#487
2 września 2026
Jak tylko zaczęło się zejście z Wołowca, a później do doliny, zaczęła się tez moja męka. Nie wiem czemu ale nie umiem schodzić, nogi robią się ciężkie, stopy obolałe, tempo żółwie. Ania z Marcinem najpierw mnie wyprzedzili, potem szybko zniknęli z przodu. Ze dwie godziny szłam sobie powoli sama, przede mną była jeszcze co najmniej godzina marszu, aż się znajdziemy przy samochodzie. Byłam w sumie nieco zła, że mnie tak zostawili.
W pewnym momencie zobaczyłam taką niby polankę, no trochę więcej otwartej przestrzeni przy drodze - trawa, kilka pni - wiedziałam już, że siądę tam odpocząć. Miejsca było sporo, choć siedziały tam już trzy osoby. Dopiero gdy się zbliżyłam, rozpoznałam, że jedna z nich to Marcin. Ani z nim nie było, tylko jakaś inna para. Z resztą jeszcze zanim siadłam, wstali i ruszyli dalej w dół.
- Więc jednak jeszcze żyjesz - Marcin uśmiechnął się i nieco odsunął jakby robiąc mi miejsce na pniu, choć było tam bez przesuwania miejsca jeszcze na kilka osób. Spytałam gdzie Ania i dowiedziałam się, że ruszyła już w dół, a Marcin zaczekał na mnie, żeby 'utrzymać jakąś łączność'. Podobno Anka mu zasugerowała, żeby poczekał i zobaczył co ze mną.
Porozmawialiśmy chwilę, ja zaczęłam marudzić na obolałe stopy, Marcin trochę się śmiać, bo to temat, który już nie raz wałkowaliśmy we wspólnym gronie. Tylko, że chwilę potem wstał, następnie kucnął przede mną i zaczął mi rozsznurowywać but. Nie wiem czemu na to pozwoliłam, to było... co najmniej dziwaczne, ale on zupełnie swobodnie mówił, że warto chwilę dać odpocząć stopom.
Po krótkiej chwili siedziałam już w skarpetkach. Jedną trzymałam na kamienistym podłożu, ale drugą... on trzymał w swoich dłoniach. Jezu ale było mi wstyd - spocona, śmierdząca - tak przynajmniej uważałam - cała z piachu, kurzu. Ale nie zabrałam tej stopy, siedziałam i czułam jak jego kciuki zaczynają ją uciskać. Nie było to w sumie jakieś super przyjemne na początku. - naprawdę bolały mnie te stopy - ale z drugiej strony było w tym coś... no nigdy nikt tak opiekuńczo nie obejmował moich spoconych skarpet :)
A potem nagle skarpety nie było. Ściągnął ją po prostu, mówiąc że zobaczy czy nie ma jakichś otarć i zaczął ją oglądać, z bardzo bliska. Czułam oddech na niej, a następnie dmuchanie "chłodnym powietrzem", wiecie jak :)
Choć głowa krzyczała WTF, to równocześnie po prostu zaczęło mi się robić przyjemnie, a Marcin... nie zamierzał przestawać. Poczułam pierwszy pocałunek, potem kolejne, następnie język, który wjechał między palce i tą poduszeczkę za nimi. Wtedy odruchowo szarpnęłam, nie chciałam zabierać stopy, taki odruch. Zresztą i tak mnie nie puścił. Za to zdjął drugą skarpetkę i trzymając stopy razem zajmował się obiema. Lizał mnie długo, pieszcząc łydki, a ja... to już był etap, że walczyłam żeby nie jęknąć i nawet nie wiem czy mi się udało.
Nigdy w życiu nie byłam taka mokra. Miałam wrażenie, że leci ze mnie przez majtki, spodenki i że on to w końcu zobaczy. Chciałam, żeby zobaczył, zaciągnął mnie kawałek dalej w krzaki i wylizał to co trzeba, albo bez lizania po prostu zerżnął. Byłam gotowa zdradzić koleżankę i dać się użyć w każdy sposób jaki by chciał.
A Marcin... pocałował mnie jeszcze raz, mówiąc z uśmiechem - już czyściutkie - i wytarł mocno poślinione stopy w swój t-shirt. Później na czyste stopy założył te same spocone skarpetki i zawiązał buty.
Ankę spotkaliśmy 15min potem na podobnym pniu. Resztę drogi przeszliśmy już razem.
Komentarze (0)
brak komentarzy