kolanami. Ogień oświetlał jej profil i piersi.
Położyła się na boku, twarzą do mnie; Radek zajął miejsce za nią. Z tej pozycji mogła przez cały czas widzieć moją twarz.
Sama cofnęła biodra i naprowadziła go dłonią.
Wszedł w nią powoli. Gdy znalazł się w połowie, zatrzymał się, dając jej czas. Miała zamknięte oczy; otworzyła je dopiero wtedy, gdy mocniej cofnęła biodra i przyjęła go do końca.
Rozchyliła usta, ale nie wydała dźwięku.
– Inaczej.
Nie wiedziałem, czy to ocena, czy zdziwienie.
– Źle?
– Nie. Inaczej.
Objął ją od tyłu. Jedną dłoń położył pod piersią, drugą na brzuchu. Poruszał się wolno i głęboko, w tempie dopasowanym do jej oddechu. Przy każdym pchnięciu coraz mocniej ściskała moją rękę.
Pochyliłem się i pocałowałem ją. Odpowiadała ustami w jego rytmie. Nie musiała wybierać między tym, co znajome, a tym, co nowe. Przez chwilę miała jedno i drugie.
Przyspieszył dopiero, gdy zaczęła wychodzić mu biodrami naprzeciw. Kiedy sięgnął niżej, sama ustawiła jego palce tam, gdzie chciała, i znów chwyciła mnie za rękę.
Na jego dotyk reagowała inaczej niż na mój. Nie lepiej, nie gorzej – bardziej czujnie. Każda nowa pieszczota wywoływała gwałtowniejszy wdech, a przy głębszych ruchach mocniej napinała uda. Patrzyłem i uczyłem się reakcji, które po osiemnastu latach uważałem za dobrze znane.
Położyła dłoń na moim karku.
– Bliżej.
Przysunąłem się tak, że nasze czoła się zetknęły. Radek wciąż był za nią. Widziałem rozszerzone źrenice i rumieniec rozlewający się od szyi. Nie uciekała wzrokiem, choć jej biodra odpowiadały na każdy jego ruch.
– Mocniej.
Przeszedł do krótszych, bardziej zdecydowanych ruchów. Dłoń na brzuchu przytrzymywała ją przy każdym pchnięciu. Paznokcie wpiły mi się w ramię.
Wiedziałem, że znów jest blisko po coraz mocniejszym uścisku i urywanych pocałunkach. Radek utrzymał tempo. Doszła, nie odsuwając twarzy. Krzyk poczułem na policzku; ścisnęła mnie za rękę, aż w końcu zwiotczała w naszych ramionach. Zwolnił, nie przerywając, dopóki napięcie nie osłabło. Całowałem mokrą skroń.
Kiedy skurcze ustały, uniosła rękę.
Znieruchomiał natychmiast.
– Chwila.
Wysunął się ostrożnie, przytrzymując prezerwatywę u nasady. Piła wodę, zawinięta w koc od pasa w dół. Oparła głowę na moim ramieniu, stopy położyła na udzie Radka.
– Wciąż dobrze? – zapytałem.
– Gdyby nie było, usłyszałbyś.
– To prawda.
– I nie patrzcie na mnie, jakbym zaraz miała trafić na izbę przyjęć. Jest mi bardzo dobrze.
Radek się roześmiał. Napięcie puściło.
Kiedy odrzuciła koc, wiedzieliśmy, że przerwa się skończyła.
Stanęła na czworakach na kocu i obejrzała się na mnie.
– Piotr. Teraz ty.
Wszedłem w nią od tyłu. Wciąż była rozgrzana i wrażliwa, więc zacząłem powoli. Wygięła plecy i cofnęła ku mnie biodra. Znałem ten gest; po raz pierwszy jednak widział go ktoś jeszcze.
Radek klęknął przed nią. Przyciągnęła jego twarz i pocałowała. Objął jej policzki, a potem zsunął dłonie na piersi, które kołysały się w jego palcach w moim tempie.
Patrzyła na niego. Ja widziałem linię pleców, talię i krągłe biodra pod własnymi dłońmi; on – jej twarz. Każdy z nas oglądał inną stronę jej ciała, a ona sama wyznaczała nam miejsca i tempo.
Przyspieszyłem, a ona odpowiadała coraz mocniejszym ruchem bioder. Radek wsunął dłoń między jej uda, lecz najpierw tylko muskał wewnętrzną stronę jej ud, celowo każąc jej czekać. Jęknęła zniecierpliwiona.
– Nie drażnij.
Posłuchał i zaczął pieścić łechtaczkę w równym tempie. Tym razem przyjemność narastała szybciej. Kiedy opuściła głowę, musnął ją pod brodą.
– Patrz na Piotra.
Odwróciła głowę przez ramię.
Spotkaliśmy się wzrokiem. To było bardziej intymne niż wszystko, co robiliśmy ciałami. Widziałem w niej moją żonę od osiemnastu lat, dziewczynę z ostatniego rzędu i kobietę przed kominkiem, która nie prosiła, żeby ją usprawiedliwiać.
Przytrzymałem jej biodra i utrzymałem tempo. Radek nie zmieniał pracy palców. Zaczęła drżeć. Następny orgazm nie przyszedł gwałtownym wybuchem, lecz długą falą. Przechodził przez ciało stopniowo: od napiętych ud przez brzuch i plecy, aż po ramiona, które wreszcie osunęły się na koc.
Zwolniłem i wysunąłem się, zanim dotyk stał się zbyt intensywny. Sama położyła się na boku. Oddychała głęboko, z policzkiem na damie kier, która najwyraźniej zsunęła się ze stolika pod brzeg koca. Zagięty róg wystawał spod jej włosów.
– Karta.
Uniosła głowę, wzięła damę i położyła mi ją na piersi.
– Pilnuj.
– Tak jak koronki? Do rana?
– Wszystkiego. Do rana.
Gdy się uniosłem, dama zsunęła mi się z piersi na brzeg koca.
Do pieszczot wróciliśmy dopiero po dłuższej przerwie.
Dorzuciłem drewna. Radek przyniósł z kuchni wodę, talerz gulaszu i chleb, bo wszyscy nagle przypomnieliśmy sobie o jedzeniu. Siedzieliśmy nadzy przed kominkiem, dzieląc się kromkami i śmiejąc się z absurdalności tej sytuacji.
– Jak jutro będę odkopywał samochód, chcę mieć to zapisane. – Uniósł kromkę. – Ryzykowałem życie dla gulaszu.
– Dla gulaszu? – Uniosła brwi.
– Gulasz był pierwszy.
– Uważaj, bo wylądujesz w pokoju gościnnym sam.
– Tam i tak mam spać.
– Jeszcze zobaczymy.
Przez chwilę znów byliśmy po prostu trójką dawnych znajomych, którzy rano mieli razem zjeść jajecznicę.
Kiedy odstawiła talerz, Radek bez pośpiechu założył świeżą prezerwatywę. Usiadła na nim okrakiem, przodem do niego, ujęła go u nasady i powoli się opuściła. Nie było już ostrożnego odkrywania. Znała jego kształt i tempo. Ułożyła ramiona na jego barkach i zaczęła prowadzić.
Trzymał ją za biodra, ale nie przejmował tempa. Unosiła się wysoko, opadała głęboko, potem kołysała się przy nim krótszymi pchnięciami. Biust falował między nimi. Całował piersi, obejmował ustami brodawki, a ona zaciskała palce na jego karku.
Na kilka chwil zwolniła niemal do bezruchu. Ogień odbijał się na jej wilgotnej skórze, a cień bioder przesuwał się po ścianie w takt kołysania. Pocałowała Radka długo. Usiadłem za nią, a ona oparła plecy o mój tors i odchyliła głowę na moje ramię. Czułem na policzku gorąco jej szyi i urywany oddech. Kiedy znów się uniosła, zrobiła to powoli, jakby chciała przedłużyć napięcie przed kolejnym opadnięciem.
Jednym ramieniem objąłem ją pod piersiami, drugą dłonią przesunąłem po brzuchu. Nie dotykałem między nogami. Chciałem czuć całe jej ciało: napinającą się talię, twardniejący brzuch i biodra unoszące ją nad Radkiem.
Odwróciła głowę i pocałowała mnie. Przy kolejnym opadnięciu przyjęła go głębiej i jęknęła w moje usta.
Tempo rosło. Kiedy spróbował przejąć rytm, nacisnęła dłońmi na jego ramiona.
– Ja prowadzę.
Ustąpił. Przyspieszyła, świadoma naszej uwagi. Pot lśnił na karku, a krótkie włosy przykleiły się do skroni. Nie wyglądała młodziej i nie musiała. Pociągała mnie dojrzała pewność jej ruchów – siła ud, kołysanie bioder i ciężar piersi.
Radek był coraz bliżej. Widziałem to po napiętej szyi i palcach wciskających się w jej biodra.
– Zostań tak głęboko.
Opuściła się na niego całkowicie i przeszła do krótkich, mocnych ruchów. Radek objął ją w pasie. Oddychał coraz bardziej urywanie, aż znieruchomiał pod nią. Doszedł w prezerwatywie, przyciśnięty do jej ciała, z twarzą wtuloną w pierś.
Została na nim przez kilka oddechów. Pocałowała go w skroń i dopiero wtedy uniosła biodra.
Opadł na koc. Położyła się obok niego, ale wyciągnęła rękę do mnie.
– Chodź.
Położyłem się nad nią. Oplotła mnie nogami. Nie spieszyliśmy się. Wróciliśmy do rytmu, który znaliśmy oboje, lecz teraz nie szliśmy na skróty. Wchodziłem powoli i głęboko, wycofywałem się prawie całkowicie i wracałem. Patrzyła mi w oczy.
Radek leżał obok, gładząc ją po włosach i ramieniu. Nie próbował dołączyć; był blisko, ale oddał nam tę chwilę.
Oplotła nogami moją talię, dzięki czemu wszedłem głębiej. Jej oddech przyspieszył. Przytrzymałem ją za biodra i zwiększyłem tempo dopiero wtedy, gdy zaczęła wychodzić mi naprzeciw.
– Piotr – szepnęła.
Tylko imię. Wystarczyło.
Doszedłem, pozostając w niej głęboko. Oparłem czoło o jej czoło; zacisnęła nogi i przytrzymała mnie, nie odrywając wzroku. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Słychać było trzask ognia, wiatr i nasze oddechy.
Ciszę przerwał śmiech Marty.
– Co? – zapytałem.
– Przypomniało mi się, że zostawiłam gulasz w garnku.
Radek parsknął. Ja także. Śmiech rozładował napięcie, a wraz z nim wróciła zwyczajność naszego domu.
Posprzątaliśmy razem. Nie dokładnie – na to nie mieliśmy siły – ale wystarczająco, żeby rano nie wejść w chaos. Szkło odstawiliśmy na wyspę, jedzenie do lodówki. Marta przyniosła z łazienki ciepłe ręczniki.
Wytarła się i podała ręcznik Radkowi. Przyniosłem jej krem do rąk. Wmasowała grubą warstwę w popękaną skórę, a my siedzieliśmy po obu stronach, nie wracając już do pieszczot.
– To najbardziej niezręczny moment tej nocy – stwierdził Radek.
– Jedzenie chleba nago było gorsze.
– Wcale nie. To było praktyczne – odparła Marta.
Założyła mój duży sweter. Sięgał jej do połowy ud i zasłaniał piersi, lecz pod materiałem nadal było widać ich pełny kształt. Bielizny nie włożyła; czarna koronka została w mojej kieszeni.
Usiedliśmy jeszcze raz przy ogniu, tym razem z herbatą. Zapadło krótkie, niezręczne milczenie. Przerwała je Marta.
– Jutro nie zwalajmy tego na śnieg. Ani na whisky.
– Nie zamierzałem – odparł Radek.
– Ja też nie – dodałem.
– I nie chcę teraz ustalać, co będzie dalej. Rano zjemy śniadanie. Potem odkopiemy auto. Reszta może poczekać.
Radek przytaknął.
– Nie będę pisał do ciebie za trzy dni z propozycją kolejnej zamieci.
– Lepiej nie. Prognoza i tak zrobi to za ciebie.
Uśmiechnęła się i upiła łyk herbaty.
Spaliśmy przed kominkiem, bo nikomu nie chciało się iść na górę. Marta sama wybrała środek, wsunęła moje ramię pod głowę, a dłoń Radka ułożyła na swoim boku.
– Tylko śpimy.
– Tylko śpimy – powtórzyliśmy.
Na tym skończyły się pieszczoty. Ogień wygasł nad ranem, a koc pachniał dymem, kremem do rąk i nami.
Rano Marta wstała pierwsza.
Obudziły mnie zapach kawy i miarowy zgrzyt łopaty o beton. Radek już odkopywał samochód w moich grubych rękawicach. Niebo było białe i płaskie jak prześcieradło.
Spod zmiętego koca wystawał osmalony róg damy kier; karta była zagięta wpół. Wyprostowałem ją kciukiem, na ile się dało, i wsunąłem do tylnej kieszeni spodni.
Tam nadal była czarna koronka.
Marta stała przy wyspie kuchennej w moim swetrze, boso, z kubkiem trzymanym obiema dłońmi. Była bez makijażu, miała rozczochrane włosy i twarz kobiety, która prawie nie spała. Wyglądała pięknie. Noc nie odjęła jej lat, lecz dodała pewności siebie, jakiej dawno u niej nie widziałem.
Stanąłem za nią, ale nie objąłem od razu. Cofnęła się o krok i sama oparła plecy o mój tors.
– I jak? – zapytałem.
Obracała kubek w dłoniach.
– Najbardziej bałam się, że zobaczę w tobie zazdrość.
– Pojawiła się, kiedy pierwszy raz go pocałowałaś.
– I co z nią zrobiłeś?
– Nic. Posiedziała chwilę i poszła. Więcej było we mnie strachu, że nagle przestaniemy być my.
Odwróciła się w moich ramionach.
– Przez całą noc szukałam twojej twarzy. Nawet kiedy on był bliżej. Nie dlatego, że potrzebowałam pozwolenia. Chciałam wiedzieć, że nadal jesteś ze mną.
– Byłem.
– Wiem. – Dotknęła mojego policzka zaczerwienioną dłonią. – I dzisiaj też po prostu bądź obok. Bez wielkich wniosków przed kawą.
Pocałowałem wnętrze jej dłoni. Nie rozwiązywało to pytań o nasze małżeństwo ani przyjaźń, ale przypominało, że wciąż jesteśmy po tej samej stronie.
Popatrzyła przez okno na Radka machającego łopatą.
– Boję się spojrzeć mu w oczy.
– Nie musisz od razu.
– Muszę. Za dziesięć minut wejdzie po kawę.
Ująłem jej dłonie i powoli rozcierałem je tak, jak poprzedniej nocy robił to Radek. Spojrzała na mnie; żadne z nas nic nie powiedziało. Skóra była wciąż czerwona, ale ciepła.
Wyjąłem z kieszeni czarną koronkę i położyłem na blacie. Obok niej damę kier.
Najpierw popatrzyła na bieliznę. Wzięła figi, rozprostowała falowaną krawędź i przesunęła kciukiem po kwiatowym wzorze.
– Umowa była do rana.
– Była.
– Oddaję.
Po chwili złożyła je na pół i wsunęła mi z powrotem do kieszeni.
– Zatrzymaj.
– Na pewno?
– Tak. Tym razem już bez terminu.
Pocałowała mnie w policzek. Dopiero potem wzięła kartę. Obejrzała osmalony róg, przejechała paznokciem po zagięciu i oparła damę o cukiernicę.
– Żałujesz? – zapytałem.
Milczała dłużej, niż mi się podobało.
– Nie. Ale nie chcę, byśmy od dziś robili to co miesiąc. Gdyby stało się zwyczajem, przestałoby być tym, czym było.
– Zgadzam się.
– I nie chcę, żeby Radek zniknął na pół roku ze wstydu.
– Ja też nie.
– To dobrze.
Oparła biodro o wyspę kuchenną. Zerknąłem na blat. Przyłapała mnie.
– Nawet o tym nie myśl. – Uśmiechnęła się. – Najpierw jajecznica.
– Innym razem?
– Zobaczymy, na co zasłużysz.
Zgrzyt łopaty ucichł.
Radek oparł łopatę o maskę samochodu, zdjął czapkę i przez dłuższą chwilę stał tyłem do domu, zwrócony ku wciąż nieodśnieżonej drodze. Potem odwrócił się w stronę kuchennego okna.
Krótko skinął nam głową.
Marta wzięła trzeci kubek, nalała kawy i poszła otworzyć drzwi. Zanim wyszła, zatrzymała się w progu.
– Nie zostawiaj mnie samej przy śniadaniu.
– Nie zostawię.
Radek wszedł z twarzą czerwoną od mrozu. Zdjął rękawice i stanął na wycieraczce. Zapadła krótka cisza.
Podała mu kubek.
– Dzięki za odkopanie podjazdu.
– Dzięki za nocleg.
To wystarczyło na początek.
Potem usiedliśmy przy stole. Jedliśmy jajecznicę, chleb i resztę gulaszu. Radek narzekał na śnieg w butach, Marta na sól na schodach, ja na pług, który znowu ominął naszą drogę. Nie było swobodnie. Było jednak uczciwie. Nikt nie udawał, że nie pamięta.
Po śniadaniu Radek podszedł do Marty przy zlewie.
– Wszystko w porządku między nami?
Odłożyła talerz. Popatrzyła najpierw na niego, potem na mnie.
– Nie wiem jeszcze, jak to wszystko się ułoży. Ale nie żałuję i nie chcę, żebyśmy przez to stracili przyjaźń.
– Ja was też nie.
Objęła Radka. Dłonie trzymał wysoko na jej plecach, a ona pocałowała go w policzek. Gest był mniej intymny niż nocą, ale nie mniej ważny.
Radek odsunął się i wyciągnął rękę do mnie. Zamiast ją uścisnąć, przyciągnąłem go na moment do siebie i poklepałem po plecach.
– Firanki kup.
– Nie przesadzajmy z rewolucją.
Roześmiała się przy zlewie.
Wyjechał dopiero po południu, gdy pług przejechał drogą i zrobił w zaspie wąski tunel. Przy bramie wysiadł jeszcze raz, domknął bagażnik i pomachał. Marta stała obok mnie w kurtce, tym razem w suchych rękawicach.
Mercedes zniknął za białym zakrętem.
Wróciliśmy do kuchni. Karta nadal stała przy cukiernicy, licem do tarasu. Zdjęła rękawice i położyła dłonie na blacie.
– Zostaw ją – poprosiła, gdy sięgnąłem po kartę.
– Tutaj?
– Na razie.
Zostawiłem.
Na wieczór zapowiadano kolejne opady. Słabsze niż poprzednie, lecz wystarczające, by zasypać ślady opon przy bramie.
Na blacie została dama kier, z nowym zagięciem i osmalonym rogiem. Do talii dałoby się ją jeszcze wsunąć, ale nie tak, by udawała, że nic się nie wydarzyło.
Może właśnie dlatego Marta chciała ją zachować na widoku.
Jmalkowich
Jak Ci się podobało?