Ilustracja: Anita Zofia Siuda

Zwyczajna niezwyczajność, czyli są obrazy, jakie się malarkom nie śniły

14 lutego 2026

7 min

Dziś będzie krótko. Dosłownie.

Niniejsza miniatura powstała z inspiracji obrazem Anity Zofii Siudy pt. „Variegata” – tym samym, który podziwiacie w tle. Serdecznie dziękuję Autorce za udzieloną zgodę oraz konsultacje artystyczne, natomiast Czytelniczki oraz Czytelników namawiam do zapoznania się pozostałą twórczością, dostępną m.in. na stronach:

https://anitazofiasiuda.com/
https://www.facebook.com/anitazofiasiuda.art/
https://www.instagram.com/anitazofiasiuda_art/

Zachęcam także – oczywiście w ramach możliwości – do spotkania się z Autorką osobiście na lokalnych wystawach, wernisażach, targach rękodzieła czy innych podobnych okazjach. Nie ukrywam, że mnie się udało.

PS Choć ani tytuł, ani treść nie zawiera (celowo) żadnego bezpośredniego odniesienia do konkretnej okazji, to data publikacji zdecydowanie nie jest przypadkowa. Miłej lektury życzę, a nawet życzymy!

 




Kiedy czytamy książkę i śledzimy losy dzielnych bohaterów, przeżywających heroiczne, nierzadko decydujące o losach świata perypetie, praktycznie zawsze dzieją się one na tle równie epickich okoliczności przyrody. Gdy oglądamy film i podziwiamy najpiękniejsze z pięknych kobiet – względnie najprzystojniejszych z przystojnych mężczyzn – zazwyczaj także ich otoczenie jest równie estetyczne, luksusowe, prestiżowe, długo można by wymieniać. Tymczasem w prawdziwym życiu to rzadko tak wygląda. Bardzo rzadko. Chciałoby się rzec: zbyt rzadko.

Przeważnie otacza nas wtórna do bólu ciała i duszy codzienność, wypełniona od świtu do nocy powtarzalnymi obowiązkami, które wykonujemy nie dlatego, że chcemy czy choćby mamy na nie jakąkolwiek ochotę, lecz musimy. Przebywamy w mało interesujących, nierzadko po prostu brzydkich miejscach, w których spotykamy się z miałkimi ludźmi, zajętymi podobnie nieciekawymi sprawami.

Czy im się dziwię? Nie, gdyż taka jest smutna kolej rzeczy. Czy ich krytykuję? Niby dlaczego? Przecież robię w zasadzie dokładnie to samo, w taki sam sposób i na dodatek w tym samym momencie. A że taki dzień jak dzisiejszy powinien być spędzany zgoła inaczej? A kogo to obchodzi? Bo na pewno nikogo, na kim by mi zależało. Nikogo, komu zależałoby na mnie, tym bardziej.


Nie mając tak naprawdę innego wyjścia, czekam na zapuszczonym przystanku na obrzeżach zapomnianej przez godność i rozum człowieka mieścinki. Za ledwie kilka chwil wsiądę do mającego lata świetności dawno za sobą autobusu, podwożącego podobnych mnie życiowych nieudaczników do nudnej jak flaki z olejem…

I wtedy coś zwraca moją uwagę. Jakby pojedynczy promień słońca nagle przebił się wpierw przez wyjęte wprost z piosenki De Mono niebo, następnie wcale nie mniej brudny daszek stojącej naprzeciwko drugiej wiaty, by wreszcie oświetlić ławeczkę. Także pozbawioną oryginalności, koloru, czegokolwiek godnego choćby zdawkowej wzmianki.

W przeciwieństwie do tego, co się na niej znajduje.

W przeciwieństwie do kogo.

Niby widzę was tak samo wyraźnie, jak dzielące nas dwa połatane pasy asfaltu, pobazgrany przez lokalnych „kibiców” rozkład jazdy czy wreszcie plączącego mi się pod nogami równie biednego, co ja, śmieciowego kitka, lecz wciąż nie dowierzam własnym oczom. Zdrowemu rozsądkowi zresztą też nieszczególnie, że o chłopskim rozumie nie wspomnę. Przecież ledwie chwilę temu ławka była pusta. Przystanek był pusty. Cała okolica – poza mą skromną osobą i ewentualnie wspomnianym sierściuchem, niewyrażającym jednak chęci do podzielenia się własnymi rozważaniami egzystencjalnymi – była pusta. I mam tego stuprocentową, niezachwianą absolutnie niczym pewność.

Tymczasem, nie wiadomo jak, skąd i dlaczego, bez żadnego ostrzeżenia pojawiłyście się wy. Dwie kobiety, wyglądające niczym przeniesione żywcem z alternatywnego czasu oraz przestrzeni. Dwie oazy koloru pośrodku pustyni szarzyzny. Dwie fantasmagorie, dokoła których na moich oczach rwie się osnowa realności. Dwa zjawiska, jakich – mimo najszczerszych chęci i wcale nie tak skromnego zasobu słów, jakby się mogło po mej wybitnie nieciekawej powierzchowności wydawać – nie potrafię nawet nazwać.

Siedząca po prawicy, wyraźnie dojrzalsza dama o skórze koloru kawy z mlekiem i burzą mahoniowych loków, wydaje się patrzeć wprost na mnie. W pierwszym odruchu mam zamiar odwrócić zawstydzony wzrok, tylko czy słusznie? Niby kierunek spojrzenia się zgadza, jednak wyraz jej twarzy świadczy, iż zupełnie nie jest zainteresowana ani tym, że i ja gapię się w nią jak sroka w niemalowane wrota, ani czymkolwiek innym. Ona po prostu… jest. Istnieje gdzieś daleko ponad mną, ławeczką, przystankiem, zaczynającą właśnie siąpić mżawką. Ponad rzeczywistością.

Chociaż nie, przepraszam! Jest jeszcze coś, co wyraźnie absorbuje jej uwagę. Czy raczej ktoś, kto przyciąga także i mnie. Konkretnie tuląca się do ramienia egzotycznej piękności, obdarzona równie oszałamiającą urodą alabastrowa laleczka, wydająca się… drzemać? Marzyć? Płynąć leniwie poprzez bezkres ich wspólnego szczęścia, bliskości, a być może i czegoś więcej? Nie, żadne „może”. Jedyne słuszne określenie to „na pewno”! Nie mam absolutnie żadnej wątpliwości, że łączą je najszczersze ze szczerych uczucia: akceptacja, zaufanie, miłość, namiętność.

Czyżby także pożądanie? Kto wie?

A może jednak to faktycznie jedynie moja nadinterpretacja? Czy muszę wszędzie widzieć – a w szczególności tam, gdzie ich nie ma i nigdy nie było – jakieś dwuznaczności? Drugie, albo i nawet i trzecie dna? Dopisywać spiskowe teorie dziejów do wydarzeń, które są tak proste i jasne, jak to tylko możliwe? Przecież i mnie zdarzyło się nie raz i nie zapewne sto przesiadywać w bezpośredniej bliskości osób, z którym nie łączyły mnie żadne stosunki poza przyjacielskimi, a zwykle co najwyżej koleżeńskimi. I… nic, bo co niby miałoby być?

Coś jednak nie tylko miałoby, a jest. Dzieje się.

Dokładnie na wprost mnie. Niemal na wyciągnięcie ręki. Dziewczyna, wciąż nie otwierając oczu, sięga dłonią ku twarzy swej towarzyszki. Powolutku, centymetr za centymetrem, przesuwa opuszkami po lśniących polerowaną miedzią włosach. Smukłej szyi. Idealnie proporcjonalnym dekolcie. Zatrzymuje się na nim, krążąc leniwie po gładkiej skórze, po czym powraca wyżej, ku policzkowi. I tam już pozostaje. Początkowo bez widocznej reakcji, lecz już po chwili kącik ust niewzruszonej do tego momentu damy leciutko się unosi, oczy natomiast mrużą. Pochyla ona głowę w taki sposób, bo dotknąć palców wargami.

Teraz uśmiechają się już obie. Patrzą na siebie takim wzrokiem, jak… ech, żeby ktokolwiek kiedykolwiek spojrzał tak na mnie. Choćby raz. Ten jeden, jedyny raz w życiu. Wystarczyłoby. Naprawdę.

Zaciskam zęby, próbując walczyć z nie do końca pasującymi do tak subtelnie zmysłowej sytuacji myślami. Emocjami zresztą też. Skrycie marzę, by lód w mym wciąż przecież młodym, a jednocześnie dawno zamarzniętym sercu wreszcie stopniał. By świat dał mi choćby cień szansy. Cień cienia.

Czy w to wierzę, to już zupełnie inna kwestia…

Nie czas jednak na rozpamiętywanie przeszłości ani tym bardziej zamartwianie się przyszłością, skoro najważniejsze dzieje się teraz. Teraz i tutaj. Nawet jeśli nic z tego nie rozumiem.

Choćby tego, w jaki sposób w ciągu ledwie paru chwil mżawka zamienia się w deszczyk. W deszcz. W ulewę. W ścianę wody, przez którą ledwie widzę, co dzieje się po drugiej stronie drogi. Mimo że instynkt samozachowawczy każe mi się schować, nie jestem w stanie poruszyć choćby palcem. Strugi wody spływają po moich włosach, twarzy, dłoniach. Kurtce, torbie, spodniach. Moknie mi całe ubranie, mokną policzki, mokną usta. Mokną oczy. Nie tylko od oberwanej gdzieś daleko w górze chmury.

Mimo tego wciąż patrzę. Wpatruję się w scenę rodem z jakiegoś surrealistycznego obrazu może nie zaraz szalonej, lecz bez wątpienia obdarzonej wybitnie wybujałą wyobraźnią malarki.

Dwie postacie łączą się w nim w jedność we wspólnym dotyku. W splecionej ze zdających się płonąć włosów, abstrakcyjnej mandali. W otulającym ich sylwetki kokonie z wielkich, dziurkowanych liści, rozchylających się coraz szerzej i szerzej, niczym budzące się do życia płatki gigantycznego kwiatu. W błękitno-zielonej, neonowej łunie, rozświetlającej gęstniejący z każdą chwilą mrok.

W pocałunku. We wspólnocie nagich ciał. W głaszczącej odsłoniętą, ukoronowaną ciemnym sutkiem pierś dłoni. We wszystkim, co wcześniej tylko mi się wydawało, teraz natomiast nabrało jak najbardziej realnych, niemalże namacalnych kształtów. W pozbawionej jakichkolwiek „ale” akceptacji, najczystszej miłości, bezgranicznym zaufaniu, pełnej żaru namiętności.

Tak, pożądaniu także! A może i przede wszystkim.

W emocjach, jakie wymykają się memu pojmowaniu.


W końcu nie daję już dłużej rady powstrzymać wzbierającego wzruszenia i odruchowo przecieram twarz, strzepując krople dłonią. A gdy znów unoszę powieki… nagle wszystko znika. Dosłownie wszystko. Deszcz, ciemność, adoratorki z ławeczki naprzeciwko.

Pozostaje tylko dziurawa droga, zaniedbany przystanek, znikający właśnie za krzakiem kocur. Pozostaję jedynie ja. Z wciąż wilgotnymi oczami, niepotrafiącym się odnaleźć w owej szarej rzeczywistości umysłem. Z rozdartą pomiędzy tym, co jest, a tym, czego pragnę, by się wydarzyło duszą.

I sercem. Już nie krwawiącym samotnością, lecz przepełnionym nadzieją. Na lepsze jutro. Lepsze dziś.

Pewnością, że niewypowiedziane nigdy dotąd życzenie naprawdę się spełni.



Variegata (łac.), wariegacja, mozaikowatość fenotypowa – zjawisko występowania różnokolorowych przebarwień na organizmach żywych. U zwierząt można ją zaobserwować na przykład w umaszczeniu kotów szylkretowych, natomiast u roślin przejawia się występowaniem najczęściej białych, kremowych lub żółtych plam, smug oraz marmurkowych wzorów wynikających z braku chlorofilu. Takie odmiany jak Monstera variegata są cenione przez kolekcjonerów, wymagają więcej światła oraz delikatniejszej pielęgnacji.




Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Ilustracja: Anita Zofia Siuda https://anitazofiasiuda.com/


Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

Agnessa

 8,983

88
9/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9/10 (2 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.